E-book
4.1
drukowana A5
19.71
Plastikowe gwiazdy

Bezpłatny fragment - Plastikowe gwiazdy

Objętość:
98 str.
ISBN:
978-83-8245-818-3
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 19.71

na złość trotuarom

twoje nieoswojone stopy

z nabożności

przymilają się

do mojego intymnego oddechu


kilka skradzionych haustów

uprzejma buńczuczność

malowniczych zakątków czyśćca

uwiera w węzły

światła


jesteśmy żeby kilka losów

zespoił (bez)bolesny rozum

idee sypiące się spomiędzy

traw o które nikt już nie dba

obolałych od ściskanych

pod powiekami


obojgu zamarzły

wydarte konstelacjom

archipelagi

przystrzyżone i przecięte

na pół


najłagodniejsze jest oczekiwanie

na ten jeden jedyny przedział

przeludniony

po ostatni akord


postradane zmysły

na złość trotuarom

przytłoczonym połaciami

kroków i ich mogił

pigułka wspólnej mowy

obracasz w ustach

pigułkę wspólnej mowy

nie znajdziesz

w almanachu chorób psychicznych


wypluwasz przyglądasz z niedaleka

poszarpanej linii

błąkasz po zagonach

naderwanych


zanim obudzisz we mnie urodę

jakiej się nie wyrzekasz

odnajdziesz przesyt


pozwól zrozumieć kierunek

światła

obcowanie zapożyczone

z niezdrowego snu


dotyk wcale nie boli

wiedziałeś od początku

ktoś porozdzielał progi


martwię się o hojność

w twoim przywidzeniu

półśmierci trudnej od nadmiaru

przemyślanymi narodzinami

pierś

oziębły kubek

po wczorajszej niedopitej kawie

opustoszała wrażliwość

w której nie mieści się

ani nieuchronność

utrapienie


wciąż uprawiam wiarę

pielęgnuję fantazję

co zimę

daje trujące ochłapy owoców

powraca moja otucha

jak skalista zbrukana ziemia

między włoskami brwi


skamle nienakarmiony grzech

jak ból snuje się między jawą

a skołtunieniem

jak powietrze tańczy

ostatni raz

do białego rana


serce wykluło się

z mojej niedopieczonej piersi

kurczaka

bez (do)myślników

Demiurg spóźnił się

na ostatnie namaszczenie

światłość wiekuista obumiera

w kiściach bzów


niepośpieszny pociąg

do rozkojarzonych zmysłów

kończy się dowcipem

rewolucją


zamykam w skorupce języka

odświętne wytworne sylaby

jakich porządku nie zastąpi


w potrzasku ramion

dogorywa ostateczny termin

przybycia wiosny


dźwigasz skojarzenia

niedoszłe rozkazy co kuleją

bez (do)myślników

odpowiedzi bez pytań

jesteś by podnosić

mój byt spowszedniały

kiedy nadaje się do niszczarki

natychmiastowej utylizacji


jesteś by przynieść posuchę

niespodziewanym atakom wykrzyknika

fanaberiom pytajnika


by rozdzielać dorastające melancholie

od idylli co też proszą

o drobny haust

światła


by pobliska nieobecność

oswajała rysy po brutalnym

przypadku losu


by przerwana w połowie

beztroska

stanowiła świadectwo trwania

tego samego świata


by izolacja co stuka

do uchylonych drzwi

zrzuciła z nieba trochę białego chleba


by nieposłuszne ścieżki

wreszcie przyniosły ulgę znoszonym

stopom

drogowskazom od jutra nieaktualnym


by uśmiech co skradły

bezpańskie anioły

wrócił kiedyś na moje

serce


by jutro porzucone jak stara zabawka

czasem przypominało

że nieopodal drepcze sobie Demiurg


by jeszcze jeden zaginiony kosmos

wplątał się między stada

odpowiedzi bez pytań

róża pustyni

pośród miast cienistych

zaplątanych we własne

niezgaszone ulice


zakamarki których nie poznały

jeszcze twoje niezaspokojone stopy


ciasno jest zbyt ciasno

by oddychać świeżym

niebem

zrywać bezimienne kwiaty

odbierać horyzontom

nieznane ptaki


biegnę dusza ucieka mi

spod stóp

nie wiem którędy po łyk

zardzewiałego wydechu


znów obdarzasz mnie

swoim niedościgłym wyznaniem

niewiary

nitką światła urodzaju schwytanego

między pagórki


chwytam w zęby różę pustyni

wydzierganą na sercu

obcą dla świata

nieznaną dla odcisków


na chodniku upstrzonych

plastikowe gwiazdy

dostałeś w prezencie

urodzinowym

swoją własną prywatną śmierć

obudziłeś

o niewłaściwej porze


psy ujadają zachłannie

trawy uwierają w usta

przerośnięte jak rozebrany świt


w którą stronę

kartki

z zeschniętym wierszem

uda się twoje światło gdy odnajdzie cię

bezczas?


gotuje się w tobie

dzieciństwo pożyczone ukradkiem

od matki

wrze bolesne spojrzenie

rzucane przez niebo

po brzegi wypełnione


plastikowymi gwiazdami

obosieczne pióro

cóż po świetle

skoro nadałeś mu kierunek

obosiecznym piórem

stąpającą po dachu fatamorganą?


cóż po gwiazdach

kiedy zrzuciłeś z piedestału

słońce wypożyczone przez noc?


cóż po poranku

gdy kończy nocne popołudnie

a ty wymykasz się półśmierci?


cóż po wędrówce

skoro twoje nieznużone stopy

snują kroki

niechciane jak zeszłoroczny

deszcz?


cóż po mgle

jeśli odbiera rozważaniom

sztukę oddychania

myślobiegu?


cóż po życiu

do jakiego nie pasuje żadne imię

wypada z kontekstu

poza margines?


cóż po śmierci

gdy macha na pożegnanie

częstuje zgorzkniałą czekoladą?


cóż po samotności

skoro wciąż grożą ci cudne manowce

za rogiem czeka cała jaskrawość?


cóż po miłości

skoro odeszła niezauważenie

zanim w twojej duszy

zakwitły jabłonie?

tłusta krew

posklejane inkaustem wargi

są jak brzeg kielicha

naprzykrzanie drogowskazów

w żałobie

po podeszwach

od zarania szczycącym się

nadpobudliwością


wędrujące gęsiego drzewa

uginają pod balastem

słynących z niedojrzałości planet

złuszczających się ze ścian raju


przebrana w szaty

skradzione Chrystusowi

gdy Ten był zapatrzony w człowieka

jestem na Jego podobieństwo

na pobudkę

trzeciego dnia


zanim weźmiesz rozpęd

zaspokój

swoim zaprzeszłym zeschłym ciałem

tłustą krwią

modny kosmos

przytrzymaj mi pogniecione

ciało

muszę zawiązać sznurowadło

stanąć na baczność


przynieś duszę

jak zwykle leży pod ścianą

w korytarzu

obok kosza

na śmierci

przepełnionego


zdejmij z czoła znak

pokoju

przemilczane samogłoski

wypatroszone poematy


rozbierz ze zbyt pochlebnych

przypadków i strat

z języka nowoczesnego


zanim wpełznie kolejny księżyc

lepszy od poprzedniego

osłoń moje światło

przed północą


wtulona w ramiona ściany

w jej otynkowaną pierś

uczę się pomalutku

nowego wszechświata


modnego kosmosu

obraziły się

wszystkie konstelacje

plastelina

zdumiewa mnie

twój brak oszczędności

w maskach

dosięgnął dwuznaczny szyk

którego imienia już nie znam

nie chcę


jestem

żeby twój kat

nie zgadzał się na mój wyrok

nie mów że Bóg jest

dla wybranych

jeszcze się okaże

po czyjej stronie


pozostało mi znamię

po zbyt celnych uściskach

przerysowanych krokach

na chodniku

pod cudzymi obcasami


sumienie

ulepione z plasteliny

dopasowuje się do języka

dusi w gardle

nie pozwala iść bezbłędnie


krętą drogą

prosto

do mety

rozbolał język

rozbolał mnie język

od samogłosek

nieświadomie wypowiedzianych

oszlifowanych


rozbolały zęby

od czekoladowych marzeń

przesłodzonej krwi


chciałabym Stwórco

abyś był

choć trochę do mnie zbliżony

miał moje oczy i kształt nosa

i wargi identyczny krój


lecz Ty o Czcigodny

dusisz się boskością

rozkoszujesz bytem

do którego nie pasuje żadne słowo

obietnica przysięga

czy obojętność


widzę Twoje ślady

na moim porzuconym ciele

woń świętych łez

kadzidła

okazjonalny obłęd

jestem na piedestale

który dobrodusznie wykradłam

w otoczeniu planet

na rzecz nieuregulowanego

rachunku sumienia

wsłuchana w nietutejszą modlitwę

szepty potępionych

zakochanych we mnie

wyznanie


nie do wiary


zwracam się

do tego kto zaproponował

tę drogę krzyżową

bez drogowskazów na rozdrożach

poboczy

niedowidzących uliczek


Drogi Panie Boże

piszę ten list

otwarty

chciałabym urodzić się definitywnie

za stosowną opłatą

płatne przy odbiorze


rozdaj zakazane owoce

i wolną wolę

potrzebującym

mnie wystarczy

okazjonalny obłęd


wypielęgnowane

pomieszanie zmysłów

sześciu

ostatni szyk mody

jest jeszcze w kimś

namiastka pełnokrwistej

ludzkości

bezgrzeszności która nie odmienia się

przez

wszelki przypadek


targam truchło

na bezdrożach rozkwitły

ograbione z cierni

róże


wystrojeni w całun

przeszyci jeszcze jednym zgonem

z czasów przed naszą erą

błąkamy się między

słownikami wyrazów dwuznacznych

almanachami uśmiechów


zanim uda się dogonić

stopy co zgubiły

drogę krzyżową

włóż cierniową koronę

na pewno

będzie ci do twarzy


to ostatni szyk mody

znoszone usta

nie ma miejsca dla bólu

który kwitnie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 19.71