E-book
13.65
drukowana A5
41.66
Piękniejszy świat

Bezpłatny fragment - Piękniejszy świat


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8189-127-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.66

Podskoki żółwia

W ogóle to ja miałem być jaskółką. Nie mam pojęcia, jak to się stało: czy gdzieś po drodze poplątały się geny, czy też matka wysiedziała nie swoje jajko albo padłem ofiarą jakichś nad wyraz złośliwych promieni kosmicznych.

Przez pierwsze lata swojego życia nie zdawałem sobie sprawy z owego wypaczenia natury. Byłem przekonany, że z czasem wyrosną mi skrzydła, ogon się rozdwoi i że jak inni poszybuję nad naszą łąką i strumykiem. Ba, widziałem siebie lecącego ze stadem na inne kontynenty. Już w tym swoim małym móżdżku potrafiłem sobie wyobrazić zapierające dech widoki z góry, czułem lekkie powietrze, powiew wiatru i zapach chmur. Tak, byłem przekonany, że chmury mają swoiste zapachy: lekkie, pierzaste — zapach konwalii, cumulusy — zapach bzu, a altocumulusy — jaśminu. Potrafiłem godzinami patrzeć na loty jaskółek, podziwiałem ich zręczność i prędkość — niczym muszki potrafiły w okamgnieniu zmienić kierunek lotu: do góry, na dół, w lewo, w prawo. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, dlaczego to robią. Wielu rzeczy jeszcze wtedy nie wiedziałem.

O naiwny! W swoim niezachwianym przekonaniu usiłowałem stawać na tylnych łapach, przednie wyciągając do góry, to znów próbowałem nimi machać albo podskakiwać, ale mimo usilnych starań ruchom tym brakowało dynamiki. Nie ma co ukrywać, były to ruchy powolne. Niemniej nie poddawałem się, próbowałem różnych ćwiczeń: rozciągania, obrotów, nawet nieudolnych prób skoku.

Z upływem czasu rósł mój niepokój. Coraz bardziej odczuwałem jakąś sztywność w plecach. I ciężar. Usiłowałem odwrócić głowę, ale mimo największego wysiłku nie byłem w stanie zobaczyć całych pleców. Ale już nawet to, co widziałem, nie zwiastowało dobrych wyników: nie widać było śladu piór, łapy zaczęły mi grubieć i, co najgorsze, zamiast stawać się szybszy, zwinniejszy — czułem w sobie rosnącą ślamazarność.

Wszystko to zaczęło wpływać na moją psychikę. Złapałem się na tym, że coraz częściej przysiadam na kamieniu i po prostu trwam w bezruchu. Niby patrzę, niby słyszę, ale tak naprawdę jestem „odłączony” i nie wiem, który ze stanów był gorszy: czy jałowe dociekania i rozmyślania, czy też stan totalnej bezmyślności. Jak się potem okazało, wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co miało mnie spotkać.

Było to wczesną wiosną, kiedy noce są jeszcze chłodne, a wschodzące słońce mieni się tęczą barw w porannej rosie. Rozbudzony perspektywą radosnego poranka ruszyłem w stronę strumyka. Czułem prężność nóg i swój dziarski krok (o nieba! w jakiej ułudzie można żyć!). Mijałem uginające się pod kroplami kwiaty, wilgotne patyki, omszałe kamienie. Zachłystywałem się radością na widok równo zaplecionej pajęczyny pokrytej lśniącymi kropelkami rosy. Z góry dochodziły mnie krzyki jaskółek — bez trudu rozpoznawałem je pośród jazgotu innego ptactwa. Rozpierała mnie energia, czułem, że mogę podbić świat!

W pewnym momencie stąpnąłem na jakąś oślizgłą kulę. Dotknięta przeze mnie łagodna powierzchnia zmieniła się nagle w pióropusz długich, ostrych kolców. Cofnąłem boleśnie ukłutą łapę. A więc to był jeż. Byłem jeszcze za młody, by być przesądnym, ale intuicja mi podpowiadała, że nie był to dobry znak. Stanąłem, patrząc na czuprynę kolców, i zrobiło mi się jakoś nieswojo, pulsujący przed chwilą entuzjazm opadł niczym zestrzelony ptak. Głupie to, ja wiem, ale czy emocje można kontrolować?

Już nieco wolniejszym krokiem ruszyłem w stronę strumienia, ostrożnie omijając groźną kulę. Nagle przestałem dostrzegać rozkwitające krokusy, nie słyszałem krzyku jaskółek. Moje zmysły były kompletnie pochłonięte obserwowaniem ścieżki, przecież obok jeży grasowały tu także węże i kto wie jakie jeszcze gady.

Rozglądałem się na boki z taką intensywnością, że nie zauważyłem, jak moja ścieżka nagle się skończyła na ostrym urwisku, i po chwili staczałem się w dół niczym kamień. Omen jeża powtórnie dał o sobie znać, bo wylądowałem na plecach. Nie dość, że obolały i zły na siebie, to jeszcze na plecach. Żadne próby przewrócenia się nie dawały rezultatu. Nie pozostawało nic innego jak trwać tak do końca…

Mogłem jedynie myśleć. Ale czy ktoś w takiej chwili może racjonalnie myśleć? Czy jakiekolwiek konkluzje są coś warte? Niemniej myślałem. Dlaczego nie posłuchałem sygnału jeża? Przecież był niedwuznaczny, a jego nastroszone kolce wyraźnie mnie ostrzegały: zawrócić! Pokpiłem sprawę, a teraz co? Nagle obok bólu poczułem głód i pragnienie. Potęgował je łagodny szum strumienia, który musiał płynąć bardzo blisko mnie. Wtedy po raz pierwszy w życiu (krótkim, bo krótkim) zobaczyłem brzydkie niebo.

Runął jeszcze jeden bastion moich przekonań. Do tej pory niebo było dla mnie zawsze piękne: i to bezchmurne o jasnym błękicie, i to z rozsypanym pierzem, i to z tumanami niczym puchowe kołdry, i to niskie, ponure albo groźne błyskawicami. Mogłem na nie patrzeć bez końca. Teraz, kiedy byłem do tego zmuszony, prysnął czar piękności, a jego miejsce zajęły strach, gorycz i przekleństwo. Ohydne niebisko z wstrętnymi ptakami kreślącymi kulfoniaste krechy. Moją jedyną ucieczką było przymykanie oczu. Więc przymykałem i chyba tak zasnąłem.

Obudził mnie chłód w plecach i głośny szum strumienia. Kątem oka zobaczyłem, że wzmógł się prąd i strumień zaczął się rozlewać na boki. Więc była nadzieja! Czułem, jak woda stopniowo mnie podmywa, aż zacząłem się unosić, po czym porwał mnie nurt i na głębszej wodzie już bez trudu przekręciłem się i wypłynąłem na brzeg. Wreszcie mogłem zaspokoić pragnienie, podjeść i już w lepszym nastroju znaleźć miejsce na odpoczynek.

Przycupnąłem na wielkim kamieniu. Był rozgrzany od słońca, więc znowuż świat poweselał i zrobiło mi się błogo. Kiedy słońce już weszło wysoko, obszedłem kamień dookoła. Jedna z jego krawędzi ostrą ścianą opadała do wody. Stanąłem na samym brzegu i spojrzałem w dół. W łagodnej tafli wody ujrzałem swoje odbicie. W pierwszym momencie nie mogłem uwierzyć swoim oczom — to nie byłem ja, to ktoś za mną, obok mnie. Poruszyłem głową w lewo, w prawo, przekręciłem szyję, próbowałem różnych możliwych póz — nie było wątpliwości. W uszach poczułem potworny szum, oczy zaszły mi mgłą, łapy ugięły się, jakby były z waty, kręciło mi się w głowie, nie potrafiłem myśleć. Moim odruchem było skoczyć, utonąć, udusić się, przepaść — ale nie było ucieczki, to byłem ja! Żółw!

Wróciłem na środek kamienia, złapałem oddech, chwilkę przeczekałem, po czym wróciłem na przeklęte miejsce na krawędzi. Teraz już nieco spokojniej przyglądałem się odbiciu na dole: pomarszczonej skórze, wybałuszonym oczom, porowatej szyi. Więc to byłem ja? To była ta moja jaskółka: płaska, przyziemna, pomimo młodego wieku archaiczna.

Długo leżałem bez ruchu. Starałem się temu wszystkiemu nadać jakiś sens, znaleźć się w nowej rzeczywistości. A przecież byłem tylko młokosem, niedoświadczonym, głupiutkim. Inni w moim wieku myśleli tylko o zabawie i figlach. Ja też byłem taki. Byłem. Teraz pojawił się cień, chmura, którą nie łatwo było usunąć. Spojrzałem na niebo. Pozornie nic się nie zmieniło, trwało w swoim błękicie, ale coś już było nie tak, jakby się pojawiła jakaś druga warstwa, właściwie niewidoczna, jedynie wyczuwalna.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Oddawałem się swoim zwykłym zajęciom, ale w mojej podświadomości ciągle mieszkał ów niepokój, momentami silniejszy, kiedy indziej niemal nieobecny. Nie myślałem o tym, bo nie miało to sensu. Jedynie jakaś zmiana mogłaby mnie pobudzić do działania, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy i pewnie już by to tak pozostało, gdyby nie przypadek. Otóż pewnego razu wracając znad strumienia, poczułem, że coś mi z boku szura o ziemię. Stanąłem, spojrzałem, a to pióro przykleiło mi się do pleców, jaskółcze pióro! Próbowałem je oderwać, szarpałem, ciągnąłem, ale nie ustępowało. Hej! (Chyba krzyknąłem). Hej! (Chyba podskoczyłem).

Obudził się we mnie nowy entuzjazm do życia. Bez chwili zastanowienia narodziły się cel, plan działania i strategia (chociaż jeszcze wtedy nie znałem tych słów). W ramach codziennych zajęć kluczowym punktem stała się wyprawa do wioski za lasem. Systematycznie obchodziłem wszystkie zabudowania, pod ich strzechami aż się roiło od jaskółczych gniazd, a na ziemi leżała istna pierzyna ptasich piór.

Powoli zacząłem je znosić do domu. Sporo czasu zajęło mi opanowanie techniki przyklejania ich, aż po wielu próbach osiągnąłem perfekcję. W lesie znalazłem roślinę o niezwykle lepkich liściach, syrop rozpuszczałem w rosie i tak powstał idealny klej. Z patyków zbudowałem małe rusztowanie, na którym układałem pióra, co pozwalało przyklejać je w dowolnym miejscu mego ciała. W ten sposób rozpoczął się okres intensywnych przygotowań do dnia, w którym miało zmienić się moje życie.

Temu planowi sprzyjało chmurne niebo — jest wtedy gorsza widoczność i mniejszy ruch na ścieżce. Kiedy jaskółki zaczęły latać nisko nad łąką, wiedziałem, że zbliża się deszcz, a więc i chmury. Zamieszałem większą ilość kleju, wybrane pióra ustawiłem na przygotowanym rusztowaniu i wziąłem się do roboty. Do południa cały byłem pokryty piórami: plecy, brzuch, ogon. Pogwizdując, ochoczo ruszyłem ścieżką do strumienia.

Muszę przyznać, że pióra utrudniały mi nieco poruszanie, ale pocieszałem się, że była to tylko kwestia przyzwyczajenia. Z jednej strony rozpierała mnie duma z mojego nowego wcielenia, z drugiej strony czułem się trochę nieswojo. Szedłem z pochyloną głową, udając, że nikogo nie widzę. Przede wszystkim nie chciałem być rozpoznawalny. Kiedy zobaczyłem zbliżającą się sąsiadkę wiewiórkę z małymi, odwróciłem się tyłem, udając, że czegoś szukam na ziemi. Niemniej wyczułem ich uwagę i zdziwienie. Nie wiem, czy mnie poznali. Podobnie niezręczne było spotkanie borsuka zaprzyjaźnionego z naszym domem. Jego krytycznej natury obawiałem się najbardziej, gdyby mnie poznał, skończyłoby się katastrofą.

Dalej już szedłem znacznie ostrożniej, trzymałem się ocienionych miejsc, a na widok większej grupy chowałem się pod krzakiem. Zaczął padać deszcz. Obserwowałem swoje pióra, krople łagodnie spływały po nich na ziemię, ale klej nie puszczał. Po chwili deszcz zamienił się w ulewę, na ścieżce zrobiło się pusto, więc już bez przeszkód dotarłem do strumyka. Dopiero kiedy się w pełni zanurzyłem i poczułem, jak woda przepływa pomiędzy piórami, unosząc mnie łagodnie na powierzchni, poczułem dużą ulgę.

Przede mną była długa droga w nieznane, nigdy tak daleko nie wędrowałem. Ale nie czułem niepokoju, raczej dreszczyk emocji. Nie był to jednak stan pełnej beztroski. Żółwiom nie dany jest taki luksus. Już sama postura i powolność ruchu nastrajają melancholijnie. Zresztą ta ślamazarność nie jest uwarunkowana niemożnością szybszego ruchu — żółwie mogłyby biegać, i to prędko, ale powstrzymuje je obawa i… obciążenie. Nie jest to garb. W żadnym wypadku. To tylko domek, ale na jedno wychodzi.

Toteż płynąc spokojnym strumieniem, miałem masę czasu na to, co żółwiowi przychodzi naturalnie — na rozmyślania. Najbardziej martwiłem się o mamę. Wprawdzie zostawiłem notkę, że wyjeżdżam i że będę pisał, ale i tak będą się o mnie martwili, znam ich. No i ta największa obawa — o przyszłość. Jak się znajdę w nowych realiach? Czy podołam? I czy… Nie chciałem tak do końca drążyć niepokojów. Przecież tak łatwo jest wpaść w panikę z obawy o to, co się może wydarzyć: można zachorować na jakąś straszną chorobę albo być rozjechanym przez samochód, zatruć się… Na szczęście udało mi się porzucić te jałowe rozważania, tym bardziej że nurt wody raptownie przyspieszył wraz ze wzmagającym się szumem. Zacząłem się rozglądać zaniepokojony, tym razem z uzasadnionej przyczyny. Nagle zobaczyłem, że w odległości kilkudziesięciu metrów strumień nagle się urywał. Dopiero teraz zrozumiałem, że zbliżałem się do wodospadu! Było za późno na jakąkolwiek ucieczkę, nie miałem szansy.

Nim się zdążyłem zorientować, wyrzucony zostałem jak z katapulty i wraz z pieniącym się strumieniem leciałem w przepaść. Poniżej sterczały kikuty ostrych kamieni, wisiały badyle poszarpanych drzew i dopiero hen, w dole widać było zieloną toń. Zamknąłem oczy, skuliłem się i klepałem jakieś słowa do niebios. Nie wiem, jak długo trwałem w stanie nieważkości, sekundę czy rok.

Z lotu na kraju życia wyrwało mnie mocne uderzenie, coś mną szarpnęło, po czym nastąpiła cisza. Żyłem. Otworzyłem oczy — byłem pod wodą. Stopniowo zacząłem się wynurzać na powierzchnię. Wziąłem głęboki oddech i rozejrzałem się dookoła. Płynąłem spokojną rzeką, po jednej stronie rozciągały się rozległe pola, drugi brzeg zdobił sosnowy las. Dopiero kiedy się zupełnie uspokoiłem, przypomniały mi się pióra. Pozostały nienaruszone.


***


Założenie nowej norki nie sprawiło mi większych trudności, było też co jeść i miałem dostęp do wody. Pióra trzymały się doskonale, tylko od czasu do czasu wymagały pielęgnacji i spłukania w strumieniu, co robiłem z przyjemnością. A więc udało mi się powrócić do normalnego trybu życia, ale przecież nie o to chodziło.

Zacząłem się rozglądać za domami, bo tam było najwięcej gniazd. Wiadomo, że dalekie wędrówki nie są atutem żółwi, toteż długo musiałem szukać, aż wreszcie za górką znalazłem małą wioskę. Musiała być jakimś ptasim rajem, bo mieszkały tam i bociany, i sikorki, i wrony, no i oczywiście… jaskółki.

Etap przygotowań miałem więc za sobą, teraz należało się zastanowić nad dalszym planem działania; czy mam się pokręcić koło chałup z nadzieją na poznanie jakiejś jaskółki albo nawet grona jaskółek? A może tak „na luzie” popijać wodę z rzeki i czekać, aż któraś tu zajrzy? Przecież przychodzą się napić i potaplać. Z tematem nie będzie problemu: a to o pogodzie, a to o uroku brzeziny nad rzeką, zawsze można ponarzekać na ciężkie czasy albo na dzisiejszą młodzież. Chociaż z tym to trzeba uważać, łatwo się napatoczyć na młodą jaskółkę, u nich niełatwo rozpoznać wiek. Ostatecznie zdecydowałem nie podejmować żadnych prób, dokąd nie nabiorę większej pewności siebie, a to mogła mi dać tylko umiejętność latania.

Z tym było znacznie gorzej. Długo kombinowałem, jak by tu znaleźć odpowiednie miejsce na próbne skoki; na drzewo nie wejdę, żeby skoczyć z urwiska trzeba nabrać rozpędu. Umówmy się, jest to dla żółwia trudna sprawa. Myślałem, kombinowałem, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Minęło lato, jesień, zdążyłem już poznać całą okolicę: lasy, łąki, zagajniki i górkę za wioską.

Spadły śniegi. Dzieci lepiły bałwany, obrzucały się śnieżynkami albo ciągnęły sanki w kierunku górki. Starsi chłopcy szli drogą z nartami na plecach. Wiedziałem mniej więcej, do czego one służą, ale tak naprawdę nigdy nie widziałem jadących narciarzy.

Wybrałem piękny, słoneczny dzień i ruszyłem w stronę górki za wioską. Tyle było radości w zimowym pejzażu: oszronione drzewa, skrzący się śnieg i białe czapy na stromych dachach. W śnieżnej bieli wszystko stawało się urokliwe: i walący się płot, i wyskubany strach na wróble, i porzucony wóz drabiniasty. Co chwila przystawałem, by nasycić wzrok tym nierealnym pejzażem. Szczypałem się, nie dowierzając samemu sobie, bo w tym momencie byłem szczęśliwy!

W śniegu droga nie była łatwa, często zapadałem się w głębokim puchu, marzły mi łapy, chociaż w ogóle byłem zgrzany. W końcu jednak dobrnąłem do górki za wioską, gdzie czekały mnie ciągle nowe doznania. Po raz pierwszy zobaczyłem zjeżdżające na sankach dzieci oraz szusujących narciarzy. Nagle poczułem, że świat jest tak bogaty, tyle w nim radości i piękna, dźwięków, kolorów, zapachów. Powtórzyłem to zdanie w myślach — to ja tak powiedziałem? Czy ktoś tu obok? Rozejrzałem się dookoła. Głupi.

Kiedy już przyzwyczaiłem wzrok do górki pełnej sunących sanek i nart, zauważyłem, że niektórzy narciarze nie zjeżdżają, narty niosą na ramionach i nie mają kijków. Zaintrygowany tym nietypowym zachowaniem poszedłem za nimi. Szli oni na dalszą część góry, gdzie stok był bardziej stromy i nie było widać ludzi. Szedłem dalej, aż nagle zobaczyłem szybującego w powietrzu narciarza — leciał pochylony do przodu, rozwartymi ramionami niemal dotykał czubków nart. Wyglądał imponująco, chociaż jeszcze nie wiedziałem, skąd on się tam wziął. Teraz zbliżał się do podnóża stoku, gdzie zmienił pozycję i zgrabnym ruchem wylądował na ziemi.

Spojrzałem w górę i dopiero po chwili dostrzegłem ostry rozbieg zakończony progiem. Właśnie w tym momencie następny narciarz nabrał rozpędu, wybił się z progu i poszybował jak… ptak. Stałem oniemiały. Więc jednak można… Po chwili na szczycie rozbiegu ukazał się kolejny skoczek. Ruszył ostro, skulony nabierał dużej prędkości, zgrabnie wybił się z progu i poszybował… Myślałem, że już tam w górze zostanie, jak jaskółka.

Wdrapałem się na kamień, żeby mieć lepszy widok, i stąd obserwowałem kolejnych skoczków — to było rewelacyjne! Jak oni to robili? Nie bali się? Przecież gdyby jakieś potknięcie, jeden błędny ruch, to by ich zmiatali na szufelkę. A oni nie przestawali skakać. Myśli kotłowały mi się w głowie: no dobrze, a ja? Przecież nart nie założę — no nie — ale ja mam pióra. Jaskółcze. No mam. To się musi liczyć. Na szczyt wejdę, z tym nie będzie problemów, choćbym miał iść tydzień. Zaczęło się ściemniać, więc ruszyłem w drogę powrotną. Miałem o czym myśleć, był pomysł, ale trzeba go było dopracować.


Wspinaczka była długa i mozolna. Na szczęście pod śniegiem sporo było traw i liści, tak że z jedzeniem nie było problemów, a zamiast wody łykałem śnieg. Kiedy dotarłem na szczyt skoczni, zapadał zmierzch. Pogoda była ładna, więc miałem sprzyjające warunki. Po zachodzie słońca na niebie ukazał się księżyc w pełni, jakby na zamówienie. Rzucał blade światło na ośnieżoną skocznię. Wyglądało to trochę jak sceneria z horroru, ale za to nie było widać wyraźnie progu ani podnóża góry, co było wielkim plusem. Jedynie w takich warunkach miałem szansę. Teraz tylko należało wykonać zaplanowane manewry i… do lotu!

Najpierw musiałem przygładzić na grzbiecie pióra i sprawdzić, czy równo leżą. Potem wykopałem mały dołek, do którego wszedłem tyłem, odbiłem się przednimi łapami, w ten sposób kładąc się na plecach. Teraz tylko mój uchwyt trzymał mnie przed poślizgiem w dół. Wziąłem głęboki oddech, łapy schowałem do środka i poczułem, jak zjeżdżam.

Równo przyklejone pióra na twardym grzbiecie okazały się doskonałym nośnikiem i czułem, jak nabieram prędkości. W czasie zjazdu miałem ograniczone możliwości manewrowania, a patrzenie do góry nogami nie ułatwiało zadania. Niemniej wyleciałem z progu z całkiem przyzwoitą prędkością i po chwili szybowałem w powietrzu. Szybowałem to zbyt wiele powiedziane. Owszem, słyszałem furkot piór, ruszanie ogonem dawało mi pewne możliwości manewru, ale nie ma co ukrywać, był to raczej lot kamienia niż szybowca i niczym kamień uderzyłem w śnieg na dole, ginąc pod jego powierzchnią.


***


Nie chcę nawet wspominać, jak wygrzebałem się spod śniegu, ani odniesionych ran, stłuczeń, ani bolesnej drogi do domu. Wymazałem to ze swojej pamięci. Z oczywistych przyczyn dalsze próby lotów zostały odłożone na dłuższy czas, bo nim się wykurowałem, było już po śniegu, a lądowanie na trawie mogłoby się zakończyć… mogłoby mnie zakończyć.

Jednak wraz z wiosną wstąpił we mnie nowy duch, więc powróciłem do oryginalnego planu. Nie mogę powiedzieć, żeby moje umiejętności szybowania osiągnęły jakiś rewelacyjny poziom, byłem raczej w grupie Ikara. Niemniej w imię postępu przeszedłem do drugiego etapu — wchodzenia w środowisko jaskółek.

Punktem centralnym były wiejskie chaty, gdzie pod strzechami pełno było jaskółczych gniazd. W słoneczny poranek świergot ptaków zagłuszał nawet pianie koguta. Celem moich wstępnych wypraw było obserwowanie ich zachowania i nawyków. Okazało się, że większość czasu jaskółki spędzają w… powietrzu, bo tam lata ich pokarm. Na ziemię przychodzą głównie po budulec na gniazda: po patyki, słomę, kamyki. Oczywiście to tu miałem największą szansę na spotkanie z nimi. Przy tym należało zachować ostrożność, bo jaskółki tworzą wierne pary i zwykle samiec i samica wspólnie budują gniazdo. Na domiar złego są bardzo podobne do siebie i trudno odróżnić ich płeć.

Musiałem więc uzbroić się w cierpliwość, żeby nie zacząć od niewłaściwego kroku — nie stać mnie było na kolejne fiasko. Toteż zwykle obserwowałem to ptasie życie z ukrycia: spod krzaka albo zakamuflowany gdzieś pod korytem. Często aż mnie korciło, żeby nagle wyskoczyć (mówiąc metaforycznie), podlecieć do jakieś uroczej jaskółeczki i pomóc jej wyciągać z gliny patyk. Ale dobrze, że się powstrzymywałem, bo zwykle po chwili zjawiał się jakiś buńczuczny jaskół, przez chwilę trzepotał skrzydłami, potem wymieniał z żonką parę dziobowych pocałunków i pomagał wyciągnąć patyk.

W ten sposób mijały dni, tygodnie. Jaskółcze życie poznałem lepiej niż niejeden ornitolog, ale co z tego? Moja sprawa nie posuwała się do przodu ani o krztynę. Utknąłem na przytroczonych piórach i nocnym locie, który nieomal przypłaciłem życiem. Znowuż popadłem w zwątpienie i co za tym idzie — w stan żółwiej depresji. A te są najgorsze. Zamknąłem się w swojej skorupie i przez kilka dni nie wychodziłem na zewnątrz. Gdy leżałem po ciemku, przychodziły mi do głowy najgorsze myśli: że to wszystko nie ma sensu, że w ogóle nic nie ma sensu i po co żółwie w ogóle istnieją. Czy świat by zubożał, gdyby żółwi nie było? Czy ktoś by to zauważył? Wystarczy tylko spojrzeć na pomarszczone lico, zafrasowanie i smutne oczy. Wszystko jest już tam genetycznie wpisane i nie ma od tego ucieczki.

Tak jak w naturę jaskółki wpisana jest radość, stąd ten świergot, lotność, lekkość. Owszem, i one mogą mieć problemy, w końcu to tylko jaskółki, a nie anioły. Może zabraknąć patyczków na gniazdo, w okresie deszczowym zdarza się nawet głód, bo muszki nie latają. Ba, raz byłem świadkiem prawdziwej tragedii: z gniazda wypadło pisklę i mimo usilnych starań matki nie przeżyło. Ale te niefortunne przypadłości losu są jedynie cienką powłoką na solidnej podstawie pogody ducha. Akurat odwrotnie niż u żółwia. On pełza po niskim gruncie niczym jego psychika, a krótkie odskocznie są właśnie tym — odskoczniami od genetycznego smutku.

Kto wie jak by się skończył ten mroczny nastrój, gdyby nie potworny głód, który mnie zmusił do działania. Wyszedłem na zalaną słońcem łąkę. Tu pulsowało życie: mrówki, motyle, ważki, biedronki — wszystko to się ruszało, trzepotało skrzydełkami, piszczało, kwiliło, furczało, jakby się świat dopiero narodził. Ale to, co zobaczyłem w cieniu wielkiego dębu, rozbawiło mnie nieomal do łez, no bo jakże się nie uśmiechnąć na widok dwóch małych żółwi pochłoniętych beztroską zabawą. Przewracały się jeden przez drugiego, popychały, gryzły, wywalały do góry nogami. Czułem, jak moja twarz otwiera się w szerokim uśmiechu.

Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej chwili na urzeczywistnienie marzeń. A więc to dzisiaj miał się dokonać mój sprawdzian, dzisiaj się okaże, czy poświęcony czas i wysiłek ukoronowane będą radością, czy okażą się sromotną klęską. Szedłem pełny otuchy i wiary, jak idzie młodzian do boju, nie widząc popiołów i martwych, tylko trzepoczący sztandar zwycięstwa. Przygładziłem pióra, wyprostowałem się i ruszyłem w stronę wioski.

Dziedziniec, podobnie jak łąka, pławił się w objęciach wiosny: pies uganiał się za kurami, kogut piał na płocie, kaczor prowadził małe do studni — wszystko pod bacznym okiem bociana na dachu. Ale najważniejsze, najistotniejsze były jaskółki: latały we wszystkie strony, zbierały patyki do gniazd, łapały muszki w locie, nawoływały się, ćwierkały…

Przez dłuższy czas stałem bez ruchu, próbując ogarnąć ten pulsujący życiem dworek, z jednej strony zachłystując się jego witalnością i pięknem, a z drugiej, jak to żółw, zastanawiając się nad jego genezą. Bo przecież całe to widowisko nie zostało stworzone po to, abym ja mógł się tym zachwycać. Wszystko, co żyje, od biedronki na liściu do bociana na dachu, od iglastej sosny do pokrzywy, motywowane jest dwoma instynktami: samozachowania i prokreacji. Każdy świergot ptaka, pawie pióro czy jad węża w ten lub inny sposób podlegają tym dwóm celom. Ach, znowu się wymądrzam. Przecież nie po to tu przeszedłem.

Jestem przekonany, że jaskółki nie traciły czasu na jałowe dywagacje, ale po prostu żyły nakazem chwili: budowały gniazda, łapały muszki, karmiły małe. Dlatego jaskółki są jaskółkami, a żółwie żółwiami. A ja właśnie stałem na progu wielkiej transformacji. I chociaż w myślach już wiele razy przećwiczyłem plan działania, serce waliło mi jak młot. Mój plan był bardzo prosty: spokojnie wychodzę z kryjówki w stronę stodoły, gdzie leży wiele słomek i patyków; staję pośród krzątających się ptaków i wyciągam jakiś patyk z ziemi, przy okazji zagaduję stojące obok jaskółki — na luzie, nic na siłę.

Realia okazały się nieco inne. Kiedy ptaki zauważyły moją obecność, przerwały swoje zajęcia, patrząc na mnie niepewnie. Nie uciekały, ale też nie zbliżały się do mnie. W ich zachowaniu było zdziwienie i rezerwa. Nie mogłem mieć o to pretensji, na pewno trochę się od nich różniłem. W miarę jak się zbliżałem, jaskółki zaczęły się cofać, młode odlatywały do gniazd. Tylko kilka ptaków stało nieruchomo, uważnie obserwując moje kroki. Były one większe i pewniejsze siebie, mogły być przewodnikami stada. Jeden z nich nastroszył pióra i stanął wprost przede mną.

— A ty kto i czego tu szukasz?

— Ja… tak sobie, zbieram patyczki na gniazdo.

— Jakie patyczki? Na jakie gniazdo? Gdzie ono jest? Pokaż mi — odezwał się drugi ptak.

Ja nieśmiało uniosłem łapę.

— Wybierasz się na bal maskowy? A te pióra to co?

— Jaskółcze…

— No przecież widzę, że nie pawie. I na co one? Co to w ogóle za szopka? Małe straszysz. Spieprzaj stąd, no chodu, póki się nie zdenerwuję.

Z tyłu doszedł piskliwy krzyk.

— Przecież to żółw, podoczepiał sobie pióra i nie wiem, co sobie wyobraża, no chyba nie udaje jaskółki! — Skrzecząca samica podfrunęła do mnie i wydziobała mi z pleców pióro.

Po chwili zerwał się następny ptak i zaczął mnie dziobać. Odwróciłem się i zacząłem się wycofywać, ale nim zrobiłem parę kroków, zrobiło się nade mną kłębowisko ptaków i spadła istna lawina uderzeń. Pieczołowicie przyklejane pióra fruwały w powietrzu, a to, co dla mnie zawsze było wdzięcznym śpiewem, stało się dźwiękiem grozy i nienawiści. Nie byłem w stanie zrobić kroku, moim jedynym ratunkiem był pancerz, pod którym się schroniłem. Ciosy stawały się coraz liczniejsze i bardziej intensywne. Skuliłem się i czekałem, aż się wyczerpie jaskółczy szał. W pewnym momencie zacząłem się turlać, zatrzymałem się dopiero na kamieniu, leżąc do góry nogami.

Nie wiem, jak długo trwał ten nalot, ale teraz zrozumiałem, czym jest piekło i jak niedaleko jest od ziemi. Nie był to czas na refleksje, ale w mojej pamięci zapisały się doznania silniejsze od wszelkiej logiki i rozumu. W końcu ustały ataki, jaskółki odleciały do swoich gniazd, zostawiając mnie na opustoszałym dziedzińcu. Nie dość, że byłem obolały, to leżałem na plecach, w pozycji bez wyjścia.

Nagle usłyszałem delikatny trzepot skrzydeł, po czym poczułem lekkie muskanie piór. Nieśmiało wychyliłem łeb: dwie jaskółki próbowały mnie odwrócić z nieudolnej pozycji. Po kilku próbach stanąłem na nogach. One jednak nie przestawały, kręciły się wokół mnie, otrzepywały skrzydłami i łagodnym kwileniem starały się mnie uspokoić. Podziękowałem im, usiłując „wycisnąć” z siebie uśmiech.

— Nie przejmuj się, to ciemnota i beton, ptasi beton — zagadnęła drobniejsza jaskółka. — Na szczęście nie wszystkie jaskółki są takie.

— Ale dobrze, że masz grubą skorupę — dodał większy i potężniejszy ptak — to się w życiu zawsze przydaje, nawet wśród jaskółek.

Okazało się, że dwa ptaki były rodzeństwem: brat i siostra. Pozostały przy mnie jeszcze jakiś czas, póki się nie uspokoiłem. W ich zachowaniu, w słowach, gestach tyle było dobroci, tyle ciepła, że już nic nie rozumiałem. Czy chciały mi zrekompensować ból, jaki zadali mi ich pobratymcy, czy po prostu były prawymi istotami: wrażliwymi, czującymi? Przez moment staliśmy w bezruchu, jakby niepewni siebie i niezręcznej sytuacji. To ja przerwałem ciszę, zapraszając ich do siebie. Moje zaproszenie przyjęły z niekłamaną radością, ale mogły mnie odwiedzić dopiero za kilka tygodni, bo u jaskółek był to bardzo pracowity okres — budowanie gniazd, pielęgnowanie małych; trochę nerwowo, sam widziałem. Moi nowi znajomi ćwierknęli na pożegnanie i odlecieli do swoich gniazd. Słońce właśnie stanęło w zenicie.

Nie wiem, jak nazwać okres, który potem nastąpił. Dno? Zapaść? Ciemność? Przez długi czas przysiadałem na kamieniu i patrzyłem na rzekę. Kiedyś w takich chwilach przetwarzałbym dziesiątki idei, analizował, rozważał, dociekał. Teraz mój umysł był wyzuty z wszelkich myśli, nie było pytań ani odpowiedzi, nie było marzeń ani wspomnień. Było tylko jedno — pustka. Dobrze się złożyło, że wkrótce nadeszła jesień i jeszcze prędzej zima. Zakopałem się w swojej norce i przespałem aż do wiosny.


***


Doskonale to ktoś wymyślił, że właśnie po zimie następuje wiosna, czas nowej nadziei i przypływu energii. To mi było potrzebne. Stając nad wodą, dopiero teraz zauważyłem, jak żałosny przedstawiałem widok: na popękanym grzbiecie sterczały resztki piór, przy nich brudne pozostałości kleju, a cały pancerz pełen był śladów dziobania. Trzeba to było wyczyścić, uporządkować. Byłem przekonany, że rany na skorupie wcześniej czy później się zagoją, gorzej było z tymi wewnątrz…

Mój kamień nad rzeką tym razem posłużył mi jako pilnik; pocierając o niego plecami, stopniowo oczyściłem całą powierzchnię, aż nabrała dawnego połysku. Zacząłem pływać, robić gimnastykę, chodzić na długie spacery, aż po czasie wróciłem do dawnej formy. Byłem jeszcze dosyć młody, a więc pozornie wszystko układało się pomyślnie. Brakowało mi tylko jednej rzeczy: nie miałem pomysłu na życie, na moje życie.

Pewnego poranka, wychodząc z wody po porannym pływaniu, ujrzałem na moim kamieniu dwa ptaki — jaskółki. Tak, to byli moi znajomi z niechlubnej wizyty w jaskółczym królestwie. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi. Okazało się, że byli tu już kilkakrotnie w czasie mojej zimowej drzemki, ale mnie oczywiście nie zastali. Wreszcie mogliśmy spokojnie porozmawiać, głównie mówili goście, ponieważ po tak długiej drzemce ja niewiele mogłem zaoferować oprócz kilku kolorowych, choć absurdalnych snów. Moje opowieści rozbawiły ich do ptasich łez. Z kolei jaskółki zdały mi dokładną relację z ostatnich narodzin, skandali rodzinnych i innych ploteczek spod strzechy. Momentami wydawało mi się, że siostrzyczka rzuca mi zawadiackie spojrzenia albo dziwnie merda ogonkiem. Bardzo mi się to podobało i w ogóle ich wizyta sprawiła mi wiele radości. Widocznie uczucia były odwzajemnione, bo rodzeństwo zaczęło mnie odwiedzać coraz częściej.

W naszej relacji nie odczuwałem żadnych barier, wręcz przeciwnie — zdziwiony byłem, na ile podobne mieliśmy odczucia, reakcje i poglądy mimo pozornych różnic. Zwłaszcza z siostrzyczką czułem szczególną bliskość. Wiem, wiem, nie ukrywam faktu, że mi się podobała: tyle w niej było radości, swobody, tyle fantazji i spontaniczności. Będąc żółwiem, w dwójnasób odczuwałem te niezwykłe dla nas cechy, bo jednocześnie gdzieś w głębi mojej żółwiej psychiki drzemały zalążki jaskółki. Wiem, że może to brzmieć paradoksalnie, że pozbawione jest logiki, ale dla mnie jest to zupełnie proste i oczywiste.

Niestety nie brakowało też ciągłych przypomnień, że jednak byliśmy inni: nie mogliśmy razem popływać, a co gorsza — pofruwać, a już zupełnie bez sensu było doszukiwanie się wspólnych przodków. Jednak potrafiliśmy „okrążać” te nasze różnice i koncentrować się na tym wszystkim, co nas łączyło. Tylko od czasu do czasu, kiedy padały takie słowa jak „no to już lecimy” albo „z lotu ptaka”, przypominałem sobie moje pióra na grzbiecie i bolesne konsekwencje ich obecności.

Czasami na moim kamieniu przysiadał jeszcze jeden żółw. Robił to dyskretnie, w przyzwoitej odległości, a kiedy byłem w towarzystwie, starał się usunąć w cień. Był znacznie starszy ode mnie i widać, że niejedno już przeżył. Niewiele mówił, ale zauważyłem, że czasami obserwuje mnie kątem oka, patrzy na mnie z mieszaniną pobłażliwości i współczucia. Zapewne rozumiał więcej, niż przypuszczałem. Nasze kontakty zwykle ograniczały się do wymiany uprzejmości i komentarzy na temat pogody. Tym razem podszedł do mnie i odniosłem wrażenie, że chciał mnie objąć.

— Wiem, że to bolesne, chłopcze, ale wyżej kolan nie podskoczysz — zagadnął. — Patrzę na ciebie i jakbym widział siebie, kiedy byłem młody, dlatego żal mi ciebie. Nie gniewaj się, że mówię tak bezpośrednio, ale to tak, jakbym mówił do siebie albo do swojego syna. Nie jesteś pierwszy i, niestety, nie ostatni. Taki już nasz los i nic na to nie poradzisz. Nie chcę ci tu prawić morałów, zresztą nie można kogoś nauczyć, każdy musi doświadczyć życia na własnej skórze i… na własny rachunek. To bolesna, ale skuteczna i w sumie jedyna szkoła. Chcę ci tylko powiedzieć, że gdybyś miał dołek albo po prostu chciał z kimś pogadać czy nawet posiedzieć w ciszy, to śmiało przychodź, mieszkam po sąsiedzku.

Podziękowałem mu, wierzyłem w jego szczerość i dobrą wolę. Zaimponował mi swoim wyczuciem i taktem, niemniej nie skorzystałem z zaproszenia. Życie układało mi się całkiem nieźle, nie potrzebowałem powiernika. Dopiero po czasie, w pewien deszczowy wieczór, kiedy byłem w wisielczym humorze, skorzystałem z jego oferty i go odwiedziłem. Trochę posiedzieliśmy, patrząc na opadające z liści krople, ale po pewnym czasie przestało padać i niebo rozbłysło gwiazdami. Gospodarz zaproponował mi spacer, a idąc wzdłuż rzeki zapytał, czy byłem kiedyś w Żuławie. Nigdy nie słyszałem tej nazwy. Okazało się, że było to miejsce spotkań żółwi.

— Może ci się spodoba — powiedział. — Poznasz tam starych i młodych, może się z kimś zaprzyjaźniasz, poznasz jakąś młodą panienkę.

Nigdy nie widziałem tyle żółwi naraz. Było tu gwarno i wesoło: jedni rozmawiali, inni tańczyli, najtłoczniej było przy barze, chociaż nie bardzo wiem, czym się żółwie raczą. Mój znajomy zaprowadził mnie w zaciszne miejsce, gdzie widocznie spotykał się ze swoimi kolegami. Chyba już im o mnie opowiadał, bo przywitali mnie jak starego kumpla. Jeden z nich, już mocno starszy, widać bliski przyjaciel znajomego, podszedł do nas i przywitał mnie ze szczególną serdecznością.

— Mój przyjaciel opowiadał mi trochę o tobie, więc, proszę, wybacz mi moją bezpośredniość — zaczął spokojnie, prowadząc mnie na bok. — On, ja, wielu z nas doskonale rozumie twoje zachowanie i twoje myśli. Chcemy ci pomóc, tak jak nam pomagali. Widzisz, kluczem jest to, że musisz zaakceptować fakt, że jesteś żółwiem. To może zabrzmieć boleśnie, choć nie powinno. Bo chociaż nie potrafimy latać ani skakać po drzewach, to mamy wiele innych wspaniałych cech. Za nami stoi tradycja milionów lat. Kiedy ptaki jeszcze nie potrafiły unieść się nad ziemią, a koni nie było nawet w planie, my już chodziliśmy, pływaliśmy i wyglądaliśmy tak jak dzisiaj. Przetrwaliśmy lodowce, potopy i susze. Może nie wyglądamy imponująco, ale jesteśmy jednymi ze zdrowszych istot na ziemi i jako jedni z nielicznych posiedliśmy tajemnice młodości. Żółwie się praktycznie nie starzeją. Wiem, na mojej gębie widać ząb czasu, ale narządy w środku są jak u noworodka. Może nie jesteśmy najszybszymi biegaczami na tej planecie, ale to dlatego, że nie mamy takiej potrzeby, nikt nam poważnie nie zagraża: ani lew, ani sęp, ani wilk. To pewnie od naszych przodków pochodzi powiedzenie: mój dom jest moją twierdzą. Czyli nie ma się czego wstydzić. Niech sobie orzeł lata, wilk poluje, a żółw kontempluje w spokojnym kroku. — Znajomy zawiesił głos, jakby szukając czegoś w pamięci, po czym kiwnięciem głowy przywołał mnie, abym poszedł za nim.

Weszliśmy do ciemnej sali. Dopiero po oswojeniu wzroku dostrzegłem na ścianie duży ekran. Mój przewodnik włączył projektor i po chwili biała powierzchnia pokryła się głębokim błękitem. Ciągle nie wiedziałem, do czego zmierza ten pokaz. Jednak po chwili wszystko stało się jasne. W dole pojawiła się sylwetka płynącego żółwia — był to nasz morski pobratymiec. Zamiast łap miał karłowate płetwy i nie mógł tak jak my schować się w swoim domku, był to raczej kapturek niż schronienie. Ale nie to było istotne. Kiedy się pojawił w całej swej okazałości tuż pod nami, zaparło mi dech. Początkowo myślałem, że projekcja jest w zwolnionym tempie — on nie płynął, on szybował. Bardziej majestatycznie niż orzeł, z większą gracją niż primabalerina, z delikatnością piórka. Dzięki łagodnym muśnięciom płetw kołysał się delikatnie z lewa na prawo, to znów z powrotem i płynął znikąd donikąd. Padające z góry promienie słońca przeszywały błękit, odbijając się na gładkiej powierzchni jego pancerza. W jego ruchu było tyle spokoju, niemal uduchowienia, że patrzący mimo woli ulegał jego magii. Nigdy nie przypuszczałem, że żółw może tak pięknie, tak ujmująco wyglądać.

Wracając do domu, analizowałem przeżycia tego wieczoru. Bez wątpienia starzec miał swoją rację. Teoretycznie. Jednak nie było to wszystko takie proste; ani życie, ani myślenie, ani psychika nie dają się ułożyć w schematy. Tak, to prawda, wyglądam jak żółw, chodzę jak żółw, myślę jak żółw — jestem żółwiem. Ale w duszy? Nie chcę się powtarzać. Nie chcę ponownie popadać w pesymizm, chcę być konstruktywny. Ale jak?

Zacząłem pływać, to znaczy ja zawsze pływałem, ale teraz traktowałem to poważniej. Godzinami przemierzałem rzekę wzdłuż i wszerz, w górę, aż do wodospadu, i w dół, do mostu kolejowego. W sumie jest to nudne zajęcie, ale dawało mi kondycję i zmęczenie tak duże, że po powrocie do domu nie miałem siły myśleć. W międzyczasie zaprzyjaźniłem się bliżej z moim sąsiadem, siadywaliśmy razem na dużym kamieniu i prowadziliśmy długie rozmowy. To były bardzo cenne chwile i chociaż niczego w naszym życiu nie zmieniały, to już sama możliwość wyrażania swoich odczuć dawała poczucie ulgi, momentami nawet pewnego rodzaju katharsis. Razem próbowaliśmy nadać temu wszystkiemu jakiś sens, a jeśli nie, to przynajmniej wyłuskiwać z życia rodzynki radości. W jednej z rozmów, śmiejąc się, przypomniałem sąsiadowi wierszyk, który jako dzieci namiętnie wpisywaliśmy do pamiętników koleżanek i kolegów, prosty folklor, który, podobnie jak bajki, często zawierał ziarno mądrości.


Idź przez życie śmiało

I miej dumną minę.

Łap szczęście za nogi

I duś jak cytrynę.


Sąsiad był dla mnie inspiracją i mentorem, wskazywał mi różne możliwości, a ja niczym młokos chwytałem się każdej nadziei. Po pływaniu rzuciłem się w medytację transcendentalną. To dopiero było wyzwanie! Zwłaszcza dla żółwia. Bo nagle umysł, który przyzwyczajony był do nieustannego myślenia, ma nagle stanąć, nie myśleć. Cóż to za wysiłek, jak trudno jest się w pełni zrelaksować. Niemniej podszedłem do medytowania z entuzjazmem i chyba dawało mi to jakieś wyciszenie, spokój. Dokąd w to wierzyłem. Z chwilą, kiedy zacząłem powątpiewać, prysnął czar nowości i przestałem klepać mantrę.

Długo się śmialiśmy, kiedy powiedziałem sąsiadowi, że zapisałem się do klubu zapaśniczego. Nigdy go nie widziałem tak rozbawionego. Najśmieszniejsze jest jednak to, że mnie się to bardzo spodobało, zresztą żółwie są dobre w tej dyscyplinie. Często wracałem do domu z poobijanym pancerzem i siniakami na głowie, ale zapasy dawały mi dużo satysfakcji. Nic więc dziwnego, że moje zaangażowanie zaowocowało świetnymi rezultatami. Sąsiad uśmiechał się dobrodusznie. „Widzisz — powiedział — można coś uszczknąć”.

Kiedy w parę miesięcy później powiedziałem mu, że dla zachowania równowagi psychicznej rozpocząłem lekcje ikebany, sąsiad stoczył się z kamienia prosto do wody. Zsunąłem się za nim i, płynąc, śmialiśmy się razem, dryfując aż do mostu kolejowego. Paradoksalnie teraz ja stałem się źródłem inspiracji, a sąsiad z utęsknieniem oczekiwał kolejnego spotkania. Już nawet nie chciałem wspominać, że zaprzyjaźniłem się z wiewiórką, moje sukcesy mogłyby przestać być śmieszne. Tym bardziej, że nadal spotykałem się regularnie z „moimi” jaskółkami.

Wiewiórka przychodziła przyglądać się zapasom, które ją bardzo bawiły, zresztą uważała, że żółwie są w ogóle śmieszne. Znajomość z nią była dla mnie nie tylko wielką radością, ale także kolejnym kontaktem z istotą z „tamtego” kręgu. Wiewiórki, jaskółki, papużki należały do stworzeń genetycznie optymistycznych. Dla „mojej” wiewiórki każdy poranek był celebracją życia. Równie radosny był wieczór, południe, zima, lato, deszcz, śnieg… — wszystko. Ona była z natury szczęśliwa, niezależnie od okoliczności. Patrzyłem na nią z nieustającym podziwem i fascynacją. Tak też można?

Stało się dla mnie jasne, że ktoś już tak porozdawał życiowe losy: wiewiórki, jaskółki, słowiki na prawo, żółwie, sowy i krowy na lewo. Bo czy ktoś widział uśmiechniętą krowę? Przecież ona ma smutek wypisany w oczach. Permanentny. Albo sowa — siedzi to, wytrzeszcza gały i biadoli. O chmurnej nocy, o zimnym wietrze, o życiu. O nie, żółwie nie są tu bynajmniej odosobnione. A kret? Cóż to za egzystencja? Ciągle pod ziemią, po ciemku i na oślep. On chyba nawet nie wie, że jaskółki istnieją. Może jego jedynym ratunkiem jest fakt, że pewnie nie zna słowa „szczęście” i nie jest mu ani dobrze, ani źle; jest, jak jest. I pewnie mu to wystarcza.

Takie i podobne myśli były często tematem naszych rozmów i spotkań, aż któregoś popołudnia nie pojawił się mój mentor. Nie przyszedł też następnego dnia ani nazajutrz. Zaniepokojony poszedłem go odwiedzić; był w kiepskim stanie, ale ożywił się na mój widok.

— Przyszła moja pora — powiedział zachrypniętym głosem. — Jak wiesz, żółwie cieszą się długim życiem, tu nam się powiodło. Naturę można trochę „oszukać”, na pięć, na dziesięć lat, ale w ostateczności nikt nie uniknie nieuniknionego, w tym aspekcie wszyscy jesteśmy równi. Wybacz mi powtarzanie oczywistych truizmów — przerwał mu długi kaszel — ale polubiłem cię jak własnego syna i nim odejdę, chciałbym ci przekazać to, co mi się udało nagromadzić w ciągu mojego długiego życia. Patrząc na twoje zmagania, wiele razy chciałem ci powiedzieć: daj spokój, wykreśl słowo „szczęście” ze swojego słownika, zamiast walczyć o więcej naucz się cenić to, co masz. Jak powiedział wielki filozof: „Pozwólcie mi obniżyć poprzeczkę, a uszczęśliwię świat”. Pod ścianą na półce stoi koszyk — kontynuował starzec — podaj mi go, proszę. Znajdziesz w nim przeróżne rzeczy: muszlę, która zawsze szumi, dziczy kieł, jaskółcze pióro, lśniący talizman i inne podobne przedmioty. Uzbierałem je na przestrzeni lat, każdy z nich jest uosobieniem jakiegoś ważnego przeżycia, doznania, myśli wartej zapamiętania. Chcę, żebyś je zachował dla siebie, masz przed sobą kawał życia, może ci się przydadzą. Tak dużo chciałbym ci powiedzieć, wątpię, czy mi wystarczy tchu i czasu, zresztą… — Zaśmiał się, był to jednak dziwny śmiech, bo choć szeroki, otwarty, to gdzieś z głębi dochodziły strach i niepokój.

Jego oddech stał się wolniejszy i słabszy. Kiedy po chwili ująłem jego łapę, była chłodna. Chwyciłem koszyk i ruszyłem w stronę domu. Zerwał się wiatr, a z nim ulewny deszcz. Pnąca się w górę ścieżka zmieniła się w potok, ledwo zdołałem utrzymać równowagę. Mimo usilnych zmagań straciłem panowanie i czułem, jak osuwam się ze zbocza. W pewnym momencie uderzyłem o nasz kamień, a koszyk wypadł i powirował w dół strumienia. Jeszcze tylko mignął lśniący talizman i po chwili sam znalazłem się pod wodą. Walcząc z żywiołem, nie miałem czasu na myślenie, i całe szczęście…

Karzeł

Piętnastego grudnia zrezygnowałem ze swoich marzeń. O siódmej. Przy goleniu.

Tak rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. Nie wiem, czy lepszy, czy gorszy. Bo czym jest życie, czym jest człowiek bez nadziei: kretem, drzewem, mrówką? A czym jest człowiek niespełniony: smutkiem, goryczą, zgryzotą? Kiedy tak się gubiłem w owych niedorzecznych pytaniach, nagle przyszło mi z pomocą niebo.

Było suche, upalne lato, kolejne w wieloletnim cyklu niszczenia. Ziemia pękała jak martwa skorupa, wysychały rzeki i jeziora. Na ich obnażonym dnie znajdywano zatopione przed wiekiem relikty. Lasy stanęły w płomieniach, dymy i swąd spalenizny spowiły połacie kraju. Łany niedoszłych zbóż umierały rachitycznymi kikutami słomy. Farmerzy, słysząc zbliżające się konie Apokalipsy, wieszali się z rozpaczy. Ludzie nie mogli już słuchać komunikatów o bezchmurnym niebie i gorących wiatrach z pustyni. A kiedy wreszcie podawano wyczekiwaną prognozę, kiedy padało słowo „burza”, to zwykle meteorolodzy i tak się mylili. Albo tam na górze ktoś w ostatniej chwili zmieniał program. Mieszkańcy wsi łączyli się we wspólnej modlitwie o deszcz.

Pewnego wieczora zapowiadało się na to, że wreszcie ich prośby zostaną spełnione. Najpierw powiał północny wiatr. Potem zmienił kierunek, przeradzając się w huragan. Niebo zasnuły gęste, ciemne chmury. Przewalały się z zachodu na wschód, groźne, mroczne, niespokojne. Leżąc na trawie, patrzyłem na ich zmagania. Po jakimś czasie z owego chaosu zaczęły się wynurzać kształty, początkowo niewyraźne, z czasem coraz bardziej klarowne.

Najpierw ukazał się smok. Ciągnął za sobą niby to ogon, niby wykrzywioną łapę, jakoś tak niezręcznie, koślawo. Potem się wyprostował, wyciągnął w górę szyję i wtedy okazało się, że nie był to smok, a dinozaur. Z rozdziawionej paszczy szczerzył ogromne kły. Zdawało się, że nic nie jest w stanie obalić jego masywnej postaci. Stał wielki i groźny na potężnych łapach, jego monstrualny łeb, ogromny ogon i paszcza budziły grozę. Ani kształtem, ani posturą nie pasował do otoczenia, odbijał się od reszty chmur; były bezkształtne, bez wyrazu ani postaci, ale było ich wiele. Przy stojącym bez ruchu dinozaurze wydawały się bystre, rzutkie i zręczne. Przelatywały obok niego, nad nim i poprzez niego niczym złowrogie widma. On starał się je powstrzymać, zastąpić im drogę, odepchnąć, połknąć. Jednak wyraźnie nie był w stanie oprzeć się ich masie. Jego potężna postać stopniowo zaczęła zmieniać oblicze: kły straciły ostrość, ogrom stał się uciążliwym balastem, zamiast grozy budził współczucie. Nagle dinozaur okazał się niezręczny, nieporadny i kompletnie nieprzystosowany do środowiska. Jego postać zaczęła się rozpływać, biegnące chmury porywały całe połacie jego potężnej masy, zniknęła paszcza, to znów rozmazała się łapa, ogon się rozcapierzył, aż wreszcie cały dinozaur rozpłynął się w szarzyźnie nieba…

Ale tu nie kończyło się widowisko. Brunatny kalejdoskop kotłował się w niekończącej się masie obrazów. Nagle z zamętu wyłoniła się niewyraźna postać, jakby wychodząca z otchłani nieba: niewysoka, krępa, o pewnych ruchach. Dopiero po chwili okazało się, że był to karzeł. Zatrzymał się. Patrzył w górę. Idąc za jego wzrokiem, dostrzegłem kulę, a właściwie nie kulę, a piłkę. Leciała w stronę kosza. Karzeł starał się podskoczyć, by ją złapać. Wyciągnął ręce, kucnął… ale nie poderwał się do góry. Skulił się ponownie i naprężył, widać było cały ogrom jego wysiłku, zapewne pobudzonego wielkim pragnieniem. I tym razem się nie udało, piłka oddalała się. Czym była dalej, tym bardziej karzeł usiłował ją chwycić.

Przymknąłem oczy. On chciał być koszykarzem. Czy nikt mu nie powiedział? Czy nie widział, nie rozumiał? Nie lepiej mu było wybrać na przykład gimnastykę? Był krępy, miał silne, krótkie ramiona, idealne do ćwiczeń na przyrządach. Przy jego determinacji miał szansę coś osiągnąć. Ale w koszykówce?

Otworzyłem oczy. Karzeł szykował się do kolejnej próby, piłka była już ledwie widoczna. Sprężył się, skupił i nagle się poderwał! Szarpnęła nim wielka siła, przez chwilę zdawało się, że pofrunie w górę. Ramiona wyciągnęły się wysoko nad głową, tak wysoko, że aż odłączyły się od tułowia, który na przemian rósł i malał niczym ogromny miech, aż wreszcie eksplodował, rozpływając się pośród pędzących chmur.

Zasłoniłem oczy ramieniem. Głupi karzeł. Musiał sobie wymyślić właśnie koszykówkę. Tyle jest innych dziedzin; mógł zastać skrzypkiem, biologiem, klownem cyrkowym… Przelatując myślami różne możliwości, odczuwałem coś pomiędzy złością i irytacją. W tym momencie poczułem ukłucie na ramieniu — komar. Tłusty, opasły krwiopijca. Uderzyłem dłonią, aż mnie zabolało. Na ramieniu pozostała krwawa plama. A jeśli karzeł nie miał wyboru? A jeśli urodził się z taką idée fixe? Podobnie jak nie wybrał sobie postaci karła, nie miał także kontroli nad swoimi marzeniami. Czy to jego wina, że wybór padł właśnie na koszykówkę? Pewnie męczył się ze swoją ułomnością całe życie. Wcale nie musiał być głupi czy nierozsądny, przeciwnie, mógł być w pełni świadomy swojego niefortunnego losu. Bo nie dość, że ułomny, to jeszcze… Biedny karzeł. Starłem czerwoną plamę. Po chwili siadł na ramieniu drugi komar. Strzepnąłem go łagodnie.

Muzeum życia

Kacper długo szukał tego miejsca, jeździł po różnych miastach i miasteczkach, sprawdzał na mapach — nigdzie nie jest uwidocznione. Nigdy nie stracił wiary w jego istnienie, aż w końcu je odnalazł, zupełnie przypadkowo, w malignie. Na miejsce dotarł po wielu perypetiach, ale nie żałował poświęconego trudu i czasu.

Ze wzruszeniem stanął przed ogromnym budynkiem. Nie było na nim numeru, tak jak nie było nazwy ulicy na murze ani nazwy miasteczka przy szosie. Budynek był nijaki: ani ładny, ani brzydki, ani nowy, ani stary; na pewno był wielki. Równe rzędy okien świeciły pustką niczym ciemne oczodoły. Na dole, idealnie pośrodku, lśniły czernią hebanowe drzwi, obok dzwonek.

Otworzyła mu drobna kobieta: lekko zgarbiona, siwawa, w okularach. Poprosiła, żeby mówił szeptem. Spytał, czy może zobaczyć…

— Oczywiście — przerwała mu w pół zdania — które pana interesują?

— A jakie są?

— Wie pan, u nas jest pełny asortyment. Rozpaczliwe, tragiczne w piwnicy aż do wyjątkowo szczęśliwych na siódmym piętrze, ale te są rzadkie, najwyższe piętro stoi niemal puste.

— A średnie i przeciętne są?

— Oczywiście, tych jest najwięcej, są aż na dwóch piętrach, na trzecim i na czwartym.

— To ja właśnie tam — powiedział Kacper.

— Zapraszam.

— Doskonale, poproszę o kartę wstępu.

Kobieta przedstawiła się jako kustosz muzeum, objaśniła, jak przy pomocy komputerów odnajdywać poszukiwane eksponaty, i wyjęła kartę rejestracyjną. Tu wpisała dane gościa, a zamiast podpisu pobrała odcisk palca.

Po skończeniu formalności Kacper ruszył szerokimi schodami na czwarte piętro, jego kroki odbijały się głośnym echem od marmurowych ścian i podłóg. Już na pierwszym piętrze musiał przystanąć, gdyż zabrakło mu tchu. Nie ze zmęczenia — z przejęcia.

Zgodnie z informacją pani kustosz tuż przy schodach znajdował się komputer, gdzie bez problemu odnalazł namiary na pana Zbyszka. Dopiero ruszając we wskazanym kierunku, zauważył, że znajduje się w ogromnej sali podzielonej na długie, ciągnące się bez końca rzędy. Była ich nieskończona ilość, wszystkie wypełnione setkami, tysiącami identycznych stanowisk zatopionych w półmroku i absolutnej ciszy. Kacper, jako jedyny zwiedzający, poczuł się trochę nieswojo.

Pozornie prosty rozkład już wkrótce stał się dla niego istnym labiryntem i już miał zrezygnować z szukania, kiedy wreszcie ujrzał poszukiwaną tabliczkę — AP17. Przed dużym ekranem, na wąskim pulpicie umieszczone były lata od 1934 do 2024 roku, pod każdą z nich był mały przycisk. Kacper przełknął ślinę i nieśmiało nacisnął pierwszy guziczek.


1934

Zbyszek leży na podłodze i układa klocki. Najpierw kładzie w równym rządku te największe, na nich mniejsze, a na samej górze malutkie. Powstaje długi mur. Potem chłopiec przesuwa jego skrzydła, budując zagrodę. W środku kładzie misia, obok niego stawia dwóch żołnierzy.

— Macie go pilnować — rozkazuje im dzielny czterolatek.

Do pokoju wchodzi mama, w ręku trzyma ubranko.

— Chodź, zdejmiemy piżamkę i ubierzemy spodnie.

— Potem — opiera się maluch.

Jak co rano następuje lekka szarpanina, parę okrzyków niechęci, ale w końcu perswazja mamy bierze górę i już ubrany maluch powraca do swoich klocków. Matka przysiada na łóżeczku i z uwielbieniem patrzy na synka.

— Jak zjesz ładnie śniadanko, to będzie…

— Muzyka! — wykrzykuje chłopiec.

— A jaka piosenka?

— Skrzydełka.

Zbyszek z zapałem zjada kaszkę (za którą nie przepada), mama siada przy pianinie i zaczyna grać. W czasie wstępu chłopiec podnosi się z podłogi, staje przy krześle i kładzie ręce na siedzeniu. Kiedy zaczynają się słowa: Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska, zamiera w bezruchu, nie drgnie ani twarz, ani ręce, wpatruje się w puste miejsce na ścianie i „odlatuje”, jakby w transie. Matka zerka na niego, babcia siedzi w fotelu i nie może uwierzyć swoim oczom.

— On nawet nie mruga oczami — szepcze do córki.

Dopiero kiedy cichnie ostatni akord, Zbyszek podchodzi do mamy z łagodnym uśmiechem, ale już po chwili leży na podłodze i układa klocki. Babcia klęka obok niego i pyta:

— A kogo Zbyszek kocha?

Chłopiec odpowiada powoli, nie przestając ustawiać klocków:

— Mamę, tatę, Byśka, babcię i dziadka!

— A ciocia Miłka?

— I ciocię Miłkę.

— A kto jest łobuz? — pyta babcia, czochrając jego gęstą czuprynę.

— Bysiek jest łobuz.

— Nasz kochany łobuz.

— Kochany łobuz — powtarza mały z szelmowskim uśmiechem.


1944

Zbyszek leży ukryty w krzakach i to patrzy w górę na niebo, to znów na pas lotniska. Odwraca głowę i nasłuchuje. Przykłada rękę do ucha, po czym wyciąga notes, ołówek i przygotowuje się do pisania. Już wie, po samym dźwięku rozpoznaje, ale musi poczekać, aż się ukaże samolot. Widzi go z daleka: stopniowo zniża się do lądowania, warkot staje się coraz głośniejszy, teraz widać czarne krzyże messerschmitta. Chłopiec przygląda mu się bliżej i zapisuje na kartce: „bombowiec Me 410”. Tego ranka już trzeci. Niedobrze. Leży tak jeszcze pół godziny, po czym wrzuca notes do tornistra i biegnie do szkoły.

Bardzo lubi Liceum Księży Marianów. Większość chłopców, podobnie jak on, pochodzi z arystokratycznych rodzin. Mimo okupacji i trudnych warunków szkoła zachowuje wysoki standard akademicki i etyczny. Zbyszek siedzi w trzeciej ławce przy oknie i słucha uważnie wykładu z historii, jego ulubionego przedmiotu. Tylko od czasu do czasu, niemal machinalnie, zerka na niebo.

Po powrocie do domu szybko odrabia lekcje i przygotowuje miejsce w piwnicy. Sprawdza, czy wszystko jest na miejscu, przesypuje trochę kartofli, żeby zakryć wystającą lufę karabinu. Wieczorem jest u niego zbiórka jednostki Szarych Szeregów. Chłopcy przynoszą raporty, Zbyszek zdaje sprawozdanie: ile niemieckich samolotów lądowało, jakie, o której godzinie. Szef jednostki skrzętnie zbiera informacje, by je przekazać do sztabu. Niewiele chłopcom mówi, oni się mogą jedynie domyślać, co się dzieje w komendzie. Nikt nie zadaje zbędnych pytań, ale wszyscy wiedzą, że walczą o ważną sprawę.

Ojciec Zbyszka działa w „dorosłym” AK. Często wyjeżdża, znika na parę tygodni, nikt nie wie dokąd i po co. I nikt nie pyta. Ale wszyscy czują, że coś wisi w powietrzu, że szykuje się duża rzecz. Ojciec chyba wie i jego napięcie mimo woli udziela się całej rodzinie. Babcia chodzi zmartwiona i dużo się modli, niejedno już widziała i wie, że na tych ziemiach nigdy nie będzie spokoju. Zbyszek uwielbia swoją babcię. Kiedy widzi ją klęczącą, zbiera mu się na łzy, bo wie, że ona cierpi, a chłopiec wątpi, czy jej prośby do Boga coś pomogą. Bo gdyby wysłuchał tych wszystkich modlitw, to czy pozwoliłby na tyle łez?

Wieczorem ojciec wraca do domu wyjątkowo zdenerwowany. Wszyscy mają się ewakuować do rodziny w Wołominie. Rano, zaraz po śniadaniu. Mama i babcia patrzą na ojca z niepokojem, na usta cisną się pytania, ale nikt nic nie mówi. W milczeniu piją herbatę, słychać tylko tykanie zegara na ścianie.

Na wózek kładą parę najcenniejszych rzeczy, ile się zmieści, biorą Zbyszka i ruszają w drogę. Babcia z płaczem ogląda się za siebie. Mama ją obejmuje. Stoją tak przez chwilę, ale ojciec je pogania — prędzej, prędzej. Zbyszek z trudem powstrzymuje łzy, dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak bardzo lubi dom swojego dzieciństwa.


1954

Zbyszek z apetytem je śniadanie. Przy jego stoliku siedzi dwóch braci z Gdyni i starsza pani z Koszalina. Przedstawiają się sobie nawzajem. Bracia Mietek i Kazik, podobnie jak Zbyszek, są w domu wczasowym po raz pierwszy. Natomiast pani Maria była tu już parę razy i bardzo zachwala cały koncept wczasów, a pensjonat Janosik, w którym mieszkają, wprost uwielbia. Po śniadaniu wszyscy chętni wraz z kierownikiem turnusu mają iść do wypożyczalni nart, a po południu planowana jest wycieczka na Gubałówkę.

Zbyszek z poznanymi braćmi są pierwsi na miejscu zbiórki i wkrótce cała grupa idzie Krupówkami w dół. Śnieg skrzypi pod nogami i skrzy się w blasku słońca. Jest dużo żartów i śmiechu. Wczasowicze, w większości młodzi, szybko zawierają znajomości i snują plany na dwa tygodnie turnusu. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się wieczorek zapoznawczy, który planowany jest na wieczór. Będzie oczywiście orkiestra i, jak zapowiada kierownik, miłe niespodzianki.

Początkowo zabawa jest nieco sztywna, panowie nonszalancko mierzą wzrokiem wczasowiczki, panie ukradkiem zerkają na facetów, udając, że oczywiście nic ich oni nie obchodzą. Na parkiecie pojawiają się pierwsze pary, wypite kieliszki pomagają w rozluźnieniu atmosfery. Do stolika Zbyszka dołączyły dwie koleżanki Mietka, z jedną z nich zatańczył. Zabawa i goście zaczynają nabierać rumieńców. W pewnym momencie orkiestra cichnie i prowadzący ogłasza białe tango. Jest to zawsze emocjonujący moment, panowie z pewnym podenerwowaniem obserwują ruch na parkiecie, panie trochę się krygują, ale ruszają do przodu.

Krystyna wstała jako jedna z pierwszych, śmiało podeszła do stolika i uśmiechnęła się do Zbyszka. Bracia i koleżanki przyklasnęli, Zbyszek trochę zażenowany, ale bardzo radosny pocałował partnerkę w rękę i objął do tańca. Świetna dziewczyna — pomyślał. Tyle ma wdzięku. I figura. A uśmiech! Po skończonym tańcu Krystyna dołączyła do ich stolika, nastąpiły toasty i brudzie. W miarę upływu wieczoru orkiestra zwolniła tempo i przygasły światła, dając szansę nowym parom na bliższe poznanie. Wykorzystał to niesforny Amorek i swoim celnym strzałem powalił Krystynę i Zbyszka. Nie mogli albo nie chcieli się podnieść.

Razem uczyli się jeździć na nartach, trzymając się za ręce, słuchali góralskich gawęd, z kolejki linowej podziwiali górskie krajobrazy, wieczorem popijali grzane wino w Jędrusiu. Wracali do domu, podśpiewując wpatrzeni w gwiaździste niebo, to znów stawali na środku drogi na pocałunek.

— Ja cię nigdzie nie puszczę — powiedział Zbyszek.

— To żadna sztuka — odpowiedziała Krystyna — bo ja nigdzie nie odchodzę.


1974

W mieszkaniu na Marszałkowskiej duże zamieszanie. Co chwila pojawiają się nowi goście, przynoszą kwiaty, wino. Cisną się do gospodarza, obok niego Krystyna promieniująca sukcesem męża, który nie nadąża przyjmować gratulacji. Kasia, ich trzynastoletnia córka, pomaga mamie, zmienia syfony z wodą sodową, donosi nowe sałatki, nalewa koniak. Robi to z dumą i z uśmiechem, bo przecież jej tatuś… Mietek zwołuje zebranych do pamiątkowej fotografii:

— Panie z przodu, może usiądźcie. Panowie z tyłu. Zbyszek, nie, nie, ty musisz usiąść pośrodku, o tak. Uwaga, piękny uśmiech proszę. Kasia, siadaj obok taty. Prosimy uśmiech. Jeszcze jedno. Wspaniale! A teraz toast. Proszę przygotować kieliszki.

— Pozwól, że ja. — Artur stuka nożem o butelkę. — Moi drodzy, celebrując sukces naszego przyjaciela, chciałem tylko krótko przypomnieć, że droga do niego nie była łatwa. Nie będę was tutaj zanudzał życiorysem Zbyszka, znacie go. Chciałbym tylko przypomnieć kilka momentów. Jako czternastoletni chłopiec był aktywnym członkiem Szarych Szeregów, wkrótce po powstaniu stracił ojca, który też walczył w AK. Jak wiecie, po wojnie człowiek z taką przeszłością był przekreślony. Zbyszek wbrew trudnościom ukończył studia, solidnie pracował, założył dom, wspaniałą rodziną, ale dopiero parę lat temu odnalazł swoje prawdziwe powołanie. — Oklaski. — Pierwsza książka była doskonałym debiutem, a już ta druga — Artur podniósł książkę do góry — stała się bestselerem i została nagrodzona. To rzadki przypadek i wielki sukces. Zbyszku, cieszymy się razem z tobą, życzymy ci dalszych sukcesów i czekamy na następne powieści. Twoje zdrowie!

Zebrani wypili toast, ktoś zaintonował Sto lat. Zbyszek był pąsowy z wrażenia, jego twarz, on cały był jednym wielkim uśmiechem. Poprosił o głos:

— Nie muszę wam mówić, jaką radością jest dla mnie dzisiejsze spotkanie i jak bardzo cenię sobie waszą przyjaźń. Dziękuję wam za poparcie, a zwłaszcza Krystynie i oczywiście Kasi. — Pocałował żonę, potem córkę. — Jeśli moje słowo czasami was poruszy, jeśli gdzieś zarezonuje z waszym własnym odczuciem, to jest to nasz wspólny sukces. — Chciał jeszcze coś dodać, ale wzruszenie odebrało mu głos. — Teraz zapraszam do bufetu!

Ktoś podkręcił muzykę, ale i tak utonęła w radosnym gwarze. Nawet dzwonka do drzwi nie było słychać. Grzesiek długo musiał naciskać guzik, dopiero Kasia, przechodząc przez korytarz, usłyszała dzwonek. Nie znała przybyłego, więc poprosiła ojca.

— Witaj, Grzesiu.

— Przepraszam, że się spóźniłem.

— Ależ nic nie szkodzi, wchodź, przedstawię cię gościom, no i musisz wypić karniaka.

Zbyszek wprowadził gościa do pokoju i poprosił o chwilę ciszy.

— Kochani, chciałem wam przedstawić Grześka, jest to syn mojego serdecznego przyjaciela, którego niestety nie ma z nami. Mieszka on na drugim końcu świata, ale przysłał tu swojego ambasadora.

Obecni przyjęli gościa radosnymi okrzykami, a Zbyszek wraz z kilku kolegami wymusili na przybyszu wypicie tradycyjnego karniaka. Ten zresztą nie stawiał oporu.


1994

W zimowej aurze domek w Piasecznie wyglądał jak z bajki. Wielkie choiny uginały się pod czapami śniegu, drewniane belki oddzielały biel dachu od bieli ścian. Przez małe okienko widać było oświetloną choinkę.

Na dźwięk dzwonka wybiegł z budy ogromny wilczur, szczekając groźnym basem. Dopiero po czasie ukazała się w drzwiach sylwetka Zbyszka w futrzanej szubie.

— Nie bój się, Grzesiek, on tylko tak groźnie wygląda. — Zbyszek otworzył furtkę. — Witaj, chłopie, już myślałem, że nie dojedziesz, jak zwykle są problemy z pociągami. Wyobraź sobie, spadł śnieg, kto by się spodziewał, zimą śnieg, no i wszystko stanęło. Jak widzisz, u nas mimo tylu zmian nic się nie zmieniło. Chodź, zagrzej się, zjemy obiadek, napijemy się po maluszku.

Grzesiek zdjął kurtkę, Zbyszek przyjrzał mu się.

— Dobrze wyglądasz, nic się nie zmieniłeś.

— Pan jak zwykle uprzejmy. A tu włos rzadszy i siwawy i nie te lata, nie ten wzrok. Zresztą panu też niczego nie brakuje.

— Dobra, dobra. Wiesiu, chodź się przywitać, nasz gość przyjechał!

Grzesiek wręczył gospodyni kwiaty i przeszli prosto na werandę, gdzie już czekał zastawiony stół. Po długiej przerwie dużo było opowiadania o domu, rodzinie, o świecie. Podczas gdy pani domu podawała kolejne dania, Zbyszek dbał, by nie zabrakło trunku.

— Tylko dupy nie piją do zupy — zaśmiał się, podnosząc kieliszek. — A zwróciłeś uwagę na butelkę? To moje ostatnie odkrycie, Gorzałka Wielkopolska, dobra, prawda?

— Doskonała.

— Ty wiesz, Grzesiu, ile ja z twoim starym wypiłem? No właśnie, jak on się miewa?

— Jak by tu powiedzieć, no żyje.

— To my wszyscy żyjemy.

Pani domu przyniosła drugie danie, chwilkę posiedziała i przeprosiła:

— Wy sobie tutaj pogadajcie, ja mam parę rzeczy do zrobienia.

— Ale do nas wrócisz?

— Oczywiście. — Wiesia poszła na górę.

— A jak pan się ma?

— Szczerze? Nie najlepiej. No, twoje zdrowie.

— Pana zdrowie.

— Mówiłem ci, że mi wstawili rozrusznik?

— Nie, nic nie wiedziałem. To coś poważnego?

— Niby nie, ale wszystko się razem dodaje.

— Nie rozumiem.

— Wiesz, ja już jestem stary facet.

— A ile pan ma lat?

— Sześćdziesiąt cztery.

— To dzisiaj żaden wiek, nawet ojciec ma już siedemdziesiąt osiem.

— Tak, ale to twarda sztuka. On jest duchem młodszy ode mnie.

— Już nie dzisiaj, pan go już dawno nie widział. Może to i dobrze, bo by go pan nie poznał, to nie ten facet, którego pan znał.

— Wszyscy się zmieniamy, ja też, wierz mi. A skoro pytasz, co u mnie, to ci powiem krótko: do dupy.

— Dlaczego? Wszystko wygląda w porządku, dobrze pan wygląda, jest pan uśmiechnięty.

— Nie daj się zmylić pozorom. Jestem uśmiechnięty, bo cię widzę, ale na co dzień… Posłuchaj mnie uważnie — rozejrzał się na boki, jakby sprawdzając, czy nikt nie słucha, i zniżył głos do szeptu — ja powoli tracę najcenniejsze rzeczy w życiu człowieka: czas, zdrowie, przyjaciół i pieniądze.

— Nie rozumiem.

— Zaraz ci wyjaśnię. Ze zdrowiem to sam widzisz, trochę zwolniłem tempo, szybciej się męczę, często na nic nie mam ochoty, po południu muszę się przespać, a w ogóle to ssie mnie od środka jakiś robak smutku. SKS.

— Co to znaczy?

— Starość, kurwa, starość. Człowiek młody lata, fruwa, nie myśli o zdrowiu, to w ogóle nie jest temat. Miałem czterdzieści osiem lat, jak pierwszy raz poszedłem do lekarza. A teraz? Ciśnienie, rozrusznik, biodro, krzyż, prostata… Nie wiedziałem, że mam tyle organów. Lekarze, prześwietlenia, analizy — zrozum, to nie jestem ja. Młodemu się wydaje, że starzy zawsze byli starzy, a młodzi wiecznie będą młodzi. Aż tu któregoś dnia się budzi, patrzy w lustro i myśli: O kurwa, ten stary facet to ja? Najgorsze jest to, że myśl pozostaje młoda. Widzi jakąś fajną laskę, no wiesz. A ona mu ustępuje miejsca w tramwaju. Posłuchaj mnie starego, który kiedyś był młody: kiedy rano wstajesz, klęknij i podziękuj Bogu za to, że jesteś zdrowy i młody. Ja wiem, że ty w Boga nie wierzysz, ja też nie, ale zrób to, obiecaj mi, że tak będziesz robił. I ciesz się każdą chwilą.

— Obiecuję. No a czas?

— To jest najsmutniejsze. Przelatuje między palcami niczym woda. Kiedy byłem młody, czas się nie liczył. Dzisiaj czuję każdy stracony dzień, to znaczy większość dni. Wstaję rano, trochę się pokręcę, pogadam z Wiesią, przeczytam gazetę, wyjdę na spacer z psem, same banały i dyrdymały. To nie jestem ja. Wiesz, że całe życie byłem aktywny, zwłaszcza odkąd zacząłem pisać. Jeździłem na spotkania, dyskusje, miałem krąg przyjaciół, znajomych, poznawałem nowych, czasem się przydarzył jakiś romansik. Wydawca tylko czekał na kolejną powieść: „Panie Zbyszku, jak idzie pisanie, kiedy wydajemy?”. Książki szły w dziesiątkach tysięcy. To prawda, były inne czasy. A dzisiaj? Mam dwa manuskrypty gotowych powieści. Wiesz, co mi powiedzieli? „Możemy panu wydać tysiąc egzemplarzy… nakładem autorskim”. Słyszysz? Ja mam jeszcze za to płacić. Niech się w dupę pocałują. Zdrowie.

— A przyjaciele?

— Odchodzą.

— Jak to odchodzą?

— A to różnie. Dla jednych za daleka droga, nie chce im się tak daleko jechać.

— Poniekąd to można zrozumieć. Ojciec zrobił ten sam błąd, w późniejszym wieku człowiek nie powinien wyjeżdżać, zmieniać środowiska.

— To prawda, ale to nie jest jedyna przyczyna. Inni po prostu odsunęli się, nie wiem dlaczego. Tyle lat żyję na tym świecie i ciągle niczego nie rozumiem. Ludzie, przyjaciele nagle pewnego dnia znikają. Bez przyczyny, bez słowa wyjaśnienia. Był i nagle go nie ma, ot tak. A niektórzy umierają. Byłem już na kilku pogrzebach. Samotność zaczyna się wciskać w moje życie niczym natrętny robak. Uważaj, Grzesiu, nie wpadnij w kleszcze samotności. To może zniszczyć człowieka.

— Będę się starał. No a czwarta zmora?

— Oj, niestety. Żyję z emerytury. Może inaczej: otrzymuję emeryturę. Ale wiesz, jakie u nas są stawki, to wystarcza na papierosy. Resztę biorę z kupki. Mam trochę zaoszczędzonych zaskórniaków jeszcze z dobrych czasów i z tego żyję. Wiesz, jakie to jest uczucie, gdy co miesiąc twój trzosek maleje i tylko liczysz, czy ci wystarczy do końca? Ech, kurwa, ciesz się, pókiś młody i nie masz tych problemów.

— Już nie taki młody.

— Zresztą nie wolno mi grzeszyć, są w moim życiu i blaski. Mam wspaniałe wnuki, tylko niestety daleko, bo aż we Francji, ale widzę je od czasu do czasu. No i Wiesia — to miłość mojego życia. Wiem, jest trochę apodyktyczna, lubi rządzić, ale jest dla mnie dobra, no i w ogóle ją uwielbiam. Dopiero przy niej zrozumiałem, jakim błędem było moje pierwsze małżeństwo. Jedyna z niego radość to Kasia i wnuki, reszta — zmarnowane lata. No, ale ja tak o sobie, no a co tam u was na antypodach? Twój stary dobrze zrobił, że wyjechał. Teraz żałuję, że nie pojechałem za wami.

— Nie jestem taki pewien. Zginąłby pan marnie. Przy pana pasji do sztuki, dla kogoś, kto jest tak mocno osadzony w swojej kulturze, to mogiła za życia. Ludziom się wydaje, że dobrze tam, gdzie nas nie ma. Ale tam też są problemy, ale inne. Które gorsze? Diabli wiedzą, zresztą to zależy od człowieka, od tego, co dla kogo jest ważniejsze — dla jednego grill, dla drugiego teatr.

— No dobrze, zostawmy te tematy, bo popadamy w dół, a przecież powinniśmy się cieszyć naszym spotkaniem, więc za spotkanie!

— Za spotkanie!


2004

Grzesiek czuł niepokój, dzwoniąc do znajomej bramy. Słyszał od Kasi, że z ojcem jest nie najlepiej: zapomina, często nie kojarzy, stał się zrzędliwy, momentami wręcz nieprzyjemny. Wszystkie te epitety nie pasowały do pana Zbyszka, którego znał. Czy mógł się aż tak zmienić?

Długo nie było odpowiedzi na dzwonek. Wreszcie pstryknęło coś w zamku i furtka się otworzyła. Grzesiek przeszedł przez podwórko, drzwi do domu były otwarte. Wszedł do środka i usłyszał zachrypnięty głos:

— Chodź tu do mnie na górę.

Przed Grześkiem stał zgarbiony starzec: zaniedbany, nieogolony, spod wyświechtanego swetra wystawała nieświeża koszula, pod nią wisiały zmięte spodnie z rozpiętym rozporkiem. Grzesiek nie mógł wydać z siebie dźwięku.

— No co tak stoisz? Nie przywitasz się?

— O tak, oczywiście, przepraszam. — Objęli się.

— Co, nie poznajesz mnie? Postarzałem się.

— Nie, skąd.

— Nie pieprz mi tu pierdów, jeszcze na tyle nie zgłupiałem. Nim siądziesz, mam do ciebie prośbę.

— Słucham.

— Zejdź do kuchni i zrób mi kanapkę, jeszcze od rana nic nie jadłem. Zwykle robi to sąsiadka, ale dzisiaj nie mogła przyjść, a ja sam nie mogę zejść ze schodów.

Grzesiek zbiegł na dół i wszedł do kuchni. Nigdy tu przedtem nie wchodził. Szukał po szafkach sztućców, talerzy, jedzenia. Wszystko lepiło się od brudu, w zlewie stały niepomyte naczynia, na podłodze pełno było okruchów, dawno tu nikt nie sprzątał. W lodówce leżały resztki jedzenia: kawałek sera, plasterki kiełbasy, zepsuty kefir. Chleb był już stary i trudno go było ukroić tępym nożem. Grzesiek próbował go podgrzać, ale toster nie działał. Masło było już po części zjełczałe, tylko część nadawała się do użytku. Wreszcie udało mu się sklecić parę kanapek, zaparzył herbatę i wrócił na górę.

Zbyszek zaczął jeść w pośpiechu.

— Widzisz, jak tu żyję — mówił, jedząc — wszystko się posypało, kiedy umarła Wiesia. Bardzo się męczyła biedaczka. Długo nie mogłem dojść do siebie. Nadal nie mogę, mimo że to już trzy lata. — Popił herbatę. — Jak widzisz, nie mogę egzystować bez pomocy. I ta kurewska samotność. Ale mów: co u ciebie, jak stary?

— Ojciec już pod dziewięćdziesiątkę.

— Dobry jest, ja nie dożyję tego wieku, sam widzisz. A u nas nie ma się z czego cieszyć, czytasz tu prasę, wiesz, co się dzieje.

— O tyle, o ile.

— Może to i lepiej.

Grzesiek ciągle nie mógł się pozbierać. Pamiętał pana Zbyszka w kwiecie wieku: był młody roześmiany, zawsze szarmancki, elegancko ubrany, pełen życia. Pamiętał przyjęcie po otrzymaniu nagrody literackiej: jego jasne włosy opadały na opaloną twarz, nosił modną koszulę i spodnie z Francji. Grzesiek rozpaczał podwójnie: nad tym, że to pan Zbyszek, i nad tym, że jeszcze trochę, a potem on sam… Stracił wątek opowiadania.

— …i wyobraź sobie, że ten dom nie jest mój, Wiesia przepisała go na syna. Czy ty kapujesz? Ja tu jestem lokatorem! We własnym domu!

— Ale musi być coś, co pana cieszy, jakiś drobiazg, wiosenny poranek, zachód słońca, no coś…

— Cieszę się, że cię widzę, może już po raz ostatni… Co ci mogę powiedzieć, używaj życia, póki możesz, póki cię nie dorwie ta kurewska starość…

Grzesiek chciał coś powiedzieć, ale język utknął mu w krtani. W tym momencie chciałby płakać, krzyczeć, bić pięściami w mur. Nie potrafił wyrazić tego wszystkiego, co czuł. To było nie do przekazania. Jak wiele rzeczy w życiu musiało pozostać niewypowiedziane.


Kacper nacisnął stop… Musiał chwilkę odetchnąć. W ciemnej szybie odbijała się jego postać. Przymknął oczy. Spojrzał na blat z guziczkami. Przesunął palec nad „2014”, ale się cofnął. Jeszcze chwilę stał niepewny, wreszcie nacisnął. Ekran na chwilę zabłysnął, mignęły białe kreski i zgasł. Na czole Kacpra pojawiły się kropelki potu. Przykucnął, jego wzrok padł na lśniące płyty marmuru, zobaczył w nich własne odbicie: rozczochrane włosy, gorejące oczy. Długo pozostał nieruchomo, aż powoli się podniósł i ruszył do następnego stanowiska, Numer MW6 nic mu nie mówił. Nawet nie spojrzał na pulpit z guzikami, niemal bezwiednie nacisnął pierwszy z brzegu.


1942

Przed bramą getta stoi esesman, w ręku karabin maszynowy. Podchodzi do niego dziewczyna, ładna blondyneczka, i mówi łamanym niemieckim, że dostarczyła do getta bułki, a teraz wraca do domu. Esesman przygląda się jej uważnie i wprawnym okiem dostrzega żydowskie rysy. Dziewczyna z trudem hamuje podenerwowanie, trochę się plącze w tym, co mówi. Niemiec dokładnie wie, o co chodzi. Mógłby teraz pociągnąć za spust i zastrzelić ją na miejscu. Na jego twarzy nie widać żadnej emocji. Stoi tak milczący przez moment, który dla dziewczynki jest wiecznością. Wreszcie, nie zmieniając wyrazu twarzy, robi drobny ruch głową i mówi szeptem: „Zmykaj”.

Marzena idzie statecznym krokiem, nie patrzy ani w lewo, ani w prawo, nie ogląda się za siebie, serce wali jej jak młot. Dochodzi do skrzyżowania ulic i dopiero za rogiem puszcza się biegiem, staje, łapie oddech i znowu biegnie. Musi tak przebyć kilka kilometrów aż do domu znajomych. Tam będzie bezpieczna…

Kacper zatrzymuje obraz i, niczym grający w ruletkę, wybiera kolejną datę.


1962

Marzena stoi z kieliszkiem szampana w ręku. Obok jej mąż Jan oraz Ivar Olsen, ambasador Norwegii z małżonką Karen. Sala balowa Hiltonu w New Delhi jest wytworna, to właśnie tu nowy ambasador USA wystawia bankiet dla zaprzyjaźnionych państw. Panowie są we frakach, panie w wieczorowych strojach. Marzena zgrabnie wygląda w długiej, obcisłej sukni z głębokim wycięciem na plecach. Olsen, jak zwykle szarmancki, nie szczędzi jej komplementów:

— Powiedz mi, jak ty to robisz, że z roku na rok stajesz się piękniejsza.

— A ty z roku na rok stajesz się większym bałamuciarzem.

— Oj, chyba się mylisz — mówi Karen — on tylko do ciebie ma taką słabość.

— Wszyscy wyglądamy doskonale, życie nam służy — wtrąca Jan. — Zresztą ostatni raz widzieliśmy się nie tak dawno. Ile to będzie? Trzy lata?

— Dokładnie trzy i pół roku temu wyjechaliście z Dżakarty — dodał Olsen. — O ile dobrze pamiętam, byłeś tam radcą prawnym przy konsulacie.

— Zgadza się.

— A teraz?

— Jestem wiceambasadorem w New Delhi.

— Gratulacje! A nie mówiłem, że to tylko kwestia czasu? No i proszę. Na dobrych warunkach?

— Super. Marzena oczywiście nie pracuje, mamy dwóch służących i kucharza. Jest świetny, ale musimy się przestawić na ostre curry, zresztą co ci będę tłumaczyć, przecież ty już jesteś starym Hindusem.

— Tylko nie starym.

— A powiedz mi: jak przedstawia się sprawa szkoły? Wy macie dwoje dzieci, prawda?

— Tak, chłopca i dziewczynkę. Oboje są w amerykańskiej szkole.

— To chyba będzie najrozsądniejsze wyjście dla naszej Paulinki — powiedział Jan, uśmiechając się do żony.

W tym momencie zaczęła grać orkiestra, tradycyjnie zabawę rozpoczynał walc Straussa. Panowie poprosili małżonki do tańca i świat zawirował w oczach Marzeny.


2012

Poranki są najgorsze, Marzena z trudem podnosi się z łóżka. Przed nią poranna rutyna: najpierw zakłada grube pończochy na opuchnięte, pokryte żylakami nogi. Potem plastry na palcach u stóp, słuchawki do uszu, zjada lekkie śniadanie i wreszcie lekarstwa. Jest ich masa. Karmen, jej opiekunka, przygotowuje pigułki w specjalnym pudełku podzielonym na przegródki — na każdy dzień tygodnia, na rano, południe i wieczór. Ubieranie się i mycie przychodzą jej z trudem. Chodzi bardzo ostrożnie, boi się upaść. Często dostaje zawrotów głowy, już raz upadła i skończyła w szpitalu. Dopiero około dziesiątej jest gotowa na rozpoczęcie nowego dnia.

Mały pokoik z trudem mieści kanapę, dwa fotele i telewizor. Marzena siedzi blisko ekranu, potem bolą ją oczy. Za to słyszy wyraźniej, bo z tym są problemy. Odkąd jej córka Paulina wyszła za mąż i wyjechała, Marzena jest sama. Już dawno rozwiodła się z Janem, to było od początku nieporozumieniem, niepotrzebnie tak długo trwała w tym związku.

W ostatnich latach większość jej przyjaciół i krewnych zmarła albo wyjechała. Ma wprawdzie paru znajomych, z którymi widuje się od czasu do czasu, ale na co dzień jej najbliższym towarzyszem jest telewizor. Ogląda głównie dokumenty albo wiadomości, co jest czystym masochizmem, bo przypominają one raczej horror niż kronikę wydarzeń.

Powinna być wdzięczna losowi, że mimo swoich lat jest w miarę zdrowa, chociaż ostatnio dolegają jej bóle stawów. Karmen przychodzi dwa razy w tygodniu, robi zakupy, pomaga gotować. Mimo woli to ona stała się najbliższą powierniczką Marzeny, oczywiście w błahych, codziennych sprawach. Ale to, co istotne? Komu powie, że kiedyś była damą, że balowała na dostojnych bankietach? Kogo to dzisiaj obchodzi, opowiedziane tutaj, w małej izdebce, z której okna wychodzą na odległy o parę metrów blok?

W czasie upału w mieszkaniu jest tak gorąco, że Marzenie kręci się w głowie, słabnie, musi się położyć, żeby nie upaść. Dzwoni telefon, to na pewno Paulina zza oceanu. Marzena wycisza telewizor. Zawsze to samo:

— Jak się czujesz, mamo?

— Dobrze, dziękuję.

— Nic ci nie dolega?

— Nic. A co u ciebie?

— Dobrze, mam dużo pracy.

— A jak dzieci?

— W porządku. Pozdrawiają cię.

— Podziękuj im. A mąż?

— Też bardzo zajęty.

— A jaka u was pogoda? Bo u nas upały.

— Tu zima, w ogródku biało.

— To ładnie. Cieszę się, że wszystko wam się układa. Będę już kończyć, położę się trochę. Do widzenia.

— Do widzenia.

Marzena drepcze do łazienki, moczy ręcznik, kładzie się na kanapie, nawilża twarz. Patrzy, jak na suficie pająk zaplata sieć. Musi o tym powiedzieć Karmen. Przymyka oczy, chociaż wie, że to dla niej niedobre. Lekarz ją ostrzegał: „Jeśli chce pani uniknąć ponurych myśli, niech pani nie popada w stan bezczynności”. Ale co może jeszcze zrobić w tym upale? Nie ma nawet ochoty oglądać telewizji. Więc leży, myśli same się kłębią.

Jak długo jeszcze wytrzyma w bloku, nim się podda i pójdzie do domu starców? Już sama myśl ją przeraża. Była tam kiedyś, potem przez miesiące w snach powracały obrazy starych, stetryczałych, trzęsących się ludzkich karykatur. Niechlujni, zaślinieni, brzydcy. Oczywiście ona nie jest dużo lepsza, ale zawsze…

Jeszcze schodzi ze schodów, z trudem, ale schodzi. Jak długo: rok, dwa? Paulina kupiła jej komórkę, ale kto to może opanować? Tyle guzików, funkcji. Wstyd się spytać, a pięcioletni Roland robi z tym, co chce. Mogłaby to wszystko znieść, nie takie rzeczy przeżyła, ale ta samotność — nie ma przed kim się wyżalić, nie ma komu powiedzieć, że bolą ją stawy, że bez proszków nie może już spać, że jest jej smutno i że jest samotna.


Jeżeli tak wygląda średnia na czwartym piętrze — pomyślał Kacper — to co się musi dziać w piwnicy? Toteż nie miał najmniejszego zamiaru tam schodzić. Postanowił spróbować po raz ostatni, do trzech razy sztuka. Przeszedł parę rzędów, potem skręcił w prawo, odliczył równe sto kroków, przeczytał tabliczkę „GB42”, zapalił papierosa i nacisnął guzik.


1970

Greg jest na czterdziestym kilometrze, do mety jeszcze niecałe dwa. Spogląda na stoper — jest dwie minuty poniżej planowanego czasu. Przed nim tylko dwóch biegaczy, ale odległość stopniowo maleje. Do mety ma jeszcze niecałe sześć minut, szansa wygrania staje się realna. Jest u progu wyczerpania, ale wie, że oni też. Całe jego ciało: nogi, ręce, płuca odmawiają posłuszeństwa, pozostaje tylko wola zwycięstwa, już teraz tylko podświadoma, bo mózg nie jest w stanie myśleć. Na tym etapie nie pozostaje już nic poza zwierzęcym instynktem wyrobionym latami treningów i tysiącami kilometrów.

Greg przyspiesza kroku, zbliża się do pierwszego przeciwnika, zrównuje się z nim, widzi grymas na jego twarzy. Mijany nie jest w stanie dotrzymać mu kroku. Pozostaje jeszcze tylko jeden zawodnik, ale i do niego dystans się zmniejsza. Greg zna go doskonale, wie, że ma mocny sprint, musi go wyprzedzić znacznie wcześniej, żeby nie przegrać na finiszu. Do mety pozostało osiemset metrów. Krople potu spływają mu na oczy, może to i lepiej, obraz się zaciera, jedyny widoczny obiekt to plecy przeciwnika. Coraz bliżej. Greg słyszy owacje tłumu, sunie na fali dźwięku, aż dopada prowadzącego i teraz ostatnie pięćset metrów dzieli go od… nie wie: mety, medalu czy zwycięstwa. Doping tłumu urasta do crescenda, zwłaszcza tu, na stadionie. Teraz już nie ma żadnych myśli, tylko rozpęd i trwanie. Greg ogląda się za siebie. Jeszcze nie jest bezpieczny, jeszcze może go zniszczyć sprint przeciwnika, ale już nic nie pozostało, nie ma siły na przyspieszenie. Jest już na ostatniej prostej, przed oczami mgła. Dobiega do mety, chyba dotknął taśmy, pada na ziemię.

Kiedy stojąc na podium, słyszy hymn swojego kraju, z trudem powstrzymuje łzy. Czy to lata wyrzeczeń, czy ziszczenie marzeń, poczucie tryumfu, odreagowanie, czy wszystko naraz? Tego nie wie, ale wie, że jest to najszczęśliwszy dzień w jego życiu, że lewituje nad Olimpem ludzkiego doznania. Po hymnie cały stadion huczy od braw — dla jego zwycięstwa, dla jego medalu, dla niego.


Kacper nacisnął stop i zapalił papierosa. Mógłby się założyć z każdym — nawet z Lucyferem, o każdą stawkę, jak w Fauście — że wie, jaki będzie epilog. Tak bardzo chciałby się mylić, ile by dał za to, żeby przegrać ten kurewski zakład. Ale to by oznaczało odwrócenie porządku świata. Nikt nie ma takiej mocy, już na pewno nie on, jakiś tam człowieczek o imieniu Kacper. Nie tacy już próbowali: buntowali się, grozili niebu, przeklinali, walili pięściami w mur… Pozostały tylko strofy poetów, dźwięki symfonii i mroczne płótna. Nawet ci, którzy kazali nam wierzyć, że Syzyf musi być szczęśliwy, albo cytowali słowo święte, w końcu… Do diabła, niech się wreszcie ziści ten przeklęty wynik zakładu.


2016

Łysą głowę Grega pokrywają ciemne plamy i krosty. Tylko przy uszach pozostały chude kępki siwych włosów. Siedzi nieruchomo, patrząc w telewizor. O ile można to nazwać patrzeniem — nawet w okularach widzi tylko niewyraźnie plamy, toteż męczy go telewizja i po chwili usypia. Na szczęście nie dosłyszy, więc może tak spać bez końca. Zwykle budzi go Maria, próbując nawiązać jakąś rozmowę. Już od lat przestała być żoną, stała się opiekunką. Zmienia mu plastykowy worek przy nodze, pomaga wypróżnić pojemnik na mocz, pcha wózek na spacerze. Greg może jeszcze chodzić, ale z trudem, najwyżej dwadzieścia metrów i to tylko w towarzystwie Marii. Chyba już nie pamięta swoich dni glorii, na pewno o tym nie mówi. Zresztą komu będzie opowiadał. A mówi niechętnie, raczej mamrocze, niż mówi.


Kacper zostawił migający ekran i uciekł w stronę wyjścia. Zbiegł po schodach, aż zadudniło od jego kroków. Na dole niemal wpadł na panią kustosz.

— Proszę się zatrzymać — wyszeptała stanowczo — w muzeum się nie biega.

— Przepraszam — odpowiedział rozdygotany Kacper — ja dalej nie mogę. To przeklęte muzeum to jakiś horror, perfidny wymysł chorej wyobraźni, dantejskie piekło. Nie wiem, jak to nazwać, brak mi słów. Można się powiesić…

— A i o to zadbała dyrekcja. Jeśli takie jest pana życzenie, to proszę za mną.

Kacper zamarł. Dopiero po chwili wydusił:

— Pani… pani chyba żartuje.

— W naszym muzeum nie ma żartów. Proszę za mną.

Przewodniczka poprowadziła go długim korytarzem aż do końca, gdzie znajdowały się drzwi do windy. Były nieoznaczone, bez żadnych światełek i guzików. Przewodniczka dotknęła ściany kartą elektroniczną i pierwsza weszła przez rozsunięte drzwi. Sądząc po tym, jak długo byli w windzie, zjechali głęboko pod ziemię. Na korytarzu panował półmrok, w którym ledwie było widać kolejno mijane drzwi. Pani kustosz zatrzymała się przy jednych z nich.

— Proszę do środka — zaprosiła gestem. — Mówił pan o powieszeniu, a więc proszę.

Pośrodku niewielkiego pomieszczenia stał taboret, idealnie nad nim wisiał gruby sznur z pętlą.

— Ja… — Kacper chciał powiedzieć, że żartował, ale przypomniał sobie ostrzeżenie przewodniczki.

Ona, widząc jego zaskoczenie, powiedziała:

— Jeśli panu to nie odpowiada, to proszę dalej. — I zaprowadziła go do następnej sali, a właściwie do łazienki.

W rogu stała wanna z wodą, nad którą unosiła się para. W mydelniczce na ścianie leżała brzytwa, obok wisiał skórzany pas. Przewodniczka, jakby zgadując myśli gościa, dodała:

— Rozumie pan, lepiej nie ryzykować i brzytwę naostrzyć, nigdy nie wiadomo, kto tu był ostatni.

Po czym kolejno pokazywała Kacperkowi biurko z pistoletem, salę japońską z matą na ziemi i mieczem do harakiri, dalej niewielką kuchnię z piecem gazowym, wreszcie, widząc rosnące przerażenie gościa, zaprowadziła go na drugi koniec korytarza, gdzie znajdował się ładnie umeblowany pokój z telewizorem, łóżkiem i cichą muzyką.

— To chyba będzie panu bardziej odpowiadało. — Wskazała na leżące przy łóżku pigułki.

Kacprowi wyschły usta, ledwo mógł mówić.

— Niesamowite. I znajdują się chętni?

— Och, nie jest pan pierwszy. Desperaci przychodzą do nas albo próbują, gdzie się da. Próbują, próbowali i, jak świat światem, będą próbowali, mam panu przypomnieć? Judasz, van Gogh, Hemingway…

— Tak, tak, rozumiem. Zgoda. Zostanę w tym pokoju, tylko proszę chwilkę poczekać, wyślę wiadomość do żony, żeby się nie martwiła.

Kacper sięgnął do kieszeni, potem do drugiej, nerwowo zaczął czegoś szukać.

— Zostawiłem komórkę w aucie. Wyskoczę i za chwilę będę z powrotem.

Wybiegł na ulicę, na policzkach miał wypieki, przed oczami mgłę, myśli kłębiły mu się w szalonym chaosie. Dobiegł do samochodu i otwierając drzwi, odwrócił się w stronę muzeum. Przetarł oczy. Spojrzał jeszcze raz. Ponownie je zamknął, mocno zaciskając powieki, po czym je wolno otworzył. Nie, nie majaczył. Gmach muzeum wolno pulsował burym cielskiem King Konga: wielka rozwarta paszcza, włochata pierś goryla, gigantyczne łapska i kły…

Kacper rzucił klucze i zaczął uciekać. Nie patrzył, gdzie biegnie, byle dalej od zmory. Dopiero po kilku minutach odwrócił się i zobaczył, że goryl go nie ściga, że pozostaje tam, gdzie stał. Ale Kacper biegł dalej, zwolnił trochę tempo, żeby nabrać oddechu. Dobiegł do kraju miasteczka, dalej pojawiły się lasy, zagajniki, łagodne pagórki. Za nimi ukazało się słońce. Jego promienie zalewały rozległe pola i łąki.

Kacper czuł zmęczenie, ale po stokroć wolał to niż strach, czarne myśli i stęchliznę muzealnych korytarzy. Zieleń i błękit przywracały mu spokój. Nigdy w życiu nie zawdzięczał tak dużo biegowi i swoim nogom. Zatrzymał się przy strumieniu. Pijąc, nie poznawał odbicia swojej twarzy, dopiero nieśmiały uśmiech przekonał go, że to jednak był on. Podniósł się wolno i nieopodal spostrzegł ogromny stóg siana. Nie mógł marzyć o czymś wspanialszym, było to urocze déjà vu.

Przypomniał sobie obrazek z dzieciństwa, ilustrację z książki dla dzieci. To dziwne, jak ten obrazek przetrwał w pamięci tyle lat. Otóż pod niebem usianym gwiazdami spał młody junak, wysoki, silny, niezłomny. Leżał on na takim właśnie stogu siana, ręce rzucone poza głowę, nogi swobodnie rozwarte. Z jego postaci emanowały spokój i beztroska, pewność siebie i kompletna niefrasobliwość.

Kacper wdrapał się na sam wierzchołek, położył się na plecach i zmrużył oczy. Nogi i ręce rozpostarł szeroko, podobnie jak chłopak z bajki. Dopiero teraz poczuł zapach siana. Ileż to lat minęło, przecież to był zapach jego dzieciństwa, zapach beztroski i radości bycia. Leżał tak, delektując się odurzającą wonią. Dopiero kiedy się nasycił, wolno otworzył oczy. Figlarne obłoczki pląsały po błękicie, pod nimi sunął klucz żurawi. Wielki, równy, majestatyczny. Czasem motyl przeleciał nad głową, zakłócając harmonię niebieskiego pejzażu. Kacper ożył, zmartwychwstał. Poczuł, jak rozluźniają mu się mięśnie, jak zwalnia bicie serca i oddech. Popadł w senny byt — niebyt.

Nagle ciszę zakłócił cichy, ale natarczywy odgłos stukania. Trudno powiedzieć, czy dochodził ze stogu siana, czy też od dzięcioła na pobliskim drzewie. Kacper wytężył słuch, teraz słyszał wyraźnie dwa szybkie uderzenia — kreska, po tym dwie kropki, pauza, kropka, pauza, dwie kreski. Kacper usiadł, aby lepiej słyszeć, ale w tym momencie stukanie ustało.

Dwa słowa

Andrzej nerwowo uderzał palcami o kierownicę.

— Prędzej, do cholery, prędzej!

Policjant stanął przed sznurem samochodów, unosząc w górę rękę. Obok przejechał radiowóz i ustawił się w poprzek szosy tuż przed mostem. Andrzej włączył radio, ale po chwili je wyłączył. Wyszedł z samochodu, trzaskając drzwiami. Wokół policjantów zebrała się grupka zaniepokojonych kierowców.

— Człowiek zatonął — wyjaśniał cierpliwie sierżant.

Znaleźli wywróconą łódź, ale nie ma wioślarza. Nie potrafił powiedzieć, jak długo most będzie zamknięty. Pewnie trochę to potrwa.

Andrzej odszedł na bok i stanął na skarpie. Rzeka płynęła spokojnym nurtem, jakby się nic nie wydarzyło. Niczym niesforny wyrostek, który skradłszy ciastko, patrzy matce bezczelnie w oczy, nie wiedząc, że ma na ustach ślady kremu. Z pontonu skoczył do wody nurek, podczas gdy jego koledzy bosakami wodzili po mulistym dnie rzeki. Idioci, dlaczego miałby leżeć właśnie tutaj, przecież rzeka ciągnęła się kilometrami i kto wie, gdzie go zniósł prąd.

Zapalił papierosa i zastanawiał się, co może zrobić. Mógł zawrócić i pojechać dookoła półwyspu. Stuknął się w głowę, przecież druga droga była także zamknięta. Prom! Był jeszcze prom. Podbiegł do budki z rozkładem jazdy. Następny odpływał o dziesiątej. Spojrzał na zegarek — jeszcze trzy godziny.

Ruszył brzegiem. Przed budynkiem klubu stali milczący wioślarze, zapewne koledzy zaginionego. Na ich posępnych twarzach odbijały się niemoc i smutek. Dziewczyny miały oczy czerwone od łez. Na trawie leżała biała, lśniąca łódź. Długa, zgrabna i niewinna. Jak rzeka. Obok łodzi dwa wiosła, jeszcze mokre.

Zerwał się wiatr, wzburzając gładką taflę wody. Na widok nagłego poruszenia stojący podnieśli wzrok, jakby ze spienionych grzyw miał się nagle wynurzyć zagubiony wioślarz. Przez chwilę wodzili wzrokiem od mostu aż po zakręt, ale nie poruszyło się nic z wyjątkiem upiornego pontonu.

Naprzeciwko klubu ustawiły się kamery telewizyjne. Andrzej miał zawsze ambiwalentne odczucia na widok dziennikarzy; cienka była granica pomiędzy obowiązkiem informowania a żerowaniem na ludzkim nieszczęściu. Niczym szakale krążyli od katastrofy do katastrofy, podtykając pod usta natrętne mikrofony, najeżdżając kamerami na ludzkie łzy i krwawiące rany. Poczuł niesmak. Znowu stawał w obliczu owej niewytłumaczalnej tajemnicy, jaką była granica pomiędzy światem żywych i umarłych, niczym mitologiczna rzeka Styks i jej milczący przewoźnik.

Młody wioślarz wypłynął o świcie. Może miał w planie spotkanie z dziewczyną? Może mieli pójść na lunch? Może był w świetnej kondycji i przygotowywał się do zawodów? Ci, co go znali, wiedzieli, że dałby z siebie wszystko. Jeszcze godzinę temu, może dwie, może pół. Jemu już było wszystko jedno, ale dla tych, co pozostali… Jedna z wioślarek leżała na ziemi skulona w płaczu, obejmowały ją koleżanki. Może była jego dziewczyną?

Przed klubem przebiegł mały chłopiec, za nim ojciec. Śmiech malca przeszył milczenie niczym włócznia. Ojciec dogonił syna, chwycił go, podniósł wysoko nad głowę i zakręcił na tle szarego nieba. Chłopiec nie przestawał się śmiać. Jeden z wioślarzy chciał podejść do ojca i poprosić, żeby poszli się bawić gdzieś indziej, ale powstrzymali go koledzy.

Andrzej położył się na trawie i wyciągnął ręce za głowę. Patrzył prosto w niebo, starając się nie myśleć. Obserwował sunące chmury, usiłując wyczytać wypisane na nich znaki. Wiatr to je rozwiewał, to znów łączył w dziwne konfiguracje, ale żadnych znaków nie było, tylko chaos.

Przy moście nastąpiło poruszenie. Policja otworzyła drogę, radiowóz zjechał pośpiesznie i ruszył na sygnale. Czekający kierowcy zapalili silniki. Pierwszy samochód wjechał na most. Andrzej podbiegł do auta i już po chwili pędził szeroką szosą. Spojrzał na zegar; stracił dużo czasu. Nie wiedział, ile go ma, ale wiedział, że niewiele. Dodał gazu. Zaczął padać deszcz; wycieraczki kołysały się miarowo. Poczuł zmęczenie, a droga była daleka.


Przypomniał sobie, jak kiedyś, jako mały chłopiec, szedł z ojcem ośnieżoną szosą. Wtedy też był zmęczony i na dodatek przemarznięty. Ojciec kazał mu iść prędzej, żeby się zagrzał. Szedł ze łzami w oczach, ale ojciec nie popuszczał. Był nakaz — i bez dyskusji! Kątem oka chłopiec widział jego zacięte usta i marsową twarz. Nienawidził go za tę jego bezwzględność i swoje poczucie bezsilności. Później jeszcze nieraz przyszło mu konfrontować się z tą samą determinacją i nieugiętą wolą.

Kiedyś przez krótki czas mieszkali sami, matka była w szpitalu. Doszło do jakiejś scysji, już nie pamięta o co. Zbuntował się i nie jadł niczego w domu. Za parę groszy kupił sobie chleb, dżem i żywił się sam. Po kilku dniach ojciec nie wytrzymał, podsunął mu kanapkę z kiełbasą i chrzanem. Chłopiec zjadł ją w milczeniu.

Ale to, co było źródłem zniewolenia i konfliktów, było zarazem powodem do podziwu i uwielbienia. Pytany, kim chce być, chłopiec bez wahania odpowiadał, że żołnierzem. Bo kiedy ojciec zakładał mundur, obydwie piersi pokrywały się medalami: za odwagę, za męstwo. Syn patrzył na ojca z dumą — taki chciał być. Wiedział, że każde zwycięstwo okupione było ryzykiem i walką, że zamiast medalem mogło się skończyć śmiercią, chociaż tak naprawdę nie znał znaczenia tych pojęć, ani wtedy, ani dzisiaj. Los oszczędził mu prób męskości i heroizmu, nie wiedział, czy w obliczu krańcowego wyboru okazałby się bohaterem, czy świnią. I może nigdy się nie dowie…

Włączył radio. Spiker czytał wiadomości: gdzieś kogoś zabito, w Afryce kolejna susza, gdzieś tam jakaś powódź. Deszcz zaczął mocniej padać, zaparowały szyby.

Jednak powinien być sprawiedliwy: pod powłoką twardej i bezkompromisowej natury było także miejsce na uczucia. Doskonale pamiętał te chwile, może dlatego, że było ich tak niewiele. Uwielbiał wspólną jazdę na rowerze. Ojciec owijał ramę kocem, sadzał na niej malca i tak ruszali na przejażdżkę. Chłopiec czuł każde stąpnięcie nogi na pedał, ciepło oddechu na plecach, słyszał lekkie sapanie. Miał poczucie bezpieczeństwa, a zarazem wielkiej frajdy, zwłaszcza kiedy pędzili z góry i wiatr szumiał w uszach. Potem gaworzyli sobie o jakichś bzdurach, śmiali się i przekomarzali.

Powracała mu też scena z bardzo wczesnych lat. Kiedyś wracali z przyjęcia, ojciec niósł go na rękach, zataczając się od po całej szerokości chodnika. Matka prosiła, zaklinała, żeby go postawił na ziemię, że jest pijany, wywalą się, potłucze siebie i dziecko. Ale ojciec był nieugięty, uparcie powtarzał, że nie ma takiej siły, że się nie wywali, że synowi nie może się stać krzywda. I dotrzymał słowa.


Widoczność stawała się coraz gorsza, trudno było odczytać znaki drogowe. Sąsiadujące łąki zalane były wodą. Nad jej powierzchnią wznosiły się upiornie nierealne drzewa. Szum deszczu zagłuszał wszystko: i radio, i warkot silnika. Andrzej zwolnił i przetarł oczy. Poczuł się nieswojo. Otaczała go woda, po chwili pojawiła się także na szosie. Mógł zawrócić, ale nic by mu to nie dało. Musi dojechać do następnego miasteczka, tam teren się podnosi. Już tylko przydrożne słupki wyznaczały linię szosy, ale jeszcze mógł jechać. Zatrzymał się przy znaku drogowym, od miasteczka dzieliło go zaledwie kilka kilometrów. Teraz już nie myślał o niczym innym, tylko o tym, by dojechać, nawet nie chciał sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby samochód stanął. Woda mogła zalać silnik. O pomocy drogowej nie było oczywiście mowy. Spojrzał na termometr — dziewięć stopni. Jednak samochód wprawdzie powoli, ale posuwał się do przodu, widocznie przywykł do nowych warunków. Czas wlókł się nerwowo w nierealnej przestrzeni, szarej i mokrej, zagubionej na absurdalnym kraju świata. Realia całkowicie zawładnęły umysłem kierowcy, sparaliżowały go w podstawowym instynkcie przetrwania, obdarły z jakichkolwiek innych uczuć. Wszystko w nim krzyczało: przetrwać, dojechać, dotrzeć! Całą uwagę skoncentrował na szosie, a właściwie na przydrożnych słupkach. Wypatrywał kolejnego odbicia światła niczym zbawiennego znaku. I tak brnął — wolno, ale do przodu.

W pewnym momencie coś mignęło poprzez smugi deszczu. Andrzej wytężył wzrok — czyżby się zbliżał? Po szybie spływały strumienie wody. Dopiero po dłuższym czasie ponownie zobaczył światło; pojawiało się i gasło. Ale było, teraz już bez wątpienia. Pewnie jakiś sygnał alarmowy dla takich jak on. Spokojnie brał zakręt, śledząc położenie słupków. Poprzez mglistą szybę ukazały się kontury pierwszych zabudowań. A więc dojechał! Udało się! Zgodnie z przypuszczeniem grunt zaczął się unosić i pojawiły się łaty szosy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.66