E-book
7.88
drukowana A5
19.78
Płonne — Wioska Nocy i Dni

Bezpłatny fragment - Płonne — Wioska Nocy i Dni

Tekst stworzony z pomocą AI


Objętość:
44 str.
ISBN:
978-83-8455-442-5
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 19.78

To jest normalne


To jest normalne,

kiedy dzieci mówią do ciebie spokojnie,

bez pośpiechu, bez zniecierpliwienia.

Kiedy wnuki siadają obok,

choćby na chwilę,

i słuchają —

jakby to, co mówisz, miało znaczenie.

To jest normalne,

że nie musisz się śpieszyć,

nie musisz się tłumaczyć,

nie musisz ważyć każdego słowa.

Bo twój czas

to nie jest czas stracony.

To czas przeżyty.

To jest normalne,

gdy ktoś patrzy na twoje ręce

i widzi w nich pracę,

a nie słabość.

Gdy wolniejszy krok

nie przeszkadza,

tylko uczy cierpliwości.

To jest normalne,

że w domu jest miejsce dla każdego —

i dla tych, co zaczynają,

i dla tych, co już wiedzą więcej.

Bo dom

to nie ściany.

To ludzie.

To bycie razem.

To jest normalne,

że nikt nie musi znikać,

cichnąć,

schodzić na bok.

Że ktoś powie:

„chodź, usiądź z nami”.

Bo jeszcze tyle

jest do powiedzenia.

Człowiek na starość

nie potrzebuje wiele.

Trochę uwagi.

Trochę cierpliwości.

Trochę serca.

Tyle samo,

ile kiedyś dawał innym.

I dobrze by było,

żeby to właśnie

stało się codziennością.

Stefania Kłoss

WSTĘP

Pomysł na „Wioskę Nocy i Dni”

nie wziął się z wielkich planów.

Wziął się z potrzeby.

Z tego, że ludzie coraz rzadziej byli razem.

Że każdy gdzieś pędził,

a coraz mniej było zwykłego spotkania.

Takiego bez okazji. Fundacja stworzyła miejsce.

Nie instytucję. Nie projekt na papierze.

Miejsce, gdzie można przyjść, usiąść, pobyć.

Na początku nie było łatwo.

Była ciekawość…

ale i nieufność.

Ludzie patrzyli z boku. Zastanawiali się:

— co to właściwie jest?

— po co?

— dla kogo?

Nie było też warunków. Nie było salki.

Nie było stodoły. Była tylko chęć.

Fundację i wioskę stworzyła Marzena Pietrzak —

osoba znana w naszej okolicy,

przedsiębiorcza i konsekwentna.

Dała pracę kobietom z Płonnego i okolic.

Dała impuls.

Jak to na wsi —

tam, gdzie coś się zaczyna,

pojawiają się też opinie.

Były kontrole, Były sprawdzenia.

Dziś wiadomo jedno:

nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości.

A dla ludzi najważniejsze jest coś jeszcze —

że coś zaczęło się dziać.

Na początku trzeba było dzwonić.

Namawiać, przekonywać.

— przyjdź

— zobacz

— spróbuj

To nie było „samo się zrobiło”. To była praca.

I w końcu się udało. Ktoś przyszedł.

Ktoś przyprowadził drugą osobę.

I ruszyło.

Potem przyszedł moment,

który pamiętam do dziś.

Czwartki. Sala pełna.

Gwar. Śmiech. Ludzie.

I wtedy pomyślałam:

— to już nie jest pomysł

— to już jest życie

Bo najważniejsze okazało się nie to, co robimy.

Tylko to, że robimy to razem.

To nie jest książka o fundacji.

To jest książka o ludziach.

O tych, którzy jeszcze chcą być razem.

O moich ziomalach.

WIOSKA NOCY I DNI

Wioska Nocy i Dni ma jedno zadanie: łączyć ludzi.

Nie w teorii — w praktyce.

Są zajęcia dla dzieci, młodzieży i seniorów.

Ale nigdy nie są tylko dla jednej grupy.

Bo u nas wszystko się miesza.

Siadają razem przy stole. Rozmawiają. Śmieją się.

I nagle nie ma podziału.

Babcie przyprowadzają wnuki.

Mówią: — sama bym nie przyszła.

A potem… zostają najdłużej.

Dzieci biegają między stołami.

Dorośli pomagają.

Seniorzy uczą.

I każdy jest na swoim miejscu.

Bo tu nie trzeba się dopasowywać.

Tu wystarczy być.

RUSAŁKI

To była ogólnopolska akcja.

Czytanie dzieciom.

Pomysł piękny.

„Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej.

Kto czytał — ten wie.

Długie opisy.

Dzieci? Ziewają.

Albo zaczynają przeszkadzać.

Zgłosiły się do nas trzy szkoły.

Fragmenty już były wybrane.

Wzięłam tekst do ręki.

Przeczytałam.

I wiedziałam jedno: polegniemy.

Ale odmówić nie mogłyśmy.

Plan był prosty.

Po pierwsze — przekupić.

Dużo krówek i cisza gwarantowana.

Po drugie — zainteresować.

Nie słowem. Widokiem.

Ubrałyśmy stroje z epoki, wianuszki.

Pojechałyśmy jak rusałki.

Zaczęło się czytanie.

Koleżanka czyta pięknie.

Spokojnie. Z wyczuciem.

A ja patrzę na dzieci.

Krówki zjedzone. Zaczyna się wiercenie.

Koleżanka rozumiała i skończyła wcześniej.

Dzieci wytrzymały. Orzeszkowa ocalała.

A my? Też.

Ale najważniejsze wydarzyło się później.

W plenerze w wianuszkach. Wśród traw.

Usiadłyśmy jakbyśmy tam były od zawsze.

I wtedy… dzieci zaczęły same podchodzić.

Cicho. Z ciekawością.

Siadały obok.

A za chwilę — na kolanach.

Przytulały się.

Nie książkę zapamiętały. Nie słowa.

Tylko to, że można było usiąść blisko.

I że ktoś był obok.

TERESKA

Na pierwsze czwartki przyszła Tereska.

Blada. W chustce. A jednak przyszła.

Była z nami. Jeździła. Uczyła się tańców.

Śmiała się.

Przez cały ten czas była na chemioterapii.

Potem przestała przychodzić.

 Kiedy przyszła wiadomość…

modliłyśmy się za nią razem.

Koleżanki odwiedzają jej grób.

Była z nami i została.

Nie przy stole — ale w nas.

MARIOLA

Była z nami krótko. Dwa, może trzy lata.

Wystarczyło. Spokojna, dokładna i cierpliwa.

To ona nauczyła nas decoupage.

Dziś już nie przychodzi.

Może czwartki nie są już dla niej.

A może przyszło inne życie.

Mam nadzieję, że kiedyś zajrzy.

Na chwilę.

Na kawę.

ELŻBIETA — NASZA GRAŻYNKA

Spokojna.Cierpliwa.Dokładna.

Ale to nie to o niej stanowi.

Stanowi to, kim jest.

Życie jej nie oszczędzało.Praca od dziecka.

Dom. Codzienność.

I człowiek, który nie zawsze był wsparciem.

Ona szła dalej. Bez skarg. Bez wielkich słów.

Dziś się uśmiecha.

Zobaczyła góry. Morze.

I mówi spokojnie: najważniejsi są ludzie.

Grażynka choruje na choroba Parkinsona.

Czasem ręce drżą tak,

że nie może donieść herbaty.

A jednak tworzy.

Godzinami.

Obrazy z koralików, makramy.

Jakby ciało nie nadążało,

ale ręce pamiętały.

Jest dobra.

Taka, co odda ostatni kawałek chleba.

Mówimy na nią „Grażynka”.

Bo jest nasza.

WARSZTATY U STENI

Moje kobitki uwielbiały przyjeżdżać do mnie.

Logistyka dopięta: kto kogo zabiera, kto odwozi.

Ale w końcu pojawiły się opory:

— nie będziemy ciągle jeść u ciebie

I wtedy się zaczęło.

Jedna przyniosła jajka,

druga kawę,

trzecia słodycze.

Spojrzałam i mówię:

— to robimy

Na pierwszy ogień — placki ziemniaczane.

Z kiełbasą.

Roboty tyle,

że wykarmiłybyśmy wojsko.

Smażenie, śmiech, gadanie.

A potem…

każda wróciła do domu z talerzem.

I wtedy wyszło na jaw:

w domach furora.

Mężowie zachwyceni.

Dwóch nawet przywiozło żony…

z nadzieją na dokładkę.

Nie dostali.

WIELKANOC

Dawniej święta zaczynały się wcześniej.

Od pracy.

Od przygotowań.

Od tego cichego przestawiania się serca.

W Wielki Piątek dostawało się „boże rany”.

Gałązką.

Lekko.

Niby żartem, niby nie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 19.78