E-book
8.19
drukowana A5
32.05
Piosenki, banały i inne wiersze

Bezpłatny fragment - Piosenki, banały i inne wiersze


Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8221-383-6
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 32.05

Piosenki, banały i trochę wierszy
2006—2018

Kocie nargile

Trawnik pod bizantyjską kopułą w ciepłą noc ramadanu

niknące w oddali światła małych łodzi

pachnące powietrze Bosforu nagrzane słońcem lata

latarnie przy stolikach kawiarni szmer cichych rozmów

wśród barwnych chust milknące w jedwabiu słowa

pluszczące wilgocią węże nawadniają w ciemności ziemię

szumi rozlewająca się woda, a między przechodniami

między kamiennymi stolikami łaszą się koty wieczorne

stopy owijają ogonami, nikt nie słyszy miękkości ich łap

zielone połyskują w blasku latarni oczy

zwężone jak do skoku muezin przerywa wieczorną ciszę

wokół nargile kawowe, melonowe, cynamonowe

waniliowe, jak koty o zmroku daktylowe spojrzenia

nigdy nie wiesz, co zostanie w tobie na zawsze

o gorące nargile ociera się kot, ciemnołuka bizantyjka

w falującej burzy włosów biegnie wymienić gorące węgle


Istambuł 2012

Ptasie sprawy

Ludzie podobni ptakom

z oczami w kolorze piór drozda

z rękami wzdłuż tułowia

złożonymi jak skrzydła do lotu

który nigdy się nie odbył

w połysku zieleni obsiedli

ławki w parku, mącą wodę z fontanny

kołyszą się w tramwaju

kołyszą swój smutek

na wietrze, kroczą drogą

która jest wieczna

serce śpiewa prostą melodię

o poranku krótką

wieczorem lekko swawolną

bo minął już skwar dnia

niebieski tramwaj platforma

ptasiego porozumienia

wiozą myśli ptaki niebieskie

co sieją, orzą, zbierają

chyboczą się i turlają na zakrętach

***

To ty jesteś w błędzie mój świecie

myląc i zacierając

prawdziwy sens znaczeń

odrywając formanty i derywaty

zamykając usta prawdy

i prawdzie usta

współczuć należy tym, którzy ulegli

zewnętrzna powłoka pełna pustki

przestrzeń złota ukryta

nieprawdą jest

internetowa sieć i jej bezduszne łącza

biedni tułacze, tam nie ma Itaki

***

życie odmierzane workami wyrzuconych śmieci

60 l 75 l 80 l

wyrzuciłam już ich wiele

czasem segregowałam odpady

makulaturę zawsze osobno

życie odmierzane kroplami deszczu

wymierne są tylko rzeczy smutne

lub prozaiczne

czy można wyrzucić szczęście

czy można wyrzucić słońce

odmierzyć blask

***

Słoneczniki pochylają głowy ku słońcu

wielkie cykady grzeją się

choć upał pali zieleń

a u nas wiatry kołyszą letnią bujność traw

poruszają korony drzew

obłoki miłosiernie przesłaniają gorącą tarczę

taki poranek jak ten

dar Boga w chaosie życia

grzejemy się w cieple

oddychamy — choć nie widać powietrza

świat jest go pełen ma różne kolory,

temperaturę wilgotność

a każda z powietrznych form

uszczęśliwia

***

Nie mów już nic nie poradzisz

nadszedł koniec był długo oczekiwany

dojrzewał powoli

czekanie na uwolnienie przychodzi

wraz z pierwszymi chwilami swobody

nie pomoże wpatrywanie się w noc

wraz z dzikimi gęsiami lecącymi

w srebrnej poświacie księżyca

umarła miłość, razem z nią udręka

jestem szczęśliwa wrześniowe słońce

nigdy nie było piękniejsze

nie wracaj głupia miłości więcej

pozbieram tylko rozrzucone w nieładzie łzy

chcę wreszcie zasypiać spokojnie

i budzić się z nadzieją

w porannych promieniach chmur

chcę należeć wyłącznie do siebie

nie chcę więcej ulegać złudzeniu

Flanelowa koszula

Najpierw walczący i poniżany

bity więziony internowany

naród

potem wyśmiany pracy pozbawiany

na bruk wyrzucany

naród

uśmiercany młodości kwiat Staś

Grześ Bogdan we flanelowej koszuli

naród

przez matkę przytulany we łzach tonący

znów bez odwagi spoglądać w niebo

naród

i przyszedł czas swawolny

frywolnych reklam w kusych spódnicach

zalotnych dziewczyn na sprzedaż

naród

znowu samotny nie bity lecz

czemu zabity?

Naród

bez wizji przyszłości bez solidarności

wykpiony w swej biedzie bez pracy bez chleba

naród

znowu tułaczka nie stoją już dumnie

fabryki nici mebli bawełny flaneli w kratkę

naród

huty kryształu fajansów platerów

guzików fartuchów i lalek

nie płyną gorące wstęgi metalu

naród

a jednak skrzywdzili człowieka prostego

śmiechem nad krzywdą jego wybuchając

naród

Zielony

Pod parasolem topoli

biegałam kiedyś

o łąko zielona

o wodo zielona

o piaszczyste dno

koniec lata

mała dziewczynka

w krótkiej sukience

znalazła wczorajszy dzień

nieposłuszna prawom fizyki

posłuszna prawom serca

może dlatego zielone ma oczy

jak woda nizinnej rzeki

zabrałeś mi wiarę

nadzieję i miłość

ale nie wszystko odbierzesz

nie jesteś panem świata

przecież byłam kiedyś żywą istotą

odnajdę siebie w zielonym

sierpniu końca lata

o łąko zielona

o wodo zielona

o piaszczyste dno

Na 11 listopada

Już cicho bezgłośnie

faluje na wierze biały i czerwony

minęły defilady

echa śpiewu przecinają jeszcze

ciszę wieczoru

w płomiennych promieniach

zachodzącego słońca

ceglane mury zamku

jest jeden taki wieczór

jak dzisiaj na rzece stada białych łabędzi

na ławce siedzi dziewczyna

oparła drzewce staruszek harcerz

przekroczył dziś próg nadziei

na kolejne sto lat

spod pomników odeszły capstrzyki

posnęli spiżowi bohaterowie

odpoczywają już wieńce

łopocą tylko wstęgi

dzieci przyszłość narodu

dziewczynka z warkoczykami

na ramionach ojca

lśni złota kula na wieży ratusza

zegar wybija kolejną godzinę

błyszczy trąbka wieży mariackiej

następny raz za sto lat

a ja piszę wiersz

o miłości do Polski

której nie można się pozbyć,

której nie można zapomnieć

bez której nie można żyć


11.11.2018

Katedry w chmurach

Widziałam kiedyś we śnie

katedry ukryte w chmurach

Były całe z poczerniałego gotyku

srebrzysta ścieżka prowadziła ludzi

od jednej katedry do drugiej

gdzieniegdzie przepłynęła jak

biały obłok gęsta od pary chmura

trzymaliśmy się za ręce i

wędrowaliśmy. Dużo było ich za nami,

ale jeszcze więcej przed oczyma

niektóre wieże ginęły znów w gęstych obłokach

Było cicho. Katedra z Kolonii

Rouen, Notre Dame, katedra z Chartres

opactwa Cystersów z całej Europy

słońce świeciło mocno, ale nie paliło

nie bolało nic. Westminster

Św. Katarzyna, św. Brygida

Tyniec w pierzastych cirrusach. Orvieto

Mediolan, Siena. Przepuszczamy przodem

gęstego cumulusa. Sprawdzamy

ale we wnętrzach nie ma już

ciepłego blasku świec, jeśli

światło to białe i chłodne niczym błysk magnezji

Podniebienny spacer szlakiem katedr.

Zakończony.


10.09.2006

Urodzeni 1968

Zielonojesienne

drzewo chociaż całe w słońcu

pomiędzy gałęziami

stado gawronów i kawek

jak świat w którym tyle obłudy, że

musimy chować się za szkłami

ciemnych okularów, żeby nikt

nie dostrzegł prawdy w naszym

spojrzeniu, odgrodzeni

szybami samochodów

udajemy, że nie myślimy

a już na pewno nie czujemy

nikogo nie potrzebujemy

mamy wszystko, więc niczego nie

chcemy. Całość tworzymy

z ciemnymi okularami

przeciwsłonecznymi ochronnymi

a my wiemy: oduczyliśmy się wiernie kochać

i wszystko komuś poświęcać

oduczyliśmy się empatycznie zatracać

zdarza nam się to tylko chwilowo

Przestaliśmy zmieniać świat —

to on zaczął zmieniać nas.


12.10.2006

***

Udało nam się już prawie wszystko

polecieliśmy na Księżyc

zrobiliśmy zdjęcia Marsa

stworzyliśmy wirtualnie istniejące życie

w nieistniejącej przestrzeni

ale jednego nie udało się zmienić

tego, ze przy małym dziecku przez kilka lat

ktoś ciągle musi być

Latamy samolotami

i rozmawiamy mimo wielkich odległości

rozwiązujemy szybko problemy

ale długie lata trwa

zanim tupot małych stóp

stanie się szybki

a mowa prędka


17.11.2006

***

Trzeba przerwać tę ciszę

potem wiecznie będzie trwać

ale jeszcze nie teraz

może ktoś usłyszy

to przerywanie ciszy


12.2006

***

Krótki żywot filmu

nie pewnego, ale każdego

najpierw zwiastuny i zapowiedzi

staranny dobór aktorów

dubbingu muzyki

Huczna premiera w miejskim kinie

kilka miesięcy grania i śpiewania

światła i wyświetlania

dociera do ciepłej

domowej kanapy

żyje chwilę i gaśnie


2007

***

Nad śpiącym miastem o świcie

rozległ się wiosną skowronek

był łąkowy, jak dzieciństwo

jak pierwsza miłość kiedyś

wtórowały mu dzwonki tramwajów

pośpieszne poranne kroki przechodniów

szum miasta jeszcze nie narastał

wspomnienie czasu kiedy

człowiek odrywał się od Ziemi


03.2007

***

Jestem w najlepszym towarzystwie świata

w elitarnej jednostce społecznej

pośród ludzi, którzy już nie mają nadziei

są tu niekochani małżonkowie

pozostawione na przechowanie dzieci

porzuceni i nigdy nikomu niepotrzebni

złożeni niemocą opuszczeni

zdradzeni i oszukani

pogrążeni w depresji i schizofrenii

drobni wytwórcy bez swoich warsztatów,

rolnicy bez ziemi, ogrodnicy bez sadów

panie woźne i sprzątające

chcesz ich poznać zapraszam

zobaczysz świat pozbawiony obłudy

poznasz prawdziwą wartość uśmiechu

poczujesz jak niską wartość ma pieniądz

kupisz musujący cukierek u pani

w osiedlowym sklepiku

kiedyś artystki baletowej.

Oto najwspanialsza część ludzkości.


2007

W górę

Kiedyś uniesiesz mnie aniele

poczuję jak szumi wiatr

pomiędzy twoimi skrzydłami

w każdej chwili kiedy widzę ptaka

czuję jak serce bije

w pierzastej piersi, nie mów mi

że nie ma Boga

jest tam gdzie ciepło, gdzie życie

przeglądaj się w nieba błękicie

tam gdzie myśl twoja ulata

gdzie wspomnienie

ubiegłego lata,

tam znajdzie schronienie,

ukryte znaczenie.


Nie wiesz dlaczego wszystko

ułożone w ciąg zdarzeń

logiczny, nieciekawy

spójrz na to

przez tęczowy pryzmat szczęścia

zobaczysz inny świat

gdzie uczucia czyste i ludzie

bez skazy, wiem, że dzisiaj

dotknęłam anioła

jest wieczór, a ciepłem

promienieje dłoń.


2007

***

Kiedyś więcej było

niezrozumiałych zjawisk

po co nam wiedza o nich?

I tak bez niej umieramy

na chwilę przed śmiercią

otwieramy oczy

mówimy prawdę i

jesteśmy sobą.


2007

***

Ile kobiet nosi w sobie

czas ubiegłych zdarzeń

zatrzymały w sobie lata pięćdziesiąte

sześćdziesiąte,

siedemdziesiąte ubiegłego wieku

moment, kiedy były młode

chcesz wiedzieć jakie wtedy

było życie?

Popatrz na nie. Kwiecisty

deseń ich sukienek

historyczny szyk torebek

sposób w jaki mówią

dziękuję przepraszam i do widzenia

usłyszysz te odgłosy życia, które zechcesz

poczujesz świat, który wtedy istniał

i trwał zaklęty swoim czasem

Gorzki

Szczęście jest bardzo drogie

wolność i miłość dużo kosztują

byli tacy, którzy oddali życie

są tacy, którzy

codziennie umierają

cierpienie sączy się latami

albo umiera się natychmiast

Jest tak pięknie, jak tylko może być

Jest też gorzko

Lato

Biegają znowu

skąpane w wiosennym słońcu

kolorowe figurki dzieci

jak elfy

rozpoczyna się sezon

na pluskające fontanny

i tęcze w kroplach wody

rozpoczyna się sezon

na wodę w ciekłym i gazowym

stanie skupienia

***

Nie ma żadnego wpływu

na to, co się pisze

Odeszło tak wiele bytów

którymi kiedyś zapełnialiśmy

świat pozostał pusty

ciepło rąk, które kiedyś

dawały życie

czy rosną jeszcze te krzewy

w ogródku babci

jak wtedy, gdy miałam

osiem lat

czy jest maronka i tuja

zabrał je tamten świat

Banał

Nic nie boli dziś więcej

oprócz przypomnianych

z młodości uczuć

w czasach, kiedy wszystko

było jeszcze wtedy nieznane

przed nami

Boli, bo nie bolało wtedy

tak jak teraz, kiedy

dopiero dociera ta prawda

po przebytych drogach niepewnych

po ścieżkach krętych

po kroplach wylanych

tęsknota za tamtym światem

jest za czasami, kiedy

wszystko co nieznane

jest jeszcze ciągle przed nami

Wiatr na górnej agorze

Na górnej agorze rozpętał się wiatr

poruszył kamienne togi dostojnych

mieszkańców starożytnego miasta

rozwichrzył fryzury posągów w niszach

zaszeleścił pergaminami

biblioteki w Pergamonie

obudził liście akantu w Koryncie

miał być słaby, miał tylko przepłoszyć cykady

miał strącić parę szyszek pinii

rozperlić wodę w fontannach

niechcący — zniknęło całe życie

Pompeje zalane lawą

Rzym najpierw spłonął, potem splądrowany

Hagia Sophia zamieniona w meczet

porośnięta trawą historia

pasą się tam teraz stada kóz

Pytia nie zdążyła przepowiedzieć,

nie spytała samej siebie

na koniec tamtego świata

rozsypały się bębny kolumn, jak puzzle

kot pije wodę w Efezie

gołębie zażywają kąpieli

w termach Hadriana.

***

Biegnę Kanoniczą, słyszycie?

Biegnę ulicą w moim mieście

wokół ludzie mnie słyszą

choć nie wołam zbyt głośno, że

ja tu mieszkam od lat, całe życie

każdy kamień tu znam

i fasadę każdego kościoła

wokół ludzi wielki tłum

z walizkami, plecakami

jak to w drodze

cały świat pyta mnie, jak tu dojść

czy tam? po angielsku, po rosyjsku

czy po polsku Chińczyk, Niemiec

Włoch, Węgier czy Szkot

Bo ja biegnę Grodzką w świateł rytmie

biegnę obok pogubieni przechodnie

z każdej strony świata egzotyczny gość

a ja cieszę się, bo w tym mieście żyję od lat

nie wpadłam tu na chwilę przypadkiem

I załatwiam swoje sprawy pośpiesznie

wsiadam do jedynki, bo

to miasto, w którym niebieski

znajdziecie na sklepieniu mariackim

ulubiony kolor tramwajów

Biegnę Szewską, Sienną, mijam was

i wiem, ze wpadliście tylko na chwilę

niech smakuje wam ciepła czekolada

a potem już czas opuścić nas

zostanę tu i nie zazdroszczę wam

że odlecicie samolotami zostanę tu

gdzie ludzie jeżdżą dorożkami

gdzie wita się świt pod barwnymi parasolami

Biegnę Anny, Sławkowską i Jana

nie jestem przez nikogo rozpoznana

ale cieszę się, że w mym mieście

tak dobrze wam wszystkim jest

jak lwom pod ratuszem rozespanym

o każdej porze dnia.

Jestem

Jestem, ale nie żyję, nie czuję

serce ledwo bije

a kiedy bije to boli

odzywa się rana zdrady

nie wierzę nie ufam

kiedy unikasz spojrzenia

patrzysz pusto w przestrzeń

nad moją głową

ukradkiem chowasz telefon

wiem, elektroniczna zdrada

czuję się wtedy przejrzysta

blada od nieistnienia

jesteś nie ze mną obok

znam te nijakie chwile


Ale kiedy cię nie ma

powraca radość nie widzę

więc sercu nie żal

śmieszny jesteś lubisz takie życie?

Obserwuję cię skrycie

analizuję jak starasz się ukryć

bawi mnie jak wijesz się

w kłamstwach powszednich

jak chleb popatrzę sobie

poczekam


3.06.18

***

W pokoju porozwieszane

ubrania na krzesłach

wszystkie nasze lata

miejsca, gdzie byliśmy

wrażenia świata


Czy zostanie na dnie popiołu

czy i popiół rozwieje wiatr

nie zostanie

gdy już nasz wysiłek ustanie

więc taki zapach ma

przemijanie


W serca biciu takt

w szufladzie parasole,

których nie zgubiliśmy

nie pozostawiliśmy,

gdy kupowaliśmy

w piekarni chleb

to już tyle lat

***

Potem życie zaczęło sprawdzać

czy wiesz, co to prawda i fałsz

czy tylko mówisz, że jesteś szczery

czy wiesz, co to pokora i bunt

czy tylko mówisz, że umiesz walczyć

Ulica Kopernika

Jest miasto, a w nim

mała dzielnica starych szpitali

krzywy bruk po którym

kiepsko się chodzi

w szpitalnych ogródkach

wędrują chorzy

w rozczłapanych pantoflach

pasiastych szlafrokach

wieczorna passeggiata

pod rękę z najbliższymi

jedni są tu przez chwilę

inni zostaną dłużej

w szpitalach kaplice

dwa kościoły, tak cierpią

zanurzeni w dziewiętnastowieczny

drzewostan starego ogrodu botanicznego

primula, plantago lanceolata, lavendula

***

Tak żyję, przechodzę z dnia na dzień

za mną zatrzaskują się

kolejno bramy

złota brama młodości

w gwiezdny deseń

srebrna brama miłości

w puste serca

brama zdrady

z kryształowych łez

zimna i piekąca w dotyku

brama dzieciństwa

skrzypiąca furtka

w ogrodzie babci

i brama wspomnień

ciągle jeszcze otwarta

to tam ułożyłam

dzisiejszy dzień

właśnie pakuję słońce

w różowe obłoki wieczoru

Jesień w Alei Róż

W Alei Róż kiedyś sławnej

dziś zapomnianej

rozpoczynała się właśnie jesień

biały anioł stróż

podnosi z ziemi kasztany

pusto tu tak, a kiedyś szli tędy ludzie

pierwszej zmiany

wychodząc z pracy, mieli czas

zachwyceni sobą zakochani

jeździły leniwie autobusy

świeciły radośnie neony

wkoło rosło młode miasto

szumiało wesoło pokolenie

nikt nie miał nic

lecz mieliśmy dla siebie aż tyle

wiosnę lato jesień zimę

Niczego nie brakowało

chleb był

A w Alei Róż kwitły czerwone róże

Po deszczu jak w każdym

przyzwoitym mieście

na chodnikach robiły się kałuże

Można było snuć refleksję

o świecie, tak ważną

dla urody życia.

Tęsknię za Aleją Róż

w której wieje

wiatr roześmiany

Mam wtedy 20 lat

a w głowie tylko kasztany

***

kocham wiersze

nic nie znaczą

nic nie ważą

nic nie kosztują

kocham wiersze

bo ze mną ucztują

z dala od czasem złego

pustego świata

***

czy to jest życie, kiedy

nie ma czasu

spojrzeć każdego wieczoru

w gwiazdy, kiedy nie ma czasu

na spacer aleją róż

kiedy nie ma czasu na jesienny

zbiór kasztanów.

Młodość już dawno

złożyliśmy w ofierze

na ołtarzu życia

Nic nie jest takie, jak marzyliśmy

a świat daleki od tego,

co o nim kiedyś śniliśmy

bólem i łzami odmierzył się czas

jesienne zadumało się drzewo


09.2008

***

Kolęda w półtonach

przebrzmiała w tonacji

a-mol, słychać ją jeszcze

jak się oddala

w skrzypieniu śniegu

w rozgwieżdżonym niebie

przeminęła kolęda 2007

noc w zimie, po opustoszałym

lotnisku hula wiatr

śnieżne hamady układa

za szybą w kościele

lśnią choinki, o losie!

Przeminęła kolęda 2008

i taka zastała mnie myśl

w styczniowy srebrzysty

wieczór późny już

***

To tylko poezja…

może kogoś poruszy

może zadrży gdzieś struna emocji

nie bój się, to tylko wiersz

trochę zakłuje, zaboli

raczej nie zabija

o tak, potrafi wywołać łzy

u kogo trzeba

kto jej nie chce —

nie napada gwałtownie

rozumie rezolutnie

nie puszy się górnolotnie

jest bezpieczna dla użytkownika

***

ja bardzo przepraszam,

ale napisałam wiersze

i nie wiem, co teraz z nimi zrobić

nikt ich nie potrzebuje

nikt w księgarni o nie nie zapyta

nie wiadomo, ile ich jeszcze napiszę

i czy będą ładne

Martwię się, bo trochę zaczęły przeszkadzać

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 32.05