E-book
1.37
drukowana A5
25.5
drukowana A5
Kolorowa
53.13
Piotr zawrócił

Bezpłatny fragment - Piotr zawrócił

2017


Objętość:
164 str.
ISBN:
978-83-8126-605-5
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 25.5
drukowana A5
Kolorowa
za 53.13

Zakneblowane uczucie

W mojej matni… —

piszesz tak mocno,

a myślisz tylko o głowie i pokoju.

Tak naprawdę to matnią jest

nieziemska twoja praca.

O włos, a powiedziałbyś — podróż,

w twojej matni jest wyobrażenie

o niej samej,

w twojej matni jest przekonanie

o beznadziejności ucieczki,

w twojej matni jest marzenie

o wyrwaniu się z niej samej,

ulotne.

Dlatego o włos chybiłeś z jej dookreśleniem,

gdyż freudowski błąd i lapsus poselski

zaprowadziłyby cię do własnej głowy,

a tam nie ma głosów-szeptów-miauknięć,

tam jest uczucie,

zakneblowane uczucie, które

wyzwolić w pełni może tylko śmierć.

Nie przystaje moc krat,

moc sarkofagu jestestwa — matni

do jego mocy.

Portret w złotej ramie

Misternie wyrzeźbiona rama obrazu.

Wzory roślinne jak żywe

wrastają w sam obraz,

panoszą się na krawędziach płótna,

naruszają stopniowo integralność kanwy —

akant, winorośl, lilia,

bakłażan, papryka, figa,

niepokonane liście i owoce

śródziemnomorskich stref i krain,

secesyjnie pokrętne, naturalnie rozwijające się

pomimo ciężaru złota,

pokonujące behawioralny komponent podstawy sztuki.

Prawie żywe, prawie kwitnące,

chociaż pokryte płatkami złota

jak stemplami urzędniczej machiny.

Na obrazie moje wyobrażenie o mnie,

o sobie sen własny,

portret niedościgniony autora.

Moja twarz poddana roślinnym zabiegom rozlicznym,

pokrętnie unieśmiertelniona,

przerośnięta pędami drewnianej winorośli matecznej,

powoli oddaje ostatnie drgnienia policzków i powiek

ramie złotej i lśniącej,

martwej dla efektu galerii

wystawy cieszącej się ogromną popularnością

w Narodowym Muzeum Ramowym.

Mała Mi

Jest noc otchłanna bezdennie,

słychać gdzieś jakieś odrzutowce

przelatujące nisko nad osiedlem.

Huk, detonacje i wystrzały.

Może to odrzutowce, albo i nie,

może ktoś po prostu użył broni palnej.

Jak się wsłuchać lepiej,

to może to są drapieżników pohukiwania i jęki

albo nieprzejednane ujadanie psa

udomowionego jak ja.

Jeżeli to jednak odrzutowce, to bezsenne jak ja.

Osiedle Muminków śpi, nie ja,

chociaż jest jeszcze ktoś lub coś więcej,

co burzy padołu letarg.

Ktoś trzepie dywan za rogiem

o drugiej po północy na trzepaku z księżyca

i choć jest noc,

słychać grzmiące jak dzwon

jakiegoś Husajna zapamiętałe uderzenia.

Przy śmietniku echo samotności, ości, kości, koty,

wściekłość, niemoc, niemoc nieoznaczoności.

Wiem, że dalej nie da się tak w półlotosie trwać —

czas wstać i z domu wyjść

na ulicę opętaną mrokiem niewymiernego istnienia,

czas wykrzyczeć boleść swoją jak pies do odrzutowca,

jak desperat z dywanem wyładować się,

poszybować jak nocny jastrząb —

baśniowy Salomon światowiec,

któremu niestraszna tortura tysiąca i jednej nocy

dla pokazania swojego ja.

A może dla tej jedynej bezsennej nocy

odlecieć stąd z pilotką

indywidualistką, Małą Mi,

bombowca kierowcą?


Kamień

Kamień to usta twojego przyjaciela

cichsze — ciężar i szarość smutku zapomnienia.

Katedra to usta twojej przyjaciółki

zrezygnowane — modlitwa jak echo przebrzmiała,

ale będzie wysłuchana, to pewnik.

Kolejowy semafor to usta twojej matki

niecierpliwe — semafor przestawiany jest,

żebyś mógł żyć — przeżyć i dożyć do świtu.

Kwadratowy samochód to usta twojego ojca

konsekwentne — głoszą uniwersalne kierunki

w najbardziej nierealnym świecie.

Sam chciałbyś raz otworzyć usta,

które masz, na pożarcie świata.

One są jak śpieszący zegarek miniaturowy,

co zmienia się w przystrojonego słonia

narowiście biegnącego po pustych ulicach

molocha-miasta jak lawina pojazdów,

by zdążyć na czas

przed zamianą światów.


Czas żniw intymnych

Będę zbierał malwy,

będę siał śmiechu skowronki,

dmuchał jak dmuchawce na latawce

i pił sok jak pinia,

pobrzękiwał, podśpiewywał, podskakiwał.

Ledwo pszczoły zaanektowały mój sen,

lata nektar prawdziwy,

a ja w ciszy bezlitosnej zimy

już kwiecę kwieciem kosmicznie nieregionalnym,

słowno-obyczajowym,

słonecznie wszędobylskim

i ku tobie rozedrgany

polatuję nieskazitelnie powietrzem

nadętym jak strach,

w śnieżynkach jak w róży płatkach,

wesoły, rozdzwoniony.

Zima w pełni, a ja w kwietniu.

Jest grudzień — czas żniw

intymnych dla mnie,

to moja pora, pora maja

mojego nieporanionego jeszcze

uczuciami i wspomnieniami,

co z duszy wyleciały na mróz.

Intymny czas żniw dla nas obojga,

stojących bez ubrań w malwach miłości

jak zapomniane strachy na wróble albo chochoły.

— Będziesz zbierać malwy ze mną, prawda?

— Tak, bardzo?

— Bardzo? Jak?

Czy można płonąć stale?

Powiedzże, substancjo ludzka —

czy można płonąć stale?

Z mojej ręki został opalony gnat,

a energii wyemitowałaś tyle, co kot napłakał

i zwiał,

raczej kwant,

jeżeli mierzyć ją kategoriami

ontologicznymi.

Daj mi spokój, wolności,

nie zapłonę już dla ciebie

tak estetycznie jak raz.

Ta kaźń zbyt długo trwa,

a efekt przemiany termicznej

koci.

Oto ja już bez ręki i kot bez łez,

a siła bólu i smutku

w wolność się nie zmieniła

ani na krztę.

Siła energii wewnętrznej,

która pochodzi z substancji łatwopalnej rąk,

może poruszyć cały skuty świat.

To już wolę tobą pisać

nanosłowa o mrugnięciach oczu

swobodnych dusz,

niż się napalać na ich niewoli czas,

co w parsekach trwa.


Kwiat Dolorosa

Jak kwiat Dolorosa,

krwawy kwiat męki we własnym pąsie,

tak świat cały w kwiatach męki.

Jeden z nich kwitnie na stokach Czomolungmy,

a łan cały pokrywa Mariański rów.

Zlany potem budzisz się ze snu,

westchnąłeś, uff!

A tu krew na poduszce,

a tam znów kobiety lico blade,

przez środek pokoju ktoś przeciągnął szarfę błękitną —

przedziela go na pół.

Pończochy zwisają z żyrandola — lawendowe,

ściany pokoju — oliwkowe,

na nich obrazy i gdzieniegdzie freski — wielobarwne,

są też szlaczki u góry pod sufitem — fioletowe,

dźwięk słyszysz — przeciągły tusz — uuu!

To drewniane trombity Górali,

to Hebrajczyków blaszane fanfary,

potężne podwójne kakofoniczne dźwięki,

jakby wydobywane z naturalnych żlebów i przełęczy górskich,

z jaskiń nad Morzem Martwym.

Oczywiście wieje wiatr, wiatr, wiatr,

na tej obcej planecie wiatr,

na hipnotycznej powierzchni serca wiatr,

na rozkołysanej grani, co wyrosła w pokoju, wiatr,

na całej połaci uciekającego życia wiatr.

Ty stoisz na jej krawędzi nad przepaścią,

pośrodku nieuniknionego rozstania,

ze złamanym sercem.

Wychylasz się, by zerwać

z policzka śpiącej nimfy

jak żywy romantyczny kwiat Dolorosa

wytatuowany ręką bezwzględnego mordercy uczuć.

Na pościeli zaschnięte tęczowe łzy.

Zrywasz go — wywołujesz jej

uśmiech przez sen.


Zamiast symboli memoriał

Zawsze będzie istniał zew życia

i krzyczał w śmiałych kolorach świata

fizycznie dźwigających ułudę kształtów i form

jak niezmordowany atlant

aż po klęski grzmot,

a dusza, a idea, a tęsknota —

zawsze będą nieme?

Oto zew świata otwiera drzwi teraźniejszości

i ręka wysuwa się z czerni,

pisze na ścianie jak w pałacu Baltazara.

Przez drzwi wewnętrzne ręka w świetle pochodni

kreśli matematyczne równania,

wzory rozwijają się i rozwiązują,

odrywają się od powierzchni ściany i falują w powietrzu,

działania algebry pokrywają przestrzeń jak szybę.

Obok cyfr pojawiają się najstarsze znaki — litery,

wszystko rozedrgane nabrzmiewa i pęcznieje,

zbliża się do krańca abstrakcji,

a potem zapada w dziurze śmieszności.

Z wzorów wynika zagłada, ale to są tylko słowa,

w które zmieniły się rzędy i kolumny cyfr.

Matematyka porzuciła kształty wieszczby

niezrozumiałej dla nikogo,

śmierć w oczy zaglądnęła kształtom i formom,

a tam — zamiast symboli — memoriał barw

niezważonych, niepoliczonych, niepodzielonych,

z ciemności jednako krzyczących,

a dusza, a idea, a tęsknota —

zawsze będą nieme?

Ta pisząca ręka to ręka demiurga czy poety?


Vlad Palownik z Wall Street

Jesteśmy zastawiani przez tabelki i arkusze,

wyglądamy przez okna, okienka,

ikony, paszcze wielorybów, konta,

kolorowo żyć nie znaczy mądrze.

Niecnie? Niecennie?

Bardziej jak utylitarnie i zwierzchnie

jesteśmy nabijani na słupki

przez Vlada Palownika z Wall Street

i jak ratunkowe wieści chowani do butelek,

a butelki trafiają do trumien.

Przeraźliwy dźwięk jest gestem, gdy jest nieciekawie

krzywda znaczy alarm w ukrytych raportach,

pojawiają się gdzieniegdzie splątane strofy alertów

o nierozwiązywalnych równaniach z niewiadomymi potęg.

Algebra ciągnie się wszędzie jak spaghetti na widelcu świata,

jak kolumny niepokonane Aleksandra lub SPQR na traktach pamięci.

Kolumny? Cyfry? Ludzie? Słupy? Pale? Smród?

Tak, to nie oznacza tylko pochodu cywilizacji,

przychodów obojętnego dobra.

Może być storno liczb?

Nie, tu bywa storno idei i słów!

Jesteśmy eliminowani z własnych mieszkań

przez zdziczałe kwoty,

jesteśmy eliminowani z własnych serc

przez zdziczałe alikwoty,

fakultatywne do chmur wyniesienia rozrachunków z ludźmi.

Szaro? Mało zwierzęco, cicho wręcz? Zabójczo?

A witraż Excel w oknie werandy wciąż świeci,

zaprasza na zewnątrz i więzi jednocześnie.

To prawdziwie żywotny program komputerowy —

zechciej mieć przewagi, rozlicz się z dąsów, służ.

Dalej krwawią pulsary bogactw w bankach wszelakich —

ale ile ich jest, ile? Kto je opisze do cna?

Można wymieniać nazwy — zastawiają je fasady,

zakrywają oblicza teraźniejszości ludzkich gwiazd.

Kto? Co? Ile? Ile?

Tabelki, arkusze, bilanse nut,

mniejsze zło, gdy bilans cnót,

większe zło, gdy niedobór ust.

Zastawiają kościoły i przedszkola,

autostrady w spiżarniach i szlaki piesze w stołowych.

Kto? Co? Ile? Ile?

Matrix finansowy wampir — ktoś powie?

Vlad Palownik z Wall Street — może?

Na bosaka ciągłe bieganie wokół osi sprzedaży,

zeskakiwanie z chudych żeber niedokończonej arki

dla umierających z głodu,

konstrukcja wieloryba i od razu

Jonasz w garniturze przemawiający w Niniwie,

a tam Bank Światowy rozkłada waluty na rynku,

molestowanie ławek banknotami, bitcoinami,

molestowanie przyłbic kupców zakutych na amen.

Jakiś słup zasłania giełdę —

czy to aby nie osinowy kołek?

Cyfry wyswobodzone biegają na placach mistyfikacji,

ukazując ociekające krwią kły

skazanym na chłosty pokrzywami sum.

Prosty, zwykły dzień mnożenia bogactw

chyli się pod ciężarem wieka zysków i strat.

Skróćmy jego męki, zatrzaśnijmy wieko wieku.

Taka lekka siła

Zmierzch,

taki lekki zmierzch,

w rytm krakowskich tramwajów ostatniej zmiany

zjeżdżających do zajezdni.

Taka lekka jazda,

dym zasnuł wszystko,

a może to noc niezauważalna.

Taka lekka noc,

znowu stoję na przęśle mostu Piłsudskiego.

Coś mnie tu popycha i przyciąga

do tego miejsca zamurowanego w pamięci

jak Brama Wschodnia dla księcia,

do tych jak żagiel wybrzuszonych

struktur stalowych gna

jakaś siła, może nie od razu tajemna i zła.

Może to wiatr od rzeki

albo raczej wewnętrzna potrzeba,

taka lekka siła.

Lubię z tego miejsca oglądać

śmierć słońca i zmartwychwstanie gwiazd

zamiast rzeki, zamiast miasta.

Można wszystko dostrzec stąd,

nawet Ostateczny Sąd,

można nawet oceniać minione godziny

bezpowrotnie stracone dla samego siebie

i choć obok mnie staje tutaj zawsze

Ezra, poeta ze szpitala wariatów,

a nie Albert, brat z ogrzewalni dla takich jak ja,

to wizje zmieniają się tu w proroctwa eschatologiczne,

ot, taki most!

Takie przęsło łączące

Wielki Wschód z Wielkim Zachodem.

Łuk żalu i Łuk miłosierdzia stopione w jedność,

Jego Wysokość Skok

w mrok,

w tajemnicę lekkości,

ma tu wstęp wzbroniony surowo.


Bazylika odzyskała sacrum

Kłótnie nad spalanym igliwiem,

nie mirrą kadzielną,

lecz pachnącym podobnie.

Miała być miła woń, a nie jest,

jest tylko nieznośny zapach ludzi lasu.

Ich wielka kadzielnica uszkodziła ściany bazyliki —

oto cały ambaras.

Są mocne słowa słabych mężczyzn

odurzonych organicznym dymem,

kwilenie zaszczutych piszczałek,

podzwonne dla zmanierowanych sygnaturek

kompletne już zamieszanie pośrodku głównej nawy.

Pielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzu,

emocjonalnych młodzieńców i starszych pań też,

usunięto szopkę, żłóbek i grób.

Ołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznej,

by zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądów,

w istocie kadzenia totalnego i pełnowymiarowego.

Oto wchodzi orszak — prawie jak procesja —

całkiem bizantyjski, aczkolwiek republikański,

kroczy przez środek kościoła,

baldachim na czele.

Prawie procesja rozdziela kłócących się zaciekle,

zapach z kadzielnicy nie zabił nawet obcej muchy,

zapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,

gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicę,

więcej mężczyzn do niej potrzeba

pod feretronami politycy,

na feretronach też.

Pod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancji

i cesarz racjonalnej Europy kroczą ramię w ramię.

Zażenowane witraże stopiły się jak wosk,

nawet dzieci w komeżkach uciekły za mur,

jest dzień świętych wyborów.

Beznodzy żebracy powstali i kręcą somnambuliczne filmy

przed frontonem kościoła,

maszkarony i chimery gotyckie, a jakże, ożyły,

wyjęły smartfony z uśmiechem

i tweetują dla sprawy narodu oświecenia.

Jak flesz grom spadł z jasnego nieba,

ogłoszono, że spory i wybory w Polsce

decyzją mistrza kolegium

przeniesiono do pobliskiego centrum dialogu.

Zadymiona bazylika wreszcie odzyskała sacrum.

Bez sumienia

Nie ma śladu

po skrzywdzonych ptakach miłości,

które w sumieniu wiły gniazda.

Spalono je.

Widzowie misterium ognia w kajdanach

klaskali i bawili się dobrze

przy tym,

a gniazda z mirry uwite były nieziemskie,

pachnące i nieskazitelne.

Jakkolwiek sumienia pozostały,

ptaki spalono z gniazdami.

Nad wszystkim świeci słońce jaźni

i zamienia się w bóstwo,

personifikuje się samotność geniuszu,

dzioborożce, niby pelikany łask,

usiadły wyżej, pohukując i złorzecząc.

Nie wiesz, że słowa skruchy

nie dotrwają do letargu, nie dotrwają do snu,

nie dotrwają do przemiany słońca w bóstwo.

Ostatni władco ptaków,

poderwij służby, poderwij samoloty gaśnicze,

niech nabiorą wody w kary słonych jeziorach,

niech na słońce zrzucą te bomby wodne,

zanim się w nie zmienisz bez sumienia,

gasnąc nieodwracalnie.

Spektrum

Są słońca i są polaroidy.

Wyjmij swoją twarz

z jednego i drugiego.

I co? Zrobiłeś to?

Czarna plama? — A jednak!

Są kwiaty uśmiechające się na oknie w donicy

i kolorowe twarze zadumanego bukietu

na stoliku, w dzbanie.

Wyjmij swoją z jednego i drugiego.

I co? Zrobiłeś to?

Biała plama? — A jednak!

Są twarze jak plamy i są kolory jak twarze.

Wyjmij czerń i biel ze wszystkich.

I co? Zrobiłeś to?

No widzisz — tak wygląda twoja osoba!

Zbyt tęczowo niestety!

Utrwal to spektrum,

zachowaj ten wynik do analizy

rozszczepialności twojej fotograficznej wolności.

Bóg, słowo… wszystko

Można być notariuszem w Hrubieszowie jak Leśmian

albo jak Antoniewicz Jezuitą przez wszystkich najbliższych odumarłym.

To nie ma znaczenia dla Boga,

to nie ma znaczenia dla słowa.

Można być majętnym albo nędzarzem,

sekretarzem potężnego króla na Wawelu jak Kochanowski

albo jak Norwid głodować w podparyskim przytułku,

tęskniąc za krwawiącą Ojczyzną w niewoli.

To nie ma znaczenia dla Boga,

to nie ma znaczenia dla słowa.

Można ucieleśniać się w morderczej walce o naród i państwo jak Baczyński,

można jak ksiądz Twardowski zrezygnować z całego świata plugawej materii.

To nie ma znaczenia dla Boga,

to nie ma znaczenia dla słowa.

Można też być prymasem-masonem i opuścić zdradzoną Polskę,

wyjeżdżając z kochanką do Marsylii,

albo powstańcem z kosą w sukmanie ginącym przy rosyjskiej armacie,

można być konfidentem zewnętrznych sił dławiących i wyniszczających kraj,

można, będąc ostatnim niezłomnym żołnierzem wolnej Polski,

jeszcze w 1963 roku z bronią w ręku

ukrywać się przed komunistyczną bezpieką w chlewie.

Można zrezygnować z idei,

narażając się wyłącznie na śmieszność i pogardliwe zaśpiewy,

które są ledwie cienkim głosikiem w chóralnym chichocie historii,

co nie ma znaczenia dla wielkiego świata na dłużej.

Tylko tyle?

Nie, nie tylko!

Albo Bóg, słowo… wszystko.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 25.5
drukowana A5
Kolorowa
za 53.13