E-book
7.88
drukowana A5
22.69
Pies flandryjski

Bezpłatny fragment - Pies flandryjski

Nello i Patrasche


Objętość:
66 str.
ISBN:
978-83-8440-202-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.69

Nello i Patrasche zostali zupełnie sami na świecie.

Łączył ich ten rodzaj przyjaźni, która jest silniejsza niż więzy krwi. Nello był małym Ardeńczykiem, a Patrasche — dużym psem flandryjskim. Obaj w tym samym wieku, ale jeden z nich był jeszcze młody, a drugi już stary. Mieszkali razem prawie całe życie: dwie sieroty bez grosza przy duszy. Obaj też zawdzięczali wszystko tej samej osobie. Tak zaczęła się ich znajomość, zawiązała się nić sympatii, która z każdym dniem stawała się coraz silniejsza i rosła wraz z nimi, aż w końcu pokochali się nawzajem bardziej niż cokolwiek innego na świecie i nic już nie mogło ich rozdzielić. Ich domem była mała chata na skraju flamandzkiej wioski położonej milę od Antwerpii, pośród płaskich pastwisk i pól uprawnych, z długimi rzędami topoli i olch pochylających się na wietrze nad wodami szerokiego kanału, który tamtędy przepływał. W wiosce było około dwudziestu domów z okiennicami w jasnozielonym lub błękitnym kolorze, z różowymi lub czarno-białymi dachami oraz ścianami pomalowanymi na biało, tak że lśniły w słońcu jak śnieg zimą. W centrum wsi, na niewysokim, porośniętym mchem zboczu, stał wiatrak — punkt orientacyjny dla całej okolicy. Kiedyś pomalowano go na szkarłatny kolor, łącznie ze skrzydłami, ale było to na samym początku jego istnienia, pół wieku temu lub nawet dawniej, kiedy mielił zboże dla żołnierzy Napoleona; teraz był czerwono-brązowy, wyblakły od wiatru i deszczu. Chodził nieco topornie i niezgrabnie, z przerwami, jak staruszek z reumatyzmem, którego stawy z wiekiem zesztywniały, ale ciągle służył całej wiosce. Okoliczni mieszkańcy uznaliby niemal za grzech zawiezienie zboża gdzie indziej, podobnie jak uczestnictwo w jakiejkolwiek innej liturgii niż msza odprawiana przy ołtarzu małego, starego, szarego kościoła ze stożkowatą wieżą, który stał naprzeciwko młyna i którego pojedynczy dzwon bił rano, w południe i w nocy, wydając ten dziwny, stłumiony, głuchy i smutny dźwięk, tak charakterystyczny dla każdego dzwonu w Niderlandach.

W zasięgu jego melancholijnego głosu, niemal od urodzenia, mieszkali razem Nello i Patrasche w małej chacie na skraju wsi, w miejscu, z którego było widać antwerpską katedrę wznoszącą się na północnym wschodzie, za wielką zieloną równiną wypełnioną pastwiskami i polami kukurydzy, które rozciągały się przed nimi jak spokojne, niezmienne morze. Dom należał do starego, ubogiego człowieka — Jehana Daasa, który za młodu był żołnierzem i pamiętał wojny, które zdewastowały kraj tak, jak woły orzą ziemię, a ze służby przywiózł jedynie ranę, która uczyniła go kaleką.

Kiedy stary Jehan Daas skończył osiemdziesiąt lat, jego córka zmarła w Ardenach, niedaleko Stavelot, zostawiając mu w spadku swojego dwuletniego syna. Starzec ledwo był w stanie utrzymać samego siebie, ale bez słowa skargi wziął na swoje barki ciężar, który wkrótce stał się dla niego cennym skarbem i źródłem radości. Mały Nello — to pieszczotliwe zdrobnienie od imienia Nicolas — rósł zdrowo, a starzec i dziecko żyli szczęśliwie w ubogiej chacie.

Było to doprawdy bardzo skromne i małe domostwo zbudowane z gliny, ale czyste i pobielane. Chata stała na niewielkiej działce, na której zmieścił się jeszcze ogród, gdzie rosły fasola, zioła i dynie. Jehan i Nello byli bardzo biedni, okropnie biedni — często zdarzały się dni, kiedy nie mieli niczego do jedzenia, a nawet kiedy mieli, nigdy nie było tego wystarczająco dużo. Najeść się do syta to byłoby dla nich jak trafić prosto do raju! Mimo to starzec był bardzo łagodny i dobry dla chłopca, a chłopiec był pięknym, niewinnym, prawdomównym i czułym stworzeniem. Żyli szczęśliwie, mając jedynie kawałek chleba i kilka liści kapusty, i nie prosili o nic więcej ani ziemi, ani nieba; może tylko o to, żeby Patrasche został z nimi już na zawsze, bo jak by sobie bez niego poradzili?

Patrasche był bowiem ich alfą i omegą, ich skarbcem pełnym złota i spichlerzem, ich magiczną różdżką przynoszącą bogactwo, ich żywicielem i sługą, ich jedynym przyjacielem i pocieszycielem. Gdyby Patrasche zmarł lub odszedł, sami musieliby chyba położyć się i umrzeć. Patrasche był dla nich ciałem, umysłem, rękami, głową i nogami: Patrasche był ich życiem, ich duszą. Jehan Daas był kalekim starcem, Nello — tylko dzieckiem, a Patrasche był ich psem.

Psem flandryjskim — o biszkoptowej sierści, dużej głowie i mocnych kończynach, ze stojącymi wilczymi uszami i szeroko rozstawionymi łapami, która to postura była skutkiem rozrostu mięśni u ciężko pracujących przodków. Patrasche był przedstawicielem rasy, która przez wiele stuleci pracowała we Flandrii ciężko i bez wytchnienia — niewolnicy niewolników, psy ludu, zwierzęta zaprzęgowe, stworzenia, które żyły, nadwyrężając ścięgna, kiedy ciągnęły ciężkie wozy, i umierały, łamiąc sobie serca na kamiennych ulicach.

Patrasche urodził się z rodziców, którzy przez całe życie ciężko pracowali, raniąc sobie łapy na ostrych kamieniach długich i pozbawionych cienia dróg, które łączyły miasta Flandrii i Brabancji. Nie odziedziczył po nich nic poza bólem i znojem. Karmiono go przekleństwami i chrzczono razami. Bo i dlaczego nie? Był to kraj chrześcijański, a Patrasche był tylko psem. Zanim osiągnął dojrzałość, poznał gorzki smak wozu i uprzęży. Zanim skończył trzynaście miesięcy, stał się własnością sprzedawcy narzędzi, który zwykł wędrować po kraju z północy na południe, od błękitnego morza po zielone góry. Ze względu na młody wiek sprzedano go bardzo tanio.

Życie ze sprzedawcą narzędzi, pijakiem i brutalem, było piekłem. Zadawanie nieludzkich tortur zwierzętom jest sposobem, w jaki chrześcijanie okazują swoją wiarę w piekło. Ten ponury, żyjący w najgorszy możliwy sposób, okrutny Brabantczyk wypełniał swój wóz garnkami, patelniami, dzbanami, wiadrami i innymi wyrobami z ceramiki, mosiądzu i cyny, a Patrasche musiał ciągnąć ten ładunek najlepiej, jak potrafił, podczas gdy jego pan sam leniwie się wylegiwał, paląc czarną fajkę i zatrzymując się w każdej winiarni i kawiarni po drodze.

Na szczęście — lub na nieszczęście — Patrasche był bardzo silny: pochodził z rodu niezwykle odpornych psów, które od pokoleń hodowano do ciężkiej harówki, nie umarł więc, ale wiódł swoje nędzne życie, przygnieciony ciężarem ładunku, razami swego pana, głodem, pragnieniem, przemocą, przekleństwami i wyczerpaniem, które są jedyną zapłatą, jaką Flamandowie wynagradzają najbardziej cierpliwe i pracowite ze wszystkich swoich czworonożnych ofiar. Pewnego dnia, po dwóch latach tej przedłużającej się agonii, Patrasche jak zwykle szedł jedną z prostych, zakurzonych, nieprzyjemnych dróg prowadzących do miasta Rubensa. Był środek lata, żar lał się z nieba. Jego wóz był bardzo ciężki, wypełniony po brzegi towarami z metalu i ceramiki. Jego właściciel szedł przed siebie, nie zwracając na niego uwagi, czasem tylko smagnął go batem, który owijał się wokół jego drżących lędźwi. Brabantczyk zatrzymywał się w każdej przydrożnej gospodzie, aby napić się piwa, ale psu nie wolno było zatrzymać się nawet na chwilę, żeby napić się wody z kanału. Patrasche szedł tak w pełnym słońcu po rozgrzanej drodze, nie jadł niczego od dwudziestu czterech godzin, a co było dla niego znacznie gorsze, od prawie dwunastu godzin nie pił wody. Oślepiony pyłem, obolały od uderzeń i oszołomiony ciężarem, który przygniatał mu lędźwie, w końcu się zatoczył, zaczął toczyć pianę z pyska i upadł.

Padł na środku białej, zakurzonej drogi, w blasku bezlitosnego słońca. Był śmiertelnie chory i nie miał już siły iść dalej. Jego pan zaaplikował mu jedyne lekarstwo, jakie miał w swojej aptece — kopnięcia, przekleństwa i razy dębową pałką, które często były jedynym pożywieniem i napojem, jedyną płacą i nagrodą, na jakie mogło liczyć zwierzę. Teraz jednak Patrasche był już poza zasięgiem wszelkich tortur i przekleństw. Leżał, z pozoru martwy, pokrywając się białym, letnim pyłem. Po chwili Brabantczyk, uznawszy, że życie w nim zgasło lub zbliżało się ku końcowi, zaprzestał bezcelowego atakowania żeber zwierzęcia kopniakami i uszu przekleństwami, a że zwłoki były dla niego bezużyteczne, chyba że ktoś zdjąłby z nich skórę na rękawiczki, przeklął psa jeszcze raz gorzko na pożegnanie, zerwał skórzane pasy uprzęży i zepchnął jego ciało na bok, na trawę, po czym, mamrocząc gniewnie pod nosem, leniwie popchał swój wóz dalej wzdłuż drogi, pozostawiając umierającego Patraschego na pastwę mrówek i kruków.

Tylko dzień pozostał do jarmarku w Louvain, Brabantczyk spieszył się więc, aby dotrzeć do miasta i zająć dobre miejsce ze swoimi mosiężnymi wyrobami. Był wściekły, ponieważ pozbawiony silnego i wytrzymałego zwierzęcia musiał teraz sam sprostać zadaniu zaciągnięcia wozu aż do Louvain. Pozostanie i zaopiekowanie się psem nigdy jednak nie przyszło mu do głowy. Zwierzę umierało, było więc bezużyteczne. Sprzedawca narzędzi postanowił, że ukradnie pierwszego dużego psa, jakiego zobaczy błąkającego się samotnie, poza zasięgiem wzroku swojego pana. Patrasche też nic go nie kosztował, a przez dwa długie, okrutne lata pracował nieustannie od świtu do zmierzchu, zimą i latem, przy dobrej i złej pogodzie.

Wykorzystał go i dobrze na tym zarobił. Jako człowiek był mądry i pozostawił psa, aby ten sam wydał ostatnie tchnienie w rowie, a jego przekrwione oczy zostały wydziobane przez ptaki, podczas gdy on sam udał się w dalszą drogę, żeby żebrać i kraść, jeść i pić, tańczyć i śpiewać w Louvain. Umierający pies, pies z wozu — po co miałby tracić czas na jego agonię, ryzykując utratę garści miedzianych monet, ryzykując wyśmianie?

Patrasche leżał tam, zepchnięty do rowu. Tego dnia był duży ruch. Drogą sunęły setki ludzi, pieszo i na mułach, w zaprzęgach i na wozach. Szli szybko, w radosnym nastroju, zmierzając na jarmark do Louvain. Niektórzy go widzieli, większość nawet nie spojrzała — wszyscy mijali obojętnie. Jeszcze jeden martwy pies — to nic w Brabancji, to nic nigdzie na świecie.

Jednak po pewnym czasie na drodze pojawił się mały, stary człowiek, zgarbiony, kulawy i bardzo słaby. Nie wyglądał na osobę, która wybiera się na zabawę: był bardzo ubogo i nędznie odziany. Powoli i w milczeniu przedzierał się przez tłum ludzi szukających rozrywki. Zauważył Patraschego, zatrzymał się i zastanowił. Zszedł do rowu, a następnie uklęknął w wysokiej trawie, wśród chwastów i spojrzał na psa łagodnym wzrokiem pełnym współczucia. Towarzyszyło mu rumiane, jasnowłose dziecko o ciemnych oczach, które przedarło się przez zarośla sięgające mu aż do piersi i stało, patrząc z poważną miną na biedne, ogromne, spokojne zwierzę.

Tak właśnie spotkali się po raz pierwszy — mały Nello i wielki Patrasche.

Dzień ten skończył się tak, że stary Jehan Daas, z wielkim trudem, zaciągnął chorego do swojej skromnej chaty, położonej o rzut kamieniem od miejsca, w którym padł pies, i tam opiekował się nim z taką troską, że choroba, która była skutkiem wyczerpania mózgu upałem, pragnieniem i znojem, z czasem, w zacienionym i spokojnym miejscu, minęła, a Patraschemu wróciły siły i zdrowie. Znów stanął na swoich czterech mocnych, jasnych łapach.

Przez wiele tygodni był bezużyteczny, bezsilny, obolały, bliski śmierci, ale przez cały ten czas nie usłyszał ani jednego gniewnego słowa, nie spadł na niego żaden cios. Docierały do niego tylko współczujące szepty dziecka, czuł jedynie kojące pieszczoty dłoni starego człowieka.

Kiedy chorował, również i oni — samotny mężczyzna i szczęśliwe dziecko — zaczęli się o niego troszczyć. Przygotowali mu kącik w chacie z kupką suchej trawy jako łóżkiem, nauczyli się z niecierpliwością nasłuchiwać jego oddechu w ciemną noc, aby upewnić się, że żyje, a kiedy po raz pierwszy poczuł się na tyle dobrze, że mógł wydać z siebie przerywane, głucho brzmiące szczeknięcie, roześmiali się radośnie i niemal płakali ze szczęścia, biorąc to za oznakę pewnego powrotu do zdrowia. Mały Nello, w radosnym zachwycie, zawiesił na szorstkiej psiej szyi wieniec ze stokrotek i pocałował go świeżymi, rumianymi ustami.

Patrasche powstał więc znów silny, wielki, chudy, potężny, a w jego ogromnych, tęsknych oczach malowało się łagodne zdziwienie, że nie było przekleństw, które by pobudzały go do działania, ani razów, którymi by go poganiano; wkrótce jego psie serce obudziło się do miłości tak silnej i niezachwianej w swej wierności, że miała trwać, póki tliło się w nim życie.

Patrasche, jak to pies, był wdzięczny. Długo tak leżał i się zastanawiał, patrząc poważnymi, czułymi, zamyślonymi, brązowymi oczami na ruchy i poczynania swoich przyjaciół.

W tamtym czasie stary żołnierz, Jehan Daas, nie mógł już robić nic, co pozwoliłoby mu zarobić na życie. Kulejąc, ciągnął więc małym wózkiem do Antwerpii bańki mleka szczęśliwszych sąsiadów, którzy posiadali bydło. Mieszkańcy wsi zatrudniali go trochę z litości, ale chyba bardziej dlatego, że wysyłanie mleka do miasta z tak uczciwym przewoźnikiem było im po prostu na rękę. Sami mogli pozostać w domach i zająć się w tym czasie swoimi ogrodami, krowami, drobiem czy poletkami. Jednak dla starego człowieka była to ciężka praca. Miał osiemdziesiąt trzy lata, a do Antwerpii była ponad mila drogi.

Pewnego dnia Patrasche, już zdrowy, obserwował, jak bańki z mlekiem przyjeżdżają i odjeżdżają, leżąc w słońcu z wieńcem stokrotek na swojej płowej szyi.

Następnego ranka, zanim starzec dotknął wozu, Patrasche wstał, podszedł do niego, stanął między uchwytami i dał do zrozumienia, na tyle jasno, na ile pozwalała mu nieznajomość ludzkiego języka, że chce i jest w stanie pracować w zamian za chleb, który otrzymywał z miłosierdzia. Jehan Daas długo się opierał, ponieważ należał do tych ludzi, którzy uważali zmuszanie psów do pracy za wielką hańbę. Był przekonany, że nie po to stworzyła je natura. Patrasche nie dał się jednak przekonać: widząc, że go nie zaprzęgają, próbował ciągnąć wóz zębami.

W końcu Jehan Daas uległ, pokonany przez wytrwałość i wdzięczność stworzenia, któremu pomógł. Przerobił swój wóz tak, aby Patrasche mógł iść w zaprzęgu, i od tej pory pies robił to każdego ranka.

Kiedy nadeszła zima, Jehan Daas dziękował szczęśliwemu losowi, który zaprowadził go do umierającego psa w rowie w ten piękny dzień na drodze do Louvain, ponieważ był już bardzo stary i z każdym rokiem słabł. Nie umiałby już ciągnąć swojego mlecznego ładunku po śniegu i głębokich koleinach wyżłobionych w błocie. Nie dałby sobie rady, gdyby nie siła i pracowitość zwierzęcia, które uratował. Za to dla Patraschego to był raj. Po ogromnych ciężarach, które musiał dźwigać u swojego starego pana, poganiany na każdym kroku batem, jazda tym małym, jasnozielonym wózkiem z błyszczącymi mosiężnymi bańkami mleka u boku łagodnego staruszka, który zawsze wynagradzał go czułą pieszczotą i miłym słowem, wydawała mu się czystą przyjemnością. Poza tym jego praca kończyła się o trzeciej lub czwartej po południu, a po tej godzinie był wolny i mógł robić, co chciał — wyciągnąć się i spać w słońcu, wędrować po polach, bawić się z Nellem albo z innymi psami. Patrasche był bardzo zadowolony ze swojego obecnego życia.

Na szczęście jego poprzedni właściciel zginął w pijackiej bijatyce podczas festynu w Mechlin, więc nie szukał psa ani nie zakłócał jego spokoju w nowym, ukochanym domu.

Kilka lat później zdrowie starego Jehana Daasa, który i tak był już przecież kaleką, jeszcze się pogorszyło. Reumatyzm nie pozwalał mu już chodzić do Antwerpii z mlekiem. Wtedy mały Nello, który miał już sześć lat i dobrze znał miasto, ponieważ często towarzyszył dziadkowi, zajął jego miejsce przy wozie, sprzedawał mleko i przyjmował w zamian monety, a następnie z wdziękiem i powagą, które zachwycały wszystkich obserwatorów, dostarczał je kolejno właściwym gospodarzom.

Mały Ardeńczyk był pięknym dzieckiem o ciemnych, poważnych, czułych oczach, rumianej cerze i jasnych lokach opadających na szyję. Wielu artystów szkicowało tę dwójkę, gdy przechodziła obok: zielony wóz z mosiężnymi dzbanami Teniersa, Mierisa i Van Tala, wielki, brązowawy, masywny pies z dzwoneczkami na uprzęży, które radośnie pobrzękiwały podczas marszu, oraz niska postać biegnąca obok niego, próbująca za nim nadążyć swoimi małymi białymi stópkami w wielkich drewnianych butach, z delikatną, poważną, niewinną, szczęśliwą twarzą, podobną do wizerunków dzieci z obrazów Rubensa.

Nello i Patrasche wykonywali swoją pracę tak sprawnie i radośnie, że sam Jehan Daas, kiedy nadeszło lato i poczuł się lepiej, nie miał już potrzeby wychodzenia z domu. Siadał po prostu w drzwiach, wygrzewał się w słońcu i patrzył, jak Nello i Patrasche wychodzą przez furtkę w ogrodzie, a potem drzemał, marzył lub się modlił, żeby obudzić się, kiedy zegar wybije trzecią, w oczekiwaniu na ich powrót. Później Patrasche z radością zrzucał z siebie uprząż, a Nello z dumą opowiadał o wszystkim, co się wydarzyło tego dnia. We troje wchodzili do domu na posiłek składający się z chleba żytniego i mleka lub zupy, obserwowali, jak cienie się wydłużają nad wielką równiną, a zmierzch przesłania piękną wieżę katedry; a potem kładli się razem spokojnie spać, podczas gdy starzec odmawiał modlitwę. Tak mijały dni i lata, a życie Nella i Patraschego było szczęśliwe, niewinne i zdrowe. Szczególnie cieszyli się wiosną i latem. Flandria nie jest uroczą krainą, a okolice miasta Rubensa są chyba najmniej urocze ze wszystkich. Kukurydza i rzepak, pastwiska i ziemia zorana przez pługi następują po sobie na pozbawionej charakteru równinie, nużąco powtarzalnie, i poza jakąś chudą, szarą wieżą z dzwonem żałośnie wygrywającym swoją melodię lub jakąś ludzką postacią sunącą przez pola ze snopkiem zboża lub wiązką drewna, próżno tam szukać jakiejś odmiany, różnorodności, piękna; a ten, kto mieszkał w górach lub wśród lasów, czuje się przytłoczony nudą i niekończącą się rozległością tej ogromnej i ponurej równiny, zupełnie jakby był w więzieniu. Jest to jednak kraina zielona i bardzo żyzna, a jej szerokie horyzonty mają pewien urok, nawet w swojej nudzie i monotonii; gdzie wśród sitowia nad brzegiem kanału rosną kwiaty, a drzewa są wysokie i świeże, gdzie barki suną swoimi wielkimi czarnymi kadłubami na tle słońca, a ich małe zielone beczki i różnokolorowe flagi wesoło kontrastują z liśćmi. W każdym razie jest tu wystarczająco dużo zieleni i przestrzeni, aby dla dziecka i psa miejsce to jawiło się pięknym, a ci dwaj, po zakończeniu pracy, nie pragnęli niczego więcej, jak tylko leżeć w bujnej trawie nad brzegiem kanału i obserwować przepływające ociężale statki, niosące ze sobą rześki, słony zapach morza mieszający się z kwiatowym aromatem wiejskiego lata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.69