E-book
6.83
drukowana A5
36.17
Pieprzyć jednorożce?

Bezpłatny fragment - Pieprzyć jednorożce?

paranoje smutnego surrealisty


Objętość:
288 str.
ISBN:
978-83-8126-782-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.17

Tej nocy obudziły nas trąby powietrzne. Dobrze, że znaleźliśmy tę opuszczoną chatę. Dobrze, że byliśmy razem. Człowiekowi zawsze raźniej, kiedy czuje obok namacalną obecność drugiego człowieka. Daje mu to swego rodzaju metafizyczną pewność, że jest jeszcze człowiekiem, że świat wokół nie zwariował do końca, bo są jeszcze ci normalni, bo jestem jeszcze ja. Spała, kiedy otworzyłem oczy i spojrzałem w kierunku okna, za którym czerwieniała poświata gasnącego od wczoraj ognia. Powoli, żeby jej nie obudzić, uchyliłem kołdrę i wyszedłem na zewnątrz. Widok był nieziemski. Płonące albatrosy trzepotały bezradnie zakrwawionymi skrzydłami, a zrozpaczone żyrafy ocierały o piasek poparzone grzbiety. Niebo było fioletowe. Od czasu do czasu pojawiały się na nim błękitne refleksy — znak, że kolejny las został zbombardowany. Stałem tak dłuższą chwilę chłonąc z każdym oddechem to fioletowe piekło. Wszystko było mi jedno czy bomba spadnie na mnie. Nie wierzę w przypadki. Gdybym miał umrzeć tamtej nocy, stojąc spokojnie przed drewnianą chatką, nie miałbym nic przeciwko. Jestem gotów na śmierć i chyba wcale jej się nie boje. Śmierć od dziecka zresztą kojarzyła mi się z czymś przyjemnym. Jakaż to musi być ulga być świadomym swego umierania, powolnego znikania z tej ponurej rzeczywistości. Na tym świecie nic nie jest pewne, wszystko jest nijakie, zepsute i nie ma nawet miejsca na marzenia. Na tamtym świecie wszystko jest jasne i proste. Jesteś po prostu roślinką, nad którą słońce nie przestaje świecić nigdy. Przynajmniej tak twierdzą magowie. Zamyśliłem się nad tym wszystkim, nad życiem i umieraniem. Musiałem wyglądać zabawnie ze zmarszczonym czołem i zatroskaną twarzą, bo przelatujące nade mną mewy przyglądały mi się ciekawsko. Jedna z nich zagapiona uderzyła w wysoki drewniany słup stojący nie wiadomo po co pośrodku tej bezkresnej pustyni.

Nagle z prawej strony objął mnie silny podmuch wiatru. Ledwie utrzymałem się na nogach. Zauważyłem nacierającą na naszą chatkę trąbę powietrzną. Nie wyglądała groźnie, jednak postanowiłem ją zbudzić. Czas był już na nas. Nie mogliśmy tam zostać ani minuty dłużej. Wbiegłem do chatki i krzyknąłem ile sił w piersiach:

— Lauro! Lauro! Obudź się! Musimy uciekać!

Potrząsałem chaotycznie bezwładnym, pogrążonym we śnie drobnym ciałkiem kobiety. Laura nie odpowiadała. W ciemności trudno było mi rozpoznać rysy jej twarzy. Cała twarz zlewała się za to w jedną odrażającą, ciemną masę, a może nawet maskę. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że oto otwiera się przede mną portal tej twarzy i wystarczy, że wyciągnę dłoń, zanurzę ją w płynnej materii i będę już poza, zupełnie wolny, szczęśliwy, że nie muszę być więcej świadkiem tych wydarzeń. Wiedziałem, że można do tego wykorzystać Laurę. Znałem moc, jaką nosiło w sobie to ponętne ciało czarownicy. Już miałem wyciągnąć drżącą dłoń ku tej bezosobowej, ciemnej masie, kiedy nagle zamarłem. Przymknąłem powieki i głęboko w duchu przekląłem sam siebie. Laura była moją przyjaciółką, a ja, zamiast ją chronić, stałem nad jej głową i zastanawiałem się co robić, żeby ratować siebie. Poczułem wstręt do tych myśli. Zresztą od pewnego już czasu obrzydłem sam sobie. Wszystko widać zaczęło się we mnie wypaczać. Wszystko powoli niszczyła w środku wojna. Wszystko… czyli to, co czyniło mnie jeszcze człowiekiem, co sprawiało, że za takiego się uważałem. Zwierzęcy instynkt budził się do życia. Nic nie mogłem na to poradzić.

Laura miała na sobie białą suknię, którą, o ile dobrze pamiętam, kupiła dawno temu w pewnej niedrogiej knajpie od wysoko postawionej urzędniczki. Knajpa znajdowała się w niewielkim domku na drzewie, do którego prowadziły dwie liny przewiązane gęsto grubymi, mocnymi węzłami. Laura miała trudność, by wspiąć się tak wysoko. Musiałem jej pomagać i uważać, by nie wysmyknęła się przypadkiem. Suknia prezentowała się na starawej urzędniczce niezwykle lekko i ponętnie. Wykonana była z gołębich piór, tak delikatnych, że stojąc tuż obok niej zauważyliśmy, jak nasze zmęczone oddechy wprawiają w ruch jej wykończone puchem rękawki. Laura spojrzała na mnie błagalnie i uśmiechnęła się. Dobrze znałem ten uśmiech. Po długich targach przy butelce whisky urzędniczka zgodziła się oddać nam suknię za worek krabów. W tamtych czasach trudno było o kraby. Trudno było o cokolwiek. Oczy Laury uśmiechały się do mnie, a ja uśmiechałem się do niej. Było nam dobrze, choć nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, by ułożyć sobie z nią życie jak z normalną kobietą. Była zbyt nietuzinkowa, ekstrawagancka, za bardzo rzucała się w oczy, bym potrafił przystosować się do tego rodzaju związku. Owszem łączył nas pewien przyjacielski, żeby nie powiedzieć braterski, związek, ale to wszystko. To nam wystarczało. To było dobre.

Teraz za to nie było dobrze. Laura nie odpowiadała, leżała na łóżku nieprzytomna. Porywy wiatru za drzwiami stawały się coraz silniejsze. Za chwilę oboje mogliśmy zginąć. Straciłem nadzieję, że uda mi się ją dobudzić. Rezygnując z potrząsania i pokrzykiwania podniosłem jej delikatne ciało, przytuliłem do siebie i wyniosłem z chatki. Obejrzałem się wokoło. Trąba powietrzna przesuwała się szybko w naszym kierunku. Zacząłem biec trzymając w ramionach nieprzytomną czarodziejkę. Starałem się omijać kolejne rodzące się tuż pod moimi stopami tornada, rozszarpywałem piętami spokojne oceany. Wiatr targał suknią Laury i porywał wysoko kolejne piórka. Ta zaś spała spokojnie nieświadoma zupełnie rozpaczliwej sytuacji, w jakiej oboje się znaleźliśmy. Odwróciłem się na chwilę i po raz ostatni zobaczyłem naszą chatkę, a właściwie to, co z niej zostało. Roztrzaskane deski, deseczki i drewniane słupki unosił wysoko w górze wiatr. Słyszałem wokół dziki świst, niebywale piskliwy skowyt, arcypiekielną orkiestrę zła. Nie wiedząc nawet, w którą stronę należałoby biec zacisnąłem mocno powieki i wyszeptałem:

— Lauro, zabierz mnie stąd.

W końcu zdecydowałem biec przed siebie, byle dalej, byle bezpieczniej. Nie widziałem przy tym zupełnie nic — piasek uniesiony przez wiatr wdzierał się w oczy tak, że musiałem mocno zaciskać powieki. Nie wiem jak długo biegłem. Nie wiem, kiedy przestałem biec zsuwając z ramion wciąż nieprzytomną Laurę. Musiałem zasnąć. Nie pamiętam zresztą za wiele. Sen był niezwykle barwny, jaskrawość jego kolorów pieściła wszystkie podświadome zmysły. Karmiłem się tymi doznaniami, byłem ich głodny.

We śnie widziałem ryby, całe ławice, które przemykały obok w szaleńczym tańcu. Dotknąłem jednej z nich i sam stałem się rybą, olbrzymim, tłustym wielorybem. Płynąłem bardzo niezgrabnie, z trudem przebierając na boki monstrualną płetwą. Czułem się niezwykle ciężko, coś jakby przygnieciono mi dłonie dwustukilowym workiem po brzegi wypełnionym węglem. Nie wiem sam skąd nagle w mojej głowie pojawiło się to dziwne skojarzenie. Nigdy przedtem moich dłoni nie przygniatał takich rozmiarów ciężar, a już na pewno nie były to worki. Postanowiłem jednak przestać przejmować się całym tym ciężkim i niezgrabnym chaosem, jaki zapanował w przestrzeni między moją głową a dłońmi. Wytężyłem podświadomość i zacząłem szczegółowo rozpoznawać i badać tajemnicę tego snu. Rozejrzałem się wokół. Mniejsze ryby były wyraźnie zaniepokojone moją obecnością. Na mój widok prychały w nicość ławice liczące ich setki. Po raz pierwszy w życiu poczułem się silny i niezwyciężony. Z nonszalancją przepływałem z jednego końca zbiornika na drugi eksponując dumnie monstrualnych rozmiarów ogon. Pod wodą, ku mojemu zdziwieniu, dominował fiolet. Woda nie była wcale przejrzysta, spoglądając w górę można było dostrzec odłamki kolorowego plastiku unoszące się na rozchybotanej tafli. Ten widok wydał mi się smutny, chociaż nie potrafiłem się tym wcale przejąć. Zacząłem się nawet nieco nudzić. Uciekające na mój widok chuderlawe rybki przestały sprawiać mi przyjemność, a cały ten zbiornik, który, jak mam do dziś nadzieję, nie był akwarium, okazał się dla mnie po prostu zbyt mały. Zamiast doznania oceanicznej wolności czułem się uwieziony między jednym końcem zbiornika a drugim. Pomyślałem sobie wtedy, że zrodziła się w mojej podświadomości żądza posiadania. Chciałem więcej i więcej. Byłem co prawda królem zbiornika, ale to mi nie wystarczało. Wszystko, co tam widziałem i czego doświadczałem sprawiało mi co prawda przyjemność, ale stało się zarazem ciasne. Musiałem ot co poszerzyć horyzont, aż tam daleko, daleko w górę. Tego pożądały moje myśli. Wzbiłem się więc w powietrze (co w przestrzeni snu jest rzecz jasna banalne) i rozłożyłem szeroko białe skrzydła. Zacząłem obserwować zbiornik i całą okolicę z wysoka. Ku mojemu zaskoczeniu cała kraina stała w płomieniach. Płonął pode mną las i widziałem jak leśne zwierzęta wystraszone rozbiegają się w tym chaosie w niewłaściwych kierunkach. Chciałem coś do nich krzyknąć, a może nawet krzyknąłem, ale w tym samym momencie poczułem na plecach dziwną wilgoć. Odwróciłem głowę, a właściwie łeb, bo we śnie udało mi się przeistoczyć z wieloryba w białego ptaka, i zauważyłem, że moje pióra pokrywały drobne kropelki wody. Wyglądało to zupełnie tak, jak gdyby opadła na mnie wiosenna rosa. Kropelki te były tak ciężkie, że z trudem poruszałem skrzydłami. Poczułem się niewolnikiem własnego ciała. Lot nad horyzontem, cała ta podniebna podróż, okazały się bolesne i niebezpieczne. Pomyślałem wtedy, że trudno jest być szczęśliwym. Życie raz po raz przynosi nam jakieś, mniejsze lub większe, rozczarowania. Można być szczęśliwym tylko na chwilę. To banalne odkrycie bardzo mną wstrząsnęło i gorzko we śnie, a może już na jawie, zapłakałem. Nie mogłem dłużej utrzymać się w powietrzu. Zacząłem powoli opadać na ziemię szykując na ostateczny koniec. Pode mną szalały płomienie. Nie sposób było nakierować lotu zmęczonymi skrzydłami tak, by wybrać bezpiecznie miejsce. Takie miejsce zresztą nie istniało, ogień niszczył wszystko. Mogłem tylko w duchu mieć nadzieję, że północny wiatr pozwoli mi opaść na zbiornik znajdujący się w niedalekiej odległości od lasu. Nie byłem pewien swojego końca i zakończenia snu. Zamknąłem oczy i pozwoliłem się nieść delikatnym powiewom. Było to przyjemne, bałem się nawet, że usnę, chociaż usnąć we śnie to chyba niemożliwe. W pewnym momencie poczułem delikatne ciepło wody zlepiające pióra na brzuchu. Przeraziło mnie to, bo pióra zanurzone w wodzie stały się jeszcze bardziej ciężkie, z trudem poruszałem nogami, skrzydłami, rękoma… Czy byłem jeszcze w ogóle poczciwym Salvo?

Otworzyłem oczy. Obok mnie spała słodko Laura. Czułem jej delikatny oddech na lewym policzku. Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy ani jak długo. Pamiętam tylko trąbę powietrzną i to jak przed nią uciekliśmy. Tu, gdzie się obudziłem było na pewno bardzo duszno i bardzo ciemno. Leżałem do bioder zanurzony w jakiejś gęstej cieczy. Znajdowałem się tak naprawdę w pozycji półleżącej, bo było w tym „czymś” strasznie ciasno. Laura spała oparta o moje lewe ramię zwinięta w kłębek. Wokół panowała cisza. Byłem lekko zdezorientowany. Nie cierpiałem co prawda nigdy na klaustrofobię, więc przestrzeń tego „czegoś” nie przerażała mnie, mogłem sobie dalej siedzieć tak w milczeniu z otwartymi oczami udając, że śpię. Niepokoiła mnie tylko nadchodząca reakcja Laury. Przebudzona, zauważywszy, że jesteśmy zamknięci w… ciasnym i ciemnym „czymś” gotowa była wpaść w nieziemską, ba, kosmiczną panikę. Laura bardzo nie lubiła zamkniętych pomieszczeń.

W tej samej chwili, kiedy o tym pomyślałem kobieta poruszyła się nagle i przestałem czuć dotyk jej okrągłych piersi na lewym ramieniu.

— Salvadorze! — usłyszałem w ciemności swoje imię wykrzyknięte tak przepięknie i z taką siłą, że wzruszyłem się zupełnie.

— Tak, jestem tu.

— Tu? To znaczy gdzie? Gdzie jesteśmy? Da się stąd jakoś wyjść?!

Oczami wyobraźni widziałem Laurę w mokrej sukni unoszącą się z gracją i z taką samą gracją bijącą pięściami w ściany i wydzierającą się w niebogłosy: „Ratunku!! Ratunku!!”. Rozśmieszyło mnie to.

— Ciszej Lauro. Na zewnątrz panuje wojna. Naprawdę chcesz, żeby ktoś nas usłyszał?

Laura zaczęła drzeć się jeszcze głośniej.

— Ratunku! Wolę zginąć niż przebywać w obecności wariata! Niech mi ktoś pomoże!

— Dobrze, już dobrze.

Zrezygnowany podniosłem się i z żałością stwierdziłem, że takie sobie siedzenie w ciasnym pomieszczeniu w zupełnym mroku i ciszy było niezwykłym przeżyciem i że właściwie mógłbym odbyć w pozycji półleżącej nieskończenie wiele cudownych snów. Sny były mi przecież tak bardzo potrzebne. Laura dobrze o tym wiedziała. W każdym razie wyciągnąłem przed siebie rękę i dotknąłem palcami powierzchni, która miała być rzekomo ścianą, ale jak się okazało wcale nią nie była. Nie wyczułem betonu ani drewna, materia ta była zupełnie mi obca, chłodna, twarda i obca. Zrobiłem zamach pięścią i z łatwością przebiłem ten dziwny materiał, który oddzielał nas od zewnętrznego świata. Pierwsze nieśmiałe promyki słońca, jakie wkradły się do nas przez wyżłobioną dziurę, nieco uspokoiły Laurę. Zacząłem delikatnie odrywać kawałek po kawałku materiał otaczający tę dziurę, co wychodziło mi zresztą całkiem nieźle i poczułem się dumny z siebie. Mogłem wreszcie zaimponować kobiecie, co rzadko mi się udawało. Laura stojąca tuż obok ochoczo przyłączyła się do tego łatwego acz żmudnego zajęcia. Nasze dłonie niekiedy spotykały się w zawadiackim tańcu poszukiwania wolności. Wreszcie udało nam się oderwać całą górną skorupę.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to morze. Piękne, spokojne, błękitne morze. Lekki wiatr kołysał falami, które delikatnie rozbijały o brzeg zmęczone ramiona. Niebo też było błękitne, bezchmurne, szybowały po nim beztroskie albatrosy. Musiało być około południa, bo słońce wisiało już bardzo wysoko i rozpromieniało świat dokoła tak soczyście, że musieliśmy z Laurą mrużyć oczy. Zdziwił nas ten widok morza, albatrosów, wesołego słońca. Laura wzruszyła się pięknie, a na jej twarzy malowało się coś na kształt szalonej radości. Ujęła mnie pod ramię i wyszeptała ze łzami w oczach:

— Jak tu pięknie… Czy wojna już się skończyła?

— Tak, jest pięknie — odpowiedziałem — Nie martwiłbym się na razie jednak wojną. Stoimy tu do kolan zanurzeni we krwi Lauro.

Laura odwróciła natychmiast wzrok odrywając kryształowe oczy od błękitu morza i spojrzała w dół. Jej biała suknia do połowy splamiona była czerwoną mazią.

— Och, nie! Co to takiego?! — kobieta zaczęła podwijać rozpaczliwie poły sukni, jakby miało to jeszcze czemuś zapobiec.

— Wygląda na to, że wykluliśmy się właśnie z jaja — odpowiedziałem z uśmiechem.

Dopiero wtedy Laura zorientowała się, że wyglądamy na świat z na wpół otwartego, olbrzymiego jaja prawie do połowy wypełnionego krwią. Na ziemi obok podstawy jajka-giganta leżały odłamki skorupy, którą przed chwilą z taką łatwością oderwaliśmy. Na twarzy mojej towarzyszki malowało się obrzydzenie zmieszane ze zdziwieniem. Zaczęła przy tym nerwowo przebierać nóżkami i śmiesznie wymachiwać rękoma.

— Fryderyku, proszę… To znaczy ja wcale nie proszę ja żądam, abyś pomógł mi się stąd wydostać! Rozumiesz?! — krzyknęła zrozpaczona.

— Ależ Lauro… Oczywiście, że ci pomogę. Zanim jednak oboje się stąd wydostaniemy, chciałbym abyś zwróciła uwagę na jeden szczegół związany z tym… jakby to odpowiednio ująć… powtórnym narodzeniem…

— Narodzeniem?! Jakim narodzeniem? — przerwała mi w połowie zdania wyraźnie obrażona.

— Przecież to, co przed chwilą się tu wydarzyło, a czego nie tylko byliśmy naocznymi świadkami, ale i aktywnymi uczestnikami to właśnie nasze powtórne narodzenie, zmartwychwstanie. Lauro! Czyż to nie cudowne? Pomyśl tylko narodziliśmy się na nowo, tutaj, teraz, wykluliśmy się z jaja. Ba, z gigantycznego jaja! Odtąd będziemy żyć na nowo dla świata. To jest właśnie to czego tak bardzo potrzebowałem — powtórnych narodzin, by zacząć znów malować, tworzyć. Stać się kreatorem! To przecież mój życiowy cel. Moja misja! Lauro! To wydarzenie może ocalić sztukę!

Zauważyłem, że kobieta wygląda na nieco przerażoną widząc mnie tak podnieconego do granic ostateczności. Przytuliłem ją delikatnie i wyszeptałem:

— Oto narodziłem się, żeby być królem.

Po tych słowach Laura odsunęła się ode mnie wyrywając z uścisku.

— Salvadorze! Jesteś wariatem. Pewnie nie jesteś tego nawet świadomy, ale tak jest. Niech będzie, że narodziłeś… że narodziliśmy się na nowo. Proszę cię jednak wydostań mnie stąd!

Kobieta wyraźnie nie podzielała mojego entuzjazmu. Było mi jednak wszystko jedno. Najważniejsze, że odkryłem w sobie na nowo powołanie, a to jajo stanowiło symbol początku nowej misji. Wszystko układało się nad wyraz pomyślnie. Ach, cóż za genialny sen! Wiedziałem już, że i w tej rzeczywistości będę musiał wznieść się równie wysoko, jak ptak we śnie, to znaczy walczyć z zastanym porządkiem, płoszyć ławice mniejszych rybek i zachłysnąć się świeżym powietrzem nowego świata. Moją bronią miał być oręż sztuki.

— Obejmij mnie Lauro.

Ująłem swą towarzyszkę w pół i wyniosłem ze skorupy. Krew wylewała się z olbrzymiego jaja strumieniami, bo podczas wynoszenia się naruszyliśmy tu i ówdzie jego delikatną materię. To była czysta, ciemnoczerwona, gęsta krew, która krzepła bardzo powoli. Poleciłem Laurze, by weszła do morza i zmoczyła suknię. Sam, zdjąłem z siebie ubranie i zacząłem powoli zanurzać się w zimnej wodzie. Czułem jak woda obejmowała mnie i delikatnie głaskała łydki. Było to niezwykle orzeźwiające doświadczenie. Zamknąłem oczy i idąc tak powoli przed siebie zanurzałem się coraz głębiej i głębiej, aż po szyję. Kiedy woda zaczęła wreszcie przyjemnie łaskotać płatki uszu otworzyłem oczy. Odwróciłem się i zobaczyłem Laurę machającą do mnie z brzegu. Nie miała na sobie sukni i wyglądała jak boska nimfa. Uśmiechnąłem się, unosząc lekko kąciki ust, i odmachałem tej lądowej bogini, po czym nabrawszy powietrza zanurkowałem. Zacząłem opadać lekko w dół. Opadanie podobało mi się. Świat pod wodą wygląda nieco inaczej, jest nieuchwytny i tajemniczy. Widziałem maleńkie rozgwiazdy, meduzy i rybki uciekające przede mną zupełnie jak w moim śnie o wielorybie. Było to piękne stać się częścią tego snu również na jawie, której to jawy do końca nie byłem pewien. Było mi w ogóle trudno odróżniać jawę od snu i odwrotnie. Moja świadomość w obu tych wymiarach funkcjonowała niezwykle swobodnie.

Kiedy znalazłem się na brzegu Laura siedziała na trawie i plotła dla siebie wianek z drobnych białych kwiatów, których nazwy nigdy nie pamiętałem. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że wojna chyba już się skończyła, bo nie słychać żadnych porykiwań, wrzasków ani nie czuć swądu spalenizny. Przysiadłem się do niej i objąłem ramieniem. Nie chciałem sprawiać jej przykrości, więc przemilczałem prawdę. Tak zwykle się robi, żeby utwierdzić kogoś w błędnym przekonaniu. Milczy się tak długo, aż dana osoba zmieni temat. Potem mówi się już o czym innym i nie trzeba milczeć, nie trzeba też mówić prawdy. Sumienie teoretycznie zachowuje więc czystość.

— Będziesz dziś malował? — zapytała nie odrywając wzroku od ręcznej robótki.

— Będę malował teraz.

— Teraz? — zaśmiała się — Co namalujesz? Morze? Zmartwychwstanie? Tyle inspirujących rzeczy wydarzyło się tego dnia. Poza tym jesteśmy tu razem. Zawsze powtarzałeś, że jestem twoją muzą.

— Jesteś nią, to prawda. Dziś namaluję jednak coś bardzo brzydkiego Lauro. Namaluję coś gorszego i groźniejszego od tej wojny.

Laura uniosła wzrok i spojrzała na mnie groźnie.

— Jesteś szalony, Salvadorze…

— Przestań nazywać mnie szaleńcem Lauro! Nasze zmartwychwstanie przeistoczyło mnie przecież w wojownika! — wykrzyknąłem radośnie i szybkim krokiem udałem się na drugi koniec plaży, który pokrywały ostre kamienie. Nie chciałem już widzieć Laury i jej zdumionych oczu, które zawsze wprawiały mnie w przesadne wzruszenie. Musiałem trzymać się z daleka od jakichkolwiek oczu. Było to bardzo ważne dla powodzenia pracy twórczej. Kiedy znalazłem się wystarczająco daleko, usiadłem na jednym z kamieni i zacząłem tworzyć. Oczywiście nie miałem przy sobie płótna ani farb. Miałem za to w kieszeni kilka stron starej gazety z anonsami tanich mieszkań i czarne pióro. Przeglądając pożółkłe kartki z ogłoszeniami przez chwilę wydało mi się jakbym przeniósł się do tamtych beztroskich czasów sprzed wojny, gdzie nie śmierć a raczej bezdomność była chyba jeszcze największym problemem. Tamte czasy były zresztą czasem mojej świetności. Byłem artystą idealnym. Nie… Nie mogłem jednak myśleć o tym, co było dawniej. To przecież już się nie liczyło. To co było ważne, to nasza wojna.

Malowanie sprawiało mi ogromną przyjemność. Tamtego dnia malowałem bez wytchnienia całe popołudnie. Kiedy skończyłem zmęczony uniosłem wzrok zza kartek i moim oczom ukazał się przepiękny widok zachodzącego słońca. Słońce było soczyście czerwone, zupełnie jak krew, w której skąpaliśmy się niedawno z Laurą. Tamten zachód słońca i tamta chwila wydały mi się mistyczne i postanowiłem zapamiętać na całe życie to słońce i jego czerwony blask, tę plażę i pochmurne czoło Laury.

Nagle ku mojemu zdziwieniu poczułem, że tracę równowagę i osuwam twarzą wprost na ostre kamienie tak niefortunnie, że krawędź jednego z nich rozcięła delikatną skórę tuż pod moim okiem. Nie miałem pojęcia co działo się z moim ciałem, które stawało się z każdą sekundą coraz bardziej bezwładne i wiotkie. Próbowałem unieść rękę, ale żaden z mięśni nie reagował. Próbowałem też otworzyć usta i zawołać Laurę — nic z tego. Leżałem przybity do ziemi, a właściwie do kamieni i nic nie wskazywało na to, by położenie to miało się w najbliższym czasie zmienić. Co było przy tym dziwne, a w dodatku znamienne, to fakt, że przy całym tym ogólnym zwiotczeniu bez trudu mogłem unosić i zamykać powieki. Nieco mnie to uspokoiło, chociaż spokój był w tym wypadku zupełnie absurdalnym odczuciem. Całą uwagę postanowiłem w każdym razie skupić na oddechu i tych nieszczęsnych powiekach. Zacząłem oddychać w rytm mrugania lub mrugać w rytm oddychania, sam już nie wiem. W pewnym momencie coś ciężkiego zwaliło mi się na plecy. Tak, dosłownie zwaliło. Moje bezwładne ciało zadrżało boleśnie. Przesunąłem źrenice w kierunku kącików oczu tak mocno, aż mogłem wreszcie zobaczyć skrawek swoich własnych pleców, a na nich… o, zgrozo! Moje nogi! Stały spokojnie na plecach odłączone od ciała i przytupywały rozweselone (o ile nogi w ogóle mogą być wesołe). Potem, bezwładny i przyklejony wciąż lewą stroną twarzy do kamieni, widziałem jak nogi te biegną po kamienistej plaży ku morzu zabawnie podskakując i stukając raz po raz obcasami, pięta o piętę. Coraz bardziej przerażony spostrzegłem, że nogi moje wcale przed brzegiem morza nie miały zamiaru się zatrzymać. Biegły wciąż dalej, a co zdumiewające, unosiły się tuż nad szafirową taflą wody. Biegły ku słońcu lub na spotkanie z nim. Zachodzące słońce jak się zresztą okazało w końcu te nieszczęsne nogi pożarło. Ot, nogi dobiegły, wpełzły doń i już ich nie było. Pogrążyły się w czerwoności samotnej gwiazdy. Wtedy poczułem wreszcie, że jestem znów w stanie władać językiem. Otworzyłem usta i oblizałem je.

— Lauro! Chodź tu szybko! — zawołałem chyba bardziej rozgniewany niż przerażony. Moje rozgniewanie nie miało rzecz jasna nic wspólnego z osobą Laury. Byłem zły na swoje dwie swawolne kończyny, które bogowie jedni wiedzą, gdzie dobiegły. Zbliżająca się kobieta była najwyraźniej rozbawiona widząc mnie leżącego bez nóg, przykutego do skał i zupełnie bezbronnego, jak dziecko. Nie mogła przestać się chichrać, a jej dorodne piersi podskakiwały przy tym wesoło. Wprawiło mnie to w zupełnie zdumienie. Zacząłem się zastanawiać czy ja sam powinienem się w tym wypadku zaśmiać. Czy byłoby to stosowne?

— Dlaczego się śmiejesz? — zapytałem zupełnie zrozpaczony i zdezorientowany — Nie widzisz, że cierpię? Co się dzieje, Lauro?! Spójrz na mnie!

— Ależ ty wcale nie cierpisz Salvo — zaśmiała się Laura- Nie wiem o co ci chodzi. Chociaż nie, masz rację, to musi być bardzo nieprzyjemne leżeć nago na tych ostrych kamieniach. Przestań się wygłupiać i wstawaj już.

— Nago?! — zdumiony uniosłem głowę (jak się okazało musiałem w międzyczasie odzyskać władzę nad ciałem), i spojrzałem w dół. Rzeczywiście, byłem zupełnie nagi, a nogi… no cóż..nogi były dokładnie tam, gdzie powinno być ich miejsce. Czyżby to był tylko sen? Jak to możliwe. Zaraz, zaraz. Zachód słońca, plaża, morze… O, bogini! Cóż to było za błogie uczucie być nagim w tamtej chwili!

— Och… Chyba znów narodziłem się powtórnie- wyszeptałem wzruszony.

Laura przyglądała mi się obojętnie ssąc kciuka lewej dłoni i kiwając z politowaniem głową. Nie śmiała się już tylko wzruszyła ramionami. Podała mi dłoń, a kiedy zdołałem powstać i z niezwykłą przyjemnością poczynić pierwszy krok wprost ku niej odwróciła się plecami i zaczęła brodzić w morzu nieśmiało zanurzając w wodzie białe stopy. Postanowiłem mimo to postać tak chwilę pośrodku plaży, nagi i zupełnie wolny. Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko, wciągając przez nos cały świat jak kokainę. Wdech… wydech… wdech… wydech… Przypomniałem sobie nagle o wojnie i stacjonujących w pobliżu oddziałach. Dobrze byłoby się ubrać na wypadek gdyby nadciągnęło wojsko. Gdyby nie ta wojna pewnie od tamtego momentu w ogóle nosiłbym się nago, ot tak, codziennie. Taka cielesna wolność bardzo pobudza myśli.

Zacząłem rozglądać się dokoła, ale nigdzie nie widziałem swoich spodni i bielizny. Nie rozebrałem się na pewno sam, więc było niemożliwym szukać zgubionych rzeczy tam, gdzie ostatni raz je widziałem lub mogłem przypuszczać, że je zostawiłem. Ostatni raz nosiłem je przecież na sobie. Postanowiłem poprosić o pomoc Laurę. Ta wskazała mi dłonią taflę spokojnego wieczornego morza. Znalazły się zguby! Koszula, spodnie i bielizna, ba, nawet buty dryfowały w wodzie tuż przy brzegu.

— Lauro, czy to twoja sprawka? — spytałem zdenerowany.

— No wiesz… Nie miałabym najmniejszej ochoty oglądać cię nago dłużej niż parę sekund, nawet sekundę! Po co miałabym moczyć Ci ubranie? Jesteś osioł i tyle! — Laura pokazała mi język i rozzłoszczona odeszła na drugi koniec plaży.

— Nie gniewaj się Lauro — krzyknąłem za nią, ale ta albo nie usłyszała, albo udawała, że nie słyszy. Zrezygnowany wyłowiłem z morza ubranie i postanowiłem rozwiesić je na gałązkach krzewu, który rósł tuż przy brzegu. Nie było to wcale łatwe. Za każdym razem, gdy starałem się powiesić na nim kolejną rzecz, wydawało mi się, że krzak się oddala. Wciąż musiałem postępować krok do przodu, a on wciąż mi uciekał. Cóż to znowu… Opuściłem głowę i spojrzałem na ziemię. No tak… Spod krzewu wystawała para kurzych, wykrzywionych obrzydliwie łap. Krzew z kurzymi łapami! Wszystko w czasie wojny wydawało się jednak możliwe, zwieziono na tę planetę całe mnóstwo dziwacznych stworzeń. Postanowiłem nie mówić Laurze o incydencie z krzakiem. Nie mogłem tylko pozwolić mu uciec z moim odzieniem. Postanowiłem wykorzystać do tego jedną z moich sznurówek. Wyciągnąłem ją z buta i przywiązałem krzak do jednej ze skał.

— No! Teraz już mi nie uciekniesz! — zawołałem zadowolony i uśmiechnąłem się jak dziecko. Dawno już nie byłem z siebie tak bardzo dumny i kiedy o tym pomyślałem zrobiło mi się przykro. Moje życie stało się w tamtym czasie nijakie. Monotonia wojny niszczyła je od środka. Zapragnąłem przytulić jak najprędzej Laurę. Ciało kobiece ma właściwości kojące, uwierzcie mi- w każdej sytuacji. Odwróciłem się. Laura siedziała na trawie zapatrzona w przestrzeń, mrok otulał jej ciało. Podszedłem do niej i delikatnie dotknąłem jej włosów. Laura uśmiechnęła się, ale, jak zauważyłem, był to uśmiech nienaturalny i zupełnie nieobecny.

— Widziałam twój obraz — powiedziała nie odrywając oczu od złowrogiego krajobrazu nocy. Bezchmurne niebo zdobiły liczne zastępy drobnych gwiazd. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo jest późno. Nie mieliśmy nawet gdzie się schronić. Mieliśmy tylko siebie, a ja stałem zupełnie nagi i bezradny przed Laurą nie mając jej nic do zaoferowania.

— Podobał ci się? — zapytałem udając spokój.

— Jest w nim coś przerażającego. Sama nie wiem… Kiedyś malowałeś inaczej, byłeś „czysty”.

— Czysty?

— Tak, czysty — podała mi zmięte żółte kartki — Co to właściwie jest?

— Samoloty wojskowe. Namalowałem samoloty wojskowe Lauro.

— Co to takiego „samoloty”? — Laura odwróciła twarz i zapłakało cichutko — Boję się ciebie, Salvo. Te samoloty mnie przestraszyły.

Objąłem ją delikatnie i wyszeptałem do ucha, że wszystko będzie dobrze i nie musi bać się ciemności, samolotów ani mnie. Skulona na trawie przypominała małą, zagubioną dziewczynkę. Ten widok bardzo mnie wzruszył i zapragnąłem posmakować jej ust. Zbliżyłem się do nich, kiedy nagle usłyszeliśmy dobiegające z ciemności rytmiczne pochrapywania i nieco mniej rytmiczne trzaski. Zaniepokoiło mnie to, bo wiedziałem, że ataki plutonu krabów zdarzają się najczęściej w nocy, o czym opowiadał mi niedawno znajomy mag. Czarodziej ten miał zresztą pecha, bo podczas ataku udało mu się w amoku zadeptać generała, co niezwykle rozwścieczyło resztę krabiego oddziału. Mag stracił w walce połowę stopy i od tamtego czasu jedna z jego różdżek zaczęła odmawiać mu posłuszeństwa uważając go za mało atrakcyjnego i godnego uwagi. „Z różdżkami zupełnie jak z babami” — zwykł mawiać, kiedy spotykałem go pijanego w sztok pod jedną z międzyplanetarnych restauracji o wdzięcznej nazwie ‘Urok’.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.17