E-book
9.99
drukowana A5
29.98
Poczekaj jeszcze chwilę

Bezpłatny fragment - Poczekaj jeszcze chwilę


Objętość:
135 str.
ISBN:
978-83-8455-995-6
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 29.98

Mojej ukochanej!

Agusi, która zburzyła mur w moim sercu, gdy najbardziej wątpiłem, że jest to możliwe!

13 lutego

Dzień dobry, pamiętniku…

Boże, jak to brzmi! Jakbym znów miała jedenaście lat i zapisywała, który chłopak z klasy ma najładniejsze włosy. A jednak — oto jestem. Zeszyt, długopis i polecenie od terapeuty: „Przelewaj myśli na papier. Pomoże ci to się oczyścić.”

No to spróbujmy.

Mam na imię Avery Collins.

Rodzina twierdzi, że dostałam drugą szansę.

Ja jeszcze nie jestem tego taka pewna.

Nowe miejsce, nowe życie. A przynajmniej tak mówią.

14B Ashwood Lane, Redbrook Heights, NY 11276.

Wciąż zapisuję ten adres, jakbym bała się, że któregoś dnia odruchowo wrócę pod stary.

Nie jestem wyjątkowa. Moja historia to klasyka gatunku: miał być ślub, biała suknia, miłość po grób…

Została inna. Bez sukni.

A po wszystkim — smród.

Biję się w pierś. Był alkohol. Były używki. Był przelotny seks, jak z jakiegoś tragicznego filmu z nutą desperacji i filtrem z Instagrama. Były też godziny scrollowania randkowych aplikacji w nadziei, że ktoś choć na chwilę wypełni to puste miejsce w klatce piersiowej, które kiedyś nazywałam „miłością”.

Najgorsze?

Przez jakiś czas naprawdę wierzyłam, że właśnie tak będzie wyglądać reszta mojego życia.

Tym razem naprawdę stanę na nogi.

Koniec z chaosem. Zdrowa dieta, trochę ruchu, porządny sen.

Nowy początek.

No to… dobranoc, pamiętniku.

13 lutego — późno w nocy

Co to, kurwa, ma być?!

Zamknęłam oczy może na trzy minuty. A zza ściany? Jęki. Stukanie. Śmiechy. I zdecydowanie nie były to Netflix & chill, tylko samo chill, moaning & pounding.

Boże, ludzie są tragiczni.

Naprawdę, czy tak trudno to robić ciszej? Czy trzeba aż tak się ekscytować?

Chociaż…

Nie powiem.

Przez chwilę zrobiło mi się ciepło.

Ten dźwięk. To tempo. Ten rytm.

Prąd przeszedł mi po kręgosłupie, jakby ktoś przełączył moje ciało w tryb „flashback & craving”.

Ale nie.

NIE

Nie wracamy do tego.

Zatyczki w uszy.

Cios pięścią w ścianę.

Zasypiam.

Wkurzona.

Samotna.

I trochę…

rozgrzana.

14 lutego — Walentynki. Aż chciałoby się zaśmiać

Nie wiem, kogo powinnam dziś obwiniać za nieprzespaną noc.

Producenta beznadziejnych zatyczek?

Czy może nowego sąsiada, który przez dwie godziny prowadził orkiestrę rozkoszy tak głośno, że mogłabym rozrysować ich pozycje w głowie z dokładnością do kąta nachylenia bioder.

Irytujące.

Poniżające.

I cholernie… pociąg…

IRYTUJĄCE

To chciałam napisać.

Dzisiaj święto przepłaconych bukietów i tuczących czekoladek.

Czy naprawdę ludzie potrzebują kalendarza, żeby okazać sobie uczucia?

No ale cóż…

#ValentinesVomit.

Zaparzyłam zieloną herbatę, bo przecież jestem nową, lepszą wersją siebie.

Nie smakowała.

Smakowała jak…

rozczarowanie.

I wtedy z radia poleciało Pam Tillis — Don’t Tell Me What To Do.

Czy wszechświat właśnie mi puszczał oczko?

Nie wiem, czy to był przypadek, że dałam głośniej.

Nie wiem też, czy zupełnie przez przypadek przyłożyłam radio do ściany, akurat gdy leciało:

*„You’re no longer in charge of my thinking…

You’re already in love with someone else…

So if I’m into all-night honky tonkin’,

Well I’m a big girl, I

16 lutego

Miałam cudowny sen, który dźwiękowo przypominał bieganie w mokrych klapkach.

Klap, klap, klap.

Maraton bez przerwy, aż kołdra wylądowała między nogami, a ja — półprzytomna — sięgałam po dildo, gdy nagle zorientowałam się, że to nie z mojej głowy dobiegają te dźwięki. One są zza ściany.

Znalazłam się w potrzasku. Z jednej strony byłam rozgrzana do czerwoności. Z drugiej — obiecałam sobie wstrzemięźliwość. A z trzeciej… no cóż, to ten dobrze gotujący buc generował te jęki i rytmiczne stuki.

Choć trzeba mu oddać jedno — ma ten głos. Niski, głęboki, idealny. Taki, który jak ciepłe, wilgotne powietrze wlewa się szeptem prosto do ucha.

OGARNIJ SIĘ, AVERY!

Lecz ta moja druga ja — ta z pieprzykiem i rozdrapanym sumieniem — miała zupełnie inne zdanie. Nalegała, by ulec.

Ale wygrałam. Z pomocą melatoniny zasnęłam ponownie. Spałam do rana spokojnie.

Później

No jasne. Pan Sowa. Albo raczej Pan Dzięcioł. Nocne igraszki, jęki, klapy, a za dnia świętoszkowate odsypianie?

OTÓŻ NIE

Dzień dobry, YouTube! Ależ jesteś cicho… pozwól, że podgłośnię. O, jaka mi się piosenka wybrała! Poczekaj — podepnę jeszcze głośnik.

Czas na klasykę!

Z głośnika wylały się pierwsze wersy Wham! — Wake Me Up Before You Go-Go:

„You put the boom-boom into my heart,

You send my soul sky high when your lovin’ starts.

Jitterbug into my brain,

Goes a bang-bang-bang till my feet do the same.”

Czas na taniec zwycięstwa. Nogi rwą się same, biodra też. Wirowałabym jak szalona, gdyby nie… niespodziewana odpowiedź.

Peter. (Tak, sprawdziłam jego imię na skrzynce — nie oceniaj.)

Peter zaczął grać ten sam utwór na gitarze elektroakustycznej. Dołożył własne solówki. CO ZA BUC!

Ale też…

BOŻE, JAKIE TO JEST CUDOWNE. I… podniecające. Bardziej niż powinno.

Umawiałam się z masą ludzi. Ale nigdy nie znalaz…

BOŻE. I ON JESZCZE ŚPIEWA. Tym swoim głosem.

Dreszcz przeszedł mnie po całym ciele. Piosenka się skończyła — a teraz gra i śpiewa coś własnego. Sam.

Eee…

Eeem. Na czym to ja…?

Byli partnerzy?

Pieprzyć ich.

Topnieję od środka. A moje myśli niebezpiecznie krążą wokół zaspokojenia, niczym wygłodniałe sępy nad upolowaną ofiarą.

NIE PRZEGRAŁAM!

Po prostu… robię sobie przerwę i w słuchawkach obejrzę jakiś film. A przy okazji może wcisnę kolejne awokado, bo się zaraz popsują.

Po cholerę ja to kupiłam, serio. W zaraz przeczytam w internecie o cudownych właściwościach jagód goji… kupię cały worek, a potem będę je wrzucać dzikim ptakom, żeby się nimi zatruły.

Film był nudny i kiepski, na szczęście obniżył moje libido i ochłodził atmosferę. Całe szczęście!

Czas podbić świat, wyjść do ludzi, coś zobaczyć w nowym miejscu! Więc wystroiłam się… w domowy dres i za dużą bluzę. Wiecznie nieogarnięte włosy schowałam do kaptura i w crocsach pognałam do… najbliższego spożywczaka.

Otworzyłam drzwi, licząc, że go zobaczę. Jednak po chwili odetchnęłam z ulgą, przypominając sobie, że wyglądam jak bezdomna wersja siebie.

Tym razem serce wygrało i podeszłam do jego drzwi. Kusiło, by zapukać, ale ograniczyłam się do przyłożenia ucha do drzwi.

Jedyne, co docierało do mnie, to stukot klawiszy. I BOŻE, JAK SIĘ PRZESTRASZYŁAM!

„WŚCIBSKI STARY BABSZTYL, CO ZA NIEPOROZUMIENIE!” (powiedziałam w myślach)

Cudowny dzień, kochana sąsiadeczko, nieprzytomna jak zawsze!

„ŻMIJO?” (to też)

Ta odpowiedziała:

„A co Pani tu robi? Pani to chyba nowa, a kto to widział tak podsłuchiwać i się ubierać… Kiedyś to dziewczyny nosiły sukienki, a nie za długie bluzy! I zna pani Barbarę z drugiego piętra? I ona ma…”

Resztę zapamiętałam jako szum suszarki do włosów.

Uśmiechnęłam się sztucznie i powiedziałam, że się śpieszę.

NIGDY WIĘCEJ WYCHODZENIA W DRESIE!

Moja paranoja nigdy nie była tak wyraźna. KAŻDY mężczyzna był potencjalnym sąsiadem, a chociaż wiedziałam, że siedzi w domu i coś pisze na klawiaturze, to i tak przecież mógł wyjść. Starałam się nie pokazywać twarzy, trzymając głowę nisko niczym mnich w bawełnianym dresie.

A MOGŁAM CHOCIAŻ ZAŁOŻYĆ LEGINSY… ale, oczywiście, musiałam je wrzucić do prania. Teraz moja jędrna pupa ginie w zbyt luźnych nogawkach.

Byłam tak zestresowana, że świadomość wróciła dopiero, gdy drzwi zatrzasnęły się za mną. Zrzuciłam siaty pełne zdrowych, bez powodu drogich i niesmacznych produktów w kuchni, a sama, łapiąc za szklankę, poleciałam do naszej wspólnej ściany w sypialni.

JEST! JEST! JEST! JEST! JEST!

Dalej pisze na klawiaturze! Uratowana! Póki co, nic mnie już nie zaskoczy.

Jako, że łóżko było blisko, a wieczór się zaczynał położyłam się do łóżka i zachciało mi się spać….

17 lutego

Żyję. Żyję, tylko… zasnęłam natychmiast. Spałam tak mocno, że nie słyszałam Petera… albo po prostu było cicho.

Hmmm… dobre pytanie, Avery!

Och, dziękuję, dziękuję, Avery, jesteś śliczna.

A proszę bardzo, Ty też jesteś śliczna!

ZARAZ.

CZY MI ZACZYNA ODPIE***LAĆ?!

Jagody goji z jogurtem skyr są… gęste. Więc dolałam trochę mleka — dzięki czemu łatwiej było to wszystko wylać do kibla.

Umówiłam się sama ze sobą, że jutro spróbuję kolejnych zdrowych PYSZNOŚCI, które kupiłam. A jeśli nic nie przejdzie, to zadowolę się tym, co zawsze — czyli wcale nie pysznym, niepachnącym, chrupiącym bekonem i słoikiem majonezu. W końcu został mu jeszcze rok przydatności, a ja nie lubię marnować dobrego jedzenia.

Życie życiem, a praca… no właśnie.

Skoro na żywo moje zajęcie mnie nudzi, to pisanie o nim będzie jeszcze gorsze. Zostańmy więc przy tym, że pół dnia ganiam w piżamie, ze słuchawką na uchu i…

No i już się znudziłam.

Za to zaciekawił mnie sąsiad. Przytłumiony dźwięk zza ściany sugerował, że krząta się w kuchni, przygotowując coś pysznego. Może to jego nowa tradycja — karmienie urodziwej sąsiadki, której nawet jeszcze nie widział?

Okej, czyli dziś gotowanie odpada. Z pracy nie dzwonią, więc mogę spokojnie zanurzyć się w książce, udając, że cierpliwie czekam.

ALEŻ JESTEM CIERPLIWA! O JEJU, JEJU!

Hałasy ustały. Ja głodna, a tu zero pukania. No dobra, spróbujmy. Westchnęłam głośno i teatralnie, po czym dodałam:

— Ale jestem dzisiaj głodna i spragniona… czy ktoś mnie zadowoli?

PODZIAŁAŁO!

Dźwięk pakowania, kroki! Uhu, nadchodzi dostawa! Ciekawe, co dziś — może makaron? Coś azjatyckiego? Aż mi ślinka cieknie!

Pukanie do drzwi! A zaraz potem przyspieszone kroki i trzaśnięcie drzwiami. Skubany, szybki! Nie zdążyłam nawet zwlec się z łóżka, a on już był z powrotem u siebie.

Otworzyłam drzwi pełna nadziei i… NIC.

Tylko karteczka samoprzylepna z tekstem:

„Też jestem głodny i spragniony Ciebie, chętnie Cię zadowolę.”

CO ZA PRZEKLĘTY, PRZEBIEGŁY BUC!

JAK TAK MOŻNA PISAĆ DO DAMY?! ZA GROSZ KULTURY!

Miarka się przebrała. Dzień dziecka się skończył, idę to z nim wyjaśnić. Nawet na klatce smakowicie pachnie — pewnie teraz siedzi i pałaszuje swoje wybryki kulinarne, śmiejąc się ze mnie.

Nie sądziłam, że umiem tak mocno pukać do drzwi. Trochę bolało, ale jestem silna!

— Wiem, że tam jesteś! Otwieraj!

Zamiast tego — kolejna wiadomość, wsunięta pod drzwi.

Tym razem na różowej karteczce:

„Jesteś taka urocza, jak się złościsz, Avery. Obiad czeka na Twojej skrzynce na listy ❤️”

A obok — narysowany miś.

CO ZA BUC! NIE MA ODWAGI STANĄĆ ZE MNĄ TWARZĄ W TWARZ! I SKĄD ZNA MOJE IMIĘ?!

Zero prywatności!

Ale też… kochane.

niewłaściwe.

Parujący obiad czekał na mnie. Spaghetti z wołowiną w czerwonym winie, a obok — mała butelka wina. I róża. Do niej przyczepiona czerwona karteczka:

„Nie sądziłem, że Cię tak polubię. Nie przepadam za walentynkami, ale tu — spóźniony prezent.”

OH, PETER…

Ty, ty… bucu… kochany.

Mam w głowie karuzelę. Jeszcze nie otworzyłam wina, a kwiatek już powędrował na komodę. Pachniał inaczej — męsko, zdecydowanie. Idealnie pasował do jego głosu.

Sam obiad? Mistrzowski. Umyłam oba talerze — niech zna łaskę Pani!

Wyrwałam kawałek kartki i skoro chce tak pogrywać, to proszę bardzo. Napisałam:

„Dziękuję, to było mega smaczne. PS: masz cudowny głos.”

Z szafki wyciągnęłam ciastka (te „tylko na okres”), wysypałam je na talerz i zaniosłam mu. Zastukałam do drzwi, ale… musiał czekać.

Na szczęście ja byłam szybsza — i jedyne, co zdążył zobaczyć, to moje nierówno ogolone nogi w domowych szortach.

18 lutego

W CO TY GRASZ, PETER?!

Wczoraj oczywiście — zero kontaktu. Ani słowa, ani szmeru.

Siedziałeś cicho jak mysz pod miotłą, a ja — rozpalona do czerwoności — przewracałam się w łóżku z boku na bok.

ROBISZ TO SPECJALNIE!

Bawisz się mną? Rozgrzewasz, zostawiasz setkę pytań, a potem — cisza?

Byłam gotowa. Gotowa jak nigdy. A ty — oczywiście — NIC!

FACECI!

Im dłużej milczysz, tym głębiej się wżerasz w moje myśli.

I TAK, SŁYSZAŁAM TO!

Myślisz, że kiedy bierzesz prysznic, a ja wyobrażam sobie Twój nabrzmiały tors, silne ramiona i gorącą wodę spływającą po Twojej skórze, to…

...to masz rację.

ALE NIE JESTEM TAKA ŁATWA!

Porzuciłam śniadanie, odpaliłam „Come Here” Sabriny Claudio i zaczęłam relacjonować, co właśnie robię.

— Rozbieram się i idę pod prysznic! — krzyknęłam, ogarnięta pokusą i rozgrzana do granic.

Zrzuciłam pośpiesznie domowe ciuchy, a w głośnikach poleciał refren:

So, I want you to come here

I want you to come here

I just need you near

No matter how, just make it here

Now

BOŻE, JAK MNIE TO ROZGRZEWA!

DOBRA! Jestem słaba, ale potrzebowałam tego.

Za długo to już trwa.

Więc po minucie pod prysznicem… wyskoczyłam z łazienki, zalewając wodą przedpokój, salon i sypialnię, tylko po to, żeby sięgnąć do szuflady szafki nocnej.

Moja prywatna, najpotrzebniejsza część faceta stała tam w gotowości.

A właściwie leżała — bo inaczej nie dało się jej schować.

Złapałam go w dłoń i… wszystkie hamulce puściły.

Woda szumiała, ja śpiewałam razem z Sabiną:

I want you to come here

I want you to come here

I just need you near

No matter how, just make it here, oh

Ooooh! Tak, dokładnie TAAAK!

Tego dopełnienia brakowało mi najbardziej.

I chociaż planowałam tylko małe spuszczenie z tonu… potrzeba wygrała.

Z każdą chwilą przyspieszałam, zwiększając intensywność doznań.

A MASZ! Za nasze przerwy w kontakcie, za te twoje kobiety, za…

BOŻE, CIEKAWE JAKI MA—

Avery, przestań

NIE CHCĘ!

…ja też nie.

Leżę teraz w łóżku.

Muzyka już nie ma znaczenia, a ja — jedną ręką trzymam się ściany, wyobrażając sobie Petera, drugą działam.

Nie wiem, ile minęło… ale ciągle nie miałam dość.

Pościel co prawda była do zmiany — ale teraz? Kogo to obchodzi!

Pognałam do łazienki, chcąc zakręcić wodę, ale…

NIECH TO SZLAG!

Znowu wróciły te sztucznie napędzane wspomnienia o Peterze.

I tak z prysznica powstała kolejna sesja masturbacji.

Tym razem do zabawy dołączyły palce — dla pełniejszego doznania.

Oooo tak, koleżanko

Znasz to uczucie, kiedy kolejny raz szczytujesz i osuwasz się na brodzik w ciepłym deszczu?

To była ta chwila.

Chwila…

Chwila!

Czekaj… chwila! Minęły ze dwie godziny? Szok.

No cóż — po takim prysznicu czuję się jak nowonarodzona.

A awokado…?

Chyba zaczynam je lubić. (Tak, kupiłam kolejne.)

Później

Co się ze mną dzieje? Po takiej sesji zwykle byłam zaspokojona na naprawdę długi czas, ale teraz… czuję, że brakuje mi czegoś więcej.

Hmmm.

Może jego silnych palców wędrujących po moim ciele. Może ramion, które mogłyby mnie zamknąć w uścisku i zdominować. Albo choćby małego pokazu siły — jak wtedy, gdy chwyta mnie za pupę i sadza na stole.

ROZMONTOWAŁ MNIE!

Leżę w łóżku, znów napalona — ale tym razem emocjonalnie. Pragnę jego oddechu na karku, ciepła naszych ciał złączonych razem, moich nóg oplatających go w biodrach.

Kilka takich myśli wystarczyło, by mój mózg zalany został oksytocyną.

Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

BOŻE, BOŻE, BOŻE!

Nie panikuj! Czasu mam niewiele!

Aaaa!

Rozczochrałam włosy, poprawiłam biust w kusej bluzce (no co, w mieszkaniu mam ciepło, to i ubieram się bardziej wyzywająco) i pognałam do drzwi, o mało nie zabijając się o szafkę w przedpokoju.

Mój biedny, mały palec…

Starałam się wyglądać tak seksownie, jak tylko się da. Otworzyłam drzwi — i ujrzałam…

— A co pani taka rozczochrana? Spała o tej porze? Boże, ta młodzież teraz to już taka jest. Tutaj ciągle jakieś hałasy, muzyki jakieś — sodoma i gomora. Dobrze, że te sufity grube, to ja tak nie słyszę. Jeszcze te problemy ze słuchem… Ale moja kotka! Najpierw się bała, a teraz chodzi i się o wszystko ociera. A tu na dole ktoś coś pani zostawił.

Gdy minął pierwszy szok — podszyty odrobiną rozczarowania — wyjęłam z jej rąk liścik z paczuszką i bez słowa zamknęłam drzwi tej starej raszpli prosto przed nosem.

Karteczka była perfumowana. W środku — stylizowana na stary bilet do kina kartka z zaproszeniem i wskazówką, o której i jaki kanał powinnam włączyć.

Paczuszka okazała się maślanym popcornem do mikrofali.

Całkiem romantyczny z niego buc!

Siedziałam jak na szpilkach, oczekując godziny 20:00, ściskając miskę popcornu.

Wybrał „La La Land”. Jak na faceta, ma dobry gust. No i Ryan Gosling… przecudowny.

Gdy wybiła właściwa godzina, usłyszałam dublujący się dźwięk zza ściany — więc i ja podkręciłam głośność.

Film filmem, ale najbardziej podobały mi się momenty, gdy nasze śmiechy zgrywały się ze sobą.

BOŻE, JAKI ON MA CUDOWNY ŚMIECH!

Seans minął błyskawicznie. W popcornie zostały tylko ziarna dla naprawdę twardych zawodników. A ja — zmęczona — nawet nie wiem, kiedy wypaliłam prosto w stronę ściany:

— Śpij słodko, Peter! Dziękuję za randkę!

Nie spodziewałam się żadnej odpowiedzi. Zrzuciłam z siebie ubrania i wskoczyłam do świeżej pościeli. I właśnie gdy już straciłam resztki nadziei…

Zza ściany usłyszałam:

— Ja też dziękuję. Słodkich snów, zmysłowa Avery.

Uuuh, gorąco. Przykrycie się kołdrą już nie było konieczne!

19 lutego

CZY MÓGŁBYŚ Z ŁASKI SWOJEJ PRZESTAĆ CHODZIĆ?

Całą noc chodziłeś mi po głowie.

Później

Jestem idiotką i kretynką. Albo nie.

ON JEST

Wpadłam na genialny pomysł: muszę go w końcu zobaczyć. Więc w samych skarpetkach poleciałam włączyć alarm przeciwpożarowy, po czym wróciłam do mieszkania, by obserwować mieszkanie Petera.

Po chwili zaczęła się panika! Ludzie krzyczeli, wybiegali z mieszkań, wpadali w histerię. Wszyscy mieszkańcy — mimo braku dymu — zbiegali na dół. Wszyscy… oprócz mnie i TEGO BUCA. No, do momentu aż sąsiadka, z gracją emerytowanej harcerki, nie odciągnęła mnie od drzwi i niemal zniosła na parter.

Przyjechała straż pożarna — umięśnieni, brodaci, oddani obowiązkowi.

Do tego stopnia, że wygłosili wykład o konsekwencjach nieuzasadnionego wezwania straży pożarnej. Albo coś w tym stylu. Niewiele pamiętam — byłam zbyt zajęta wpatrywaniem się w drzwi Petera.

Chociaż strażacy sprawdzili każde mieszkanie i wyciągnęli jeszcze dwójkę starszych sąsiadów, po Peterze słuch zaginął.

Mandat dostał cały blok. Włączony do czynszu. Ale wiecie co? Nie miało to znaczenia.

CZY JA ZWARIOWAŁAM? MAM PARANOJĘ? SCHIZOFRENIĘ?!

Może po prostu go sobie wymyśliłam. Jestem głodna wrażeń, spragniona przeżyć. Ale skąd te niespodzianki pod drzwiami? Rozumiem dźwięki, omamy — ale pyszne jedzenie?

Gdy ostatni strażak skończył na nas wyładowywać frustrację i wszyscy się rozeszli, poleciałam pierwsza do mieszkania.

I co zobaczyłam?

Kolejną karteczkę.

Tym razem jej treść brzmiała:

„Nice try!”

TO SZCZUR PRZEBIEGŁY. TO BUC ZBOLAŁY.

Pisząc te słowa, wciąż się zastanawiam… Co zrobił? Czy przewiduje moje ruchy? A może mnie obserwuje?

Postanowiłam sprawdzić ścianę. Może gdzieś była szczelina albo jakaś pusta przestrzeń.

Przyłożyłam ucho. Zapukałam.

Po chwili — odpowiedź: dwa puknięcia.

Aż odsunęłam ucho, bo echo przez mur wzmocniło dźwięk.

Zapukałam trzy razy.

On — cztery.

O nie, nie, nie. Nikt jeszcze nie wygrał z Avery Collins!

Po chwili już nawalaliśmy w ścianę jak para głupich nastolatków. Od ułożonego licytowania się na stuknięcia, przez zawody w pukaniu na czas, po rytmy i przyśpiewki stadionowe.

Po kilkunastu znanych ścieżkach rytmicznych, odkryłam, że można się dowiedzieć o człowieku naprawdę wiele po tym… jak puka w ścianę.

Hahahaha, zaraz — czy ja właśnie zapisałam swój śmiech?

Naprawdę dziecinnieję przy tym człowieku.

Późno w nocy

Nie mogę spać. Melatonina nie działa. Nie wezmę większej dawki, bo jutro będę jak zombie.

Zapukałam w ścianę i powiedziałam głośniej, że nie mogę spać.

Usłyszałam poruszenie, kroki… ktoś coś podniósł, wrócił.

I wtedy — cała ściana zadrżała. Peter musiał przyłożyć wzmacniacz do muru. Basy były wyczuwalne.

Zagrał wstęp i zaśpiewał:

„I could stay awake just to hear you breathing

Watch you smile while you are sleeping

While you’re far away and dreaming…”

JEZUSIE MALUSIEŃKI! Przecież to Aerosmith — I Don’t Want To Miss A Thing!

Kocham ten kawałek. Ostatni raz słyszałam go kilka lat temu, jak w telewizji leciała powtórka „Armagedonu” z Brucem Willisem.

Jestem taka senna, taka zrelaksowana i…

Coś jeszcze…

Szczęśliwa?

20 lutego

Nie, nie, nie, nie, nie.

NIE, NIE I NIE!

Przez przypadek przestroiłam swoje radio i straciłam ulubioną stację, tej, której słucham z rana do śniadania — tego samego, które równie dobrze mogłoby trafiać na talerze skazańców albo do misek zwierząt w zoo.

Ale to nawet nie jest najgorsze.

W poszukiwaniu swojej stacji przeklikałam się przez dwadzieścia kolejnych rozgłośni. I mogłabym przysiąc — nie wiem, jak to możliwe — ale przez chwilę usłyszałam jego głos.

Nie wiem, czy już zupełnie mi odbija, czy może moja psychika postanowiła się na mnie odegrać, ale dam sobie uciąć… paznokcie, że to był on. Ten sam tubalny, basowy, ciepły i melodyjny tembr. Poznałabym go wszędzie.

Po tym ani ulubiona stacja, ani nawet moje zdrowe śniadanie nie smakowały już tak samo.

Postanowiłam nie siedzieć w domu. Spontanicznie zdecydowałam się na krótki wyjazd — nad jezioro, by odetchnąć, oczyścić myśli, uwolnić się od Petera.

To znaczy… od mężczyzn.

Od MĘŻCZYZN.

Pakowanie poszło zaskakująco gładko. Domek letniskowy zabukowany na trzy noce. I nie wiem, co mnie tknęło, ale podeszłam do ściany — trochę z przyzwyczajenia, trochę z potrzeby — i wyszeptałam, że wyjeżdżam na trzy dni.

Nie wiem, czy usłyszał. Nie odpowiedział.

Wzięłam więc swoje ukochane radyjko, wrzuciłam do torby i pognałam na pociąg.

Później

Wieczór był przepiękny. Przez przeszklone okna tarasu widziałam, jak pobliska wieś rozświetla taflę jeziora, a w niej odbijają się gwiazdy i księżyc. Zebrało mi się na smutne myśli o utraconej miłości. Tej nudnej, do porzygu generycznej historii o wielkim zakochaniu, ślubie, zdradzie… Nie chcę znów wałkować tej samej opowieści.

Posmutniałam.

Nie znoszę ciszy. Bo wtedy wracają wspomnienia.

Odpaliłam radio, szukając nocnej transmisji — i sama w to nie wierzę.

Widocznie mój plecak i cały wszechświat zmówiły się przeciwko mnie.

Radio znów się przestroiło. Wystarczyła drobna korekta i…

z głośników popłynął ten głos.

Peter.

Opowiadał o życiu, wplatał ciekawostki i niszową muzykę. A ja, choć zwykle irytują mnie spikerzy zagłuszający piosenki, tym razem nie mogłam się doczekać końca utworu, by znów go usłyszeć.

„Ledwo minął dzień, a ty już tęsknisz, wariatko.”

No tęsknię, no. Chociaż sama nie wiem — za kim właściwie?

Ale w jego głosie było coś takiego… Że znów czułam się bezpieczna. I mniej samotna.

Tego wieczoru płakałam. Nie z rozpaczy.

To był ten dobry płacz — oczyszczający, cichy, prawdziwy.

W końcu mogłam przestać udawać silną i niezależną.

Nikt nie patrzył, nikt nie oceniał, nikt niczego nie wymagał.

Leżałam otulona kocem, zapłakana, patrząc w niebo, a w tle ktoś opowiadał historie.

Ciekawy facet. Mój głos zza ściany.

I wtedy wydarzyło się coś jeszcze.

Peter powiedział, że mieszka obok cudownej kobiety, której nigdy nie widział, ale bardzo ceni jej gust muzyczny i poczucie humoru.

Potem dodał, że pewnie o tej porze zasypia teraz gdzieś indziej… i że dedykuje jej piosenkę.

Andy Williams — Moon River.

Tego właśnie potrzebowałam.

Ciepła. Emocji.

Nie tylko pożądania, ale czegoś więcej.

Zaimponował mi swoją romantyczną stroną i — nim się spostrzegłam — zamiast zatapiać się w złych myślach, zaczęłam myśleć o nim.

I… o nas?

„Two drifters, off to see the world

There’s such a lot of world to see

We’re after the same rainbow’s end, waitin’ ’round the bend

My huckleberry friend, moon river, and me…”

Nie powiem — ukołysał mnie do snu.

Piszę to rano, bo po prostu… zamknęłam oczy i odpłynęłam.

21 lutego

O nie! Jak do tego doszło?!

Zapomniałam swoich zdrowych produktów, a zamiast tego… spakowałam same przekąski, wino, sery, wędliny i świeże pieczywo. Żadnych ziarenek, które wchodzą między zęby i udają zdrowie. Same przyjemności. Jakby ktoś we mnie zamontował tryb „włoskiego pikniku”.

Rano w radiu był już inny spiker. Peter zniknął bez pożegnania.

Chwyciłam za pilniczek i wyryłam na pokrętle oraz obudowie małą linię — coś w rodzaju „mapy powrotu”, gdyby znów trzeba było go odnaleźć. Póki co wróciłam do mojej klasycznej stacji, tej od porannych przebojów i pogodnych rozmów o niczym.

Dziś miała przyjechać moja przyjaciółka, Beatrice. Zawsze była szalona, ale nawet ona — w którymś momencie życia — musiała przeprowadzić z szefem poważną rozmowę o urlopie.

Jak zwykle niezawodna, dołączyła do mnie przed południem. Nie zdążyła jeszcze odłożyć torby w przedpokoju, a już wypaliła:

— Mów mi wszystko. Jaki on jest? Gdzie się poznaliście?

— Hej, hej, koleżanko, powoli…

Zawsze taka była. Od dzieciaka. Wystarczyło, że spojrzała mi w oczy, a już wiedziała, kiedy kłamię, kiedy jestem szczęśliwa, a kiedy coś tłumię w środku.

Uśmiechnęłam się, nalałam nam obu czerwonego wina i zaczęłam opowiadać. Na szczęście — tym razem — nie muszę tej historii przytaczać drugi raz. Jest już przecież zapisana powyżej.

Beatrice jest kosmicznie empatyczna. I kiedy opowiadałam o tych bardziej emocjonalnych momentach, zauważyłam, jak rozluźnia się w fotelu, jakby opowieść jej się udzielała. Dam głowę, że ten rumieniec nie pochodził od wina.

Kończę ten wpis. Czeka nas wieczór pełen obgadywania Petera, zachwytów nad jego głosem i wspólne oglądanie jakiegoś filmu.

Coś czuję, że szykuje się długi babiniec z butelką numer dwa.

22 lutego

Oh, Peter… chyba się w tobie zakochałam.

Jest noc. Beatrice już odpadła, a ja wiszę nad muszlą klozetową, rozmyślając o Tobie i Twoim głosie. Co się ze mną dzieje?

Znacznie, znacznie później…

Ciii… moja głowa.

Boże, nawet nie pamiętam, że coś zapisałam w pamiętniku. Każde słowo boli, jakby było wyryte młotkiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 29.98