E-book
6.83
drukowana A5
17.85
drukowana A5
Kolorowa
37.94
Płynąc pod prąd

Bezpłatny fragment - Płynąc pod prąd

Objętość:
54 str.
ISBN:
978-83-8221-662-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 17.85
drukowana A5
Kolorowa
za 37.94

…która nas łączy

Tak nie­długa, a przy­pi­sana wiecz­no­ści,

naszych ciał, marzeń, pla­nów.

W myśli nie­śmia­łej początku,

dopro­wa­dzo­nej do wrze­nia,

poznała, polu­biła,

odkryła prze­zna­cze­nie.

Pod­dana ewo­lu­cji

na obu stro­nach życia,

pły­nie w aor­tach codzien­nie

ze zmien­nym nastro­jów ciśnie­niem,

lejąc znie­nacka po uszy

i kapiąc powoli cza­sem,

krąży w zamknię­tych obie­gach

złą­czo­nych wspól­nym poran­kiem,

uści­skiem piersi wie­czor­nym,

spoj­rze­niem wielu zna­czeń.

Nie daje spać spra­gnio­nym,

usy­pia spo­ko­jem, poczu­ciem

bez­piecz­nej obec­no­ści

nie­na­ru­szal­nych wzru­szeń.

Kipi szu­mem w ciszy

a ciszą w gwa­rze oko­lic.

Daje, na nic nie licząc,

liczy splot naszych dłoni,

mieniące spoj­rze­nia własne.

Co chwilę, kątem oka,

zabiera dwa odde­chy

by wra­cać nimi do życia

ide­ały czło­wieka.

Anioł

Podobno każdy ma swego…

po moim zostało mi pióro.

Piszę nim swe pragnienia,

głaszczę stęsknione wargi.


Trzymam je w sekrecie,

tulę do piersi czasem,

nieraz na nie zerknę,

i tylko myślę stale…


o tym co niedopowiedziane…

co zostało wyrwane…


…ze skrzydła mojego Anioła.

Bóg się rodzi…

Bóg się rodzi, umiera czło­wiek…

Wokoło sły­chać kolęd­ni­ków,

ogrody mru­gają lamp­kami w prze­chod­niów,

cie­szyć się każą nocą wigi­lii.


A wyłą­czone szpi­talne ściany,

zale­gły norą dla prze­cze­ka­nia,

leją na głowy wzrok ponury,

toczą odgłosy umie­ra­nia….


Zapach sta­ro­ści, schyłku życia,

wżarł się na stałe w stropy sali,

gęste powie­trze nie do popi­cia,

obraz nad któ­rym łza się pali.


Wąski kory­tarz z pożół­kłym świa­tłem

to nie jest gwiazda betle­jem­ska,

przy żło­bie nie ma świę­tej matki,

lecz znie­czu­lona twarz kobieca

swe pur­pu­rowe ze zło­ści lico

maskuje cedząc słod­kie słowa,

we wło­sach sym­bol ma pokory,

daleka jej do świę­tej głowa.


Rodzin­nie, cie­pło, Bóg się rodzi

a tam samot­nie umiera czło­wiek,

czeka na bli­skich by go zabrali

i rezy­gnuje — nikt nie nad­cho­dzi,

kolejny krzy­żyk na kar­cie zmar­łych.


Spa­zmy świą­teczne zamiast kolędy,

jak się dziś cie­szyć z nowego życia

gdy wła­śnie uszło tuż nad ranem stare,

zmę­czone i bez okry­cia.


Bóg się naro­dził i odszedł czło­wiek,

i jakoś nie czuć wiel­kiej rado­ści,

raczej dziś dzień jest bar­dzo ponury,

na wskroś drę­czący i bezlito­sny.

Co mogło…

Począ­tek wszyst­kiego i…. koniec.

Koniec tego co mogło … a nie było,

chwili która wła­śnie mija,

spoj­rzeń które już ni­gdy tak samo

nie wnikną i nie roz­myją cie­pło,

drżąco, cicho… na szyi.

Z pod listka ska­za­nej na prze­paść,

tęsk­noty co rośnie na skale,

zer­kam nie­śmiało w Twój uśmiech,

uśmie­cham się,

mówić dalej?

Łap­czy­wie trą­cam obrazki,

zdję­cia pamięci wła­snej,

poukła­dane nie­dawno

na półce w pierw­szym regale

wspo­mnie­nia…

Będą tam zawsze.

Począ­tek Nasz i koniec spo­tkały się na star­cie.

Dama

Pozna­łem Damę…

Kobietę o wyraź­nym, przej­rzy­stym spoj­rze­niu,

prze­ni­kało mnie.

Czułe na każdy, naj­słab­szy podmuch wia­tru.

Jej oczy biły cie­płem, wypły­wała z nich czy­sta radość życia.

Gło­sem peł­nym i szcze­rym,

nie pozba­wio­nym sylab dyplo­ma­cji, kobie­cej kokie­te­rii,

bawiła i rodziła uśmiech na mojej i nie tylko, twa­rzy,

przez cały długi wie­czór.

Wprost po wizy­cie w salo­nie kobie­cych potrzeb,

owiana zapa­chem pary­skich per­fum, które łączyły się z wonią

kropli wykwintnego koniaku w jej kie­liszku,

pogłę­biała mój zachwyt i zdu­mie­nie nad sobą

z każdą kolejną, nie­do­po­wie­dzianą histo­rią jej bio­gra­fii.

Dzie­więćdzie­sięcio dwulet­nia, piękna młoda Dama,

ciotka mojej uko­cha­nej, nie­sa­mo­wity czło­wiek.

Dobry dzień

To był dobry dzień.

Czuje to w kościach, w widzenia ostrości.

Zupa pyrkoce za plecami,

zaraz ją podam mej ukochanej,

przyprawie ją tylko szczyptą M.


To dobry był dzień.

Smakował wytrawnie, jak gorzki porter,

teraz spokojnie mogę go skończyć,

lecz zanim…, łyczka na dobry sen.

Nie mogę przestać go sączyć.


To dobry był dzień.

Ziewając, czeszę włosy palcami,

noc śle wiadomość głowie z oddali

w płucach mam tlen,

na ustach śpiew.


To dobry był dzień.

Muszę go zaraz wyłączyć

bo może jutro lepszy, kto wie…

choć trudno mi w to uwierzyć,

bo jest jak sen.

To był naprawdę dobry dzień.

Dusz­no­ści

Nie mogę zasnąć…

Koła­cze mi się między uszami,

w noc duszną upior­nie aż do gra­nic…, myśl o Tobie.


O nas… choć ni­gdy takich nie było,

o tym co nie ist­niało, co mogło,

a co się rozmyło.


Gdy ukrad­kiem w noc, co tajem­nicą,

bie­ga­łem na skraj lasu po życie.


I oddy­cha­łem Twą pier­sią, Twymi ustami,

doty­ka­łem roz­ko­szy nie swymi pal­cami,


napięte wargi spi­na­łem

łap­czy­wie i nie­doj­rzale

z ich prze­zna­cze­niem, nagrodą,

ich poży­wie­niem…

Twym cia­łem.


Gdy raz roz­mowę prze­gry­zły

usta sie­bie spra­gnione,

nie chcące zaha­mo­wać,

dzi­kie, nie poskro­mione,


gdy wraz z war­gami przy­le­gły

włosy, palce i brzu­chy,

tań­cząc w amoku i ciszy,

rusza­jąc się w bez­ru­chu…

pły­ną­łem….

Fala

Wycho­dzę na pro­stą,

zaczy­nam na nowo uśmie­chać,

myśli prze­peł­nia opty­mizm.


I nagle zakręt,

drzewo na dro­dze wyro­sło,

tama co każe wodzie prze­stać pły­nąć.


Histo­ria się chyba powta­rza,

a mogła by przy­stać na dłu­żej na tym uśmie­chu.

Nie gonić kota powtór­nie

co czarną jeży skórę

a mnie za wszystko nie karać.


Sinus- na fali, cosi­nus- czu­wa­nie.

Dla nie­wia­do­mej wśród reszty tłumu,

dla sta­ty­stycz­nej war­to­ści,

ano­ni­mo­wej jed­nostki,

życie układa rów­na­nie.

Falsity

Closed with his weakness in hand,

weighing feelings and meanings,

when the world turned its back again,

without understanding…


With silent scream on his lips

and loud whisper of complains,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 17.85
drukowana A5
Kolorowa
za 37.94