Wiersze
— I. KORZENIE —
Tato
Słyszałam Twoje kroki —
wcześnie rano, gdy dom jeszcze spał,
i późno w nocy, gdy cisza ścieliła się po kątach.
Twoje dłonie spracowane
pachniały żywicą i zmęczeniem, którego nikt nie widział.
Ty mówiłeś zawsze, że jest dobrze
nawet wtedy gdy było bardzo źle.
W twoim sercu zawsze
był kawałek lasu —
szyszka, liść, zapach mchu.
Było miejsce na cały świat,
i na mnie,
małą, kruchą, chorą,
tą której los postawił wybierać
choć jeszcze nawet nie umiałam mówić.
Ale Ty mówiłeś za mnie
i w milczeniu znosiłeś więcej,
niż trzeba.
Pracowałeś dniami bez końca,
żeby walczyć nie z losem,
lecz dla mnie —
bym mogła żyć
tak spokojnie, jak teraz żyję.
Ja pamiętam wszystko.
Nie słowa, ale gesty i Twoją obecność.
Pamiętam ciepło, które nie gasło,
nawet wtedy gdy nie było światła.
Ty jesteś dla mnie siłą.
Potęgą, która mnie trzyma
gdy wichry nie mają litości.
Dziękuję Ci, że jestem.
Dziękuję Ci, że byłeś, jesteś i będziesz… Tato
Modlitwa do Ciebie, Mamo
Tam na wzgórzu Twojego Tyńca, gdzie rzeka Ślęza w dolinie rzuca swój cień,
Twoje miejsce, Mamo — z widokiem na bezkres złocistych pól,
na których słychać wciąż nuty Twojego głosu, za którym tęsknię w każdej chwili.
Tu stoję teraz jak żebrak
obdarta z chwil, których nie było.
Nie tych utraconych, ale tych… których zawsze od Ciebie był brak.
Choć byłaś blisko mnie, Mamo,
nie słyszałaś mojego głosu…
Dlaczego?
A dziś, patrząc w przeszłość,
wiem jedno —
mogłabym Ci dać
bezkres miłości i
morze mojego świata,
gdybyś tylko chciała mnie przygarnąć.
Gdybyś tylko chciała
swe serce uchylić.
Tęsknię za Tobą, Mamo,
za Tobą prawdziwą i naprawdę moją.
Za słowem ciepłym, miękkim,
którego nie wypowiedziałaś.
Za naszym światem, który by powstał z prostych gestów,
z obecności.
W moim sercu jest ogród
naszych chwil,
które nie zakwitły,
bo zabrakło światła szczerego uśmiechu.
Tam gdzieś po kątach leżą niewypowiedziane słowa i gesty,
które stały się modlitwą.
Więc modlę się dziś
do Ciebie, Mamo.
Nie tej, którą pamiętam,
ale tej, którą mogłabyś być.
Czy patrzysz na mnie stamtąd,
z tynieckiego wzgórza,
i widzisz swą córkę,
która tak bardzo chciała być kochana?
Między filiżankami
Minął rok.
Wchodzę.
Światło nie zapalone.
Zimny piec.
Tylko one —
obrazy.
Jej obrazy na ścianach.
Wiejskie chaty ze strzechami,
malowane z miłością
do prostych rzeczy —
do dymu z komina,
do słomy,
do wiejskiego spokoju.
Umiała to zobaczyć.
Umiała to zatrzymać.
I te filiżanki —
dziesiątki filiżanek,
dzbaneczki, talerzyki,
starocie z targów —
każda inna,
każda znaleziona
i otulona zachwytem.
Chodzę między tym wszystkim
cicho,
jak gość,
który nie chce nic przestawić.
Dotykam brzegu filiżanki.
Patrzę na strzechę
na obrazie.
I coś we mnie
jest po prostu
smutne i czułe
naraz…
A w moim domu
dwie malutkie filiżaneczki
z białej porcelany
czekają na wnusie —
na kakao,
na ciepło.
Może tak się dziedziczy
miłość do małych rzeczy.
Nawet jeśli
droga była
kręta.
Cisza, która niczego nie kończy
Na grobie Mamy
pierwszy znicz w szkle —
drżącym płomieniem dotyka
ostatnich wspomnień.
Stoję tu
z sercem pełnym jesieni.
Wirujące kolory czerwieni i złota
tańczą w alejkach cmentarza,
a wiatr mówi szeptem…
Może boi się powiedzieć,
że zostaje tylko światło —
małe, ciepłe, uparte,
jakby wiedziało,
że pamięć też potrafi grzać
w chłodzie listopada
i że jest taka cisza,
która niczego nie kończy…
Mój Ikar
Dla mojego Syna Michała
Temu, co serce swoje dałam,
jest jak niepokorny ptak,
co wolnością się zachłysnął
i krąży nad własnym zamkiem życia.
Jest piękny, młody, silny —
on niesie w sobie tę jasność
jak Ikar w słonecznym świetle —
lecz jest mądrzejszy,
bo zna ten wiatr, co w oczy wieje.
Leć, mój synu!
Na swych skrzydłach szerokich leć
i własne niebo odkrywaj.
Szukaj, gub i znajduj,
lecz ufaj sercu, które zna drogę.
A ja —
będę patrzeć z brzegu horyzontu,
z dłonią uniesioną w błękit,
gotowa — gdy on zechce —
by znów poczuł pod stopami ziemię.
Szwajcaria, 2023
— II. MIEJSCA —
Gwar, który ucichł
Milczący bluszcz oplątał
taras leśniczówki,
skrywając wejście do skarbu
starych wspomnień
Wokół kwiaty zmęczone chylą się nad ziemią. Może po kimś płaczą?
Dom oddycha nadal, ale już ciszą —
nie tą spokojną — lecz tą, co dudni w pustych pokojach
echem dawnych głosów.
Słychać śmiechy dzieci i biegi,
jak kolorowych koralików garść rozsypanych na schodach.
Słychać krzyk: „Już wracam!”
z ogrodu,
i jakieś rozmowy w jadalni,
porcelany szyk, śmiech przy zupie,
i ruch firanki w białym oknie
w upalny, lipcowy dzień.
To wszystko działo się…
czy dawno?
Czy może wczoraj?
A mury tego domu tęsknią
za świeżymi serwetami,
za pachnącą herbatą
w bajkowych czarach,
za głosem gospodarzy
witających swych przyjaciół,
za radosnym psem i leniwym kotem.
Czas nie stoi.
Czas ucieka —
ściskając za gardło wodospadem łez tęsknoty i każe biec przed siebie.
A leśniczówka śni
o gwarze, który zamilkł,
o życiu, które tętniło
i już nie wróci tak samo.
Lecz może…
kiedy przymknę oczy
i zatrzymam oddech —
usłyszę znowu.
Tam, gdzie las szepcze na wietrze,
a każdy kamień pamięta ślady dawnych kroków.
Leśniczówka, mój dom rodzinny, w swe progi dawne mnie zaprosi.
Poranek w leśniczówce
Stoję w oknie.
Mgła wtula się
w aksamit zieleni —
miękko,
jakby znała to miejsce
od zawsze.
Obudziłam się chłodem rosy.
Ptaki nieśmiało próbują pierwszych nut,
jakby sprawdzały,
czy dzień naprawdę nadszedł,
czy tylko śni się jeszcze ziemi.
Światło wchodzi powoli.
Nie narzuca się.
Dotyka kory drzew
jak ktoś, kto zna drogę,
ale nie chce budzić.
A ja stoję
pomiędzy snem a oddechem dnia
i uczę się twojej obecności
bez słów.
Leśniczówka Górale
Dolina Baryczy
2025
Stół już nakryty
Stojąc na stopniach
drewnianego tarasu leśniczówki,
czekam…
otulona popołudniem,
u bram miliona wspomnień, cierpliwie nasłuchuję…
Czy może już jadą?
Cierpliwie czekam chwili,
gdy wniosą
swoje śmiechy,
ciepło dłoni i powitań uściski,
opowieści miejsc odległych i bliskich.
Stół już nakryty
i świece czekają
na lipcowy wieczór tajemny,
gdzie kryształowym szeptem szkła
rozplata się warkocz złota
i czerwień milczenia.
Poproszę noc,
by nie zamykała drzwi,
by czas zatrzymać się mógł,
by jeszcze i jeszcze znów
było wszystko jak kiedyś, możliwe…
Leśniczówka Górale
czerwiec, 2025
Bez powrotu
Gdzieś tam został zapach
i wiatr, co zna nasze imiona.
Tamten stół
i wieczór mchem pachnący.
To miejsce — roześmiane,
barwny motyl wszystkich chwil,
jak szepty nocy do księżyca —
jednak tylko już przez sen.
To właśnie miejsce —
zostało we mnie,
choć nie ma mnie w nim.
A czas?
On nie wraca, tylko tęskni…
tak jak ja.
Wiejska sielanka
Przycupnął czas na parapecie,
by odsapnąć chociaż chwilę.
Szmaragdowe ogórki zatopione w słoju oddychają wspomnieniem dorodnego pola,
rubinowe pomidory leżą na lnianej serwecie, a obok czosnek
w szeleszczącej szacie.
Wszystko milczy, słuchając
ziemi po deszczu.
Za oknem lato się rozgościło
i szepcze historie w liściach jabłoni
o kroplach potu na karku i chłodnej trawie,
o małej szopce z pochylonym dachem,
gdzie śpią grabie i koty,
w wiejskiej ciszy, tej prawdziwej,
co pachnie sianem i kurzem.
Dom kołysze się w rytmie wakacji —
bez pośpiechu, wolno i bez celu,
jak chmury na niebie w pogodny dzień.
Tu świat smakuje jak kromka chleba
ze świeżym masłem w promieniach słońca
i tańczącym cieniem pelargonii
na białej firance.
Wszystko zastygło w ekstazie
prostoty cichego istnienia —
jakby ta chwila usnęła
w ramionach kochanka
i śniła sen o cieple dłoni
i o miłości bez końca…
— III. ŚWIAT ZA OKNEM —
O delikatności czerwonych kielichów
Maki — ciche, cudowne, bezgłośne oddechy lata,
otwierają się szeptem jeszcze w szarej godzinie,
jakby bały się zbudzić resztę świata.
Ich kielichy — jedwabne, rubinowe suknie —
drżą od samej myśli o dotyku.
Nie trzeba ich zrywać,
by je tulić w ramionach.
Wystarczy patrzeć
i pozwolić im być, kołysać się dalej
w rytmie pogodnego dnia —
a one kruche i dumne,
w tej chwili najpiękniejsze.
Słońce prześwituje
przez ich sukien czerwienie
jak przez błyszczącą zasłonę marzenia,
a wiatr, całując szlachetności stroju,