Dla Pani Zofii Dziewanowskiej-Kunert — z wdzięcznością za pamięć o rodzie i za to, że Płonne wciąż pozostaje dla Pani ważne — Stefania Kłoss
Wstęp
Jak ktoś nie stąd, to powie: wieś jak wieś.
A ja powiem — niech spróbuje tu chwilę pobyć.
Bo Płonne to nie jest miejsce do oglądania.
To jest miejsce do czucia.
Tu historia nie siedzi w książkach.
Ona chodzi po drodze.
Siedzi na ławce.
Przychodzi z człowiekiem do domu i siada przy stole.
I zaczyna się opowieść.
O tym, kto gdzie mieszkał.
Kto komu był kim.
Gdzie był dwór.
Gdzie karczma.
Gdzie ktoś coś pamięta… a ktoś inny powie: „nie, to było trochę inaczej”.
I tak się składa historia.
Nie z wielkich słów.
Tylko z ludzi.
Ja nie jestem żadnym historykiem.
Ja jestem stąd.
I piszę tę książkę tak, jak się u nas mówi.
Po swojemu.
Bo szkoda by było, żeby to wszystko przepadło.
Nazwiska z ksiąg, historie z domów, wspomnienia naszych ludzi —
to nie są żadne „materiały”.
To jest nasze życie.
Tu byli Dziewanowscy.
Były majątki, podziały, wielka historia.
Ale było też coś ważniejszego.
Zwykłe życie.
Ludzie, którzy brali ziemię kawałek po kawałku.
Budowali domy.
Zakładali rodziny.
I z tego powstało Płonne.
Nie z jednego rodu.
Tylko z wielu ludzi.
Ta książka nie opowie wszystkiego.
Bo się nie da.
Ale opowie tyle, ile się jeszcze da uratować.
Bo pamięć…
jak się o nią nie zadba — znika.
A ja nie chcę, żeby zniknęła.
A teraz słowo do młodych.
Jak już tu dotarłeś… to nie zamykaj tej książki.
Wiem, jak jest.
Telefon, życie, wszystko ważniejsze niż jakieś stare historie.
Tylko że to nie są „jakieś historie”.
To jest Twoje.
To są ludzie, po których chodzisz ziemi.
To są miejsca, które mijasz codziennie — i nawet nie wiesz, co pod nimi jest.
Tu nic nie wzięło się znikąd.
Każdy dom, każda droga, każdy kawałek pola — ktoś kiedyś o to walczył, ktoś to budował, ktoś zostawił kawał swojego życia.
I jeśli tego nie poznasz…
to jakbyś mieszkał u siebie i nie wiedział, gdzie jesteś.
Nie musisz wszystkiego zapamiętać.
Nie musisz znać dat ani nazwisk.
Ale spróbuj przeczytać.
Chociaż trochę.
Bo może się okazać, że w tej historii jest coś o Tobie.
O Twojej rodzinie.
O Twoim miejscu.
A jak już raz to poczujesz…
to Płonne nigdy nie będzie dla Ciebie „po prostu wsią”.
Jeśli tu jesteś…
to dziękuję.
Naprawdę.
Bo znaczy, że zatrzymałeś się na chwilę.
Że chciało Ci się przeczytać.
Że dałeś tej historii trochę swojego czasu.
A to już bardzo dużo.
Ta książka nie jest tylko o przeszłości.
Ona jest o ludziach.
O tych, którzy tu żyli przed nami.
Którzy pracowali na tej ziemi — często ciężko, w biedzie, w prawdziwym głodzie.
Którzy przeżyli zabory, powstania, wojny.
I mimo wszystko — zostali.
Uprawiali ziemię.
Budowali domy.
Zakładali rodziny.
Nie dla historii.
Nie dla książek.
Dla życia.
Dla nas.
Dziś chodzimy po tej samej ziemi.
Mijamy te same miejsca.
Czasem nawet nie wiemy, ile w nich jest czyjegoś trudu, czyjegoś bólu, czyjejś nadziei.
Dlatego to jest też taki mały hołd.
Dla tych, którzy za tę ziemię ginęli.
I dla tych, którzy ją dzień po dniu utrzymywali przy życiu.
Jeśli przeczytasz dalej —
to nie będzie już tylko książka.
To będzie spotkanie.
Z nimi.
I trochę… z samym sobą.
Płonne
Płonne to wieś o bardzo dawnych korzeniach, sięgających średniowiecza, a nawet czasów wcześniejszych. Choć nazwa wskazuje na ziemię trudną i nieurodzajną, przez wieki była to osada żywa i rozwijająca się — nie tylko rolnicza, ale także rzemieślnicza. Funkcjonowały tu kuźnice, młyny, karczmy i szkoła, a życie toczyło się według jasno określonych zasad wspólnoty.
Nie była to wieś wielka, ale była ważna — dla tych, którzy tu żyli, pracowali i zostawili po sobie ślad.
Dziewanowscy- wybory
Mogli żyć inaczej.
Mieli majątek.
Stać ich było na wygodne życie, bale, wyjazdy.
Nie musieli niczego ryzykować.
A jednak wybrali inaczej.
Płacili za to wysoką cenę.
Nie tylko pieniędzmi —
ale spokojem, bezpieczeństwem, a czasem życiem.
Dominik tracił majątek kawałek po kawałku.
Bo wolność nie była dla niego słowem.
Oni nie walczyli tylko dla siebie.
Walczyli dla wszystkich.
I może dlatego pamięta się ich do dziś.
Nie dlatego, kim byli.
Ale dlatego, co wybrali.
Nie piszę dla historyków.
Piszę dla ludzi z Płonnego.
Żeby wiedzieli, skąd są.
I żeby ta historia była ich —
a nie tylko zapisana.
W starych księgach i dokumentach zachowały się ślady dawnego świata, w którym wszystko zaczynało się od ziemi.
Na początku była ona w rękach jednego rodu — Dziewanowskich.
To oni przez lata byli właścicielami Płonnego, Bocheńca i okolicznych dóbr.
W dokumentach pojawiają się ich nazwiska, rodzinne umowy, podziały majątku, zapisy o obowiązkach i zabezpieczeniach dla bliskich.
Ziemia była wtedy nie tylko własnością.
Była odpowiedzialnością.
Ale ten świat nie trwał wiecznie.
Z biegiem lat majątek zaczął się dzielić.
Najpierw między spadkobierców.
Potem pod ciężarem długów, zobowiązań i nowych przepisów.
Swoje zrobiła też historia.
Czasy po Napoleonie i realia zaboru rosyjskiego nie sprzyjały dawnym właścicielom.
I wtedy zaczęło się coś, co na zawsze zmieniło Płonne.
Ziemia zaczęła przechodzić w inne ręce.
Najpierw pojawiają się nowe nazwiska — często obce, urzędowe.
Potem kolejne.
Majątek, który kiedyś był jednością, zaczyna się rozpadać.