E-book
20
Pierwsza wyprawa rowerowa

Bezpłatny fragment - Pierwsza wyprawa rowerowa

EkstraMisja.pl

Objętość:
142 str.
ISBN:
978-83-8189-950-5

Słowem wstępu

Jeśli czytasz tą książkę, to:

— niemal pewne jest, że interesujesz się podróżami

oraz

— zapewne twoją ogromną pasją lub choćby jednym z hobby jest jazda na rowerze.

Dlaczego więc nie połączyć tych dwóch rzeczy i tym samym otworzyć drzwi do świata pełnego niezwykłych i niezapomnianych przeżyć?


Jeśli kiedykolwiek przez Twoją głowę choć na ułamek sekundy pojawiła się myśl, że chciałbyś spróbować swoich sił i wyruszyć w swoją pierwszą wyprawę rowerową, to niniejsza książka jest dla Ciebie.

„Pierwsza wyprawa rowerowa” to nie tylko relacja z wyprawy po polskim wybrzeżu dwójki ludzi, podróżniczych zapaleńców, którzy zdecydowali się na splecenie swych losów z dwoma kółkami. To również zbiór informacji o tym jak przygotować się na podobny wyjazd i czego można się spodziewać, gdy tylko rozpocznie się rowerowa przygoda?

CZĘŚĆ 1 — O nas

Nim przejdziemy do części właściwej, czyli do wspólnej podróży przez polskie wybrzeże wypadałoby się lepiej poznać. Nie na miejscu jest przecież spędzenie kilku tygodni z zupełnie nieznanymi sobie ludźmi. Nawet najkrótsza znajomość wymaga, by dwie osoby wiedziały o drugiej osobie coś więcej niż tylko imię i nazwisko. Skoro wkraczasz w nasz świat, chcemy, byś poznał nas lepiej. Wtedy będzie Ci znacznie łatwiej wejść w naszą skórę i spojrzeć na naszą wyprawę naszymi oczami. A przynajmniej zrozumieć co nami kierowało w wielu momentach o których przeczytasz na dalszych stronach tej książki.

Nazywamy się Agata Siciak i Jakub Strzelecki. Od 2011 roku podróżujemy wspólnie nie tylko przez świat, ale także przez życie. Spełniamy swoje marzenia o odwiedzeniu niezwykłych miejsc czy poznaniu ciekawych ludzi. Do tej pory (stan na 2020 rok) byliśmy w 18 krajach na 3 kontynentach, starając się przy tym wydać jak najmniej. Dzięki ustaleniu odpowiednich priorytetów i pozbyciu się „nadbagażu” mogliśmy często pozwolić sobie nawet na pięciomiesięczne wyjazdy podczas których zwiedzaliśmy niejedno państwo, poznając jego kulturę, kuchnię czy po prostu podziwiając piękne krajobrazy.

Od 2016 roku możemy nazywać się blogerami podróżniczymi, ponieważ wtedy narodził się blog EkstraMisja.pl. Powstanie bloga wiąże się ściśle z wyprawą o której mowa w tej książce. Zakładając go chcieliśmy podzielić się naszymi doświadczeniami z tej podróży z innymi ludźmi. Jak się później okazało tworzenie kolejnych wpisów na EkstraMisji stało się jedną z naszych pasji. To na nim pojawiają się relacje z wyjazdów, tam przedstawiamy wyniki testów sprzętów czy po prostu inspirujemy innych do wyjazdów i poznawania nowych miejsc.

Pomimo kilkuletniego doświadczenia z podróżami mniejszymi lub większymi, nie mieliśmy pojęcia jak zrealizujemy swój — wtedy jeszcze szalony według nas — plan przejechania na rowerze polskiego wybrzeża. Baliśmy się, że utkniemy gdzieś na trasie i w najlepszym wypadku spędzimy kilka tygodni nad morzem, wylegując się na plaży albo spacerując po okolicy. Gorszy scenariusz przewidywał powrót do domu z podkulonymi ogonami i poczuciem beznadziejności, bo oto coś co już wielu zrobiło bez większych problemów, nas pokonało. Wiedzieliśmy tylko, że mentalnie jesteśmy gotowi, by wyjechać na swoją pierwszą, poważną i na dodatek samodzielną wyprawę, która nie będzie ograniczała się tylko do jednego miejsca.

Żebyś jednak nieco bardziej zrozumiał nasze położenie i wątpliwości jakie towarzyszyły planowaniu tego niezapomnianego i bardzo ważnego wyjazdu, musimy przedstawić swoje szczególne osiągnięcia w dziedzinie podróży.

Najważniejszym był fakt, że potrafiliśmy zmieścić bagaż i prowiant na dwa tygodnie do jednego plecaka. A trzeba przyznać, był to bardzo duży krok do przodu.

Podróżowania we dwójkę uczyliśmy się między innymi w Tatrach, gdzie spędziliśmy kilka dni wędrując z plecakami po szlakach.

Podczas naszego pierwszego, sylwestrowego wyjazdu do Złotego Stoku w 2011 roku prócz dwóch plecaków z ciuchami zabraliśmy dwudziesto litrową walizkę wypakowaną po brzegi jedzeniem. To przecież normalne, że na trzydniowy pobyt w niedużej miejscowości i to w tak gorącym okresie jakim był przełom grudnia i stycznia, trzeba wziąć ze sobą dwa bochenki chleba, worek cukru, po cztery opakowania pasztetów i dań do zalania wrzątkiem (spaghetti i purée), sześć zupek chińskich, dwa serki do smarowania oraz całe opakowanie margaryny. Nie zapominajmy również o dwóch rolkach papieru toaletowego — najwyraźniej nasza podświadomość podpowiedziała nam, że mogą się przydać na wypadek, gdybyśmy jednak wszystko z tego zestawu zjedli.

Wyjazd na sylwestra do Złotego Stoku oznaczał wypchanie naszej dwudziesto litrowej walizki na kółkach po brzegi jedzeniem.

Oczywiście na miejscu okazało się, że do otwartego supermarketu mamy rzut beretem. Przez cały ten czas, kiedy wędrowaliśmy po szlakach wracając co wieczór do swojego pokoju, ów sklep był otwarty. Nie odczuwalibyśmy tak mocno rozgoryczenia zaistniałą sytuacją, gdyby nie fakt, że kółko walizki zwyczajnie odpadło pod ciężarem transportowanego prowiantu. I to jeszcze w drodze na dworzec, dwadzieścia metrów od domu.

Doświadczenie z pamiętnego wyjazdu do Złotego Stoku kazało nam zrewidować nieco przyzwyczajenia i przestawić swój tok myślenia. Trzeba było nauczyć się ograniczać bagaż, brać tylko to co najpotrzebniejsze. Po powrocie z sylwestrowego wypadu zaczęliśmy dopracowywać swój warsztat podróżniczy. Szło nam to całkiem nieźle. Prócz udanego wejścia na… Ślężę (to jeszcze w lecie pamiętnego 2011 roku) i zdobyciu kilku łatwiejszych szlaków w Tatrach i Sudetach zaczęliśmy realizować coraz to bardziej śmiałe wyjazdy.

Pierwszy i ostatni wspólny, zagraniczny wyjazd organizowany przez touroperatora do Maroka.
Plaża przy Taghazout w Maroku.

W lecie 2012 roku wybraliśmy się na organizowany przez touroperatora dwutygodniowy wyjazd do Maroka. Pomimo tego, że wyjazd ogólnie można zaliczyć do miłych i chętnie wspominanych, to właśnie wtedy coś w nas pękło. Doszliśmy do wniosku, że wakacje oferowane przez biura podróży nas nie interesują. Nie chcemy biegać za przewodnikiem i zwiedzać kolejne miasta po macoszemu podczas tzw. objazdówek. Wolimy wybrać to, co nas naprawdę interesuje i spędzić w pięknych miejscach więcej czasu.

Z biegiem czasu nabieraliśmy doświadczenia, dowiadywaliśmy się, że wielu z do tej pory zabieranych ze sobą rzeczy nie potrzebujemy. Bagaż kurczył się a horyzonty poszerzały. Sięgaliśmy wzrokiem dalej i dalej, wybierając się w coraz to dłuższe podróże. Osiągnęliśmy to, co jeszcze jakiś czas temu wydawało się dla nas niemożliwe: potrafiliśmy chociażby pojechać do Czech i w stolicy przesiedzieć miesiąc, zwiedzając dokładnie niemal każdy kawałek miasta. Poczuliśmy się wolni i wreszcie mogliśmy rozwinąć splątane przez obawy i uprzedzenia podróżnicze skrzydła.

Podczas miesięcznego pobytu w Pradze nabraliśmy pewności siebie i dowiedzieliśmy się o nas samych więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Pewnego lata, postanowiliśmy zrealizować plan przejechania polskiego wybrzeża pociągiem z plecakami na plecach, spędzając po kilka dni w jakiejś ciekawej miejscowości, by następnie dojechać do kolejnej. Zapakowaliśmy do plecaków namiot, ciuchy oraz kilka przydatnych akcesoriów i ruszyliśmy na podbój północy kraju. Przyjechaliśmy do Gdańska z myślą o spędzeniu w nim nawet tygodnia nim ruszymy dalej. Okazało się, że miasto tak się nam spodobało, iż nie chcieliśmy nigdzie wyjeżdżać. Doświadczyliśmy podobnego uczucia jakie pojawiło się podczas pobytu w Pradze. Być może była to zwyczajna chęć zmiany otoczenia i odpoczynku od znanego dobrze własnego poletka? W dalszą drogę ruszyliśmy się po około trzech tygodniach.

Wydarzyło się wtedy coś bardzo dla nas ważnego. Zwiedzając wybrzeże spotykaliśmy często na trasie specyficzny typ rowerzystów. Byli to głównie cykliści zza zachodniej granicy, którzy do swoich rowerów wyposażonych w kierownicę typu baranek, z przednim amortyzatorem o niskim skoku i solidnym bagażnikiem doczepiali mniejsze lub większe sakwy Ortlieb. Wszyscy wyglądali tak samo, mieli w sobie ten sam luz, a na twarzach wieczny uśmiech. Co nas najbardziej zaskoczyło, byli to głównie emeryci lub osoby zbliżające się do wieku uprawniającego do zrzucenia z siebie ciężaru pracy. Młodzi również się zdarzali, ale nie tak licznie.

Ilekroć mijaliśmy sakwistów — jak zwykliśmy ich nazywać — mieliśmy ochotę przerzucić nasz bagaż z plecaków do cudacznych worków wodoszczelnych i wyruszyć ich trasą w nieznane. Był tylko jeden problem — nie mieliśmy absolutnie jakiegokolwiek roweru, na który moglibyśmy zarzucić sakwy o zakupie których wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, że istnieją. Na dodatek nie byliśmy „bogatymi, niemieckimi emerytami”, a czas jaki zapewne oni mieli w nadmiarze, my musieliśmy skompresować do dwóch miesięcy wakacji.

Im dłużej jednak się nad samą ideą podróży na rowerach zastanawialiśmy, tym bardziej nabieraliśmy przekonania, że ten sposób zwiedzania nam odpowiada. Zamiast wydawać pieniądze na pociągi i autobusy, by przemieścić się z punktu A do B, można przecież tam dojechać na dwóch kółkach. Zapewne niejednokrotnie o wiele szybciej, niż miałoby to miejsce w przypadku całej procedury dojścia na dworzec, oczekiwania na odpowiednie połączenie, przejechania interesującego nas odcinka z uwzględnieniem wszystkich postojów na przystankach… No dobrze, takie sytuacje bywają niestety bardzo rzadkie. Trudno być szybszym niż pojazd silnikowy lub skład kolejowy biorąc pod uwagę, że my się męczymy, a on nie. Niemniej, pieniądze które przeznaczylibyśmy na bilet mogliśmy spożytkować na nocleg w jakimś miejscu lub obiad. A to był niewątpliwy plus. Skoro potrafiliśmy też wydać małą kwotę podczas miesięcznego wyjazdu i zostać w jednym miejscu, to dlaczego by nie spróbować ten sam budżet podzielić na kilka mniejszych kwot by zwiedzić więcej miast? Dojazd do nich mielibyśmy za darmo. Pozostałe koszty raczej niewiele by się różniły od dotychczasowych. Idąc tym tokiem rozumowania widzieliśmy coraz to większe możliwości jakie niosą ze sobą posiadanie roweru i sakw. Zakup ich był tylko kwestią czasu.

CZĘŚĆ 2 — Przygotowania

Zaczęliśmy rozglądać się za tanimi rowerami. To była podstawa — trudno kupić akcesoria nie mając głównego narzędzia. Śledziliśmy aukcje internetowe, sprawdzaliśmy ofertę sklepów rowerowych, odwiedzaliśmy komisy. Cel był jeden: kupić jak najtańszy, ale dostatecznie solidny rower, by nie rozsypał się pod ciężarem bagażów i nas samych.

Nie wiedzieliśmy, czy po przejechaniu kilkunastu kilometrów jednak odechce się nam dalszej jazdy? Woleliśmy ostrożnie podejść do nowej zajawki i wydać możliwie jak najmniej na nowy sprzęt.

Po kilku tygodniach wahania i rozmyślań wybór padł na rower mało znanej nam marki SCUD, wypatrzony na portalu aukcyjnym za 300 złotych. Duża, ciężka rama, koła 28 cali. Oczywiście używany, choć w dobrym stanie. Kilka próbnych jazd po okolicy przyniosło pozytywne odczucia. Co prawda bagażnik zespawany z cienkich prętów wyglądał jakby miał się rozsypać pod ciężarem sakw, ale skoro rower ma naklejkę „Scud Treking Series” to chyba producent przewidział, że ktoś będzie chciał potraktować go jak juczny pojazd?

Drugim jednośladem okazał się Pegasus Solero za 700 złotych. Ten wyglądał już rasowo — posiadał solidny bagażnik, specyficznie zakrzywioną kierownicę, amortyzator i pełną, plastikową osłonę na łańcuch. I co najważniejsze, na przednim kole znajdowało się dynamo upchane do piasty. Ten rower nie był tak tani jak SCUD, ale co tam — na wygodzie się nie oszczędza.

Nim zdecydowaliśmy się na podbój polskiego wybrzeża, nasze rowery musiały zdać egzamin wytrzymałości podczas wycieczek wokół Krakowa.

Niestety, okazało się, że pojazd ucierpiał w czasie swojej podróży do nas. Główka ramy, a dokładnie górna miska łożyska była wgnieciona. Zauważyliśmy to dopiero w momencie, gdy chcieliśmy nałożyć przedni widelec i przymocować kierownicę. Sami nie mogliśmy nic z tym zrobić. Odwiedziliśmy kilku krakowskich serwisantów, ale nikt nie chciał się podjąć wyprostowania uszkodzenia. Próbę podjęli dopiero pracownicy serwisu rowerowego „Ando” mieszczącego się pod adresem Madalińskiego 5. Po upewnieniu się, że rozumiemy iż naprawa może mieć negatywny wpływ na wytrzymałość ramy, a i samo ponowne nagwintowanie może nie być zbyt dobre, serwisant przystąpił do czynienia cudów. Rower odebraliśmy po tygodniu. Był jak nowy. Nadszedł czas na zakup sakw.

Przy wyborze akcesoriów bagażowych kierowaliśmy się tą samą zasadą co przy rowerach. Miały być tanie i dostatecznie wytrzymałe by nie odpadły od bagażników na pierwszym lepszym krawężniku. Ponownie zanurzyliśmy się w Internecie by wyszukać najtańsze modele. Zdecydowaliśmy, że nie chcemy wydać więcej niż 150 złotych. W razie odrzucenia tej formy podróżowania mielibyśmy sobie za złe, że niepotrzebnie zainwestowaliśmy w sprzęt, który nie wiadomo czy się sprzeda jeśli będzie mocno zużyty.

Kościół „Na Wodzie” nieopodal Ojcowa.

Od razu zrezygnowaliśmy z sakw oferowanych przez znane supermarkety. Choć były tanie, to i na takie również wyglądały. Nie mieliśmy pewności, czy dałyby radę udźwignąć nasz bagaż. W naszej opinii bardziej nadawały się na weekendowy wypad za miasto i przetransportowanie prowiantu oraz kurtki przeciwdeszczowej.

Okazyjnie kupiliśmy dwa komplety sakw firmy Vizari, model K-580 po około 100 złotych każdy. Nie były to rzecz jasna wodoszczelne worki jak te oferowane przez Crosso czy Ortlieb. Choć były pokryte wewnątrz cienką warstwą gumy, wiedzieliśmy, że pierwsza lepsza ulewa raczej pokona te zabezpieczenie i zaleje nam cały dobytek. Uznaliśmy jednak, że raczej w deszczu jeździć nie będziemy, więc nie ma co aż tak skupiać się na tych — jak się nam wydawało wtedy — zbędnych udziwnieniach, które tylko podnoszą cenę akcesoriów. Cieszyło nas, że są dostatecznie duże, by pomieścić nasz bagaż. Posiadały również metalowe, a nie tak jak w wielu tańszych produktach tego typu, plastikowe haki do mocowania na bagażniku. Niewielkie, dodatkowo doczepiane sakiewki dawały możliwość oddzielenia od głównego bagażu najpotrzebniejszych na trasie rzeczy. Szybki dostęp do dokumentów, portfela czy batoników to przecież podstawa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.