Pożegnanie z gabinetową dżunglą
Potrzebowałam oczyszczenia. Chwili ciszy po burzy, która przez długi czas nie pozwalała mi złapać oddechu. Czułam się przemoczona do kości, jakby każdy kolejny dzień przynosił nowe rany. Chciałam poczuć na twarzy choć jeden promień słońca. Wystarczyłby, by przynieść odrobinę ciepła i przypomnieć, że gdzieś jeszcze czeka nadzieja. To był trudny czas, trudniejszy, niż kiedykolwiek mogłam przypuszczać. W miejscu, w którym wtedy znalazłam się emocjonalnie, trudno było uwierzyć, że cokolwiek może się zmienić. Sytuacja była trudna, ale nie niemożliwa do przejścia. Potrzebowałam uwolnić się nie od miejsca ani ludzi, lecz od ciężaru, który od dawna nosiłam w sobie. Zaciskałam zęby i każdego dnia szłam do pracy. Do miejsca, w którym wiedziałam już, że nie ma dla mnie przyszłości. Karty zostały odkryte, maski zdjęte, a ja w końcu zobaczyłam ludzi takimi, jakimi byli naprawdę. Nie rozumiałam jednak wtedy najważniejszego. Byłam przekonana, że przesadzam, że jestem nadwrażliwa i że może tak naprawdę nic złego się nie wydarzyło. Nie umiałam ubrać tego w słowa ani wyjaśnić, dlaczego psychicznie nie daję już rady. Dlaczego każdego dnia miałam wrażenie, że coś wypala mnie od środka.
Czy była to moja nadwrażliwość? Urażona duma? Zranione ego?
Wszystko zmieniło się w chwili, gdy zaczęłam pisać. Początkowo robiłam to wyłącznie dla siebie, próbując uporządkować myśli i nazwać emocje, które od miesięcy we mnie narastały. Z czasem moje zapiski zaczął czytać również psycholog. To właśnie on powiedział mi wprost, że nie była to nadwrażliwość ani wyolbrzymianie rzeczywistości. To była przemoc emocjonalna.
Prawda, z którą przyszło mi się zmierzyć, była bolesna. Zostałam oszukana, wykorzystana emocjonalnie i głęboko zraniona.
Do dziś trudno mi o tym mówić. Napisać te słowa potrafię, ale wypowiedzenie ich na głos wciąż wymaga ode mnie odwagi. Taki ciężar potrafi zgniatać od środka i niszczyć wszystko, w co wcześniej się wierzyło. Plany i marzenia, które kiedyś unosiły mnie nad ziemią, leżały podeptane. Czułam się tak, jakby ktoś ciężkim butem przyciskał mnie do ziemi, nie pozwalając zrobić kroku naprzód. Im bardziej próbowałam się podnieść, tym większy opór napotykałam.
Mój stan psychiczny objawiał się w najprostszych rzeczach. Nie potrafiłam nawet przejść obok miejsca pracy. Omijałam je szerokim łukiem i zasłaniałam twarz kapturem, jakbym to ja była winna całej sytuacji. Przez długi czas nie potrafiłam tego przezwyciężyć. Z perspektywy czasu wszystko wygląda inaczej. Uwolniłam się spod ciężaru, który przez tak długi czas przygniatał mnie do ziemi. W końcu zdołałam się podnieść, otrzepać kurz z ramion i zostawić za sobą to, co przez długi czas odbierało mi spokój. Potrafię dziś stanąć wyprostowana i spojrzeć tym samym ludziom prosto w oczy, spokojnie, bez lęku i bez potrzeby odwracania wzroku. Nie wydarzyło się to jednak z dnia na dzień. Potrzebowałam czasu, aby odzyskać siłę i odbudować w sobie poczucie bezpieczeństwa, które gdzieś po drodze utraciłam.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że nie zrobię tego sama. Wiedziałam, co czuję, ale żeby naprawdę zrozumieć źródło tych emocji, rozpoczęłam terapię. To ona uświadomiła mi wiele rzeczy. Były to trudne spotkania, pełne łez, żalu i rozgoryczenia, ale jednocześnie właśnie one stawały się początkiem mojego oczyszczenia. Stałam przemoczona i wychłodzona, a mimo to zdejmowałam z siebie kolejne warstwy. Te, które przez długi czas wydawały się ochronnym pancerzem, choć w rzeczywistości coraz bardziej mnie ograniczały. Miały chronić mnie przed światem i bólem, lecz najbardziej oddzielały mnie od prawdy o samej sobie. Z każdym kolejnym spotkaniem robiło mi się lżej. Powoli znikały ciężary, które uważałam za własne, choć tak naprawdę nigdy do mnie nie należały. Zrozumiałam, że nie mam się czego wstydzić i że wina nie leży po mojej stronie.
Wzięłam głęboki oddech, pierwszy prawdziwy od bardzo dawna. Wraz z nim pozwoliłam sobie wypuścić wszystko to, co przez tyle miesięcy nosiłam w sobie. mPostanowiłam zamknąć ten rozdział i już nigdy do niego nie wracać. Jak się jednak okazało, życie miało własny scenariusz. Terapia i szczera rozmowa były dla mnie jak poranek po długiej nocy. Jeszcze mglisty i chłodny, ale niosący obietnicę nowego początku. Danie sobie szansy, wybaczenie i gotowość do ponownego zaufania ludziom dały mi siłę, by zacząć od nowa. To właśnie stało się kluczem do mojej wewnętrznej przemiany. W praktyce oznaczało to jedno. Stanęłam przed decyzją, czy zostać w zawodzie, który dawał mi radość czy zmienić wszystko w moim życiu.
W głębi serca wiedziałam, że właśnie taką drogą zawodową chce iść. Chciałam współpracować z lekarzami, troszczyć się o dobro pacjentów, a przede wszystkim własnymi dłońmi wykonywać zabiegi, które w moich oczach miały w sobie coś ze sztuki. Czułam się jak artystka. Dla innych był to jedynie zabieg, usunięcie złogów kamienia czy oczyszczenie osadu. W moich oczach była to praca z materiałem, który można odnowić i wydobyć z niego blask. Jak rzemieślnik wykonywałam każdy ruch cierpliwie, uważnie i z ogromnym szacunkiem do efektu końcowego. Pozostało jednak jeszcze jedno pytanie. Czy powinnam odpocząć? Czy zrobić krok w tył, nie od zawodu, który kochałam, lecz od ludzi, którzy sprawili, że zaczęłam wątpić w siebie? Byłam świadoma, że takie sytuacje nie zdarzają się wyłącznie w tej profesji. Nieszczerość, rywalizacja czy brak szacunku nie są specjalnością żadnej branży. To po prostu cechy niektórych ludzi. Dlatego zmiana zawodu nie byłaby rozwiązaniem ani ucieczką. Takie doświadczenia można spotkać wszędzie. Rozwiązanie okazało się zupełnie inne. Nie chodziło o to, by się poddać ani zrezygnować z zawodu, który kochałam. Chodziło o to, by szukać dalej, cierpliwie i konsekwentnie, aż znajdę miejsce, w którym będę mogła rozwijać się zawodowo bez lęku i pozostać sobą. Gdzieś w najgłębszych zakamarkach duszy czułam, że potrafię jeszcze raz zaufać ludziom. Tym razem jednak miało to wyglądać inaczej, na moich zasadach, z większą ostrożnością i troską o samą siebie.
Głowa w chmurach, stopy w gabinecie
Jak po każdej burzy nadchodzi spokój, tak i ja w końcu go odzyskałam. Trzeba było zacząć nowy rozdział w życiu. A jak wiadomo, najlepiej otwiera się go, gdy poprzedni został już zamknięty, zakopany i przykryty grubą warstwą świętego spokoju. Tak jak wspomniałam w pierwszej części książki, zawsze miałam szczęście do znajdowania pracy. Ale tym razem… nawet nie musiałam kiwnąć palcem! Szczęście samo się do mnie uśmiechnęło. Telefon zadzwonił, a ja pomyślałam: „No i co? Los jednak ma czasem poczucie humoru”. To moja koleżanka dała znać, że w jej pracy szukają kogoś do pomocy. Propozycja była w punkt. Bez wielkich zobowiązań, na spokojnie, tak żebym mogła wrócić do działania bez stresu i parcia.
Tego dnia byłam pełna optymizmu. Wszystko układało się po mojej myśli. Wystarczyło tylko pójść na rozmowę, otworzyć przed sobą nowe drzwi i zostawić za sobą tamten etap. Byłam tak podekscytowana, że w drodze na rozmowę zorientowałam się, że zapomniałam CV.
Pięknie, Anka. Idealna wizytówka. Wchodzisz z przytupem, ale bez papieru, pomyślałam. Roztargnienie towarzyszyło mi od zawsze. Już w szkole podstawowej usłyszałam od wychowawczyni, że kiedyś zapomnę własnej głowy. I coś w tym było. Moja uwaga lubiła odpływać. Czasem bardzo daleko. W jakieś własne miejsca, których sama do końca nie znałam. Najbardziej zdradzał mnie moment, kiedy się zamyślałam. Patrzyłam wtedy w jeden punkt i na chwilę znikałam z rzeczywistości. Ciało było tutaj, ale głowa robiła sobie krótką wycieczkę w inne miejsce. I właśnie w takim stanie weszłam do gabinetu, wzięłam głęboki oddech i przypomniałam sobie wszystkie złote zasady pierwszego wrażenia obejrzane kiedyś w internecie. Pewny krok, kontakt wzrokowy, uścisk dłoni i żadnych zamkniętych gestów. Zrobiłam wszystko jak trzeba. Uśmiech był, pewność siebie też, CV oczywiście zostało w domu. I mimo wszystko dostałam tę pracę. Nie miałam dokumentów, nie miałam idealnego planu, ale miałam w sobie coś, co najwyraźniej wystarczyło.
Wieczorem, po kąpieli i kubku zielonej herbaty, nie włączyłam serialu. Za oknem panowała głęboka noc, a księżycowe światło wpadało do pokoju tak intensywnie, jakby próbowało zostać na dłużej. Pod oknem stał stary kufer. Ciężki, drewniany, trochę jak skrzynia z innym życiem. W środku były rodzinne pamiątki, stare zdjęcia i moje pamiętniki. Sięgnęłam po jeden z nich. Ten nowszy, w którym wiedziałam, że kiedyś zostawiłam listy do siebie.
Usiadłam na podłodze, otworzyłam wieko i zaczęłam szukać.
List do Anny
Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że minęło trochę czasu. Mam nadzieję, że jesteś dziś spokojniejsza niż wtedy, gdy pisałam ten list. Że pamiętasz, iż nie musisz udowadniać swojej wartości nikomu poza sobą. Nieważne, gdzie teraz jesteś. W nowej pracy, w nowym miejscu czy po prostu na kolejnym etapie życia. Mam nadzieję, że nie straciłaś odwagi do zaczynania od nowa. Pamiętaj, że nie każda zmiana jest końcem. Czasem jest początkiem czegoś lepszego, choć na początku trudno to dostrzec.
Zaufaj sobie. Już nieraz poradziłaś sobie lepiej, niż myślałaś.
Trzymaj się.
Zamknęłam list i poczułam, że coś się we mnie uspokaja. Jakby ktoś przypomniał mi, że nie idę w tym sama.
Następnego dnia zaczynałam nową pracę.
Pierwszy dzień był przede wszystkim nauką. Każdy gabinet działał trochę inaczej, miał własny układ i własną logikę. Najważniejsze było jedno, wiedzieć, gdzie co leży. W tej pracy nie ma czasu na szukanie. Kiedy lekarz potrzebuje narzędzia, trzeba reagować od razu. Sekunda zawahania potrafi zmienić cały rytm zabiegu.
Pierwsza zasada była prosta. Poznaj swoje miejsce pracy.
Druga jeszcze ważniejsza. Ucz się w trakcie działania. Najlepiej wtedy, kiedy dzieje się dużo naraz.
Pierwszy dzień spędziłam głównie na obserwacji i zapamiętywaniu. Gdzie co leży, jak pracuje lekarz, jak wygląda jego rytm pracy. Z czasem zaczęłam rozumieć, że dobra asysta to nie tylko podawanie narzędzi. To przewidywanie. Jeśli potrafisz wyprzedzić jedną myśl lekarza, praca zaczyna płynąć inaczej. I tak minął mój pierwszy dzień. Trochę chaosu, dużo obserwacji i pierwsze poczucie, że mogę się w tym odnaleźć.
Noc
Noc właśnie się kończyła, a ja zaczynałam kolejny dzień — bo przecież po nocy przychodzi dzień, czy tego chcemy, czy nie.
Dzień drugi w nowej pracy rozpoczął się fantastycznie. Czułam, że jestem na dobrej drodze do zmiany na lepsze.. Zapach eugenolu i innych specyfików unosił się w powietrzu, działając jak aromaterapia… dla osób o bardzo specyficznych gustach. Dla mnie, idealna motywacja do działania.
Niektórzy budzą się przy zapachu świeżo skoszonej trawy, inni przy aromacie kawy, ja najwyraźniej należałam do tej grupy, której energii dodawał zapach gabinetu gotowego na kolejny dzień pracy.
Do pełni szczęścia brakowało już tylko świeżo zaparzonej kawy i chwili, by się nią delektować. Ta chwila, jak wiadomo, nie trwa zbyt długo, bo my, higienistki i asystentki, mamy całe ręce roboty jeszcze zanim ktokolwiek usiądzie na fotelu.
To właśnie my jesteśmy królowymi tego królestwa, bo nawet jeśli gabinet nie należy do nas prywatnie, to my ogarniamy tę przestrzeń, żeby wszystko działało jak trzeba. Zgodnie z procedurami, normami, zdrowym rozsądkiem i szóstym zmysłem.
A więc: kawa wypita, kofeina wymieszana z endorfinami zrobiła swoje. Poczułam się jak motorek, którego nikt nie zatrzyma. No to jazda!
Zaczynam od unitu, czyli stomatologicznego tronu, na którym pacjent zasiada i staje się na chwilę gwiazdą naszego małego medycznego show (choć niektórzy wyglądają, jakby zaraz mieli uciec z planu). To właśnie na tym fotelu rozgrywają się największe dramaty i komedie gabinetowe, więc musi być w idealnym stanie pod względem czystości jak i technicznym.
Oczywiście wcześniej uruchamiam unit i kompresory, czyli sprężarki, które dostarczają powietrze napędzające nasze narzędzia — turbinę, kątnicę, piaskarki itp.
Kiedy wszystko działa, zabieram się za przygotowanie fotela.
• zagłówek i spluwaczka dostają nowe jednorazowe osłonki,
• zestaw diagnostyczny, serwetki i kubeczek dla pacjenta też muszą być przygotowane,
• fotel ustawiony, światło sprawdzone — możemy zaczynać dzień.
Każdy gabinet ma inne sprzęty, inne marki urządzeń i nieco odmienne procedury pracy, dlatego nauka nowego miejsca zawsze wymaga czasu i uważności.
W międzyczasie, między przygotowaniem gabinetu a pierwszym pacjentem, zdarza się kilka chwil na ploteczki i rozmowy zapoznawcze.
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj: koleżanki biegały przez poczekalnię, gwar, szybkie przekazywanie informacji — wszystko, żeby być gotowym, zanim usiądę z lekarzem do pracy. Moja poprzedniczka miała ostatni dzień, ja oficjalnie pierwszy. Dzień wcześniej tylko zapoznałam się z gabinetem, dziś miałam już działać.
I tutaj muszę wtrącić anegdotę z serii tych, które długo się pamięta.