E-book
6.83
drukowana A5
40.37
Płatki tulipana

Bezpłatny fragment - Płatki tulipana

Objętość:
258 str.
ISBN:
978-83-8221-632-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 40.37

„Nigdy nie zapominaj najpiękniejszych dni twego życia!

Wracaj do nich, ilekroć w twym życiu zaczyna się walić”.

Phil Bosman


Wracaj do nich, ilekroć w twym życiu zaczyna się walić”.

Phil Bosman


„Szkoda, że koleje losu nie mają biletów powrotnych”.

J. Rutkowska

Mojej wnuczce, Natalii

Lipiec 2013, Kraków

Sama! — powiedziała miękko, głosem małej dziewczynki, jakby do siebie i nie do siebie.

— Wyjeżdżam! Jadę do Anglii! — stwierdziła Diana zdecydowanym głosem. Decyzja przesądzona. Chciała już w tej chwili wyjechać, zanim usłyszy prośbę córki Weroniki, aby dobrze się nad tą decyzją zastanowiła. — Wiesz, Wera, będzie to niezłe miejsce, żeby uciec od wszystkiego na chwilę, zapomnieć o wszystkim, co mnie tu ostatnio spotkało.

— Też tak myślę, mamo — odpowiedziała Wera, całując matkę w jej piękne, kruczoczarne włosy. — Jak długo, hm… zamierzasz gościć u niej? Mówiłaś, ale zapomniałam.

— Dwa tygodnie — odpowiedziała pewnie i zdecydowanie.

— Mamo! Naprawdę zamierzasz lecieć? Wera wciąż patrzyła w oczy Diany.

— Jasne, mam już kupiony bilet na lot…

Urwała i przymknęła na chwilę oczy. Patrzyła tak, jakby była już o tysiące mil stąd, w nieznanym dla niej świecie. Ocknęła się z zamyślenia, mówiąc Werze:

— Po prostu potrzebuję trochę czasu dla siebie po tym, jak twój ojciec mnie zostawił.

— Aha! Jeszcze jedno, mamo. Jak ty przeżyjesz ten lot? Przecież boisz się latać samolotem! — powiedziała, patrząc szczerze matce w oczy.

— Do odważnych świat należy, moja droga. Sugerujesz, że się wycofam?

— Nie, nie, nie sugeruję, mówię, co myślę.

— To tylko czterogodzinny lot, zniosę to — zachichotała. — Wcześniej czy później i tak będę musiała ten lęk przełamać, więc chyba lepiej, jak już będę to miała za sobą.

Diana uśmiechnęła się i przytuliła Werę, starając się stłumić odgłos wypuszczanego z płuc powietrza.

No tak, zdecydowanie nie wyglądasz dziś na kogoś, kto by się bał. A może wzięłaś leki uspokajające?

Po sekundzie obie parsknęły szczerym śmiechem.

— Co prawda jeszcze daleka jestem od stuprocentowej odwagi przed lotem samolotem, ale myślę, że znalazłam się na całkiem dobrej drodze, aby to w końcu zrobić.

Spojrzała na córkę i kiwnęła głową z zadowoleniem.

— Przepraszam mamo, ale na mnie już czas. Naprawdę muszę lecieć. W takim razie do jutra! — podchodząc ucałowała serdecznie matkę.


**

Tego wieczoru Diana długo nie mogła zasnąć. Nie miała zbyt wiele czasu na refleksję. Wstała, raz jeszcze sprawdziła bagaż. Walizka, wcześniej wyciągnięta spod łóżka, była spakowana.

— Jutro wrzucę szczoteczkę do zębów, laptop i mogę wyjeżdżać.

Dopiero teraz, patrząc na bagaż, dotarło do niej, że naprawdę to robi. Postanowiła raz jeszcze przyjrzeć się swojemu bagażowi. Na stoliku leżała przejściówka, popatrzyła chwilę i wrzuciła ją do torebki.

— W końcu nic nie waży, a może się przyda — pomyślała.

Położyła się na wznak, odgarniając z czoła opadające na nie włosy. Jej wzrok padł na równo zaścieloną drugą połowę łóżka. Przesunęła ręką po pościeli, ponownie zamknęła oczy z nadzieją na sen. Czas zatrzymał się w miejscu. Minuty wlokły się w nieskończoność. Spojrzała na stojący na nocnej szafeczce zegarek. Była 20:30. Odwróciła wzrok od zegarka. Owinęła się kokonem zrobionym z kołdry, mocniej wbijając pod brodę obie pięści, zaciskające mocno rogi kołdry. Usiadła. Popatrzyła raz jeszcze na drugą, zaścieloną połowę łóżka. Po kilku minutach położyła się, jej oddech zwolnił. Zapadała w sen. Musiała być zmęczona nerwami oraz przeciągającym się stresem związanym z jutrzejszym lotem.


**

Następnego ranka obudziła się z małym bólem głowy. Czuła się kompletnie niewyspana. Usiadła na podłodze w swojej ulubionej pozie „po turecku” przy szeroko otwartym oknie. Zapach świeżo zaparzonej kawy zaczął pieścić jej nozdrza. Drzwi do korytarza miała uchylone tak, że z tej pozycji widziała cały hol. Po chwili usłyszała chrobot klucza i stukot damskich szpilek.

— To zapewne Wera — pomyślała, lekko ziewając. — Dałam jej klucz, tak na wszelki wypadek, gdyby nie mogła się do mnie dodzwonić.

Na widok Weronki Diana uśmiechnęła się i przytuliła córkę.

— Cześć, mamo! — przywitała się Wera dziarskim tonem.

— Fajnie, że już jesteś.

Na twarzy Diany pojawił się szczery uśmiech. Otworzyła szafę. Przez chwilę stała wsparta na otwartych drzwiach, wpatrując się w wieszaki ze swoją garderobą. Po namyśle wyjęła jedną ze swoich ulubionych bluzek i jeansy. Zdecydowanym ruchem zamknęła drzwi szafy. Sięgnęła po leżącą na stoliku klamerkę, spinając nią swoje długie włosy. Stanęła przed lustrem i raz jeszcze poprawiła włosy. Chwilę później wróciła do pokoju, gdzie przy filiżance świeżo zaparzonej kawy siedziała Weronika, która z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w postać wchodzącej matki.

— Ślicznie wyglądasz, mamo! — wykrzyknęła, prześlizgując się wzrokiem po eleganckim ubiorze matki. Poderwała się i uścisnęła ją serdecznie.

Kiedy wychodziły z domu, dochodziła dwunasta.


**

Na lotnisku były godzinę przed odlotem samolotu. Weronika miała wrażenie, że matka nad czymś się zastanawia. Zerknęła na matkę z niepewną miną. Oczy Diany skierowane były w stronę samolotu startującego do Rzymu. Widać było, że lekko drgnęła, przenosząc swój wzrok na Weronikę.

Lipiec 2013, Manchester, Anglia

Przyleciała! Z samolotu wyszła cała dumna i szczęśliwa. Lęk przed lataniem okazał się mniej stresujący niż przypuszczała.

— Jestem już na ziemi, co za ulga!

Jednak stres i zmęczenie mimo wszystko jeszcze przez jakiś czas jej towarzyszyły. Wyjrzała na terminal. Otworzyły się drzwi i gwałtowny przeciąg rozwiał jej włosy. Klamerka, którą miała je spięte, zsunęła się i upadła na posadzkę. Chwilę później poczuła na swoim ramieniu delikatny dotyk.

— Diana? Wybacz, ale nie byłam pewna, czy to ty.

— Anita! Co za spotkanie! Nie widziałam cię od wieków. — Diana przyglądała się ze zdumieniem dawno nie widzianej przyjaciółce.

— W ogóle się nie zmieniłaś.

Diana powiedziała to absolutnie szczerze, ponieważ twarz miała bardzo młodą, nie licząc paru zmarszczek wokół oczu.

— Wydaje mi się, jakbyśmy się widziały zaledwie wczoraj. A mówią, że góra z górą się nie zejdzie — ale człowiek z człowiekiem zawsze. No i prawda!

— A ty co tutaj robisz? — zapytała z uśmiechem Anita.

— To samo co ty, Diano, przyleciałam do Manchesteru. A tak dokładnie, to do narzeczonego. Mam nadzieję, że na mnie czeka. Tak jak obiecał.

— Co za zbieg okoliczności! — krzyknęła Anita, tuląc szkolną koleżankę.

Czekał, tak jak byli umówieni, przy czarnej beemce. Ujął dłoń Anity, swojej dawno niewidzianej narzeczonej, delikatnie uniósł do ust i pocałował. Stali tak przez dłuższą chwilę, obsypując się czułościami. Stojącą parę kroków za nimi Dianę ogarniało pomału zmęczenie, a może tęsknota za…?

— Przepraszam cię — powiedziała Anita. — Zupełnie zapomniałam, że tu jesteś.

— W porządku, nic się nie stało — mówiąc, odwróciła się w jej stronę.

— Poznajcie się: Diana Potocka, Alex Ross — powiedziała Anita. — A ty zabierasz się z nami — zdecydowała.

Ze względu na swoją starą przyjaźń chciała przekonać Dianę do tego, aby jej nie odmówiła. W głębi serca miała nadzieję, że przyjmie jej zaproszenie na wspólną jazdę.

Diana szczerze jej podziękowała, wsiadła bez namysłu do czarnej beemki, podając adres, pod który miałby ją Alex podrzucić.


**

Była osiemnasta czasu londyńskiego, kiedy Diana zapukała do drzwi swojej ciotki Emilii, która chwilę później otworzyła jej drzwi. Oczom Diany ukazała się postać kobiety średniego wzrostu, jak na swój wiek zgrabnej i zadbanej. Diana przyglądała się ciotce czując, jak pomału opuszczają ją emocje i napięcie. Dłuższą chwilę stały, nic do siebie nie mówiąc.

— Wpuścisz mnie, ciociu? — przerwała milczenie Diana łagodnym głosem.

— Wybacz mi moja droga moje zachowanie, ale to chyba efekt przedłużającej się samotności. Przyjechałaś! Nie mogę w to jeszcze uwierzyć. Zaprosiłam cię, ale naprawdę nie byłam pewna czy przylecisz. Jednak jesteś! — nie było końca radości ze strony ciotki.

Ciotka przywitała ją z wielkim sercem i wspaniałą domową, angielską kuchnią. Na stole gościły przystawki: krewetki, gotowana fasolka, masło orzechowe. Upieczony indyk o chrupiącej skórce rozpływał się w ustach.

— Jakie to wszystko pyszne, smakuje wybornie — powiedziała z pełną buzią Diana.

— Dziękuję ci za te słowa — odezwała się cichym głosem Emila. Chorowałam ostatnio na zapalenie strun głosowych, które nie do końca wyleczone dają o sobie znać. Na deser przygotowałam ciasteczka czekoladowe i jabłecznik.

— Zapewne też wyborne?

— Starałam się wypaść jak najlepiej.

— Dziękuję i doceniam twoje starania, ciociu — mówiąc to, lekko ziewnęła, zakrywając usta dłonią. Chociaż lot był tylko czterogodzinny, to jednak zrobił swoje.

— Wydaje mi się, że jesteś zmęczona — powiedział Emilia.

— No tak, trochę.

Ciotka uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

— Mam ochotę na prysznic.

Po kwadransie była na górze, w pokoiku przygotowanym przez ciocię. Kiedy wchodziła do niego, rzucił się w oczy ciemny, mahoniowy stół i leżąca na nim przepięknie haftowana serweta. Ozdobą stołu był też flakon z czerwonymi tulipanami. Choć wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało na czyste, w pokoju jednak pachniało starzyzną. Samo przebywanie w nim nie było przykre, wręcz przeciwnie. Pokoik był niewielki, ale Dianie podobał się. Był ładnie urządzony. Same antyki dodawały mu klimatu.

— On ma jakąś duszę — pomyślała Diana.

Zarówno w pokoiku, jak i w całym mieszkaniu na podłogach leżały wykładziny albo dywany. Okna były lekko zasłonięte, co powodowało półmrok. Jednym, ruchem zsunęła je i otworzyła okno, aby światło i świeże lipcowe powietrze, co prawda popołudniowe, a raczej wieczorne, odświeżyło pomieszczenie.

— W końcu lipiec, ale jak na angielski klimat, jest całkiem przyjem-nie — pomyślała.

Nieco zmęczona Diana klapnęła wygodnie na miękkim tapczanie. Usiadła na czymś miękkim, futrzastym. Gdyby nie to przeraźliwe „miauuuu”, Diana zeszłaby chyba na zawał.

— A co to jest, do jasnej cholery? — wrzasnęła oniemiała z przerażenia. — O, jest i sprawca, Ty wredny kocie.

Kotka jedynie popatrzyła na Dianę, zwinęła się w kłębek i leżała jakby nigdy nic się nie stało. Diana roześmiała się. — Przecież nienawidzę kotów! A kotka jakby odgadła jej myśli i wskoczyła na jej kolana. Diana natomiast, jak nigdy, podrapała ją po brzuszku, a kotka wdzięcznie pomerdała ogonem. Siedziały tak przez dłuższą chwilę.


**

W łazience uwagę Diany przykuł niecodzienny widok. Jedna umywalka, a nad nią dwa krany.

— Co jest, do cholery? — zaklęła w myślach. Odkręciła kran z prawej strony, z którego zaczęła lecieć zimna woda. Odkręciła drugi — a z niego leci wrzątek. — Jak ja mam się tu, do cholery, umyć?! Stała dłuższą chwilę, zapatrzona w niecodzienny widok. Długo nie zastanawiając się zbiegła po schodach, przedstawiając swój problem i prosząc ciotkę błagalnym głosem o pomoc. Na słowa Diany ciotka wybuchnęła szczerym śmiechem.

— Z czego się śmiejesz, ciociu? — zapytała nieśmiało.

Dopiero po udzielonej instrukcji Diana wiedziała, jak ma odkręcać krany. Dwa krany trzeba odkręcić jednocześnie, a umywalkę zatkać korkiem. Refleks miała dobry. Każdej wody udało się nałapać na tyle, aby móc umyć twarz i zmyć makijaż. Poczuła się po tym lekka, odświeżona i zrelaksowana. Umyła też swoje piękne, długie, kruczoczarne włosy i okręciła je białym ręcznikiem. Zerknęła w lustro wiszące nad zlewem, wyjęła suszarkę. I kolejny szok. Wtyczka nie pasuje do gniazdka! Diana Popatrzyła uważnie to na gniazdko, to na wtyczkę od swojej suszarki.

— Rzeczywiście, jakieś inne — stwierdziła. W jednej chwili ją olśniło. Przypomniała sobie, że w torebce ma tzw. przejściówkę, którą zaraz odszukała. — Taka mała rzecz, a „uratowała mi życie” — uśmiechnęła się sama do siebie.

Sekundę później suszarka wydała strumień ciepłego powietrza. Wychodząc z łazienki Diana zauważyła brak na szyi jej ulubionego srebrnego łańcuszka. Zawróciła więc i ku swemu zdziwieniu zauważyła go pod umywalką. Podnosząc go dopiero zauważyła miękką wykładzinę również w łazience, a nie wykluczała, że jest w niej pełno zarazków. Na samo słowo „wykładzina” robiło się jej słabo. Wiedziała, że w swoim domu nigdy, przenigdy nie położy nawet najmniejszego kawałka wykładziny.

Temat domu przywołał wspomnienie, w jednej chwili zatęskniła za nim. Zdała sobie sprawę, że nie mogła przewidzieć przyszłości, tak samo jak nie mogła zmienić przeszłości. Tęskniła nawet za swoim zimnym łóżkiem, markową pościelą, komodą z mahoniu, a nawet za swoją białą terakotą w holu. Uśmiechnęła się na widok stojącego na stoliku laptopa. Odpaliła go. — Poszperam trochę w sieci — pomyślała.

— Jest! — krzyknęła. — Jest rozwiązanie, i to logiczne, na te cholerne krany i na te wszędzie leżące wykładziny, nawet w łazience. Zaczęła czytać. Otóż brytyjski system wodno-kanalizacyjny jest skomplikowany. Ciepła i zimna woda dostarczane są pod różnymi ciśnieniami, co z kolei utrudniać miałoby zamontowanie jednej baterii. Według innej hipotezy przyczyną montowania dwóch kranów jest oszczędność. Chcąc umyć tylko ręce, trzeba zamknąć umywalkę korkiem, przez co nie marnuje się wody. O, jeszcze jedna ciekawostka! Ponieważ centralne ogrzewanie nie jest szczególnie popularne, Brytyjczycy dokładają wszelkich starań, aby zatrzymać ciepło w mieszkaniu. Dlatego kładą grube wykładziny lub dywany. Kominek oraz grube koce to niezbędne wyposażenie wnętrz.

— No i wszystko jasne. Cóż, co kraj, to obyczaj — pomyślała.


**

Następnego ranka, przespawszy dziesięć godzin, Diana zeszła na dół. Ciotka Emilia była już w kuchni, gdzie szykowała śniadanie. Aromat świeżo zaparzonej owocowej herbaty zapraszał do stołu, na którym stała srebrna patera z różnego rodzaju serami. Na osobnym talerzu leżały równo pokrojone kawałki wędlin, a w piekarniku skwierczał na rożnie kurczak.

— Jak dobrze cię widzieć, ciociu — objęła ciotkę i cmoknęła w policzek.

— Witaj, Diano.

— Och, co tak pięknie pachnie?

— Piekę kurczaka.

— Znów drób? — zdziwiła się trochę Diana.

— Co masz na myśli, mówiąc „znów”?

Diana zagryzła usta, zastanawiając się przez chwilę.

— Przepraszam, ciociu, ale jest coś, o co chciałabym zapytać.

Siedząca obok Emilia przyglądała się Dianie, oczekując na jej pytanie.

— Zapytam wprost. Lubisz ciociu drób?

Z miny Emilii wynikało, że chyba tak nie jest.

— Nie za bardzo — odpowiedziała szczerze, nieco zdziwiona pytaniem Diany. — Wiem, o co chcesz zapytać. Dziwi cię, że piekę kurczaka wiedząc, że w lodowce leży prawie cały pieczony indyk.

— No tak, zgadłaś. O to właśnie chciałam cię zapytać. Szkoda żeby tyle dobrego mięsa miało się zmarnować. To uczta na trzy dni.

— Zapewniam cię, że się nie zmarnuje — powiedziała z radosnym uśmiechem Emilia. Zanim Diana zdążyła otworzyć usta, oznajmiła: — Na dzisiejszą kolację zaprosiłam naszego zacnego pastora Zaca Masona. Jest wielkim smakoszem pieczonego drobiu, zwłaszcza zimnego. Zmiecie wszystko, nawet nie zauważysz, kiedy.

Po swoich słowach zaśmiała się szczerze.

— Ciociu, przyznam ci się do czegoś. Jak tylko zobaczyłam, że pieczesz kurczaka, wydało mi się to trochę niepokojące. Pomyślałam, że masz sklerozę, wiedząc, że od wczoraj w lodówce leży prawie nietknięty indyk.

— Że niby kto ją ma, niby ja? Masz szczęście, że mam poczucie humoru, więc możesz czuć się uspokojona. Z pewnością nie mam Alzheimera — mówiąc popatrzyła z rozbawieniem w twarz Diany, na której odmalowało się coś w rodzaju ulgi.

Obie wiedziały, że się bardzo polubiły.

— Pokroję tylko warzywa i będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

Diana zauważyła jak ciotka powoli, prawie z matematyczną precyzją, kroiła i siekała warzywa na sałatkę.

— Co powiesz na poobiedni spacer po mieście? Och, miasto, miasto, którego uliczki i niektóre miejsca przywołują ciągle wspomnienia. Miasto, w którym przez lata byłam szczęśliwa. Tu przeżyłam cudowną miłość i tu ją straciłam — po policzkach Emilii popłynęły łzy, które szybko otarła.

Sobotnie, lipcowe popołudnie

— To nie będzie krótki spacer — oznajmiła Emilia, uśmiechając się przy tym szeroko. Idąc tak, zaczęła snuć swą opowieść. — Wiesz, kochana, zamieszkałam z wujkiem od 1967 roku. Jak to w życiu bywa, przeżyłam różne chwile, te dobre i te gorsze. Tyle różnych myśli krąży mi po głowie. Tak wiele mam do powiedzenia. Sama nie wiem, od czego mam zacząć.

— Najlepiej od początku, ciociu — mówiąc to, odwróciła twarz w stronę Emilii, poprawiając przy tym na nosie swoje słoneczne okulary.

— Wiesz, porozmawiamy o tym innym razem, jak będę miała pewność, że jestem gotowa na otwarcie się przed tobą. To miasto położone jest w hrabstwie ceremonialnym. Jeśli statystyki są wiarygodne, to liczy pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców.

Zatrzymały się na skrzyżowaniu ulic Montram RD i Sandbach.

— Jak pokonamy trasę jednego kilometra, to dojdziemy do ulicy Broad. Nic ci to nie mówi, ale zapewniam cię, że jest tam cukierenka, w której sprzedają najlepsze lody na świecie.

— Jak dobrze, może wreszcie trochę odpocznę — pomyślała Diana. Założyła buty ładne, ale nie bardzo nadające się do takiego długiego chodzenia. Usiadła na najbliższej ławeczce, aby rozmasować obolałe stopy. Nagnioty pomału dawały o sobie znać.

— Ciociu, odpocznijmy chwilę — pokazała stopy ciotce.

— Przepraszam cię, Diano, za to szybkie tempo. Zróbmy tak. Tu niedaleko, parę kroków, jest ta cukierenka, a nieopodal apteka. Skoczę i kupię ci plastry na te twoje odciski. A może lepiej wygodne buty? — zapytała, chcąc rozbawić, choć na chwilę, skwaszoną Dianę.

Ciotka oddaliła się, ale słowa jej jeszcze długo brzmiały w uszach Diany. — Skoczę? Ileż ona ma w sobie energii, siły.

Po kwadransie była już z dwiema porcjami lodów i plastrami dla Diany, która błyskawicznie nakleiła je na chore miejsca. Zjadły pyszne waniliowo-orzechowe lody i z uśmiechem ruszyły dalej. Diana nie sądziła, że takie małe plasterki okażą się dla niej zbawienne.

— Przede wszystkim chciałabym pokazać ci nasz kościół. Nie jest to okazała budowla, ale ma swoją historię — powiedziała dumnie.

— To naprawdę wspaniały widok, to zupełnie inaczej „działa” niż u nas, w Polsce — stwierdziła Diana po tym, co zobaczyła, wchodząc po schodach.

Tuż po prawej stronie rzuciła się jej w oczy mała księgarnia, dalej sklepik z pamiątkami. Nastrój wydawał się jej bardzo swobodny. Co kilka metrów była możliwość zapalenia świeczki kupionej za dowolną opłatą. Kończył się właśnie jakiś koncert.

— Wspaniałe podejście. Przyzwyczaja się ludzi do przychodzenia w to miejsce, budując w ten sposób relacje i pozytywne skojarzenia — pomyślała.

Nieopodal była mała cukierenka z dobrym ciastem, lodami i herbatą. Tu zapewne ciotka kupiła te lody. Była tego pewna. Zauważyła też sporo starszych osób, które udzielały się charytatywnie. Jak zrozumiała, niektórzy są wolontariuszami w przykościelnej kawiarence, w której Diana kupiła ulubione bułeczki cynamonowe. Wyszły po kwadransie.

— Wiesz, Diano, Polacy cały czas marzyli o własnym kościele. No i — jak widzisz — doczekali się. Aby przyśpieszyć jego budowę, ówczesny pastor chodził od domu do domu po kolędzie i w taki sposób zbierał środki na jego budowę. Przez następne dziesięć lat zebrane ofiary przeznaczał na ten cel. Ale suma wciąż była za mała. No i w końcu znalazł się inwestor, stosunkowo niedrogi. Po dwunastu latach zaczęto budowę, no i jak widzisz, mamy swój kościół. Po raz pierwszy polskie pieśni w wykonaniu chóru rozbrzmiały tutaj w 1975 roku. Ot i śpiewam w nim po dziś dzień. Stoję w pierwszym rzędzie — mówiąc to, uśmiechnęła się w zamyśleniu. — Kościół stał się najważniejszym miejscem prężnie działającej wspólnoty polonijnej. A potem wybudowano plebanię księżom, którzy dotychczas mieszkali w wynajmowanych prywatnie  mieszkaniach.

Emilia zatrzymała się na chwilę na widok zmierzającego w ich kierunku pastora. Przywitali się.

— Dzień dobry, pastorze.

— Dzień dobry paniom — mówiąc, skinął głową. A tę młodą damę przy pani boku to widzę pierwszy raz.

— Poznajcie się, pastorze. To moja kuzynka — przedstawiła Dianę z dumą w głosie.

— Diana Potocka — wyciągnęła dłoń w geście przywitania.

— A ja Zac Mason, tutejszy pastor. A propos, jeśli mogę spytać, przyjechała pani z…?

— Z Polski — odpowiedziała bez wahania.

— Z Polski… — zamyślił się na chwilę pastor i zaraz szybko zmienił temat. — Jakoś ostatnio nie widuję pani, droga Emilio, w kościele, hm? — chrząknął.

— Pastorze, struny głosowe. Mam z nimi ostatnio duży problem, dlatego nie bywam na próbach chóru. Obiecuję, że jak tylko dojdę do zdrowia, na pewno znów zaszczycę chór swoją skromną osobą. Mało tego, jak zwykle będę stała w pierwszym rzędzie — roześmiała się.

Kilka minut później szły powoli drogą „na skróty”, prowadzącą na pobliski bazar. Powietrze raptownie stało się chłodne i wilgotne.

— Angielski klimat — pomyślała Diana.

Idąc na bazar nie do końca wiedziała, co chce kupić. Zastanawiała się. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegła nic ciekawego, godnego jej uwagi.

— Nie ma tu za wiele do oglądania — potwierdziła jej spostrzeżenia Emilia.

— Przeciwnie! — krzyknęła po chwili entuzjastycznie na widok straganu z owocami.

— Przepraszam cię, Diano, nie powiesz mi, że będziesz taszczyła stąd torby z owocami do domu?

— A czemu nie? Czy coś stoi na przeszkodzie, ciociu?

— Chyba tak… Chociaż… — urwała.

Na widok sprzedającej Emilię oblał gorący pot.

— Nie, to niemożliwe — pomyślała, Czyżby to była Emma Mason? Podeszła bliżej w stronę Diany i ciągnąc ją od stoiska za łokieć powiedziała: — Nie kupuj u niej, Diano.

— Dlaczego, ciociu? Nic nie rozumiem — szarpnęła się Diana.

Stojąca sprzedawczyni również spojrzała na Emilię wzrokiem tak dziwnym, jakby zobaczyła w niej ducha. Mimo prośby ciotki Diana podeszła bliżej, wybrała owoce i poprosiła o ich zważenie. Stojąca za ladą sprzedawczyni zważyła owoce i podała drżącą ręką Dianie. Idąc, Emilia starała się opanować. Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Czuła, że może wybuchnąć, ale do tego stanu nie mogła się dopuścić.

— Myślałam, Diano, że jak jej wygarnę, poczuję się lepiej — powiedziała dość nerwowo. — To tylko słaby człowiek, nie silny, musi uciekać się do wrednych zachowań.

— Czym ci tak zalazła za skórę, że aż tak jej nie cierpisz? Za co?

— Pozwól Diano, że odpowiem ci na to pytanie innym razem, nie dzisiaj. Wracajmy.

W drodze powrotnej otarcia i nagnioty coraz bardziej zaczęły dokuczać Dianie. Mało, że zrobiły się nowe, to w dodatku jeden z nich pękł. — Co mnie podkusiło założyć te czółenka — pomyślała. — Nie nadają się zupełnie na długie spacery. Efektownie to wyglądają, ale pod moim biurkiem, jak siedzę. Pieprzyć to — zaklęła w myślach.

Ze spaceru wróciła mimo wszystko zadowolona. Jednak dwie sprawy nie dawały jej spokoju. Pierwsza, to pastor. Diana miała wrażenie, jakby coś ciotkę z nim łączyło. Mogła podejrzewać, widząc jak wcześniej żarliwie patrzył na ciotkę. Druga sprawa, to straganiarka. Czym ta kobieta zalazła ciotce za skórę? Z zamyślenia wyrwały Dianę słowa ciotki.

— Za dwadzieścia minut podaję obiad!

— Do tego czasu zdążę odebrać meila od Weroniki.

— Och, te wasze meile, esemesy, to dla mnie czysty kosmos — przyznała szczerze Emilia.

— Siadaj na chwilę, ciociu — mówiąc, jednym gestem przyciągnęła ciotkę bliżej komputera. — Mogę pokazać ci jak to działa, a nawet nauczyć.

— Co ty pleciesz, Diano? Za moich czasów nie było całej tej techniki i dało się żyć. I kontakt był z bliskimi, były listy, telefon stacjonarny. A zresztą, niech tam. Mam gdzieś dawne czasy. A pewnie, że się nauczę.

Popatrzyła na Dianę już poważnie, bez tego swojego dziecinnego uśmiechu.

— Opanowanie komputera i dla mnie nie przyszło tak łatwo i szybko — stwierdziła Diana. — Minęło trochę czasu, zanim jakoś to opanowałam. Teraz panuję nad tym i przychodzi mi zdecydowanie łatwiej, praktyka czyni mistrzem.

— Miałyśmy porozmawiać o rodzinie, a jak widzisz, całe to rozumowanie schodzi na dalszy plan.

— Co się odwlecze, to nie ucieczce — skomentowała Diana.

— Mamy ciekawsze tematy niż rodzinne dramaty. O, nawet nieźle mi się zrymowało. Mogą poczekać, mamy przed sobą dwa tygodnie. Będziesz moim gościem, zdążymy się nagadać.

— Ciociu, jesteś wspaniałą kobietą — głos Diany zabrzmiał bardzo szczerze.

— Przesadzasz, kochanieńka. Mówią, że złośliwość to cecha ludzi inteligentnych. Lubię się z tobą droczyć, bo tylko z tobą jest to możliwe, moja droga. Jesteś inteligentna, oczytana, na dodatek ładna i z jakąś wiedzą. Co tak na mnie patrzysz? To prawda — rzuciła stanowczo w stronę Diany.

— Skoro tak uważasz, to niech tak będzie.

— No to czytaj tego meila, bo widzę, że siedzisz jak na igłach, moja ty nauczycielko. Ja tymczasem nakryję do stołu.

Diana, długo nie czekając, poleciała na górę po przejściówkę do wtyczki.

— Widzisz, ciociu, nie ma mnie trzy dni, a moja Wera już tęskni. Moje minione lata były różne — gorsze, lepsze, a minęły jak z bicza strzelił. Przez te lata moja mała Wera wyrosła na dwudziestotrzyletnią pannę. A ja — na kobietę z bagażem zdarzeń. Stałyśmy się przez to sobie bliższe — zamyślona Diana patrzyła przed siebie. Na chwilę myślami była z córką i tym wszystkim, co pozostawiła na jakiś czas za morzem. Odgarnęła jednym ruchem opadające na oczy włosy. Chrząknęła, w końcu — przeczytała meila od Wery:

„Mamuś, szkoda, że nie ma ciebie teraz przy mnie. Tak bardzo chciałabym podzielić się z tobą miłą informacją osobiście, a nie drogą mailową. Otóż na długo przed twoim wyjazdem poznałam kogoś. Nie mówiłam ci wcześniej, nie wiedząc czy coś z tej znajomości wyniknie. Jak się domyślasz, buchnęła miłość. Spotykam się z nim chętnie. Jest całkiem innym facetem, niż poznani wcześniej. Nazywa się Adam Majchrzak, jest absolwentem Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, kierunek leśnictwo. Na razie tyle. Odezwę się. Miłego pobytu na wyspach, buziaki, mamuś”.

Ciotki nie znała, więc nie była wylewna i o pozdrowieniach dla niej chyba zapomniała.


**

Późnym popołudniem do drzwi ktoś cicho zapukał. Po chwili wszedł pastor z dwoma bukietami czerwonych tulipanów. Zachował się jak prawdziwy gentleman, wręczając na przywitanie każdej po bukiecie.

— To moim paniom — wypowiedział te słowa bardzo głębokim, bogatym głosem.

Emilia zapaliła świeczki stojące w jej ulubionym, srebrnym lichtarzyku. Zapalone świece i tulipany, które Emilia wstawiła z zadumą do wazonu, stały się otoczką tego miłego, dobrze zapowiadającego się popołudnia. Siedzieli przy stole na wygodnych, miękkich fotelach. Widok miny pastora był dla Diany bezcenny, kiedy patrzył na zastawiony stół. Oczy mu zabłyszczały, a twarz rozpromieniła szczery uśmiech. Indyk i kurczak leżały na osobnych talerzach, bliżej miejsca, przy którym siedział pastor. Ogórki i zielona sałata przyozdabiały talerze swymi jędrnymi liśćmi. Zac odchylił głowę na oparcie fotela, patrząc marzycielsko w sufit. Siedział wygodnie, utrzymując w równowadze szklankę herbaty opartej o brzuch. Sekundę później odstawił ją na stół i zaczął rozkoszować się tym, co przygotowała Emilia. Diana od pewnego czasu obserwowała uważnie pastora i ciotkę. Wieczór przy dobrym jedzeniu i rozmowie praktycznie o wszystkim upłynął bardzo szybko. Gdy zaczęli się żegnać, była godzina dwudziesta druga.

— Na mnie już czas — mówiąc delikatnie, pastor odstawił fotel. Spodziewam się w nocy gościa.

Emilia spojrzała na pastora, otworzyła usta chcąc zapytać, kto to ma być, jednak w ostatniej chwili zrezygnowała. Zwlekając z pożegnaniem, raz jeszcze rzuciła spojrzeniem w jego stronę.

— Miło było mi ciebie poznać, Diano. A tobie, droga Emilio, dziękuję za tak wyborną kolację, wszystko było doskonałe. Taką kolację i w tak wspaniałym towarzystwie mógłbym jadać częściej. Lekko zawahał się, a po chwili wyszedł z nostalgią w oczach.

Pół godziny później siedziały we dwie przy stole, na którym Emilia postawiła talerz ze świeżo pokrojoną wędliną i sałatką warzywną. Już po ugryzieniu pierwszego plasterka Diana stwierdziła stanowczo, że ta angielska wędlina jest kompletnie pozbawiona smaku i chyba tylko „na pokutę” jest zadawana. W jednej chwili stanął jej przed oczami mały mięsny sklepik, w którym od lat kupowała u masarza sprawdzone w smaku wyroby. Na samą myśl, że musi przełknąć kolejny kęs, zaczęło ją mdlić. — Ludzie, co wy za gówno tu jecie — pomyślała. Chleb też jakiś niezjadliwy, sztuczny, w smaku przypominał mokrą gąbkę. — Teraz już wiem, dlaczego Anglicy tak często jedzą tosty — stwierdziła. Długo nie zastanawiając się, poprosiła o kawałek kurczaka, za którym również nie przepadała. Za nic w świecie nie da się namówić na kolejny kawałek wędliny.

— Chętnie zjem kurczaka, ciociu — poprosiła, chwaląc tym samym jego smak.

Było to kłamstwo, i obie o tym wiedziały, ale Emilia pozwoliła Dianie zachować twarz.

— Miałaś dobry pomysł, ciociu, aby upiec kurczaka. Powinnaś częściej go serwować. Potem odwróciła delikatnie twarz w bok, nie dając jej okazji do dostrzeżenia rozczarowania w jej oczach.

— Czemu tak sądzisz? — zapytała Emilia, spoglądając na Dianę z namysłem.

— Nie zgrywaj niewinnej, ciociu — szepnęła łagodnie. — Wiedziałaś od samego początku, że wędlina, którą mi podajesz, jest kiepska w smaku. Uświadomiłaś to sobie i tak na wszelki wypadek wolałaś mieć coś innego, przynajmniej tak mi się wydaje.

— Może to śmieszne, ale… — Emilia zrobiła skruszoną minę.

— Zwracam ci honor, ciociu, to nie skleroza, o którą cię wcześniej posądzałam, a jedynie twoja intuicja.

— Trafiła kosa na kamień — odcięła się ciotka.

Obie inteligentne kobiety uśmiechnęły się do siebie.

— Jest co prawda późno, ale miałabym ochotę z tobą jeszcze porozmawiać.

— O czym, ciociu?

— A tak o wszystkim, o nas. Pozwól, że rozpalę kominek, przyjemniej będzie się nam siedziało. Wiesz, Diano, często, kiedy jestem sama, a zapewniam cię, że często zasiadam w tym swoim wytartym fotelu, patrząc na iskry fruwające w kominku, czuję wtedy otaczające mnie błogie ciepło — mówiąc, przeczesywała dłonią swoje poprószone siwizną włosy, a jej rysy stały się bardziej napięte, co podkreślała jeszcze głęboka zmarszczka u nasady nosa. — Wieczorem czytam różne czasopisma. Czytając mogę zapomnieć o samotności.

Raptownie wstała, otworzyła szufladę w komodzie, wyjmując z niej zdjęcie, które położyła na stoliku. Następnie ujęła je drżącymi rękami, przytulając do serca. Płakała. Diana nic nie mówiła, pozwalając jej wypłakać się.

— Tęsknię tak bardzo — szepnęła, wycierając delikatnie łzę na policzku.

— Za kim tak bardzo tęsknisz, Emilio? — zapytała dźwięcznym głosem Diana, nieprzygotowana na takie wyznania ze strony ciotki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 40.37