E-book
1.37
drukowana A5
36.08
drukowana A5
Kolorowa
65.32
Piotr zawierzył

Bezpłatny fragment - Piotr zawierzył

2015


Objętość:
260 str.
ISBN:
978-83-8126-657-4
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 36.08
drukowana A5
Kolorowa
za 65.32

W wigilijną noc

Akwamaryn wykrystalizował

na policzku,

słońce zrodziło pokój.

Lekki dreszcz muśniętego stolika,

szum wytrąconych fal,

blask zalał akwarium.

Duszą się ryby.

Policzek przy szkle,

dusza morska

wydobyta z wodorostów,

duża ryba biblijna

wypuszczona z uwięzienia

ze słowami

„płyń po morzach i oceanach”

potoczyła się

przez pokój wprost w otwarte

balkonowe drzwi.

Promień uniósł niespodziewany dar,

cienki pisk sopli za oknem,

marynistyczna pieśń podróżna.

Akwamaryn rozbłysnął,

tęcza pod choinką przed oknem,

usta na szybie

zaśpiewały jak ryba

w wigilijną noc.

Policzek przy policzku,

lekki dreszcz cudu,

intaglio wyzwolonej,

kamea wyzwoleńca.

My

Węgiel, drzewo, liść,

ptak, przestworza, wolność,

ja.

Bądź ze mną,

leć ze mną,

skacz ze mną

do szybu kopalni

w ciemność własnej duszy,

która zapłonie

jak węgiel,

zapewne

diament prehistorii,

zajaśnieje jutrem.

Ogień, płomień, dym,

przestworza, Bóg,

my.

Bez strachu nie istnieję

Ledwo nastał dzień,

a człowiek, otwierając oczy, rzekł:

— To jest dzień ostatni.

— Dlaczego ostatni? — odrzekł człowiek drugi.

— Albo to ja wiem?

Jak tak czuję, jestem

prze-ra-żo-ny.

Przerażeniem moim jest materialne światło,

zobacz — tam wstaje słońce,

tam świeci jeszcze księżyc

i nad horyzontem wciąż

moja betlejemska gwiazda

oblewa mnie łuną.

A ja ani pasterz, ani król,

ani polityk, zdobny animator szopek

ustawiony w okienku sławy

ledwo gipsowa figura w stajence.

Z kredensu zielony wyświetlacz komórki

i jeszcze czerwone światełko

uśpionego na ścianie telewizora

świecą na mnie.

Boję się, że są to duchy świata materialnego,

który nie istnieje,

więc — to jest dzień ostatni —

rzekł człowiek —

dla istoty niebędącej aniołem.

— Tylko dzień się zaczął —

odrzekł człowiek drugi —

ale mój strach się nie skończył,

noc tylko go skryła

jak w bajce w bezkształtnym płaszczu.

Teraz wybuchnął jak płonący modrzew

w krainie kości i krwi

człowieka prze-ra-żo-nego

po skurczu oka

i płonie solarnie, wodorowo grzeszny,

geotermicznie, nieokrzesanie śmiertelny,

podpalony przez świat pierwotny.

Oto ja, człowiek wilczego strachu

pozbawiony wiary,

bez wytchnienia dla snu,

czekający, nasłuchujący, rozedrgany,

prze-ra-żo-ny brakiem brzasku

poświaty i rozbłysków poza słońcem i księżycem.

Stale spodziewam się dnia ostatniego.

Ja tak czuję

w galaktycznej perspektywie pozawymiarowości,

bez końca i początku,

bez strachu nie istnieję —

rzekł człowiek.

— Ale dlaczego? — odrzekł

nieczuły człowiek.


Pierwsze słowo w Nowy Rok

Ze stopu magnezu i manganu

wykonany w komórce

z dodatkiem węgla i krzemu

siny amulet,

artefakt jak gadżet,

znak nowego wieku, nowej ery.

Figurka jak figurka,

interfejs raczej,

coś bardziej nieokreślonego,

wyjątkowej piękności,

innowacyjnie kształtne

w wymiarach,

aczkolwiek abstrakcyjnie ulotne

w zaokrągleniach.

Coś wyraziste w połyskach,

lekkie, twarde, oddające

modlitwę, aurę wyznań.

Miękkie, niegrube, jak to ikona.

Znak nowej kultury —

materialnej, lecz zrodzonej z idei,

wykluwającej się uprzednio

w gniazdach doświadczeń bolesnych.

Coś skupione na wyrzutach sumienia

nieudanych osobniczych zamyśleń.

Piktogram

jak nowe okno,

zupełnie nowe słowo,

początek języka nowoludzi.

Pierwsze słowo

wypowiedziane w nowy rok

zaledwie,

nowy rok

niewiniątek.


Przepowiednie

Odludek wizjoner —

mówili na niego.

Natchniony dziwak —

szeptali.

Taki jakiś niedzisiejszy, nieżyciowy,

wciąż oskarżający obecne dni.

Będzie w przyszłości

samotnym żeglarzem albo wróżbitą.

Obserwował ptaki i niebo,

nieustannie zadzierał nosa,

nawet miał zamiar zostać kapłanem astrologów.

Fakt — od ludzi stronił pysznych.

Fakt — sam się nie pysznił.

Gdy władzę zdobył absolutną,

otoczył się prostaczkami

z ptasimi móżdżkami.

Pozostałych poddanych został sędzią i katem,

z wyroku gwiazd

wyczytywał im przepowiednie,

jak wyroki śmierci

wszystkie się sprawdzały.

W jaźni

Bo boli ząb

bądź gdzie,

bo boli krtań

we śnie,

bo boli pierś

na jego dnie,

bo boli jaźń

we mgle.

Gdzie ząb — w jaźni?

Gdzie jaźń — na dnie?

A gdzie ty, moja mgło —

w boleści?

Ust otwartych nocą

bez tchnienia,

moja mgło śmierci.


Odpowiedź

Twój pełny skan

za wszelką cenę,

ultrasonografia, prześwietlenie,

cokolwiek,

jakieś remedium na sfinksa

niezbędne od zaraz.

W prasie tebańskiej już piszą

o czymś,

co ukryte trwa w tobie,

przyczajone, nieodgadnione.

Koledzy zawsze powtarzali —

on coś ma w sobie,

policjanci i sędziowie systemu

kiwali głowami —

coś w nim podejrzanego jest.

Tomografia w maszynie kosmicznej

i wiwisekcja potrzebne

w stanie nieważkości,

rozpytywanie, rozeznanie,

analiza złości i kości,

wejrzenie w psyche, soma i polis,

we wszystko —

niezbędne od zaraz.

Rodzice z lubością patrzyli

w twoje oczy w kolebce —

cóż one kryją?

Potakiwali sąsiadom mówiącym coś o Hydrze

i biały jastrząb wyfrunął z nich

przed bitwą z moskiewskimi pacyfistami

po zakończeniu misji w Mezopotamii,

machał skrzydłami intensywnie

zawieszony nad jednym miejscem,

potem zerwał się i poleciał w bok,

gwałtownie uderzył o mur,

na ścianie zakończywszy żywot.

Co oznaczał tak dziwny ptak?

Przed czym uciekał?

Nad twoją trumną pochyliły się plemiona

i znowu

ktoś wyrzekł te słowa —

popatrzcie na tę twarz,

coś w niej jest zaklętego

niesamowitego.

Czy to tylko oblicze człowieka

wyrazistego?

Czy sfinks rzucił się w przepaść?

Teraz sekcja,

oby nie było za późno.

Czy sfinks przeraził się człowieka

będącego odpowiedzią na wszystko?

Oby!

Dramat to dziś muzealny eksponat

Można wyręczyć się onomatopeją,

można chrząkać,

schodząc po schodach popularności.

Pamiętacie też te slogany

skręcone ze śmieci

lub wygrzebane na wysypiskach słów,

konglomeraty zasupłanych przemówień nicieni.

Można próbować za dzieła uznać

pochrząkiwania teoretycznie pomnikowych

odlewów, które nocą w centrach miast

w okropnej męce ust

usiłują przypomnieć światu swoje schorzenia

i upodlenia w psychicznych niszach,

można słuchać tych brązowych niemot,

to jest udawać, że słyszy się jakieś idee

w śpiewie tłumu zerkającego,

mijającego ich wybujałości.

Jest też inny sposób na oddolne rozsuwanie wierszy

w kreśleniu z przygodami szkiców

dzieł beletrystycznie zwanych rymowankami,

natchnionych,

omijających śmietnik duszy bełkoczącej manifestacje

zaprzeczeń dobra.

To czasem jest dramatem,

a najczęściej tragikomedią.

Wideodomofony na budynkach przy głównej ulicy —

toż to amfiteatr.

Albo arabskie targowiska różności,

to może być tam samodzielnym przekazem,

jako że mruczenie gwiazd na wizji

jest zachwycające dla tamtejszej publiczności,

poza treścią sformowane dla amfiteatrów Kartaginy,

dla ludzi w maskach,

na widowni, a nie proscenium.

Oborana Kartagina czołówek wszystkiego

przyjmie każdą formę jak kot,

którego się nie wyżyma w Zalipiu.

Na scenie w świeckim Krakowie zwanym Zakopanem,

na razie jeszcze góralskim,

można na fortepianie schodzić nad Wisłę

i na trąbce piąć się na Wawel —

ale po co?

Dramat to jest dziś muzealny eksponat,

w wierze w finałową tragedię nie ma formy

ekspresji i eksperymentu,

tak jak i w ekskrementach ekspertów,

byłych sekretarzy, dziś prezydentów,

co walają się w publikacjach

ich eksżon.

Obudź się pod cokołem

Niech się znów obudzi pierwsze słowo

w tobie, w nas,

siostro, bracie, swacie, primadonno.

Popatrz, pomnikowy wieszczu,

na ten obecny, wspólnotowy tłum,

tłum czysto polityczny, panegiryczny.

To totem miasta-państwa,

nie ma w nim twarzy ani słów,

tylko chaotyczne rozbryzgi-jęki z luster,

tylko obrazy-wrzaski z plakatów,

więc zawołaj z attyk i wież:

ej, hej, kumoszki, bankierzy, jadownicy, dyrygenci,

stop karierom!

Stop klakierom!

Stop kelnerom!

Stop tancerzom i cyklistom

na urzędach wyższych!

Stop oracjom i laudacjom

ze słów prawd wdów,

ze słów prawd sierot,

ze słów prawd samobójców!

A gdzie słowa, idee pierwszych Piastów Sumeru?

A gdzie słowa, piramidy bogobojne

znaków wymyślonych w łużyckiej Hattuszy?

W zigguratach ledwie z mułu, acz

do gwiazd wyniesionych aż,

lecz myśli — a nie muł — sięgną po ich blask.

Słowo wzniosłe jest prawdziwe,

bo nie ma ważnych nieprawdziwych słów,

mierniku, czujniku, ścierwniku

plemienny, gazetowy, ulotkowy, bilbordowy,

więc obudź się pod cokołem,

kiedy spadają gwiazdy

na ostatni napis etnosa,

wejdź na ten cokół i wykrzycz do gwiazd

cokolwiek, człowieku cokolny,

Gąsko Stasiu nasz.


Nad brzegiem morza

Był sobie raz

nad brzegiem morza

niebieski głaz.

Ledwo zdążyłem

dookoła obejść go,

gdy fale dziewcząt

wdarły się na ląd.

Głaz błękitny

otoczyły zewsząd,

wskoczyłem nań

raz, dwa, trzy,

niespodziewane tsunami sięgnęło

tylko moich stóp.

Głaz oderwany

od rzeczywistości

uratował mi życie

i sakwę

z sympatycznym

atramentem do serc

oraz rylcem

do diamentów.

Wyryłem nim

w policzkach swojej twarzy

obraz kamienia

na cześć piany

fal i błękitu

mitycznego zaledwie

bytu.

Zaniemówiłem, siostro

Zaniemówiłem, siostro!

Ot tak, z wrażenia.

Och! Ach!

Jakżeż ty wyglądasz cudnie,

siostro w wierze

w naszą miłość.

Twoje skołatane serce

ponoć odwrócone już na drugą stronę

jak moje,

przenicowane latoś.

Ponoć twoje włosy rozwiane na zawsze

jak moje myśli

przed tobą.

Już nie mam nic do powiedzenia,

siostro w wierze

w nasze życie,

bądź ze mną niemową

w drodze

do wieków, fal, raf, zórz,

światów i zaświatów,

w ciszy, bez słów, westchnień —

och! Ach!

Jakżeż ty wyglądasz cudnie

wciąż.

Ab ovo ad mala

Według mnie

kręci się ten świat jeszcze

wyłącznie poruszany

mniemaniami i domniemaniami

na sworzniach, rolkach i piastach

wystruganych z gęgorośla szorstkiego.

Rzadki to materiał w przyrodzie

ożywionej wcześniej.

Dla mnie, władcy stworzeń nierealnych,

kręcenie wciąż jest bezprzykładne,

ale przecież świat już nie ten,

jak mniemam,

roślin zamiennych brak,

gęg za gładki,

sworznie stworzeń marne,

to i obrót marny.

Gdy świat wyjdzie z założenia,

że nic się już nie da skręcić lepiej,

wtedy to ja zacznę — o dziwo —

w przyrodzie i nie tylko,

przykładnie — na nowo

poruszę wszystko ab ovo

przez siebie stworzonymi,

zupełnie nieznanymi, ulepszonymi

mniemaniami osobistymi

szorstkimi jak moja chrypa

gdybiącego ojca chrzestnego

i kręcić będę ad mala.

Na barykadach wolności

W bitewnej wrzawie wyrwane

z piersi serca

i słowa z gardeł

milionów solidarnych

na barykadach wolności.

Wszystkich poetów marzenia

są jak ręce wystawione z mogił,

których nie ma na cmentarzach,

ale są za to w chmurach na wieki

ręce, które pochwycą i podźwigną

każdego osuwającego się w przepaść

ludobójczych wykluczeń.

Słowotok

W słowotoku oczy

otwierają się i zamykają,

usta szepczą, mówią, krzyczą

niemo,

brwi się marszczą, ręce gestykulują.

W słowotoku gdacze kura, gęga gęś

niemo,

skwierczy bekon i pohukuje lotna maszyna.

Nic nie przerwie słowotoku,

żaden liść historii i mistyki

spadający samotnie na łan gryki

z szelestem,

bo ani gryka nie jest rzeczywista, ani liść.

Jest pierwotnia samotni,

słowotok dookreśli elokwentnego

muchomora, krasnala, piewcę

bez interlokutora mchowego.

Las, samotnia, Baba Jaga

i mały bohater pozytywny,

w słowotoku zadrapane policzki i broda

bohatera bajdurzącego nad śpiącą królewną.

Przestał gadać, gadać, gadać,

pocałował ją wreszcie,

zobaczył całą we łzach

oczu otwartych,

powrócił do prawdziwie męskiej postaci,

zamilkł na zawsze

pod przyłbicą, kapturem, kaskiem.

Jak był zaczął niemą krucjatą,

tak skończył dźwięcznie modlitwą, zaklęciem

w przepaść małostkowości

strącając Jagę.

Żeby było bezkarnie i pusto

Żeby było bezkarnie i pusto,

absolutnie przestrzenniej i krańcowo wolnościowo,

wcześniej ktoś musi zadbać o kolory

i wyprać z nich rojne jak mrowiska centra miast,

pełne reklam skwery i ulice,

wielkie defiladowe i wiecowe place.

Żeby na wydmowych, kompletnie szarych

krajobrazach posturbii ginącej w pustynnym pyle

można było dojrzeć nomadę wędrującego samotnie

w spiekocie dnia jak juczne zwierzę odłączone

z karawany izmaelskich kupców —

wcześniej ktoś musi wyciąć puszcze i dżungle,

spychaczem zepchnąć do wąwozów oazy,

przeorać buldożerem ogrody botaniczne i rezerwaty,

zbezcześcić sady i centralne parki.

Żeby było bezkarnie i pusto,

absolutnie przestrzenniej i krańcowo wolnościowo,

zanim zostanie uruchomiona kamera,

a reżyser da znak i ktoś powie:

— Klaps, scena sto ósma, film o samotności:

egzystencjalisty w kościele bez Boga,

bezrobotnego licealisty bez matury,

wypranego z innowacyjności ludzkiego łachmanu,

innowiercy mieszkającego w beczce obfitości,

uzależnioną od szukania muz śmierci

i usprawiedliwień upadku człowieczą zjawę,

dyrygenta wyłącznie pogrzebowych marszy,

podmiot zaniechania protestowania aż do

niszczenia wewnętrznych światów,

wreszcie człowieka bez ducha i poetyckiej wiary w siebie.

Żeby było bezkarnie i pusto,

krańcowo wolnościowo i absolutnie przestrzenniej

wokół takiego miejskiego troglodyty posturbii

z tulipanem w oberwanej butonierce,

w cylindrze bez denka

przemierzającego puste ulice na szkielecie technicznego wielbłąda.

Żeby esteci filmowi zachłysnęli się do końca

Bezosobowym Absolutem —

ktoś musi usunąć ostatnią przeszkodę —

wciąż widoczny w tłumie szarego miasta

kolorowy pomnik Boga.

Waga problemu

Waga problemu

twojego jest jaka?

Jest noc, niby nie widać problemu,

nie widać wymiaru, obiektywu i kliszy,

lecz oczy to nie wszystko —

bywają natchnienia nieświetlne

i oto nowy problem jest,

skrajnie odpowiedzialna troska

lub niebotyczne góry wyostrzonych zmysłów,

nie do przebycia dla fal.

I gdzie twoja oczekiwana spójność jaźni

w krwawej serca łaźni?

Nie ma czekana, butów i raków

dla zmysłów i serc,

nie zdefiniujesz problemu.

To tak, jakbyś oczekiwał

porażki społeczeństwa

po śmierci Zbawiciela,

chociaż w głębi zwykłego myślenia

wiesz, że inaczej jest,

bo zmysły pryskają jak meteory

przy pierwszym widnokręgu apokaliptycznego dźwięku

i drugiej linii obrony kosmicznej fatamorgany,

a rozum stoi na tej samej wadze, co ból bytu.

Test wygrywa neurastenia,

ale egzamin zdaje z ciała ciężaru

sokratejska cierpliwość torturowanego Boga.

Czekanie na śmierć jest twoim żłóbkiem,

wpatrzony w widny kres nocy

bezkresnej

nie dożywiasz świtu i ulgi poznania.

Odetchnąłbyś, schodząc z wagi świata,

ale rozum na niej pozostał

i stąd twoje problemy.

Ile trzeba mieć lat?

Ile trzeba mieć lat,

aby wszystkie kobiety

noszone od młodości w egzaltowanym męskim wnętrzu

jak medaliony gwiazd powracające

z przeszłości emocjonalnej burzy postnuklearnej

stały się tylko porcelanowymi figurkami

japońskich gejsz

pomalowanymi w żywe kolory,

co wprowadziły się na górną półkę kredensu?

Ile trzeba lat mieć,

aby wszystkie kobiety

ukryte we wnętrzu spełnionego mężczyzny

stały się zaledwie jedną białą figurką Wenus z Milo

ustawioną na okapie kominka?

Ile lat trzeba mieć,

aby wszystkie kobiety

w męskim sercu chłodnym już jak kometa

zatrzymane miłością na łut czasu w gramie materii

stały się zaledwie jedną

Nefretete, Giocondą, Primaverą,

Primabaleriną absolutną, Dianą,

Afrodytą, Florą, Mają nagą

i Ewą przechadzającą się wśród paproci raju

lub z fal wyłaniającą w macicy perłowej,

depczącą owoce lub muszle

niezapomnianych wspólnych chwil,

ozdobą sentymentalnego bezzmysłowego salonu pamięci

i jego wzniosłym znakiem rozpoznawczym?

Ile trzeba mieć lat, by boskie piękno wszystkich kobiet

stąpających przed mężczyzną zmieniło się w jednego

czarownego motyla szacunku?

Zapewne trzeba mieć — nie mniej niż osiemdziesiąt osiem, a najlepiej sto osiem,

a może dokładnie tylko tyle, co umierający Platon i Deotyma!

Samosiejka

Mam przed sobą własną samosiejkę

nawet i to, co jest w jądrze komórki,

gen ludzkiej godności i chwały.

Mam siejkę siebie,

własnego przekazu,

co zahacza o wieczność,

jestem w niej cały,

w płynach ustrojowych i cytoplazmie neuronów.

Jestem zaczynem kosmicznej ludzkości,

nie marzeń jej, nie,

nie myśli i nie uczuć, nie.

Jestem w samobycie nowej

istoty niewymyślonej,

ziarnem, lotnym nasieniem,

mam przed sobą okruch samobłękitu i samonocy

i już w wizjach kiełkuję wokół,

opadając, obumierając, zmartwychwstając.

To samosiejka wigoru,

co jak samba, taniec żywiołu,

jest ruchem dłoni, rzęs i oczu,

rytmem woli pulsującej w trzewiach

w skondensowanej formie,

w kropli energii ducha.

Nie, nie kropli, tylko zaczynie ruchu,

drgnieniem mechanizmu startowego też nie,

nie rotor to, napęd, sprężyna czy potencjał,

to siejka sama we mnie nabrzmiała ciszą i głosem,

strachem tłumionego ja,

porywana przez wodę i wiatr,

odpadająca w glebę, gdy już czas,

wdeptywana w nią przez niecierpliwych ludzi

i wręcz dzikie zwierzęta.

Jak wykiełkuje i wzejdzie cała z ciała,

to w blasku pioruna zobaczysz, co to za jedna.

Wzejdzie z niej początek mnie,

poza cywilizacją tkanek walczących

człowiek nowy z nilowego zaczynu,

wznoszący się w chmury galaktyk,

zastępując ginącego staroczłowieka

przekazu bezznakowego.

Za późno niestety

Wśród bydląt urodzony,

w nędzne szmaty przyodziany

wyruszyłeś z zapomnianej mieściny

bez trzosa i zapasowych sandałów,

tylko z laską i w jednej sukni

Ziemię przemierzyłeś.

Idziesz przez wieki i tysiąclecia,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 36.08
drukowana A5
Kolorowa
za 65.32