Przedmowa
Są książki, które czyta się dla fabuły. Są książki, które czyta się dla języka. Są wreszcie takie, które wchodzą pod skórę, bo dotykają czegoś bardzo osobistego: lęku przed przeciętnością, tęsknoty za ryzykiem, głodu sensu, pragnienia, by choć raz w życiu zrobić coś nieodwołalnego. Ta opowieść należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To nie jest tylko historia drogi z jednego punktu na mapie do drugiego. To historia buntu przeciwko bezpiecznej stagnacji, przeciwko życiu odmierzanym rachunkami, dyżurami, terminami i niedzielnym rosołem. A zarazem to historia miłości, która po latach przyzwyczajenia odzyskuje temperaturę, smak i głębię.
Największą siłą tej książki jest jej pozorna niemożliwość. Dwoje ludzi po sześćdziesiątce, nauczycielka i elektryk, wyrusza w pieszą wyprawę bez technologii, bez pieniędzy, bez wygód, za to z uporem, który graniczy z szaleństwem. Brzmi to jak punkt wyjścia do groteski, pastiszu albo czarnej komedii. I rzeczywiście — groteski oraz humoru jest tu bardzo dużo. Jednak autorowi tej opowieści udaje się coś znacznie trudniejszego: sprawić, by absurd nie odbierał historii wiarygodności, lecz przeciwnie — jeszcze mocniej obnażał prawdę o człowieku. Bo przecież najważniejsze decyzje w życiu często wyglądają z zewnątrz niedorzecznie. Miłość, ucieczka, przebudzenie, późny bunt, desperackie szukanie sensu — wszystko to dla obserwatora może wydawać się szaleństwem, a dla przeżywającego jest jedyną możliwą formą ratunku.
To, co szczególnie porusza, to konstrukcja głównej bohaterki. Jolanta nie jest heroską z plakatu, nie jest kobietą „silną” w banalnym, współczesnym sensie tego słowa. Jest zmęczona, obolała, niepewna, czasem śmieszna, czasem uparta ponad rozsądek, czasem granicznie krucha. Właśnie dlatego jest tak przekonująca. Jej głos nie jest głosem osoby, która z góry wie, jak zwyciężyć. To głos kobiety, która przez lata żyła według zasad, jakie narzuciło jej życie, instytucja, małżeństwo, wiek i codzienność, a potem nagle postanowiła zadać pytanie najbardziej niewygodne ze wszystkich: czy to już wszystko? W tej jednej decyzji — by wyjść z domu i wystawić się na próbę — zawiera się ogromny ładunek psychologicznej prawdy. Bo najgroźniejszą formą stagnacji nie jest nieszczęście, lecz przyzwyczajenie do przeciętnego bezpieczeństwa.
Obok Jolanty stoi Marek, postać równie znakomicie napisana, choć zbudowana zupełnie innymi środkami. To człowiek konkretny, praktyczny, oszczędny w słowach, nawykły do rozwiązywania problemów rękami, nie deklaracjami. Jego przemiana jest może jeszcze ciekawsza, bo mniej widowiskowa. Nie ma w niej fajerwerków, tylko ciche przesunięcie środka ciężkości: od mężczyzny, który porządkuje świat według obwodów, bezpieczników i rachunków, do człowieka, który w pewnym momencie odkrywa, że większym zagrożeniem niż ciemny las jest życie przeżyte bez ryzyka. Relacja tej dwójki jest jednym z najpiękniejszych elementów książki. Nie dlatego, że jest idealna, lecz dlatego, że jest prawdziwa. Ich czułość rodzi się nie z romantycznych deklaracji, ale z błota, zmęczenia, wspólnego głodu i wspólnego strachu. To małżeństwo, które odzyskuje siebie nie przy świecach, lecz przy ogniu rozpalonym drżącymi rękami.
Ta książka działa na kilku poziomach jednocześnie. Można ją czytać jako przygodową opowieść drogi. Można czytać jako satyrę na współczesną wygodę i na nasze uzależnienie od technologii, procedur oraz poczucia kontroli. Można czytać jako portret psychologiczny dwojga ludzi, którzy zbyt długo odkładali życie „na później”. Ale można ją także odczytać jako bardzo polską przypowieść. Trasa nie prowadzi przez amazońską dżunglę ani afrykańską pustynię, tylko przez pola, lasy, rowy, kapliczki, obory i przydrożne ciemności. To niezwykle ważne, bo właśnie w tym tkwi literacka przewrotność całego pomysłu: nie trzeba uciekać na koniec świata, żeby skonfrontować się z własną granicą. Czasem wystarczy wyjść z bloku i przestać ufać temu, co oswojone.
Jest w tej narracji coś jeszcze cenniejszego niż sama przygoda: bardzo wyraźna świadomość ceny. Nie ma tu taniej egzaltacji. Nie ma pocztówkowego heroizmu. Ból, głód, strach, upokorzenie, chłód, brud i zagubienie nie są dodatkiem do opowieści, lecz jej sednem. Właśnie dlatego czytelnik nie dostaje laurki o „spełnianiu marzeń”, tylko opowieść o tym, że każde prawdziwe przekroczenie siebie musi kosztować. Literatura faktu, dobry kryminał i psychologia spotykają się tu w jednym punkcie: stawka jest wysoka, napięcie realne, a psychiczne konsekwencje każdej decyzji nieustannie wracają. To książka o ciele doprowadzonym do granicy i o psychice, która pod tą presją odsłania swoje prawdziwe mechanizmy.
Na uwagę zasługuje również ton tej opowieści. Autorowi udaje się utrzymać rzadką równowagę między czułością a ironią. Gdyby było tu tylko cierpienie, książka stałaby się ciężka i jednowymiarowa. Gdyby dominował wyłącznie humor, wszystko zamieniłoby się w farsę. Tymczasem tutaj jedno nieustannie podświetla drugie. Sceny granicznego wyczerpania sąsiadują z komizmem tak naturalnym, że aż bolesnym. I właśnie w tej mieszaninie tkwi wielka prawda o ludzkim doświadczeniu: człowiek najczęściej nie przeżywa rzeczy wielkich w sposób pomnikowy, tylko nieporadny, zabłocony, śmieszny i wzruszający naraz.
Nie sposób nie wspomnieć o tym, jak mocno wybrzmiewa w tej historii temat starzenia się. W kulturze przywykliśmy oglądać dojrzałość jako czas wycofania, zabezpieczania się, porządkowania spraw i schodzenia ze sceny. Ta książka robi coś odwrotnego: oddaje centrum narracji ludziom, których świat najchętniej ustawiłby już przy ścianie, z kubkiem herbaty i telewizorem. Pokazuje, że pragnienie intensywności nie ma daty ważności. Że odwaga nie jest wyłączną własnością młodości. Że ciało, choć słabsze, nadal może stać się narzędziem buntu. To bardzo ważne i bardzo odświeżające.
Równie mocno działa warstwa społeczna. Wędrówka przez Polskę odsłania kraj z perspektywy, jakiej na co dzień nie widzimy: nocnej, bocznej, podskórnej. Polska tej książki nie jest ani folderem turystycznym, ani publicystycznym skrótem. To kraj zobaczony z poziomu błota, pobocza, rowu, obory, kapliczki i lasu. Kraj zamieszkany przez ludzi nieoczywistych, przez zwierzęta, przez przypadek i przez instytucje, które raz ratują, a raz bezradnie przykładają swoje procedury do zjawisk większych od procedur. Dzięki temu opowieść nabiera wymiaru nie tylko osobistego, ale też społecznego i niemal reportażowego.
A finał? Finał tej historii ma w sobie coś z czarnej komedii, coś z greckiej ironii losu i coś bardzo współczesnego. Dochodzi się niemal do bram celu tylko po to, by świat zewnętrzny dopadł bohaterów w ostatnim momencie i nazwał ich doświadczenie po swojemu. To bardzo mocne. Bo nagle okazuje się, że każda wielka wewnętrzna przemiana musi zmierzyć się z językiem instytucji, medycyny, porządku i opinii publicznej. Świat ma własne definicje na to, co jest odwagą, a co obłędem. Ta książka nie daje łatwej odpowiedzi, ale pokazuje z ogromną literacką siłą, jak cienka i niebezpieczna bywa granica między jednym a drugim.
Ostatecznie jest to opowieść nie o przetrwaniu w lesie, lecz o przetrwaniu siebie. O małżeństwie, które przestało być tylko układem codziennych obowiązków, a znowu stało się sojuszem. O kobiecie, która odzyskuje głos i sprawczość nie w deklaracji, ale w czynie. O mężczyźnie, który odkrywa, że jego praktyczność może służyć nie tylko naprawie gniazdek, ale i ochronie sensu. O Polsce, którą można przejść pieszo i zobaczyć na nowo. I wreszcie o tym, że czasami trzeba zgubić drogę, żeby naprawdę wiedzieć, dokąd się idzie.
To książka odważna, oryginalna i zaskakująco czuła. Śmieszna i bolesna zarazem. Dziwna w najlepszym sensie tego słowa. Zostaje w pamięci, bo nie opowiada o przygodzie zastępczej, tylko o prawdziwym ryzyku — i o prawdziwej przemianie. Czytelnik dostaje tu nie tylko opowieść, ale doświadczenie. A po zamknięciu ostatniej strony zostaje z pytaniem, od którego niełatwo uciec: co ja zrobiłem ze swoją wolnością?
Jeżeli dobra literatura ma nas nie tylko zabawiać, lecz także niepokoić, zawstydzać, wzruszać i zmuszać do przyjrzenia się własnemu życiu, to ta książka spełnia wszystkie te warunki z nadwyżką. Warto wejść w tę historię. Warto pobrudzić sobie nią ręce. Warto przejść ją z bohaterami do samego końca. Nawet jeśli po drodze trzeba będzie zrewidować własne pojęcie rozsądku.
A może właśnie zwłaszcza dlatego.
Rozdział 1: Iskra szaleństwa
Nazywam się Jolanta Dębowska i mam sześćdziesiąt lat. Kiedy to piszę, siedzę w kuchni naszego mieszkania na trzecim piętrze bloku przy ulicy Dziewulskiego na toruńskim Rubinkowie, patrzę przez okno na identyczny blok po drugiej stronie ulicy i piję herbatę z cytryną. Taką samą herbatę piłam tu wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia przez ostatnie dwadzieścia osiem lat, odkąd się tu wprowadziliśmy. Z tym że dzisiaj jestem innym człowiekiem. Albo raczej — jestem wreszcie sobą. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Powinnam zacząć od początku, a początek jest taki: jestem nauczycielką języka polskiego w III Liceum Ogólnokształcącym w Toruniu. Byłam nią przez trzydzieści pięć lat. Trzydzieści pięć lat Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza i Schulza. Trzydzieści pięć lat wypracowań pisanych coraz gorzej przez kolejne roczniki, które coraz mniej rozumiały, po co im literatura, skoro mają TikToka. Trzydzieści pięć lat rad pedagogicznych, wywiadówek, dyżurów na korytarzu, kawy z automatu w pokoju nauczycielskim i rozmów z koleżankami o tym, że kiedyś to było lepiej. Trzydzieści pięć lat, które przeleciały tak szybko, że kiedy pewnego poranka spojrzałam w lustro łazienkowe i zobaczyłam sześćdziesięcioletnią kobietę z siwiejącymi włosami i zmarszczkami wokół oczu, nie od razu ją rozpoznałam. Pomyślałam: kto to jest? Gdzie się podziała ta dziewczyna, która w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku, świeżo po studiach, wchodziła do klasy z sercem bijącym jak młot pneumatyczny i wierzyła, że zmieni świat jednym wierszem Herberta?
Nie zmieniłam świata. Świat zmienił mnie.
Ale o tym też jeszcze nie teraz. Teraz powinnam powiedzieć o Marku, bo bez Marka ta historia nie miałaby sensu. Właściwie bez Marka nic w moim życiu nie miałoby sensu — choć były momenty, całe lata nawet, kiedy o tym zapominałam.
Marek Dębowski. Mój mąż od trzydziestu sześciu lat. Elektryk. Człowiek, który potrafi naprawić każdy bezpiecznik, wymienić każde gniazdko, poprowadzić kabel przez ścianę tak, że nie zostanie nawet rysa na tynku — ale nie potrafi powiedzieć mi, że ładnie wyglądam, chyba że mu najpierw przypomnę, że istnieje coś takiego jak komplement. Marek jest spokojny jak głaz narzutowy — taki, jakie leżą na polach wokół Torunia, zostawione przez lodowiec tysiące lat temu i od tamtej pory nieruszone. Ma szerokie dłonie, zawsze lekko popalone od lutownicy, z drobnymi bliznami od przewodów, które czasem go gryzły. Kiedy wraca z pracy, siada w fotelu, zdejmuje buty i mówi: — Jolka, daj mi spokój na piętnaście minut. Po piętnastu minutach jest gotów do rozmowy, ale rozmowa zwykle dotyczy tego, co było na obiad, co będzie na kolację i czy hydraulik już przyszedł naprawić kran w łazience.
Kocham tego człowieka. Kocham go od trzydziestu sześciu lat, choć przez ostatnie dziesięć kochałam go raczej z przyzwyczajenia niż z entuzjazmu. Nie dlatego, że Marek się zmienił — Marek nigdy się nie zmienia, w tym jest cały problem i całe piękno — ale dlatego, że nasze życie zamieniło się w powtarzalny schemat, w kółko, z którego nie widziałam wyjścia.
Schemat wyglądał tak. Budzik o szóstej. Radio w kuchni — Jedynka Polskiego Radia, bo Marek nie uznaje innych stacji. Kawa dla mnie, herbata dla niego. Kanapki z żółtym serem i pomidorem — on lubi z musztardą, ja bez. O siódmej Marek wychodzi do pracy w swoim niebieskim kombinezonie z napisem „Elektro-Mar” na plecach — nazwał tak swoją jednoosobową firmę, kiedy w dziewięćdziesiątym szóstym roku postanowił pracować na swoim. Ja wychodzę o siódmej dwadzieścia, bo szkoła jest bliżej. Wracam o piętnastej albo szesnastej, zależy od dnia. Marek wraca między siedemnastą a dziewiętnastą, zależy od klienta. Obiad — zwykle danie z jednego garnka, bo na gotowanie trzydaniowych posiłków nie mam już ani sił, ani ochoty. W niedzielę robię rosół, bo Marek bez niedzielnego rosołu czuje się, jakby coś mu odebrano. Po obiedzie — telewizor. Marek ogląda Wiadomości, potem jakiś film akcji, potem zasypia w fotelu z pilotem w ręce. Ja oglądam serial albo czytam, ale coraz częściej łapię się na tym, że patrzę w ekran i niczego nie widzę, bo myśli uciekają gdzieś daleko, w miejsce, którego nie potrafię nazwać.
Nasze dzieci dawno wyfrunęły z gniazda. Kamil, nasz syn, ma trzydzieści dwa lata i pracuje w Gdańsku jako informatyk. Dzwoni w niedziele, czasem w środy. Rozmowa trwa siedem minut, bo Kamil jest człowiekiem konkretnym — odziedziczył to po Marku. — Cześć, mamo. Co u was? Zdrowie? Dobrze. U mnie też. To pa. Agnieszka, nasza córka, ma dwadzieścia osiem lat i mieszka w Irlandii, w Cork, gdzie pracuje w jakiejś firmie farmaceutycznej. Agnieszka dzwoni rzadziej, ale jak dzwoni, to rozmowa trwa czterdzieści minut i obejmuje wszystko — od pogody w Cork po jej problemy z chłopakiem, którego nigdy nie widziałam, bo Agnieszka zmienia chłopaków częściej niż ja zmieniam pościel. Po Agnieszce miałam zwykle mokre oczy i poczucie, że moja córka jest gdzieś na końcu świata, w miejscu, gdzie pada deszcz dwieście dni w roku, i że ja nic nie mogę na to poradzić.
Mieszkanie na Rubinkowie jest czyste, ciepłe i śmiertelnie nudne. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Meble z lat dziewięćdziesiątych — mahoniowa meblościanka, którą Marek sam składał przez cały weekend, kanapa z Ikei kupiona w dwa tysiące piątym roku, kiedy w Toruniu wreszcie otworzyła się Ikea i pół miasta tam pojechało, jakby to było otwarcie bram raju. Na ścianach reprodukcje — Monet, bo lubię impresjonistów, i zdjęcie Kamila i Agnieszki z komunii, choć żadne z nich nie chodzi już do kościoła. Na parapecie storczyk, który wiecznie umiera i wiecznie się odradza, jakby nie mógł się zdecydować.
To jest moje życie. To było moje życie. I przez ostatnie kilka lat czułam, że coś we mnie zamiera. Nie umiałam tego nazwać. To nie była depresja — przynajmniej nie kliniczna, nie taka, z którą idzie się do lekarza. To było raczej powolne gaszenie, jak świeca, która się dopala, ale jeszcze się tli i jeszcze daje trochę światła, tyle że coraz mniej, i wszyscy wokół myślą, że świeci, a ona wie, że za chwilę zgaśnie. Życie przeciekało mi przez palce jak piasek w klepsydrze — widziałam to, czułam to, ale nie potrafiłam zacisnąć dłoni.
Były takie wieczory — Marek w fotelu, telewizor, za oknem ciemność i światła identycznych bloków — kiedy łapałam się na myśli tak absurdalnej, że natychmiast ją odrzucałam: a co, gdyby tak wszystko rzucić? Nie rozwód, nie ucieczka, nic z tych rzeczy. Raczej — wyrwanie się. Z tego schematu, z tej klatki, którą sama sobie zbudowałam z bezpieczeństwa, przyzwyczajeń i niedzielnych rosołów. Myśl ta pojawiała się i znikała jak jaskółka za oknem — szybka, ulotna, niemożliwa do złapania. I za każdym razem mówiłam sobie: Jolanta, nie wygłupiaj się. Masz sześćdziesiąt lat. Masz ciśnienie i cholesterol. Jedyne, co ci zostało, to emerytury i spokojne wieczory.
A potem nadszedł tamten czwartek.
Był październik. Pamiętam, bo dęby pod blokiem zaczęły żółknąć i na balkonie było już za zimno, żeby pić poranną kawę — a ja lubiłam pić poranną kawę na balkonie, bo stamtąd widziałam kawałek Wisły, a przynajmniej tak mi się wydawało, choć Marek twierdził, że to nie Wisła, tylko dach hali sportowej błyszczący w słońcu. Wróciłam ze szkoły zmęczona — dwie godziny Lalki z drugą B, która Lalki nie czytała i nie zamierzała czytać, co było widać po ich oczach, pustych jak ekrany wyłączonych telefonów. Zjadłam obiad — makaron z sosem pomidorowym z słoika, bo nie miałam siły gotować nic ambitniejszego. Umyłam naczynia. Usiadłam na kanapie. Włączyłam telewizor. Wyłączyłam telewizor. Wzięłam książkę — jakąś powieść obyczajową, z tych z różową okładką, które czytywałam po dwie w tygodniu, bo były lekkie, łatwe i natychmiast zapomniane. Przeczytałam pięć stron. Odłożyłam. Spojrzałam w sufit.
Marek wrócił o osiemnastej. Słyszałam, jak ściąga buty w przedpokoju — zawsze ściągał lewy but najpierw, potem prawy, i stawiał je równo pod wieszakiem, czubkami do ściany. Potem wszedł do kuchni, nalał sobie wody z kranu i wypił jednym haustem, bo Marek nie pije ze szklanki, tylko z kubka, bo twierdzi, że ze szklanki to za mało. Potem pojawił się w progu salonu.
Miał dziwną minę. Nie taką jak zwykle — zmęczoną, spokojną, markowo-neutralną. Miał minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak. W ręce trzymał książkę. Nie naszą — bo nasze książki stały na półce w meblościance, uporządkowane według mojego systemu, którego Marek nigdy nie zrozumiał i nie próbował. Ta książka była z biblioteki — miała naklejkę na grzbiecie i plastikową folię na okładce.
— Jolka — powiedział i stanął przy kanapie.
— Co? — zapytałam, nawet na niego nie patrząc, bo akurat wpatrywałam się w sufit i liczyłam pęknięcia w tynku (było ich siedem, od lat siedem, nic nowego).
— Byłem w bibliotece.
— Widzę. I co tym razem? Kolejne morderstwo w angielskim dworku?
— Nie. Nie było kryminałów. Wyobrażasz sobie? Cała półka pusta. Pani powiedziała, że ktoś wypożyczył serię, cały Nesbo i całego Coreya.
— Tragedia — mruknęłam.
— No i wziąłem coś innego.
Wtedy na niego spojrzałam. Marek stał z tą książką w ręce jak ministrant z mszałem — trochę niepewnie, trochę uroczyście. Podał mi ją. Spojrzałam na okładkę.
Bear Grylls. Szkoła przetrwania.
Na okładce facet w kurtce khaki stał na tle jakichś gór, z nożem przy pasie i wyrazem twarzy człowieka, który właśnie zjadł surowego skorpiona i prosi o dokładkę. Wyglądał jak ktoś, kto nigdy w życiu nie siedział na kanapie z Ikei i nie jadł makronu z sosem z słoika.
— Co to jest? — zapytałam, choć wyraźnie widziałam, co to jest.
— Książka — powiedział Marek z godnością człowieka, który właśnie odkrył Amerykę i czeka na aplauz.
— Widzę, że książka. Ale dlaczego ta?
Marek wzruszył ramionami. Ten jego gest — uniesienie barków o pół centymetra, ledwo zauważalne, ale ja znałam go od trzydziestu sześciu lat i wiedziałam, że oznacza: „Sam nie wiem, ale coś mnie ciągnęło.”
— Stała na końcu półki. Żadnej innej nie było. Albo ta, albo poradnik hodowli kanarków. Wybrałem tę.
— Survival — powiedziałam, przekładając kartki. Zdjęcia przedstawiały mokradła, dżungle, pustynie i ludzi jedzących robaki. — Marek, w naszym wieku? Ja mam problemy z wejściem na trzecie piętro, a ty chcesz czytać o jedzeniu robaków?
— Nie chcę jeść robaków — powiedział Marek z lekkim oburzeniem. — Chcę poczytać. Co innego czytać, co innego jeść.
— To czytaj — powiedziałam i oddałam mu książkę. — Ja mam swoje.
Wróciłam do różowej powieści obyczajowej. Marek usiadł w fotelu i otworzył Gryllsa. Przez chwilę było cicho. Potem Marek zaczął mamrotać pod nosem — co robił zawsze, gdy czytał coś, co go zaskakiwało. Mruczał, kręcił głową, raz powiedział „O kurczę” na głos, co u Marka jest odpowiednikiem wrzasku przerażenia.
Nie zwracałam na niego uwagi. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Poszliśmy spać o dwudziestej drugiej, jak zawsze. Marek zasnął w trzy minuty, jak zawsze — kładł głowę na poduszce i znikał, jakby ktoś przekręcił wyłącznik. Dar natury, którego mu zazdrościłam od trzydziestu sześciu lat. Ja leżałam w ciemności i nie mogłam zasnąć. Nie wiedziałam dlaczego. Coś mnie swędziało — nie fizycznie, raczej mentalnie. Jakby jakiś myślowy komar brzęczał mi nad uchem i nie dawał spokoju.
Wstałam. Poszłam do salonu. Książka Gryllsa leżała na stoliku przy fotelu Marka, zakładka wsunięta na stronie dwudziestej trzeciej. Marek nie był szybkim czytelnikiem. Wzięłam ją do ręki. Miałam zamiar tylko zerknąć — przejrzeć spis treści, obejrzeć zdjęcia, pośmiać się w duchu z faceta, który pije własny mocz na pustyni, i wrócić do łóżka.
Usiadłam na kanapie. Otworzyłam na pierwszej stronie.
I wtedy coś się stało.
Nie umiem tego dokładnie opisać, bo jestem nauczycielką polskiego, nie poetką, a nawet poeci mają problem z opisaniem momentów, w których coś w człowieku pęka — albo raczej budzi się. Grylls pisał o przetrwaniu w dziczy, o budowaniu schronień z gałęzi, o rozpalaniu ognia bez zapałek, o jedzeniu larw i piciu rosy z liści, o przechodzeniu przez bagna i wspinaniu się na skały, o samotności, strachu, bólu i triumfie. Pisał prostym językiem — żadnych literackich ozdobników, żadnego Schulza, żadnego Gombrowicza. Zdania krótkie jak rozkazy wojskowe. A jednak każde z nich trafiało we mnie jak kamień w szybę.
Czytałam rozdział za rozdziałem. O tym, jak Grylls jadł surowe mięso węża na pustyni Sahara. O tym, jak przepływał lodowatą rzekę w Skandynawii. O tym, jak spał na drzewie w amazońskiej dżungli, otoczony odgłosami, których nie potrafił zidentyfikować. Czytałam, a moje serce biło coraz szybciej, co w moim wieku mogło oznaczać albo emocje, albo zawał, i przez chwilę nie byłam pewna, co wolę.
O pierwszej w nocy byłam na stronie sto pięćdziesiątej. O drugiej — na dwusetnej. Oczy piekły mnie od światła lampki nocnej, którą przeniosłam na stolik przy kanapie. Plecy bolały od niewygodnej pozycji. Ale nie mogłam przestać.
Bo wiecie, co zobaczyłam w tej książce? Nie tylko przygody. Nie tylko techniki przetrwania. Zobaczyłam coś, czego mi brakowało tak bardzo, że nawet nie wiedziałam, że mi tego brakuje, dopóki tego nie zobaczyłam. Zobaczyłam życie. Prawdziwe, surowe, nieokiełznane życie — takie, w którym każda chwila ma znaczenie, w którym nie ma mowy o rutynie, bo rutyna to śmierć, dosłowna śmierć. Zobaczyłam człowieka, który codziennie walczył o przetrwanie i właśnie dlatego czuł, że naprawdę żyje. I pomyślałam o sobie — o kanapie z Ikei, o makronie z sosem z słoika, o pęknięciach w suficie, których było siedem, od lat siedem — i coś we mnie pękło. Tynk mojego życia poszedł w drobny mak.
O trzeciej w nocy skończyłam książkę. Zamknęłam ją, położyłam na stoliku i przez długą chwilę siedziałam w ciemności, bo wyłączyłam lampkę. W mieszkaniu było cicho — tylko zegar w kuchni tykał i Marek pochrapywał za ścianą, miarowo, spokojnie, jak człowiek, który nie ma pojęcia, że jego żona właśnie przeszła rewolucję wewnętrzną.
Nie poszłam spać. Nie mogłam. Chodziłam po mieszkaniu jak duch — z salonu do kuchni, z kuchni do przedpokoju, z przedpokoju do łazienki. Stanęłam przed lustrem. Patrzyłam na siebie — na twarz sześćdziesięcioletniej nauczycielki, zmęczoną, postarzoną, z workami pod oczami od bezsennej nocy. I widziałam w oczach tej kobiety coś, czego nie widziałam tam od lat. Coś, co wyglądało jak ogień.
— Nie bądź śmieszna, Jolanta — powiedziałam do swojego odbicia. — Masz sześćdziesiąt lat, cholesterol dwieście trzydzieści i kolana, które skrzypią na schodach. Nie jesteś Bear Gryllsem. Nie jesteś nikim. Jesteś nauczycielką polskiego z Rubinkowa.
Odbicie patrzyło na mnie i nie odpowiadało. Ale ogień w oczach nie gasł.
Wróciłam do sypialni. Było wpół do piątej rano. Za oknem niebo zaczynało szarzeć — świt w październiku przychodzi leniwie, jakby sam nie miał ochoty wstawać. Marek leżał na plecach, z ręką na piersi, oddychając miarowo. Jego twarz w półmroku wyglądała młodziej — zmarszczki się wygładzały, a rysy łagodniały, i przez chwilę widziałam tego dwudziestoczteroletniego elektryka, który trzydzieści sześć lat temu zaprosił mnie na kawę w barze mlecznym na Starówce i powiedział: „Pani Jolanto, ja nie jestem poetą, ale panią to bym poprosił o drugą kawę.” Wyszłam za niego trzy miesiące później. Mama powiedziała: „Jolka, elektryk? Ty, polonistka, i elektryk?” A ja odpowiedziałam: „Mamo, on ma takie ręce, że jak mnie trzyma, to czuję prąd.” Mama pokręciła głową i powiedziała, że prąd to nie argument. Ale był. Przez wiele lat był.
Usiadłam na brzegu łóżka. Dotknęłam ramienia Marka. Nie zareagował. Potrząsnęłam go lekko.
— Marek.
Nic. Marek spał jak kamień. Jak głaz narzutowy zostawiony przez lodowiec.
— Marek!
Mruknął coś niezrozumiałego. Obrócił się na bok.
— Marek, obudź się. To ważne.
Otworzył jedno oko. Potem drugie. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy człowieka, który nie rozumie, dlaczego świat nie pozwala mu spać.
— Jolka? Która godzina?
— Wpół do piątej.
— Wpół do piątej rano?
— Tak.
— Coś się stało? Piecyk? Pękła rura? Pożar?
— Nie. Nic się nie stało. To znaczy — stało się. Marek, przeczytałam tę książkę. Tego Gryllsa.
Marek zamrugał. Przetarł oczy. Usiadł na łóżku, opierając się o wezgłowie. Wyglądał jak człowiek, który właśnie dowiedział się, że Ziemia jest płaska, i próbuje to przetrawić.
— Przeczytałaś. Całą?
— Całą. Od deski do deski. Marek, ja nie spałam całą noc.
— Widzę — powiedział, patrząc na moje oczy, które musiały wyglądać jak u królika z laboratorium.
— I muszę ci coś powiedzieć.
— Teraz? O wpół do piątej?
— Teraz.
Marek westchnął. To jego westchnienie — ciche, cierpliwe, rezygnacyjne — słyszałam tysiące razy. Oznaczało: „Dobrze, Jolka, mów, co chcesz, bo i tak nie dam rady cię powstrzymać.” Kochałam to westchnienie. Kochałam je od trzydziestu sześciu lat.
Wzięłam głęboki oddech. W głowie miałam huragan — myśli wirowały, zderzały się ze sobą, tworzyły kształty, które jeszcze nie miały nazw. Wiedziałam, co chcę powiedzieć, ale nie wiedziałam, jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak szaleństwo. Bo to było szaleństwo. Wiedziałam o tym. Ale wiedziałam też — z tą pewnością, która przychodzi rzadko w życiu i zwykle o wpół do piątej rano — że czasem szaleństwo jest jedyną rozsądną opcją.
Otworzyłam usta. I powiedziałam zdanie, które zaskoczyło mnie samą. Zdanie, które zmieniło wszystko. Zdanie, po którym nic już nie było takie samo — ani ja, ani Marek, ani nasza kanapa z Ikei, ani nasz niedzielny rosół, ani pęknięcia w suficie, których było siedem, od lat siedem, ale które po tym zdaniu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
— Marek — powiedziałam. — My musimy coś takiego przeżyć.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara w kuchni i odległy szum samochodu na ulicy.
Marek patrzył na mnie. Nie mrugnął. Nie odezwał się. Przez chwilę myślałam, że znowu zasnął z otwartymi oczami — zdarzało mu się to, zwłaszcza przed telewizorem. Ale nie — nie spał. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Nie było w nim zdziwienia — a przynajmniej nie tylko zdziwienie. Było coś jeszcze. Coś, co wyglądało jak rozpoznanie. Jakby Marek usłyszał coś, na co czekał od dawna, nie wiedząc, że czeka.
Potem powiedział:
— Jolka, czy ty wiesz, która jest godzina?
— Wpół do piątej — powtórzyłam.
— Wpół do piątej rano — powiedział Marek. — O wpół do piątej rano moja żona, sześćdziesięcioletnia nauczycielka polskiego, budzi mnie, żeby mi powiedzieć, że chce jeść robaki i spać pod gołym niebem.
— Nie powiedziałam nic o robakach.
— Ale o tym jest ta książka, prawda?
— Między innymi. Jest też o ogniu, wodzie, schronieniach, nawigacji po gwiazdach…
— I o robakach.
— I o robakach. Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest…
Zatrzymałam się. Bo jak powiedzieć komuś — nawet komuś, z kim śpisz w jednym łóżku od trzydziestu sześciu lat — że właśnie zrozumiałaś, iż twoje dotychczasowe życie było poczekalnią? Że siedziałaś w poczekalni i czekałaś, nie wiedząc na co, a teraz wiesz? Jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało jak dialog z jednego z tych seriali, które oglądam wieczorami, gdy Marek śpi w fotelu?
— Najważniejsze jest to — powiedziałam wreszcie — że my nie żyjemy, Marek. My istniejemy. Wstajemy, jemy, pracujemy, oglądamy telewizor i kładziemy się spać. I następnego dnia to samo. I następnego. I następnego. Jak chomiki w kołowrotku. I tak do końca. A ja nie chcę tak do końca. Nie chcę umrzeć na tej kanapie z Ikei, z pilotem w ręce, patrząc w telewizor, w którym ktoś inny przeżywa przygody, które mogłyby być moje.
Marek milczał. Patrzył na swoje dłonie — te szerokie, popalone, pokryte drobnymi bliznami dłonie elektryka. Obracał je, jakby widział je po raz pierwszy.
Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam. Nie powiedział: „Jolka, zwariowałaś.” Nie powiedział: „Idź spać, pogadamy rano.” Nie powiedział: „W naszym wieku?” Powiedział:
— Wiesz co, Jolka? Ja ostatnio naprawiam gniazdka u jednego faceta na Bielanach. Ma wielki dom, ogród, trzy samochody. I wiesz, co on robi? Cały dzień siedzi w domu i narzeka, że go plecy bolą. Ma pięćdziesiąt lat, dom za dwa miliony i życie jak talerz zimnej zupy. I ja mu naprawiam gniazdko, i myślę sobie: Marek, czy ty jesteś lepszy? Ty przynajmniej nie masz domu za dwa miliony, ale tę zimną zupę to masz taką samą.
Spojrzałam na niego. Marek wciąż patrzył na swoje dłonie.
— Więc co? — zapytałam. Serce mi biło tak, że słyszałam je w uszach.
Marek podniósł głowę. Spojrzał mi w oczy. I powiedział, powoli, każde słowo oddzielnie, jakby układał z nich instalację elektryczną — przewód po przewodzie, połączenie po połączeniu:
— Jolka. Jest wpół do piątej rano. Nie spałaś całą noc. Jutro masz lekcje, ja mam robotę u tego faceta na Bielanach. Masz sześćdziesiąt lat, ja mam sześćdziesiąt jeden. Oboje mamy ciśnienie i kolana jak stare zawiasy.
Przełknęłam ślinę. Wiedziałam, co teraz powie. Powie: „Nie.” Powie to łagodnie, z tym swoim cierpliwym westchnieniem, i pogłaszcze mnie po ręce, i powie, żebym poszła spać, i rano wszystko wróci do normy — kanapa, herbata, radio, rosół w niedzielę, pęknięcia w suficie.
Ale Marek nie powiedział: „Nie.”
Marek powiedział:
— Ale wiesz co? Ten facet na Bielanach poczeka. Gniazdko mu nie ucieknie.
I uśmiechnął się. Marek rzadko się uśmiecha — nie dlatego, że jest ponury, lecz dlatego, że oszczędza uśmiechy na chwile, które naprawdę tego warte. Widziałam ten uśmiech może kilkanaście razy w ciągu trzydziestu sześciu lat. Przy ślubie. Przy narodzinach Kamila. Przy narodzinach Agnieszki. Kiedy dostał swoją pierwszą własną furgonetkę z napisem „Elektro-Mar.” Teraz.
Nie powiedział wprost: „Tak, zróbmy to.” Marek nigdy nie mówi wprost. Marek jest jak jego instalacje elektryczne — sygnał musi przejść przez kilka rozdzielnic, zanim dotrze do żarówki. Ale żarówka się zapaliła. Widziałam to w jego oczach.
Siedzieliśmy na łóżku w szarym świetle październikowego świtu — dwoje sześćdziesięciolatków w piżamach, z poduszkami wgniecionymi od snu i włosami w nieładzie — i patrzeliśmy na siebie, jakbyśmy się dopiero co poznali. Jakby te trzydzieści sześć lat się nie wydarzyło. Jakbyśmy znowu siedzieli w barze mlecznym na Starówce, przy drugiej kawie, nie wiedząc jeszcze, co będzie dalej, ale wiedząc, że chcemy się dowiedzieć.
Za oknem wstał dzień. Szary, zwyczajny, październikowy dzień w Toruniu. Na Rubinkowie włączały się światła w oknach, ludzie wstawali do pracy, zaczynał się kolejny taki sam poranek jak tysiąc poprzednich.
Ale nie dla nas. Dla nas ten poranek był pierwszym porankiem nowego życia.
Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka dni będę jeść dżdżownice na kujawskim polu. Że będę piła wodę z kałuży i uciekała przed dzikimi psami. Że będę pełzła przez mokrą trawę, uciekając z romskiego taboru. Że będę leżała w rowie melioracyjnym po pas w brudnej wodzie, z mlekiem kradzionym od krowy w brzuchu i poczuciem absurdalnego szczęścia w sercu. Nie wiedziałam, że za dwa tygodnie policja aresztuje mnie u bram Bazyliki w Licheniu, brudną, wychudzoną i szczęśliwą jak nigdy w życiu. Nie wiedziałam, że trafię na obserwację psychiatryczną i że lekarze będą mnie leczyć elektrowstrząsami z czegoś, co nie było chorobą, lecz przebudzeniem.
Nic z tego nie wiedziałam tamtego poranka.
Wiedziałam tylko jedno: że iskra zapłonęła. I że ten pożar zamierzam karmić do końca.
— Marek — powiedziałam. — Zrobię ci herbatę.
— Z cytryną — powiedział Marek.
— Jak zawsze — powiedziałam.
— Jak zawsze — zgodził się Marek. A potem dodał: — Ale tylko herbata. Reszta niech będzie inaczej.
Wstałam i poszłam do kuchni. Zegar na ścianie pokazywał piątą dwanaście. Radio Marka stało na blacie, czekając na szóstą, kiedy zawsze je włączał. Czajnik stał na kuchence. Kubki — jego i mój, każdy na swoim miejscu — stały na suszarce.
Wszystko było takie samo. I nic nie było takie samo.
Wsypałam herbatę do kubków. Zalałam wrzątkiem. Pokroiłam cytrynę — cienko, jak Marek lubił. Zaniosłam kubki do sypialni. Marek siedział na łóżku, z książką Gryllsa w ręku — wziął ją ze stolika w salonie, kiedy mnie nie było.
— Jolka — powiedział, nie podnosząc oczu znad strony.
— Tak?
— Tu jest napisane, że można jeść mrówki. Surowe.
— Wiem. Przeczytałam.
— Mrówki — powtórzył Marek z namysłem. — Mrówki.
Pił herbatę i czytał. Ja piłam herbatę i patrzyłam na niego. I myślałam: od tego się zaczyna. Od kubka herbaty z cytryną, od książki pożyczonej z osiedlowej biblioteki, od zdania wypowiedzianego o wpół do piątej rano. Od iskry, która może zgasnąć albo zamienić się w pożar. Nasza się zamieniła.
Ale o tym w następnym rozdziale.
Rozdział 2: Debata na Rubinkowie
To, co wydarzyło się przez następne pięć dni, przypominało trochę obrady sejmu, trochę mecz tenisowy, a trochę — i to chyba najbardziej — te nocne rozmowy, które prowadziliśmy z Markiem na początku naszego małżeństwa, kiedy jeszcze mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, że doba była za krótka. Z tą różnicą, że tamte rozmowy dotyczyły zwykle tego, czy pomalować ściany na żółto czy na kremowo i czy stać nas na nową pralkę. Te dotyczyły tego, czy dwoje sześćdziesięciolatków z Rubinkowa jest w stanie przetrwać w dziczy jak komandosi brytyjskiej armii.
Muszę być uczciwa: Marek nie powiedział od razu „nie”. To, co powiedział tamtego poranka przy herbacie, ta jego uwaga o mrówkach i o tym, że reszta niech będzie inaczej — to było otwarcie drzwi, lekkie, ostrożne uchylenie, przez które wpadło trochę światła. Ale między uchyleniem drzwi a przejściem przez nie jest przepaść. I Marek stał w tej przepaści przez pięć dni, wahadłowo przechylając się to w jedną, to w drugą stronę, jak kompas w pobliżu magnesu.
Pierwsza poważna rozmowa odbyła się tego samego dnia wieczorem, po tym jak oboje wróciliśmy z pracy. Ja miałam za sobą sześć godzin lekcji — dwie godziny Lalki z drugą B (nadal nie przeczytali, nadal mieli puste oczy), dwie godziny gramatyki z pierwszą C (zaimki zwrotne, Boże, daj mi siłę) i dwie godziny poezji Szymborskiej z trzecią A, która przynajmniej udawała, że słucha. Marek miał za sobą osiem godzin wymiany instalacji w starej kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu, gdzie przewody były tak stare, że pamiętały Gierka, a może i Gomułkę. Oboje byliśmy zmęczeni. Oboje myśleliśmy o tym samym, choć żadne z nas nie chciało zacząć pierwsze.
Zaczęłam ja. Bo zawsze zaczynam ja. Marek jest człowiekiem reaktywnym — reaguje na bodźce, ale sam ich nie generuje. Ja jestem generatorem. Trzydzieści sześć lat — ja generuję, on reaguje. System działa.
— Marek — powiedziałam, stawiając przed nim talerz z pierogami z mrożonki (nie miałam siły gotować, tak jak wczoraj, tak jak przedwczoraj, tak jak zawsze). — Musimy porozmawiać o tym, co powiedziałam rano.
Marek nałożył sobie pięć pierogów. Polał śmietaną. Posypał cukrem, bo Marek je pierogi ruskie ze śmietaną i cukrem, co jest kulinarne zbrodnia, ale po trzydziestu sześciu latach przestałam walczyć.
— Myślałem o tym — powiedział, nie podnosząc wzroku z talerza.
— I?
— I myślę, że to hormony.
Zamarłam z widelcem w powietrzu. Przez chwilę nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam. Ale usłyszałam doskonale, bo Marek mówi wyraźnie, jak człowiek, który całe życie pracuje w hałasie wiertarek i musi krzyczeć do pomocników.
— Że co, proszę? — zapytałam lodowatym tonem, który moi uczniowie znali aż za dobrze i który oznaczał, że za chwilę ktoś dostanie jedynkę.
— Hormony — powtórzył Marek spokojnie, wkładając pieroga do ust. — Menopauza. Doktorowa Krawczyk mówiła, że menopauza może powodować nagłe zmiany nastroju, nierealistyczne pomysły, potrzebę…
Nie dokończył. Bo ścierka kuchenna — ta w niebieskie kwiatki, którą dostaliśmy od mojej siostry Basi na rocznicę ślubu — trafiła go prosto w głowę. Celnie, precyzyjnie, z siłą, jakiej sama się po sobie nie spodziewałam. Ścierka owinęła się wokół jego ucha i zwisła na ramieniu jak epaulet.
Marek zamrugał. Pierogi na widelcu zadrżały.
— Jolka…
— Menopauza — powiedziałam, a mój głos był tak spokojny, że sam mnie przeraził. — Marek Dębowski, czy ty właśnie powiedziałeś swojej żonie, nauczycielce z trzydziestopięcioletnim stażem, kobiecie, która wychowała dwoje dzieci, opłaciła połowę kredytu za to mieszkanie i trzydzieści sześć lat gotuje ci niedzielne rosołki, że jej pragnienie, żeby wreszcie poczuć, że żyje, to są hormony?
Marek zdjął ścierkę z ramienia. Złożył ją starannie — bo Marek nawet w obliczu gniewu żony składa rzeczy starannie — i położył na stole.
— Przepraszam — powiedział.
— Nie wystarczy.
— Bardzo przepraszam.
— Nadal nie wystarczy.
— Jolka, przepraszam z całego serca i nigdy więcej nie wspomnę o menopauzie.
— Lepiej — powiedziałam i usiadłam z powrotem. Serce mi waliło, a ręce lekko drżały, bo ja nie jestem osobą, która rzuca ścierkami. Przez trzydzieści sześć lat małżeństwa rzuciłam w Marka czymś może trzy razy: raz poduszką, raz gazetą i raz pluszowym misiem, którego Kamil zostawił na kanapie. Ale menopauza. Menopauza! Jakby każda kobieta po sześćdziesiątce, która chce czegoś więcej od życia, musiała mieć na to hormonalne usprawiedliwienie. Jakby ambicja miała termin ważności, po którym zamienia się w objaw kliniczny.
Jedliśmy pierogi w milczeniu. Długim, ciężkim milczeniu, w którym słychać było tylko stukanie widelców o talerze i tykanie zegara w przedpokoju. Marek jadł metodycznie, jak zawsze — pierogi jeden po drugim, każdy dokładnie maczany w śmietanie, każdy przeżuwany dwadzieścia razy, bo Marek gdzieś przeczytał, że trzeba przeżuwać dwadzieścia razy, i od tamtej pory robi to z religijną gorliwością.
Po kolacji umyłam naczynia. Marek wytarł — bo u nas jest tak, że jedno myje, drugie wyciera, od trzydziestu sześciu lat, na zmianę, w poniedziałki ja myję, on wyciera, we wtorki odwrotnie. System. Rutyna. Kołowrotek chomika. Kiedy odłożył ostatni talerz na półkę, stanął przy blacie i powiedział:
— Jolka, ja nie mówię, że to zły pomysł. Mówię, że to szalony pomysł. A szalony i zły to nie jest to samo.
Odwróciłam się do niego. Miał tę swoją twarz — tę poważną, skupioną twarz elektryka, którą przybierał, gdy analizował skomplikowany układ przewodów. Twarz człowieka, który szuka logicznego rozwiązania.
— Więc o czym rozmawiamy? — zapytałam.
— O tym, czy szaleństwo ma jakieś granice.
— Nie ma — powiedziałam. — Na tym polega szaleństwo.
Marek westchnął. I poszedł oglądać Wiadomości. A ja usiadłam przy kuchennym stole, wzięłam serwetkę — zwykłą papierową serwetkę z opakowania kupionego w Biedronce — i zaczęłam pisać.
To był początek tego, co Marek później nazwał „wielką ofensywą serwetkową.”
Przez następne cztery dni, każdego wieczoru, po kolacji, rozkładałam na kuchennym stole serwetki i pisałam na nich argumenty. Traktowałam to jak przygotowanie do lekcji — ja, nauczycielka polskiego, przygotowywałam się do najważniejszej lekcji w życiu. Lekcji, w której uczniem był mój mąż, a tematem — przetrwanie.
Na pierwszej serwetce napisałam: „Całe życie żyliśmy bezpiecznie.”
Na drugiej: „Całe życie żyliśmy nudno.”
Na trzeciej: „Czy naprawdę chcemy umrzeć, nie wiedząc, na co nas stać?”
Kładłam te serwetki przed Markiem jak karty do gry. Marek czytał je w milczeniu, popijając herbatę z cytryną, i kontratakował. Bo Marek, choć nie jest mówcą i nie cytuję poetów, ma żelazną logikę. Logikę elektryka, która jest bezlitosna jak prawo Ohma.
— Jolka, ile ty ważysz? — zapytał drugiego wieczoru.
— A co to ma do rzeczy?
— Ile?
— Siedemdziesiąt osiem kilo — powiedziałam niechętnie, bo kobieta nie lubi mówić o wadze, nawet mężowi, nawet po trzydziestu sześciu latach.
— A ja osiemdziesiąt pięć. Mamy razem sto sześćdziesiąt trzy kilo. Sto sześćdziesiąt trzy kilo, które muszą się przemieszczać po lasach, polach i bagnach. Bez jedzenia. Bez picia. Bez schronienia. W nocy.
— Bear Grylls ważył ponad osiemdziesiąt kilo i jakoś sobie radził.
— Bear Grylls ma trzydzieści lat mniej niż my i przeszedł szkolenie w SAS.
— Ale zasady przetrwania są uniwersalne — ripostowałam, bo akurat to przeczytałam w książce i podkreśliłam ołówkiem. — Grylls sam pisze, że przetrwanie to nie kwestia siły fizycznej, tylko mentalnej. Siła głowy, nie mięśni.
Marek pokręcił głową, ale widziałam, że argument trafił. Marek wierzy w głowę — jest elektrykiem, a elektryk, który nie myśli, jest martwym elektrykiem. Trzydzieści lat pracy z prądem nauczyło go, że najważniejszy mięsień jest ten pod czaszką.
— A kolana? — kontynuował trzeciego wieczoru. — Twoje lewe kolano chrzęści na schodach jak stare radio. Moje prawe jest po skręceniu z dziewięćdziesiątego ósmego, pamiętasz? Spadłem z drabiny u Kowalskich.
— Pamiętam. I pamiętam, że następnego dnia wróciłeś do pracy.
— Bo musiałem. Bo miałem rachunki do zapłacenia.
— No właśnie. Wtedy musiałeś. Teraz chcesz. Wyobraź sobie, Marek, że robisz coś nie dlatego, że musisz, ale dlatego, że chcesz. Kiedy ostatnio robiłeś coś, bo chciałeś?
Marek zamyślił się. Patrzył w sufit — w te same pęknięcia, które ja liczyłam od lat. Milczał długo. Potem powiedział:
— W osiemdziesiątym siódmym. Kiedy poszedłem na mecz Elany z Lechem i wróciłem z podbitym okiem, bo kibice Lecha wzięli mnie za kibica Elany, a kibice Elany za kibica Lecha.
— To było trzydzieści siedem lat temu, Marek. Trzydzieści siedem lat temu ostatni raz zrobiłeś coś, bo chciałeś.
— I dostałem za to w oko.
— I żyłeś! Opowiadałeś o tym przez miesiąc! Każdemu! Nawet listonoszowi!
Marek uśmiechnął się. Ledwo, kącikami ust, ale ja znałam ten uśmiech — uśmiech wspomnienia, które jest jednocześnie bolesne i piękne.
Czwartego wieczoru zmieniłam strategię. Zamiast argumentować, zaczęłam czytać mu na głos fragmenty Gryllsa. Siedziałam przy stole z książką w ręce i czytałam — o tym, jak rozpalać ogień metodą łuku, jak budować schronienie z gałęzi świerkowych, jak nawigować po gwiazdach, jak znaleźć wodę w terenie, gdzie wydaje się, że wody nie ma. Czytałam głosem, którym w szkole czytywałam Pana Tadeusza — z pasją, z modulacją, z pauzami dramatycznymi we właściwych miejscach. Trzydzieści pięć lat czytania na głos przed klasą na coś się przydało.
Marek słuchał. Początkowo z wyrazem twarzy kogoś, kto ogląda wypadek samochodowy — nie chce patrzeć, ale nie może oderwać oczu. Potem z rosnącym zainteresowaniem. Widziałam, jak pochyla się do przodu, jak jego dłonie — te szerokie, popalone dłonie elektryka — zaciskają się na kubku herbaty. Kiedy czytałam o technice rozpalania ognia za pomocą pocierania patyka o deskę, Marek przerwał mi po raz pierwszy:
— To bzdura — powiedział.
— Słucham?
— Pocieranie patyka o deskę. To trwa godziny. Lepiej jest metoda z łukiem — giętka gałąź, sznurek, i obracasz patyk jak wiertło. Szybciej dostajesz tarcie, szybciej dostajesz żar.
Patrzyłam na niego. Marek patrzył na mnie. I oboje wiedzieliśmy, co właśnie się stało — Marek przestał mówić „to szaleństwo” i zaczął mówić „to trzeba zrobić inaczej.” A kto mówi „inaczej”, ten już jest w grze.
Ale piąty dzień — piąty dzień był decydujący. I przyszedł z kierunku, z którego żadne z nas się nie spodziewało.
Marek miał tego dnia robotę u klienta na osiedlu Na Skarpie — jakiś pan inżynier, emerytowany, który chciał wymienić oświetlenie w całym domu na LED-owe, bo przeczytał w gazecie, że LED oszczędza energię i jest ekologiczne. Marek pojechał rano, miał wrócić po południu. Wrócił dopiero o dziewiętnastej. Kiedy wszedł do mieszkania, wyglądał inaczej niż zwykle. Nie zmęczony — zmęczony wyglądał zawsze. Wyglądał wściekły. A Marek wściekły to jest zjawisko tak rzadkie jak kometa Halleya — pojawia się raz na kilkadziesiąt lat i robi wrażenie.
Nie zdjął butów. To był pierwszy sygnał alarmowy — Marek zawsze zdejmował buty, lewy, potem prawy, czubkami do ściany. Tym razem przeszedł przez przedpokój w gumiakach, zostawiając ślady na panelach, i wszedł do kuchni. Usiadł przy stole. Położył dłonie na blacie. I milczał.
— Marek? — zapytałam ostrożnie, bo wściekły Marek jest jak przewód pod napięciem — trzeba się obchodzić delikatnie.
— Jolka — powiedział. — Ten facet. Ten inżynier ze Skarpy.
— Co z nim?
— Opowiadał mi o trawniku.
— O trawniku?
— O trawniku. Przez godzinę. Sześćdziesiąt minut. Stałem na drabinie, wymieniałem mu żarówkę w żyrandolu, a on stał pode mną i opowiadał mi o swoim trawniku. Że trawa jest za wysoka. Że trawa jest za niska. Że sąsiad ma lepszą trawę. Że kupił nawóz fińczyński, ale trawa nie rośnie. Że kupił nawóz japoński, ale trawa rośnie za szybko. Że kret mu ryje pod trawnikiem. Że zamówił firmę od kretów, ale firma od kretów nie przyjechała. Że firma od kretów ma złe opinie w internecie. Że internet kłamie. Że trawa jest za zielona. Że trawa jest za żółta. Przez godzinę, Jolka. Sześćdziesiąt minut mojego życia, którego nikt mi nie zwróci. Sześćdziesiąt minut, podczas których stałem na drabinie i myślałem o jednej rzeczy.
— O jakiej?
Marek podniósł głowę. Patrzył mi prosto w oczy. Widziałam w nich coś, co widziałam tamtego poranka o wpół do piątej — ogień. Nie duży, nie płomień, raczej żar pod popiołem, ale żar prawdziwy, gorący, niebezpieczny.
— Myślałem o tym, że ja nie chcę skończyć jak on. Że nie chcę mieć sześćdziesiąt pięć lat i opowiadać obcym ludziom o trawniku, bo nie mam nic innego do opowiedzenia. Że nie chcę, żeby największym wydarzeniem w moim tygodniu było to, że kret mi ryje pod trawnikiem.
Odłożyłam nóż, którym kroiłam chleb na kolację. Odłożyłam powoli, bo czułam, że to jest ten moment — moment, na który czekałam pięć dni, moment, w którym kompas przestaje się wahać i wskazuje kierunek.
— My nawet nie mamy trawnika — dodał Marek po chwili. I w tym jednym zdaniu było wszystko — gorycz, humor, ironia i rezygnacja człowieka, który przez trzydzieści lat wymieniał innym ludziom gniazdka, naprawiał innym ludziom bezpieczniki, oświetlał inne domy, a do swojego wracał zmęczony, żeby usiąść w fotelu i zasnąć z pilotem w ręce.
— Marek — powiedziałam.
— Dobra, Jolka — powiedział Marek.
To było wszystko. Dwa słowa. „Dobra, Jolka.” Żadnych fanfar, żadnych deklaracji, żadnych przemówień. „Dobra, Jolka” — tak jak mówił trzydzieści sześć lat temu: „Dobra, Jolka, pomalujemy na kremowo.” „Dobra, Jolka, kupimy tę pralkę.” „Dobra, Jolka, nazwiemy go Kamil.” Dwa słowa, które w języku Marka Dębowskiego oznaczały absolutną, nieodwołalną decyzję.
A potem dodał trzecie słowo, które zmieniło wszystko:
— Ale dokąd?
Zaczęło się planowanie.
Usiedliśmy przy kuchennym stole — tym samym stole, przy którym jedliśmy pierogi, piliśmy herbatę i prowadziliśmy pięciodniową debatę — i rozłożyliśmy atlas samochodowy Polski. Stary, z dwa tysiące piątego roku, bo kto dziś kupuje atlasy samochodowe, skoro są GPS-y i Google Maps. Ale my nie mieliśmy zamiaru korzystać z GPS-ów ani Google Maps, więc atlas nam wystarczał. Był trochę pożółkły na brzegach i miał plamę od kawy na stronie z Mazurami — to ja, lata temu, kiedy planowaliśmy wakacje, których ostatecznie nie wzięliśmy, bo Marek dostał pilne zlecenie, a ja miałam poprawkowe matury do sprawdzenia.
— No to gdzie? — zapytał Marek, patrząc na mapę z wyrazem twarzy generała przed bitwą.
— Amazonia — powiedziałam.
Marek spojrzał na mnie ponad okularami do czytania.
— Amazonia.
— Tak. Prawdziwa dżungla. Węże, piranie, anakond y, plemiona indiańskie. Jak u Gryllsa.
— Jolka, bilety lotnicze do Ameryki Południowej kosztują pięć tysięcy od osoby.
— Wiem.
— Mamy na koncie cztery tysiące osiemset. Na dwa bilety nie wystarczy.
— Wiem.
— I potrzebne są szczepienia. Na żółtą febrę, malarię, coś tam jeszcze.
— Wiem. To był test, Marek. Sprawdzałam, czy myślisz.
Marek przewrócił oczami. Ten gest — jedyny nieopanowany gest, na jaki sobie pozwalał — wyrażał jednocześnie irytację i czułość, co jest kombinacją dostępną wyłącznie ludziom, którzy żyją ze sobą ponad trzy dekady.
— Dobra, to Sahara — powiedziałam. — Pustynia. Piasek, słońce, skorpiony. Grylls tam był i pił własny…
— Nie — przerwał Marek stanowczo. — Nie będę pił własnego niczego. I Sahara odpada, bo bilety do Afryki kosztują jeszcze więcej, a paszporty mamy przeterminowane od trzech lat.
— Syberia?
— A co, pociągiem transyberyjskim? Jolka, to nie wycieczka dla emerytów.
— Właśnie! To nie wycieczka! To survival! Przetrwanie! Trzeba cierpieć!
— Można cierpieć taniej — powiedział Marek i ten argument, choć brutalny, był nie do podważenia. Bo nasza sytuacja finansowa była taka, jaka była — dwie emerytury (moja nauczycielska i jego z ZUS-u, bo Marek mimo własnej firmy odprowadzał składki uczciwie) plus dochód z bieżących zleceń. Starczało na życie, na rachunki, na okazjonalny wyjazd nad morze do Łeby i na prezenty dla wnuków, gdybyśmy ich mieli, ale nie mieliśmy, bo Kamil twierdził, że za wcześnie, a Agnieszka zmieniała chłopaków szybciej niż ja pościel.
Na zagraniczne wyprawy survivalowe nas nie stać. To był fakt twardy jak beton.
Siedzieliśmy nad atlasem i patrzeliśmy na mapę Polski. Polska leżała przed nami — zielona, brązowa, poprzecinana niebieskimi nitkami rzek i czerwonymi liniami dróg. Niewielka w porównaniu z Brazylią czy Rosją, ale nasza. I nagle — nie wiem, jak to opisać, bo myśl przyszła tak szybko, że nie zdążyłam jej złapać, zanim wyleciała mi z ust — powiedziałam:
— A po co jechać na koniec świata, skoro możemy przetrwać tutaj?
Marek oderwał wzrok od atlasu.
— Tutaj?
— W Polsce. Na Kujawach. Na naszych polach, w naszych lasach, nad naszymi rzekami. Marek, pomyśl — wszystko, czego potrzebujemy do przetrwania, jest tutaj. Lasy, bagna, pola, ciemność, zimno, głód. Nie trzeba lecieć do Amazonii, żeby być głodnym i zmarzniętym. Wystarczy wyjść z tego bloku bez portfela i telefonu.
Marek milczał. Widziałam, jak myśli — powoli, systematycznie, jak elektryk sprawdzający obwód: punkt po punkcie, połączenie po połączeniu. Nie śpieszył się. Ja też się nie spieszyłam, choć w środku aż mnie skręcało.
— Ale to musiałby być cel — powiedział wreszcie. — Nie możemy po prostu wyjść i błąkać się po polach jak bezdomni. Musi być punkt A i punkt B. Sens. Kierunek.
— Pielgrzymka — powiedziałam.
Słowo samo się powiedziało. Nie planowałam go — wypadło z moich ust jak ptak z klatki, niespodziewanie, lekko, z furkotem skrzydeł. Pielgrzymka. Słowo stare, ciężkie od tradycji, pachnące kurzem kościelnych ławek i śpiewem pątników. Ale w moich ustach, tamtego wieczoru, w kuchni na Rubinkowie, zabrzmiało jak coś zupełnie nowego.
— Pielgrzymka survivalowa — doprecyzowałam, bo widziałam na twarzy Marka lekkie zdumienie. — Nie taka normalna, z autokarem i kanapkami. Pieszo. Przez dzikie tereny. Bez niczego. Jak pątnicy w średniowieczu, tylko gorzej.
— Gorzej niż w średniowieczu?
— Pątnicy w średniowieczu mieli przynajmniej chleb i nóż. My nie weźmiemy nic.
Marek otworzył usta, zamknął je, otworzył ponownie. Wyglądał jak karp w akwarium u Kowalskich, u których wymieniał oświetlenie przed świętami.
— Dokąd? — zapytał wreszcie.
I wtedy mój palec — mój własny palec, z obgryzionym paznokciem i plamą od długopisu, palec nauczycielki polskiego, który przez trzydzieści pięć lat wskazywał uczniom zdania na tablicy — ten palec opadł na mapę i trafił w punkt, który zmienił nasze życie.
— Licheń — powiedziałam.
Marek pochylił się nad mapą. Licheń Stary, województwo wielkopolskie. Bazylika Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej — największy kościół w Polsce, a może nawet jeden z największych w Europie. Miejsce pielgrzymek, cudów, modlitw i dewocji. Złota kopuła widoczna z wielu kilometrów. Miejsce, gdzie ludzie jadą autobusami, samochodami, pociągami — wygodnie, bezpiecznie, z kanapkami w torbie i termosem z kawą.
My mieliśmy iść tam pieszo. Nocami. Przez pola i lasy. Bez kanapek, bez termosu, bez niczego.
— Licheń — powtórzył Marek.
— Licheń.
— Z Torunia do Lichenia.
— Tak.
Marek sięgnął po cyrkiel. Prawdziwy cyrkiel — metalowy, z czasów, gdy Kamil chodził do szkoły. Leżał w szufladzie z innymi reliktami przeszłości: kompasem harcerskim, kątomierzem i piórnikiem, który Agnieszka dostała w trzeciej klasie. Marek otworzył cyrkiel, przyłożył jedno ramię do Torunia na mapie, drugie do Lichenia, a potem przeniósł rozstaw na podziałkę przy krawędzi mapy.
— Sto trzydzieści kilometrów — powiedział. — W linii prostej. Mniej więcej.
— Nie pójdziemy w linii prostej — odpowiedziałam.
— Wiem. Omijanie dróg, osad, ludzi. Zakładam minimum trzydzieści procent więcej. Może ze sto siedemdziesiąt, sto osiemdziesiąt kilometrów realnej trasy.
— Sto osiemdziesiąt kilometrów — powtórzyłam, a liczba zawisła w powietrzu jak dym nad ogniskiem. Sto osiemdziesiąt kilometrów po polach, lasach, bagnach i chaszczach. Nocami. Bez mapy. Bez kompasu. Bez niczego.
Marek odłożył cyrkiel. Wziął serwetkę — jedną z moich serwetkowych argumentów, tę z napisem „Czy naprawdę chcemy umrzeć, nie wiedząc, na co nas stać?” — obrócił ją na drugą stronę i zaczął rysować. Rysował trasę — nie dokładną, bo nie mieliśmy skali, ale schematyczną. Toruń na górze, Licheń na dole. Między nimi — linia wijąca się jak wąż, omijająca małe kółeczka (miasta? wsie?) i podążająca przez puste miejsca na mapie.
— Tędy — mówił, rysując. — Wychodzimy z Torunia na południe. Omijamy Bydgoszcz — za duże miasto, za dużo ludzi. Idziemy przez pola, koło Inowrocławia, ale nie przez Inowrocław. Dalej na południe, w stronę Konina. Przed Koninem skręcamy na południowy zachód, do Lichenia.
— Skąd wiesz, jak iść? — zapytałam, bo Marek nigdy nie był harcerzem, nie chodził na rajdy i jedyne mapy, jakie czytał, to schematy instalacji elektrycznych.
— Gwiazdy — powiedział Marek. — Gwiazda Polarna wskazuje północ. Jak idziemy od niej, idziemy na południe. To proste.
— Proste — powtórzyłam.
— Jak instalacja szeregowa — powiedział Marek. — Jeden punkt po drugim. Jeden krok po drugim. Prąd płynie, żarówka się świeci.
Patrzyłam na niego — na tego mężczyznę, który przed pięcioma dniami powiedział „hormony” i dostał ścierką w głowę, a teraz rysował trasę naszej szalonej pielgrzymki na serwetce z Biedronki, z cyrklem harcerskim w ręce i ogniem w oczach — i poczułam coś, czego nie czułam od lat. Poczułam, że go kocham. Nie z przyzwyczajenia, nie z obowiązku, nie z lenistwa emocjonalnej. Kocham go tak, jak kochałam w barze mlecznym na Starówce — gwałtownie, głupio, całą sobą.
— Marek — powiedziałam.
— Tak?
— Dziękuję.
— Za co?
— Za to, że jesteś szalony.
— Ja nie jestem szalony, Jolka. Ja jestem elektrykiem. Elektryka nigdy nie są szaleni. Szaleni ludzie nie pracują z prądem, bo prąd szalonych ludzi zabija.
— Więc kim jesteś?
Marek zastanowił się. Przez chwilę myślałam, że powie coś praktycznego, coś o amperach albo bezpiecznikach. Ale powiedział:
— Jestem mężem kobiety, która chce jeść robaki. I zamierzam jeść je razem z nią.
To nie było wyznanie miłosne. Nie w konwencjonalnym sensie. Nie było w nim róż, czekoladek, zachodu słońca ani skrzypiec. Było w nim coś lepszego — była w nim decyzja. Decyzja mężczyzny, który trzydzieści sześć lat temu zdecydował się na mnie i teraz, w kuchni na Rubinkowie, przy kuchennym stole zawalonym serwetkami, zdecydował się na mnie jeszcze raz. Na mnie i na szaleństwo, które proponowałam. Na glizdy, kałuże, ciemność i sto osiemdziesiąt kilometrów przez kujawskie pustkowia.
Siedzieliśmy nad mapą do północy. Marek rysował, mierzył, kalkulował — bo Marek musi kalkulować, bez kalkulacji nie jest sobą. Ja piłam herbatę z cytryną i patrzyłam na niego, i myślałam o tym, że ta kuchnia — te dwanaście metrów kwadratowych z linoleum na podłodze, z lodówką, która brzęczy za głośno, z zegarem, który tyka za cicho, z oknem wychodzącym na parking i kontener na śmieci — ta kuchnia jest teraz sztabem dowodzenia. Centrum operacyjnym najdziwniejszej wyprawy, jaką kiedykolwiek zaplanowano na toruńskim Rubinkowie.
Zanim poszliśmy spać, Marek powiedział jeszcze jedno:
— Jolka, wiesz, co jest najgorsze w tym facecie z trawnikiem?
— Co?
— Że on był kiedyś inżynierem. Budował mosty. Prawdziwe mosty, przez prawdziwe rzeki. A teraz martwi się o kreta.
Zgasił światło w kuchni. Na stole zostały serwetki — moje argumenty i jego rysunki. Plan. Marzenie. Szaleństwo w papierowej formie.
Leżeliśmy w ciemności, każde na swojej stronie łóżka, oddzieleni dwudziestoma centymetrami materaca i trzydziestoma sześcioma latami wspólnych nocy. Marek oddychał miarowo, ale nie spał — wiedziałam to, bo kiedy Marek śpi, pochrapuje, a kiedy nie śpi, oddycha cicho, jakby się ukrywał.
— Marek?
— Tak?
— Sto osiemdziesiąt kilometrów to dużo.
— Dużo.
— Moglibyśmy nie dojść.
— Moglibyśmy.
— Moglibyśmy umrzeć.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara i szum wiatru za oknem.
— Moglibyśmy — powiedział Marek wreszcie. — Ale moglibyśmy też umrzeć tutaj, na tej kanapie, przed tym telewizorem. I nikt by nawet nie zauważył różnicy.
To było ostatnie zdanie tego wieczoru. Potem Marek zasnął — słyszałam, jak jego oddech zmienia rytm, pogłębia się, zwalnia. Chrapnął raz, drugi, trzeci. Zasnął z mapą w głowie i szaleństwem w sercu.
Ja nie spałam jeszcze długo. Leżałam w ciemności i myślałam o stu osiemdziesięciu kilometrach. O glizdach. O kałużach. O gwiazdach, które miały nas prowadzić. O policji, od której będziemy uciekać. O psach, dzikach, zimnie, głodzie i strachu. O Bazylice Licheńskiej, która stała gdzieś tam, na południu, ze swoją złotą kopułą lśniącą w słońcu, i czekała.
Czekała na dwoje szalonych sześćdziesięciolatków z Rubinkowa.
Uśmiechnęłam się w ciemności. Po raz pierwszy od bardzo dawna zasypiałam z uśmiechem.
Na stole w kuchni leżała serwetka. Ta z napisem: „Czy naprawdę chcemy umrzeć, nie wiedząc, na co nas stać?” Na odwrocie — mapa narysowana ręką Marka: Toruń na górze, Licheń na dole, a między nimi — kręta linia, wijąca się przez pustą przestrzeń jak ścieżka przez nieznany las.
Za oknem Rubinkowo spało. Bloki stały w ciemności, okna pogaszone, latarnie świeciły pomarańczowym światłem na pustych chodnikach. Gdzieś szczekał pies. Gdzieś jechał samochód. Zwykła noc. Zwykły Toruń. Zwykłe życie.
Ostatnia taka zwykła noc. Bo za kilka dni mieliśmy wyjść z tego bloku, z tego osiedla, z tego miasta, z tego życia — i wejść w coś, na co nie byliśmy gotowi, o czym nie mieliśmy pojęcia i co miało nas zmienić na zawsze. Na lepsze czy na gorsze — tego jeszcze nie wiedziałam. Wiedziałam tylko, że Marek powiedział „dobra” i że na serwetce z Biedronki narysowana jest mapa.
Więcej nam nie było trzeba.
Ale trzeba było jeszcze ustalić reguły. A reguły — to był osobny rozdział. Dosłownie.
Rozdział 3: Reguły gry
Każda przygoda potrzebuje reguł. To brzmi jak paradoks — bo przygoda z definicji jest czymś nieprzewidywalnym, czymś, co wymyka się regułom jak woda przez palce — ale to prawda. Bez reguł przygoda jest chaosem, a chaos nie jest przygodą, jest katastrofą. Wiedzieliśmy to oboje, choć z różnych powodów. Ja wiedziałam to jako nauczycielka — trzydzieści pięć lat pracy w szkole nauczyło mnie, że bez zasad nie ma nauki, jest tylko hałas. Marek wiedział to jako elektryk — bez reguł prąd zabija.
Więc usiedliśmy przy naszym kuchennym stole — tym samym stole, który w ciągu ostatniego tygodnia przeszedł transformację z mebla kuchennego w sztab wojenny — i zaczęliśmy ustalać zasady. Był sobotni poranek, dzień po tym, jak Marek powiedział „dobra, Jolka” i narysował mapę na serwetce z Biedronki. Za oknem padał deszcz — taki jesienny, drobny, uparty deszcz, który pada i pada, jakby niebo miało nieskończone zapasy wody i postanowiło je wszystkie wylać na Rubinkowo. Marek pił herbatę z cytryną. Ja piłam kawę, bo rano potrzebuję kawy jak silnik potrzebuje benzyny, i to nie byle jakiej kawy — mocnej, czarnej, gorzkiej, takiej, po której człowiek czuje, że żyje.
Wkrótce miałam się dowiedzieć, jak to jest czuć, że żyje się bez kawy. Bez czegokolwiek. Ale o tym jeszcze nie wiedziałam.
— No to jak to robimy? — zapytał Marek, otwierając zeszyt. Zwykły zeszyt w kratkę, taki, jakie kupuję hurtowo na początku roku szkolnego. Marek wyjął go z szuflady, położył na stole i napisał na górze strony, drukowanymi literami, starannie, jak wpis do dziennika budowy: ZASADY WYPRAWY. Podkreślił dwukrotnie. Marek zawsze podkreśla dwukrotnie rzeczy ważne — nagłówki w kosztorysach, terminy u klientów, datę naszej rocznicy ślubu w kalendarzu (tę ostatnią podkreśla trzykrotnie, bo raz zapomniał i skutki były tak poważne, że od tamtej pory bierze potrójny margines bezpieczeństwa).
— Pierwsza zasada — powiedziałam. — Poruszamy się wyłącznie nocą.
Marek zapisał. Potem podniósł głowę.
— Dlaczego nocą?
— Bo Grylls pisze, że prawdziwe przetrwanie to przetrwanie w warunkach ekstremalnych. A co jest bardziej ekstremalne niż chodzenie po polach w ciemności?
— Chodzenie po polach w ciemności i w deszczu — powiedział Marek, patrząc za okno.
— To też.
— Jolka, ja nie widzę w ciemności. Mam sześćdziesiąt jeden lat i astygmatyzm na prawym oku. W ciemności widzę tyle, co kret pod trawnikiem tego faceta ze Skarpy.
— Oczy się przyzwyczają. Grylls pisze, że po dwudziestu minutach w ciemności źrenice rozszerzają się i zaczynasz widzieć w świetle gwiazd. Poza tym — w dzień by nas zauważyli. Dwoje brudnych ludzi łażących po polach w biały dzień? Ktoś by zadzwonił na policję albo po pogotowie.
Marek rozważał to przez chwilę, obracając długopis w palcach — ten sam gest, który robił, kiedy kalkulował koszt instalacji u klienta. Palce obracały długopis raz, drugi, trzeci. Potem kiwnął głową i zapisał: „Marsz wyłącznie nocą. Dzień — ukrycie i odpoczynek.”
— Druga zasada — kontynuowałam. — Omijamy wszelkie wyznaczone drogi.
Tu Marek zaprotestował. Nie gwałtownie — Marek nigdy nie protestuje gwałtownie, protestuje metodycznie, punkt po punkcie, jak sprawdza obwód elektryczny.
— Wszelkie to znaczy jakie? — zapytał.
— Wszelkie. Asfaltowe, gruntowe, polne, leśne dukty. Wszystko, co jest narysowane na mapie jako droga. Wszystko, po czym jeżdżą samochody, chodzą ludzie albo ciągnie się utwardzona nawierzchnia.
— Czyli idziemy prosto przez pola?
— Przez pola, lasy, łąki, bagna. Przez tereny, po których normalny człowiek nie chodzi. Tak, jak w prawdziwym survivalu.
— Jolka, na polach są bruzdy. W bruzdach stoi woda. W lasach są chaszcze, pokrzywy, jeżyny, które rysują jak drut kolczasty. Na bagnach można utonąć.
— Wiem.
— I to jest cel?
— To nie jest cel, Marek. To jest droga. Cel jest w Licheniu.
Marek westchnął — tym swoim cierpliwym, rezygnacyjnym westchnieniem, które znałam tak dobrze — i zapisał: „Omijanie wszelkich wyznaczonych dróg. Marsz wyłącznie przez tereny nieutwardzone.”
— Trzecia zasada — powiedziałam i tu wzięłam głęboki oddech, bo wiedziałam, że ta zasada będzie najtrudniejsza. Nie dla Marka — dla nas obojga. — Zero technologii.
Cisza. Marek odłożył długopis. Patrzył na mnie, czekając na rozwinięcie, bo znał mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że „zero technologii” to hasło, pod którym kryje się lista dłuższa niż rachunek za prąd w styczniu.
— Nie bierzemy smartfonów — powiedziałam.
Marek skinął głową. To było łatwe — Marek i tak traktował smartfona jak wroga. Miał starego Samsunga z pękniętym ekranem, którego używał głównie do odbierania telefonów od klientów i okazjonalnego sprawdzania pogody. Nie miał Facebooka, nie miał Instagrama, nie miał TikToka. Kiedy Kamil próbował mu kiedyś założyć konto na WhatsAppie, Marek patrzył na ekran z takim przerażeniem, jakby syn chciał mu wszczepić chip do mózgu.
— Nie bierzemy zegarków — kontynuowałam.
Tu Marek drgnął. Lekko, niemal niezauważalnie, ale ja zauważyłam. Bo Marek nosił zegarek od trzydziestu lat — Casio, stalowy, z datownikiem i stoperem, kupiony na bazarze w dziewięćdziesiątym czwartym roku za równowartość pięciu dniówek. Nosił go codziennie, zdejmował tylko pod prysznicem i kładł na szafce nocnej, na tym samym miejscu, zawsze tym samym — trzy centymetry od krawędzi, tarczą do góry. Zegarek był dla Marka tym, czym dla pilota kompas — punktem odniesienia, kotwicą w czasie.
— Bez zegarków? — powtórzył.
— Bez zegarków. Czas będziemy mierzyć po słońcu i gwiazdach. Jak ludzie pierwotni.
— Ludzie pierwotni umierali w wieku trzydziestu lat, Jolka.
— Ale wiedzieli, która jest pora dnia. Słońce wstaje na wschodzie, zachodzi na zachodzie. Gwiazdy się obracają. Nie potrzebujemy Casio, żeby to stwierdzić.
Marek patrzył na swój zegarek. Obracał nadgarstek, patrząc na tarczę, jakby żegnał się ze starym przyjacielem. Potem powiedział:
— Dobra. Bez zegarka.
Ale nie oderwał wzroku od nadgarstka jeszcze przez kilka sekund. Widziałam, ile go to kosztowało, i poczułam ukłucie w sercu — takie, jakie czuje się, kiedy widzi się, jak ktoś, kogo kochasz, oddaje coś, na czym mu zależy. Ale nie mogłam odpuścić. Reguły musiały być bezlitosne, bo bezlitosna miała być nasza wyprawa. Inaczej nie miała sensu.
— Nie bierzemy zapalniczek — powiedziałam.
— Słucham?
— Ani zapalniczek, ani zapałek. Ogień rozpalamy metodami pierwotnymi. Pocieranie drewna o drewno, metoda łukowa, krzesiwo z kamienia — cokolwiek, co nie wymaga nowoczesnej technologii.
Marek pobladł. Dosłownie pobladł — widziałam, jak krew odpływa mu z twarzy, zostawiając skórę szarą jak papier. Bo Marek miał zapalniczkę. Nie byle jaką zapalniczkę — miał Zippo. Chromowanego, ciężkiego, pięknego Zippo z grawerowanymi inicjałami M.D., którego dostał od swojego ojca, Stefana Dębowskiego, w dniu osiemnastych urodzin. Stefan Dębowski — elektryk, tak jak Marek, bo w rodzinie Dębowskich elektryczność płynęła w żyłach jak krew — umarł w dwa tysiące trzecim roku, na zawał, na rusztowaniu, podczas wymiany oświetlenia w hali produkcyjnej na Mokrem. Miał sześćdziesiąt cztery lata. Zippo zostało — jedyna pamiątka po ojcu, którą Marek nosił ze sobą codziennie, w prawej kieszeni spodni, nawet gdy nie palił od piętnastu lat. Dotykał go czasem, nieświadomie, jak ludzie dotykają medalików czy krzyżyków — odruchowo, instynktownie, szukając pocieszenia w zimnym dotyku metalu.
— Jolka — powiedział Marek i jego głos był inny niż zwykle. Niższy. Cichszy. Głos człowieka, który stoi na granicy i nie chce jej przekroczyć. — Zippo zostaję.
— Marek…
— Zippo zostaję. To po ojcu.
— Wiem, że to po ojcu. Ale jeśli weźmiemy Zippo, to weźmiemy też zapałki, bo czemu nie? A jak weźmiemy zapałki, to weźmiemy latarkę, bo czemu nie? A jak weźmiemy latarkę, to weźmiemy telefon, bo czemu nie? I skończymy z plecakiem pełnym sprzętów, jak turyści na szlaku, i cały sens się rozmyje. Marek, albo robimy to na serio, albo nie robimy wcale.
Marek milczał. Obracał Zippo w dłoniach — tam i z powrotem, tam i z powrotem. Słyszałam metaliczny klik, klik, klik otwieranej i zamykanej pokrywki. Dźwięk, który towarzyszył naszemu małżeństwu od trzydziestu sześciu lat — Marek otwierał i zamykał Zippo, kiedy myślał, kiedy był zdenerwowany, kiedy oglądał mecz i Elana przegrywała, kiedy czekał na wyniki badań u lekarza. Klik, klik, klik.
Potem klik ustał. Marek zamknął pokrywkę po raz ostatni, odłożył Zippo na stół i powiedział:
— Dobra. Ale jak nie uda nam się rozpalić ognia tymi patykami, to cię za to osobiście obwiniam.
— Umowa stoi.
Zapisał w zeszycie: „Zero technologii. Bez telefonów, zegarków, zapalniczek, zapałek, latarek, radia, baterii i wszelkich urządzeń elektrycznych.” Słowo „wszelkich” podkreślił dwukrotnie. Potem spojrzał na listę i dodał jeszcze jedno słowo, z wyraźną satysfakcją kogoś, kto stawia kropkę nad i: „ŻADNYCH.”
Nie skończyliśmy. Lista rosła jak chwast na zaniedbanej działce.
— Nie bierzemy mapy — powiedziałam.
Tu nawet ja się zawahałam. Bo mapa to nie technologia w ścisłym sensie — to kawałek papieru z narysowanymi liniami. Ludzie rysowali mapy od tysięcy lat, na glinianych tabliczkach, na papirusach, na skórzanych pergaminach. Ale jednocześnie mapa to zdobycz cywilizacji — wynik pomiarów, obliczeń, kartografii, satelitów, lotów zwiadowczych. Mapa mówi ci, gdzie jesteś. A my mieliśmy nie wiedzieć, gdzie jesteśmy. Mieliśmy iść w ciemności, na ślepo, orientując się po gwiazdach i instynkcie, jak zwierzęta migrujące, jak ptaki lecące na południe.
Marek, ku mojemu zaskoczeniu, nie protestował.
— Mapę i tak bym zgubił — powiedział filozoficznie. — W ciemności, w deszczu, na mokrym polu. Szkoda papieru.
Ale ja muszę być uczciwa — tu, pisząc te słowa, po wszystkim, co się wydarzyło — muszę przyznać, że ta decyzja była być może krokiem za daleko. Nie brać telefonu — sensowne. Nie brać zegarka — do przeżycia. Nie brać zapalniczki — trudne, ale wykonalne. Ale nie brać mapy, kiedy idzie się sto osiemdziesiąt kilometrów przez nieznany teren, nocą, omijając drogi? To było jak wejście do ciemnego pokoju nie tylko z zawiązanymi oczami, ale jeszcze z zatkanymi uszami i rękawiczkami na dłoniach. Pozbawienie się wszelkich zmysłów orientacji oprócz tego najstarszego, najgłębszego, zwierzęcego — zmysłu, który mówi: idź tam, bo tam jest cel.
Ale wtedy, tamtego sobotniego poranka w kuchni na Rubinkowie, byłam zbyt podniecona, żeby myśleć rozsądnie. Rozsądek był wrogiem. Rozsądek przez sześćdziesiąt lat trzymał mnie na kanapie z Ikei. Do diabła z rozsądkiem.
Zapisałam w zeszycie (bo Marek oddał mi długopis): „Bez mapy. Nawigacja wyłącznie po gwiazdach, słońcu i instynkcie.”
Lista zakręciła się dalej. Nie bierzemy pieniędzy — ani grosza, ani złotówki, ani żadnego plastikowego prostokąta z napisem Visa czy Mastercard. Nie bierzemy jedzenia — ani kanapek, ani batonów, ani cukierków, ani niczego, co człowiek normalny zabrałby na spacer do lasu, nie mówiąc o dwutygodniowej wyprawie przez dzicz. Nie bierzemy namiotów, śpiworów, karimat, koców, poduszek, ani czegokolwiek, co służy do komfortowego spania. Będziemy spać na gołej ziemi, pod drzewami, w krzakach, w dołach terenowych, w stogach siana — gdziekolwiek znajdziemy jakiekolwiek schronienie. Nie bierzemy noży — bo nóż to narzędzie, a narzędzia to cywilizacja. Nie bierzemy sznurka, drutu, igły, nici. Nie bierzemy niczego.
Kiedy spisałam pełną listę rzeczy, których nie zabieramy, lista była dłuższa niż lista rzeczy, które posiadaliśmy. Wyglądała jak spis inwentarza naszego życia — i w pewnym sensie nim była. Każdy punkt na tej liście reprezentował coś, co przez sześćdziesiąt lat uważaliśmy za niezbędne, oczywiste, naturalne jak oddychanie. Telefon — bo jak to, nie mieć telefonu? Zegarek — bo jak to, nie wiedzieć, która godzina? Pieniądze — bo jak to, nie mieć nawet złotówki na chleb? Mapa — bo jak to, nie wiedzieć, gdzie jesteś?
A jednak mieliśmy to wszystko odrzucić. Mieliśmy stanąć nadzy — nie fizycznie, ale egzystencjalnie — wobec świata, który nie miał pojęcia o naszym istnieniu i nie obchodziło go, czy przetrwamy, czy zginiemy.
Potem przyszła kwestia ubrań. I tu debata przybrała nieoczekiwany obrót.
— Jeden komplet — powiedziałam. — Każde z nas bierze jeden komplet ubrań. To, w czym wychodzi z domu. Żadnych zapasowych skarpetek, żadnych dodatkowych swetrów, żadnych worków z rzeczami na zmianę.
— Jeden komplet — powtórzył Marek. — Na dwa tygodnie.
— Na dwa tygodnie. Albo trzy. Ile zajmie.
— Jolka, ja po jednym dniu pracy mam koszulę mokrą od potu. Po dwóch dniach nadaje się do prania. Po trzech — do spalenia. Co będzie po dwóch tygodniach?
— Będziemy śmierdzieć — powiedziałam spokojnie. — Tak jak ludzie śmierdzieli przez tysiące lat, zanim ktoś wymyślił pralkę i dezodorant. Śmierdzenie nie zabija, Marek. Brak wody zabija. Brak jedzenia zabija. Śmierdzenie to tylko dyskomfort.
Marek otworzył usta, żeby zaprotestować, ale zamknął je bez słowa. Bo nie miał kontrargumentu. Bo w głębi duszy wiedział, że mam rację — że to, co planowaliśmy, wykluczało dbanie o higienę, komfort i społeczne konwenanse. Że mieliśmy zamienić się w dzikie zwierzęta — brudne, śmierdzące, głodne, przestraszone i żywe. Bardziej żywe niż kiedykolwiek.
Wybraliśmy ubrania nazajutrz, w niedzielę, po rosole, który ugotowałam po raz ostatni, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo będę za nim tęsknić. Stałam przed otwartą szafą w sypialni i patrzyłam na swoje ubrania — na te rzędy bluzek, spódnic, sukienek, swetrów, które wisiały na wieszakach uporządkowane kolorami, bo ja porządkuję ubrania kolorami, co Marek uważa za objaw maniakalizmu, a ja uważam za estetykę. Patrzyłam na nie i wiedziałam, że muszę wybrać jedno. Jedno od wszystkiego — na chodzenie, spanie, jedzenie, uciekanie, chowanie się, marzenie i modlenie się. Jedno, które musi wytrzymać dwa tygodnie w błocie, deszczu, rosiе i Bóg wie czym jeszcze.
Wybrałam dres. Stary, granatowy dres z dzianiny dresowej — kupiony trzy lata temu na wyprzedaży w Pepco, za dwadzieścia dziewięć złotych dziewięćdziesiąt dziewięć. Nie był elegancki, nie był piękny, ale był wygodny i praktyczny, a w survivalu praktyczność jest ważniejsza niż piękno. Pod dres — biała bawełniana bluzka z krótkim rękawem, taka, w jakiej chodziłam po domu w weekendy. Na wierzch — kurtka przeciwdeszczowa z kapturem, kupiona w second handzie na Chełmińskiej za piętnaście złotych dwa lata temu. Kurtka była ciemnozielona, lekko za duża, z łatą na lewym łokciu, gdzie kiedyś zaczepiłam o gałąź na spacerze. Wyglądała jak coś, w czym chodzi leśniczy albo bezdomny — idealnie. Na nogi — stare adidasy, te z białą podeszwą, które nosiłam na codzienny spacer wzdłuż Wisły i które miały przetartą piętę lewego buta i obluzowany język prawego. Skarpetki — jedna para, bawełniane, szare. Bielizna — jedna zmiana, ta najstarsza, najbardziej pożółkła, bo po co brać dobrą bieliznę na wyprawę, na której nikt nie zobaczy mojej bielizny? A przynajmniej tak wtedy myślałam. Nie wiedziałam jeszcze, ile osób zobaczy nas w stanach dużo bardziej intymnych niż bielizna.
Marek wybrał ubrania w pięć minut. Piękna rzecz w mężczyznach jest to, że nie zastanawiają się nad ubraniami — biorą pierwsze, co wpadnie w ręce, i koniec. Marek wziął robocze spodnie — te brązowe, z mocnego płótna, z kieszeniami na bokach, w których nosił śrubokręt i próbnik napięcia. Flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę — taką, w jakiej wyglądał jak kanadyjski drwal, co zawsze mnie bawiło, bo Marek nie ścinał drzewa w życiu i jedynym drewnem, jakie trzymał w rękach, był mebel do złożenia. Na wierzch — stara kurtka robocza, szara, z odblaskami na rękawach, którą nosił na budowach. Na nogi — gumiaki. Prawdziwe, czarne gumiaki, gumowe, ciężkie, sięgające do połowy łydki.
— Gumiaki? — zapytałam z powątpiewaniem. — Marek, mamy iść sto osiemdziesiąt kilometrów, a ty idziesz w gumiakach?
— Gumiaki są wodoodporne — powiedział Marek z godnością. — Nie przemokną w błocie, nie przemokną w deszczu, nie przemokną w rowie. Adidasy? Pięć minut w mokrej trawie i masz mokre stopy. W gumiakach stopy są suche.
— W gumiakach stopy się pocą.
— Pocą się, ale są suche. Pot to nie woda. Pot to pot. Woda to woda.
Nie miałam siły się kłócić. Poza tym Marek miał trochę racji — gumiaki na kujawskich polach, pełnych rowów melioracyjnych, kałuż i rozmiękłej gleby, mogły okazać się lepszym wyborem niż moje adidasy z przetartą piętą. Choć wyglądały absurdalnie. Choć wyglądaliśmy absurdalnie — ja w dresie z Pepco i kurtce z second handu, on w roboczych spodniach i gumiakach. Para sześćdziesięciolatków przebrana za partyzantów z dyskontowej armii.
A potem nadszedł moment, którego nie zapomnę do końca życia.
Nazwałam go „wielkim pozbywaniem się” i wiem, że ta nazwa brzmi pretensjonalnie, jak tytuł odcinka jakiegoś telewizyjnego show o porządkowaniu domu. Ale to nie było porządkowanie domu. To było coś głębszego, coś bardziej bolesnego i jednocześnie wyzwalającego — coś, czego nie da się opisać, nie przeżywszy tego samemu.
Zaczęliśmy od zegarków. Marek pierwszy. Stanął przy komodzie w sypialni, odpiął swoje Casio z nadgarstka — ten gest, który wykonywał codziennie przed prysznicem, machinalnie, bez myślenia — ale tym razem wykonał go powoli, uroczyście, jakby zdejmował odznaczenie wojskowe. Patrzył na zegarek przez chwilę. Na tarczę, na wskazówki, na datownik pokazujący dwudziesty drugi października. Potem otworzył szufladę — górną, tę, w której trzymał spinki do mankietów, których nigdy nie nosił, i krawat, który zakładał na pogrzeby — i położył zegarek na dnie. Zamknął szufladę. Stał przez moment z ręką na klamce, jakby się wahał. Potem puścił.
Ja zdjęłam swój zegarek łatwiej — miałam tani Timex, kupiony pięć lat temu w Rossmannie, i nie żywiłam do niego żadnych sentymentów. Wrzuciłam go do szuflady obok Casio Marka. Dwa zegarki leżały obok siebie na dnie szuflady — jak para starych przyjaciół, którzy zostali sami.
Potem smartfony. Wzięłam mojego — Huawei, dwa lata stary, z pęknięciem w rogu ekranu, z którego nigdy nie wymieniłam osłonki. Wyłączyłam go. Ekran zgasł — ta chwila, kiedy ekran przechodzi od jasności do czerni, od życia do nicości, trwała ułamek sekundy, ale poczułam ją jak ubytek tlenu. Bo smartfon, czy tego chcemy, czy nie, jest przedłużeniem nas samych — jest naszą pamięcią, naszym kontaktem ze światem, naszą kotwicą w rzeczywistości. Wyłączyć smartfona to jak amputować sobie kciuk — da się żyć bez niego, ale trzeba się przyzwyczaić.
Schowałam go na dno szafy, pod stary koc, który trzymaliśmy na wypadek wizyty gości (gości, którzy ostatnio przychodzili tak rzadko, że koc pokrył się kurzem). Marek wyłączył swojego Samsunga z pękniętym ekranem i położył obok mojego. Dwa ciemne prostokąty — martwe, nieme, bezużyteczne. Dwa kawałki plastiku i szkła, które jeszcze godzinę temu łączyły nas ze światem, a teraz nie łączyły z niczym.
A potem przyszła kolej na Zippo.
Marek wyciągnął je z kieszeni. Trzymał w obu dłoniach — ostrożnie, delikatnie, jak trzyma się pisklę albo relikwię. Chromowana obudowa błyszczała w świetle lampy sufitowej. Inicjały M.D. — wygrawerowane trzydzieści pięć lat temu przez rytownika z Nowego Miasta, w zakładzie, który już nie istniał, bo właściciel umarł, a syn wolał sprzedawać kebaby — lśniły na bocznej ściance. Marek otworzył pokrywkę. Klik. Ten dźwięk — metaliczny, precyzyjny, niepowtarzalny, dźwięk, który słyszałam dziesiątki tysięcy razy i który kojarzyłam z Markiem tak samo mocno jak jego pochrapywanie i zapach lutownicy na dłoniach.
Zamknął pokrywkę. Klik.
Otworzył. Klik.
Zamknął. Klik.
— Marek — powiedziałam cicho.
— Wiem — powiedział.
Stał tak jeszcze chwilę. Potem podszedł do komody, otworzył szufladę — tę samą, w której leżały już zegarki — i położył Zippo obok nich. Delikatnie, jak kładzie się dziecko do łóżeczka. Zamknął szufladę. Stał z ręką na klamce. Zamknął oczy, i wydało mi się, że poruszył ustami — jakby szeptał coś do siebie, albo do ojca, albo do zapalniczki.
Potem otworzył oczy, wypuścił powietrze przez nos i powiedział:
— No. To chyba tyle.
Ale nie było tyle. Było jeszcze jedno — jeszcze jeden akt tego rytuału pozbywania się, który okazał się najtrudniejszy ze wszystkich, choć dotyczył najzwyklejszego przedmiotu.
Marek wyciągnął z szuflady kuchennej latarkę — małą, czarną latarkę LED-ową, którą trzymaliśmy na wypadek awarii prądu. Nic specjalnego — plastikowa obudowa, dwie baterie AA, strumień światła wystarczający, żeby oświetlić bezpieczniki w piwnicy. Ale kiedy Marek trzymał ją w ręce i patrzył na nią, widziałam na jego twarzy walkę. Prawdziwą, wewnętrzną walkę kogoś, kto jest elektrykiem i dla kogo światło jest nie abstrakcją, lecz zawodem, powołaniem, sensem trzydziestu lat pracy. Marek całe życie dawał ludziom światło — instalował oświetlenie, wymieniał żarówki, naprawiał awarie, przywracał prąd. Światło było jego domeną, jego królestwem, jego tożsamością. A teraz miał wejść w ciemność. Dosłowną, absolutną ciemność — bez latarki, bez zapałek, bez żadnego źródła światła oprócz gwiazd i księżyca.
Odłożył latarkę do szuflady. Zamknął szufladę. Nie powiedział nic.
A potem stanęliśmy w przedpokoju.
Oboje. Naprzeciwko siebie. W naszych survivalowych kompletach — ja w dresie z Pepco, bluzce, kurtce z second handu i adidasach z przetartą piętą, on w roboczych spodniach, flanelowej koszuli, roboczej kurtce i gumiakach. Bez zegarków na nadgarstkach — te blade, nieopalone paski skóry, które zostawiły zegarki, wyglądały jak blizny. Bez telefonów w kieszeniach — kieszenie były puste, a puste kieszenie, jak się okazuje, ważą więcej niż pełne, bo wypełnia je pustka, a pustka jest cięższa, niż się wydaje. Bez zapalniczki, bez latarki, bez pieniędzy, bez jedzenia, bez mapy, bez czegokolwiek.
Staliśmy w przedpokoju naszego mieszkania na trzecim piętrze bloku przy ulicy Dziewulskiego i patrzyliśmy na siebie. Za nami — mieszkanie, które znaliśmy od dwudziestu ośmiu lat: meblościanka z lat dziewięćdziesiątych, kanapa z Ikei, reprodukcje Moneta, storczyk na parapecie, pęknięcia w suficie, których było siedem. Przed nami — drzwi wejściowe, a za nimi klatka schodowa, a za klatką osiedle, a za osiedlem miasto, a za miastem — sto osiemdziesiąt kilometrów ciemności, zimna, głodu i niewiadomej.
Poczułam się, jakbym była naga, choć byłam ubrana. Naga wobec świata. Ogołocona ze wszystkiego, co przez sześćdziesiąt lat definiowało moje istnienie — ze statusu, z tożsamości, z bezpieczeństwa, z komfortu. Nie byłam nauczycielką — bo nie miałam dziennika, tablicy ani kredy. Nie byłam żoną — bo nie miałam obrączki, którą zostawiłam na komodzie, bo mogła się zgubić. Nie byłam matką — bo nie miałam telefonu, żeby zadzwonić do dzieci. Nie byłam obywatelką — bo nie miałam dowodu osobistego, który leżał w szufladzie obok zegarków i Zippo. Byłam nikim. Byłam kobietą w dresie z Pepco, bez niczego, stojącą w przedpokoju bloku na Rubinkowie.
I jednocześnie — po raz pierwszy od lat — byłam sobą.
Marek wyciągnął rękę i dotknął mojego ramienia. Nie objął mnie, nie przytulił — tylko dotknął, lekko, opuszkami palców. Ten dotyk — prosty, delikatny, prawie nieobecny — był więcej wart niż tysiąc słów. Mówił: jestem tu. Idziemy razem. Cokolwiek się stanie.
Nie wyszliśmy tego dnia. Jeszcze nie — mieliśmy kilka rzeczy do zrobienia. Ale stanie w tym przedpokoju, ogołoconym ze wszystkiego, naprzeciwko siebie, w ciszy przerwanej tylko tykaniem zegara, którego już niedługo mieliśmy nie słyszeć — to stanie było prologiem. Pierwszym akordem symfonii, która miała zabrzmieć.
Został jeszcze jeden akt. Ostatni przed wyjściem. Kartka.
Usiadłam przy kuchennym stole z kartką papieru wyrwaną z zeszytu w kratkę — tego samego zeszytu, w którym Marek spisał zasady wyprawy. Wzięłam długopis. I przez dłuższą chwilę nie mogłam napisać ani słowa.
Bo co się pisze do dzieci, kiedy wychodząc z domu, nie wie się, czy się wróci? Co się pisze, kiedy zamierza się zrobić coś, czego one nie zrozumieją — nie od razu, może nigdy? Co się pisze, żeby nie zabrzmiało to jak list pożegnalny samobójcy ani jak żart szaleńca? Jak znaleźć słowa, które powiedzą: kochamy was, ale musimy to zrobić, i nie, nie zwariowaliśmy, choć rozumiemy, że tak to wygląda?
Marek stał za moimi plecami i patrzył na pustą kartkę. Czułam jego oddech na karku — ciepły, miarowy, pachnący herbatą z cytryną.
— Napisz po prostu — powiedział.
Więc napisałam po prostu. Drukowanymi literami, bo moje pismo odręczne jest tak nieczytelne, że uczniowie od lat twierdzą, iż jest gorsze niż recept lekarskich. Pisałam powoli, starannie, każdą literę oddzielnie, jak pierwszoklasista uczący się alfabetu:
KAMILU I AGNIESZKO.
NIE SZUKAJCIE NAS.
WRÓCIMY ZA DWA TYGODNIE. ALBO ZA TRZY.
NIE MARTYWCIE SIĘ — WIEMY, CO ROBIMY.
(PRAWIE WIEMY)
KOCHAMY WAS.
MAMA I TATA.
Przeczytałam to na głos. Marek słuchał.
— Wykreśl „prawie wiemy” — powiedział.
— Dlaczego?
— Bo się będą martwić.
— Marek, i tak się będą martwić. Dwoje sześćdziesięcioletnich rodziców znika z domu na dwa tygodnie bez telefonów, bez pieniędzy, bez żadnego kontaktu ze światem. Oczywiście, że się będą martwić. Kamil zadzwoni w niedzielę, nie dodzwoni się i za godzinę będzie dzwonił na policję. Agnieszka dodzwoni się do Kamila, dowie się, że nas nie ma, i za dwie godziny będzie lecieć z Cork do Gdańska pierwszym samolotem.
— Więc może powinniśmy im powiedzieć wcześniej?
— I co im powiemy? „Kochanie, tata i mama idą pieszo do Lichenia przez lasy i pola, nocami, bez jedzenia i telefonów, bo przeczytali książkę o przetrwaniu i chcą jeść robaki?” Kamil zadzwoni po psychiatrę, zanim skończę zdanie.
Marek milczał. Wiedział, że mam rację. Nasze dzieci — rozsądne, wykształcone, nowoczesne — nie zrozumiałyby. Nie dlatego, że były głupie, lecz dlatego, że żyły w świecie, w którym robienie czegoś bez powodu, bez planu, bez zabezpieczenia i bez sensu było oznaką choroby psychicznej, a nie wolności. W ich świecie ryzyko było czymś, co się minimalizuje, nie czymś, co się poszukuje. W ich świecie szaleństwo było diagnozą, nie wyborem.
Zostawiłam „prawie wiemy” w nawiasie. Bo to była prawda — prawie wiedzieliśmy, co robimy. Prawie. Ten margines niewiedzy był właśnie tym, co nadawało całej wyprawie sens. Gdybyśmy wiedzieli dokładnie, co robimy, nie byłoby w tym żadnej przygody. Byłoby planowanie, harmonogram i lista kontrolna — wszystko to, od czego uciekaliśmy.
Podeszłam do lodówki. Stara lodówka Beko, biała, brzęcząca, z magnesem w kształcie Krzywej Wieży z Pizy (pamiątka od Agnieszki z wycieczki szkolnej sprzed piętnastu lat) i zdjęciem Kamila w czapce absolwenta (obroną pracy magisterskiej, trzy lata temu, jedyny dzień, kiedy widziałam Marka płaczącego ze szczęścia, choć on twierdził, że to alergia). Przyczepiłam kartkę pod magnesem z Krzywą Wieżą. Kartka zwisała lekko krzywo — tak jak Krzywa Wieża, tak jak nasze plany, tak jak nasze życie, które właśnie przechyliło się w stronę, z której nie było powrotu do pionu.
Stałam przed lodówką i czytałam naszą kartkę. „Nie szukajcie nas. Wrócimy za dwa tygodnie. Albo za trzy.” Słowa wyglądały inaczej na papierze niż w głowie — trwalej, bardziej ostatecznie, bardziej realnie. Kiedy je wypowiadałam, były tylko dźwiękiem — falą akustyczną, która rozpływała się w powietrzu i znikała. Na papierze były faktem. Dowodem. Obietnicą lub ostrzeżeniem, zależnie od punktu widzenia.
Marek stanął obok mnie. Oboje patrzyliśmy na lodówkę — na kartkę, na Krzywą Wieżę, na zdjęcie Kamila w czapce absolwenta. Lodówka brzęczała. Zegar tykał. Za oknem Rubinkowo żyło swoim sobotnim życiem — ktoś trzepał dywan na balkonie, ktoś przejeżdżał samochodem z głośną muzyką, ktoś wołał dziecko z placu zabaw.
— Jolka — powiedział Marek.
— Tak?
— Jutro wieczorem?
— Jutro wieczorem.
Milczeliśmy. Staliśmy ramię w ramię przed lodówką i milczeliśmy, a w tej ciszy było wszystko — strach i nadzieja, miłość i szaleństwo, pewność i zwątpienie. Wszystko naraz, splecione ze sobą jak przewody w kablu, tak ciasno, że nie sposób było oddzielić jednego od drugiego.
Jutro wieczorem mieliśmy wyjść z tego mieszkania. Zamknąć za sobą drzwi. Zejść po schodach — trzy piętra, pięćdziesiąt cztery stopnie, schodziłam po nich codziennie od dwudziestu ośmiu lat. Wyjść z bloku. Przejść przez osiedle. Opuścić miasto. I zniknąć.
Zniknąć w ciemności, w polach, w lasach, w bagnach. Zniknąć ze świata, który znaliśmy, i wejść w świat, którego nie znaliśmy. Bez niczego. Bez nikogo. Tylko we dwoje.
Dwie pary rąk. Dwa pary nóg. Dwa bijące serca.
I wiara — irracjonalna, nieuzasadniona, piękna wiara, że to wystarczy.
Położyliśmy się spać wcześnie tego wieczoru. Leżałam w łóżku i słuchałam odgłosów mieszkania — brzęczenia lodówki, tykania zegara, szumu wody w rurach, stukania kaloryfera, który zaczynał grzać, bo zarząd spółdzielni włączył ogrzewanie tydzień temu. Te dźwięki towarzyszyły mi od dwudziestu ośmiu lat. Znałam je lepiej niż własne bicie serca. I wiedziałam, że po jutrzejszym wieczorze nie usłyszę ich przez długi czas. Zamiast nich usłyszę wiatr w gałęziach, szelest trawy, pohukiwanie sów i odległe szczekanie psów.
Marek leżał obok, na plecach, z rękami złożonymi na piersi, jak rycerz na nagrobku. Nie spał — wiedziałam to po oddechu. Leżał z otwartymi oczami i patrzył w sufit. W te same pęknięcia, których było siedem.
— Marek? — szepnęłam.
— Tak?
— Boisz się?
Milczał. Długo, uczciwie milczał, bo Marek nie kłamie — nie umie kłamać, nigdy nie umiał, jest pod tym względem jak dziecko. Jego twarz mówi prawdę, nawet gdy usta milczą.
— Tak — powiedział wreszcie. — Boję się.
— Ja też.
— Ale bardziej boję się tego, że nie pójdziemy.
Poczułam, jak jego ręka szuka mojej ręki pod kołdrą. Znalazł ją. Złapał. Ścisnął. Jego dłoń — szorstka, szeroka, ciepła, z bliznami od lutownicy i drobnymi odciskami od śrubokręta — zamknęła się na mojej dłoni jak klamra.
Leżeliśmy tak w ciemności, trzymając się za ręce, jak para nastolatków na pierwszej randce. Nie jak ludzie po trzydziestu sześciu latach małżeństwa, dwoje dzieci i tysiącu niedzielnych rosołów. Jak nastolatki — przestraszeni, podekscytowani, niepewni i szczęśliwi jednocześnie.
Na lodówce wisiała kartka. W szufladzie leżały zegarki i Zippo. W szafie — wyłączone telefony. Na krześle w sypialni — nasze ubrania na jutro, ułożone starannie: mój dres z Pepco na moim krześle, jego robocze spodnie na jego krześle. Wszystko gotowe. Wszystko przygotowane.
Jutro zaczynała się nasza pielgrzymka przetrwania.
Zasnęłam gdzieś koło północy, z ręką Marka w swojej ręce i z myślą, która kołatała mi się po głowie jak echo w pustym kościele: co my robimy? Co my, u licha, robimy?
Odpowiedź przyszła z ciemności, cicha jak szept, pewna jak prawo grawitacji:
Żyjemy.
Wreszcie żyjemy.
Rozdział 4: Pierwsza noc — exodus
Wyszliśmy z mieszkania o osiemnastej czterdzieści trzy. Wiem, że było osiemnasta czterdzieści trzy, bo zanim zamknęłam drzwi, spojrzałam na zegar w kuchni — ten sam zegar, który tykał na ścianie od dwudziestu ośmiu lat, okrągły, z białą tarczą i czarnymi cyframi, kupiony w Leroy Merlin za dwadzieścia siedem złotych. Spojrzałam na niego ostatni raz, świadomie, jakbym chciała zapamiętać tę chwilę — ostatnią chwilę, kiedy wiedziałam, która jest godzina. Bo od tego momentu czas miał przestać istnieć w tej formie, do jakiej przywykłam. Nie miałam już go mierzyć minutami i godzinami, lecz ciemnością i światłem, zmęczeniem i głodem, krokami i przystankami. Czas miał się stać czymś płynnym, organicznym, dzikim — jak rzeka, która nie wie, że jest rzeka, bo nikt jej nie zamknął w koryto.
Osiemnasta czterdzieści trzy. Ostatnia dokładna godzina mojego starego życia.
Marek stał już w przedpokoju, gotowy. Wyglądał — muszę to powiedzieć, bo to ważne dla zrozumienia absurdu naszej sytuacji — wyglądał jak hydraulik, który idzie naprawić komuś zlew. Robocze spodnie, flanelowa koszula w kratę, szara kurtka z odblaskami, gumiaki. Ręce puste. Kieszenie puste. Twarz spokojna — ta jego pragmatyczna twarz, na której emocje pojawiały się tak rzadko jak zaćmienia słońca. Ale oczy go zdradzały. Oczy miał niespokojne, zbyt szybko mrugające, przeskakujące z przedmiotu na przedmiot — z mojej twarzy na drzwi, z drzwi na wieszak, z wieszaka na buty stojące w rzędzie pod ścianą. Buty, które zostawialiśmy. Kapcie, pantofle, eleganckie czółenka na obcasie, które nosiłam na zakończenie roku szkolnego, sportowe buty Marka do chodzenia po ogródkach działkowych. Cały rząd butów — całe życie wyłożone podeszwami do drzwi, czekające na stopy, które miały nie wrócić przez dwa tygodnie. Albo trzy. Albo nigdy, choć o tym staraliśmy się nie myśleć.
— Gotowa? — zapytał Marek.
— Gotowa — odpowiedziałam.
Kłamałam. Nie byłam gotowa. Nikt nie jest gotowy na coś takiego — nie jest się gotowym na opuszczenie całego swojego dotychczasowego życia, na wyjście z ciepłego, bezpiecznego mieszkania w ciemność i niewiadomą, z pustymi rękami i pełnym sercem. Można się przygotowywać latami i nadal nie być gotowym. Ale powiedziałam „gotowa”, bo gdybym powiedziała „nie jestem gotowa”, to byśmy nie wyszli. A gdybyśmy nie wyszli, to byśmy jutro rano obudzili się w naszym łóżku, zjedli śniadanie, poszli do pracy i wieczorem usiedli przed telewizorem, i wszystko byłoby jak zawsze, i pęknięcia w suficie nadal byłyby tymi samymi pęknięciami, i kartka na lodówce byłaby tylko dowodem chwilowego szaleństwa, które przeminęło.
Nie. Nie mogłam pozwolić, żeby przeminęło.
Marek otworzył drzwi. Klatka schodowa pachniała tak, jak pachniała zawsze — mieszanką środka do mycia podłóg, gotowanego jedzenia z sąsiednich mieszkań i lekkiego zaduchu wilgoci, który unosił się z piwnicy. Na klatce było cicho. Sąsiedzi z drugiego piętra — państwo Koziołkowie, para emerytów, on głuchy na lewe ucho, ona głucha na prawe — siedzieli pewnie przed telewizorem. Sąsiedzi z pierwszego — młode małżeństwo z dzieckiem, które płakało co noc o drugiej i budziło cały klatkę — pewnie kładli małego spać. Nikt nas nie widział. Nikt nie słyszał, jak schodzimy po schodach — ja w adidasach z przetartą piętą, Marek w gumiakach, które na betonowych stopniach wydawały tępe, gumowe odgłosy, jak kopyta konia na miękkim gruncie.
Trzy piętra. Pięćdziesiąt cztery stopnie. Schodziłam po nich codziennie od dwudziestu ośmiu lat — do pracy, do sklepu, na spacer, do lekarza, na pocztę, i z powrotem. Pięćdziesiąt cztery stopnie w dół, pięćdziesiąt cztery stopnie w górę, dwa razy dziennie, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, dwadzieścia osiem lat. Policzyłam kiedyś: ponad milion stopni. Milion stopni w tym samym miejscu, w górę i w dół, jak wahadło zegara. A teraz schodziłam po raz ostatni — przynajmniej na jakiś czas. I każdy stopień brzmiał inaczej, wyglądał inaczej, czuł się pod stopą inaczej, jakby klatka schodowa wiedziała, że to pożegnanie, i chciała, żebym ją zapamiętała.
Wyszliśmy na zewnątrz. Drzwi bloku zamknęły się za nami z metalicznym kliknięciem — zamek elektromagnetyczny, który Marek sam montował trzy lata temu, bo spółdzielnia zamówiła wymianę domofonu. Marek stanął przed blokiem i przez chwilę patrzył na drzwi — na swoje drzwi, na swoją robotę, na zamek, który zamontował własnymi rękami. Wyglądał jak kowboj, który opuszcza ranczo i ogląda się za siebie po raz ostatni.
— Chodźmy — powiedziałam. — Zanim się rozmyślę.
Był piątkowy wieczór, koniec września. Niebo nad Rubinkowem miało kolor ciemnego granatu — jeszcze nie czarny, ale już nie niebieski, taki pośredni odcień, który trwa dwadzieścia minut między zmierzchem a nocą i w którym świat wygląda jak czarno-biała fotografia z lekkim nalotem sepii. Latarnie na osiedlu już się paliły — pomarańczowe, sodowe, te stare latarnie, które dawały światło ciepłe, ale blade, i które rzucały na chodniki okrągłe plamy pomarańczowej jasności otoczone mrokiem. Między latarniami były strefy cienia — i tam właśnie szliśmy.
Nigdy w życiu nie unikałam latarni. Latarnie były czymś dobrym, bezpiecznym, oczywistym — oświetlały drogę, chroniły przed ciemnością, dawały poczucie, że świat jest widzialny i kontrolowalny. Teraz szłam od cienia do cienia, od drzewa do drzewa, od śmietnika do śmietnika, omijając plamy światła jak przestępca uciekający z miejsca zbrodni. Czułam się absurdalnie. Czułam się jak złodziej we własnym osiedlu — w osiedlu, po którym chodziłam od dwudziestu ośmiu lat, znając każdy chodnik, każdą ławkę, każdy krzak bzu i każdą dziurę w asfalcie. Teraz te same chodniki, ławki, krzewy i dziury wyglądały obco, wrogo, jakby osiedle wiedziało, co robimy, i patrzyło na nas z dezaprobatą.
Na placu zabaw przy bloku numer siedem siedziała grupka nastolatków — czterech, może pięciu, na huśtawkach i ławkach, z telefonami w rękach, ekrany świeciły im na twarze niebieskim światłem jak latarnie morskie. Jeden z nich zaśmiał się głośno — ten beztroski, metaliczny śmiech młodości, który brzmi jak dzwonek na przerwę. Przeszliśmy za ich plecami, po ciemnej stronie placu, między pojemnikami na śmieci a żywopłotem z ligustru. Nikt nas nie zauważył. Dlaczego mieliby zauważyć? Dwoje starych ludzi idących wieczorem po osiedlu — cóż w tym dziwnego? Nic. Absolutnie nic. A jednak moje serce biło tak, jakbym niosła pod kurtką skradzione złoto.
Marek szedł dwa kroki przede mną. W ciemności wyglądał jak cień — wysoki, szeroki, w szarej kurtce zlewający się z mrokiem. Jego gumiaki wydawały miękkie, ssące odgłosy na mokrym trawniku, bo poszliśmy przez trawnik zamiast chodnikiem, żeby uniknąć latarni przy alei głównej. Trawnik był mokry od wieczornej rosy — moje adidasy natychmiast przesiąkły, skarpetki nasiąknęły wilgocią, a między palcami stóp pojawiło się to nieprzyjemne, lepkie uczucie mokrego materiału na skórze, które miało mi towarzyszyć przez następne dwa tygodnie i do którego, jak się okazało, nigdy się nie przyzwyczaiłam.
Przeszliśmy przez osiedle w piętnaście minut. Piętnaście minut cichego marszu od bloku do granicy zabudowań, od latarni do ostatniej latarni, od ostatniego chodnika do pierwszego pola. I nagle — nagle byliśmy na zewnątrz. Nie na zewnątrz budynku, bo na zewnątrz budynku byliśmy od piętnastu minut. Na zewnątrz wszystkiego. Na zewnątrz osiedla, na zewnątrz miasta, na zewnątrz cywilizacji — przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, choć prawda była taka, że cywilizacja była wciąż dookoła nas, za naszymi plecami w postaci migoczących świateł Rubinkowa, przed nami w postaci sznura reflektorów na obwodnicy Torunia.
Obwodnica. Pierwsza prawdziwa przeszkoda.
Zobaczyłam ją z odległości pięciuset metrów — pas światła przecinający ciemność jak neonowa linia narysowana na mapie nocy. Reflektory samochodów — białe jadące w jedną stronę, czerwone jadące w drugą — przesuwały się bez przerwy, tworząc hipnotyczny wzór ruchomego światła. Szum silników dochodził nawet na tę odległość — ciągły, niski, monotonny, jak oddech ogromnego zwierzęcia. Obwodnica żyła. Obwodnica nie spała. Obwodnica była barierą między naszym starym światem a tym, co czekało po drugiej stronie.
Podeszliśmy bliżej. Marek prowadził — bo Marek zawsze prowadzi, instynktownie, bez pytania, tak jak prowadził samochód, kiedy jeszcze mieliśmy samochód, zanim sprzedaliśmy starego Fiata Bravę trzy lata temu, bo naprawy kosztowały więcej niż auto. Szliśmy przez pole — zaorane, z bruzdami pełnymi wody, w których moje adidasy grzęzły po kostki. Każdy krok wymagał wysiłku — wyciągnięcia stopy z gliny, przeniesienia jej nad bruzdą, postawienia w następnej bruździe, która natychmiast wsysała but jak bagno. Marek w gumiakach radził sobie lepiej — jego stopy nie grzęzły, tylko ślizgały się, co było innym rodzajem problemu, ale przynajmniej miał suche skarpetki. O ile je miał — Marek twierdził, że w gumiakach nie nosi skarpetek, bo skarpetki w gumiakach się zsuwają. Wolałam o tym nie myśleć.
Doszliśmy do zarośli przy obwodnicy. Zarośla — gęste, splątane, złożone z czegoś, co w ciemności wyglądało na tarninę, dziką różę i jakieś niezidentyfikowane kolczaste krzaki, które natychmiast wczepiły się w moją kurtkę, mój dres i moje ręce — zarośla były naszą kryjówką. Wcisnęliśmy się między nie, ignorując kolce, i znaleźliśmy się może pięć metrów od krawędzi jezdni.
Z bliska obwodnica była potwornie głośna. Samochody pędziły z szybkością, która z oddali wyglądała na umiarkowaną, ale z pięciu metrów była przerażająca — każdy przejeżdżający tir tworzył podmuch powietrza, który szarpał krzakami i rozwiewał mi włosy. Reflektory oślepiały — po godzinie w ciemności moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, a teraz każdy reflektor wbijał się w nie jak igła. Mrugałam, odwracałam głowę, wyciskałam łzy.
— Musimy przebiec — powiedział Marek, leżąc na brzuchu w kolczastych krzakach, z twarzą brudną od gliny i liśćmi we włosach. Wyglądał jak bohater filmu wojennego — taki, w którym żołnierze forsują linię wroga pod ostrzałem. Z tą różnicą, że żołnierze mieli zwykle po dwadzieścia lat, a Marek miał sześćdziesiąt jeden i astygmatyzm na prawym oku.
— Przebiec? — powtórzyłam. — Przez cztery pasy ruchu? Marek, my nie biegamy. Ja nie biegałam od czasów, kiedy gonił mnie Azor sąsiada, a to było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku.
— To teraz znowu zaczniesz.
— A jak nas potrąci tir?
— Nie potrąci, bo przebiegniemy, kiedy nie będzie tirów. Musimy poczekać na przerwę w ruchu.
Czekaliśmy. Leżeliśmy w kolczastych krzakach, na mokrej ziemi, z twarzami zwróconymi ku obwodnicy, i czekaliśmy na przerwę w ruchu, która nie nadchodziła. Samochody jechały i jechały — piątkowy wieczór, ludzie wracający z pracy, jadący na weekendy, tiry zmierzające na północ do portów, na południe do magazynów. Nie było końca. Nie było przerwy. Był tylko ciągły strumień światła i hałasu, jak rzeka, której nie sposób przejść.
Minęło dziesięć minut. Piętnaście. Dwadzieścia. Kolce tarniny wbijały mi się w udo przez materiał dresu. Ręce miałam mokre od rosy i brudne od ziemi. W pewnym momencie coś przebiegło po mojej dłoni — coś małego, wielonożnego, szybkiego. Wzdrygnęłam się, ale nie krzyknęłam. Nauczycielka polskiego nie krzyczy z powodu robaka. Nauczycielka polskiego przeżywa horror w milczeniu i z godnością.
A potem — przerwa. Światła się skończyły. Nie na zawsze, oczywiście — na chwilę, na kilkadziesiąt sekund, może minutę. Obwodnica stała pusta — żadnych reflektorów w żadnym kierunku, tylko mokry asfalt błyszczący w świetle latarni drogowej, która stała pięćdziesiąt metrów dalej.
— Teraz! — syknął Marek.
Wstałam. Nogi odmówiły posłuszeństwa na pierwsze wezwanie — były zdrętwiałe od leżenia w jednej pozycji, sztywne od zimna, bolesne od kolców. Wstałam na drugą próbę, chwytając się gałęzi tarniny, która odwdzięczyła się wbiciem kolca w kciuk. Marek był już na nogach — gumiaki dawały mu przewagę na mokrym terenie, nie grzązł, nie ślizgał się, stał pewnie jak człowiek, który całe życie stoi na drabinach i rusztowaniach.
Pobiegliśmy. Boże, jak my biegliśmy. Marek wielkim, niezgrabnym galopem, gumiaki łomocząc o asfalt, kurtka trzepocząc jak żagiel. Ja za nim — drobnymi, spanikowanymi krokami, adidasy szurając po nawierzchni, ręce wymachujące po bokach dla równowagi, kolana protestujące przy każdym uderzeniu stopy o twardą powierzchnię. Dwa pasy w jedną stronę — pas zieleni na środku — dwa pasy w drugą stronę. Cztery pasy plus pas zieleni. Może dwanaście metrów. Dwanaście metrów, które w normalnych okolicznościach przeszłoby się w piętnaście sekund spokojnym krokiem, ale w tamtych okolicznościach — w ciemności, na mokrym asfalcie, z sercem w gardle i panicznym strachem, że za chwilę zza zakrętu wyłoni się tir — te dwanaście metrów było jak dwanaście kilometrów.
Przebiegliśmy. Marek pierwszy — wpadł w zarośla po drugiej stronie z impetem, który byłby imponujący u dwudziestolatka, a u sześćdziesięcioletniego elektryka był wręcz heroiczny. Ja za nim — o sekundę, może dwie. W chwili, gdy moje adidasy opuściły asfalt i wylądowały w mokrej trawie na poboczu, za naszymi plecami rozbłysły reflektory — samochód osobowy, jadący szybko, przeszyły ciemność jak nóż. Gdybyśmy zaczęli biec dziesięć sekund później, stalibyśmy na środku jezdni w pełnym świetle reflektorów jak dwa króliki zahipnotyzowane przez węża.
Leżeliśmy w trawie po drugiej stronie obwodnicy, dysząc jak psy po gonitwie. Marek leżał na plecach, z rękami rozrzuconymi na boki, z klatką piersiową unoszącą się i opadającą jak miechy kowalskie. Ja leżałam na brzuchu, z twarzą w mokrej trawie, czując zapach ziemi, wilgoci i czegoś, co mogło być nawozem albo koźlimi bobkami, nie byłam w stanie tego rozróżnić i nie obchodziło mnie to. Byłam po drugiej stronie. Byliśmy po drugiej stronie. Obwodnica szumiała za naszymi plecami, a przed nami — przed nami była ciemność. Ciemność, cisza i sto siedemdziesiąt pięć kilometrów nieznanego terenu.
— Jolka — wysapał Marek.
— Co?
— Żyjesz?
— Chyba tak. A ty?
— Nie jestem pewien. Ale gumiaki całe.
Leżałam w trawie i śmiałam się. Cicho, zduszenie, z twarzą wciśniętą w mokrą trawę — śmiałam się tak, jak nie śmiałam się od lat. Nie z czegoś konkretnego — ze wszystkiego. Z absurdu. Z nas. Z tego, że dwoje sześćdziesięciolatków właśnie przebiegło przez obwodnicę Torunia jak partyzanci przekraczający linię frontu. Z tego, że leżeliśmy w trawie, brudni, zadyszani, z kolcami tarniny w ubraniach i gliną pod paznokciami, i że było to najwspanialsze uczucie, jakiego doświadczyłam od dekady.
Ale śmiech minął szybko. Bo kiedy wstaliśmy i otrzepaliśmy się z trawy i ziemi — na ile to było możliwe, co znaczy: niewiele — i kiedy stanęliśmy twarzą na południe, w kierunku, w którym powinien być Licheń, zobaczyliśmy to, co miało być naszym światem przez następne dwa tygodnie.
Ciemność. Absolutna, totalna, bezkompromisowa ciemność. Nie taka ciemność, jaką znałam z sypialni po zgaszeniu światła — w sypialni zawsze było trochę jasności, poświata latarni za oknem, dioda czuwania na telewizorze, zegar z fosforyzującymi wskazówkami. Tu nie było nic. Światła Rubinkowa zostały za obwodnicą — zamglone, odległe, nierealne, jak wspomnienie snu. Przed nami rozpościerała się równina — bezkresna, płaska, ciemna, pozbawiona jakichkolwiek punktów odniesienia. Niebo nad nami — zachmurzone, bez gwiazd, bez księżyca, szare jak ołów. Ziemia pod nogami — mokra, miękka, nierówna. Gdzieś daleko — bardzo daleko, tak daleko, że nie byłam pewna, czy to naprawdę słyszę, czy tylko sobie wyobrażam — szczekał pies.
Stałam w tej ciemności, w mokrej trawie sięgającej mi do kolan, z brudnymi rękami i mokrymi stopami, i poczułam strach.
Nie heroiczny strach — nie ten odważny, filmowy strach, który bohater pokonuje zaciskając zęby i idąc naprzód z błyskiem w oku. Zwyczajny, ludzki, żałosny strach sześćdziesięcioletniej kobiety, która stoi po kolana w mokrej trawie w ciemności, na obrzeżach miasta, w którym mieszka od dwudziestu ośmiu lat, i zastanawia się, czy nie zwariowała. Strach, który nie jest ekscytujący, lecz paraliżujący. Który nie dodaje skrzydeł, lecz podkurcza nogi. Który mówi: wróć. Wróć do domu. Wróć na kanapę. Wróć do rosołu i telewizora. Wróć, bo tu jest ciemno, zimno i mokro, i nikt cię tu nie uratuje, jeśli coś się stanie, bo nie masz telefonu, nie masz latarki, nie masz nic, jesteś nikim, jesteś kobietą w dresie z Pepco na kujawskim polu, i jedyną rzecz, którą masz, to mąż w gumiakach, który stoi obok ciebie i też się boi, choć nigdy tego nie powie.
— Marek — powiedziałam, a mój głos brzmiał obco w tej ciszy. Cienko, słabo, staro. Głos kobiety, która nie należy do tego miejsca.
— Tak?
— Wiem, w którą stronę iść?
Cisza. Marek patrzył w niebo — w to zachmurzone, bezgwiezdne niebo, które nie dawało żadnej wskazówki, żadnego punktu odniesienia, żadnej Gwiazdy Polarnej, żadnego nic.
— Nie — powiedział Marek. — Ale chmury się rozejdą. Muszą się rozejść. Zawsze się rozchodzą.
— A jeśli się nie rozejdą?
— To poczekamy.
I czekaliśmy. Staliśmy na kujawskim polu, w mokrej trawie, w ciemności, i czekaliśmy, aż niebo się otworzy. Nie mieliśmy innego wyjścia — bez gwiazd nie wiedzieliśmy, gdzie jest południe, a bez południa nie wiedzieliśmy, dokąd iść. Mogliśmy iść na wschód, na zachód, na północ — mogliśmy chodzić w kółko, jak ludzie zagubieni w lesie, którzy myślą, że idą prosto, a w rzeczywistości zataczają koło, bo ludzkie nogi są różnej długości i każdy człowiek skręca nieznacznie w jedną stronę.
Staliśmy i czekaliśmy. Minęło pięć minut, dziesięć, piętnaście. Nogi mnie bolały od stania w mokrej trawie, stopy miałam lodowate, nos mi ciekł od wieczornego chłodu. Marek stał obok jak słup — nieruchomy, cierpliwy, z twarzą zwróconą ku niebu. Czekał, jak czekał na budowach, kiedy prąd był wyłączony i trzeba było poczekać, aż energetyka go włączy. Czekał zawodowo — bo czekanie jest częścią pracy elektryka, tak samo jak wiercenie, lutowanie i przeklinanie pod nosem.
A potem chmury się rozeszły.
Nie nagle, nie dramatycznie — nie jak kurtyna w teatrze. Powoli, leniwie, jakby ktoś przesuwał wielkie szare prześcieradło po niebie, odsłaniając kawałek po kawałku to, co było pod spodem. I pod spodem były gwiazdy. Dziesiątki, setki gwiazd — białych, żółtych, niebieskich, migoczących jak drobinki szkła na czarnym aksamicie. Gwiazdy, których nie widziałam od lat — bo w mieście gwiazd nie widać, bo światła ulic i bloków zalewają niebo pomarańczową poświatą i kradną gwiazdy ludziom, którzy zapomnieli w górę patrzeć.
Tu, na polu za obwodnicą Torunia, gwiazdy wróciły. I były piękne. Piękne tak, że poczułam ucisk w gardle — ten sam ucisk, który czuję, kiedy czytam Szymborską na głos w klasie i trafiam na wiersz, który mnie rozbija, mimo że czytałam go sto razy.
Marek też patrzył. Stał z głową odchyloną do tyłu, z ustami lekko otwartymi, i patrzył w niebo jak dziecko, które widzi gwiazdy po raz pierwszy.
— Tam — powiedział, podnosząc rękę. — Wielki Wóz. Widzisz? Te siedem gwiazd, jak wózek z dyszlem.
Patrzyłam. Widziałam gwiazdy — dużo gwiazd, za dużo gwiazd, wszystkie wyglądały tak samo, żaden wóz nie odcinał się od tła.
— Nie widzę — przyznałam.
— Tam, tam. Te jasne. Cztery tworzą prostokąt, trzy tworzą łuk. Jak rondel z rączką. Widzisz rondel?
— Marek, nie widzę żadnego rondla na niebie.
— Dobrze, to popatrz za moim palcem. Prosto, prosto, tam, wyżej, nie, nie tam, wyżej, jeszcze wyżej… no!
— To jest Wielki Wóz?
— To jest Wielki Wóz.
— Wygląda jak krzywa garść punkcików.
— To jest Wielki Wóz — powtórzył Marek z cierpliwością człowieka, który tłumaczy klientowi, że nie, nie może wsadzić widelca do gniazdka, nawet jeśli pasuje. — A teraz patrzę na dwie tylne gwiazdy prostokąta — te dwie, tam — i prowadzę od nich linię w górę, pięć razy dalej, i tam jest Gwiazda Polarna. Gwiazda Polarna to północ. Jak wiem, gdzie jest północ, to wiem, gdzie jest południe. Południe jest za naszymi plecami.
Obróciliśmy się. Teraz Gwiazda Polarna — jeśli to rzeczywiście była Gwiazda Polarna, a nie jakaś inna gwiazda, bo ja na niebie znam się tyle, co na fizyce kwantowej, czyli nic — była za naszymi plecami. Przed nami było południe. Licheń. Cel. Sto siedemdziesiąt pięć kilometrów ciemności.
— Idziemy — powiedział Marek.
I poszliśmy.
Pierwsze godziny marszu były euforią. Czystą, nierozcieńczoną, szaloną euforią — taką, jakiej nie doświadczyłam od lat, może od dekad, może nigdy. Szliśmy przez pole — zaorane, z bruzdami pełnymi wody, potykając się co trzeci krok, grzęznąc co piąty — i czułam się jak odkrywca stawiający stopę na nieznanym lądzie. Każdy krok był krokiem w nieznane. Każdy metr oddalał nas od tego, co znaliśmy, i przybliżał do tego, czego nie znaliśmy. Adrenalina buzowała mi w żyłach jak prąd w kablach Marka — każda komórka ciała była rozbudzona, każdy zmysł wyostrzony. Widziałam ciemność — i w tej ciemności widziałam kształty, cienie, kontury. Słyszałam ciszę — i w tej ciszy słyszałam dźwięki, których nigdy wcześniej nie słyszałam: szum wiatru w trawie, szelest czegoś w krzakach, daleki, żałosny krzyk ptaka nocnego, skrzypienie gałęzi.
Marek szedł obok mnie — nie przede mną, jak na osiedlu, lecz obok. Ramię w ramię, jak para żołnierzy na patrolu. Jego gumiaki tworzyły rytmiczne chmurki i mlaśnięcia na mokrej ziemi. Moje adidasy — ciche, przesiąknięte, cieknące — nie wydawały prawie żadnego dźwięku. Szliśmy w milczeniu, bo nie było potrzeby mówić. Ciemność i cisza powiedziały wszystko za nas.
A potem euforia zaczęła ustępować miejsca bólowi.
Najpierw stopy. Moje stopy — te stopy, które przez sześćdziesiąt lat nosiły mnie po chodnikach, korytarzach, klasach, sklepach i mieszkaniach, ale nigdy nie nosiły mnie po zaoranym polu w mokrych adidasach przez kilka godzin bez przerwy — moje stopy zaczęły protestować. Najpierw lekki ból w piętach, taki, jaki czuję po długim spacerze — pomijalny, traktowany jako normalność. Potem ból w podeszwach, ostrzejszy, pulsujący, jakby ktoś wbijał mi gwoździe od dołu. Potem pęcherze — poczułam je, zanim je zobaczyłam, bo widzieć ich nie mogłam w ciemności. Poczułam tarcie materiału o skórę, potem pieczenie, potem nagły, ostry ból, który oznaczał, że pęcherz pękł i obnażona skóra teraz ociera się o mokrą skarpetę. Zacisnęłam zęby i szłam dalej, bo nie było alternatywy. Nie było ławki, na której mogłabym usiąść. Nie było apteki, w której mogłabym kupić plastry. Był tylko mokry grunt pod stopami i ciemność dookoła.
Marek nie narzekał — Marek nigdy nie narzeka na ból fizyczny, bo jest elektrykiem, a elektrycy przyzwyczajeni są do bólu, do poparzeń, do uderzeń prądem, do skaleczeń. Ale widziałam — nawet w ciemności, po ponad trzydziestu latach czytania jego ciała — że kuleje. Lekko, na prawą nogę, tę z kontuzją z dziewięćdziesiątego ósmego roku. Jego gumiaki, te wodoodporne, praktyczne, genialne gumiaki, miały jedną wadę, o której nie pomyślał — nie amortyzowały. Każdy krok na twardszym gruncie — na skibie, na kamieniu, na korzeniu — wchodził mu prosto w stawy, w kolano, w biodro. Ale szedł. Szedł, bo Marek jest człowiekiem, który idzie, kiedy trzeba iść, bo jest Dębowski, a Dębowscy idą.
Gdzieś po drugiej godzinie marszu — choć nie mieliśmy zegarków i mogła to być godzina albo trzy — Marek zatrzymał się nagle. Tak nagle, że wpadłam na niego i uderzyłam nosem w jego łopatkę. Duża, twarda łopatka, pokryta flanelą i kurtką roboczą, pachnąca potem i kurzem.
— Co jest? — szepnęłam.
— Rów — powiedział Marek.
Spojrzałam w dół. W ciemności nie widziałam nic — absolutnie nic, czarną przestrzeń, która mogła być metr głęboka albo dziesięć. Marek wyciągnął nogę nad krawędź i ostrożnie opuścił stopę. Gumiak trafił w wodę — usłyszałam plusk, cichy, ale wyraźny.
— Głęboki? — zapytałam.
— Zaraz się dowiem.
Marek zrobił krok. I wtedy jego druga noga — ta, która stała na krawędzi — ześlizgnęła się po mokrej glinie. Usłyszałam krótki, zduszony okrzyk — nie krzyk, bo Marek nie krzyczy, raczej sapnięcie zaskoczenia — a potem plusk. Duży, głośny plusk, taki, jaki wydaje osiemdziesięciopięciokilogramowy mężczyzna w gumiakach i kurtce roboczej, wpadając do rowu melioracyjnego.
— Marek! — syknęłam, bo krzyczeć nie mogłam, bo moglibyśmy zwrócić uwagę — czyją, nie wiem, bo dookoła na kilometry nie było żywej duszy, ale zasada ciszy obowiązywała od pierwszego kroku.
— Tu jestem — odezwał się Marek. Jego głos dochodził z dołu, z poziomu mojego kolana. — Nie jest głęboko. Po pas.
— Po pas w wodzie?
— Po pas w błocie. Woda jest po kolana. Reszta to błoto.
Wyobraziłam sobie to — Marek po pas w rowie melioracyjnym, w ciemności, w błocie, z gumiakach pełnymi wody (tyle z wodoodporności), na kujawskim polu, w piątkową noc. Chciałam się śmiać. Chciałam płakać. Zrobiłam jedno i drugie naraz, co wyszło jako dziwny, duszony dźwięk, jakby ktoś dławił kota.
Pomogłam mu wyjść. Wyciągnęłam rękę, on chwycił — mokra, brudna, śliska dłoń zacisnęła się na mojej mokrej, brudnej, śliskiej dłoni — i wciągnęłam go na krawędź. Wygramolił się z rowu jak foka z basenu — niezgrabnie, ociężale, z mlaskaniem gumiaków wypełnionych wodą. Stał na krawędzi rowu, ociekając wodą od pasa w dół, i milczał. Milczał tak wymownie, że sama cisza była komentarzem.
— Gumiaki ci nie pomogły — zauważyłam.
— Jolka — powiedział Marek tonem, który oznaczał, że jeśli powiem jeszcze jedno słowo o gumiakach, to noc zakończy się rozwodem na kujawskim polu.
Szliśmy dalej. Mokrzy, brudni, bolący, ale szliśmy. Bo co innego mogliśmy zrobić? Wrócić? Przez obwodnicę, przez osiedle, po schodach na trzecie piętro, do mieszkania, do kartki na lodówce, którą trzeba by zdjąć z upokorzeniem? Nie. Szliśmy.
I gdzieś w trakcie trzeciej albo czwartej godziny marszu — dawno straciłam poczucie czasu, które to zresztą było intencją — Marek znów się zatrzymał. Tym razem delikatnie, bez pośpiechu.
— Jolka — powiedział. — Chyba idziemy w złą stronę.
Zamarłam.
— Jak to w złą stronę?
— Gwiazda Polarna powinna być za nami. A jest po lewej. Co znaczy, że idziemy na wschód zamiast na południe.
— Na wschód? Marek, na wschodzie jest Wisła! Idziemy w stronę Wisły?
— Nie krzycz. Tak, najwyraźniej skręciliśmy gdzieś po drodze. Musiałem źle odczytać gwiazdę.
— Źle odczytać gwiazdę? Marek, miałeś jedną gwiazdę do odczytania! Jedną! Gwiazda Polarna, ta jasna na końcu dyszla!
— Wiem, która jest Gwiazda Polarna, Jolka. Problem w tym, że na tym niebie jest dużo jasnych gwiazd i niektóre wyglądają jak Polarna, ale nią nie są.
— To która jest prawdziwa?
Marek patrzył w niebo. Długo, intensywnie, z marsem na czole. Obracał głowę, przyglądał się konstelacjom, mruczał pod nosem. Ja stałam obok, z mokrymi stopami i pękniętymi pęcherzami, i modliłam się — po raz pierwszy od lat modliłam się szczerze, nie mechanicznie, jak w kościele w niedzielę, ale szczerze, z głębi serca — żeby Marek znalazł właściwą gwiazdę, bo jeśli nie znajdzie, to będziemy chodzić w kółko po kujawskich polach do końca życia, co w naszym tempie i naszym stanie zdrowia mogło nie potrwać długo.
— Ta — powiedział wreszcie Marek, wskazując palcem punkt na niebie, który wyglądał dokładnie tak samo jak dziesięć innych punktów dookoła.
— Jesteś pewien?
— Nie. Ale bardziej pewien niż ostatnio.
Zmieniliśmy kierunek. Poszliśmy w prawo — przynajmniej tak nam się wydawało — korygując kurs o dziewięćdziesiąt stopni. Szliśmy przez kolejne pola, przez kolejne bruzdy, przez kolejne mokre trawy i zarośla. Krajobraz — o ile można mówić o krajobrazie w ciemności — nie zmieniał się. Równina ciągnęła się w nieskończoność, płaska jak stół, pozbawiona wzniesień, drzew, jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Kujawsko-pomorska prowincja nocą wyglądała jak ocean — bezbrzeżny, monotonny, przytłaczający swoją rozległością.
Ale nie był to ocean pusty. Był zamieszkany — nie przez ludzi, bo ludzie spali w domach za szczelnie zamkniętymi drzwiami, ale przez dźwięki. Odległy szczek psów — nie agresywny, raczej nerwowy, przerywany, jakby psy wyczuwały naszą obecność na odległość i komentowały ją między sobą. Pohukiwanie sowy — głębokie, rezonujące, dochodzące z ciemnych mas zadrzewień, które wyrastały tu i ówdzie na horyzoncie jak wyspy na morzu. Szelest czegoś w trawie — szybki, krótki, jakby małe zwierzę uciekało spod naszych stóp. I zapach — zapach, który znałam z niedzielnych wycieczek na wieś, ale który tu, w nocy, był intensywniejszy, głębszy, bardziej surowy. Zapach obornika — ciepły, organiczny, kwaśny. Zapach mokrej ziemi — mineralny, ciężki, starożytny. Zapach gnijących liści — słodkawy, trupi, jesienny. I ponad tym wszystkim — zapach przestrzeni. Czystego, otwartego powietrza, nieprzefiltrowanego przez klimatyzatory, niezniekształconego przez spaliny, niezmąconego przez nic. Powietrze, które pachniało tak, jak powietrze pachniało od zawsze, zanim ludzie zaczęli je psuć.
Szliśmy. Godzina za godziną, krok za krokiem, pole za polem. Nie rozmawialiśmy — nie z niechęci, lecz z braku oddechu. Marsz po nierównym terenie, w ciemności, przez mokrą glebę i zarośla, wymaga wysiłku, na jaki nasze sześćdziesięcioletnie ciała nie były przygotowane. Oddychaliśmy ciężko, głośno, miarowo — jak dwa stare lokomotywy parowe ciągnące pod górę. Pot mieszał się z rosą na skórze, tworząc warstwę wilgoci, która w chłodnym nocnym powietrzu stawała się lodowata.
A potem, powoli, niebo zaczęło się zmieniać.
Najpierw na wschodzie — o ile to był wschód, bo po pomyłce Marka z gwiazdami nie byłam pewna żadnego kierunku — pojawiła się wąska linia szarości. Nie światła, nie jasności — szarości, jakby ktoś rozmazał ołówek na krawędzi horyzontu. Potem szarość się rozszerzała, pojaśniała, nabrała odcienia perłowego. Gwiazdy zaczęły gasnąć — nie nagle, lecz po jednej, jak świece zdmuchiwane przez niewidzialną rękę. Kształty wyłaniały się z ciemności — drzewa, krzaki, linia horyzontu, krawędź pola. Świat wracał.
Świt.
— Musimy się schować — powiedział Marek.
Rozejrzałam się. Po prawej stronie — pole, zasiane czymś, co w szarym świetle wyglądało na pszenicę ozimą. Po lewej — kolejne pole, zaorane, puste. Przed nami — zagajnik. Mały, nieregularny skrawek lasu — może trzydzieści drzew, może pięćdziesiąt, głównie brzozy, z kilkoma sosnami i gęstym podszytem z czegoś krzaczastego i nieprzyjaznego. Zagajnik stał na skraju pola jak wyspa na morzu upraw — samotny, niepasujący do otoczenia, jakby ktoś go tu zostawił przez pomyłkę.
Weszliśmy w zagajnik. Gałęzie brzóz zwisały nisko, ich liście — już pożółkłe, jesienne — szeleszczały na lekkim wietrze. Pod stopami miękki dywan z igliwia sosnowego, liści, gałązek i czegoś miękkiego, co mogło być mchem albo grzybem. Marek znalazł miejsce między dwoma brzozami, gdzie gęste zarośla tworzyły naturalną osłonę — z trzech stron otoczone krzakami, z czwartej przylegające do pnia grubej sosny. Miejsce wielkości podwójnego łóżka, może trochę mniejsze. Nasze łóżko na następne kilkanaście godzin.
Położyliśmy się. Na gołej ziemi. Na igliwiu, liściach, gałązkach, mchu. Bez materaca, bez poduszki, bez koca, bez niczego. Ziemia była twarda — twarda jak beton, choć pokryta miękką warstwą ściółki. I zimna. Zimna jak metal w mroźny dzień. Zimno wchodziło przez kurtkę, przez bluzę, przez dres, przez bieliznę, przez skórę, przez mięśnie — do kości. Leżałam na plecach i czułam, jak moje ciało — każdy mięsień, każdy staw, każda kość — protestuje. Plecy bolały od marszu. Nogi bolały od marszu. Stopy pulsowały bólem pękniętych pęcherzy. Ramiona bolały od wymachiwania rękami dla równowagi. Szyja bolała od ciągłego patrzenia w niebo, szukając gwiazd, których Marek nie potrafił poprawnie zidentyfikować.