Wstęp
Niniejsza książka jest dedykowana...wszystkim czytającym. Nie wiem, co napisać we wstępie, nigdy nie miałem talentu na rozpoczęcie czegokolwiek, więc zaczynam tymi słowami marnymi.
Powieść, bo chyba taki ma charakter ta książka, opowiada o życiu… Stefana.
Chciałbym od razu wszystkich poinformować, że treści w tej powieści, bywają wulgarne, nieprzyzwoite, nieczyste, odrażające, odpychające itd. Zatem w żadnym wypadku książki nie powinny czytać dzieci.
To bezpośrednie przesłanie, bez oszczędzania słów, ma jednak przekaz i swój poetycki charakter. To znaczy, mnie jako autorowi tak się wydaje i mam nadzieję, że moje zdanie podzielą również czytelnicy.
Niemniej jednak to pierwsze takie moje dzieło, w którym pozwalam sobie na dosyć ostre teksty. I przyznam szczerze, że w momencie publikacji tego tomu, bałem się czy nie przysporzę sobie więcej niechętnych dla mojej twórczości. Tak czy inaczej, chciałem spróbować czegoś nowego, może bardziej odważnego. Czy to, co napisałem, jest głupie? Nie jestem w stanie sam określić i pozostawię to czytelnikom, ale wydaje mi się, że czasami ludzie chcą takiej otwartej i zwykłej, z dnia codziennego, literatury, w której nie ma wielu skomplikowanych frazesów, a jest proza życia i to dosadnie przedstawiona. Myślę, że takie przesłanie spełnia ta książka i oprócz samej krytyki, zwracania uwagi na wszelkie tekst, wydające się prymitywnymi, jest w książce wiele życiowych prawd, a nawet można wyciągać daleko idące wnioski.
Życie Stefana skłania do refleksji i być może przypomina wielki chaos, ale czy my wszyscy nie mamy takiego w naszej codzienności? Zapewne nie ma życia idealnego. A Stefan jest przykładem bohatera w pełni człowieczego, prostego faceta, i wydaje się całkiem realną postacią wręcz wyłonioną spośród wielu istnień ludzkich.
Cała gama sytuacji, w jakich Stefan bywał, to także niebezpieczne chwile życiowe. Pomimo że na pierwszy rzut oka, treść może się wydawać stekiem opisywanych, wulgarnych bzdur, to jednak wywodzą się ona z prawdziwego życia i są realne. Jako Autor tej powieści, lubię obserwować świat i ludzi, zatem są oni dla mnie inspiracją i ich życie stanowi o fabule, przynajmniej po części, w moich powieściach. Te wszystkie opisywane wątki, to nie tylko typowa fikcja, ale zostały one wymyślone na podstawie różnych zauważonych w sieci, czy też na co dzień w życiu, wydarzeń. Można tutaj wykryć kilka znaczących prawd, mimo że one są przedstawione w taki, a nie inny sposób, czyli żartobliwy, a czasem bardzo niesmaczny. Oczywiście, że dorośli są w stanie zrozumieć idące podteksty i zapewne też zaakceptują sposób ich obrazowania jako czarny humor, może też skrytykują. Ale nie moim celem było pisać niezwykle grzecznie. Po prostu pisałem tak, jak widziałem dane chwile z życia bohatera.
Anegdoty i być może realia gdzieś tam
Nie wymył się?
Facet szykował się na randkę. Był piękny wieczór i właśnie wyszedł z ubikacji i szybko na przystanek, żeby się nie spóźnić. Autobus przybył punktualnie, on się zmachał, ale zdążył, jednak jego piękny garnitur już cały został zalany potem. Facet pocił się, jak wpieprz i w całym autobusie śmierdziało jak z chlewu, ale co tam. On twardo zapierdalał na tę randkę, mówiąc sobie, że kupi jaki dezodorant i popsika ten przejebany zapach.
Wysiadł na przystanku docelowym i wszyscy dookoła pospierdalali, a baba w butiku, dała mu za darmo dwie butelki spraju, żeby się wypsikała ta świnia. Zrobił to. Pomogło, ale musiał wylać na siebie wszystko.
Restauracja.
Popatrzył przez okno — siedzi ONA, pięknie ubrana i pomyślał sobie, że będzie super.
Kolacji nie zjedli, tak się sobie spodobali, że od razu wynajęli pokój, żeby zacząć się pierdolić.
Weszli do apartamentu i od razu zaczęli zdejmować swoje szmaty. Zdarł z niej niemal jednym ruchem wszystko. Wylądowali na łóżku.
Rozłożył jej nogi (nie nosiła majtek) i zaczął lizać owłosioną cipę. Śmierdziała franca jakimś grzybem albo pleśnią, ale mu smakowała. Krzywił się bardzo, bo jakiś słony chujowy zapach i co jakiś czas puścił obok pawia, a jadł bigos i naleśniki. Ona była podniecona i smarowała się jego rzygami i podjadała trochę. Cała była kolorowa. Na ryju kawałki żarcia nie tylko dzisiejszego. On potem zaczął całować jej śmierdzące usta i zaraz znowu się zrzygał. Tym razem na gębę. Jak się cieszyła pizda!! Dostała pierwszego orgazmu, że aż się zesikała. Wylizał jej mocz ze smakiem i znowu puścił pawia. Ucieszony wsadził jej do cipy swojego kutasa i zaczął ją pierdolić na maksa.
Ona zapragnęła nagle, żeby mu wylizać dupę. Rozłożyła lekko jego półdupki i wsadziła język w otwór. A skurwiel nie wymył się dokładnie, bo w jego zaroście wokół dziury było zaschnięte gówno! A nie! Przecież srał przed wyjściem. Jednak ją to bardziej podnieciło i postanowiła zjeść „chrupkowatą” kupę. Szalała z podniecenia, a on już trzeci wytrysk miał.
Pierdolili się tak całą noc do rana. Potem nawet srali na siebie, a na śniadanie zjedli te gówna razem z moczem i potem…
Fajny cham
fajny cham
Widzieliście kiedych kiedyś chama?
Ok, to pierdykać to.
Ja sem będę chamem i idiota.
Zapraszam do galerii idiotów.
Paradoksalne uniesienie (albo coś innego, nie wiadomo)
— Kupa z makiem — powiedział Stefan do Wiktorii.
— Ty pajacu — odparła Wiktoria
No i et cetera dalej rozmowa tak beznadziejna, że nie chciało się nawet jej słuchać, a co dopiero myśleć. Na końcu rozmowy, o godzinie 23:30, Wiktoria rozłożyła ręce i powiedziała:
— Na cholerę mi dupę zawracasz Stefanie, jak i tak Ci nie staje. Twój iloraz inteligencji to minus 1000 pajacu. Daj mi spokój, nie pobzykasz dzisiaj. Idę zrobić sobie kanapkę i do spania, niech mi wejdzie w to grube dupsko, bo lubię tuszę. A Ty spierdalaj. Stary gniocie i zwal sobie konia.
Kulturalnie oddaliła się od Stefana i udała do swojego mieszkania. Mieszkała niedaleko od niego, zaledwie pięć minut drogi i to chodnikiem. Nic nie wskazywało, że nagle straci przytomność.
Z budynku, z trzeciego piętra wyskoczył facet, który miał prawdopodobnie dość swojego życia. Cholerny egoista chyba, bo by zabił niewinną Wiktorię. Skończyło się na tym, że jego łeb mocno walnął jedynie w ramię kobiety, która nagle dostała szoku. Zaczęła płakać i krzyczeć o pomoc, „pogotowie!!!!” — wołała.
Jeden z przechodniów też zaczął krzyczeć, gdy zauważył sytuację.
Skończyło się na złamaniu obojczyka i na wielu słowach „kurw… kurw… kurw…”
Pogotowie przyjechało za dwie godziny a sparaliżowana z bólu Wiktoria, zesikała się na środku chodnika, a właściwie narobiła w majtki. Dobrze, że przynajmniej trochę mniej było widać, ponieważ nosi grube spodnie i płaszcz. Jak to zwykle w zimę noszą. Ponadto jej podpaski to renoma wśród tych bajerów babskich — sama klasa, najdroższe na rynku i wchłaniają więcej niż pieluchy.
Zniesmaczona baba. W szpitalu będzie lepiej. Pomyślał sobie.
Stefan to taki dobry duszek był. Chodził do kościoła co niedziele (aż go nie sparaliżowało) i przestrzegał postu. To mami cycek, bo jeszcze, mimo że miał 45 lat, to nie pracował i ciągnął kasę od swojej staruszki. Niektórzy nazywali go pobłażliwie „dorosły kutas” albo „ćwoczek”. Nie wiedzieć czemu ale, mimo że miał w dupie cały świat, to był lubiany przez swoich znajomych i nieznajomych również. Zresztą miał dar przekonywania do swoich teorii i czasem nawet miał niezłe pomysły. Lubił piwo i ostry seks na dworze, ale go nie uprawiał często, bo ciągle ma problemy z kim i gdzie. Chętnych nie było prawie w ogóle, a jeśli nawet ktoś się pojawił, to zaraz tak było, że mu nie stawał nagle i dupa z tego wszystkiego. Tylko raz kiedyś, w sumie kilka razy, udało mu się pobzykać na dworze i to nie z kurwą. Nawet zakochał się w tamtej dziewczynie, ale ona miała go potem w dupie. W sumie jeden chuj, bo wcześniej też przecież i to dosłownie. Chłopicina zajmuje się wtedy modlitwą i prosi boga o stojącego kutasa. Na darmo, nawet ten z góry mu nie pozwala się podniecić. Dlatego Stefan to chory kawaler był i tak mu nie wróżono nic innego. Bo kto by chciał takiego nudziarza i na dodatek przynoszącego pecha, tak jak tej nieszczęsnej Wiktorii, która teraz klęła pewnie na niego za plecami wniebogłosy…
Do knajpy
Po incydencie z babką Stefan udał się do domu i zrobił tak, jak mu powiedziała — zwalił konia. Potem usiadł w swoim wygodnym fotelu i włączył telewizor. A tu chuj, nie ma nic — zapomniał zapłacić abonament RTV. Skleroza. No to pozostało mu picie piwa i fajki. Najpierw postanowił nalać wody do wanny. Przygotował sobie majtki, oczywiście dziurawe, bo żal mu kupić nowe. Stwierdził, że niby po co, wystarczy, że będą czyste. Nie prał w pralce, więc i tak widać kleksy po sraczce i moczu. Coś tam się tylko w łapach czyścił pod wodą.
Stefan specjalnie kupował białe majtki, bo uważał, że to kolor czystości…
W telewizji miał być mecz. Trudno — powiedział i włączył sobie grę na komputerze, jakąś FIFA dwa-tysiące-ileś-tam i zaczął napierdalać myszką i takie tam wyzwiska przy okazji mu leciały z gęby. Przeszedł już całe mistrzostwa kilka razy, ale nadal miał niedosyt. Mógłby zostać recenzentem każdego szczegółu tej gry. Postanowił sobie, że jutro zapłaci rachunki i wróci mu internet i telewizja.
Zrobił sobie kanapkę z salcesonem i zaraz upierdolił klawiaturę, bo jednocześnie coś pisał i wpierdalał jadło. Tam w tej klawiaturze, to już cały jadłospis, ale działała i Stefan był zadowolony ze sprzętu.
Wspomniał, bekając tę nieszczęsną Wiktorię, która omal nie straciła życia. W myślach powiedział sobie „gruba baba, co mnie kusiło, żeby ją bzykać”. Pożałował trochę i z powrotem zaczął grać z Niemcami w ćwierćfinale. Aż tu nagle telefon. DRNNNRRNRNR.
— Tak słucham?
— Te pajac, idziesz na piwo? — głos powiedział.
— Ok, idę, gdzie i o której? — odpowiada Stefan.
— Jestem już pod klatką, złaź, bo mi się nie chce włazić na te pieprzone 3 piętro — frustracja i narzekanie kolegi na maksa — Kiedy ta winda zacznie działać? Aha, zapomniałem, wy nie macie windy, bo są trzy piętra haha!
— Dobra idę już, wyłączę tylko kompa — odparł Stefan.
Stefan biegnie po schodach jak jakiś oszołom, bo usłyszał, że piwo. W euforii zapomniał zamknąć drzwi na klucz.
— O kurwa zapomniałem, a chuj z tym — pomyślał sobie — i tak piwa już nie mam w lodówce.
Już pierwsze piętro i nagle łomot, dupnięcie na klatce. Poślizgnął się i łbem walnął w ścianę. Nie dość, że przez niego Wiktoria by zginęła, to teraz on sam by się zabił.
Ki chuj — co za dzień pomyślał.
W końcu wyszedł z tej swojej niezbyt czystej klatki i graba:
— Hej Robal! (jego kumpel, łysy, chudy i bez zębów, ciągle pijany i bierze udział w ulicznych walkach na kasę, ma zryty łeb bardziej niż zawodowi bokserzy wszyscy razem wzięci).
— Hej Stefo — odparł kumpel.
— Gdzie to tym razem idziemy?
— A chodź do tego klubu, co byliśmy tydzień temu.
— Do tego burdelu? — pyta Stefo.
— Tak, mają tam to piwo, co rypie na łeb, a wystrój mi niepotrzebny.
— Wystroić to ja mogę Cię i to za darmo, jeden raz po pysku i jesteś jak książę zarumieniony przed weselem hehe — rzucił Stefo.
Chwilę jeszcze pogadali o pierdołach i ruszyli na kolejną bibę.
Restauracja „Nasz chleb”, a raczej zapyziała i śmierdząca knajpa, gdzie można było spotkać całą elitę szumowin z okolicy, to fajne miejsce na zryte łby. Dlatego lubili tam chodzić. Mieli jeszcze inne knajpy w zapasie, ale ta najlepiej im odpowiadała. Dopiero gdy przesadzili z mordobiciem i właściciel ich wygonił, dał szlaban na dwa tygodnie, bo tak czasem bywało, to chodzili do innych burdelników.
Weszli do knajpy, a tam zakopcone i śmierdzi piwskiem. Właściciel pozwalał palić, mimo że jest ogólny zakaz. Jego to nie obchodziło, nie miał jeszcze kłopotów, to olewał. Poza tym w razie czego był na drzwiach napis: „Uwaga, tu się jara”.
Więc weszli i nagle niespodziewanka. Wiktoria klaszcze i tańczy napruta w sztok. Stefan od razu do Robala:
— Te Robal, ta dziwka jest tutaj, wiesz ta, co niemal nie zginęła jak ją spotkałem.
— I co z tego? Która to? — Robal zaciekawiony błądzi wzrokiem po spelunie.
— Ta w rogu pod maszyną z prezerwatywami koło kibla — mówi Stefo.
— Ale szmata — dojrzał ją Robal i podsumował.
— Idziemy po piwo, walić laskę, może mnie nie zauważy — Stefo.
Poszli do lady i zamówili dwa 5-litrowe dzbany zimnego piwa. Nie było stoliku wolnego, to usiedli w kącie przy ladzie.
Stefan nie obejrzał „Pianisty” Polańskiego!
Nie mam gdzie wyżyć swoich emocji, to piszę tutaj. A fujarka mi trochę śmierdzi, bo przez to uzależnienie komputerowe, nie chce mi się w ogóle kąpać — Stefan powiedział do siebie.
I tak cały dzień właśnie (od momentu, gdy się obudziłem), marnuję czas na pierdoły — myśli sobie Stefan, pisząc swój blog. Wczoraj mu uruchomili znowu internet, bo ciotka mu zapłaciła. Włączył też TV, lecz nie obejrzał tego smętnego filmu „Pianista”, chociaż chciał, bo to oskarowa produkcja i to na dodatek realizowana przez polskiego reżysera. Nie miał ochoty na ten tragizm i po raz kolejny, nie obejrzał tak ważnego dzieła dla wszystkich, dla polskiej historii i historii świata w ogóle. To karygodne, ale cóż. Stefan nawet przestał pić na godzinę wczoraj, bo musiał się dokładnie wymyć, po miesięcznym letargu. A to wymagało uwagi, chlupnął więc przed tym pozornie łatwym zadaniem ćwiarteczkę wódki, bo żeby mu się łapy nie trzęsły.
Tego dnia wstał pełen wigoru i wartko włączył komputer, by zobaczyć najnowsze informacje. Szukał pilnie jakiś pozytywnych wiadomości, lecz niestety, „pierdolą tylko o wojnach i polityce” — tak podsumował, to co przeczytał. Nie interesowała go polityka od dłuższego czasu, chociaż kiedyś chciał zostać posłem, radnym. To młodzieńcza przeszłość. Teraz nic nie robił i zbijał bąki. Nie mógł chodzić, bo był sparaliżowany przez to picie. Miał za swoje, pewnie za niedługo walnie w kalendarz i będzie wąchał kwiatki od spodu. Uff — wreszcie będzie miał swoje upragnione kwiatki. Zawsze marzył o jakichś, ale nikt nie chciał mu ich dać. Więc skromny Bóg mu zafunduje na wieczność — spełni jego zachciankę dosadnie.
Wspomniał Wiktorię, niedoszłego nieboszczyka. Zebrało mu się na wymioty i wziął tabletki przeczyszczające. W sumie zaraz po tym fakcie zastanowił się, co zrobił dobrego, bo zaraz sraka go męczyła. Nie ma tego złego, co by na korzyść nie wyszło. Oczyścił się częściowo z procentów i żołądek inaczej funkcjonował. Po czym na kolację zjadł wypasioną jajecznicę z kiełbasą. Trochę przesolił, ale powiedział sobie po cichu „pierdolę”.
O dwunastej w nocy obudził go sąsiad. Stefan wkurwił się i zapukał do niego.
— Panie, kurwa dwunasta w nocy jest, czego drzesz ryja!!!
Ale sąsiad nawet nie otworzył drzwi. Stefan usłyszał tylko jakby z wanny wrzask „Spierdalaj”.
Stefanowi zrobiło się smutno
I tak siedział Stefan przed tym komputerem i pisał. Jednak nagle odezwała się koleżanka, z którą miał niegdyś bliskie stosunki. Można powiedzieć, że bardzo bliskie, bo się w niej zakochał. Bynajmniej przeżył z nią ostry seks i tego na pewno nie zapomni. A podczas rozmowy przez internet, wysłała mu zdjęcia, jak się tulą — odżyły emocje i poczuł pustkę. Pluł sobie w twarz, że nie może nic zrobić, aby spotkać się z tą kobietą ponownie. Ale na szczęście pisali do siebie, więc przynajmniej tyle.
Nabazgrał do niej poprzez komunikator: „Chciałbym znowu się spotkać, tyle czasu minęło i tyle się pozmieniało hmmm”. No ale niestety musiał się zadowolić tym, co jest. Odpisała mu: „Brakuje mi twojej bliskości dotyku. Pocałunków”. No i ciepło na sercu od razu. Stefan pomyślał sobie, żeby jakoś znowu nakłonić ją do spotkania, chociaż wie, że to mało realne, ponieważ ma męża, ale dlaczego tak pisze?.
No i tak pogadali długo dosyć. Powspominali dawne czasy i to, co ich spotkało. Stefanowi stało się trochę lepiej, ale nadal był smutny. Bardzo mu brakowało tamtych igraszek, nie myślał o swoich problemach, bawił się dobrze.
Powiedziała mu:
— Zawsze jak mi tęskno oglądam te nasze zdjęcia — bo mają ich trochę i wspomina koleżanka Karina.
— Mnie cały czas tęskno, czasem sobie marzę o tym, że ja tu piszę te swoje powieści i robię stronki itd., a Ty szwendasz się gdzieś po kuchni, mieszkaniu i czasem wkurzasz się na mnie, bo mało jem przez tą moją chorą twórczość hehe — odparł z uśmiechem Stefan.
I chociaż to tylko pisanie, to czuł jakby była tuż obok. Przejrzał zdjęcia, jakie mu nadesłała i aż za głowę się chwycił — taki spuchnięty był wtedy, gdy się przytulali. Wróciły wspomnienia i rozkojarzony Stefan, wrócił za chwilę do pisania. I zarzuciła mu, że nie pisze już wierszy o niej. Ech zaczęły się sentymenty, pomyślał sobie Stefan. „No cóż, nie zawsze jest wena do tworzenia, a szczególnie jeśli chodzi o wiersze” — wytłumaczył jej delikatnie.
Stefan przyznał się podczas rozmowy, że pisze jednocześnie swoją książkę i nagle odpowiedź:
— Piszesz o zębach, czy o sylwestrze? (Karinę zęby właśnie bolą, a na sylwestra się bzykali).
Stefan nic nie odpowiedział, dodał jedynie, że nie zdradzi, o czym pisze, gdy zapytała. Kobieta i tak, go trochę męczyła. „Ach te kobity, wszystko od razu muszą wiedzieć” — pomyślał. Ona zdążyła mu posolić „Albo erotyczne… jak wania rozbierał traktor” — jako jej domysł, o czym Stefan pisze.
Stefan wielki pisarz
Stefan od pewnego czasu stał się bardziej kulturalny. Tak sobie postanowił. Starał się zapomnieć o Wiktorii. Przestał nawet zapisywać o niej cokolwiek, bo lubił pisać o przygodach, a gdy tylko miał jakiś wątek w głowie, to zawsze ta pierdolona, niedoszła trupiara Wiktoria, mu się przypominała. Mimo że coś tam może między nimi kroiło ciekawego, to jednak wszystko szlag trafił. Stefan nie pojmował dlaczego. Ale też nie chciał się zbytnio nad tym zastanawiać.
— Na chuja ona przeżyła — Powiedział Stefan pod nosem. I dodał zaraz — W sumie to i tak siedzę na dupie przed kompem, to mogliby mnie nawet wsadzić. Albo nie, kurwa, mogliby mnie wykastrować, żebym o laskach już nigdy nie myślał.
Takie zadumanie się często Stefanowi towarzyszyło. Nawet zaczął skrupulatnie i dokładniej zapisywać swoje chore wnioski z nadzieją, że pierdolnie mu w końcu mega-wena i chlupnie, jakiego bestsellera, wyda go i zarobi majątek.
O Wiktorio, moja Wiktorio… — Nucił sobie w środku w nocy, podczas przerwy w czytaniu (bo o dziwo, Stefan zaczął czytać książki!) piosenkę Dżemu.
— Rysiek miał talent! Szkoda chłopa. Był pijakiem, więc mamy coś wspólnego — Stefan wspomniał wokalistę Dżemu z sentymentem i po bratersku.
Myślał o tej Wiktorii i jednak żałował trochę, że się nie postarał o nią. Może by coś wyszło z tego i przestałby ciągle walić konia z tej samotności?
— Kurwa! — Sentymentalnie zakończył rozmyślania.
Była 3:30 w nocy, więc trochę się zreflektował, bo zaś ktoś by zadzwonił gdzieś na policję, albo do niego i byłby opierdol, a on jak zawsze tłumaczyłby się, że coś mu się śniło widocznie i nie miał kontroli nad tym, że wydzierał się w nocy i klnie. Miał przecież ciężkie życie i wiele problemów. Stefan zawsze coś potrafił wymyślać, więc dlatego też z łatwością przychodziło mu, napisanie kolejnych swoich opowiada, wierszy, czy też innych tekstów, jakie chciał.
— Jestem utalentowany skurwysyn! — Krzyknął ostatni raz przed zreflektowaniem się i potem nastała cisza. Jedynie stukot klawiatury nawiedzał jego pokój. Tego już nie mogli mu zabronić, pomyślał sobie i dalej napierdalał literki.
— Więcej do tej szmaty nie napiszę ani w ogóle nic innego — Stefan powiedział sobie cichutko.
Stefan i nowa praca
Stefan to niezły kizior. Zachciało mu się pracować, to w końcu praca go znalazła, bo inaczej nie można tego ująć. Napisał gdzieś sobie do firmy, od niechcenia, bez wiary, bardziej dla testu, czy w ogóle to możliwe i się zgodzili na okres próbny.
Przez kilka dni siedział przy komputerze po ileś tam męczących godzin. Bo jednak praca, mimo że taka, co bardzo lubi, to jednak żmudna i wymaga wysiłku intelektualnego. Cieszył się, że powoli udaje mu się coś, ale po tygodniu dostał reprymendę, a dokładniej szef delikatnie mu dał do zrozumienia, że pisze do dupy, nie rozumie zadań, jest w ogóle beznadziejny.
— Kurwa, a tak mi się podobało już. Czytałem i pisałem, dłubałem sobie grafikę i mnie zjebali. Na dodatek było spotkanie, którego pilnowałem jak oka w głowie i chuj z tego wyszło. Przegapiłem. Wstyd! Kurwa pięć jebanych dni roboczych i taka wpadka. Szef jaja sobie robi, mówiąc, że nie ma jeszcze tragedii. Otóż jest jak dla mnie! Do dupy. Nie wierzę. Jebać ten system. Bezrobocie też robota. Mam książki z wielu źródeł, w zamian za recenzję, to poczytam.
Był sfrustrowany i wkurwiony na siebie, bo po raz kolejny okazało się, że gapa z niego i tyle. Stracił ochotę na wszystko. I tak miało się to zbyt ładnie. Stefan i wydawnictwo? To jakiś żart! Tak ktoś by powiedział. I pewnie miałby rację. Stefan tego dnia chciał też nadrobić trochę czytania, ale zupełnie zniknęła jakakolwiek motywacja. Zaczął o tym pisać w swoim pierdzielniku, w pliku, chaotycznie i bez sensu. Pomyślał, że i tak gdzieś te żale musi wydalić i potem nawet opublikować w jakiejś niekonwencjonalnej, głupiej, bez ładu i składu, książce. Stefan to niezły kizior.
Jeszcze miał szansę, bo to okres próbny, więc jak łapać najgorsze oceny, to lepiej od razu i nie mieć złudzeń co do końcowego werdyktu w sprawie pracy na dłuższą metę. A takie właśnie wpadki decydują.
— Pierdolić to. I tak zaraz idę do lekarza. Za chuja mi się nie chce.
Stefan bardzo się męczył ze swoją inteligencją. Było mu niezwykle źle. Wszystko od lat się jebało i widać nadal nic raczej się nie zmieni.
— Wiktorio! Ty pizdo! Przez ciebie to wszystko, bo jesteś gdzieś w moim łbie, sam nie wiem dlaczego!
Święta prawda. Najlepiej zwalić wszystko na kogoś. Racja, w sumie ulga. Bo takie naiwne pocieszenie, jest nawet dobre z braku laku.
Stefan w zamian za spierdoloną przez niego pracę dostał inne zadanie. Trochę bardziej konserwatywne. Zabawa z ustawianiem opisów i audyt całej strony WWW. Nie ma co zagłębiać tematu. Zrobi to, bo trochę pojęcia ma i pewnie dostanie znowu zjebkę. Takie właśnie mu się kreowały myśli. Bo w sumie z jakiej racji, ktoś, kto jest tylko po szkole średniej i właściwie nic w niej się nie nauczył, kończył ją na raty, ma być lepszy od tych innych, po studiach? W sumie Stefan nie wiedział, jakie mają wykształcenie pozostali pracownicy tej firmy, co wtedy był w niej i, jako niby profesjonalista się zatrudnił. Jednak chyba jego braki były zbyt duże jak na tak poważne zajęcie. Tutaj trzeba być profesjonalistą, a on jedynie miał niewielkie doświadczenie zewnętrzne w innych firmach. Mało profesjonalnych. Sam najczęściej pracował i mało tego, był samoukiem, co jednak nie było dobre, a przynajmniej nie wystarczało na to, aby znaleźć się w gronie specjalistów. Jemu mogło się wydawać, że coś dobrze i skutecznie robił, a tak naprawdę, to tylko takie było, że coś robił, nic poza tym. Ani ta jego praca nie dała się wycenić, ani też… A pierdolić. Nie ma co o tym gadać. Tak to można skwitować.
Stefan się mota
— Coś kurwa mi słabo idzie z tym czytaniem! — Zaklął Stefan zdenerwowany. Czytał kolejną książkę, z niesamowitym zaangażowaniem, ale mu nie szło tempo, bo jakoś był zmęczony. Wkurwiał się z tego powodu, tym bardziej że czas leci, a on nie śpi. Ostatnio w sumie to padał jak kawka. Miał dużo książek. Wymyślił sobie, że będzie recenzentem i mu przysłali z kilku wydawnictw, a on jak głupi cieszył pałę, że ma tyle. Kto i kiedy to przeczyta!
— Ja pierdole!
Tak to było u Stefana — najpierw nie pomyślał, a potem strzelał epitetami. Stefan twardy i się nie poddawał. Nawet nie zwracał uwagi, co mu przysyłają. Brał to, co mu zaproponują, a potem wkurwiał się, że jakieś smęty i pierdoły, których nawet w sraczu nie da się czytać. A lubił w kiblu, bo wtedy przyjemnie mu się srało, dokładniej wychodziło gówno, no i wypróżniał się dokładnie, bo jak się zaczytał, to leciał czas, więc gówno sobie lekko leciało, aż się wyczerpał strawiony pokarm. Wtedy dopiero było dobrze, bo często było tak, że srać mu się zachciało nagle i miał kilka sekund do dotarcia do kibla. Problem był wtedy, gdy wychodził na spacer, na dwór, bo jego sraka, to serio była brutalna i nie było, zmiłuj się, jak się zachciało.
Często czytał po nocach. Zastanawiał kiedyś, czy w ten sposób jego inteligencja, wiedza i w ogóle wszystko, co mądre, bardziej się rozwijały i nabierały więcej tego naukowo-teologicznego życia. Często też, Stefan rozmyślał filozoficznie. Kiedyś zastanawiał się, jak to jest, gdy ma się w kieszeni każdego dnia przynajmniej tysiąc złotych. I doszedł do wniosku, że by się zapił na śmierć, przy takiej kwocie, bo co innego robić? Dziwki? Ich nawet tyle dupczyć by się tyle nie dało! Ileż można! Zresztą Stefan niezbyt lubił dziwki, chociaż niektóre są fajne nawet i mu żal kiedyś było, że tak się puszczają. Chciał nawet się umówić i wyrwać jedną z tego chujowego zarobku. Kasy nie miał, by jej dać tyle, co ona zarabia. Bo tylko tak pewnie by ją wyrwał. Bo jaka prostytutka by poświęciła 100 zł na godzinę za bycie z jednym facetem, który nawet mieszkania na własność nie ma? I na tym jego spekulacje i plany miłosne wyrwania takiej kobiety ze szponów złego życia, spełzały na niczym. Mógł sobie pomarzyć, że jest szlachetnym rycerzem, który wyciąga panny lekkich obyczajów z bagna, a przynajmniej jedną, bo i tak haremu by nie chciał. Jak sobie pomyślał w ten sposób, to od razu stwierdził, że całkiem by ocipiał. I w sumie dosłownie…
Czasami próbował poderwać jakąś panienkę poprzez internet, ale to marna sprawa, jakoś już wyszedł z wprawy, żeby zauroczyć tekstami jakąś naiwniaczkę. Kiedyś mu się to udawało, ale wtedy zawsze był najebany. Ostatnio nie chciał w ten sposób i chuj — nic mu nie wychodziło. Czyli, że jest super romantykiem, jak się napierdoli? Wyglądało na to, że tak. No cóż, Stefanowi pozostało pić na umór i wtedy były jakieś szanse, ale zaś to, nie wróżyło związku, a jedynie tylko przelotne kurewstwo, bo i laska wtedy liczy tylko na szybki numerek i nie chce się wiązać z jakimś alkoholikiem. Często nad tym losem rozmyślał i do żadnego konstruktywnego wniosku nie dochodził.
Więc się motał od ściany do ściany w tym swoim życiu.
Gdy zrobił sobie przerwę w czytaniu kolejnej powieści, uruchomił komputer i włączył sobie porno. Zwalił sobie konia…
Nad ranem.
Potem zasnął i nic mu się nic nie śniło.
Wspaniale.
Gdy wstał, to podrapał się po głowie i stwierdził, że robią mu się placki łupieżu. Trochę to dziwne, bo przecież myje włosy i to szamponem przeciwłupieżowym, ale widać jego skóra na starość jest już maksymalnie zjebana, więc się sypał, pomyślał sobie. Bardzo go to wkurwiało i nie wiedział, jak ten proces zatrzymać. Co prawda miał włosy, które zasłaniały ten problem, ale co by było, gdyby zaczęła go głaskać po głowie jakaś panienka? Zaraz mu przyszło na myśl, że spaliłby się ze wstydu. Kiedyś słyszał, że dawno temu, gdy jeszcze nie było tylu kosmetyków ogólnie dostępnych dla wszystkich, to ludzie włosy myli naftą.
— Kurwa! Skąd mam wziąć naftę! — Krzyknął cicho Stefan do siebie.
To fakt. Nafty nie miał. Zresztą, czy w ogóle teraz jeszcze jest możliwość kupienia tego paliwa w zwykłym sklepie, o ile w ogóle gdzieś? — Pomyślał Stefan. Faktycznie.
— Na stacji benzynowej, jest ropa i benzyna, ale nafta, czy jest? — Stefan zastanawiał się, ale zaraz doszedł do wniosku, że gówno i tak z tego, bo nawet nie ma jak sprawdzić. Przecież nie pójdzie specjalnie na stację, która była oddalona pięć kilometrów od jego mieszkania. Nie chciało mu się. Może przy okazji pójdzie.
Taką strategią działania, Stefan zakończył spekulację nad tym, żeby zdobyć naftę. Myślał też o denaturacie, bo może też pomaga, ale zaraz doszedł do wniosku, że bałby się kupić, bo mógłby, zamiast go wykorzystać na smarowanie łba, po prostu wypić. W końcu tam jest sporo alkoholu, a to, że śmierdzi, to można wyciąć. I tak ciągle śmierdział procentami albo stęchlizną po spożyciu. Tylko czasami, jak wiedział, że idzie gdzieś, gdzie może spotkać jakąś fajną laskę, to na wszelki wypadek czyścił zęby. I tak mu żadna nie dawała. Zresztą słabo mu szło podrywanie. Jedynie Wiktoria — z nią coś planował i myślał, że może się uda. Było troszeczkę prawdopodobne, tak mu się zdawało. Ale wiadomo, że nic z tego. Jego nadzieja spełza na niczym. W swojej wyobraźni jedynie ją ruchał.
Zakręcony i w ogóle
Stefan się miotał całe życie. Nawet wtedy, gdy podejmował decyzje o kontynuowaniu powieści. I tak było zawsze, że co na nowo zaczynał uzupełniać, to co już pisał, to pojawiał mu się nowy pomysł na kolejną historię. Tych różnych treści powstawało w jego życiu tak wiele, że sam potem nie wiedział, co z tym wszystkim zrobić. Raz pisał coś w formie pamiętnika, drugim razem próbował stworzyć pełną powieść np. obyczajową, a innym razem próbował swoich sił w autobiografii. I w sumie miałby o czym pisać, bo przeżył wiele i wcale nie monotonnych chwil, które mógłby zaciekawić niejednego wybrednego czytelnika. Jednak Stefan to wiercipięta i nie potrafił się też skupić. Co wziął się do pisania, to zaraz chciał czytać kolejne powieści, którymi się zajmował. Miał ich wiele do recenzji od wydawnictw, więc był w tym całym literackim pierdolniku jako twórca, autor, krytyk i jednocześnie dziennikarz literacki. Chociaż te wszystkie określenia na jego temat, są może na wyrost, to jednak z tyloma zadaniami się codziennie zmagał. Wszechstronny ten Kizior prawda? Dałoby się zadać to pytanie. Podobnie jak to: Dlaczego akurat Kizior? Odpowiedź była oczywista i prosta. Stefan był alkoholikiem ze zrypanym czerepem. Wiecznie mu się pierdoliło w głowie i to wszystko dawało efekt burdelu na kółkach. Takiego życiowego. Jednak Stefanowi wcale to nie przeszkadzało, mimo że często z tego powodu się wkurwiał i potem gubił z tym, co robił, co miał zrobić, czego nie powinien i co mógłby sobie odpuścić. Stefan to twardziel był i nie pozostawiał na pastwę losu niczego, tego, czym zaczął się zajmować i, choćby miałby dokończyć dane zadania, które sam sobie wyznaczał, za miesiąc, rok, po latach, to jednak dążył do tego zakończenia i faktycznie tak się działo zawsze. Inna sprawa, że czasem finalny efekt był taki, że z tego, co robił tak długo, wychodziło mu wielkie szambo i masło maślane, to i tak był zadowolony. Bo dokończył dzieła. Nie ważne, że było ono do dupy.
Żeby się tak nie motać, Stefan zaczął pisać pamiętnik, a raczej była to forma jakiejś powieści chyba, bo ciągle tam zapisywał wszystko, co wydawało mu się, że warto utrwalić. Podczas jego podróży twórczej, literackiej, bo tak sobie wymyślił, że będzie nazywał swoje zajęcie z literkami, non-stop myślał o Wiktorii, którą przecież praktycznie mógł zabić. Z czasem zdawało mu się, że tego jego myśli, bardziej zbliżały się do innej wybranki, która gdzieś tam w jego zrypanym mózgu, się zagnieździła. Stefan jednak nie wiedział w pewnym momencie, czy myśli o tej Wiktorii, czy ona czasem nie jest pod wieloma postaciami. Zatem wybrał jeden tok rozumowania, żeby sobie ułatwić swoje wizje i każde wspomnienia na jej temat, wiązał również z myślami o wszystkich jego kobietach.
— Kurwa, przecież to jest bez sensu! O każdej piździe muszę myśleć? Niech będzie, że to jedna jest. A co tam. Będę miał kobietę idealną. Pokładam sobie wszystkie prukwy do jednej laski! — I w ten sposób Stefan odkrył w sobie kolejną kreatywność. Teraz już nie musiał nawet pamiętać imion kobiet, o których wspominał i marzył lub też faktycznie z nimi rozmawiał. Wszystkie były Wiktorią. Więc ten incydent z jej śmiercią, oznaczał jej narodziny.
— Tylko jak to zmaterializować?! — Słusznie zauważył. Bo w sumie chciałby jeszcze poczuć dotyk, poruchać, pogadać w cztery oczy. Mimo tego doszedł jednak do wniosku, że to fajna afirmacja i być może spotka taką kobietę w rzeczywistości?
— No właśnie! Wiktorio, jesteś moją jedyną! — W ten sposób Stefan oświadczył się Wiktorii i postanowił nawet zbierać na ślub. Oczywiście w wyobraźni tylko, bo kobieta przecież, można powiedzieć, istniała, ale poza jego zasięgiem faktycznym. Zaczął od tego, że pieniądze, jakie mu wpadały w ręce, skrupulatnie odkładał do portfela, którego nie nosił nigdzie. Tylko że miał problem z tym, bo ciągle na coś mu brakowało. Jednak postanowił, że to, co odłoży, nie ruszy. Więc po głębszej analizie, doszedł do wniosku, że będzie w portfelu odkładał przynajmniej 30% tego, co mu wpadało do ręki i, nie mniej niż 10%. Zajebiście — pomyślał sobie — Jestem genialnym ekonomistą, biznesmenem i artystą w jednym! Na ślub będzie…
I tak oto, Stefan stworzył swój program oszczędnościowy. Niepotrzebne banki! Trochę się będzie motał z tym, ale coś z tego zawsze się uzbiera. Jego plany matrymonialne też miały przecież uzasadnienie, bo w końcu musi się ustatkować ponownie. Na starość co prawda, ale nie chciał być wiecznie sam. W końcu ileż można. Marzyło mu się, żeby nawet kupować babskie rzeczy, byle tylko słyszeć codziennie głos, który będzie go w końcu wkurwiał. Tylko że tym razem, postanowił, że nie będzie z tego powodu robił wyrzutów i woli przecierpieć gdakanie, niż cały czas tylko rozmyślać, nad tym, żeby przytulić się do kobiety.
— Jak to zrobić? Nie umiem się zebrać i wyjść z kwiatami — Stefan oczywiście i jak zwykle ubolewał, że fizyczny kontakt, bycie z kimś, wiąże się z inicjatywą poznania kogoś w świecie realnym. A to mu nie wychodziło. Ale była Wiktoria w głowie, to było okej.
Wracając do motania się, Stefan znów nie wiedział, czy spać, bo ciągle chciało mu się coś tworzyć. O godzinie pierwszej w nocy, „smarował” coś w programie tekstowym na komputerze. Nowe inspiracje wzięły się z tego, że lubił literki, jak powstawały i tworzyły całość. Doszedł do wniosku, że nadal jest pojebany, ale uparcie pisał. Wspaniałe zdania układały się w niebagatelną całość. Oczywiście kosztem innych spraw, ale co tam, przecież Stefan był bogaty i nie potrzeba było mu się koncentrować na jakiejkolwiek pracy. W ironiczny sposób sam siebie traktował, było mu dobrze i czasem było to porównywalne z uczuciem orgazmu. Pierdolił wszystko…
Wkurwiał się, bo przez to siedzenie po nocach i dużo palił.
— Dobrze, że mam już internet — Powiedział do siebie. Matka zapłaciła, co było do przewidzenia. Dla niego to było zbawienne.
Cała klawiatura jak zwykle w popiele. O dziwo funkcjonowała i nie dawała spokoju sąsiadom. Znaczy, jemu tak się wydawało i to był dla niego jedyny stres. Chuj tam wie, czy w ogóle sąsiedzi zwracali na to uwagę. Stefan po raz kolejny nad tym się zastanawiał i jednocześnie pielęgnował swoją twórczość.
Stefan obudził się w południe
Stefan często zarywał nocki. Czytał, pisał, chciał tworzyć i w sumie to robił. Bzdety przeważnie mu wychodziły. Sam tak oceniał swoje prace. Nie miał wsparcia, nikt go nie oceniał, chociaż mógłby publikować swoje teksty na jakimś forum w internecie, ale jakoś tego nie robił. Ogólnie to babrał się w swojej twórczości i z czasem uzbierało mu się tyle, że sam się zdziwił, że to zrobił.
— Chujowe to wszystko! Bez sensu. Pierdolę! — Stwierdził stanowczo i po raz kolejny przestał pisać. Napił się energetyka i pomyślał sobie, że pójdzie spać. Trochę to idiotyczne, bo energetyk pobudza, ale Stefan zawsze był pierdolnięty i wszystko robił na odwrót.
Była godzina 14:30, jak się obudził i otworzył jakiegoś „Tigera” z pierwiastkami życia. Tym razem postanowił, że piwa nie wypije i jakoś ostatnio nawet coraz częściej mu się udawało żyć w całkowitej trzeźwości. Zresztą Stefan od momentu jak zachorował na COVID, nie pił w ogóle. Trwało to dosyć długo, bo już prawie jedenaście miesięcy. Nadal jednak w głowie mu szumiało i ciągle miał ochotę, żeby sobie zaaplikować jabcoka, jak za starych dobrych czasów. Udawało mu się zniechęcić do tego, tym bardziej że miał kolejny problem. Nie mógł się za bardzo ruszać. Został sparaliżowany trochę i bez pomocy nigdzie nie wychodził. To bardzo go wkurwiało. Za oknem słońce napierdala, ciepło, chociaż zbliżała się zima, a on śmierdzi papierosami i leży. Czasem wstaje do komputera i pisze.
— Że też mam taki pojebany los. Jak nie mogę chodzić, bo leżę najebany, to teraz leżę, bo nie mogę pić. Pojebany paradoks.
Takie codzienne frustracje, stawały się rutyną w jego życiu. Biedny skurwiel. Tyle w życiu najebał głupot i teraz na dodatek jest uwięziony — pożalił się na samego siebie i skulił się z nerwów.
Takie codzienne frustracje, stawały się rutyną w jego życiu. Biedny skurwiel. Tyle w życiu najebał głupot i teraz na dodatek jest uwięziony — pożalił się na samego siebie i skulił się z nerwów.
— Kurwa! Jesteśmy w Polsce! Jak ona znalazła murzyna? — Zastanawiał się Stefan, gdy dowiedział się o romansie Andżeliki. Bo tak miała na imię, jego była wybranka.
Stefan z czasem pierdolił to. Przestał w końcu się przejmować, że był kiedyś z taką babą.
Stefan miał pracę
Wydawałoby się, że Stefan to przykład człowieka, który za życiowy cel, obrał sobie nieróbstwo. I właściwie tak było. Bo przecież nie pracował już od kilku lat. Ostatnio jednak zatrudnił się o dziwo w wydawnictwie i wszystko dla niego było piękne, bo to przecież marzenie! Sam pisał książki, a tu miał się nimi zajmować i zarabiać! Był uradowany, gdy go przyjęli.
— Ja pierdolę! Niesamowite, że mam taką pracę i to jeszcze na takim stanowisku: konsultant ds. marketingu! Jaki ten świat potrafi być nieprzewidywalny.
Był niemal przekonany, że to jest jakiś żart, że coś ukrytego, gdy tylko otrzymał umowę na okres próbny. A jednak został zatrudniony. Wykonywał z dumą wszystko, co mu polecili.
— Przykro mi Stefan, ale nie spełniasz moich oczekiwań. Po prostu robisz wszystko chaotycznie, nie do końca stosujesz się do zaleceń. Musiałem poprawiać twoje artykuły, które publikowałeś na stronie. Niestety, ale musimy się pożegnać. Możemy podjąć współpracę na zasadzie pracy dorywczej. Będziesz recenzentem książek, które wydaje wydawnictwo, zapłacę ci nawet za to — Takie słowa usłyszał na koniec miesiąca i zaniemówił. Chociaż spodziewał się tego, bo przecież byłoby zbyt piękne i wręcz niemożliwe, że on, tylko po szkole średniej, mógłby pracować w takiej poważnej firmie.
— Pierdolę to! — Stefan przejął się sytuacją i poszedł spać.
Stefan zdruzgotany
Był schorowany i fakt, że jednak z pracą mu się nie udało, dobił go. Nazajutrz po tej wiadomości, gdy obudził się rano, czuł, że wszystka energia życiowa uleciała z niego całkowicie. Zaczęła go boleć głowa i bynajmniej nie z powodu piwska. Nie mógł się skoncentrować na niczym. Próbował pisać, czytać, ale nic.
— A może by tabletki łyknąć? — Powiedział do siebie Stefan, po czym udał się do swojej apteczki.
— Kurwa! Tylko witamina C?
Zdruzgotany wrócił do pokoju.
— Nawet zabić się nie potrafię.
Jego wrażliwość nie pozwalała mu na normalne funkcjonowanie, szczególnie wobec zaistniałej sytuacji i napisał do byłego szefa, że jest chory, że nie musiał się nad nim litować, nie potrzebował tej pracy, a jedynie chciał sprawdzić sobie, czy odnajdzie się w roli jako pracownik wydawnictwa.
— I co z tego? — Odpisał szef poprzez komunikator internetowy. Stefan trochę się zatkał.
— Znajdziesz coś innego. Zapłacę ci za to, co zrobiłeś, może zamówię u ciebie jakieś artykuły na stronę internetową, ale niestety nie mogę dać ci umowy o pracę — Dodał szef.
Stefan chwilę sobie pomyślał i doszedł do wniosku, że okej i nie będzie pracował. Znów się położył. Tyle było jego wytrwałości, a i, nie było sensu już rozmawiać. Do takiego wniosku doszedł.
— Wiktorio! Znowu mi się nie udało! Co ze mną nie tak! — Stefan wykrzyczał na głos do swojej wyimaginowanej partnerki. Pocieszył się nią, bo wiedział, że taka dziewczyna istnieje i może jak cud się wydarzy, to kiedyś będą razem.
Pomyślał sobie też, że może by do Robala zagadać i pójść na piwo? Zaraz doszedł do wniosku, że ten będzie swoje teorie wysuwał i jeszcze bardziej przyprawi go o kompleksy.
W zaistniałych okolicznościach, nie wiedząc, czy w ogóle jego życie ma jakikolwiek sens, postanowił, że jak już leży, to po prostu zaśnie.
Spojrzał na leżącą kobietę, która pośrodku pokoju, rozkraczona, wyglądała jakby była na powierzchni czerwonego jeziora. Krew, która przykryła gumolitową powierzchnię, błyszczała. Zaświecona lampka nocna, której promienie niewinnie opadały na mokrą kałużę i ofiarę, nadawały połysku tej bordowej tafli cieczy. Subtelnie to wygląda, pomyślał sobie. Spojrzał w okno, za którym szare chmury jakby uzupełniały atmosferę grozy. Mimo że była noc, księżyc jednak narysował kłębiaste wzgórza, jak złowieszcze połacie dymu. Pali się! Kobieta martwa! Krew! Krzyczał.
— Kurwaaaaa! — Obudził się nagle ze snu — Co do chuja! Co to miało być? — Zapytał, jakby miał go ktoś usłyszeć — Teraz już nie odpocznę nawet?
— W sumie, od czego mam odpoczywać? — Sam siebie pytaniem skrytykował.
Próbował z powrotem zasnąć, lecz zadzwonił telefon. Chwycił go szybko i chciał odebrać, ale nie udało się.
— Jebany ekran, znowu się blokuje — Próbował też oddzwonić, lecz jakaś sekretarka się odzywała.
Kolejna próba zaśnięcia już się powiodła.
Stefan i mistrzostwa świata
— Kurwaa! — Wykrzyczał już chyba setny raz podczas meczu Polska-Argentyna na Mistrzostwach Świata w Katarze 2022 roku.
Polacy przegrali trzeci mecz grupowy z Argentyną 2—0. Różnicą bramek we wszystkich spotkaniach, awansowali do fazy pucharowej turnieju. Jednak był to słaby mecz i nie zwiastował sukcesu w ⅛ finału. Czas miał pokazać.
— To teraz zagrają z Francją — Stefan zaczął analizować.
— Dobrze, że przynajmniej wyszli z grupy. Z Francją to se możemy pomarzyć tylko, ale dobre i to. Ja będę spał specjalnie, bo nie wytrzymam porażki z żabojadami — Zaplanował swoje zaangażowanie Stefan.
— Srać mi się chce zaś, ech.
Stefan po meczu udał się na posiedzenie WC. Tam zasmrodził atmosferę jak zawsze. Jego wypróżnienia ostatnio, to bomba zapachowa. Z tego powodu szybko się załatwiał, bo nie mógł wytrzymać tego aromatu. Mimo że tak było mu źle w kiblu, to zawsze włączał sobie komórkę i uruchamiał grę. To wciągnęło go ostatnimi tygodniami, bo była fajna i prosta, nie trzeba było myśleć. W sam raz dla niego.
Nazajutrz około godziny czwartej nad ranem Stefana obudził komputer. Zostawił go w stanie uśpienia, a wcześniej, kiedyś miał ustawione, że komputer sam się uruchamia o godzinach wczesnych ranem, jeśli był w stanie uśpienia. Nie potrafił tego zmienić.
Przeraził się, bo myślał, że mu się przyśniło, że Polacy awansowali na mistrzostwach. Jednak z ulgą stwierdził, że to prawda, więc uśmiechnął się, mimo że nie miał już pracy.
— Jestem wolny. Nie muszę nic robić. Nie mam pracy! — Znalazł swój entuzjazm.
Dobrze dla człowieka jest, gdy wstanie i radośnie się zachowa. To zwiastuje lepszy dzień od poprzedniego, pomyślał sobie Stefan. Niemalże od razu wziął się za to, co lubi robić, czyli kontynuował swoje pisanie książki. Tak!
— Przecież ja książkę mam pisać! — Stefan przypomniał sobie, że chce zostać profesjonalnym pisarzem — Napiszę trochę o Polakach w niej. Muszę uwiecznić to, bo po raz pierwszy od trzydziestu lat wyszli z grupy na mistrzostwach!
I tak jak pomyślał, tak też zrobił. Stefan pisał kilka książek naraz, przez co nie mógł się zdecydować, do której z nich dopisać ten wątek. Oczywiście nie do wszystkich pasował, ale wybrał jedną taką, która była w formie relacji i pamiętnika. Napił się energetyka.
— Ale syf — Podsumował smak napoju.
Niestety Stefan nie dbał zbytnio o dietę. Jadł i pił co mu popadło i na co miał ochotę, a jak nie było, co lubił, to nie jadł nic i pił kranówkę. Kranówka dla niego była przysmakiem, bo lubił taką twardą i gorzką wodę, mimo że była słodka i dlatego też zawsze zastanawiał się przy okazji jej picia, dlaczego mówią, że to słodka woda, jak nie czuł żadnego cukru. Ale pozostawił te spekulacje tylko na pytaniu do siebie, chociaż mógł się dowiedzieć z internetu. Jednak to było dla niego takie coś, jakby swój kawałek niewiedzy, który lubił pielęgnować i za wszelką cenę pozostawiał bez odpowiedzi.
Czuł, że żyje i należy do narodu lepszych drużyn piłkarskich.
— Polska, biało-czerwoni!
Stefana charakter i sukcesy
Stefan, zamiast wziąć się do szukania pracy, to wiecznie zajmował się czymś, co nie gwarantowało mu zarobku, a już na pewno nie była to praca na umowę. Sam siebie pytał, czy on pierdoli pracę na umowę, czy jest aż takim leserem, że chce pracować, ale nic nie robić takiego, żeby się namęczył. Jednak coś tam robił, bo pisał różne teksty, na których czasem coś zarobił. Wszystkie te pieniądze oczywiście przepijał, tylko później, jak już trochę zaczęło mu się dziwnym trafem inaczej i normalniej układać w głowie, to przywiązywał wagę do tego, żeby sobie pieniądze odkładać.
— Ja pierdolę! Co tu odkładać? Nawet 100 złotych w tym miesiącu nie zarobiłem — Powiedział do siebie, ale wiedząc, że mama go wspiera finansowo, jednak nie wydawał zarobionych pieniędzy.
— Na czarną godzinę będzie.
Wnet przypomniał sobie, że przecież miesiąc próbny w wydawnictwie minął, więc jednak zarobił więcej.
— Zajebiście! Dzisiaj pierwszy, to będę miał wypłatę! Po tylu latach jakaś normalna wypłata! — Stefan, mimo że nie wiedział, ile w końcu dostanie pieniędzy za swoją pracę, to jednak miał nadzieję, że te sześćdziesiąt ustalonych godzin na okresie próbnym, zostanie mu zaliczonych. Chociaż i tak poświęcił więcej czasu, bo zanim przeczytał książki, to mijały godziny, ale to nie było liczone. Zajmował się ich promocją między innymi, więc treść musiał dokładnie znać. Pisał recenzje, to tym bardziej. Oczywiście wypłata miała wpłynąć na konto matki, bo on sam, takowego nie miał, a dokładniej, był tak zadłużony, że cokolwiek by wpłynęło, to mu komornik by zabrał. Więc przelewy szły na konto matki. W sumie to według prawa, jeśli wypłata była kwotą nieprzekraczającą najniższej krajowej, to nie mogli mu zabierać, ale mimo wszystko strach był.
Nie zarabiał na większości swoich zajęć, ale wszystkie miały pewną perspektywę, bo jednak ich wartość była znacząca. Zbudował sobie stronę internetową, na której publikował różne informacje, swoje teksty i te, które mu wysyłali. Raczej to była pasja, ale też kilka groszy czasem się trafiało.
Jego dziwny charakter to też to, że chciał pracować, ale robił wszystko, żeby tego nie robić, a przynajmniej nie tak, jak to robią inni, którzy normalnie przychodzą do swojego np. biura o godzinie ósmej rano i do szesnastej siedzą tam, nawet jeśli nie ma cokolwiek do roboty. On pracował, kiedy chciał, a w jego przypadku, coś robił, kiedy chciał. Może dlatego nie utrzymał się w wydawnictwie? Bo nie mógł się skoncentrować, źle zrozumiał zadania, przyzwyczajony do własnego systemu pracy? Te pytania wyzwoliły w nim chęć ich analizy i potem napisania o tym książki.
— A może będzie wartościowa ta treść? — Pomyślał sobie — Przecież takie książki są na rynku, gdzie ktoś pierdoli o jakichś motywacjach, mobilizacjach itd. A wątpię, czy sam to robi. Też se napiszę taką książkę, w której będzie dużo mojego mądrzenia się. Może ktoś dzięki tej treści coś swojego wymyśli? Byłbym wtedy inspiracją. Byłoby fajnie, jakby pewnego dnia, ktoś napisał do mnie, że dzięki mojej książce, zbudował własny biznes! — Powiedział sobie na głos.
To myślenie Stefana nawet trochę miało swoją wartość, bo faktycznie mógł przez przypadek coś sensownego wymyślić. Co z tego, że zupełnie niespodziewanie, ale jednak. Świadczyłoby to o jego talencie, z którego nie zdawał sobie sprawy.
Takie przejawy inteligencji u Stefana, były wprost nie do uwierzenia. Bo skąd niby? On przecież ledwo ukończył szkołę średnią! Miał jeden dyplom z Uniwersytetu w Białymstoku, który otrzymał za wypełnienie ankiety. Nawet oprawił go w antyramę! Dzięki temu ten dokładniej mówiąc, certyfikat z Wydziału Zarządzania Politechniki Białostockiej, sprawiał wrażenie, że Stefan był wykształconym specjalistą. Jego tytuł robił wrażenie na tych, którzy nie mają pojęcia o wykształceniu. W sumie to dawało mu pewną przewagę, bo takich osób w Polsce jest większość. A przynajmniej Stefan tak twierdził.
Niewiele sukcesów życiowych można było przypisać Stefanowi. Jednak dało się go chwalić, za to, że miał swoją charyzmę. Nigdy nie poddawał się czyimś sugestiom i krytyce. Kwestionował nawet otwarcie czyjeś opinie na jego temat i na temat jego pracy, w przekonaniu o swojej słuszności. Tylko że nie wziął pod uwagę, że jak ktoś go zatrudnia, to on dyktuje warunki tej pracy, nadaje obowiązki, a nie Stefan. No cóż. Stefan był tępy i tyle można powiedzieć.
— I tak wiem, że mam rację — Zawsze mówił, kiedy pracodawca zarzucał mu, że źle coś zrobił. I o dziwo, często okazywało się, że faktycznie miał rację. Co z tego, że było za późno, bo już dawno go wyjebali z roboty.
— Wiktorio! Ty byś mnie nie wyjebała! — Z przekonaniem powiedział niemo do swojej wybranki.
Stefan rzucał palenie
Wytrzymał trzy godziny bez papierosa i stwierdził, że mu potrzebne tabletki Desmoxan. Udał się, ledwo chodząc, do apteki i z żalem wydał 60 złotych. Przekalkulował, że to i tak się opłaca, bo od razu nie rzuci, można palić i po kilku dniach dopiero organizm się bardziej oczyszcza i przyzwyczaja do niepalenia. A na papierosy, wiadomo, że wydaje więcej. Miał potwierdzenie tego faktu, bo kiedyś tak mu się udało. Więc stwierdził, że się opłaca.
Przez kolejne kilka dni zażywał te tabletki i kupował papierosy.
Nie udało się rzucić.
— Spróbuję następnym razem. Trudno.
Stefan raczej nie ubolewał o dziwo z powodu straty pieniędzy, więc postanowił, że za trzy miesiące spróbuje ponownie, bo takie wskazówki były w opisie leku.
Tymczasem palił jeszcze więcej, jak tylko skończyły mu się te farmaceutyki.
Stefan i konkurs literacki
Stefan to twórca. Tego nie można zaprzeczyć. W końcu pisał swoje powieści, więc jakby nie było, tworzył. Nie wiadomo było, jaką mają wartość, bo ich zbytnio nie ujawniał, a poza tym wszystkie nie były jeszcze ukończone. Czasem publikował fragmenty, jako zapowiedzi na swoim profilu na Fejsbok. Niektórzy zalajkowali jego wpisy, a nawet coś napisali, ale była to nieliczna grupa osób, więc Stefan nie przywiązywał do tego wagi.
— A może konkurs literacki? Jest tego w internecie i gdzieś się załapię? — Tak kiedyś się zapytał siebie i zaczął szukać możliwości. Znalazł kilka i wysłał krótkie opowiadanie, lecz nikt się nie odezwał nawet. Tylko z jednego konkursu mu wysłali informację, że wpisowe, żeby wziąć udział, wynosi 95 zł.
Szanowni Państwo. Dziękuję za odpowiedź, ale pierdolcie się. Chciałem wziąć udział w konkursie, a nie płacić za to, że mogę to zrobić.
Z uszanowaniem
Stefan
W taki właśnie sposób Stefan niczym gwiazda filmowa, odpowiedział organizatorowi.
Stefan i jego plany wydawnicze
Wiele planów miał w swoim życiu. Stefan ciągle coś planował. Codziennie miał kolejne pomysły lub też doskonalił te, które, jak sam sądził, realizował. Tak też było z jego książkami, które pisał i chciał wydać. Przeglądał w internecie oferty wydawnictw i jak wiadomo, nic mu z tego nie wychodziło. Postanowił więc, że może spróbuje samodzielnie wydać książkę. Zatem było wiadomo, że potrzebna będzie mu drukarnia. Od kilku miesięcy zastanawiał się nad ofertą jednej z nich, która była chyba najtańsza. Czekał na jakąś promocję. Te promocje były co prawda co chwilę, ale on czekał na jakiś mega bum. Tym bardziej że święta Bożego Narodzenia się zbliżały, to chciał zrobić sobie taki prezent. Miał te kilkaset złotych, które jakimś cudem uzbierał. O dziwo chciał je zainwestować, bo tak myślał, że wydając książkę, inwestuje w swoją przyszłość. Tylko jeden był szkopuł taki, że jeszcze nie skończył żadnej z nowych powieści. Gdy tylko był już na etapie finalizacji, zawsze dochodził do wniosku, że to za mało. Często bywało, że coś znowu poprawiał i w taki oto sposób wszystko wiecznie się przedłużało. Poza tym miał jakiś lęk przed wydaniem.
— A co jak tylko powiedzą, że to lipa? Stracę tylko pieniądze na druk! A kurwa mać! Przecież potrzebna będzie korekta, bo ja sam wszystkiego na pewno nie jestem w stanie zauważyć, że źle napisałem. Nie chcę znowu wydać gniota! Hmmm, mam już dwa gnioty, bo przecież są tomiki moje wydane.
Stefan miał z tymi swoimi książkami niemały problem, bo było ich tyle, że w końcu nie wiedział, jak kontynuować poszczególne tytuły. I gruncie rzeczy, nie miał przez to nic, co byłoby gotowe do publikacji tak, jakby chciał.
— Ja pierdolę, pierdolę, pierdolę! Na święta chciałem zrobić sobie prezent i wydać, chociażby jedną publikację! Dlaczego mam zawsze taki zryty łeb! Dwadzieścia rzeczy na raz i nic ukończonego! — Podsumował swoje działania.
A po chwili…
— Może bym tak połączył wszystko w jedną całość? — Zastanawiał się.
Jednakże doszedł zaraz do wniosku, że wtedy wszystko może się schrzanić, nic nie będzie miało większego sensu. Niby jego powieści oscylowały wokół jednego tematu i to by się zgrywało, to jednak nijak wiedział, jak to wszystko wbudować w sensowny tom.
— Moja adrenalina Wiktorio! Mam już tak zszargane nerwy, że zaraz dostanę jakichś wibracji w mózgu! — Zwrócił się w myślach do swojej wymarzonej.
Prawdę mówiąc, to co mu zależało? I tak raczej nie będzie nikt kupował jego książek, bo każdy, kto go znał, to wiedział, że nic mądrego nie wymyślił. Miał co prawda opinię inteligenta, ale to było lata temu, jak jeszcze był normalny. Teraz raczej i on sam uważał się za skrajnie poczytalnego. Na granicy psychola i debila. Jedyne co mu gładko w tej jego twórczości przychodziło, to to, że pisał, co miał na myśli, bez wyraźnego kontekstu. Tak mu się wydawało. Zresztą jego popaprany umysł, nie ogarniał żadnych podstawowych zasad życiowych, co dopiero jakąś dyscyplinę w pisaniu.
— Przecież ludzie piszą takie bzdety, że w pale się nie mieści, a potem są sławni!
No i w ten sposób znowu Stefan karmił się naiwnością. Prawdopodobnie nie byłoby głupie, jeśliby mu założyć koszulkę z napisem „Jestem dziadem”. Wtedy wszyscy by mu wybaczyli ten jego styl we wszystkim.
Jego próby uporządkowania twórczości były spontaniczne, bez żadnego planu. Może jakby dokładnie przeczytał to, co napisał do tej pory, to udałoby mu się wszystko połączyć w jedną, ciekawą całość? A było już tego na dobre tysiąc stron przecież! Ale nie! Stefan był leniem i nie chciał zaś czytać od początku, a potem głowić się z jakimś połączeniem. Wolał zaczynać od nowa i zaś, gdzieś po setnej stronie, przestać, by zacząć jeszcze coś innego.
— Włączę sobie płytę, którą niedawno recenzowałem. Pierdolę książki! Grają ostry metal, to może jakiś pomysł mi się urodzi znowu.
I przyszło mu na myśl:
Gdzieś na osiedlu żył sobie człowiek, który miał wiele przeżyć. Właściwie to żył tymi przeżyciami, bo chciał bardzo dobrze żyć. Jego życie było do dupy, bo żył z dnia na dzień. Więc pewnego dnia postanowił, że przestanie żyć dotychczasowym życiem. Zastrzelił się.
— Wspaniale! Mam kolejne zdania do powieści! — Był z siebie dumny.
Już zapomniał, że miał się skoncentrować nad jednym projektem, żeby w końcu coś dokończyć!
— Ostra jazda ta muzyka! O czym oni śpiewają? — Słuchał grającą muzykę.
Niewyraźny był wokal, bo to był jakiś black metal. Ale Stefan lubił ostre brzmienia.
— Pojebana ta muzyka — Za chwilę podsumował to, co słuchał.
Stefan pisze list do Wiktorii
Przyszedł mu do głowy list. Chciałby go przeczytać Wiktorii.
Droga Wiktorio!
Od kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłem, to pomyślałem sobie, że na tym świecie jest jeszcze piękno. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, że mogę się zakochać. Jednak stało się tak i nad tym ubolewam, bo nie mogę być obok Ciebie. Jeszcze nie teraz i wybacz mi to. Muszę najpierw pozbierać samego siebie, a dopiero potem ofiarować serce Tobie. Tymczasem nie martw się o te uczucia, bo już wiem, że zawsze będę Cię kochał i nikt, ani nic nie stanie na drodze ku temu, aby ofiarować Ci siebie. Zapewne myślisz sobie, że to pewnie będzie trwało, bo jestem niereformowalny, a mój debilizm przekracza wszelkie granice. Uwierz mi, że się postaram jak najszybciej poukładać moje sprawy tak, aby miało sens życie, jakim zostałem obdarzony. I chociaż chujowo mi to wszystko na razie wychodzi, to jednak jestem przekonany, że pokonam te trudności. Żywię nadzieję, że gdy nastąpi ten dzień, w którym Ci się oświadczę, to będzie najpiękniejsza chwila w naszym życiu. Bo od tego momentu, będzie to nasze wspólne życie. Tak myślę.
Obecnie pracuję nad tym wszystkim. Staram się być normalny, chociaż jest to trudne, bo nie spodziewałem się takiej mojej postawy, która wryła mi się do mózgu i przyzwyczajenia, są dla mnie niczym zeschnięte gówno, którego nikt nie sprząta. I pamiętaj, że jestem Ci oddany. Mimo że nie spodziewałem się tego, że miłość jeszcze mnie okiełzna, to muszę powiedzieć, że to jest dla mnie miłe zaskoczenie.
Twój oddany Stefan.
PS: Zdaję sobie sprawę, że mam zryty łeb, ale udowodnię Ci, że można go naprawić.
— Teraz tylko czekać i mieć nadzieję, że Wiktoria domyśli się, bo chyba ma konto na Fejsie? — Powiedział do siebie.
***
Oczywiście Wiktoria miała konto na tym portalu, bo jakżeż inaczej. Właściwie każdy ma. Tylko pytanie, czy śledzi jego stronę.
I Stefan się doczekał. Przeczytał komentarz.
— No w końcu podoba mi się coś Twojego od pierwszej do ostatniej literki — Napisała Wiktoria w komentarzu, a Stefan był wniebowzięty. Odpisał jedynie „dzięki”, żeby się nadto nie chełpić. Uznał to za dobry znak. I cieszył się tym bardziej, że jednak śledzi Wiktoria jego stronę.
— Zaraz! To nie komentarz do tego listu przecież! — Wnet zorientował się, że Wiktoria napisała pod wierszem, który wcześniej publikował. I w sumie też był zadowolony. Postanowił, że zapisze ten wiersz na poczet nowego tomiku, bo wcześniej nie był przekonany. Wiersz brzmiał następująco:
LOS
Czas leci nieubłaganie
Tkwię wciąż w takim samym stanie
Główne uczucia gdzieś w oddali
Są pominięte nie liczą się wcale
Każdy poranek kolejną udręką
Ociężale bez życia wstaję
Kiedy uśmiech był nie pamiętam
Nic dziwnego nie żyć wolałem
Naprawić się nie da nic
W myślach smutek ciągle
Chociaż troszkę szczęśliwym być
Pragnę naiwnie niemądrze
I tylko w ręku pióro cyfrowe
Przelewam żale uczucia
Powstają smutne zdania nowe
Ja jestem bliski nimi zatrucia
I nie ma żadnej recepty
Rozwiązania choćby na chwilę
Skazany na własne złe szepty
Na to dawno się zgodziłem
Stefan i jego czas
— Znowu tracę czas na pierdoły! — Stefan próbował coś nowego wymyślić. Ciągle coś mu nie pasowało w tym, co pisze. Testował więc nowe treści, jakie przyszły mu do głowy. Potem jak je czytał, to był nawet zadowolony, lecz kiedy się zorientował, że mijają kolejne godziny, a on nic tak naprawdę nie zrobił, to się irytował, delikatnie mówiąc. Czuł, że ma wenę.
— No i chuj z tego, że mam wenę!
Niestety nie był przekonany do swoich tekstów. A przecież ledwo co udał mu się wiersz. No cóż. Stefan właśnie taki był. Zakręcony.
Stefan czytał książkę
Zawziął się od kilku miesięcy na czytanie książek. Jedną czyta już pół roku.
— Nosz kurwa!! Ile można czytać! To cholerstwo ma ponad 800 stron! — Zamknął tym razem na 725 stronie, twierdząc, że już dzisiaj skończy nareszcie.
Minęło trzy dni.
Jeszcze nie skończył, bo zaczął czytać inną książkę…
Stefanowi wysyłają płyty do recenzji
Mimo że Stefan należał do grupy wybitnie uzdolnionych leserów, to jednak od czasu do czasu wysyłali mu na mail różne propozycje współpracy. Wszystko dlatego, że prowadził swoją stronę internetową. Publikował tam informacje kulturalne o dziwo. Sam nie grzeszył kulturą, ale jak mu przysyłali coś o koncertach, płytach, książkach itd., to chętnie publikował, a nawet sam swoimi słowami opisywał te różne dzieła, wcześniej zmuszając się do ich albo czytania, albo słuchania.
Ostatnio wysłali propozycję płyty muzycznej jakiegoś zespołu z Węgier. Nie odpowiadało mu to, bo nie zna węgierskiego. Więc nie odpisywał.
— E tam, zarobiony jestem, nie będę słuchał, czegoś madziarskiego, bo w ogóle nie kumam tego języka i na dodatek to typowy death metal, więc co napiszę? Że lider zespołu prawdopodobnie chlał miesiąc czysty spirytus i dlatego ma taki przeżarty wokal, którego pewnie nawet jakby śpiewał po polsku, bym nie zrozumiał? Ni chuja — Zbuntował się.
Nie dość, że chcą mu dać coś ciekawego do roboty, wysłać płytę, którą będzie miał na własność, to jeszcze mu nie odpowiadało. On w sumie był takim księciem, czuł się wybranym, jednostką społeczeństwa, która zasługuje na szczególne uznanie i wyjątkowe traktowanie. Szkoda, że nie urodził się w emiratach arabskich w rodzinie szejków. Tam mają kasy w bród tacy. Pewnie by się nadawał. Tak często sobie myślał.
Stefan i jego wypłata
Pierwszy już dawno minął. Była sobota trzeciego grudnia, a Stefan nadal nie miał wypłaty. Szukał gdzieś w internecie, do jakiego dnia miesiąca pracodawca musi wypłacić. Okazało się, że do piętnastego nawet, o ile inaczej nie było ustalone.
— Którego ja właściwie miałem mieć wypłatę? — Szukał w umowie, ale nie było zapisane. No cóż, pracował, a nawet nie wiedział, kiedy mieli mu płacić. Tak właśnie Stefan przywiązywał wagę do najważniejszych spraw w swoim życiu. A potem? Żalił się w niebiosa, że jest pokrzywdzony przez los.
Stefan kryminalistą
Pewnego dnia, gdy Stefan przeczytał pewną książkę, w której kobieta uśmiercała dotknięciem dłoni wielu ludzi, wysysała z nich energię, dzięki której mogła żyć, Stefan pomyślał sobie, że może on stanie się jakimś bandytą.
— A gdybym tak kogoś ukatrupił? Na przykład byłą żonę? Ona mi tyle odebrała w życiu, że do tej pory nie mogę się pozbierać, więc warto byłoby zastosować wobec niej jakąś karę! — Zadumał się i w sumie sam siebie zaskoczył tymi myślami. Już od dłuższego czasu nie myślał o byłej żonie, z którą rozwiódł się jakieś ileś lat temu. A już na pewno nie myślał, żeby ją zabić.
— I co wtedy? Miałbym lokum w pierdlu? E nie! Uciekłbym do Sri Lanki — Jego plan nabierał rozmachu.
Za chwilę zastanowił się nad tym, dlaczego akurat ten kraj ucieczki wybrał. Doszedł do wniosku, że raczej nikt by się nie spodziewał, że ucieknie w miejsce, gdzie psy dupą szczekają. Zobaczył na mapie, że to wyspa i są jakieś góry. A lubił góry.
— Pochodziłbym sobie po górach nawet, bo tam są jakieś. Samo ciepełko też chyba!
No ale byłej żony nie widział od ponad dziesięciu lat, więc nie wiedział nawet, czy czasem się nie spóźnił, bo może już od dawna nie żyje. Albo może zamknęli ją w więzieniu lub jakimś psychiatryku? Co w sumie nawet by go ucieszyło. Nie to, żeby był jakimś potworem, ale życzył jej jak najgorzej i cieszyłby się z takiego faktu.
— Kupiłbym wiatrówkę i śledził ją oraz strzelał do niej z ukrycia. To najpierw bym zrobił, żeby trochę ucierpiała, zanim jej skręcę kark. Czy kark skręcić? A w sumie jeszcze nie wiem. Wypadałoby coś bardziej osobliwego zrobić. Miałaby radość na tamtym świecie, że została zajebana w wyjątkowy sposób.
Był okres przed świętami Bożego Narodzenia wtedy, kiedy przyszło mu to do głowy. Zatem pomyślał sobie, że jakby wiedział, gdzie ona pracuje, to zakradłby się pod sklep, bo kiedyś w sklepie właśnie pracowała, i by w przebraniu świętego mikołaja przyszedł jako klient. Poczekałby, jak wszyscy wyjdą i kupiłby butelkę wódki. Dałby na ladę pieniądze i w momencie jak ona by je liczyła, postawioną obok butelkę wziąłby do ręki i walnąłby ją o jej głowę. Pewnie od razu by się roztrzaskała, bo jego była żona, zawsze miała twardy łeb. I na pewno by ją zamroczyło i by upadła. Wtedy on wziąłby kasę fiskalną w ręce i mówiąc:
— Teraz zapłacisz za moje cierpienie przez lata!
Rzuciłby sprzętem w jej głowę na poprawkę. Gdyby jeszcze dawała jakiś znak życia, to wziąłby nóż, który używała do porcjowania mięsa, który leżał obok na ladzie, bo sprzedawała też oprócz alkoholu mięso i rzuciłby nim w jej piersi z największą siłą, jaką miał, z góry, wychylając się jedynie trochę za ladę, żeby inni ludzie, którzy zerkali przez szybę sklepu, myśleli, że on nic takiego nie robi. Ale gdyby jeszcze żyła, to wtedy podszedłby do drzwi wejściowych i zamknął je na zamek, po czym niepostrzeżenie dla ewentualnych gapiów z zewnątrz, udałby się za tą ladę i wtedy dokończył swoje dzieło, wymierzając z ogromną siłą leżącej byłej żonie, odgórnego kopniaka z trepa. Jeśli jeszcze jednak by to też nie pomogło, to dobiłby ją nogą z taboretu, na którym często siedziała, czytając jakieś pismo kobiece w oczekiwaniu na klientów. Wbita noga od krzesła już na pewno by podziałała.
Trup żony by leżał. On natomiast musiałby dyskretnie ulotnić się z miejsca przestępstwa. Więc zrobiłby to tylnymi drzwiami ze szczególną uwagą, gdy wychodzi, rozglądając się wokoło. Wcześniej jednak zajrzałby do komputera i wykasowałby nagranie z monitoringu. Zresztą, zaraz sobie pomyślał, że zanim by przyszedł dokonać tej subtelnej, słusznej zbrodni, to najpierw charakteryzowałby się na jej ówczesnego partnera, z którym była. Bo przypuszczał, że tak było nadal, bo kiedyś dowiedział się o tym od swojej córki, jak jeszcze coś ze sobą rozmawiali. Wszystko byłoby na konkubina. Pomyślał też o odciskach palców i skorzystałby z przezroczystych rękawiczek gumowych, które miałby na ręce, a jego żona by zbytnio nie zwróciła na to uwagi, bo byłby całkiem przezroczyste. Mogłoby się też okazać, że tej kasy fiskalnej dotykał kiedyś jej partner, więc tym bardziej miałby czyste alibi w razie czego i wina padłaby na jej partnera. A gdyby jednak ktoś widział go w tym dniu, to i tak miałby doczepioną brodę, nałożone okulary do czytania z przyciemnianymi szybkami i czapeczkę z daszkiem, a włosy zafarbowałby na jasny blond. Ubrany byłby w jakieś najstarsze i niemodne ubrania, których od lat nie używał, a już najlepiej, jakby je kupił w jakimś lumpeksie.
— No to mam plan! Eureka!
Nazajutrz albo tuż po makabrycznej zbrodni, w prasie ukazałyby się liczne artykuły. Byłby sławny i Stefan wtedy zastanawiał się, jaki przydomek nadaliby mu dziennikarze.
— Może nazwaliby mnie „urzędnik skarbowy”? Bo w sumie kasa fiskalna to jedno z narzędzi zbrodni? — Zastanawiał się Stefan. W jego myślach pojawiły się tytuły wiadomości na pierwszych stronach gazet oraz w serwisach informacyjnych w telewizji i internecie:
„Urzędnik skarbowy rozliczył przedsiębiorczynię z zaległych podatków”
“Egzekucja podatkowa skutecznego urzędnika skarbowego”
„Płać podatki, bo urzędnik skarbowy jest bardzo skuteczny!”
„Urzędnik skarbowy wymierza surową karę!”
— Jakżeż byłoby wspaniale. Pozostałaby mi teściowa, bo też skutecznie spierdoliła mi życie — Podsumował te myśli Stefan.
W taki oto sposób, Stefan mógłby zostać nie tyle mordercą, ile seryjnym zabójcą. Przyszło mu nawet na myśl, że mógłby dać ogłoszenie w jakimś Dark necie, oferując takie usługi dla innych pokrzywdzonych mężów i zięciów.
Przyszło mu też do głowy, że wcześniej napisałby list na komputerze i go wydrukował.
„Zaległość podatkowa w wysokości dziennego utargu, została pobrana dnia…”
Kartkę zostawiłby obok trupa byłej żony.
Stefan i Mikołajki
— Jutro szósty grudnia i mikołaj! — Wykrzyczał po cichu do siebie Stefan, chociaż nie wiedział po co, bo i tak nie będzie żadnego prezentu dla niego. No, chyba że matka coś mu kupi, ale nie liczył na to. Myślał, żeby coś sobie zamówić, jakiś dezodorant, perfum albo spodnie, kurtkę. Jednak co się przymierzał do jakichkolwiek zakupów, to stwierdzał, że nie ma sensu wydawać kasy, bo ma starą kurtkę, nigdzie się specjalnie nie umawiał. To po co mu kolejna? Żeby wisiała? Zresztą nie wychodził z domu prawie wcale, bo miał problemy z chodzeniem. Może jakby latami nie chlał, to by ich nie miał? Tak czasem sobie myślał, ale czasu nie cofnie. A dezodorant? Też niepotrzebny, bo ma jedne perfumy, które o dziwo nie wypił, a była taka sytuacja, że brakło mu alkoholu i go trzepało ostro i miał zwidy, to prawie rozbebeszył buteleczkę i chciał przelać do kieliszka. Na szczęście pojawił się jak zbawienie Robal, jego druh, który miał zwyczaj niespodziewanie postawić mu nawet kilka piw. I to zawsze trafiał na momenty, kiedy to Stefan, akurat był na głodzie z małymi perspektywami, chociażby na jabcoka. Więc biorąc pod uwagę to wszystko, Stefan zrezygnował z zamawiania kosmetyków. Stwierdził też, że nic w ogóle nie kupi, chociaż o dziwo, pomyślał o innych członkach rodziny, bo oprócz matki, miał jeszcze dwóch braci. Nawet już zrobił zamówienie w sklepie kosmetycznym, ale go nie zrealizował. Doszedł do wniosku, że jeśli nie pracuje, to nie ma sensu wydawać matczynych pieniędzy, a potem znowu prosić się jej o kolejne. I tak to robił, ale…
W każdym razie czuł zbliżający się klimat świąt i nawet tak się złożyło, że przysłali mu książkę o mikołaju. Więc chętnie zaczął ją czytać. Te książki, czasem dostawał od wydawnictw, bo potem o nich pisał w internecie. Zatem nie musiał płacić i miał przynajmniej taki materialny zarobek. Uzupełniał w ten sposób braki w swoim słownictwie, które przez lata picia sprowadzało się najczęściej do jednego zdania: No to zdrowie panowie!. Taki toast zawsze wznosił, a to, że wiecznie pił sam (oprócz tego, że czasem z Robalem), to już inna sprawa. Często sam ze sobą rozmawiał i lubił to, bo wiedział wtedy, że ktoś go słucha. Tak sobie tłumaczył.
— Może ktoś niespodziewanie kupi mi jakiś prezent? Ale nie! Nie chcę takiego prezentu kupnego! Chcę Wiktorię jako prezent! Wiktorio, o moja Wiktorio! Wiktorio ma! — Zanucił na koniec monologu piosenkę Dżemu, która podobała mu się najbardziej ze wszystkich, jakie słyszał. To był jego hymn, można by powiedzieć. No i czasem „Czerwony jak cegła”.
— Jestem coraz większym dziadem — Stwierdził nagle. I pomyślał o tym, ile ma lat i, że w swoim życiu niczego nie osiągnął.
Zatem ta mikołajkowa radość w jego sytuacji właśnie w taki sposób się objawiała, że Stefan żalił się sam do siebie i pierdolił wszystko, bo właśnie takim podsumowaniem „Pierdolić to”, kończył piękne rozmyślania o rodzinnej atmosferze świątecznego grudnia. Tak było od lat.
Gdy wieczorem 5 grudnia 2022 roku dumał nad swoją egzystencją, przypomniało mu się, że dostał list polecony.
— Jednak miałem Mikołaja. Muszę pierdolony wykaz majątkowy przedstawić komornikowi — Łatwo domyślić się treści tego listu. Stefan był zadłużony po uszy na kwotę, której do końca życia nie spłaci, nawet nie wiadomo, czy tyle zarobi. O ile w ogóle zarobi jeszcze cokolwiek ponad kilkaset złotych miesięcznie. Bo tyle, co najwyżej mu się trafiało z opublikowanych w internecie treści. A i to też niekoniecznie, bo czasem nie było nic w danym miesiącu.
— Na cholerę uruchomiłem wtedy firmę i w ogóle, po co się przeprowadzałem i zakochałem w tej pindzie! — Wściekły Stefan wspomniał czasy, kiedy to był biznesmenem i zatrudniał nawet ludzi. Był też wtedy w związku z kobietą, do której przeprowadził się na drugi koniec Polski. Wszystko szlag trafił i szkoda było mu nawet o tym wspominać. Niestety, ale nawet tego nie mógł, bo komornicy skutecznie przypominali mu tamte czasy, kiedy to banki go wspierały w biznesie.
Stefan już się uodpornił na szczęście. Przyzwyczaił się, że nie zarobi nigdy dużo, żeby mu ściągnęli z wypłaty każdą kwotę przewyższającą najniższą krajową.
— Nie będę bogaty. Moja perspektywa życia w biedzie to pewna sprawa. Więc srać na to! — Twardo sobie wmawiał, że jest odporny i nie dołuje się z tego powodu. Tak naprawdę, to miał momenty, kiedy to chciał się nawet zabić, gdy tylko pomyślał, że nic w życiu mu się nie należy oprócz jałmużny. To smutne i każdy, kto go znał, współczuł mu. Dlatego też Stefan przez nikogo nie był gnębiony, każdy patrzył na niego z politowaniem i czasem za jego plecami, było słychać:
— Ten to ma życie. A chuj mu w dupę, jak był głupi, to niech ma to, co teraz. Pierdolić go.
Z powodu braku pieniędzy, nie miał kobiety. Chociaż bardzo chciał. Stąd też żywił się płonną nadzieją o Wiktorii.
— Wiktorio, jeszcze nie czas, ale obiecuję, że Cię uszczęśliwię! Choćbym miał umrzeć, to tego dokonam!
I faktycznie. Zdawało się, że mówił prawdę, bo było to realne. W końcu kiedyś umrze…
I dalej
Stefan po mistrzostwach
Innym zmartwieniem Stefana był fakt, że znów nie dożył sukcesu Polaków na mistrzostwach w piłce nożnej. W Katarze dostali manto tuż po wyjściu z grupy od Francuzów.
— Tyle dobrze, że to Francja była, więc być może nawet przegraliśmy z przyszłymi mistrzami, ale na pewno z obecnymi, bo poprzednio oni zdobyli puchar świat — W taki o dziwo delikatny sposób, bo znając Stefana, nie jeden spodziewałby się licznych przekleństw, Stefan podsumował występ polskiej reprezentacji.
— Może, zanim zdechnę, to coś jeszcze wygrają i doczekam się mistrzów.
Siebie też pocieszył i czuł się dumny z tego, że tak potrafi, że może jeszcze podchodzić do porażki optymistycznie. Przy okazji tych rozmyślań, przypomniały mu się czasy, kiedy to on sam trenował i grał mecze piłkarskie w klubie. Zaliczył dwa mecze wewnętrzne w ramach treningu i dwa treningi, ale czuł, że był kiedyś piłkarzem. Kartę zawodnika wyrobili mu, bo dał potrzebne zdjęcie. Nie odebrał jej jednak, bo znudziło mu się zaraz i na trzeci trening co prawda przyszedł, ale z kumplem, zamiast grać, poszli łykać piwo. Mieli jedno, ale i tak się najebali. To było, jak miał jakieś może dwanaście lat.
— Cholera, nie do pomyślenia, że to zrobiłem wtedy — Zastanowił się nad tym faktem.
Teraz z perspektywy na to mógł patrzeć i się dziwić, ale wtedy to był dla niego nie lada wyczyn godny pochwały wśród kolegów. I tak też, jak tylko wieść się rozniosła o tym fakcie, którą zresztą sam rozpowiadał, tak również dotarła do trenera, który go wyrzucił z klubu.
Jego kompanem oczywiście był wtedy Robal. A któż by inny?…
— Robal, pamiętasz dzień, jak nas wyjebali z klubu piłkarskiego? — Zapytał pewnego razu Robala podczas popijawy.
— Nie, bo film mi się urwał — Odpowiedział Robal.
A Stefan pamiętał. Trener poprzez ich kolegów przekazał, żeby się nie pojawiali na odległość do dwóch kilometrów od boiska, bo inaczej wezwie rodziców.
— Niech się wali — Robal i Stefan podsumowali wtedy i już nigdy więcej nie trenowali. Poza tym, że dochodzili do perfekcji w libacjach alkoholowych.
Z czasem nikt im nie dorównywał. Mogli szczycić się najmocniejszymi głowami, podczas gdy reszta ich znajomych, skrupulatnie podążała ku przyszłości, gdzie, jak się okazało po latach, czekały ich niemałe pieniądze. A Stefan, no cóż. Nawet Robal, mimo że pijak, to miał jakąś pracę i osiągnął więcej od niego.
— Piękne i beztroskie to czasy były — Stefan zakończył z zadowoleniem swoje rozmyślania na temat swojej przeszłości…
Wydanie książki
Stefan wciąż myślał o wydaniu kolejnej książki. Gdy tylko gdzieś napisał w tej sprawie, to odpowiedź była wiadoma. Albo trzeba zapłacić, albo po prostu treść nie odpowiadała. Tracił więc nadzieję, że odniesie w tej materii sukces i raczej skłaniał się ku samodzielnemu wydaniu. Jednak było to lepsze niż nic, tym bardziej że pierwsza książka, jaką Stefan wydał, nagle zaczęła się sprzedawać! Ale on pozostawił to wszystko na razie na pastwę losu, czekając do końca roku.
— Poczekam jeszcze na wyniki sprzedaży w grudniu i do stycznia wymyślę jeszcze jakieś treści i może kurwa wreszcie coś dokończę nowego?! — Skarcił się — Od stycznia obiecuję sobie, że sam zrobię kampanię reklamową na wszystko, co wydałem!
Stefan był najzwyczajniej nie w pełni rozumu, bo ciągle powtarzał sobie, że zacznie działać jak profesjonalista, marketingowiec i nigdy tego nie dokonał. A przecież coś znał się na rzeczy, bo od lat siedzi w tych klimatach, przecież prowadził swój biznes nawet! Tak! Trudno w to uwierzyć, ale tak było. Zresztą stąd te wszystkie jego długi.
— Zesram się, a zacznę coś konkret robić! Od przyszłego roku, od pierwszego stycznia i do tego czasu zrobię sobie plan marketingowy! — Miał w końcu plan. Tylko, czy zrealizuje zamierzenia? To inna historia i tego nawet najstarsi górale ani przewidzieć, ani wiedzieć nie potrafią.
Stefan jest głupi, bo jak miał już w miarę ciekawy pomysł na coś, to zaczynał się z tym ociągać. Ciągle to samo. Chciał kontynuować swój bestseller (o ile sprzedaż 53 egzemplarzy książki od 2010 roku, można w taki sposób ją nazwać, no ale on przecież nie był jakimś Stephen King, to może i tak), lecz co miał pomysł, to robił sobie przerwę po kilku zdaniach. Miał poczucie, że mu nie ucieknie wątek i zdecydował, że w głowie go dopracuje. Więc po napisaniu ledwie kilku zdań, często albo się kładł przespać, tłumacząc sobie, że fabuła mu się jeszcze bardziej utrwali, albo zaczynał zajmować się jeszcze innymi rzeczami, które nagle mu się przypomniały.
— Cholera, miałem taki fajny pomysł na rozdział i zapomniałem połowę, mogłem zapisać kurwa!
No i to właśnie wciąż przeżywał. Wiecznie klął na siebie, bo jego dyscyplina pracy, była taka, że nawet nie da się określić jaka.
— Ale okej. Mniej więcej wiem już co, napiszę później. A teraz? — Ledwo była mowa o jego dyscyplinie i znowu nie wiedział, co robić.
I co tu wiele mówić?
Stefan liczy swój czas według papierosów
Stefan palił dużo. Rzadko mu się zdarzało, żeby się powstrzymać dłużej niż na godzinę.
— Jest dwudziesta i mam sześć fajek. Więc jak będę palił co godzinę, to dotrwam do drugiej w nocy. Szlag! Chciałem czytać i pisać do rana i zaś dupa — Miał głupie przekonanie, że jeśli braknie mu papierosów, to już nic nie będzie mógł zrobić.
— Dobra, palę teraz ostatni i kolejny dopiero za półtorej godziny. Wedy dotrwam może gdzieś do czwartej — Próbował zrewolucjonizować swój nałóg.
W ogóle, gdyby tak popatrzeć z boku na niego, to każdy chyba doszedłby do wniosku, że to życie jest co najmniej nienormalne, nie wyrażając się. Raz podejmuje decyzje o konsekwentnych działaniach, bo często takie próby miał, a drugim razem, nie wiedział, co robić i bardziej się nudził, niż cokolwiek zrealizował. No, chyba że w myślach, a i to było dla niego nazbyt skomplikowane.
— Wiem! Napiszę książkę pt. „Desperacja umysłowa” — Wpadł nagle na pomysł. Tylko nie bardzo wiedział, co miałoby kryć się pod tym hasłem.
— Nie, nie wymyślam nic nowego, bo zaś będzie trzeba od początku pisać, a mam mało fajek. Położę się na godzinę — No i zaczął znowu pierdolić wszystko.
Po godzinie wstał do ubikacji. Gdy wrócił, znów miał ochotę pisać, więc włączył komputer. Od razu zmienił zdanie, bo mu oczy się zmrużyły, więc poszedł znowu spać.
Przynajmniej te papierosy jednak zaoszczędził…
Ale nie! Stefan jeszcze się chwilę ociągał.
— A może wiersze napiszę? To krótkie treści, a chyba mam wenę, no i jakieś już tam napisałem, to powoli się uzbiera na kolejny tomik! — Stwierdził.
I poszedł spać, jak tylko wymówił na głos do siebie to zdanie.
Postscriptum od narratora
Pojebany ten bohater.
Stefan zrobił okładkę do swojej książki
¬ Zrobiłem wreszcie wstępny projekt okładki do swojej książki! Jestem debeściak! Ja pierdolę, ile trzeba się natrudzić, jak się nie ma narzędzi i talentu do grafiki! Szukałem pająka, bo tak sobie wymyśliłem, że na okładce będzie i chuj, nie mam żadnego w mieszkaniu, a na dworze, wszystkie pozdychały, bo zima idzie!
Zrobił okładkę, ale doszedł do wniosku, że nie będzie żadnego zdjęcia, a tło srebrzyste. Tyle jego wizualnej weny. Mógł przecież sam coś narysować, ale rysować nie potrafi. Jednak za chwilę doszedł do wniosku, że może kalkę wykorzysta? Jednak nie miał kalki, a do sklepu oczywiście nie pójdzie. Poszedł sprawdzić, czy czasem papieru śniadaniowego nie ma w kuchni. Nie korzystał z takiego, ale może z dawnych lat jeszcze coś zostało. W sumie też jest cienki ten papier.
Jego kreatywność jednak na coś się przydała. Co prawda nie znalazł tego papieru, ale zaraz folię a dokładniej koszulkę do segregatorów na dokumenty.
— Mam pomysła! Włożę do niej wydrukowane zdjęcie pająka i flamastrem narysuję na folii jego szkic. Po czym przyłożę ją na dużą kartkę białego papieru z bloku tekturowego i mocno folię przykleję po brzegach, stosując zszywacz i zrobię ramkę z twardszej tektury z pudełka po książkach, aby folia była mocno naciągnięta i było wyraźnie widać szkic. Żeby obraz nabrał realizmu jeszcze większego, to czubkiem od cyrkla delikatnie, żeby na wylot nie robić wyrw w kartce, wyżłobię szkic. Następnie połamię ołówek tak, aby wyjąć rysik i tym rysikiem, splecionym w kilku kawałkach, żeby grubość pióra była odpowiednia, zamażę wszystko na wypuklinach i po odwróceniu kartki wyjdzie biały zarys twarzy na szarym tle. Bo zarysowane końcówką cyrkla rysy, zapełnią się mniej i w ten sposób uzyskam sepię szkicowanego obrazu, czy chuj wie, jak to się nazywa. Ale zajebisty plagiat! Nie wiedziałem, że jestem taki uzdolniony! — Obmyślił plan i zanim zaczął go realizować, to postanowił znowu się przespać, by wypoczęty, przyłożyć się do żmudnej pracy, która nie wiadomo, czy da mu odpowiednio dobre efekty.
— No zobaczymy. W głowie inaczej, w praktyce inaczej!
Obudził się i podjął decyzję, że jednak nie zrobi tego, bo jeszcze posądzą go o plagiat, bo przecież to będzie zdjęcie kogoś innego. Swoich zdjęć nie miał za bardzo, więc zrobił tylko kolor tła okładki, taki połysk srebrzysty.
— Książka będzie się świeciła jak psu jajca!
Stefan przypomniał sobie o mistrzostwach świata w piłce nożnej
— Ja to nigdy nie zobaczę Polaków, jak zdobywają puchar świata! Albo przynajmniej zagrają o trzecie miejsce. Już 45 lat mam i zaraz pewnie zdechnę i dupa z tego życia będzie — Nagle, nie wiadomo dlaczego, bo przecież uciął sobie drzemkę popołudniową, Stefana przepełnił jakiś żal życiowy.
— Żabojady nas wyjebali. 3—1 w dupę! Po co oni tam pojechali? — Rozgoryczony wspominał mecz ⅛ finału. Faktycznie Polska przegrała z Francją 3—1 i pożegnała się z MŚ w Katarze. Nawet nie ma co szczędzić słów na temat ich występu, bo nic wielce nie pokazali. Większość kibiców i tak o tym wiedziała, jednak jak to zawsze jest, nadzieja, że będzie lepiej, tliła się w każdym Polaku, który kibicuje reprezentacji narodowej.
Stefan tworzył swój CV
Wpadł na pomysł, że stworzy CV w internecie. Znalazł stronę z kreatorem i sumiennie wypełniał poszczególne pola. Napisał o każdej swojej dotychczasowej pracy (o dziwo uzbierało mu się 6 lat pracy na umowy! Ale miał już 45 lat prawie. No cóż…), także kilka zdań o sobie i w ogóle zrobił wszystko, co było konieczne, by stworzyć profesjonalny CV.
— Pierdolone skurwysyny! Prawie dwie godziny pisałem, szukałem świadectw szkolnych i pracy, wypełniałem wszystko, a tu chuj! Żeby pobrać CV, trzeba zapłacić! Zasrańce! Cholera, tyle jest darmowych, a ja akurat trafiłem na płatną usługę. Kurwa. Nawet nic nie napisali na początku! Tylko dopiero jak kliknąłem, żeby pobrać, to okazało się, że mam zapłacić 5,14 zł! A niech was szlag! Takiego wała jak Polska całą! Zrobię sobie bezpłatnie, ale przez was dupki, odechciało mi się! — Stefan wyzywał tak dobre pół godziny.
Współczuł sobie:
— Nie dość, że straciłem w życiu wszystko, nawet zdrowie, to oni chcą ode mnie kasę za to, że chcę pracować!
— Praca nie zając, nie ucieknie — Podsumował i postanowił kiedyś indziej stworzyć CV, ale już na bezpłatnej platformie.
Stwierdził też, że zarósł znowu, więc poszedł do łazienki się ogolić.
— Nie ma maszynki do golenia żadnej? Ja pierdolę…
No i tyle było z jego golenia.
Stefan w siódmym niebie!
Bo rozmawiał w internecie z Wiktorią.
Powoli Wiktoria, którą przecież prawie zabił, stawała się realną kobietą. Znaczy, istniała w sumie na prawdę, ale tylko w wyobraźni Stefan mógł liczyć na coś więcej z jej strony. Niezbyt to go cieszyło, ale faktów nie zmieni, a przynajmniej na razie.
— Wspaniale mi się nią rozmawiało. Dowiedziałem się, że o seksie tylko myślę i żebym sobie nic nie wyobrażał. Niepotrzebnie palnąłem hasło „Cieszę się, że znajdujesz czas dla nas”. To przecież jakbym liczył na to, że będziemy razem — zastanawiał się nad tym. Co prawda sprostował zaraz swoją wypowiedź, lecz zdążył od Wiktorii przeczytać kilka sugestywnych zdań.
— Stefan nie pierdol mi tu! Nie amoruj, bo i tak nie dam ci dupy! Rozumiesz? Nawet nie jesteś taki zły facet, ale myślisz dupą, a nie mózgiem! — Takie zdania odczytał od niej Stefan i zaraz zaczął pisać, że nawet nie pomyślał o bzykaniu.
— Wiktoria, gdybym chciał bzykać, to zamówiłbym sobie kurwę!
Wnet Wiktoria się wkurwiła:
— A ja to nie? Jestem brzydka? Co ty sobie myślisz łajzo! — Odpowiedziała sfrustrowana.
I zrozum kobiety — pomyślał.
— Nie o to chodzi…
— A o co? Bo nie rozumiem! Dajesz mi do zrozumienia, że nie jestem pociągająca i kłamiesz, że nie o to chodzi!
— Pierdol się Wiktoria! Nie będę się tłumaczył! Nie myślałem o seksie!
Nastała przerwa, nic nie napisała przez długi czas i dopiero późnym wieczorem nabazgrała „Dobranoc”.
Stefan myślał o niej jeszcze bardziej i zastanawiał się, o co chodzi.
— Walić to. Idę spać — Powiedział do siebie, a jej nic nie odpisał.
I tyle było romantyczności w ich relacjach.
Stefan i jego wypoczynek
W sumie to Stefan często chodził spać, więc co chwilę wypoczywał…
A i zanim znów poszedł spać, to w końcu jednak zrobił okładkę dla swojej książki, lecz nie wykorzystał techniki rysowania, o której wcześniej myślał. Nie chciało mu się. Więc zrobił zdjęcie swojej wykrzywionej twarzy telefonem komórkowym i przekształcił je w programie komputerowym na szkic ołówkiem.
Gdy już wstał wieczorem, postanowił zrelaksować się na komputerze i wysłać kilka ofert współpracy, głównie do wydawnictw.
— Może znowu ktoś mnie przyjmie do pracy i tym razem będzie lepiej?
Napisał sobie list ofertowy, w którym ogólnie przedstawił, co potrafi i oczywiście miał nadzieję, że niebawem ktoś zainteresuje się jego propozycją. Mimo porażki w poprzednim wydawnictwie nadal miał nadzieję pracować w branży literackiej. Oczywiście wysłał go pocztą elektroniczną do kilku firm wydawniczych.
— Niech będą na razie trzy firmy. Nie chce mi się więcej. I tak takiego kiziora, jak ja nie będą chcieli, ale może jakiś cud się wydarzy. Jeden już był przecież, bo mnie zatrudnili w wydawnictwie. Szkoda, że nie wyszło.
Stefan wymyślił co ma pisać na jego nagrobku
Pewnego wieczoru, gdy był bardzo zmęczony (nie wiadomo w sumie dlaczego, bo przez cały dzień leżał w łóżku), postanowił napisać tekst, jaki miałby się znajdować na jego nagrobku:
„Człowiek, któremu zależało na szczęściu dla wszystkich. Sam go nie odnalazł w swoim życiu. Jego radości były chwilowe, ale nie poddawał się niepowodzeniom. Na wszystko, co złe go spotkało, miał wyjebane…”
— No i niech tak będzie. Tylko, czy ktoś to zrobi? Pewnie nie, ale warto zapisać i oprawię to w ramkę, zawieszę na ścianie z adnotacją „Napiszcie to na moim grobie. Proszę”.
Gdyby zastanowić się nad jego ostatnim życzeniem przed śmiercią, bo z pewnością to jest to życzenie, to pewnie większość uzna, że Stefan był nienormalny.
Stefan myślał, co robią piłkarze i w ogóle
W sumie awansowali na mundial, a podobno minimum sportowe dla nich na tym turnieju, to było wyjście z grupy. Więc osiągnęli swój cel.
— Znakomicie! Niema to jak ambicje polskich piłkarzy. Miało być minimum, to dokonali tego czynu. Jasna cholera, o co być zły? — Zastanawiał się Stefan.
Po kilku dniach od momentu, kiedy Polska odpadała z turnieju, Stefan przeczytał w wiadomościach na jeden ze stron internetowych, że spora część piłkarzy wyjechała na urlop.
— No tak. Dostali przecież setki tysięcy wypłaty, to mają za co! Kurwa, futbol zszedł na psy przez te pieniądze! — Skwitował — Nie mogliby się bardziej wysilić, przecież więcej kasy by zarobili! Ale nie! Bo w klubie im dadzą i boją się o kontuzje! Ja bym pitolił to, ile zarabiam. Wolałbym puchar świata, bo to dopiero wartość, a przecież i tak zarobiłbym w klubach też, a kontuzje zawsze mogą się zdarzyć. Ech, szkoda gadać! Zadzwonię do Robala.
Wybrał numer do swojego kumpla.
— Robal, co się nie odzywasz? Zjadło cię coś? Nawet nie wpadłeś na mundial do mnie!
— Ze soo, kto mówi? Słabo słyszęęęęę! — Odpowiada Robal dziwnym głosem, bardzo powolnie.
— Najebany jesteś? Jasna cholera, wiedziałem, że pewnie chlasz ciągiem i dlatego o mnie zapomniałeś. Zapamiętam to! — Odpowiedział mu Stefan i rzucił słuchawką.
Tak to bywało czasem z Robalem, że ten wpadał w taki ciąg, że nie dawał znaku życia. Stefan dziwił się, że nadal ma jakąś pracę. Ale pracował na budowie, to w sumie tam często sobie popijali. Tak to bywało ze specjalistami w polskim budownictwie.
I przy okazji Stefan pożałował siebie, że nie ma takich zdolności jak remontowanie. Próbował kiedyś, ale raz, że brakowało mu precyzji, nawet gdy ręce mu się nie trzęsły, bo sobie łyknął setkę, a dwa, to w ogóle nie sprawiała mu taka praca przyjemności.
— Ty masz kurwa zarabiać, a nie bawić się, czy czerpać przyjemności z roboty! — Kiedyś Stefanowi powiedział mu świętej pamięci ojciec.
— Będę zarabiał, ale w pracy, którą lubię i zobaczysz jakie duże pieniądze, bo ja mam talent do marketingu, lub czegoś, co wymaga kreatywności! Wykorzystam to! Nie będę zaiwaniał za psie pieniądze, po dziesięć godzin na budowie! — Zbuntował się wtedy Stefan.
— Synu! Kurwa mać! Nie masz nawet odpowiedniej szkoły na taką pracę! Ani talentu! Nie nadajesz się na nic więcej jak tylko do łopaty! Nie mówię tego ze złości, ale to prawda, bo jesteś za tępy na jakieś lepsze stanowisko. Kocham cię synu, ale serio, nic nie potrafisz, nawet nie wiem, czy łopatą byś dobrze pracował, ale to na szczęście szybko da się przyswoić.
Stefan jednak aż tak bardzo się tym nie przejmował i wciąż żył nadzieją. Udawało mu się nawet zarobić kilka złotych w internecie na swoich treściach i innych zleceniach. W ten sposób przekonał się, że to możliwe.
— Tato. Zarobiłem 300 złotych!
— Co? Wspaniale! Ciesz się. Kiedy zacząłeś pracę? — Odpowiedział ojciec.
— Nie patrzyłem na datę, ale ogłoszenie dałem jakoś dwa miesiące temu i odpowiedziała jedna firma, że mogę zarobić za napisanie kilku artykułów na ich stronę internetową.
— Acha. A długo to robiłeś?
— W sumie to nie długo, bo jakiś miesiąc, po może 3 godziny dziennie, ale wiesz tak na luzie, bez stresu, bo w domu i przy piwku nawet. Wiem, że to nie dużo, ale i pracy też niewiele…
— Co kurwa! — Przerwał mu ojciec — Robiłeś miesiąc po kilka godzin dziennie i zarobiłeś 300 złotych! Jesteś normalny, czy tylko udajesz głupiego i na dodatek cieszysz się z tego?
— No co? Chyba lepsze to niż nic, prawda?
— Spierdalaj! Idź, puszki zbieraj, więcej zarobisz przez miesiąc. Kurwa! — Ojciec maksymalnie się zdenerwował i wyszedł z domu. Trzasnął drzwiami, zza których jeszcze było słychać przekleństwa z jego strony. Wrócił dopiero na następny dzień pod wieczór.
— Synu. Wiesz, co zrobiłem? — Zapytał Stefana po kolacji.
— Nie. Co zrobiłeś?
— Właśnie wydałem 300 złotych od wczoraj na różne rzeczy, głównie na własne przyjemności. Chcę ci o tym powiedzieć i to, że gówno miałem radości z tych przyjemności, bo tylko się ochlałem, bo nic więcej właściwie za takie pieniądze konkretnego nie kupisz, nie wyjedziesz nigdzie! Możesz co najwyżej coś do żarcia i do picia sobie sprawić, na dzień lub dwa, lepszego, ale kurwa mać to są po prostu gówniane pieniądze i małe! Rozumiesz teraz jaką mają wartość?
— Hmmmm. Procentową? Zapachową?
— Jaja sobie robisz cymbale! Nie twój interes, że piję! Mam na to i jeszcze ciebie i matkę żywię, mieszkanie utrzymuję! Ale nie kurwa za 300 złotych miesięcznie pajacu! Wbij to sobie do tej pustej pały i pomyśl w końcu, jak będziesz żył w przyszłości, jak mnie zabraknie!
Wspomniał Stefan czasy, kiedy jego tata jeszcze żył. Niestety ojciec zmarł z powodu przepicia, to było najprawdopodobniejsze. Tak twierdzili lekarze.
Dzień dobry Stefan
Tego dnia Stefan obudził się i od razu uruchomił aplikację Facebook w telefonie. Napisał do Wiktorii „dzień dobry Wiktorio”. Ona odpisała mu tym samym i poczuł się od razu lepiej. Jeszcze zaspany, snuł marzenia o niej, ale zaraz zreflektował się.
— Jestem naiwny. I tak nie mam szans u niej. Może jakbym prawie jej nie zabił na pierwszym spotkaniu, byłoby lepiej — Pomyślał i zrobiło mu się smutno.
Złożył też życzenia znajomym na Fejsie, bo wyskakiwały powiadomienia, że mają urodziny.
— Ciekawy jestem, czy w ogóle ktoś by pamiętał o ich urodzinach, gdyby nie Fejs? — Zastanowił się przy tym.
Za oknem było szaro i tylko troszeczkę śniegu na placach pokrywało trawę, a raczej jej pozostałości, bo większość tych trawników, to wydeptane ścieżki. Jakby ludzie mieli wtedy krótszą drogę, to jeszcze można by zrozumieć jakoś, ale te ścieżki były takie chaotyczne i raczej dłużej nimi się chodziło do sklepów lub gdzieś indziej, niż chodnikiem. Dziwni są ludzie — pomyślał Stefan.