E-book
13.65
drukowana A5
33.81
Piraci 2

Bezpłatny fragment - Piraci 2

Kamienna Gwiazda i Kryształowa Perła


Objętość:
185 str.
ISBN:
978-83-8126-321-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 33.81

Cudownym Kobietom…

Najlepszym, najwspanialszym przyjaciółkom:

Marcie, Oli i Marzence…

Dziękuję Wam za Waszą obecność, dobre słowo, wsparcie, szczerość i serce pełne przyjaźni!

Dziękuję mojej kochanej mamie — Eli, babci — Ani,

cioci a zarazem matce chrzestnej Ani — one wszystkie zawsze o mnie dbają i wiem,

że na nie zawsze mogę liczyć.

Największe podziękowania kieruję

do siostrzyczki Kasi — jej maleńka,

ale szczera miłość jest dla mnie źródłem motywacji.

Kocham Was moje dziewczyny!

Rozdział I — Spotkanie po latach

Tego dnia pogoda na pełnym morzu niezwykle dopisywała piratom. Przestrzenie majestatycznego, błękitnego oceanu rozcierały się przed okrętem dumnego Johna z wielką gracją, niczym elegancki dywan. Wiatr praktycznie zanikł, jakby poszedł spać w środku dnia. Niebo było czyste, bez żadnych chmurek a słońce wydawało się świecić tak mocno, jakby chciało swoim ciepłem wyparować całą wodę znajdującą się pod obłokami. Ocean delikatnie kołysał się, jakby w rytm miłej kołysanki, robił to praktycznie niezauważalnie dla ludzkich oczu.

Wspaniały, wyremontowany dokładnie statek Johna płynął sobie prosto przed siebie. Nie było widać suchego krańca ziemi, ale piraci woleli zapach świeżej bryzy morskiej niż życie zwykłych szczurów lądowych.

Załoga nie miała konkretnie sprecyzowanego celu do którego teraz podążała. Zdawało się, że wszystkie drogocenne skarby, wyspy i inne takie są już znalezione.

Na razie nie martwili się, gdyż bieda piratom nie groziła. Mieli jeszcze trochę skarbów od Kathariny z Wyspy Umarłych (kim byłą Katherina? Jak być może pamiętamy była to dobra i bardzo młoda czarodziejka, która służyła piratom pomocą zawsze i wszędzie, była ich dobrym aniołem za to, że kiedyś uratowali ją i troszczyli się o nią). Załoga pływała po błękitnym oceanie bez celu.

Dostojny John z wielkim, czarnym kapeluszem na głowie stał oczywiście przy sterze wykonanym z mocnego drewna cedrowego, trzymając go w rękach z wielką pasją i zaangażowaniem. Miał on wymarzony okręt, który budził strach wśród innych piratów i ludzi. Krążyły już o nim nawet legendy a wszystko to przez znalezione kiedyś jednego z największych skarbów, drogocennego naszyjnika — Serca Oceanu. To ono wskrzesiło piratów i ich historie do życia. Przez ostatnie miesiące po przygodzie na Wyspie Umarłych załogę nie spotykały żadne ciekawe, ani pamiętne przygody. Piraci odpoczywali, czcili swoje stare zwycięstwo i mniej więcej tyle robili. Johnowi i reszcie towarzyszy brakowało adrenaliny, ale cóż mogli zrobić, nie było w ich pobliżu niczego ciekawego, co pobudziło by ich do działania.

Wieczorami John przeglądał książki, stare mapy skarbów — szukał idealnego celu, ale jakoś na razie nie znalazł. Większość bajek o skarbach było wymyślonych. Sprawdzanie ich pewnie oderwało by piratów od rutyny, ale po prostu się im obecnie nie chciało. Piraci nadal czekali na odpowiedni bodziec by wzbudzić w sobie wolę zwycięstwa, odnalezienia czegoś wielkiego… Czegoś niezwykłego, co na pewno jeszcze bardziej wysławiłoby ich imiona na morzach i oceanach.

John, albo jak inni na niego czasem mówili — Johnny, mimo swojego dojrzałego wieku nadal wyglądał na bardzo przystojnego mężczyznę. Ramiona miał silne, w głowie poukładane, był inteligentnym człowiekiem, wydawał się niepodważalny przez nikogo we wszystkich możliwych kwestiach, drewniana proteza zamiast nogi nadawała mu tylko odwagi w oczach innych a ciemne karnacja podkreślała jego egzotyczną urodę. Z jego ust nigdy nie schodził sarkastyczny lecz przyjemny uśmieszek.

Philip i Rose pływali na okręcie Johna z resztą załogi. Od ich ślubu minął już ponad rok a mimo to oboje nadal całym sercem się kochali, to było najczystsze uczucie, jakie można było zobaczyć. Kobieta przyzwyczaiła się do życia na pełnym morzu i z tyloma mężczyznami obok. Złotowłosa, piękna Rose nadawała blasku okrętowi pirackiemu, była jego ozdobą. Wyglądała jak nimfa morska wyłoniona z piany. Jej mąż Philip również nie był brzydki a wręcz wyglądał jak młody bóg o ciemnych oczach. Oboje tworzyli wręcz perfekcyjną parę. Każdy dzień był dla nich idealny, bo spędzali go razem.

— Kochanie… — powiedziała Rose do Philipa siedząc sobie w bocianim gnieździe z którego wszystko było dobrze widać. Lubiła tam przebywać, gdyż nikt jej nie przeszkadzał w rozmyślaniu nad życiem.

— Tak? — przytulił ją ukochany.

— Myślę, że już czas byśmy mieli dziecko… — zaśmiała się zmieszana. Wiedziała, że piraci raczej boją się zostać ojcami, ale to w zasadzie normalne zachowanie wśród mężczyzn.

— Dziecko? — zdziwił się Philip.

— Tak, a czemu nie?

— Zdziwiłaś mnie… Myślisz, że dobrze będzie się żyło dziecku na pirackim okręcie? Z dala on innych dzieci? Od stałego lądu? Nie wiem kochanie.

— Ty tak żyłeś…

— Ale to nie było najlepsze rozwiązanie… Nie czuję się jeszcze gotowy na malucha i osobiście wolałbym wychować dziecko na stałym lądzie…

— Ja… Nie chcę już żyć na ziemi. Chcę zostać tutaj…

— Aż tak pokochałaś morze? — zapytał zdziwiony Philip.

— Tak. Jestem pewna, że tutaj zapewnimy naszemu dziecku wszystko czego zapragnie. Pokocha zapach bryzy morskiej jeszcze bardziej niż my! — uśmiechnęła się.

Małżonkowie nie kłócili się nigdy, zawsze starali się załatwić wszelkie sprawy pokojowo. Philip czuł się za młody na dziecko, Rose wręcz przeciwnie, akurat w tej kwestii było im trudno się porozumieć.

— Kocham cię…

— A ja kocham ciebie. — wyszeptała śliczna Rose.

— Moja ukochana. Porozmawiamy o tym innym razem? — temat dzieci zamknął się. Pół księżniczka a zarazem pół piratka wtuliła się w pierś męża i zaczęła wspominać swoją rodzinę.

— Już dawno nie widziałam moich przyrodnich braci Philipie… Edward ma tyle lat… Chyba dziewiętnaście! Młody król Serene, mój braciszek. Wiktor też już jest dorosły, szesnastoletni książę. Czas tak szybko płynie. — zasmuciła się złotowłosa królewna. Dla poddanych z Serene nadal nią przecież była, w końcu zawsze ją kochali a po uratowaniu królestwa przed wiedźmą Kre jeszcze bardziej sławili jej imię jako księżniczki Serene. Philip przytulił ją mocno i ucałował.

— Musimy ich odwiedzić. Poddani też muszą za tobą tęsknić. Myślę, że ty też kochanie trochę tęsknisz do lądu.

— Nie do lądu tylko do mojej rodziny! — zezłościła się.

— Dobrze kochanie.

Słońce bardzo mocno błyszczało a każdy jego promień odbijał się od oczu pięknej Rose, która niespodziewanie zobaczyła obcy okręt.

— Co to jest? — zapytała wyciągając lunetę.

— Jakiś obcy okręt… Jaki duży! Nie wiem czy jest piracki. — zdziwił się Philip i zawołał do załogi by przygotowali się. Nigdy nie wiadomo czego może chcieć od piratów taki statek. Był jeszcze bardzo daleko, ale z każdą chwilą przybliżał się do okrętu Johna. Zazwyczaj wszystkie obce statki omijały Piracki skarb, bo tak nazywał się okręt na którym przebywali chyba, że próbowały się z nim zmierzyć inni piraci, ale oczywiście rzadko się to zdarzało. Wszyscy lękali się statku, który przetrwał Wyspę Umarłych i próby na niej. Obcy okręt był bardzo duży, wykonany z ciemnego drzewa. Miał czarne żagle, a na nich narysowana była perła i dwie kości piszczelowe za nią. Najdziwniejsze było, że załoga składała się z tylko kilku mężczyzn (co widać było przez lunetę), których skóra była bardzo blada. Wyglądali bardziej na martwych, niż żywych. Nie zwracali uwagi na to co dzieje się wokoło nich. Nie ruszali się.

Gdy statek zbliżył się całkowicie nastała ciemność, ale było widać stojącą na pokładzie kobietę, całą ubraną na czarno. Wyglądała na kapitana obcego okrętu w sukience. Jej oczy były czarniuteńkie jak węgiel, miała czarne i długie włosy, była blada jak pozostała część załogi i niezwykle młoda. Dziewczyna miała cygańską urodę. Pewnie była w wieku Rose. Obok niej, nagle pojawiła się druga dama, ale wiele starsza, co widać było po kilku dobrze ukrywanych zmarszczkach na jej twarzy. Miała w sobie wielką charyzmę i widać było, że rozkazywała załodze i młodszej kobiecie, co wskazywało, że musiała być kapitanem okrętu. Kobieta mogła być też matką młodszej panieneczki. Była całkiem do niej podobna. Długie, czarne, piękne, bogate suknie kobiet rozwiewał silny wiatr.

Gdy obcy okręt podpłyną, na statku Johna czuć można było chłód. Kapitan napadłby na ten niezwykły statek, ale złota mu nie brakowało, więc nie było potrzeby. Załoga doświadczonego Johna nie szykowała się więc do bitwy.

Obie damy na interesującym wszystkich statku, wyglądały jakby były w żałobie… Ich załoga zresztą również.

— Kim jesteście i czego chcecie? — zapytał John, gdy okręty stały równolegle do siebie.

Obce kobiety stały z ponurymi minami i patrzyły na piratów, były naprawdę bardzo dziwne.

— Może jeszcze o mnie nie słyszeliście… — zaczęła mówić starsza kobieta — Jestem Czarną Wdową! — powiedziała z uśmieszkiem na ustach. Rose poczuła coś niespotykanego, jakby niebezpieczeństwo wkradało się powoli do jej życia, więc wtuliła się w Philipa i słuchała dialogu między nią i kapitanem Johnem.

— I co? Nie znam takiej! Po co tu przypłynęłaś? Na tych wodach nie ma dla was miejsca… Jesteście kobietami a to już was przekreśla, jako piratów! Czarna Wdowa… co za beznadziejna ksywka! Chcesz na nas zapolować o pani? — zapytał uśmiechnięty John, jakby drwił z dziwnych dam.

— Mogłabym, ale nie chcę, nie teraz. Może potem. Dziś przypłynęłam tylko po nią. Chcę tylko jej! — wskazała palcem na Rose. Piraci zdziwili się. Śliczną Rose przeszedł dreszcz, zwykle nie bała się, ale przy tych kobietach traciła całą odwagę, nie umiała tego wytłumaczyć.

— Po mnie? Dlaczego? Ukochany… czuła, że coś jest nie tak… Nie oddawaj im mnie! — poprosiła cicho załamana dziewczyna. Jeszcze nigdy tak się nie bała, nawet nie wiedziała czego, po prostu czuła, że stanie się zaraz coś złego.

— Nigdy! Nie oddamy jej! — krzyknął Philip z wielką odwagą w sercu.

— Oddacie jeśli nie chcecie, abym was zniszczyła, pozabijała każdego na waszym okręcie. — powiedziała złowieszczo i skierowała wzrok na swoją córkę, tak to wyglądało. Nagle z drzwi na statku kobiet wyszedł mężczyzna, którego twarz skrywała się pod kapeluszem, który był wielki. Nie można było go poznać. Wyglądał zwyczajnie, jak pirat. Nikt nie mógł dostrzec twarzy tego człowieka!

— Witam… — powiedział głośno i wyraźnie.

Rose poznała ten głos. To nie możliwe! To był Bill! Gubernator! To on miał kiedyś zostać mężem księżniczki Rose, ale ona wolała piratów! To ten człowiek niechcący wepchnął swój miecz w ukochaną, zamiast w Philipa a potem zniknął… Jak to możliwe? Wszyscy myśleli, że on nie żyje! Przecież skoczył prosto na skały…

Bill ściągnął kapelusz i wszyscy go rozpoznali. Nastała panika. Załoga Johna była zamurowana widokiem starego znajomego.

— To ty! — krzyknęli piraci. Philip nienawidził Billa za to jak próbował rozdzielić go z Rose. Na początku wszyscy myśleli, że widzą ducha, ale jednak on był prawdziwy. Bill podszedł bliżej i stanął pomiędzy dwoma nietypowymi kobietami.

— To Czarna Wdowa i jej córka Sara. Lepiej się ich bójcie! To bardzo groźne kobiety… — ostrzegł były gubernator spokojnie.

— Czego chcesz? Jak ty wyglądasz? Jak… pirat! Ty żyjesz? — zapytała Rose z wielkim zdziwieniem w oczach.

— Szukałem cię… Nie dam rady żyć, gdy nie jesteś ze mną! Wiem, że przeze mnie prawie umarłaś, ale nie dopuszczę już nigdy więcej do tego! Będę dbał, aby nigdy więcej nic ci się nie stało. Ze mną będziesz bezpieczna. — odpowiedział Bill patrząc w oczy byłej narzeczonej.

— Nie kocham cię! Mam już męża! Przestań myśleć, że będę twoja… — krzyknęła. Philip zdenerwował się i podszedł do barierki, aby skoczyć na nieznany okręt i zabić Billa, ale starsza dama wysunęła rękę i unieszkodliwiła chłopaka odpychając go niewidzialną siłą. Rose natychmiast do niego podbiegła. Jej ukochany leżał na pokładzie i nie mógł się ruszyć. Rosaline przeszedł chłodny dreszcz. Czuła się bezradna.

— Nic mu nie będzie.- powiedział Bill.

— Nie kocham cię! Odejdź z mojego życia! — wołała do mężczyzny, przytulając ukochanego Philipa, który stracił przytomność uderzając głową o maszt.

— Kochasz mnie, tylko o tym jeszcze nie wiesz. Proszę podejdź tu… — powiedział Bill, wyciągając rękę. Rose poinformowała go znakiem głowy, że nie podejdzie.

— Nigdy…

— Nie odpłynę bez ciebie. — nalegał mężczyzna.

— Chcesz mi zniszczyć życie? — zawołała bardzo zdenerwowana kobieta i jej oczy zmieniły kolor na ciemniejszy ze złości.

— Ja… Ja chcę ci je naprawić…

— Jakoś nie jest mi źle! Tu jest mój dom i moje idealne życie! — wykrzyknęła.

— Ze mną ci będzie lepiej.

— Nie! Chyba ten upadek ze skały uszkodził ci głowę… Nie byłeś taki! To jakaś obsesja? Odejdź stąd Bill. Zrozum…

— To nie ważne Rose… Nie odejdę bez ciebie. — powiedział Bill.

— Co? Te kobiety ci pomogły? — zapytał wściekły John. Starsza z kobiet już wyciągała rękę by unieszkodliwić Johna, ale Bill jej nie pozwolił.

— Nie. Rosaline musi tu przyjść dobrowolnie, albo… Czas na plan,,B”, bo widzę, że moja przyszła żona jest nieugięta! Jeszcze wielu rzeczy nie rozumie. — uśmiechnął się.

— Nie rozumie? — zdziwiła się Rose.

— Kochanie, do zobaczenia bardzo niedługo! — powiedział. Johna zdziwiło, że mężczyzna tak szybko im odpuścił. Było to bardzo tajemnicze, przecież Bill miał jakąś obsesję na punkcie Rose, to było widoczne gołym okiem. Jegomość Bill wraz z kobietami odpłyną machając byłej narzeczonej. John chciał już wezwać swoją załogę do walki z Billem jego znajomymi, ale Rose ich powstrzymała.

— Nie róbcie tego! Stójcie!

— Czemu? Popatrz, on nas szantażuje! Wróci po ciebie!

— To nie czas… Te kobiety posiadają magię, popatrz co zrobiły Philipowi! Nie jesteśmy gotowi na walkę… — wyszeptała smutno.

— Dobrze Rose… — zgodził się John.

Philip obudził się po chwili i przytulił ukochaną. Obiecał jej, że nigdy nie pozwoli, by ktoś ich rozdzielił.

To było nie miłe spotkanie po latach z byłym narzeczonym. Kobieta zesmutniała.

— Czułam, że coś się stanie… Boję się… Mam złe przeczucie. Śniło mi się to dzisiaj. — rzekła.

— Nie oddam cię! Rose, nigdy nie pozwolę by ktoś cię skrzywdził! Kocham Cię. — oznajmił Philip.

— Ja ciebie też, ale… czuję, że coś się stanie ukochany… Ja to czuję… Mam złe przeczucie.

Rozdział II — Burza

Piraci nie mogli przestać myśleć o Billu i pięknych lecz dziwnych kobietach. Gdyby z piratami była teraz Katharina… Ona na pewno by pomogła. Po odpłynięciu niespodziewanego gościa — Billa słońce powróciło na niebo, gdyż wcześniej wraz ze straszną łajbą przyfrunęły czarne, gęste chmury. Rose mocno przeczuwała, że coś się stanie… Miała dziwne przeczucie, które ją gnębiło i gryzło od środka, niczym gryzoń spożywający łapczywe ostrymi zębami kawałek miękkiego sera.

— Kochanie, dobrze się czujesz? — zapytał Philip, bardzo zdziwiony nerwowym zachowaniem ukochanej.

— Tak. Naturalnie. To znaczy… nie wiem. Co stało się z Billem? Dlaczego wrócił? Po co mu ja? Kiedyś był inny…

— Wszystko będzie dobrze kochanie…

— A jak ty się czujesz?

— Boli mnie głowa po tych czarach, ale to powinno minąć. — uśmiechną się młody, przystojny pirat.

— Jak to się stało, że on przeżył? — zapytała Rose.

— Nie wiem. A te kobiety… Pierwszy raz słyszę o Czarnej Wdowie i jej córce… — odparł mężczyzna i przytulił żonę. Wtedy przyszedł do nich John:

— Trzeba będzie dowiedzieć się o co chodzi twojemu byłemu narzeczonemu. — powiedział.

— Mam złe przeczucie… — oznajmiła dziewczyna.

— Spokojnie, jestem z tobą. Obiecuję, że nikt nas nie rozdzieli! — przytulił ją Philip. Ich usta się połączyły i nagle… Ni stad, ni zowąd niebo znowu stało się czarne, ponure. Chmury zaczęły zbierać się centralnie nad okrętem Johna. Powoli zaczął też padać silny deszcz, wiatr był tak potężny, że zrywał żagle na statku kapitana Johna. To wszystko rozpętało się w kilka minut.

Z wody zaczął wyłaniać się wir, tańczył z oceanem burząc fale. Nastał ogromny sztorm. Nigdy jeszcze takiego nie było zwłaszcza, że przecież przed chwilą świeciło piękne słoneczko.

Statek bujał się na złowieszczych falach, jak nigdy przedtem. Piraci chwytali się czego popadnie. Ogarnęła ich ciemność. Najdziwniejsze było to w jakim czasie rozpętał się ten sztorm, to stało się tak nagle i wtedy kiedy Rose i Philip pocałowali się. Ciemność, nieokiełznana ciemność. Chłód, przeszywający chłód. Strach, potężny strach.

— Trzymajcie się! — zawołał John widząc nadchodzące fale oceanu, które zmywały ludzi z okrętu. Statek kołysał się tak mocno, że trudno było utrzymać na nim jakąkolwiek równowagę. Ludzie ginęli, wciągało ich do oceanu, jakby do wielkiej paszczy potwora. Do Philipa podszedł ojciec — kapitan John.

— Pomóż mi! Trzeba uciekać, gdyż mój piękny statek tonie! — wskazał na ledwo trzymający się na wodzie okręt:

— Szybko! — wołał kapitan, troszcząc się o załogę. Młody pirat zabrał ukochaną, teraz musieli wydostać się spod połamanego masztu. Statek był dla Johna bardzo ważny a tu nagle nie wiadomo skąd ani nie wiadomo co go niszczyło. Piraci przebijali się przez zniszczony pokład. Udało się im, chociaż było ciężko. To cud, że w większości ludzie przeżyli, ale załoga była bardzo nieszczęśliwa widząc ogrom zniszczeń na okręcie. Mieli tylko trzy szalupy duże. Tych, którzy przeżyli było sporo, brakowało już miejsc.

Fale odbijały się o praktycznie prawie wrak okrętu z niesamowitą siłą. Nagle Rose zakręciło się w głowie i ledwo utrzymała się na nogach.

— Co ci jest? Kochanie? — zapytał Philip. Nagle statek przechylił się w prawo tak, że aż nim wstrząsało. Rose prawie wpadła do zimnego oceanu, na szczęście uratowała ją ręka ukochanego, która trzymała jej dłoń tak mocno, jak tylko umiała.

Fale wznosiły się bardziej i bardziej, jakby czegoś szukały i długo nie potrafiły tego znaleźć, tak jak gdyby były zniecierpliwione i dłużej nie znosiły szukania.

Kolejny wstrząs. Rose wypadła do wody, ale Philip ciągle nie dawał za wygraną. Trzymał ją mocno, tylko ten wiatr… Dłużej nie udało mu się utrzymać ukochanej, jej ręka była za śliska od chlapiącej ją wody…

— Nie dam rady… — Philip siłował się z oceanem. Dziewczyna popatrzyła na niego czule. Wiedziała, że nie ma szans, by wygrać walkę z falami i powiedziała cichutko do męża ze łzą w oku:

— Kocham cię Philipie… — wykrztusiła te słowa z siebie bardzo smutno i po nich wpadła do oceanu, trzymając na sercu swą dłoń z pierścionkiem od ukochanego męża.

— Nie! — krzyczał Philip, ale John powstrzymał go od skoku za ukochaną, gdyż dziewczyna wpadła prosto w centrum niewyobrażalnego sztormu. Nie miała szans. Młody pirat był zrozpaczony! Nagle, kilka sekund po tym jak woda pochłonęła Rose sztorm zniknął. Rozpłyną się, jak gdyby nigdy go nie było.

Słońce pokazało się i na nowo błyszczało, jakby nigdy nic. Wiatr stał się lekkim wietrzykiem, nie było ani śladu deszczu. Ocean uspokoił się. Philip skoczył do wody i panicznie szukał ukochanej. Był zrozpaczony, robił to kilka godzin. John patrzył na resztki jego pięknego okrętu, który stał się praktycznie wrakiem a zarazem myślał o synowej, którą uwielbiał. Załoga i jego syn musieli dopłynąć szalupą na najbliższy ląd.

Philip ocierał twarz, nie mógł uwierzyć jak to wszystko mogło się stać. Obwiniał siebie. Piraci, którzy przeżyli, także dziwnie się czuli. Ich kochana Rose nie żyje? Nigdzie nie było jej ciała mimo, że Philip nie dawał za wygraną i pływał, nurkował, szukał jej. Jak to mogło się stać? Dlaczego ta burza ucichła po zabraniu Rose? Po co w ogóle ten sztorm się pojawił, on musiał być wywołany czarami. Dlaczego? John zauważył wyspę w oddali. To musiała być Wyspa Umarłych, miała jej kształt.

— Katherina… Chyba wie co się stało… Wezwała nas. — zamyślił się John. Dziwnym trafem znaleźli się właśnie na tej wyspie, to nie mógł być przypadek. Philip nie odzywał się, myślał o swojej ukochanej, która najprawdopodobniej bezpowrotnie utonęła w bezkresach majestatycznego oceanu.

— Płyniemy do Kathariny. — rzekł odważny John i popatrzył na swoją załogę pogrążoną w rozpaczy po Rose.

— Niby po co? — zapytali.

— Ona powie nam co się stało… Dlaczego to się stało… Pomoże nam znaleźć ciało Rose… — zasmucił się mówiąc ostatnie słowa. Piraci zgodzili się, Philip wybuchnął atakiem szału, jednak ojciec uspokoił go, biorąc go mocno w swoje objęcia.

Szalupami, które miały dziury p ostatnim ataku sztormu nie dopłynęliby daleko. Najbliżej była Wyspa Umarłych. Na dodatek ich najlepszy statek Piracki Skarb z całym złotem i biżuterią poszedł na dno. Prawie nic nie dało się uratować. Katharina musiała im pomóc i odpowiedzieć na wszystkie pytania. Dla piratów nastał bardzo zły okres.

Rozdział III — Przebudzenie

Rose przebudziła się w miejscu jakiego wcześniej nie znała, ale żyła. Nie wiedziała gdzie jest, ani co się stało. Nic nie mogła sobie przypomnieć. Nie pamiętała swego męża Philipa, ani nawet braci, załogi piratów — nic! Miała całkowitą amnezję. Wiedziała tylko, że teraz leżała na kamiennym stole, miała na sobie czarną suknię zdobioną złotymi koralikami i była w jakiejś jaskini, w której znajdowało się także czyste jeziorko. Rose nic nie pamiętała! Wstała ze stołu i rozejrzała się wkoło po ponurym miejscu.

Każdy, najdrobniejszy dźwięk ją płoszył, gdyż była zupełnie zdezorientowana. Nawet kapanie wody ze skał na tafle jeziora wydawało jej się obce. Dziewczyna zaczęła błądzić, rozglądać się dokoła. Przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze wody. Sama nawet siebie nie poznała.

Mimo wszystko po kilku minutach odwaga w jej sercu powróciła, nie straciła jej. Ciągle gotowa była walczyć z intruzami, ale teraz nie wiedziała kto jest jej wrogiem. Patrzyła na swoje odbicie na tafli wody i nagle usłyszała czyjejś kroki. Gdzie się schować? Co robić? Wskoczyła i zanurzyła się w jeziorze. Kroki zbliżały się prosto do niej… Te odgłosy… Bała się trochę, ponieważ głowę miała pustą, nie pamiętała nic, ale musiała stawić czoło przeciwnościom. Wyłoniła się lekko, aby nie brakło jej powietrza i z ukrycia patrzyła na troje zbliżających się nieznajomych.

Mężczyznę, miał pewnie koło trzydziestki, ciemne włosy, niebieską koszulę. To był zmieniony Bill, nie ten sprzed ponad roku, kiedy to nosił piękne stroje i białe peruki. Obok mężczyzny stały dwie kobiety. Były do siebie bardzo podobne, ale widać było różnicę wieku tych dam. Rose dostrzegła, że ma na sobie podobną sukienkę. Obcy stali w miejscu i patrzyli na siebie.

— Gdzie ona jest? — zapytał mężczyzna nerwowo.

— Uspokój się Bill! Przecież nie mogła stąd tak po prostu wyjść. Niby jak? Wszędzie są moi martwi ludzie strażnicy i jeszcze my. — uspokajała go starsza kobieta, młodsza zaś przysłuchiwała się rozmowie i patrzyła na piękne jezioro. Wyglądała na wrażliwą kobietę, mimo zgrywania bezdusznej.

— To gdzie ona jest? — zapytał Bill.

— Skąd mam wiedzieć! Nie przewiduję przyszłości, ani gdzie kto sobie poszedł! — zdenerwowała się kobieta. Nagle młodsza podeszła do jeziorka.

— Matko! Bill! Tutaj jest! — zawołała. Mężczyzna natychmiast podbiegł i wyciągał z wody wystraszoną, chociaż trochę agresywną dziewczynę. Rose była po prostu kłębkiem strachu.

— Co ty robisz? Już nie mam do ciebie siły! Kochanie, wychodź! No proszę. — łagodnie przemówił Bill i wyciągnął rękę w kierunku wystraszonej kobiety. Rose patrzyła na niego zaskoczona.

— Co on wygaduje? — pomyślała — Kim jesteś? — zapytała podejrzliwie.

— Nie pamiętasz mnie… Kochanie, jestem twoim narzeczonym. Kochamy się i mieliśmy zamiar się pobrać, ale miałaś wypadek i straciłaś pamięć…

— Co? Ja i ty… — zdziwiła się, spoglądając z dziwną miną na Billa. Dwie kobiety z tyłu też patrzyły na nich, lekko uśmiechając się, ale tak, że nikt tego nie zauważył. Bill popatrzył na Rose. Naprawdę kiedyś był jej narzeczonym, ale ona go nie kochała. Dawnymi czasy Bill był także poważanym politykiem i gubernatorem, ale po niechcącym zranieniu Rose uciekł i wszyscy myśleli, że nie żyje, kiedy skoczył na ostre skały, potem księżniczka Serene wyszła za pirata. Od kiedy poznała Philipa jej życie stało się kolorowe, ale nawet go nie pamiętała. Nie pamiętała nic z przeszłości. Dziewczyna przyglądała się jaskini i Billowi.

— Mam na imię Bill. Ty jesteś Rose. To jest Czarna Wdowa, jej prawdziwe imię to Diana. Ta młodsza ma na imię Sara, jest córką Diany. Jesteśmy twoją jedyną rodziną kochanie. — powiedział Bill i wyciągnął dziewczynę z jeziorka. Początkowo nie dowierzała, ale później powoli zaczęła brać sobie do serca słowa Billa.

— Tak? To dlaczego nic nie pamiętam? — zapytała i odsunęła się o krok od nieznajomych.

— To było wczoraj. Płynęliśmy sobie naszym statkiem, aby… — nagle ucichł — szukamy teraz mapy do potężnego skarbu tym oto okrętem. — mężczyzna wskazał palcem na wyłaniający się zza skał statek. Był piękny i duży. To był ten okręt, którym Bill i kobiety przypłynęli po Rose, gdy jeszcze miała pamięć. Dziewczyna zachowywała się jakby widziała go pierwszy raz, po prostu straciła pamięć. Zaciekawił ją jednak widok czegoś tak majestatycznego.

— Jak nazywa się ten okręt? — zapytała.

— Wiedziałem, że zapytasz. To Czarny Koralowiec. — podniecił się Bill wskazując na okręt.

— Ciekawe… — zamyśliła się Rose.

— Płynęliśmy sobie razem naszym okrętem i nagle nastał silny wiatr, spadł żagiel i uderzył prosto w twoją delikatną głowę… Bałem się, ale na szczęście żyjesz! — ucieszył się Bill.

— I mam w to uwierzyć? — zapytała lekko drwiąca Rose. Kobiety popatrzyły na nią z niedowierzaniem.

— Tak. Przecież to prawda… — powiedział zmieszany Bill.

Dziewczyna popatrzyła na niego i pomachała ramionami.

— No, dobrze. Skoro tak mówisz… I niby ja i ty…

— Tak. — odpowiedział ukochanej były gubernator.

Rose popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Nie myślę, że cię kocham… — powiedziała księżniczka niepewnie a mężczyzna tylko się zasmucił. Nic nie odpowiedział.

— Kochałaś i będziesz… Nie można się odkochać kochanie… — poinformował ją Bill i popatrzył na stojące za nim kobiety.

Te stały nieruchomo i tylko dawały mu różne znaki głową.

— Może sobie ciebie przypomnę… — pomyślała Rose.

— Jesteś zła kochaniutka. — powiedziała do niej Czarna Wdowa. Księżniczka — piratka nie wiedziała co powiedzieć myślała, że się przesłyszała.

— Na co mam być zła? — zapytała.

— Na wszystko! Uwielbiasz niszczyć, zabijać i robić to co złe. — uśmiechnęła się.

— Nie chcę. Ja… Nie będę tak robić! — powiedziała stanowczo Rose. Akurat wiedziała co to dobro a co zło. Tego nie da się zapomnieć.

— Nie możesz tak myśleć. Trzeba ci wiele przypomnieć o twoim życiu. — Bill i Wdowa próbowali wmówić zagubionej Rose nieprawdziwe historyjki jej życiu. Chcieli by uwierzyła, że jest zła, że oni są jej jedyną rodziną.

Przecież Rosaline nic nie pamiętała, więc chętnie uwierzyła by nawet w takie brednie. Wdowa wzięła ją za rękę i powiedziała bardzo delikatnie i spokojnie.

— Masz niezwykłą moc. Musisz przypomnieć sobie jaką! Gdy przyjdzie czas, twoja pamięć wróci. Rose, na pewno każdy chciałby mieć jakąś moc… Ty ją masz! Dzięki mnie i Sarze. Oddałyśmy ci kawałek naszej potęgi, abyś mogła władać oceanami. Nie powiem ci dlaczego to potrafisz, ponieważ to mój sekret, ale masz moc i wykorzystuj ją. — mówiła Czarna Wdowa. Dała piratce kawałek swojej mocy, tylko dlatego, że chciała później ją wykorzystać, na pewno nie dlatego, że chciała być miła.

— Jesteście moją rodzina? — zapytała Rosailne.

— Rodziną Billa, więc także twoją. Teraz postaraj się uwolnić wodę w tym małym jeziorku. Władaj nią! Rozkazuj jej! Wzięłam cię tu na naukę, abyś przypomniała sobie. — mówiła kobieta po, której chodził czarny, duży pająk. Dopiero teraz Rose go zobaczyła i przestraszyła się. Nie wierzyła, że ma moc. Zaufała jednak czarnej kobiecie. Wyłożyła rękę nad jeziorko i ułożyła palce w charakterystyczny sposób. Niespodziewanie młodej dziewczynie udało się zawładać wodą z jeziorka. Najpierw sama się zadziwiała, ale potem czuła się wspaniale.

— Popatrzcie! Woda mnie słucha! — rozweseliła się.

— Tak. Możesz z nią wyprawiać co ci się żywnie podoba! Teraz nam wierzysz? — zapytał Bill. Rose popatrzyła na jeziorko, przecież nie miała żadnego innego wyjścia, uwierzyła. Nie ufała jednak dopiero poznanym ludziom w stu procentach, ale jak nie im to komu miała uwierzyć? Wdowa wydawała się dla Rose istotą bez serca…

— Czy byłam kiedyś taka? — zastanawiała się Rose.

— Dobrze. Teraz proszę byś weszła na okręt. Mamy kilka spraw do załatwienia… — zaśmiała się Czarna Wdowa.

— Ale co? — zapytała Rose spokojnym głosem.

— Dowiesz się w swoim czasie. — powiedziała czarna dama i wszyscy wsiedli na pokład. Rose nie wiedziała gdzie płynom, ale czuła, że to, gdzie podążają to nic dobrego. Bill ciągle patrzył na nią jak na jedyną ukochaną a zdezorientowana Rose dziwnie się czuła, ona w tej chwili go nie kochała. Sara, córka Wdowy wyglądała na smutną. Nie mówiła dużo, praktycznie nic. Ciągle patrzyła w ocean, jakby z nim rozmawiała.

— Niedługo sprawa tej… Rose sama się załatwi! — wyszeptała Billowi do ucha Diana, czyli Czarna Wdowa.

Rozdział IV — Pomoc

Piraci byli już blisko Wyspy Umarłych. Nic ich nie atakowało, ani Syreny, ani Harpie a nawet żadna inna żywa istota — po prostu wszystko co złe wokół wyspy zniknęło.

Nieprzyjemne potwory wyniosły się wraz z całym potężnym złem wyspy Czarnego Pirata, którego pokonała niegdyś załoga Johna.

Philip wciąż starał się ukrywać okropny ból, który nosił w sercu po stracie ukochanej. Nie wierzył w to, że zginęła — czuł, że ona gdzieś tam jest i czeka na niego. Ich serca przecież tworzyły jedność a czuł by, gdyby jego części naprawdę już nie było. Nagle oczom załogi Johna ukazała się postać w długiej, przewiewnej białej sukni. Kobieta miała jasne włosy i piwne oczy. Była młoda, czarująca, piękna. To ona dbała o wyspę i to była Katharina. Piraci ucieszyli się.

— Długo na was czekałam. Dobrze, że w końcu przypłynęliście. Dam wam statek, którym popłyniecie… — kobieta nie dokończyła. Przerwał jej zdenerwowany Philip.

— Po co ta burza? Dlaczego? Co z moją ukochaną? Czemu nie powstrzymałaś tego sztormu? — młodzieniec robił czarodziejce wyrzuty.

— To nie ja go powołałam do życia. Jak możesz mnie podejrzewać? Ja tylko chcę wam pomóc… — opowiedziała zła na przyjaciela czarodziejka. Młodemu piratowi zrobiło się głupio. Niesłusznie oskarżył swoją przyjaciółkę.

— Więc kto? Czy maczał w tym palce Bill? Widzieliśmy go dziś. On żyje… Czy to wina Billa? — zapytał powtórnie, aż było widać mu wszystkie żyły na szyi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 33.81