E-book
9.99 6
drukowana A5
29.99
drukowana A5
Kolorowa
53.38
Piwo dla Niedźwiedzi
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Piwo dla Niedźwiedzi

Opowiadanie


Objętość:
70 str.
ISBN:
978-83-8467-761-2
E-book
za 9.99 6
drukowana A5
za 29.99
drukowana A5
Kolorowa
za 53.38

Piwo dla Niedźwiedzi

PIERWSZA LEGENDA NIEDŹWIEDZI, czyli jak krwawy umysł układa historie, by je zrozumieć…

1

Mieszkańcy Villon Pray mawiali, że Oni przychodzą siać nowe ziarna zła. Kiedy ludzie nabierali przekonania, że najgorsze już minęło, kiedy zamykali drzwi bez sprawdzania zasuw i pozwalali dzieciom wracać późno do domów, nadchodzili z mgłą. Byli jednak i tacy, którzy widzieli w Nich ostatnią nadzieję na przywrócenie równowagi. Tyle że w Villon Pray za równowagę zawsze płaciło się czyimś istnieniem, a rachunek nigdy nie trafiał do właściwego człowieka.

Tej jesieni pojawili się niemal niezauważeni. Niemal — bo pewien ubogi chłop, wracający z lasu przed zmierzchem, natknął się na kości dzika i dogasające ognisko. Kamienie ułożono wokół paleniska z niemal ceremonialną starannością, a trzy stopy dalej leżało młode drzewko, ścięte tak czysto, jakby ktoś przeciął jego pień jednym ciosem. Chłop przyklęknął, dotknął popiołu i natychmiast cofnął dłoń. Był jeszcze ciepły. Nie rozumiał, kto urządził tu ucztę, lecz nagle przypomniał sobie opowieści, z których śmiał się jako dziecko. Podrapał się nerwowo po lewej piersi i rzucił biegiem ku wiosce, potykając się o korzenie i grzęznąc w wilgotnych liściach.

Dobiegłby zapewne do pierwszych zabudowań, gdyby nie żelazny potrzask ukryty pod ściółką. Mechanizm zatrzasnął się z taką siłą, że poderwał ciało mężczyzny i wygiął je w tył, nim rozdarł je na części. Przez ułamek sekundy wyglądało to niemal śmiesznie: jak niezgrabny podskok zająca, który próbuje ominąć korzeń. Dopiero potem las przyjął krzyk, krótki, szorstki i urwany. Na gałęzi zakołysały się strzępy wnętrzności, poruszane wiatrem z obojętnością wahadła starego zegara.

Zza drzewa wyszła wysoka postać. Mężczyzna nosił czarne futro baribala, zwierzęcia tak ogromnego, że za życia mogło ważyć ponad trzysta sześćdziesiąt kilogramów. Spojrzał najpierw na potrzask, potem na szczątki ofiary. Nie było w tym spojrzeniu ani triumfu, ani współczucia. Zmarszczył brunatne, spocone czoło i przymknął ciemne oczy pod ciężkimi powiekami. Gęste rzęsy rzucały cień na smagłe policzki. Wciągnął powietrze nosem, jakby odróżniał zapach krwi od wszystkich innych zapachów lasu, i splunął pod nogi.

Ściskał labrys — ciężki topór o podwójnym ostrzu. Drewniane stylisko wygładziły lata użytkowania; w jego pęknięciach zastygły żywica, ziemia i krew. Wędrował od bardzo dawna, choć nikt nie potrafiłby powiedzieć, czy liczyło się to w latach, czy w pokoleniach. Teraz wrócił do Villon Pray. Tutejsza ziemia zawsze była urodzajna, czarna i wilgotna, zwierzyna liczna, a ludzkich spraw wymagających rozstrzygnięcia — aż nadto.

Według legend nazywano ich Niedźwiedziami. Było ich czterech, każdy odmienny, lecz wszystkich łączyły siła, wytrzymałość i bezlitosna cierpliwość. Kim lub czym byli naprawdę, dowiadywał się wyłącznie ten, kto stanął im na drodze. Zwykle tylko raz.

2

Jezioro Pray pozostawało zimne nawet w najcieplejsze dni. Przez większą część roku mgła leżała nad nim jak cienka, brudna tkanina, a mieszkańcy wioski powtarzali, że przychodziła razem z Niedźwiedziami. Nie chodziło wyłącznie o ograniczoną widoczność. W tej mgle głosy zdawały się dobiegać z niewłaściwych stron, odległości wydłużały się lub skracały, a znajome brzegi potrafiły zniknąć w chwili, gdy człowiek odwracał głowę.

Mężczyzna w czarnym futrze wszedł do wody po kostki, nie zdejmując skórzanych butów. Dopiero po chwili zrzucił ciężkie okrycie na kłodę wystającą z szarej tafli. Białe słońce oświetliło jego potężny tors, gęsto porośnięty włosem od szyi aż po podbrzusze. Broda, licząca dobrych kilka centymetrów, łączyła się z bokobrodami; spomiędzy wąsów wyzierały szerokie, różowe usta, popękane w kącikach. Stał bez ruchu i nasłuchiwał. Las, który zwykle chrzęścił, piszczał i szeleścił nawet nocą, tym razem milczał przesadnie starannie.

Rozpiął pas, zsunął workowate spodnie i ruszył głębiej. Woda dotknęła jego kolan, bioder, brzucha. Pod skórą ramion przesuwały się twarde mięśnie, lecz on nie walczył z chłodem. Wiedział, że nie jest sam. Niedźwiedzich braci było czterech, a jeden z nich należał do jeziora w sposób, którego żaden rybak nie odważyłby się wyjaśnić.

Drugi Niedźwiedź nosił na szyi medalion z mamuciej kości: trójkąt skierowany wierzchołkiem w dół, dawny znak wody. Był równie szeroki jak Dzikus, lecz bardziej krępy, pokryty rudym włosem przechodzącym miejscami w złoto. Brodę miał krótszą, pierś miodową, a spojrzenie spokojne jak nieruchoma tafla przed burzą. Nazywano go Ursus udo, czyli Mokrym. Samo imię wypowiadano półgłosem, bo podobno woda pamiętała każde słowo skierowane do swojego pana.

Kiedy dwaj bracia ścierali się w jeziorze, na powierzchni pozostawała niekiedy jasna, ciepława maź zwana ńok. Zbierały ją stare kobiety mieszkające na skraju lasu — te same, które młodsi mieszkańcy, z pogardą i lękiem, nazywali wiedźmami. Przechowywały substancję w małych naczyniach, oznaczonych nieczytelnymi znakami. Jedne nacierały nią dłonie i twarze, wierząc, że powstrzymuje starzenie. Inne wiedziały o niej znacznie więcej, lecz zapisywały swoje doświadczenia tylko dla następczyń. Istniały przepisy, których nie wolno było czytać na głos, i dawki, po których człowiek przestawał rozpoznawać własne odbicie. W Villon Pray nikt jednak nie wyrzucał lekarstwa tylko dlatego, że mogło okazać się przekleństwem.

3

Tylko jeden z Niedźwiedzi zdradził swoje imię: Yaoi. Przetrwało ono w kilku wersjach legendy, choć każda opowiadała o nim inaczej. Nazywano go Ursus candentis — Świecącym. Za dnia sypiał zawstydzony w jaskiniach, przykryty futrem niedźwiedzia błękitnego albo, jak dodawali bardziej bezwstydni kronikarze, wtulony w objęcia innego wielkiego futrzaka. Z jaskini wychodził dopiero wtedy, gdy między drzewami gęstniał zmierzch i nie sposób było odróżnić ludzkiej sylwetki od pnia.

Na głowie nosił osobliwą czapkę z porożem daniela mezopotamskiego, zwanego również perskim. Rozbudowane rogi nadawały mu wygląd leśnego bożka, któremu ktoś przez pomyłkę pozwolił wejść do ludzkiego świata. Był wysoki, mocno zbudowany, o twarzy mężczyzny po trzydziestce, błękitnych oczach i miękkim, brunatnym owłosieniu. W jednej opowieści jego sierść lśniła od księżyca, w innej — od neonowych jarzeniówek zawieszonych nad barem. Pachniał potem, dymem papierosów i czymś słodkim, trudnym do nazwania. To właśnie ten zapach, a nie rogi, zapamiętywali ci, którzy zdołali go spotkać i wrócić.

Mówiono także, że sama Śmierć rozlewała mu alkohol w najohydniejszej spelunie Villon Pray. Miała długie, białe, rozczochrane włosy, usta niemal od ucha do ucha i pomarszczone piersi ukryte w obcisłej, postrzępionej sukience. Szklanki stawiała na lepkim kontuarze z czułością, jaką żywi się do przedmiotów przeznaczonych do stłuczenia. W pubie przesiadywały łajzy, awanturnicy i ludzie, którzy nie pamiętali już, przed czym uciekli. Yaoi pił z nimi bez pośpiechu. Zdarzało mu się nawet śmiać, ale wtedy Śmierć przestawała nalewać, a wszyscy pozostali spuszczali wzrok. Nikt nie wiedział, czy to jego śmiech zapowiada nieszczęście, czy jedynie oznacza, że nieszczęście już nadeszło.

4

Trzydzieści lat wcześniej, pod koniec sierpnia, trzy dziewczyny rozłożyły koc przy lasku od strony Loley. Z kosza wystawały butelki lemoniady i papierowe zawiniątka z jedzeniem. Rozmawiały o wakacjach, przekrzykiwały się i śmiały z takich rzeczy, które po latach nie wydają się już zabawne, lecz wtedy wystarczają do szczęścia. Słońce ogrzewało trawę, znad klifów nadciągało świeże powietrze, a na skraju lasu spacerowała zakochana para. Chłopak całował dziewczynę w policzki, ona całowała go w czubek nosa. Trzy przyjaciółki zauważyły ich i zaczęły szeptać, niezbyt skutecznie tłumiąc chichot.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99 6
drukowana A5
za 29.99
drukowana A5
Kolorowa
za 53.38