drukowana A5
57.55
Po drugiej stronie modlitwy

Bezpłatny fragment - Po drugiej stronie modlitwy


Objętość:
107 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8467-099-6

Prolog

Wtedy idzie i bierze siedmiu innych duchów, złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy niż pierwotny.

— Ewangelia wg, Św. Mateusza 12,45


Zanim padnie pierwsze słowo modlitwy, zanim zapłonie pierwsza świeca i zanim ktokolwiek odważy się wypowiedzieć imię Boga lub moje, zawsze jest chwila zawahania: krótka, niemal niezauważalna. To moment, w którym wszyscy jeszcze mogliby się wycofać, ale nikt tego nie robi. Ciemność, w której istnieję, nie przypomina tej, jakiej się boją. Nie jest pustką ani brakiem światła. Jest gęsta od myśli, emocji i od wspomnień, których nie chcieli unieść. Jest jak oddech w zamkniętym pomieszczeniu — zużyty, lecz wciąż ciepły. Tutaj nie trzeba krzyczeć, by zostać wysłuchanym. Wystarczy pomyśleć…
Człowiek, którego noszę tej nocy, drży. Jeszcze nie wie dlaczego. Jego ciało reaguje szybciej niż umysł, zawsze tak jest. Serce bije nierówno, jakby próbowało przypomnieć sobie zapomniany rytm. W głowie powraca obraz sprzed lat: drzwi, które powinny były pozostać zamknięte, modlitwa, której nigdy nie dokończył i obietnica złożona w ciszy. To od takich rzeczy zaczyna się moja obecność. Nie przychodzę we śnie ani w ogniu. Przychodzę w pęknięciach i chwilach, gdy wiara słabnie, a rozum jeszcze nie zdążył zbudować obrony. Jestem odpowiedzią, której nie powiedziano na głos oraz rozwiązaniem, które przyszło zbyt szybko, by było dobre. Teraz jednak wszystko zmierza ku rytuałowi. Słyszę ich kroki, zanim otworzą drzwi, słyszę strach kapłana, starannie ukryty pod szatą i wyuczonym spokojem, słyszę ciekawość tych, któ-rzy przyszli patrzeć, bo zawsze są tacy. Ich myśli są głośne, niechlujne i pełne obrazów, które podsunęły im cudze opowieści. Demony mają kły… demony wrzeszczą… demony nienawidzą światła…
Uśmiecham się w środku ciała, które nie jest moje. Nie nienawidzę światła. Nienawidzę tylko prawdy, którą ono czasem ujawnia. Gdy ludzie zapalają świece, płomień drży, przeczuwając, że znalazł się w miejscu, gdzie nie powinien. Cienie na ścianach zaczynają żyć własnym życiem, a wtedy człowiek oddycha coraz szybciej. Próbuje się modlić, ale słowa grzęzną w gardle. Pomagam mu i podsuwam inne. Łatwiejsze i ostrzejsze. Kapłan zaczyna mówić. Formuły są stare. Wypowiadano je tysiące razy, nad tysiącami ciał. Niektóre z nich nawet pamiętam. Inne brzmią obco, jak język, który zapomniał, co znaczy cisza. Każde słowo niesie ciężar oczekiwań, że coś się wydarzy, że ktoś wygra, że zło zostanie nazwane i wypędzone. To zabawne, jak ludzie bardzo potrzebują zwycięstwa. Ciało poddaje się pierwszym drganiom. Palce wyginają się w sposób, który przeraża obserwatorów, oddech zamienia się w charczenie. Pozwalam im widzieć to, co chcą zobaczyć, pozwalam im wierzyć, że mają do czynienia z czymś nieludzkim, bo prawda byłaby dla nich zbyt ciężka. Najbardziej boją się tego, że wszystko to mogłoby być ich własne.

— kim jesteś?

— wyjaw swoje imię! — padają zawsze te same pytania. Mógłbym skłamać i powiedzieć imię, które znają z ksiąg. Mógłbym splunąć bluźnierstwem albo śmiać się do ich twarzy, ale po co? Przecież wszystko to już widzieli i wszystko to pasowałoby do ich historii. Tym razem milczę. Cisza rozlewa się po pokoju jak plama oleju. Kapłan waha się, zebrani wymieniają spojrzenia. W ich głowach rodzi się niepokój, którego nie przewidzieli. Jeśli nie odpowiem, kto tu właściwie mówi? Kto słucha? Czuję wtedy coś nowego. Nie strach ani nie gniew. Raczej coś na wzór zaciekawienia. Człowiek, którego noszę, przestaje się szarpać. Jego myśli na moment stają się wyraźne. Widzę to, czego nie powinien pamiętać. Coś, co wydarzyło się dawno temu, zanim pojawiłem się w jego życiu. Coś, co być może mnie tu sprowadziło, albo sprawiło, że nigdy nie byłem intruzem. Kapłan podnosi głos. Modlitwa przybiera na sile, świece kopcą, a powietrze gęstnieje od wiary i strachu. Wszyscy czekają na moment przełomu: na krzyk, na upadek, na znak. A ja uświadamiam sobie, że to nie oni próbują mnie wypędzić, tylko to ja próbuję sobie przypomnieć, dlaczego tu jestem. Drzwi skrzypią lekko, choć nikt ich nie dotyka. Gdzieś w domu wybija godzina, której nikt nie sprawdzał. Kapłan robi znak krzyża i wypowiada pierwsze słowa, które naprawdę mają znaczenie:

„Exorcizamus te, omnis immundus spiritus…”

I wtedy zaczyna się historia, której nie planowali.

1
Zanim to nazwą opętaniem

Nie wybieram ich według odwagi ani według grzechów. To są ludzkie kategorie, zbyt proste, by miały dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Wybieram tych, którzy zostają sami ze sobą na dłużej, niż powinni. Tych, którym nikt nie odpowiada, gdy pytają po cichu. A reszta? Reszta przychodzi sama, prędzej czy później. Najpierw obserwuję z daleka. Nie jak drapieżnik, raczej jak ktoś, kto uczy się cudzego rytmu. Każdy człowiek go ma: sposób, w jaki oddycha, sposób, w jaki myśli i sposób, w jaki zasypia. Z czasem zaczynam wiedzieć, o której godzinie zwalnia im puls i kiedy myśli wymykają się spod kontroli. Nie widzą mnie, tylko widzą skutki — to mi wystarcza. Bezsenność, która pojawia się nagle i zostaje na dłużej. Wrażenie, że ktoś stoi w pokoju, choć drzwi są zamknięte. Myśli, które wracają uparcie do jednego wspomnienia, jakby coś je tam ciągnęło. Zawsze znajdują dla tego wytłumaczenie: stres, przemęczenie, przeszłość, która „sama się odezwała”. Lubię, gdy mówią „to nic takiego”. Wtedy wiem, że jeszcze się nie bronią i napawa mnie to euforią. Czy demon może ją mieć? Oczywiście! Nie podsuwam im obrazów, one już tam są, w ich głowie. Każdy człowiek nosi w sobie kilka chwil, do których nie chce wracać. Ja tylko zdejmuję z nich kurz. Sprawiam, że stają się wyraźniejsze, obecne i pojawiają się wtedy, gdy zapada cisza, tuż przed snem, pod prysznicem lub w pustym autobusie, kiedy są sami. Zaczynają słuchać własnych myśli uważniej niż kiedykolwiek wcześniej. To nie ja mówię pierwszy, zawsze czekam, aż zrobią to oni. Na początku półgłosem, a potem jednym zdaniem wypowiedzianym w pustym pokoju: „nie wiem, co ze mną jest”, „chciałbym, żeby to się skończyło”, „jeśli ktoś mnie słyszy…”, „chyba pójdę do psychologa”.Nie kończą nie muszą.

Jestem wtedy blisko, ale jeszcze nie wchodzę. Człowiek musi uwierzyć, że to, co słyszy, pochodzi z niego samego, że to jego myśl wreszcie znalazła właściwe słowa. Gdyby wiedział, że słucha kogoś innego, zamknąłby się, bo strach wciąż bywa skuteczną granicą. Z czasem zmienia się ton, myśli przestają być chaotyczne i stają się uporządkowane, pojawia się ulga, ale nie wielka, raczej subtelna. Jakby ktoś wreszcie nazwał problem. Człowiek zaczyna ufać temu głosowi, bo brzmi rozsądnie i nie krzyczy. Musicie coś wiedzieć: nigdy nie żądam. Ciało reaguje później. Najpierw drobne rzeczy: napięcie karku, mrowienie w dłoniach, nagłe zimno bez powodu. Potem przychodzą krótkie chwile, w których myśli uciekają, a czas się rozciąga. Człowiek orientuje się, że przez kilka sekund nie pamięta, o czym myślał i to zaczyna go niepokoić, ale jeszcze nie wystarczająco, żeby coś z tym zrobić. Najczęściej próbują się modlić. Nie dlatego, że wierzą, lecz dlatego, że tak ich nauczono. Modlitwa brzmi pusto jak wyuczony gest. Czasem ją podtrzymuję, podsuwając słowa, które znają, niech myślą, że to pomaga. A czy mi pomaga? Powiedziałbym raczej, że szkodzi, czasami. Prawdziwa zmiana przychodzi, gdy po raz pierwszy poczują, że nie są sami i że to wcale nie jest najgorsze uczucie. I wtedy wtedy robię krok bliżej.

Nie przejmuję kontroli — to mit. Kontrola rodzi opór, ja tylko przesuwam granice, pozwalam, by mój spokój stał się ich spokojem, by moje myśli zaczęły pasować do ich lęków. Granica między nami staje się nieostra, a głos wewnętrzny traci wyraźne źródło. Człowiek zaczyna się wahać. Zastanawia się, czy to choroba, czy coś więcej? Czy powinien komuś powiedzieć? Czy to minie? Najczęściej nie mówi nikomu, bo wiecie… wstyd jest przecież lepszą ochroną niż strach. A gdy w końcu zapalą świece i wezwą kapłana, gdy nazwą to, co się dzieje, opętaniem, będą przekonani, że wszystko zaczęło się nagle. Nie zrozumieją, że byłem obecny długo przed pierwszą modlitwą, nawet zanim ktokolwiek pomyślał o wypędzaniu.Ludzie mają tę zabawną potrzebę kontynuowania widowiska. Myślą, że moja obecność to trzaskanie drzwiami, lewitacja i łacina wykrzykiwana głosem, który rwie struny głosowe. Jakie to naiwne. Gdybym chciał hałasu, zamieszkałbym w fabryce albo na lotnisku. Mnie interesuje to, co dzieje się pod skórą, w tych mikro-momentach, gdy człowiek przeciera oczy i przez ułamek sekundy nie poznaje własnego odbicia w lustrze. Wiesz, co jest najpiękniejsze w waszej biologii? Adaptacja. Przyzwyczajacie się do wszystkiego, nawet do cienia, który kładzie się na waszym sercu.

Zaczynam więc od zapachów. Nie, nie od siarki — to kolejny tani mit dla turystów religijnych. Podrzucam zapach, którego nie ma. Woń przypalonego mleka, gdy kuchnia jest pusta, zapach mokrej ziemi w sypialni na czwartym piętrze, albo perfumy osoby, której nie widzieliście od dekady. Widzę wtedy, jak marszczycie nosy, jak szukacie źródła, jak w końcu machacie ręką, mówiąc: „przewidziało mi się”. Kocham to zdanie: „przewidziało mi się”, to dla mnie otwarte zaproszenie na kawę. To oficjalne zrzeczenie się czujności. Kiedy już zadomowię się w waszych zmysłach, zaczynam bawić się czasem. Czy zdarzyło ci się kiedyś jechać samochodem i nagle zorientować się, że przejechałeś dziesięć kilometrów, nie pamiętając ani jednego zakrętu? To nie była dekoncentracja. To był moment, w którym usiadłem na tylnym sie-dzeniu i po prostu patrzyłem, jak twoja dusza dryfuje gdzieś obok. Czas to guma, którą mogę rozciągać według uznania. Sprawiam, że minuta czekania na zielone światło staje się wiecznością pełną wyrzutów sumienia, a cała niedziela znika w mgnieniu oka, zostawiając po sobie tylko poczucie niewytłumaczalnego brudu pod paznokciami.

Subtelność jest moją religią, a Twoją? Najbardziej lubię te chwile, gdy siadacie do kolacji z bliskimi. Słuchacie ich głosów, jecie to samo jedzenie, ale nagle czujecie… dystans. Jakbyście patrzyli na nich przez grubą, zakurzoną szybę. Oni się śmieją, a wy zastanawiacie się, czy ich twarze zawsze były tak dziwnie niesymetryczne? Czy ich śmiech zawsze brzmiał tak fałszywie? Nie podpowiadam wam nienawiści, nienawiść jest zbyt głośna. Podpowiadam wam obcość. Sprawiam, że czujecie się jak turysta we własnym domu. Wtedy zaczynacie szukać ratunku w rutynie: sprzątacie mieszkanie, chodzicie na siłownię, sprawdzacie trzy razy, czy zakręciliście gaz. Myślicie, że porządek na zewnątrz uciszy to, co zaczyna kiełkować w środku. A ja? Ja sprzątam razem z wami. Przesuwam klucze o dwa centymetry w lewo, chowam pilot od telewizora, by po chwili położyć go na samym środku stołu i patrzę, jak wasza pewność siebie kruszeje. „Tracę pamięć” — myślicie. — „może to wczesny Alzheimer?” — szepczecie do lekarza. Lekarz przepisuje magnez i witaminę B. Urocze. Magnez jest bardzo zdrowy, sprawi tylko, że wasze drżące powieki, które tak uwielbiam obserwować, będą miały więcej energii do drżenia.

Wspomniałem o modlitwie. To paradoks, ale wasza pobożność bywa moim najlepszym sprzymierzeńcem. Zwłaszcza ta mechaniczna, ta „odklepywana”. Kiedy recytujecie słowa, nie myśląc o ich treści, tworzycie w głowie idealną przestrzeń, w którą mogę wejść. Modlitwa staje się białym szumem, podczas gdy wasze usta mówią „odpuść nam nasze winy”, ja w tym samym rytmie wyświetlam wam slajdy z waszych największych porażek. Robię to tak płynnie, że myślicie, iż to wasze sumienie się budzi.

Błąd, moi drodzy.

Sumienie chce poprawy, a ja chcę tylko, żebyście się w tym gównianym wspomnieniu pławili, aż skóra wam nasiąknie wstydem. Kiedy w końcu pojawia się strach, ale wiecie, taki prawdziwy i pierwotny, który sprawia, że nie chcecie wystawić stopy spod kołdry, jest już zazwyczaj za późno na proste środki. Nawet wtedy nie jestem potworem z filmów, nie warczę. Jeśli już muszę się odezwać, wybieram głos kogoś, komu ufaliście, albo ewentualnie wasz własny, tylko nieco spokojniejszy i mądrzejszy.

— To tylko ty, nikt inny — mówię wam prosto do ucha, gdy leżycie w ciemności. — To twoja głębia i Twoja prawda, nie bój się samego siebie. — I wierzycie mi, bo przecież każdy chce być wyjątkowy, nawet jeśli ta wyjątkowość ma smak zdrady.

Pewnego dnia następuje moment zwrotny. To ten moment, w którym przestajecie pytać „dlaczego to się dzieje?”, a zaczynacie pytać „co teraz zrobimy?”. Zauważyliście tę zmianę? — „Zrobimy”. Liczba mnoga wkrada się do waszego myślenia bez zaproszenia. Zaczynacie lubić ten stan. Izolacja od świata staje się waszą twierdzą. Telefon milczy, znajomi przestają dzwonić, bo „zmieniłeś się”, „jesteś dziwny”. A wy tylko wzruszacie ramionami, bo przecież macie mnie. Ja was nie oceniam, ja was rozumiem lepiej niż ta cała banda radosnych idiotów za oknem. I właśnie wtedy, gdy czujecie tę chorą więź, tę intymność z nieznanym, decyduję się na pierwszy gest fizyczny. Nic wielkiego… siniak na udzie, którego nie potraficie wyjaśnić, zadrapanie na plecach, które wygląda jak litera, której nie znacie czy lustro, które zaparuje, choć woda w kranie była lodowata. Dopiero wtedy idziecie do nich. Do tych ludzi w kolorowych szatach, z wodą i łaciną. Przychodzicie przerażeni, błagając o ratunek przed „czymś z zewnątrz”. A ja siedzę wtedy głęboko w waszym splocie słonecznym, ogrzewam się waszym tętnem i uśmiecham się do waszego strachu, bo przecież wiecie, że to kłamstwo. Nie ma żadnego „zewnątrz”. Jesteśmy już jednym. Zanim zdążyliście mnie nazwać, ja już zdążyłem was pokochać. Tak, jak pasożyt kocha swojego żywiciela aż do ostatniego tchu.

2
Słońce Palermo

Palermo ma zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym, jak tylko i wyłącznie z odurzającą mieszanką cytrusów, morskiej soli i kurzu osiadłego na barokowych gzymsach. Ludzie nazywają to miasto „szczęśliwym”, bo ich oczy, przyzwyczajone do jaskrawego słońca Sycylii, nie widzą tego, co kryje się w cieniu głębokim bram. Ja jednak nie potrzebuję cienia, by widzieć, widzę najlepiej w pełnym świetle, gdy prawda o ludzkiej nietrwałości lśni najmocniej.

Marek i Ewa siedzieli przy małym, chwiejnym stoliku w jednej z wąskich uliczek Mercato di Ballarò. Byli tacy szczęśliwi… tacy, pełni życia, że aż budziło to moje rozbawienie. Widziałem ich prymitywną radość i euforię, która karmi się prostymi rzeczami: smakiem zimnego granity, smakiem smażonych arancini i samym faktem, że ich krew w żyłach krążyła bez przeszkód, a płuca bez wysiłku pompowały powietrze. Ewa zaśmiała się z czegoś, co powiedział Marek. To był czysty, dźwięczny śmiech, który na moment rozproszył ciężką aurę tego miejsca. Chłopak patrzył na nią z tą specyficzną dla rodzeństwa czułością — mieszanką odpowiedzialności i irytacji, która tworzy najsilniejsze więzi. Byli do siebie podobni. To samo wysokie czoło, ten sam sposób, w jaki mrużyli oczy przed słońcem. Nie wiedzieli jeszcze, że to, co ich łączy, już niedługo stanie się autostradą, po której przejadę wprost do ich zasranego, szczęśliwego wnętrza.

— Marek, spójrz na to — powiedziała, wskazując na starą, rzeźbioną ko-łatkę u drzwi pobliskiej kamienicy. — Wygląda jak mały lew, albo… diabeł. Marek uśmiechnął się, wycierając pot z czoła.

— Wszystko tu wygląda jak diabeł, Ewo. To Sycylia. Tu nawet święci na obrazach mają spojrzenia, jakby cię chcieli przekląć za zbyt krótką spódnicę. Pili wino, delektując się pięknymi widokami. Tanie, białe wino z lokalnej winnicy. Obserwowałem, jak krople kondensacji spływają po szkle, tak, jak za chwilę miały spłynąć po nich krople strachu. Byli bezpieczni w swojej niewiedzy. Cieszcie się, już niedługo!
Wierzyli w wakacje, w rzymskokatolickie bezpieczeństwo turystycznej polisy i w to, że zło to tylko postać z kiepskich filmów, które oglądali w dzieciństwie. A ja byłem tuż obok. Patrzyłem spokojnie, bez pośpiechu. Siedziałem na ramieniu starca sprzedającego ryby dwa metry dalej. Przesuwałem po strunach ich nerwów, jeszcze ich nie szarpiąc, ale już sprawdzając, jak zareagują na moją bliskość.

To wtedy go wybrałem, Marka.

Ewa była piękna, ale jej dusza była jak tafla jeziora — zbyt czysta, bym mógł się w niej wygodnie przejrzeć. Za to dusza Marka. Hmm, czysta poezja!
On był inny, było w nim pęknięcie, mała i niemal niewidoczna rysa, którą nosił w sobie od lat. Coś, co kazało mu brać na siebie zbyt wiele, co kazało mu wierzyć, że ma być opoką dla siostry, bo świat jest zbyt groźny, by mogła iść przez niego sama. Ta jego pycha przebrana w szaty braterskiej miłości, była dla mnie jak zaproszenie. Pycha to najlepszy smar dla zawiasów duszy. Zmieniłem perspektywę. Porzuciłem handlarza i stałem się samym upałem, który osiadał na karku Marka. Poczułem jego miarowy puls, ale gdy tylko moje „ja” musnęło mu podświadomość, rytm ten, na ułamek sekundy się załamał.

— Marek? Wszystko w porządku? — Ewa położyła dłoń na jego prze-dramieniu. Miała dotyk pełen troski i ciepła.

— Tak… — mruknął, mrugając gwałtownie. — Po prostu… ten upał… Mam wrażenie, jakby ktoś na mnie patrzył. Ewa rozejrzała wokół. Widziała tylko turystów, Włochów i leniwe koty wyciągające się w pełnym słońcu na murku. Zaśmiała się gwałtownie, ale tym razem wyczułem w jej głosie nutkę niepokoju.

— To pewnie te wszystkie Madonny z rogu tych ulic. Chodźmy stąd, musimy kupić jeszcze pamiątki dla mamy. — Wstali. Marek zostawił na stole kilka monet. Nie wiedział, że właśnie przy tym stoliku, zostawił również ostatnie chwile świętego spokoju. Gdy szli w stronę Via Vittorio Emanuele, podążałem za nimi, skacząc z cienia w cień, z myśli na myśl.

Zacząłem siać ziarno.

Najpierw były to drobiazgi. Niechęć wejścia do kościoła przez Marka, bo jak stwierdził, „barok zaczął go przytłaczać”, a jeszcze kilka chwil wcześniej zachwycał się architekturą. Potem przyszedł lęk o Ewę. Gdy tylko na moment zniknęła mu w tłumie z oczu przy fontannie Pretoria, poczuł nagły, irracjonalny atak paniki. Widziałem, jak jego dłonie zaczęły drżeć i pocić się, jak jego umysł zaczął generować najciemniejsze scenariusze. To nie były jego myśli, tylko moje projekcje, które przyjmował za własne. Wieczorem, w ich wynajętym pokoju, słońce na horyzoncie zaczęło krwawić, malując miasto na kolor starej miedzi. Ewa stała na balkonie, wdychając chłodniejsze już powietrze, a Marek leżał w łóżku, patrząc w sufit, na którym cienie wentylatora tworzyły hipnotyzujące wzory. Pochyliłem się nad nim. Nie potrzebowałem ust, by do niego przemówić, bo moja obecność była jak ciężki koc, która odcina dopływ tlenu.

— Spójrz na nią Marku — sączyłem mu do ucha. — Jest taka krucha… taka bezbronna… nie ochronisz jej… nie tutaj. Coś tu jest, coś z tobą zeszło do katakumb, choć jeszcze tam nie wszedłeś… coś cię zna. Już ją zna. Marek usiadł gwałtownie na łóżku.

— Ewa, zamknij okno. Robi się już chłodno. Odwróciła się zdziwiona.

— Zimno? Jest upał. O czym ty mówisz Marek?
Spojrzał na nią i przez ułamek sekundy nie było Marka, byłem ja. To był ten moment, w którym Malfas, czekając w podziemiach Palermo przez wieki, przesłał mi pozdrowienie. Poczułem drżenie pod miastem. W labiryncie korytarzy wypełnionych zasuszonymi ciałami mnichów i mieszczan, coś drgnęło.

Proroctwo zaczęło oddychać.

Ewa podeszła do brata, kładąc mu na czole dłoń.

— Może masz gorączkę? Mówiłam ci, żebyś nie pił tyle tego wina na słońcu. Połóż się, pójdę po wodę. Gdy wyszła do kuchni, zostałem z nim sam w pokoju. Marek patrzył na swoje ręce, jakby widział na nich niewidzialne pęta. Zaczął się cicho i szeptem modlić. Uśmiechnąłem się. Nie ma nic smaczniejszego, niż modlitwa odmawiana ze strachu, nie z miłości.

— …„i nie wódź nas na pokuszenie”… — szeptał. Zdmuchnąłem resztki jego wiary tak łatwo, jak zdmuchuje się pył z nagrobka.

— … „ale nas zbaw ode złego”… — dokończyłem za niego, a on po raz pierwszy naprawdę mnie usłyszał. Nie jako głos, ale jako absolutną pewność, że od tej nocy, modlitwa będzie miała tylko jedną stronę — moją stronę.

W kuchni Ewa upuściła szklankę, chyba zrobiła to całkowicie przez przypadek. Dźwięk tłuczonego szkła rozciął ciszę wieczoru niczym brzytwa. Marek drgnął, ale nie wstał. Nie pobiegł sprawdzić, czy siostra się nie skaleczyła, nie zapytał, czy wszystko w porządku. Patrzył w lustro naprzeciwległej ścianie, a ja patrzyłem na niego z tej drugiej strony, podziwiając, jak martwy stał się jego wzrok. Słyszałem ciche przekleństwo Ewy, a potem szuranie szczotki. Była zmęczona, jej ruchy były ciężkie i pozbawione dawnej lekkości. Kiedy w końcu zgasiła światło w kuchni, mieszkanie pogrążyło się w półmroku, który dla mnie był naturalnym środowiskiem, a dla nich stawał się duszną klatką.

— Dobranoc, Marek — rzuciła cicho, przechodząc obok salonu. Głos miała zduszony, jakby bała się, że głośniejszy dźwięk może wywołać kolejną lawinę nieszczęść. Marek nie odpowiedział. Czekał, aż usłyszy kliknięcie zamka w jej sypialni, dopiero wtedy podniósł się z fotela. Jego ruchy były teraz płynne, niemal bezgłośne, jak u drapieżnika, który nie chce płoszyć zwierzyny. Przeszedł do swojego pokoju, mijając po drodze zamknięte drzwi Ewy. Przez chwilę poczułem jego dłonią chłód klamki, ale nie nacisnął jej. Jeszcze nie teraz, filar musi najpierw kruszeć w samotności. Wszedł do sypialni i nie zapalając światła, zaczął się rozbierać. Każdy element garderoby upadał na podłogę niczym zbędna skóra, którą zrzucał. Położył się do łóżka. Leżał na plecach, z dłońmi splecionymi na piersiach, sztywny i zimny.

W domu panowała martwa cisza, rozdzielona jedynie cienką ścianą między rodzeństwem. Ewa, zwinięta w kłębek pod kołdrą, próbowała zagłuszyć modlitwą bicie własnego, przerażonego serca. Marek natomiast, z szeroko otwartymi oczami wpatrzonymi w sufit, słuchał mojego oddechu, który stał się jego własnym. Spali osobno, oddzieleni murem i drzwiami, ale to ja byłem tym, co łączyło ich tej nocy najmocniej. Byłem mostem nad przepaścią, w którą oboje właśnie zaczęli spadać. Maflas miał rację. Krew niewinnych jest dobrym fundamentem, ale krew rodzeństwa… krew rodzeństwa to cement, który wiąże na wieki. Jeszcze nie pozwoliłem im odejść, miasto było zbyt nasycone śmiercią, by wypuścić ich tak łatwo.

Już z samego rana poprowadziłem ich w miejsce, gdzie Palermo oddychało pod ziemią. To zaczęło się niewinne jak zawsze. Najpierw szybki impuls i myśl, która nie należała do Marka, a do mnie.

— Zanim wrócimy, zobaczmy jeszcze katakumby — powiedział.

— Serio? Te z mumiami? To trochę chore — Ewa zmarszczyła czoło. Ach! Jakież to trafne słowo! Chore! Piękne! Żywe w swojej martwocie!

— Przecież jesteśmy tu ostatni raz — odparł, a ja nalałem mu w usta determinacji, by ją przekonał. — Wszyscy mówią, że robią wrażenie. Nie powiedziałem mu, że robią dużo więcej niż wrażenie. One pamiętają każdego, kto tam wchodził i każdego… kto nie wychodził. Czułem zawahanie Ewy i jej niepokój.

— No dobra… ale tylko na chwilę — poddała się.

Na chwilę… Ludzie zawsze wierzą „na chwilę”, naiwniacy. Katakumby Kapucynów nie powstały przez przypadek. Ludzie wierzyli, że wykuli je w skale, bo brakowało miejsca na cmentarzach — tak brzmiała oficjalna wersja dla ludzkości. A prawda była starsza niż to ich całe zasrane chrześcijaństwo i znacznie starsza od krzyża.

Pod Palermo od wieków istniały puste jamy w ziemi — naturalne groty, w których jeszcze przed narodzeniem ich Boga składano ciała w ofierze bóstwom rozkładu i przejścia. Fenicjanie, Kartagińczycy, później Rzymianie… każdy lud czuł tu to samo drżenie w powietrzu.

Ziemia w tym miejscu była niezwykle cienka jak błona oddzielająca oddech od krzyku. Mnisi wykorzystali jedynie przestrzeń, która już była naznaczona. Nie wiedzieli, że budują nekropolię na dawnym ołtarzu demonów. Albo wiedzieli — i właśnie dlatego wybrali to miejsce. Dla nas — demonów, było to miejsca przejścia, gdzie dusze zatrzymywały się dłużej, niż powinny, gdzie strach, zamiast znikać, gęstniał. Schody prowadzące w dół wyglądały jak paszcza potwora. Im głębiej schodzili, tym bardziej powietrze traciło świeżość i nabierało ciężaru, wciskając się im w płuca. Ewa poczuła zawrót głowy.

— Marek… Czuję się, jakby ktoś ściskał mnie w klatce piersiowej.

— To brak tlenu — odpowiedział, ale ja już rozplatałem mu myśli jak mokre bandaże.

Pierwszy korytarz był wąski i niski. Lampy rzucały mdłe światło na ściany, w których jak półki w bibliotece śmierci tkwiły nisze z ciałami. Niektóre były niemal całe, a inne rozpadły się na kości. Z habitu jednego mnicha zwisał wysuszony palec, a u stóp innej mumii leżała czaszka dziecka. W bocznym korytarzu natrafili na małą kaplicę. W środku znajdo-wał się kamienny stół ofiarny, pęknięty wzdłuż. Na ścianach widniały wyryte symbole — stare, chaotyczne i zupełnie niepasujące do chrześcijańskich znaków. Ewa dotknęła jednego i chwilę później, zadrżała gwałtownie.

— Jest lodowate… jakby… jakby ktoś przed chwilą trzymał tu dłoń.

— Nie dotykaj… — wyszeptał cicho i zamknął oczy, bo poczuł — dzięki mnie oczywiście — nagły przypływ obrazu. Nie wiedział skąd i dlaczego, zobaczył kamień zalany krwią i cienie ludzi pochylonych w modlitwie, która nie była modlitwą. Krzyk, metal, rozcinanie gardła… Zmyłem mu obraz tak szybko, jak podarowałem. Zachwiał się.

— Marek? — Ewa chwyciła go za ramię.

— Nic… zawróciło mi się w głowie.

On już wiedział albo domyślał się, że to nie było zwykłe zawrócenie w głowie, że to miejsce poruszyło coś w nim.

Z głębi korytarza dobiegł go cichy i suchy szelest. Słyszał całą se-kwencję chropowatych odgłosów, które przypominały ocieranie banda-ża o kamień. Brzmiało to nienaturalnie, zbyt rytmicznie i świadomie. Ewa odwróciła się gwałtownie, a jej włosy smagnęły Marka po twarzy.

— Słyszałeś to? — zapytała z trudem, a ten skinął głową.

Szelest nie ustawał. Widziałem, jak źrenice mojej przyszłej ofiary rozszerzają się, pożerając resztki mdłego światła lamp. I to był właśnie ten moment, mój czas. Wślizgnąłem się w szczeliny jego świadomości, tam, gdzie strach miesza się z chorobliwą ciekawością. Pchnąłem go delikatnie, by w końcu się ruszył. Jego pusty wzrok odklejony od rzeczywistości, zaczął go prowadzić korytarzem mumii. Swoim wzrokiem widział czarną, aksamitną gardziel nieoświetlonej groty, która ziała kilka metrów przed nimi.

— Marek? Marek, stój! — głos Ewy był wysoki, przesiąknięty narastającą paniką. Zaczął iść. Miał sztywne ruchy jak robot. Każdy krok odbijał się echem od niskiego sklepienia, niosąc się w głąb jaskini, która zda-wała się sapać z ekscytacji. Wyciągnął dłoń przed siebie, jakby chciał dotknąć mroku i poczuć jego fakturę. Ewa szarpnęła go za ramię i próbowała wbić palce w skórzaną kurtkę, ale Marek był jak taran — nieobecny i nieugięty.

— Marek, proszę Cię! Tam nic nie ma, wracajmy! — była bezradna. Po policzkach zaczęły spływać jej łzy, żłobiąc jasne ścieżki w pyle z katakumb. Czułem strach, słodki i gęsty jak syrop, ale Marek należał w tym momencie do mnie. Prowadziłem go tam, gdzie normalnie nie miałby odwagi wejść. Zatrzymał się dopiero na progu absolutnej ciemności. Stał nieruchomo i zarówno on, jak i ja, czuliśmy zapach starej krwi. Jeszcze jeden krok i pokazałbym mu to, co kryje się pod spodem.

— MAREK! — kobieta desperacko rzuciła się przed niego, zagradzając mu drogę. — Marek, spójrz na mnie! Wróć do mnie!

Wtedy puściłem. Amok opadł z niego jak ciężki płaszcz, a Marek gwał-townie wciągnął powietrze, omal nie upadając. Gdy Ewa wyciągnęła rękę, by go podtrzymać, Marek odtrącił ją gwałtownie, niemal agresywnie.

— Zostaw mnie! — warknął, a jego głos był obcy, chropowaty. — Nic mi nie jest. Po prostu… spadek cukru, zaduch. Widziałaś te niskie stropy? Tu nie ma tlenu, Ewa. Każdy by odpłynął w takim gnoju.

Ewa cofnęła rękę, jakby uderzył ją prądem. Nie patrzyła na jego twarz, ale na jego dłonie, które wciąż drżały, zaciskając się w pięści. — Marek, ty szedłeś w tę dziurę… wołałam cię, a ty parłeś naprzód. Nie słyszałeś mnie? Miałeś… inne oczy.

— Przewidziało ci się — uciął, chowając dłonie do kieszeni. — To miej-sce działa na wyobraźnię, a ty zawsze byłaś histeryczna. Chodźmy stąd, to tylko kwestia braku wentylacji. Czysta biologia, przestań robić ze mnie wariata. Wyminął ją, idąc szybkim, sztywnym krokiem w stronę wyjścia. Nie widział, że Ewa nie ruszyła się od razu. Stała tam, patrząc na jego plecy z narastającą odrazą. Czuła, że w tej czarnej gardzieli zostawiła brata, którego znała, a teraz podąża za kimś, kto jedynie nosi jego skórę. Droga przez Palermo była ciągiem rozmazanych świateł i hałasu, który ranił ich zmysły. Słońce Sycylii, zazwyczaj kojarzone z ciepłem, teraz wydawało się nienaturalnie jaskrawe, jakby chciało wypalić to, co wydarzyło się w podziemiach.

W taksówce panowała cisza przerywana przez szum silnika. Marek gapił się przez okno, ale w odbiciu widział tylko swoją bladą twarz i cienie tańczące w kącikach oczu. Gdy dotarli do hotelu, pokój wydawał się za mały. Ewa rzuciła torebkę na podłogę i usiadła na krawędzi łóżka. Marek stanął przy oknie, patrząc na dachy miasta tonące w purpurze.

— Jutro wracamy do Polski — powiedziała w końcu stłumionym głosem. — Pierwszym możliwym lotem. Mam dość tego słońca, tych grobowców… tego… wszystkiego. Marek zaśmiał się krótko i sucho.

— Naprawdę? Chcesz kończyć urlop, bo zrobiło mi się słabo w dusz-nej piwnicy? Ewa, bądź poważna. To był incydent, zmęczenie materiału. Słońce Sycylii mnie dobiło, ot co.

— To nie było słońce, Marek! — wybuchnęła, a jej ramiona zaczęły drżeć. — Stałeś tam jak manekin. Kiedy cię dotknęłam, nie poczułam ciepła twojego ciała, tylko coś… coś zimnego i martwego. Coś, przez co chciało mi się wymiotować. Marek odwrócił się gwałtownie. Chciał do niej podejść, położyć jej rękę na ramieniu, stłamsić strach kłamstwem, w które sam chciał wierzyć, ale gdy tylko zrobił krok, Ewa odruchowo skuliła się w sobie i cofnęła w głąb materaca, jakby spodziewała się ciosu. Ten jeden gest — ten instynktowny unik przed jego dotykiem — uderzył go mocniej niż jakakolwiek obelga. Poczuł furię, której nie rozumiał.

— Boisz się mnie? — zapytał szeptem.

— Boję się tego, co stało przy tobie w tamtym korytarzu — odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.

Marek poczuł na karku mój lodowaty chłód. Chciał zaprzeczyć, ale w odbiciu szyby hotelowej zobaczył, że jego własny uśmiech nie pasuje do wyrazu jego oczu.

— Polska — mruknął w stronę ciemniejącego nieba. — Dobrze, wracajmy.

Wakacje w Palermo dobiegały końca, ale nasza wspólna droga dopiero się zaczynała. Ewa myślała, że wrócą do domu jako ci sami ludzie. Nie wiedziała, że w Marku siedział już pasażer na gapę, który nie potrzebował biletu powrotnego.

3
Zapach stygnącej wiary

Ciężar imienia Valak noszę z taką samą obojętnością, z jaką drzewo znosi ciężar opadającego śniegu. To zaledwie symbol, etykieta, którą ludzie, w swojej naiwnej potrzebie kategoryzowania chaosu, przykleili do czegoś, co wykracza poza ich skromne pojęcie bytu. Nie mam rogów, nie pałam siarką i nie mieszkam w wyobrażeniach piekła malowanych na średniowiecznych freskach. Jestem znacznie bardziej subtelny, znacznie bardziej… intymny. Jam jest tym niepokojącym cieniem, który przesuwa się tuż za granicą postrzegania, tym zimnym powiewem w ciepłym pokoju, tą nagłą pustką w miejscu, gdzie przed chwilą była nadzieja. Jestem szeptem, który brzmi jak twoja własna myśl, ale którego intencje są daleko od Twoich. Nie szukam ofiar w zaułkach ani w miejscach publicznych, tylko tam, gdzie krew jest zbyt gorąca i zbyt oczywista oraz tam, gdzie cisza jest najgłośniejsza: w kościołach, klasztornych celach, w sercach tych, którzy obiecali komuś miłość aż do śmierci. Wybieram tych, których wiara zaczyna przypominać znoszone ubrania, wiecie, wciąż je noszą, ale już ich nie grzeje. Proces osaczania nie trwa kilka dni czy tygodni, czasami to lata ciężkiej pracy sączenia jadu, kropla po kropli, aż do samego rdzenia. Czekam, aż struktura duszy zacznie mikro pękać pod ciężarem codzienności, bo ja — Valak, jestem cierpliwy jak lodowiec mielący skałę.

Marek był moim ulubionym „projektem”. Jego emocje były jak mętna woda, w której poruszały się nieokreślone cienie. Czuł narastające i obrzydliwe znużenie własną osobą i swoją słabością. Każda modlitwa, którą wypowiadał, czy to z ambony, czy w samotności konfesjonału, smakowała w jego ustach jak spalony węgiel. Słowa ulatywały w górę, stawały się puste i bezdźwięczne, a on… no cóż… czuł się jak oszust, rzeźbiący w powietrzu iluzję pobożności. Karmiłem się tą pustką od pamiętnej Sycylii. To nie było fizyczne ssanie żołądka ani głód mięsa czy krwi, to raczej… estetyczna potrzeba domknięcia koła. Widzieć, jak światło w jego oczach gaśnie, niczym tląca się świeca w bezpo-wietrznej komnacie, zastępowana przez szklaną pustkę — to jedyna forma rozrywki, jaką znam. Dla mnie, osobiście, jest to perfekcyjna forma rozpadu człowieka. Patrzeć, jak koroduje idea stworzona przez ich Boga — bezcenne. Obserwowałem Marka przez miesiące, nie rzucając cienia i nie szepcąc głośno. Byłem jak cień jego własnych myśli i echo jego własnych lęków. Widziałem, jak przestaje jeść, jak ciało staje się bardziej przezroczyste i jak skóra przybiera pergaminowy wygląd, a pod oczami powstają worki i cienie. I ta bezsenność! Nie mógł z nią wygrać. Czysta poezja! Noc w noc leżał w swojej ciasnej sypialni, słuchając szmeru własnego domu, szmeru, który stopniowo stawał się dla niego własnym głosem z głowy. Mój głos stawał się dla niego tinnitusem, wysokim tonem, który cichnie tylko wtedy, kiedy przestajesz stawiać opór.

Tej nocy, kiedy w końcu postanowiłem „wejść”, klęczał przed ołtarzem, pogrążony w mroku. Ostatnie promienie zachodzącego słońca ledwo muskały zakurzone witraże, rzucając na podłogę czerwoną smugę przypominającą świeżą krew. Powietrze w nawie zgęstniało, stało się ciężkie i lepkie, nasycone opresyjną, niewidzialną substancją. To był zapach stygnącej wiary — metaliczny, mdły i przypominający do złudzenia zapach krwi zmieszany ze starym kadzidłem. Czułem zapach jego potu. Był kwaśny, nasycony adrenaliną i desperacją. To zapach ofiary, która wie, że tuż za rogiem czai się napastnik, ale nadal ma nadzieję, że jeśli zamknie oczy wystarczająco mocno, cały świat zniknie. Ja, moi drodzy, nie znikam od zamykania oczu, wręcz przeciwnie! Staję się jeszcze silniejszy, bo karmię się ciemnością pod twoimi oczami.

— Panie, usłysz moją modlitwę… — szeptał Marek, a jego głos łamał się jak sucha gałązka pod butem, cienki i kruchy, ledwo słyszalny w narastającej ciszy. Jego słowa były niczym niteczki dymu, które szybko rozpływały się w gęstym powietrzu, nie docierając nigdzie. Bóg, w którego wierzył, wydawał się być oddalony miliardy lata świetlne stąd, zajęty liczeniem gwiazd w martwych galaktykach. Podszedłem bliżej. Oczywiście nie stopami po posadzce, bo fizyczne formy są dla mnie zaledwie zabawkami, które przybieram dla zmysłów tych, których dręczę. Podszedłem cieniem po jego kręgosłupie, zimnym dotykiem na karku, który sprawił, że każda komórka jego ciała chciała krzyczeć, ale mięśnie odmówiły posłuszeństwa.

— On cię nie słucha, Marku — mruknąłem mu prosto do duszy.

— Lecz ja tak. I uwielbiam brzmienie Twojego strachu, jest o wiele prawdziwsze niż te twoje wyklepane formułki — Marek zamarł. Oczywista pierwsza reakcja. Poczułem, jak jego serce wykonuje gwałtowny skok, a potem zaczyna bić w rytmie mojego nienazwanego istnienia.

Wtedy Marek pierwszy raz na mnie spojrzał. Ciało było sparaliżowane, więc nie popatrzył oczami, spojrzał na mnie swoją wiarą, a przynajmniej tym, co z niej zostało. Dojrzał mnie nie jako potwora, lecz jako lustro. W moich nieistniejących źrenicach dopatrzył każdą kobietę, na którą spoglądał z pożądaniem, każdy pieniądz, który przywłaszczył w myślach i każdą chwilę, w której nienawidził starców proszących go o spowiedź. Zobaczył mnie, jako kumulację własnych porażek. Zrozumiał wtedy, że nie jestem intruzem, tylko jego częścią, którą tak długo i zawzięcie próbował wyciąć modlitwą, a która teraz urosła i domaga się uznania. Był to idealny moment, gdzie Marek przestał być dla mnie ofiarą, a stawał się naczyniem. Otworzył się, choć nieświadomie i desperacko próbował to tłumić. Jego słaba wola i chwiejna wiara pękły jak stara glina pod naciskiem oceanu. To pęknięcie było jednym z najpiękniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszałem — cichy, wewnętrzny trzask moralnego kręgosłupa.

I ja, Valak, byłem tam, by zebrać każdy odłamek. Wlałem się w niego jak wrząca smoła w szczeliny pękającego muru. Spodziewałem się uległości, ale Marek — ku mojemu rozbawieniu — zaczął walczyć. Poczułem, jak jego wola napina się do granic możliwości. Próbował wypchnąć mnie ze swoich płuc, dławiąc się własnym oddechem, jakby moje istnienie było dymem, który chce wykrztusić. Wewnątrz jego umysłu rozpętała się burza; chwytał się wspomnień, obrazów Ewy, zapachu porannej kawy, zwykłych, ludzkich kotwic, które miały go utrzymać na powierzchni. Każda moja czarna myśl napotykała jego desperackie „nie!”, które odbijało się echem w klatce piersiowej. Smakowałem to przerażenie — było cierpkie i gęste. Delektowałem się chwilą, w której jego opór zaczął słabnąć, a każda kolejna barykada, którą stawiał w swojej świadomości, zostawała powoli oblepiana moją czernią. To była brutalna symfonia: on szarpał się jak ptak w sidłach, a ja zaciskałem pętlę, zamieniając jego lęk w mój własny instrument. Kiedy w końcu podniósł się z kolan, walka była skończona, choć w głębi jego oczu wciąż tlił się jeszcze dogasający żar buntu. Miał teraz dziwnie płynne ruchy, pozbawione ludzkiej kanciastości. Młody ksiądz, kierowany moją wolą, przeszedł tuż obok tabernakulum i uśmiechnął się moim uśmiechem — uśmiechem kogoś, kto właśnie przegrał bitwę o własną duszę i odkrył, że choć bramy do nieba są zamknięte, to piwnica pod nimi jest nieskończenie głęboka i wła-śnie stała się jego nowym domem. Dawniej uklęknąłby, zgiąłby kark w pokorze i ucałował posadzkę.

A teraz? Teraz splunął w myślach na złotą klatkę, w której ludzie więżą swoje wyobrażenia o Bogu. Przesuwając dłonią po krawędzi ołtarza, zostawił na nieskazitelnie białym obrusie smugę szarego szronu. Czułem, jak poświęcone drewno parzy mu skórę, ale dla mnie był tylko przyjemnym dreszczem i dowodem na to, że ich przyziemne symbole są bezsilne wobec mojej obecności. Spojrzał na wiszący nad chórem krucyfiks i przez ułamek sekundy widziałem, jak kącik jego ust drga w pogardzie. Chrystus na krzyżu wydał mu się nagle kawałkiem martwego drewna, a krew na jego bokach jedynie źle dobraną farbą. Patrzył na to centralne miejsce kultu i nie czuł żadnego lęku ani nabożnej trwogi. Dla mnie — tego, który widział upadek prawdziwych aniołów, ta rzeźba była marną imitacją cierpienia i teatralnym rekwizytem porzuconym w zakurzonym teatrze.

Marek próbował krzyczeć, widząc, jak unoszę mu dłoń w stronę krucyfiksu. Zmusiłem go, by podszedł bliżej, by poczuł zapach starego politurowanego drewna i osiadłego na nim kurzu. To, co dla pokoleń było symbolem zbawienia, w moich oczach stało się martwą naturą. Przesunął palcami po stopach figury, w miejscu, gdzie gwoździe zostały namalowane przez niewprawnego artystę. Poczuł pod opuszkami palców szorstkość taniej farby i chłód martwej materii. Cały ten kościół, te złocenia i kadziła, wydały mu się nagle żałosnym scenariuszem napisanym przez kogoś, kto boi się ciemności tak bardzo, że musiał wymyślić sobie światło.

To był dopiero początek. Zaczynaliśmy pisać naszą pierwszą, wspólną ewangelię. Ewangelię według Valaka, pisaną na pergaminie z jego układu nerwowego.

4
Szepty w konfesjonale

Poranek był ciężki, nasiąknięty zapachem ozonu i topiącego się wosku, który w małym kościele parafialnym wydawał się cięższy niż zwykle. Marek stał w zakrystii, patrząc na swoje dłonie. Drżały. Nie był to lęk młodego neoprezbitera, wręcz przeciwnie, było to drżenie mięśni, które próbują utrzymać coś, co rozpycha się pod skórą. Czułem go. Siedziałem owinięty wokół jego kręgosłupa jak bluszcz.

— Marku, już czas — szepnął Jan, kładąc mu dłoń na ramieniu. Młody ksiądz drgnął, a ja posłałem proboszczowi pełne jadu spojrzenie i falę czystej nienawiści. Jan cofnął rękę, jakby oparzył go ogień, a przez moment w powietrzu zawisł zapach miedzi, ale chłopak szybko spuścił wzrok. Wyszli do ołtarza. Dźwięk dzwonków rozciął kościelną ciszę niczym brzytwa. Marek szedł sztywno. Dla mnie jego ornat był całunem, pod którym rosło coś, co nie miało nic wspólnego z miłością a tym bardziej z wiarą. Gdy stanął u stóp ołtarza, poczułem zapach tłumu. Ah! Tyle dusz do zjedzenia! Istna orgia zmysłów! Tych kilkudziesięciu wiernych, staruszek w chustach i znudzonych mężczyzn. Czułem okropny głód!

— W imię Ojca i Syna… — głos Marka był niski i zachrypnięty. Słowa piekły go w krtani. Odczuwałem, jak każda litera sprawia mu ból w gardle, jak ma problem z wypowiedzeniem jakiegokolwiek słowa. Zacisnął dłonie na brzegu ołtarza, że aż zbielały mu kostki. Chciał przestać, ale ja już pociągnąłem za sznurki.

— Poczuj tę władzę… — wyszeptałem cicho, w jego wnętrzu. — Oni klęczą przed tobą, ale tak naprawdę klęczą przed nami.

Najgorsze było podczas przeistoczenia, to była kulminacja bluźnierstwa. Jego palce przypominały szpony, a ja poczułem, jak temperatura w kościele spada. Małe dziecko w trzeciej ławce zaczęło płakać — ono jedno widziało, że nad ołtarzem nie unosi się duch, tylko prawdziwe monstrum zła w czystej postaci. Gdy Marek podnosił hostię, nie widział Boga, lecz dzięki moim złudzeniom dostrzegał pulsującą, żywą tkankę, którą pragnął rozerwać swoimi pazurami. Brutalność tej myśli sprawiła, że uśmiechnął się delikatnie do siebie. Jan, stojący obok, pobladł. Widział, że oczy Marka zaszły mgłą, że ich błękit stał się matowy i niemal czarny. Chciał coś powiedzieć, ale paraliżowała go niewidzialna siła.

— … spowiadam się Bogu wszechmogącemu… — kontynuowali wierni, a Marek razem z nimi, lecz jego słowa były puste i bez jakichkolwiek emocji, bardziej brzmiały jak akt kapitulacji. Czułem jego wstyd, który zaspokajałem swoją miłością. Próbował nawet rozważać istnienie Boga, kreślić go w swej wyobraźni, lecz ja sprytnie podsuwałem mu w myślach obrazy Ewy nie jako siostry, lecz ofiary. Widział ją w Palermo, na brzegu morza, a potem martwą, z ustami pełnymi czarnej ziemi. To była moja obietnica, którą musiał przełknąć razem ze śliną. Podczas liturgii słowa Marek usiadł na sedilii. Jan odczytywał ewangelię, a jego głos brzmiał, jakby dobiegał z daleka. Młody ksiądz obser-wował zgromadzonych i widział ich spocone czoła, brudne paznokcie i … ich nędzne pragnienia.

— Spójrz na nich — sączyłem mu do ucha. — to dla tych robaków zmarnowałeś życie? Dla tych, którzy za godzinę będą kłamać, gwałcić i kraść? Jesteś od nich lepszy, jesteś moim naczyniem, Marku.

Ksiądz zacisnął mocno dłonie na kolanach. Czułem, jak rządza panowania nad ich strachem, zaczyna pulsować mu w lędźwiach. Pragnął się podnieść i zamiast kazania wykrzyczeć im wszystkie ich ukryte brudy, o których wiedziałem tylko ja. Nadszedł moment przeistoczenia. Marek nachylił się nad ołtarzem. Aromat kadziła niespodziewanie stał się przytłaczający i przypominał zapach spalonego futra. Gdy mówił słowa konsekracji, odczułem, jak czas zwalnia.

— … to jest bowiem ciało moje…
Podniósł biały krążek chleba, postrzegając to jako płat surowej, drżącej tkanki. Poczuł w ustach nagły napływ gęstej i gorzkiej śliny. Miał ochotę to ugryźć, poczuć opór mięsa pod zębami, splamić czystość obrusa krwią, której tam nie było, a którą wyczarowałem w jego wyobraźni. Jego palce drżały tak mocno, że ten marny kawałek chleba o mało co nie spadł mu na korporał. Jan, widząc to, gwałtownie wciągnął powie-trze i poczuł ten sam chłód, który towarzyszył mu w alpejskich lasach.

Potem kielich…

Marek uniósł złoto. Wewnątrz wydawało się czarne i gęste jak smoła. Wyobraził sobie, że to krew jego siostry, że pije jej życie, by stać się nieśmiertelny. To była czysta i brutalna żądza posiadania kogoś na własność, poza granice śmierci. Przełknął łyk wina, a ono paliło go jak gorąca ciecz. Przez ułamek sekundy, oczy mu sczerniały.

— Oto wielka tajemnica wiary — wycharczał, a jego głos brzmiał coś na podobieństwo ocierania żelaza o żelazo. Jan drgnął. Widział, jak na czole młodego księdza perlił się pot koloru miedzianego. Stary proboszcz chciał przerwać mszę, zawołać o pomoc, ale widok Marka, tak potężnego w swoim obłędzie, sprawił, że Jan skulił się w sobie. Kiedy nadszedł czas komunii, Marek podawał hostię z mechaniczną nieludzką precyzją. Patrzył prosto w oczy każdego wiernego, a oni uciekali wzrokiem, czując mrowienie i wstyd. Każde „ciało Chrystusa” wypowiadane przez Marka brzmiało jak przekleństwo jak naznaczenie ciała przed ubojem.

Po rozesłaniu wiernych ksiądz wrócił do zakrystii. Stał przed taber-nakulum, a jego oddech był niemiarowy i ciężki.

— Marek? — Jan podszedł ostrożnie. — Musimy porozmawiać. Twoja twarz… ty krwawisz z nosa, synu!

Marek otarł twarz wierzchem dłoni i spojrzał na niego.

— To nic, ojcze. To tylko słońce Palermo i stres, muszę iść do konfesjonału, wierni już czekają. — odwrócił się, a jego sutanna załopotała niczym skrzydła wielkiego, drapieżnego ptaka. Jan patrzył, jak Marek idzie w stronę ciemnego kąta kościoła, gdzie stała drewniana szafa konfesjonału. Stary ksiądz wiedział już, że to, co zobaczył, nie było mszą — było ceremonią powitania. Wiedziałem, że Jan zaczyna się bać. I wiedziałem, że ten strach będzie przydatną przyprawą do spowiedzi, która miała zaraz nastąpić. W konfesjonale nie było miejsca na miłosierdzie, była tylko moja czysta ciekawość. Spowiednica pachniała starym, nasiąkniętym wilgocią drewnem, tanią wodą kolońską poprzedniego księdza i kurzem. Marek usiadł ciężko, a deski zajęczały pod jego ciężarem. Czułem, jak serce wali mu o żebra z powodu przedziwnej ekscytacji, jaką mu dostarczałem.

— Błogosław mnie ojcze, bo zgrzeszyłam… — ¬szept za kratką był cichy i kobiecy. Młody ksiądz natomiast nie odpowiedział tradycyjną formułką. Mil-czał, a ja sprawiłem, że wzrok przebił się przez gęstą siatkę materiału. Wi-działem tę kobietę, była stara, zmęczona życiem, w wytartym płaszczu.

— Mów — wycharczał Marek, a głos miał metaliczny.

— Ja… ja zazdrościłam sąsiadce… jej dzieciom, które ją odwiedzają, podczas gdy moje… — zaczęła, ale spowiednik uciszył ją, stukając dłonią w drewnianą ściankę.

— pokaż jej, co naprawdę myśli! — szepnąłem.

— Kłamiesz — uciął Marek. — Nie zazdrościsz im wizyt. Zazdrościsz im śmierci, chciałabyś, żeby sąsiadka pochowała swoje dzieci tak samo, jak ty to uczyniłaś i pochowałaś swoje nadzieje. Chciałabyś widzieć jej ból, żeby twój własny przestał być dotkliwy, prawda?
Kobieta wstrzymała oddech. Słyszałem, jak jej serce potyka się o własny rytm.

— Nie… ja tak nie… — zaszlochała.

— Prawda! — ryknął Marek, a kilka twarzy skierowało wzrok na drewnianą klatkę — Czujesz to teraz? Czarny śluz, który wypełnia ci serce? Bóg nie słucha modlitw morderców, którzy zabijają w myślach! Idź stąd! Twój żal jest tak samo pusty, jak twój portfel. Odeszła, włócząc nogami i zostawiając za sobą zapach nieszczęścia. Marek oblizał wargi, poczuł rządzę i chciał więcej. Następny był młody mężczyzna. Silny, o szerokich barkach, pachnący potem i tytoniem. Klęknął, a konfesjonał aż zadrżał.

— Mam… mam nieczyste myśli, proszę księdza… — zaczął niepewnie. — O kobiecie, która nie jest moją żoną.

Marek pochylił się blisko kratki. Czułem, jak temperatura w kabinie spada do zera.

— Opisz mi je — wyszeptał Marek. — chcę wiedzieć wszystko. Co z nią robisz w tych myślach? Gdzie ją dotykasz? Czy czujesz zapach jej skóry, gdy ją rozrywasz?
Chłopak zawahał się.

— Ojcze, ale czy… czy to konieczne?

— Każdy szczegół, to gwóźdź do trumny twojego zbawienia. — syknął Marek. — Mów!
Ksiądz przymknął oczy, a ja wkradłem się w jego myśli, wizualizując wszystko to, co mówił młody mężczyzna. Szeptał o dłoniach błądzących pod spódnicą, o smaku niedozwolonego pocałunku, ale dla mnie było to zbyt jałowe i ludzkie. Podsyciłem te obrazy, wykrzywiając je w perwersyjny spektakl. Widział kobietę jako ołtarz ofiarny. W jego głowie, za moją sprawą, biała skóra jej uda była napięta do granic możliwości, lśniąca od potu i wosku, który Marek — w swojej wyobraźni — wylewał na jej ciało.

Wprowadziłem go w sam środek aktu, w którym każde pchnięcie było jak uderzenie młota w fundamenty jego wiary. Widział, jak leżąc ciałem na jej nagim ciele, twardy i sterczący członek wchodzi w nią gładko. Poczuł, jak jego ciało reaguje na myśl o tym akcie — twardy jak kamień członek, pulsujący pod grubą sutanną, domagał się ujścia dla tej brudnej i czarnej energii. Wyobrażał sobie ciało rozpięte do granic możliwości na zimnej posadzce przed samym tabernakulum. Widział mokrą z pożądania pochwę, rozwartą jak paszcza zwierzęcia, która go podniecała bardziej niż sama miłość. W jego umyśle, wchodził w nią brutalnie, bez rytmu, chcąc rozszarpać intymność, chcąc, by każdy jej jęk był wyznaniem jego własnej potęgi. Czuł, jak jej mię-śnie kurczą się wokół niego, jakby próbowały uwięzić go lub wycisnąć z niego to nieludzkie nasienie. Podniecenie Marka stało się barbarzyńskie i niemal konwulsyjne, bo dłoń pod sutanną wbiła się w udo aż do krwi, a ból ten potęgował wizję bezczeszczenia ołtarza jej ciałem. To nie był seks, raczej, coś na podobieństwo gwałcenia sacrum. Ksiądz słyszał za kratką oddech spowiadanego, ale w swojej głowie, słyszał tylko mlaskanie płynów ustrojowych i trzask łamanej moralności — był bliski szczytu.

— Jesteś zwierzęciem — wycharczał Marek do penitenta, a jego głos wibrował od tłumionego, zboczonego triumfu. — ale to zwierzęta są najbliżej prawdy o świecie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.