E-book
21.84
drukowana A5
82.99
Płatki śniegu. Dziedzictwo

Bezpłatny fragment - Płatki śniegu. Dziedzictwo


5
Objętość:
559 str.
ISBN:
978-83-8155-650-7
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 82.99

PŁATKI ŚNIEGU

Część I

Kolejny szary dzień

Z dziennika:

Powiadają, że człowiek, jako istota rozumna, sam dokonuje wyborów. Ale czy na pewno? Przecież w głównej mierze to, co stanie się z nami, zależy od tego, gdzie się urodzimy, jakie geny nam przekazano oraz od tego, jak nas wychowano.

Socjalizacja  o niej właśnie mowa. A co, jeśli ten proces nie nastąpi? Czy jest to w ogóle możliwe? Jeżeli nie byłoby dookoła człowieka nikogo, kto mógłby wpłynąć na jego postępowanie, kim wtedy by się stał? Czy nadal określano by go mianem największego drapieżnika? Czy człowieczeństwo, kształtowane przez istotę ludzką, zanikłoby na rzecz dzikich instynktów?

Każdy z nas w pewnym momencie swojego życia zadaje sobie różne pytania. Mnie zawsze dręczyło jedno: czy poza tym parszywym światem, na którym żyjemy, podłym i nędznym, jest coś jeszcze? Czy jesteśmy częścią czegoś większego, czyjegoś starannie uknutego planu? Jeżeli tak, to jakiego?

Nie chciałabym żyć tylko po to, aby na końcu swoich marnych dni stwierdzić, że wszystko to, co nas otacza, nie ma najmniejszego sensu. Chociaż może już tak myślę?

Patrząc dookoła na wszystko, czego jako istota myśląca dokonał człowiek, raczej tracę wiarę w to „coś”. Do czego nas doprowadziła ta nasza „inteligencja”? Omal nie zniszczyliśmy naszego jedynego domu, jakim jest Ziemia, a teraz ponosimy tego konsekwencje.


Odkładam długopis na drewniany blat okrągłego stolika. Zamykam pamiętnik i przecieram opuszkami palców zaspane oczy. Nie spałam zbyt długo, trzy godziny to zdecydowanie za mało na regenerację przemęczonego organizmu. Nieustanna praca zaprząta moją głowę dniami i nocami. Nie powinnam zabierać jej do domu, ale czasem nie mam innego wyboru, gdy szefostwo oczekuje natychmiastowych wyników. Jednak dzisiejszej nocy budziłam się zlana potem z innego powodu. Dzisiaj mija kolejna rocznica śmierci mojej matki. Śniła mi się. Była uśmiechnięta, przepełniała ją radość, tańczyła do muzyki płynącej z przenośnego odtwarzacza. Wspinała się delikatnie na palcach, jej różowa plisowana spódnica do połowy łydki falowała pod wpływem jej obrotów, a kasztanowe włosy sprężyście opadały na ramiona.

Spoglądam na tarczę małego, srebrnego zegarka. Jego pleciona bransoleta ze szlachetnej stali oplata delikatnie mój lewy przegub. Ofiarowała mi go w prezencie na zakończenie studiów. Przypomina mi, jak bardzo czas jest ulotny. Za każdym razem, gdy działo się coś złego w moim życiu, powtarzała mi, że to jedna z jego składni. Prawdziwe życie jest wtedy, gdy doświadczamy zarówno dobrych, jak i mniej przyjemnych rzeczy. Samo dobro to iluzja, zło natomiast — paranoja, ale połączenie dwóch odmiennych czynników nadaje sens naszemu istnieniu.

Tęsknię za nią. Czasami odwiedzam miejsce jej pochówku i siadam na kamiennej ławeczce, wspominając nasze najlepsze przygody. Nigdy do końca nie pogodziłam się z jej śmiercią. W dniu jej pochówku poczułam jednak stratę. Ciężko było mi przywyknąć do pustych pomieszczeń w naszym mieszkaniu. Pozostały mi tylko wspomnienia o niej oraz tabliczka z imieniem i nazwiskiem na marmurowej ścianie. Zdaję sobie sprawę, że nadejdzie kiedyś dzień, gdy ujrzę ją ponownie. W taki dzień jak ten mogę jedynie ją wspominać.

Potrząsam głową, opuszkiem palca wycieram wilgotny kącik prawego oka. Obserwując otoczenie, odciągam myśli od przeszłości, skupiając się na dniu dzisiejszym.

Nieustannie bawię się bransoletą z zegarkiem, obracając go wokół nadgarstka. Dochodzi już siódma rano, a kawa w ogóle mi nie pomaga. Dźwigam rękę, daję znak kelnerce, aby złożyć drugie zamówienie. Czekam cierpliwie, aż obsłuży mężczyznę po drugiej stronie. Jak co dzień siedzę w swojej ulubionej kawiarence oddalonej o dwa kilometry od miejsca pracy. Ładuję baterie kofeiną, by rozbudzić się i nabrać chociaż trochę energii do działania podczas kolejnego dnia.

„Z wiekiem coraz gorzej mi to wychodzi” — myślę.

Za oknem knajpki nadal pada rzęsisty deszcz. Dzisiejszy poranek nikogo chyba nie rozpieszcza. Mgliste, szare powietrze i ten ziąb na zewnątrz sprawiają, że odechciewa się czegokolwiek. W taką pogodę parasol zda się jak łysemu grzebień. Siąpiąca mżawka przeplatana płatkami śniegu wpada na twarz ofiary niczym gromada cieniutkich igiełek, kłując policzki, brodę, nawet oka nie oszczędzi. Na samo wyobrażenie tego, co na zewnątrz, przechodzą mnie zimne dreszcze. Z radością zakopałabym się pod grubą warstwą puchowej pierzyny. Staram się już nie zwracać na to uwagi, pocieszając się tym, że jeszcze tylko parę tygodni i przyjdzie upragniona wiosna. Nareszcie zimowa chandra odejdzie w zapomnienie, wszystko zacznie kwitnąć, a skóra poczuje na sobie dotyk promieni gorącego słońca.

Na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech, wzdycham głęboko na samą myśl o długim urlopie i błogim lenistwie nad jeziorem.

— Co podać? — pyta wysoka kelnerka w błękitnym fartuszku przepasanym wokół talii.

Mam nadzieję, że nie zauważyła mojej głupiej, wesołej miny wlepionej w okno.

— Jeszcze jedną dużą kawę bez mleka proszę — uśmiecham się serdecznie. Pewnie i tak już pomyślała swoje.

Nagle światła lamp zaczynają migotać. Czerwone, zwisające z sufitu nad stolikami szklane klosze bujają się na wszystkie strony. Dzieje się tak już od ponad pół roku. Codziennie z rana spada napięcie w całym mieście. Na domiar złego nawiedzają nas małe trzęsienia ziemi. Na początku to zjawisko było frustrujące, ludzie byli rozdrażnieni i zniechęceni warunkami życia. Po dłuższym czasie zaczęli się jednak przyzwyczajać, tak samo jak ja. Oczywiście nikt nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za uciążliwe, niespodziewane spadki energii. Emocje wzbierały na sile, więc władze wydały krótkie oświadczenie, które na jakiś czas uspokoiło mieszkańców. Tłumaczyli to przerwami w przepływie prądu. Podobno elektrownia wciąż zmaga się z uszkodzeniami powstałymi po ataku. Nie naprawią tego, dopóki nie dostaną nowych funduszy.

— To się chyba nigdy nie skończy — komentuje poirytowana kelnerka, kładąc filiżankę na stolik.

— Liczę, że jednak coś z tym zrobią. — Łapię dłonią klosz. W końcu drgania ustępują, a światło przestaje migać.

— Już siedem miesięcy się z tym guzdrzą. Naobiecywali cuda, a nic się nie polepszyło. — Podaje mi rachunek.

Płacę kobiecie za zamówienie. Sięgam dłonią w stronę cukiernicy. Światła gasną, trącam dłonią kubek z kawą, czarny płyn wylewa się na stół. W ostatniej sekundzie udaje mi się zabrać nogę, inaczej gorąca ciecz spłynęłaby na nogawkę moich ulubionych dżinsów.

— Pięknie… Ach, jak ja kocham poranki w tym mieście — mamroczę rozdrażniona pod nosem.

Chowam swój pamiętnik do torebki, blat wycieram papierowymi serwetkami. Wypijam resztkę tego, co zostało z napoju, i pospiesznie wychodzę na zewnątrz. Ulice pokrywa gęsta mgła, ciężko cokolwiek zobaczyć, ale trasę znam na pamięć. Codziennie pokonuję pieszo tę samą drogę, mijając te same uliczki i identyczne zabudowania, nawet ludzie zawsze są ci sami. Wyglądają jak zaprogramowane roboty. Jednakowe, niewyspane twarze snują się o świcie, zmierzając do celu. Z łatwością można zauważyć, gdy kogoś brakuje w danym miejscu o danym czasie.

Przeciskam się przez grupkę ludzi przechodzącą po wąskich pasach na jezdni. Ich monotonny ubiór i nieobecny wzrok uświadamiają mi, że nie tylko ja wolałabym pozostać w swoim łóżku. W oddali, pomiędzy gęsto stojącymi budynkami, zauważam ulubione, małe delikatesy. Gdy idę po swoje łakocie, zawsze mijam tego samego starszego pana w długim, wełnianym, beżowym płaszczu. Jego włosy mienią się w promieniach słońca srebrzystymi nićmi, a grubsze pasma padają na oczy. Mężczyzna nieustannie nerwowo zaczesuje je do tyłu, lecz po chwili nieposłuszne wracają na jego twarz. Widocznie nie tylko ja jestem takim łakomczuchem. Czasami łapię się na podjadaniu słodkości, ale w sumie po to one są. Przepyszne, kruche ciasteczka nie mogą zaszkodzić, a czekoladowe trufle? No cóż, nie potrafię sobie odmówić, chociaż za każdym razem besztam się, gdy sięgam po kolejną pralinkę.

Dzisiejszy dzień jest jednak inny, już dawno nie widziałam takiej mgły. Gęsto rozlane na ulicach mleko ogranicza pole widzenia niemal do minimum. Ciężko rozpoznać twarze ludzi, którzy zapewne tak samo jak ja zmierzają do pracy. W szarości odnajduję mój ulubiony sklep i otwieram ciężkie, metalowe drzwi z drewnianą wywieszką Delikatesy Ali. Mały mosiężny dzwoneczek zawieszony na framudze za każdym razem komunikuje o czyimś nadejściu. Prądu dalej nie ma, ale na szczęście można tutaj zrobić zakupy nawet wtedy, gdy kasy nie działają. Ekspedientka zawsze z uśmiechem pakuje moje ulubione łakocie do małej kartonowej torebeczki z nadrukowanym różowym logo sklepiku.

Biorę swoje zakupy, wychodzę i pospiesznie zmierzam do pracy. Nieprzyjemna pogoda daje mi do zrozumienia, że zakup białego płaszcza nie był najlepszym wyborem na zmienną pogodę. Już za pierwszym razem, gdy wyszłam na spacer wokół jeziora, byłam zmuszona go wyczyścić. Dzisiaj znowu zrobiłam ten sam błąd co poprzednio — w najgorszą chlapę założyłam jasny płaszcz. Nic na to nie poradzę — jest moim ulubionym i w dodatku bardzo ciepłym.

Odwijam i stawiam kołnierz, zakrywając szyję. Wyjmuję włosy na zewnątrz tak, by się nie splątały. Szybki marsz zamieniam w trucht, starając się nie spóźnić. Przyspieszam, szukając w torebce przepustki. Musi być gdzieś w teczce. Nie patrząc, co znajduje się przede mną, wyciągam ją i otwieram. Kilka kartek porywa nagły podmuch wiatru. Zbieram je z ziemi jak najszybciej. Przepustka leży tuż obok nich, w połowie zamoczona w kałuży.

— Uf, zdążyłam. — Przypinam blaszkę identyfikatora do klapy płaszcza i wchodzę do szklanego pomieszczenia spełniającego zadanie skanera.

— Dzień dobry pani Elio, jak zawsze punktualna — mówi tęgi, miły strażnik, po czym wpuszcza do budynku.

— Dzień dobry, staram się. — Posyłam serdeczny uśmiech i idę spokojnie dalej.

Polecenie służbowe

Tkwię w martwym punkcie jak szpilka na tablicy korkowej.


Chwała temu, kto wymyślił windę. Wspinaczka po tylu piętrach byłaby dla mnie męczarnią, a przy tym ogromną stratą czasu. Wciskam przycisk dziewięć spośród dwudziestu pięciu innych na panelu. Drzwi windy zamykają się, nagle czyjaś dłoń je blokuje. Rozwiera metalowe skrzydła. Odsuwam się, obcy mężczyzna staje obok. Nie zerkam, chociaż bardzo mnie kusi. Po parunastu sekundach drzwi rozsuwają się ponownie i wychodzę. Skręcam w lewo, potem w prawo. Wszystkie biura są już pełne ludzi, co parę kroków da się usłyszeć na przemian krzyki i śmiech. Pomieszczenia wyglądają identycznie. Wszystkie oszklone. Na wysokości oczu, na otwierającym się skrzydle, widnieje czarny napis informujący o tym, kto zajmuje dane biuro i do jakiego należy sektora. Mój sektor liczy tylko dwie osoby — mnie oraz moją asystentkę. Na tafli widnieje napis: Elia Madej — sektor C: kontrola. Otwieram szklane drzwi odciskiem wskazującego oraz serdecznego palca lewej dłoni. Wchodzę do swojego biura, w ręce trzymając ostatnie karmelowe ciągutki.

— Hej Elia! — woła do mnie z daleka Daria.

Wyrywa mnie z zamyślenia, jej głos wprawia mnie w osłupienie. Zaskoczona, zaciskam dłoń na torebce, puste papierki po cukierkach szeleszczą pod moimi palcami.

— Czekają nas dziś nadgodziny. Przyjechał nowy transport, jest tego… dość sporo — chrząka wymownie, wskazując na stertę kartonowych pudeł po drugiej stronie biura.

Chyba wiem, co mnie dzisiaj czeka.

— Super… Tak jakbym nie miała co robić w domu — mamroczę pod nosem.

Daria szczerzy się do mnie swoimi równymi białymi ząbkami. Rudawe włosy jak zawsze idealnie zaczesane w kok. Granatowe spodnie z lejącego materiału nienagannie zaprasowane. Żakardowa, łososiowa bluzka z dekoltem w serek doskonale dopasowana do jej smukłych kształtów. Jak ona to robi, że zawsze ma tyle siły? Jedno mnie pociesza — że jest niziutka. Ja nie zaliczam się do wysokich, ale ona przy mnie wygląda jak małe dziecko.

— Weź się w garść, ogarnij się i do dzieła — mówię sobie.

Zdejmuję wierzchnią część garderoby, zawieszając na haczyku razem z torebką tuż obok wejścia. Poprawiam swoją czarną, odrobinę za bardzo opinającą piersi bluzkę. Rozmasowując ręką bolesne miejsce na karku, uruchamiam główny komputer. Otwieram pierwszą z brzegu teczkę opatrzoną czerwoną pieczęcią: Tajne — Pilne, Uprawniona: Elia Madej. Wewnątrz włożono polecenie służbowe zapisane na przenośnym urządzeniu. Odcisk tych samych linii papilarnych co przy wejściu pozwala na odczytanie zaszyfrowanej wiadomości. Co kilka tygodni dostaję od przełożonych wytyczne postępowania, gdy natkniemy się na jakieś potrzebne im przedmioty. Dzisiaj jest podobnie. Krótki list i zdjęcie.


Polecenie służbowe:

W razie odnalezienia dwóch przedmiotów: nośnika oraz adaptera, proszę o niezwłoczny kontakt z przełożonym.


Fotografia przedstawia projekt małego urządzenia starego typu. Nieistotny jest jednak jego wygląd, a widniejące na nim wytłoczone dwie splecione, srebrne nici DNA. Adapter natomiast ma wybite symbole S.M.L.

Zatwierdzam odczytaną wiadomość, ta automatycznie się kasuje.

— Znowu nas męczą tymi poleceniami? — pyta Daria wklepująca dane z kartek do komputera.

— Niestety tak — odpowiadam krótko. Obracam się w jej stronę, zamykając teczkę.

— Dopiero co wypełniłyśmy ostatnie zadanie, a znowu narzucają nam kolejne. Czy to się kiedyś skończy?

— Wątpię. Jutro przekażę ci, czego szukamy. Dzisiaj dokończymy tę wczorajszą dostawę. — Wskazuję palcem na dwa jeszcze nieotwarte kartony.

Większość czasu zajmuje mi przerzucenie stosu papierów w pudłach, a jest ich naprawdę sporo. Po wojnie, która skończyła się pięć lat temu, w miastach jest jeden wielki bałagan, a nasza organizacja zajmuje się właśnie utylizacją tego bałaganu. Mimo że nie odbudowujemy doszczętnie zniszczonych domów i miast — odwalamy tę gorszą robotę. Cały elektroniczny, zneutralizowany syf trzeba pozbierać, opisać i uszeregować. Niezdatne do użytku zutylizować, a to, co się przyda — przekazać do kolejnego działu w celu naprawy.

Codziennie przysyłają do nas dziesiątki pudeł z dokumentacją i elektroniką. Każde urządzenie czy podzespół przechodzi przez moje biuro. Sprawdzam jego legalność i oddaję do analizy. Sprzęt, który się tutaj przewija, mógłby narobić naprawdę ogromnego spustoszenia. Nawet teraz, gdy zostaliśmy wyzwoleni przez impuls elektromagnetyczny, który unieszkodliwił broń, nadal istnieje realne zagrożenie, że nie wszystkie ogniska zapalne powodujące chaos zostały ugaszone. Podobno dlatego mamy problem z dostawami prądu.

Przed wojną jakiś urzędnik niemający wielkiego znaczenia, otwierając drzwi do kancelarii prezydenta, znalazł list. Zawarty w nim manifest najeźdźców miał informować ludność o kłamstwach i obłudach władz rządzących. Otwarcie oświadczyli nieuchronne odcięcie głowy hydrze i największemu uzurpatorowi. Kimkolwiek on był. Oczywiście oficjalnie list nigdy nie został odczytany. Skrawki zdań przemycono i wrzucono w sieć.

Najeźdźcy nazwali się Egidą i święcie przekonani o swej dobrej woli, rozpoczęli wojnę o wolność. Nikt nie wiedział, kim są, kogo reprezentują i czego tak naprawdę chcą. Jakiś uczony znalazł w tym symbolikę mitologii greckiej. Egida była tarczą boga Zeusa i bogini Ateny. Może i trafne spostrzeżenie, ale nadal nie wiedziano, czyją są tarczą.

Prezydent zarządził godzinę policyjną. Coś niszczyło miasta, ale nie wiedzieliśmy co i jak. Nocami mieszkańcy zamykali się w piwnicach i schronach. W dzień ukazywały się skutki natarcia Egidy. Mieli nas ocalić od czegoś, czego nie rozumieliśmy, a tymczasem pogrążali nas, prowadząc naszą technologicznie rozwiniętą cywilizację ku upadkowi. Po kilku latach impuls uwolnił wszystkich. Tak przynajmniej się nam wydaje. Chociaż ja mam swoje teorie… Albo faktycznie ktoś ocalał i nam szkodzi, albo to jakaś wielka korporacyjna ściema. Tak czy siak, problem wciąż istnieje, ale nie w lustrzanym gmachu. Cała instytucja, w której pracuję, jest podpięta do osobnej sieci energetycznej należącej do rządu. Dopóki jesteśmy im potrzebni, niczego nam tu nie zabraknie.

Przerzucam dokumentację już dobre dziewięć godzin. Powieki stają się coraz cięższe. Czasami myślę, czy nie zmienić pracy na inną. Nie żebym się tutaj nudziła, wręcz przeciwnie — każdy dzień przynosi coś nowego. Tak jak dzisiaj, gdy akurat do mnie trafiło pudło z kilkoma nieuszkodzonymi, elektronicznymi zabawkami. Kładąc je na skaner, domyślam się ich niezwykłej wartości. Symbol omegi przewinął się przez moje ręce już na samym początku kariery w korporacji. Szefowie byli bardzo zadowoleni ze znaleziska. Byłam ciekawa, czym jest maleńkie urządzenie w szklanej kapsułce. Niestety skaner już wtedy miał wprowadzoną blokadę systemu. Rozpoznaje, czym jest urządzenie, testuje parametry techniczne i sprawdza, z jakiego pochodzi źródła. Zaszyfrowana dokumentacja wraz z przedmiotem wychodzi z mojego biura, a następnie idzie do kolejnego działu. Niewiele nam mówią, niewiele też wiemy o tym, co tak naprawdę sprawdzamy. Nie jest to praca marzeń, przypomina raczej obsługę na poczcie, która jest pomiędzy dwoma punktami: nadawcy i odbiorcy. Z jedną różnicą — oboje nie są anonimowi. Ja jestem pomiędzy dwoma niewiadomymi.

Skąd się biorą te rzeczy i do czego je wykorzystują? Czy to ważne? Znalezienie białego kruka w stosie bezużyteczności sprawia przyjemność. W takie dni rutyna staje się mniej dokuczliwa. Te perełki mogłyby zaowocować nagrodą, a nawet i awansem… Kto wie? Czasem mam ochotę zająć się czymś innym tylko dlatego, aby nie tkwić całe życie w jednym miejscu. Czy to aż tak wiele? A może powinnam dziękować za to, co mam?

— Daria… Co my zrobimy, gdy wszystko, co należało zrobić, zostanie wykonane? Gdzie my się podziejemy? — pytam, żeby zagadać, by nie usnąć nad tymi papierzyskami.

Daria patrzy na mnie z zainteresowaniem i nagle odpala:

— Znajdziemy sobie jakichś przystojnych, bogatych facetów i nie trzeba będzie się martwić.

Wybucham śmiechem, słysząc te bzdury. Znamy się zaledwie rok, ale już od naszego pierwszego spotkania wiedziałam, że to będzie dobra przyjaciółka. Nie mam wielu znajomych, moje życie wypełnia praca. Daria jest jedyną moją odskocznią od rzeczywistości.

— Czekaj, bo ktoś zwróci uwagę na dwa konusy… Chyba jednak postawię na dobrą butelkę mocnej, przeźroczystej cieczy. — Teraz ja szczerzę zęby. Nie wytrzymuję długo, uśmiech zamienia się stopniowo w rechot. Nie wiem, czy ona śmieje się ze mnie, czy razem ze mną.

— A poza tym — zaczyna — że jest późno i trzeba by już iść do domu, to kto dzisiaj rano z tobą przyszedł? — pyta Daria z uśmieszkiem, zalepiając taśmą kartonowe skrzynki.

— Nie rozumiem. — Zerkam z zainteresowaniem na Darię. — Przecież przyszłam sama. Pewnie jakiś nowy kurier się wałęsał. Ostatnio firma często ich zmienia.

— Z pewnością nie mają do nich zbyt dużego zaufania — rzuca.

— Uff… — wzdycham głęboko ze zmęczenia. — Dobra, koniec tego dobrego. Spadamy do domu, resztę dokończymy jutro — stwierdzam i zabieram swoje rzeczy. — Jak znajdziesz chwilę, to wpadnij do Matta. Dzisiaj nie odpuszczę małego drinka.

— Dzisiaj nie dam rady — uśmiecha się tajemniczo.

— O! Czyżby randka? To my tutaj sobie żartujemy, a ty sobie na randkę idziesz? — mrużę oczy i, śmiejąc się, zakładam płaszcz.

— To nic takiego — zapewnia, wzruszając ramionami.

— Kim jest wybranek? — Ciekawość mnie pożera.

— Dopiero go poznałam. To tylko niezobowiązujące spotkanie.

— Czekaj, bo uwierzę. — Zabieram torebkę i wkładam do niej kilka teczek do opracowania w domu. Patrzę uważnie na Darię.

— No co? — Czerwieni się lekko.

— Opowiesz mi jutro. — Uśmiecham się szeroko. — Jeśli facet okaże się dupkiem, to wiesz, gdzie mnie szukać. Cześć i do zobaczenia. Uciekam, bo zaraz naprawdę padnę na twarz — dodaję przez ramię, zamykając po drodze swój komputer.

Bar

Wychodząc z budynku, zauważam, że mgła na szczęście opadła, a lampy znowu świecą. Świeże, ale jeszcze zimowe powietrze dociera do moich płuc. Napawam się zapachem pogodnego wieczoru. Jak dla mnie dzień mógłby w ogóle nie istnieć. Od razu czuję się lepiej, więc pozwalam sobie na chwilę relaksu w ulubionym barze.

Rozsiadam się przy kominku z „Cosmopolitanem” w ręce.

— Pff… Znaleźć sobie bogatego chłopa? Też wymyśliła! Pewnie by się okazało, że to raczej rozpieszczone dziecko niż samiec z prawdziwego zdarzenia — cedzę przez zęby i upijam czerwonego drinka, oblizując plasterek cytryny.

— Co tam mamroczesz, Elia? — pyta życzliwie barman. — Nie zapominaj, że jedyny prawdziwy mężczyzna, jaki został na tych ziemiach, wciąż o tobie myśli i w dodatku masz go na wyciągnięcie ręki!

Matt jest błyskotliwym i inteligentnym barmanem. Jego rudawe włosy na brodzie są dłuższe niż te na głowie. Przyciąga spojrzenia wszystkich kobiet i nie tylko. Uwielbia nazywać się prawdziwym dżentelmenem. Wprawdzie jest gejem, ale to pomaga mu w kontaktach z ludźmi, przydatnych w jego fachu. Potrafi słuchać, a ludzie aż lgną do niego, opowiadając mu o wszystkich swoich problemach. Słyszy więcej niż niejeden ksiądz w konfesjonale, w dodatku sprzedając przy tym mnóstwo alkoholu. W sumie jest nawet całkiem przystojny. Ktoś, kto go nie zna, widziałby w nim co najwyżej przesadnie zadbanego i pachnącego cytrusami przystojniaka.

— Sorry Matt, niestety nie mam w spodniach czegoś, co mogłoby cię zainteresować.

— Widzę, że dzisiaj nie w sosie? Co jest? Miałaś ciężki dzień? — Jego ogromne męskie dłonie sprawnie wkładają kufle do automatycznej zmywarki.

— Nie… Po prostu… — ciągnę — nie myślałeś czasem, że wszystko, co cię otacza, to jakieś jedno wielkie nieporozumienie? Wiecznie powtarzające się scenariusze, szarzyzna. Potrzebuję kolorów!

— Uwielbiam kolory! — krzyczy radośnie Matt.

Podziwiam jego entuzjazm; mój wygasł i czeka na wskrzeszenie.

— Chcę się w końcu obudzić z tego letargu. Masz na to jakieś lekarstwo? — pytam. W palcach zwijam papierową serwetkę, tworząc z niej cieniutką rurkę.

— Wydaje mi się, że mam — rzuca zadowolony, pstrykając palcami. — Poczekaj, zrobię dla ciebie coś specjalnego!

— Matt, co to za tablica? — pytam, zerkając na małą wywieszkę przytwierdzoną nad butelkami z alkoholem naprzeciwko mnie. — Jutro piwo gratis. Albo coś świętujesz, albo postradałeś zmysły! Nie wiem, czego prędzej zabraknie: miejsca czy piwa?

— Nie bądź taka pewna. To głębsze przesłanie, powiedziałbym nawet: filozoficzne.

Parskam głośnym śmiechem w jego stronę.

— Tak. Piwne przesłanie filozoficzne. Wybacz moją szczerość, ale czy ty przypadkiem nie zaczynasz się zachowywać jak typowy facet? Szczerze, nie poznaję cię…

— Nie piwne, Elia. Życiowe! — burzy się.

— Jasne… — Upijam łyk drinka.

Widzę, jak jego dłonie zwinnie serwują ogniste whisky dla grupki mężczyzn. Typowy napój dla męskiej płci wzajemnie celebrującej swoje życiowe sukcesy i porażki. Ich uśmiechy i przekrzykiwania dają mi do zrozumienia, że to raczej ja świętuję swoją porażkę, siedząc samotnie w barze w towarzystwie słomki i drinka. A jedynym moim przyjacielem jest właśnie barman. Poza Darią, która właśnie uwodzi kolejną ofiarę.

— Zastanów się. — Chowa pieniądze do kasetki. — Natura człowieka może być prosta lub złożona. Siedzisz tu dzisiaj i zastanawiasz się nad przyszłością. Myślisz o jutrze, kiedy tak naprawdę ono nie istnieje.

— Nie wiedziałam, że jesteś za pan brat z filozofią. — Uśmiecham się.

— Rusz głową. — Nachyla się w moją stronę, opierając przedramiona o bar. — Widzisz tę tablicę dzisiaj. Przyjdziesz jutro, bo przeczytałaś, że będzie darmowe piwo, ale co przeczytasz jutro?

— Dobra… Już rozumiem. — Wymachuję dłońmi, składając broń.

— Siedzisz przed tą samą tablicą! Jutro nie istnieje! — wyjaśnia. — Jest tylko dzisiaj, tu i teraz!

— Och Matt, jesteś zbyt dobry w te klocki. Dlaczego nie otworzysz swojej knajpy? Sprzedajesz lekarstwa na ludzkie bolączki szybciej niż piekarz swoje bułki.

Uśmiecha się zadowolony. Dobrze wiem, że ceni sobie komplementy.

— W dodatku całkiem smaczne te twoje lekarstwa — mamroczę jakby do siebie, mieszając w kieliszku resztę słodkiego antidotum.

— Elia, dobrze wiesz, że tutaj to ja jestem tym, który słucha, a ty jesteś tą, która mówi, więc nie odwracaj kota ogonem… kotku. — Patrzy na mnie z udawaną powagą.

Czy to możliwe, abym się już wstawiła? Rozczulam się nad swoją osobą jak stara panna.

— Czy to nie żałosny widok mojej osoby siedzącej samotnie na barowym stołku?

— Pleciesz bzdury. A ja to co jestem, powietrze? — marszczy gniewnie czoło. — Gdzie masz Darię? Ona od razu wybiłaby ci ten czarny humor z głowy.

— Ty wolisz facetów — rzucam mu w twarz — a Daria ma dzisiaj randkę. Więc jak to inaczej podsumować? Albo jestem brzydka, albo nieprzystosowana społecznie.

Matt wyciąga spod lady miskę orzeszków i rzuca we mnie jednym, trafiając w ucho.

— Jeśli zmienię orientację, to będziesz pierwsza, do której przyjdę. — Puszcza oczko w moją stronę.

— Nie wątpię, każdy kocha mój masaż pleców. — Uśmiecham się.

— Czyli twój stan depresyjny to wina Darii? — wierci dziurę głębiej.

Kładę łokieć na ladę i podpieram twarz o dłoń.

— Nie zaprzeczę, że dołożyła oliwy do ognia.

— Kobieto, co ci się stało? Weź się ogarnij, poderwij jakiegoś faceta. Idź z nim do łóżka, na drugi dzień poczujesz się lepiej.

— No sama nie wiem. Seks bez zobowiązań?

— Bez zobowiązań — powtarza, przytakując głową. — Może z małym kacem po alkoholu i moralnym po przespaniu z nieznajomym, ale seks dobrze ci zrobi.

— Może masz rację. Za bardzo się przejmuję.

— Zawsze mam rację, w końcu jestem barmanem. — Uśmiecha się i podchodzi do mężczyzny po drugiej stronie baru.

Chciałabym trochę tej odwagi, którą ma w sobie Matt. Ma rację, nie warto się wszystkim zadręczać. Chyba za dużo ostatnio pracuję. Nie mam czasu dla siebie.

— Elio, to dla ciebie od tajemniczego wielbiciela. — Matt zaciska usta, ukrywając uśmiech. Podchodzi i stawia na barze kieliszek. Wzrokiem wskazuje na stolik wesołych mężczyzn, którzy wcześniej zamawiali ogniste whisky. — Czasem wystarczy poczekać, a los sam uśmiechnie się do ciebie.

— Nie jestem do końca przekonana, czy to los.

— Przesadzasz. To od mężczyzny przy stoliku.

— Ogniste whisky, miło. — Obracam się w stronę stolika mężczyzn, trzymając w dłoni kieliszek. Nie wiedząc, od którego z nich jest podarunek, unoszę go do góry na znak podziękowania i upijam jednocześnie z nimi. Ostry mocny smak przechodzi przez moje gardło, powodując lekkie pieczenie przełyku.

— A to od firmy. — Podaje duży kielich po brzegi wypełniony barwami tęczy.

— Nie wiedziałam, że w drinku może być tyle różnych kolorów i do tego wszystko idealnie się komponuje. Jak ty to robisz?

Matt nie odpowiada, lecz posyła w moją stronę półuśmiech i idzie do siedzącego obok klienta.

Brzegi naczynia zwilżone cytryną i oprószone cukrem zwieńczają całość. Zabieram kieliszek i siadam bliżej kominka. Upijam pierwszy łyk, czuję słodkokwaśną nutę mocnego trunku. Na tyle mocnego, żeby zaszumiało mi w głowie. Po połowie mam już dosyć. Matt miał rację — to coś specjalnego. Poza tym w końcu sama chciałam kolorów, to je dostałam. Wszystkie moje mięśnie nagle się rozluźniają, myśli przestają napierać. Mogę w spokoju odetchnąć. Powoli zaczyna mi się lekko kręcić w głowie, języki palącego się ognia wyglądają, jakby miały ochotę mnie połaskotać. Zniekształcony śmiech klienteli brzmi jak popsuta płyta odtwarzana w kółko.

Na krańcu drewnianej ławki dosiada się jakaś postać, wygląda na zziębniętą. Rozciera energicznie dłonie nad ogniem. Wszystko zaczyna wirować, nie mam zamiaru już z nikim rozmawiać. Wstaję i powoli staram się dojść do drzwi.

— Uważaj na siebie!

Ktoś krzyczy za mną, to ta postać… Ale nie jestem w stanie zobaczyć twarzy tej osoby. Tak bardzo chcę się już położyć.

— Cześć Matt! — Posyłam buziaka w jego stronę i wychodzę.

Zastępstwo

Życie biegnie jednostajnym tempem, czasem załamuje się i dźwiga niczym anomalie twojego serca.


— O matko… Co to był za drink? — Wypompowana z sił budzę się z małym kacem, chwytam za pękającą od bólu głowę i usiłuję pozbierać myśli do kupy. Biorę szybki, orzeźwiający prysznic. Zakładam pierwsze z brzegu czyste ubranie i biegiem wychodzę, żeby tylko jeszcze zdążyć wypić poranną kawę.

W kawiarni jest już gwarno o tej godzinie, wszyscy spieszą do pracy.

— Podwójne espresso na wynos proszę — mówię zziębnięta do kasjerki. Płacę i wychodzę pospiesznie. Co parę kroków upijam gorący łyk napoju. Pędzę ciasnym skrótem, wiedząc, że spóźnienia nie są mile widziane, w szczególności w moim dziale. Zauważam delikatesy i zbaczam z trasy do sklepiku.

— Jeszcze tylko coś słodkiego — mówię do siebie. Wyrzucam do kosza kartonowy kubek i rozcieram dłonie, aby je rozgrzać. Dzisiaj pozwolę sobie na więcej kalorii, po takim drinku trzeba się troszkę pożywić.

Nagle ktoś mnie szturcha na wysokości biodra.

— Oj, przepraszam — mówi starszy mężczyzna, po czym idzie dalej w kierunku stoiska z gazetami. Zabierając swój ulubiony przegląd sportowy, obraca się w moją stronę. To ten staruszek, którego zawsze spotykam. Wygląda na bardzo sympatyczną osobę. Nigdy nie zamieniłam z nim słowa, ale co pewien czas słyszę jego konwersacje z ekspedientką, która uwielbia plotkować z każdym klientem. Nieraz toczą bitwy o to, kto zna bardziej śmieszny kawał.

Delikatnie się do niego uśmiecham, ale speszony ucieka wzrokiem.

W biurowcu przechodzę przez bramki skanujące. Kierując się do swojego stanowiska, zauważam na biurku kartkę.


Pani Daria Bonar jest na zwolnieniu lekarskim. Na najbliższe tygodnie dostanie Pani zastępstwo.

Z poważaniem,

Dyrekcja


— Super! Jeszcze mi tego brakowało, żeby jakiś żółtodziób zawalił mi terminy!

Rzucam skórzaną kurtkę na biurko. Jestem tak zdenerwowana, że nie spostrzegam nowej twarzy naprzeciw mnie. Jej właściciel mierzy mnie wzrokiem na wskroś.

— Cześć! — mówi nieznajomy.

Mężczyzna, podchodząc, wyciąga do mnie dłoń. Nie uśmiecha się, patrzy uważnie. Nie wiem, czy mnie już zaszufladkował, czy zlekceważył moje marudzenie. Jestem mistrzynią reguły pierwszych trzech sekund. Za każdym razem, gdy poznaję kogoś nowego, chlapię jakąś głupotę albo robię jakąś błazenadę. Daria przyzwyczaiła się już do tego, nawet okrzyknęła mnie mianem „pani falstart”.

Odganiam natłok myśli i speszona oddaję uścisk.

— Mam na imię Robert i jestem twoim nowym, jak to powiedziałaś… żółtodziobem. Mam na pewien czas zastąpić Darię. Jestem wtajemniczony w twoje obowiązki, więc możemy zabrać się do roboty. Chyba że chcesz jeszcze pomarudzić na mój temat?

„No super, jeszcze nadętego kolesia mi potrzeba” — myślę. Przewracam oczami, ale nie daję za wygraną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 21.84
drukowana A5
za 82.99