E-book
13.65
drukowana A5
38.83
Piękniejszy świat

Bezpłatny fragment - Piękniejszy świat


Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8189-127-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.83

Podskoki żółwia

W ogóle to ja miałem być jaskółką. Nie mam pojęcia, jak to się stało: czy gdzieś po drodze poplątały się geny, czy też matka wysiedziała nie swoje jajko albo padłem ofiarą jakichś nad wyraz złośliwych promieni kosmicznych.

Przez pierwsze lata swojego życia nie zdawałem sobie sprawy z owego wypaczenia natury. Byłem przekonany, że z czasem wyrosną mi skrzydła, ogon się rozdwoi i że jak inni poszybuję nad naszą łąką i strumykiem. Ba, widziałem siebie lecącego ze stadem na inne kontynenty. Już w tym swoim małym móżdżku potrafiłem sobie wyobrazić zapierające dech widoki z góry, czułem lekkie powietrze, powiew wiatru i zapach chmur. Tak, byłem przekonany, że chmury mają swoiste zapachy: lekkie, pierzaste — zapach konwalii, cumulusy — zapach bzu, a altocumulusy — jaśminu. Potrafiłem godzinami patrzeć na loty jaskółek, podziwiałem ich zręczność i prędkość — niczym muszki potrafiły w okamgnieniu zmienić kierunek lotu: do góry, na dół, w lewo, w prawo. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, dlaczego to robią. Wielu rzeczy jeszcze wtedy nie wiedziałem.

O naiwny! W swoim niezachwianym przekonaniu usiłowałem stawać na tylnych łapach, przednie wyciągając do góry, to znów próbowałem nimi machać albo podskakiwać, ale mimo usilnych starań ruchom tym brakowało dynamiki. Nie ma co ukrywać, były to ruchy powolne. Niemniej nie poddawałem się, próbowałem różnych ćwiczeń: rozciągania, obrotów, nawet nieudolnych prób skoku.

Z upływem czasu rósł mój niepokój. Coraz bardziej odczuwałem jakąś sztywność w plecach. I ciężar. Usiłowałem odwrócić głowę, ale mimo największego wysiłku nie byłem w stanie zobaczyć całych pleców. Ale już nawet to, co widziałem, nie zwiastowało dobrych wyników: nie widać było śladu piór, łapy zaczęły mi grubieć i, co najgorsze, zamiast stawać się szybszy, zwinniejszy — czułem w sobie rosnącą ślamazarność.

Wszystko to zaczęło wpływać na moją psychikę. Złapałem się na tym, że coraz częściej przysiadam na kamieniu i po prostu trwam w bezruchu. Niby patrzę, niby słyszę, ale tak naprawdę jestem „odłączony” i nie wiem, który ze stanów był gorszy: czy jałowe dociekania i rozmyślania, czy też stan totalnej bezmyślności. Jak się potem okazało, wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co miało mnie spotkać.

Było to wczesną wiosną, kiedy noce są jeszcze chłodne, a wschodzące słońce mieni się tęczą barw w porannej rosie. Rozbudzony perspektywą radosnego poranka ruszyłem w stronę strumyka. Czułem prężność nóg i swój dziarski krok (o nieba! w jakiej ułudzie można żyć!). Mijałem uginające się pod kroplami kwiaty, wilgotne patyki, omszałe kamienie. Zachłystywałem się radością na widok równo zaplecionej pajęczyny pokrytej lśniącymi kropelkami rosy. Z góry dochodziły mnie krzyki jaskółek — bez trudu rozpoznawałem je pośród jazgotu innego ptactwa. Rozpierała mnie energia, czułem, że mogę podbić świat!

W pewnym momencie stąpnąłem na jakąś oślizgłą kulę. Dotknięta przeze mnie łagodna powierzchnia zmieniła się nagle w pióropusz długich, ostrych kolców. Cofnąłem boleśnie ukłutą łapę. A więc to był jeż. Byłem jeszcze za młody, by być przesądnym, ale intuicja mi podpowiadała, że nie był to dobry znak. Stanąłem, patrząc na czuprynę kolców, i zrobiło mi się jakoś nieswojo, pulsujący przed chwilą entuzjazm opadł niczym zestrzelony ptak. Głupie to, ja wiem, ale czy emocje można kontrolować?

Już nieco wolniejszym krokiem ruszyłem w stronę strumienia, ostrożnie omijając groźną kulę. Nagle przestałem dostrzegać rozkwitające krokusy, nie słyszałem krzyku jaskółek. Moje zmysły były kompletnie pochłonięte obserwowaniem ścieżki, przecież obok jeży grasowały tu także węże i kto wie jakie jeszcze gady.

Rozglądałem się na boki z taką intensywnością, że nie zauważyłem, jak moja ścieżka nagle się skończyła na ostrym urwisku, i po chwili staczałem się w dół niczym kamień. Omen jeża powtórnie dał o sobie znać, bo wylądowałem na plecach. Nie dość, że obolały i zły na siebie, to jeszcze na plecach. Żadne próby przewrócenia się nie dawały rezultatu. Nie pozostawało nic innego jak trwać tak do końca…

Mogłem jedynie myśleć. Ale czy ktoś w takiej chwili może racjonalnie myśleć? Czy jakiekolwiek konkluzje są coś warte? Niemniej myślałem. Dlaczego nie posłuchałem sygnału jeża? Przecież był niedwuznaczny, a jego nastroszone kolce wyraźnie mnie ostrzegały: zawrócić! Pokpiłem sprawę, a teraz co? Nagle obok bólu poczułem głód i pragnienie. Potęgował je łagodny szum strumienia, który musiał płynąć bardzo blisko mnie. Wtedy po raz pierwszy w życiu (krótkim, bo krótkim) zobaczyłem brzydkie niebo.

Runął jeszcze jeden bastion moich przekonań. Do tej pory niebo było dla mnie zawsze piękne: i to bezchmurne o jasnym błękicie, i to z rozsypanym pierzem, i to z tumanami niczym puchowe kołdry, i to niskie, ponure albo groźne błyskawicami. Mogłem na nie patrzeć bez końca. Teraz, kiedy byłem do tego zmuszony, prysnął czar piękności, a jego miejsce zajęły strach, gorycz i przekleństwo. Ohydne niebisko z wstrętnymi ptakami kreślącymi kulfoniaste krechy. Moją jedyną ucieczką było przymykanie oczu. Więc przymykałem i chyba tak zasnąłem.

Obudził mnie chłód w plecach i głośny szum strumienia. Kątem oka zobaczyłem, że wzmógł się prąd i strumień zaczął się rozlewać na boki. Więc była nadzieja! Czułem, jak woda stopniowo mnie podmywa, aż zacząłem się unosić, po czym porwał mnie nurt i na głębszej wodzie już bez trudu przekręciłem się i wypłynąłem na brzeg. Wreszcie mogłem zaspokoić pragnienie, podjeść i już w lepszym nastroju znaleźć miejsce na odpoczynek.

Przycupnąłem na wielkim kamieniu. Był rozgrzany od słońca, więc znowuż świat poweselał i zrobiło mi się błogo. Kiedy słońce już weszło wysoko, obszedłem kamień dookoła. Jedna z jego krawędzi ostrą ścianą opadała do wody. Stanąłem na samym brzegu i spojrzałem w dół. W łagodnej tafli wody ujrzałem swoje odbicie. W pierwszym momencie nie mogłem uwierzyć swoim oczom — to nie byłem ja, to ktoś za mną, obok mnie. Poruszyłem głową w lewo, w prawo, przekręciłem szyję, próbowałem różnych możliwych póz — nie było wątpliwości. W uszach poczułem potworny szum, oczy zaszły mi mgłą, łapy ugięły się, jakby były z waty, kręciło mi się w głowie, nie potrafiłem myśleć. Moim odruchem było skoczyć, utonąć, udusić się, przepaść — ale nie było ucieczki, to byłem ja! Żółw!

Wróciłem na środek kamienia, złapałem oddech, chwilkę przeczekałem, po czym wróciłem na przeklęte miejsce na krawędzi. Teraz już nieco spokojniej przyglądałem się odbiciu na dole: pomarszczonej skórze, wybałuszonym oczom, porowatej szyi. Więc to byłem ja? To była ta moja jaskółka: płaska, przyziemna, pomimo młodego wieku archaiczna.

Długo leżałem bez ruchu. Starałem się temu wszystkiemu nadać jakiś sens, znaleźć się w nowej rzeczywistości. A przecież byłem tylko młokosem, niedoświadczonym, głupiutkim. Inni w moim wieku myśleli tylko o zabawie i figlach. Ja też byłem taki. Byłem. Teraz pojawił się cień, chmura, którą nie łatwo było usunąć. Spojrzałem na niebo. Pozornie nic się nie zmieniło, trwało w swoim błękicie, ale coś już było nie tak, jakby się pojawiła jakaś druga warstwa, właściwie niewidoczna, jedynie wyczuwalna.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Oddawałem się swoim zwykłym zajęciom, ale w mojej podświadomości ciągle mieszkał ów niepokój, momentami silniejszy, kiedy indziej niemal nieobecny. Nie myślałem o tym, bo nie miało to sensu. Jedynie jakaś zmiana mogłaby mnie pobudzić do działania, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy i pewnie już by to tak pozostało, gdyby nie przypadek. Otóż pewnego razu wracając znad strumienia, poczułem, że coś mi z boku szura o ziemię. Stanąłem, spojrzałem, a to pióro przykleiło mi się do pleców, jaskółcze pióro! Próbowałem je oderwać, szarpałem, ciągnąłem, ale nie ustępowało. Hej! (Chyba krzyknąłem). Hej! (Chyba podskoczyłem).

Obudził się we mnie nowy entuzjazm do życia. Bez chwili zastanowienia narodziły się cel, plan działania i strategia (chociaż jeszcze wtedy nie znałem tych słów). W ramach codziennych zajęć kluczowym punktem stała się wyprawa do wioski za lasem. Systematycznie obchodziłem wszystkie zabudowania, pod ich strzechami aż się roiło od jaskółczych gniazd, a na ziemi leżała istna pierzyna ptasich piór.

Powoli zacząłem je znosić do domu. Sporo czasu zajęło mi opanowanie techniki przyklejania ich, aż po wielu próbach osiągnąłem perfekcję. W lesie znalazłem roślinę o niezwykle lepkich liściach, syrop rozpuszczałem w rosie i tak powstał idealny klej. Z patyków zbudowałem małe rusztowanie, na którym układałem pióra, co pozwalało przyklejać je w dowolnym miejscu mego ciała. W ten sposób rozpoczął się okres intensywnych przygotowań do dnia, w którym miało zmienić się moje życie.

Temu planowi sprzyjało chmurne niebo — jest wtedy gorsza widoczność i mniejszy ruch na ścieżce. Kiedy jaskółki zaczęły latać nisko nad łąką, wiedziałem, że zbliża się deszcz, a więc i chmury. Zamieszałem większą ilość kleju, wybrane pióra ustawiłem na przygotowanym rusztowaniu i wziąłem się do roboty. Do południa cały byłem pokryty piórami: plecy, brzuch, ogon. Pogwizdując, ochoczo ruszyłem ścieżką do strumienia.

Muszę przyznać, że pióra utrudniały mi nieco poruszanie, ale pocieszałem się, że była to tylko kwestia przyzwyczajenia. Z jednej strony rozpierała mnie duma z mojego nowego wcielenia, z drugiej strony czułem się trochę nieswojo. Szedłem z pochyloną głową, udając, że nikogo nie widzę. Przede wszystkim nie chciałem być rozpoznawalny. Kiedy zobaczyłem zbliżającą się sąsiadkę wiewiórkę z małymi, odwróciłem się tyłem, udając, że czegoś szukam na ziemi. Niemniej wyczułem ich uwagę i zdziwienie. Nie wiem, czy mnie poznali. Podobnie niezręczne było spotkanie borsuka zaprzyjaźnionego z naszym domem. Jego krytycznej natury obawiałem się najbardziej, gdyby mnie poznał, skończyłoby się katastrofą.

Dalej już szedłem znacznie ostrożniej, trzymałem się ocienionych miejsc, a na widok większej grupy chowałem się pod krzakiem. Zaczął padać deszcz. Obserwowałem swoje pióra, krople łagodnie spływały po nich na ziemię, ale klej nie puszczał. Po chwili deszcz zamienił się w ulewę, na ścieżce zrobiło się pusto, więc już bez przeszkód dotarłem do strumyka. Dopiero kiedy się w pełni zanurzyłem i poczułem, jak woda przepływa pomiędzy piórami, unosząc mnie łagodnie na powierzchni, poczułem dużą ulgę.

Przede mną była długa droga w nieznane, nigdy tak daleko nie wędrowałem. Ale nie czułem niepokoju, raczej dreszczyk emocji. Nie był to jednak stan pełnej beztroski. Żółwiom nie dany jest taki luksus. Już sama postura i powolność ruchu nastrajają melancholijnie. Zresztą ta ślamazarność nie jest uwarunkowana niemożnością szybszego ruchu — żółwie mogłyby biegać, i to prędko, ale powstrzymuje je obawa i… obciążenie. Nie jest to garb. W żadnym wypadku. To tylko domek, ale na jedno wychodzi.

Toteż płynąc spokojnym strumieniem, miałem masę czasu na to, co żółwiowi przychodzi naturalnie — na rozmyślania. Najbardziej martwiłem się o mamę. Wprawdzie zostawiłem notkę, że wyjeżdżam i że będę pisał, ale i tak będą się o mnie martwili, znam ich. No i ta największa obawa — o przyszłość. Jak się znajdę w nowych realiach? Czy podołam? I czy… Nie chciałem tak do końca drążyć niepokojów. Przecież tak łatwo jest wpaść w panikę z obawy o to, co się może wydarzyć: można zachorować na jakąś straszną chorobę albo być rozjechanym przez samochód, zatruć się… Na szczęście udało mi się porzucić te jałowe rozważania, tym bardziej że nurt wody raptownie przyspieszył wraz ze wzmagającym się szumem. Zacząłem się rozglądać zaniepokojony, tym razem z uzasadnionej przyczyny. Nagle zobaczyłem, że w odległości kilkudziesięciu metrów strumień nagle się urywał. Dopiero teraz zrozumiałem, że zbliżałem się do wodospadu! Było za późno na jakąkolwiek ucieczkę, nie miałem szansy.

Nim się zdążyłem zorientować, wyrzucony zostałem jak z katapulty i wraz z pieniącym się strumieniem leciałem w przepaść. Poniżej sterczały kikuty ostrych kamieni, wisiały badyle poszarpanych drzew i dopiero hen, w dole widać było zieloną toń. Zamknąłem oczy, skuliłem się i klepałem jakieś słowa do niebios. Nie wiem, jak długo trwałem w stanie nieważkości, sekundę czy rok.

Z lotu na kraju życia wyrwało mnie mocne uderzenie, coś mną szarpnęło, po czym nastąpiła cisza. Żyłem. Otworzyłem oczy — byłem pod wodą. Stopniowo zacząłem się wynurzać na powierzchnię. Wziąłem głęboki oddech i rozejrzałem się dookoła. Płynąłem spokojną rzeką, po jednej stronie rozciągały się rozległe pola, drugi brzeg zdobił sosnowy las. Dopiero kiedy się zupełnie uspokoiłem, przypomniały mi się pióra. Pozostały nienaruszone.


***


Założenie nowej norki nie sprawiło mi większych trudności, było też co jeść i miałem dostęp do wody. Pióra trzymały się doskonale, tylko od czasu do czasu wymagały pielęgnacji i spłukania w strumieniu, co robiłem z przyjemnością. A więc udało mi się powrócić do normalnego trybu życia, ale przecież nie o to chodziło.

Zacząłem się rozglądać za domami, bo tam było najwięcej gniazd. Wiadomo, że dalekie wędrówki nie są atutem żółwi, toteż długo musiałem szukać, aż wreszcie za górką znalazłem małą wioskę. Musiała być jakimś ptasim rajem, bo mieszkały tam i bociany, i sikorki, i wrony, no i oczywiście… jaskółki.

Etap przygotowań miałem więc za sobą, teraz należało się zastanowić nad dalszym planem działania; czy mam się pokręcić koło chałup z nadzieją na poznanie jakiejś jaskółki albo nawet grona jaskółek? A może tak „na luzie” popijać wodę z rzeki i czekać, aż któraś tu zajrzy? Przecież przychodzą się napić i potaplać. Z tematem nie będzie problemu: a to o pogodzie, a to o uroku brzeziny nad rzeką, zawsze można ponarzekać na ciężkie czasy albo na dzisiejszą młodzież. Chociaż z tym to trzeba uważać, łatwo się napatoczyć na młodą jaskółkę, u nich niełatwo rozpoznać wiek. Ostatecznie zdecydowałem nie podejmować żadnych prób, dokąd nie nabiorę większej pewności siebie, a to mogła mi dać tylko umiejętność latania.

Z tym było znacznie gorzej. Długo kombinowałem, jak by tu znaleźć odpowiednie miejsce na próbne skoki; na drzewo nie wejdę, żeby skoczyć z urwiska trzeba nabrać rozpędu. Umówmy się, jest to dla żółwia trudna sprawa. Myślałem, kombinowałem, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Minęło lato, jesień, zdążyłem już poznać całą okolicę: lasy, łąki, zagajniki i górkę za wioską.

Spadły śniegi. Dzieci lepiły bałwany, obrzucały się śnieżynkami albo ciągnęły sanki w kierunku górki. Starsi chłopcy szli drogą z nartami na plecach. Wiedziałem mniej więcej, do czego one służą, ale tak naprawdę nigdy nie widziałem jadących narciarzy.

Wybrałem piękny, słoneczny dzień i ruszyłem w stronę górki za wioską. Tyle było radości w zimowym pejzażu: oszronione drzewa, skrzący się śnieg i białe czapy na stromych dachach. W śnieżnej bieli wszystko stawało się urokliwe: i walący się płot, i wyskubany strach na wróble, i porzucony wóz drabiniasty. Co chwila przystawałem, by nasycić wzrok tym nierealnym pejzażem. Szczypałem się, nie dowierzając samemu sobie, bo w tym momencie byłem szczęśliwy!

W śniegu droga nie była łatwa, często zapadałem się w głębokim puchu, marzły mi łapy, chociaż w ogóle byłem zgrzany. W końcu jednak dobrnąłem do górki za wioską, gdzie czekały mnie ciągle nowe doznania. Po raz pierwszy zobaczyłem zjeżdżające na sankach dzieci oraz szusujących narciarzy. Nagle poczułem, że świat jest tak bogaty, tyle w nim radości i piękna, dźwięków, kolorów, zapachów. Powtórzyłem to zdanie w myślach — to ja tak powiedziałem? Czy ktoś tu obok? Rozejrzałem się dookoła. Głupi.

Kiedy już przyzwyczaiłem wzrok do górki pełnej sunących sanek i nart, zauważyłem, że niektórzy narciarze nie zjeżdżają, narty niosą na ramionach i nie mają kijków. Zaintrygowany tym nietypowym zachowaniem poszedłem za nimi. Szli oni na dalszą część góry, gdzie stok był bardziej stromy i nie było widać ludzi. Szedłem dalej, aż nagle zobaczyłem szybującego w powietrzu narciarza — leciał pochylony do przodu, rozwartymi ramionami niemal dotykał czubków nart. Wyglądał imponująco, chociaż jeszcze nie wiedziałem, skąd on się tam wziął. Teraz zbliżał się do podnóża stoku, gdzie zmienił pozycję i zgrabnym ruchem wylądował na ziemi.

Spojrzałem w górę i dopiero po chwili dostrzegłem ostry rozbieg zakończony progiem. Właśnie w tym momencie następny narciarz nabrał rozpędu, wybił się z progu i poszybował jak… ptak. Stałem oniemiały. Więc jednak można… Po chwili na szczycie rozbiegu ukazał się kolejny skoczek. Ruszył ostro, skulony nabierał dużej prędkości, zgrabnie wybił się z progu i poszybował… Myślałem, że już tam w górze zostanie, jak jaskółka.

Wdrapałem się na kamień, żeby mieć lepszy widok, i stąd obserwowałem kolejnych skoczków — to było rewelacyjne! Jak oni to robili? Nie bali się? Przecież gdyby jakieś potknięcie, jeden błędny ruch, to by ich zmiatali na szufelkę. A oni nie przestawali skakać. Myśli kotłowały mi się w głowie: no dobrze, a ja? Przecież nart nie założę — no nie — ale ja mam pióra. Jaskółcze. No mam. To się musi liczyć. Na szczyt wejdę, z tym nie będzie problemów, choćbym miał iść tydzień. Zaczęło się ściemniać, więc ruszyłem w drogę powrotną. Miałem o czym myśleć, był pomysł, ale trzeba go było dopracować.


Wspinaczka była długa i mozolna. Na szczęście pod śniegiem sporo było traw i liści, tak że z jedzeniem nie było problemów, a zamiast wody łykałem śnieg. Kiedy dotarłem na szczyt skoczni, zapadał zmierzch. Pogoda była ładna, więc miałem sprzyjające warunki. Po zachodzie słońca na niebie ukazał się księżyc w pełni, jakby na zamówienie. Rzucał blade światło na ośnieżoną skocznię. Wyglądało to trochę jak sceneria z horroru, ale za to nie było widać wyraźnie progu ani podnóża góry, co było wielkim plusem. Jedynie w takich warunkach miałem szansę. Teraz tylko należało wykonać zaplanowane manewry i… do lotu!

Najpierw musiałem przygładzić na grzbiecie pióra i sprawdzić, czy równo leżą. Potem wykopałem mały dołek, do którego wszedłem tyłem, odbiłem się przednimi łapami, w ten sposób kładąc się na plecach. Teraz tylko mój uchwyt trzymał mnie przed poślizgiem w dół. Wziąłem głęboki oddech, łapy schowałem do środka i poczułem, jak zjeżdżam.

Równo przyklejone pióra na twardym grzbiecie okazały się doskonałym nośnikiem i czułem, jak nabieram prędkości. W czasie zjazdu miałem ograniczone możliwości manewrowania, a patrzenie do góry nogami nie ułatwiało zadania. Niemniej wyleciałem z progu z całkiem przyzwoitą prędkością i po chwili szybowałem w powietrzu. Szybowałem to zbyt wiele powiedziane. Owszem, słyszałem furkot piór, ruszanie ogonem dawało mi pewne możliwości manewru, ale nie ma co ukrywać, był to raczej lot kamienia niż szybowca i niczym kamień uderzyłem w śnieg na dole, ginąc pod jego powierzchnią.


***


Nie chcę nawet wspominać, jak wygrzebałem się spod śniegu, ani odniesionych ran, stłuczeń, ani bolesnej drogi do domu. Wymazałem to ze swojej pamięci. Z oczywistych przyczyn dalsze próby lotów zostały odłożone na dłuższy czas, bo nim się wykurowałem, było już po śniegu, a lądowanie na trawie mogłoby się zakończyć… mogłoby mnie zakończyć.

Jednak wraz z wiosną wstąpił we mnie nowy duch, więc powróciłem do oryginalnego planu. Nie mogę powiedzieć, żeby moje umiejętności szybowania osiągnęły jakiś rewelacyjny poziom, byłem raczej w grupie Ikara. Niemniej w imię postępu przeszedłem do drugiego etapu — wchodzenia w środowisko jaskółek.

Punktem centralnym były wiejskie chaty, gdzie pod strzechami pełno było jaskółczych gniazd. W słoneczny poranek świergot ptaków zagłuszał nawet pianie koguta. Celem moich wstępnych wypraw było obserwowanie ich zachowania i nawyków. Okazało się, że większość czasu jaskółki spędzają w… powietrzu, bo tam lata ich pokarm. Na ziemię przychodzą głównie po budulec na gniazda: po patyki, słomę, kamyki. Oczywiście to tu miałem największą szansę na spotkanie z nimi. Przy tym należało zachować ostrożność, bo jaskółki tworzą wierne pary i zwykle samiec i samica wspólnie budują gniazdo. Na domiar złego są bardzo podobne do siebie i trudno odróżnić ich płeć.

Musiałem więc uzbroić się w cierpliwość, żeby nie zacząć od niewłaściwego kroku — nie stać mnie było na kolejne fiasko. Toteż zwykle obserwowałem to ptasie życie z ukrycia: spod krzaka albo zakamuflowany gdzieś pod korytem. Często aż mnie korciło, żeby nagle wyskoczyć (mówiąc metaforycznie), podlecieć do jakieś uroczej jaskółeczki i pomóc jej wyciągać z gliny patyk. Ale dobrze, że się powstrzymywałem, bo zwykle po chwili zjawiał się jakiś buńczuczny jaskół, przez chwilę trzepotał skrzydłami, potem wymieniał z żonką parę dziobowych pocałunków i pomagał wyciągnąć patyk.

W ten sposób mijały dni, tygodnie. Jaskółcze życie poznałem lepiej niż niejeden ornitolog, ale co z tego? Moja sprawa nie posuwała się do przodu ani o krztynę. Utknąłem na przytroczonych piórach i nocnym locie, który nieomal przypłaciłem życiem. Znowuż popadłem w zwątpienie i co za tym idzie — w stan żółwiej depresji. A te są najgorsze. Zamknąłem się w swojej skorupie i przez kilka dni nie wychodziłem na zewnątrz. Gdy leżałem po ciemku, przychodziły mi do głowy najgorsze myśli: że to wszystko nie ma sensu, że w ogóle nic nie ma sensu i po co żółwie w ogóle istnieją. Czy świat by zubożał, gdyby żółwi nie było? Czy ktoś by to zauważył? Wystarczy tylko spojrzeć na pomarszczone lico, zafrasowanie i smutne oczy. Wszystko jest już tam genetycznie wpisane i nie ma od tego ucieczki.

Tak jak w naturę jaskółki wpisana jest radość, stąd ten świergot, lotność, lekkość. Owszem, i one mogą mieć problemy, w końcu to tylko jaskółki, a nie anioły. Może zabraknąć patyczków na gniazdo, w okresie deszczowym zdarza się nawet głód, bo muszki nie latają. Ba, raz byłem świadkiem prawdziwej tragedii: z gniazda wypadło pisklę i mimo usilnych starań matki nie przeżyło. Ale te niefortunne przypadłości losu są jedynie cienką powłoką na solidnej podstawie pogody ducha. Akurat odwrotnie niż u żółwia. On pełza po niskim gruncie niczym jego psychika, a krótkie odskocznie są właśnie tym — odskoczniami od genetycznego smutku.

Kto wie jak by się skończył ten mroczny nastrój, gdyby nie potworny głód, który mnie zmusił do działania. Wyszedłem na zalaną słońcem łąkę. Tu pulsowało życie: mrówki, motyle, ważki, biedronki — wszystko to się ruszało, trzepotało skrzydełkami, piszczało, kwiliło, furczało, jakby się świat dopiero narodził. Ale to, co zobaczyłem w cieniu wielkiego dębu, rozbawiło mnie nieomal do łez, no bo jakże się nie uśmiechnąć na widok dwóch małych żółwi pochłoniętych beztroską zabawą. Przewracały się jeden przez drugiego, popychały, gryzły, wywalały do góry nogami. Czułem, jak moja twarz otwiera się w szerokim uśmiechu.

Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej chwili na urzeczywistnienie marzeń. A więc to dzisiaj miał się dokonać mój sprawdzian, dzisiaj się okaże, czy poświęcony czas i wysiłek ukoronowane będą radością, czy okażą się sromotną klęską. Szedłem pełny otuchy i wiary, jak idzie młodzian do boju, nie widząc popiołów i martwych, tylko trzepoczący sztandar zwycięstwa. Przygładziłem pióra, wyprostowałem się i ruszyłem w stronę wioski.

Dziedziniec, podobnie jak łąka, pławił się w objęciach wiosny: pies uganiał się za kurami, kogut piał na płocie, kaczor prowadził małe do studni — wszystko pod bacznym okiem bociana na dachu. Ale najważniejsze, najistotniejsze były jaskółki: latały we wszystkie strony, zbierały patyki do gniazd, łapały muszki w locie, nawoływały się, ćwierkały…

Przez dłuższy czas stałem bez ruchu, próbując ogarnąć ten pulsujący życiem dworek, z jednej strony zachłystując się jego witalnością i pięknem, a z drugiej, jak to żółw, zastanawiając się nad jego genezą. Bo przecież całe to widowisko nie zostało stworzone po to, abym ja mógł się tym zachwycać. Wszystko, co żyje, od biedronki na liściu do bociana na dachu, od iglastej sosny do pokrzywy, motywowane jest dwoma instynktami: samozachowania i prokreacji. Każdy świergot ptaka, pawie pióro czy jad węża w ten lub inny sposób podlegają tym dwóm celom. Ach, znowu się wymądrzam. Przecież nie po to tu przeszedłem.

Jestem przekonany, że jaskółki nie traciły czasu na jałowe dywagacje, ale po prostu żyły nakazem chwili: budowały gniazda, łapały muszki, karmiły małe. Dlatego jaskółki są jaskółkami, a żółwie żółwiami. A ja właśnie stałem na progu wielkiej transformacji. I chociaż w myślach już wiele razy przećwiczyłem plan działania, serce waliło mi jak młot. Mój plan był bardzo prosty: spokojnie wychodzę z kryjówki w stronę stodoły, gdzie leży wiele słomek i patyków; staję pośród krzątających się ptaków i wyciągam jakiś patyk z ziemi, przy okazji zagaduję stojące obok jaskółki — na luzie, nic na siłę.

Realia okazały się nieco inne. Kiedy ptaki zauważyły moją obecność, przerwały swoje zajęcia, patrząc na mnie niepewnie. Nie uciekały, ale też nie zbliżały się do mnie. W ich zachowaniu było zdziwienie i rezerwa. Nie mogłem mieć o to pretensji, na pewno trochę się od nich różniłem. W miarę jak się zbliżałem, jaskółki zaczęły się cofać, młode odlatywały do gniazd. Tylko kilka ptaków stało nieruchomo, uważnie obserwując moje kroki. Były one większe i pewniejsze siebie, mogły być przewodnikami stada. Jeden z nich nastroszył pióra i stanął wprost przede mną.

— A ty kto i czego tu szukasz?

— Ja… tak sobie, zbieram patyczki na gniazdo.

— Jakie patyczki? Na jakie gniazdo? Gdzie ono jest? Pokaż mi — odezwał się drugi ptak.

Ja nieśmiało uniosłem łapę.

— Wybierasz się na bal maskowy? A te pióra to co?

— Jaskółcze…

— No przecież widzę, że nie pawie. I na co one? Co to w ogóle za szopka? Małe straszysz. Spieprzaj stąd, no chodu, póki się nie zdenerwuję.

Z tyłu doszedł piskliwy krzyk.

— Przecież to żółw, podoczepiał sobie pióra i nie wiem, co sobie wyobraża, no chyba nie udaje jaskółki! — Skrzecząca samica podfrunęła do mnie i wydziobała mi z pleców pióro.

Po chwili zerwał się następny ptak i zaczął mnie dziobać. Odwróciłem się i zacząłem się wycofywać, ale nim zrobiłem parę kroków, zrobiło się nade mną kłębowisko ptaków i spadła istna lawina uderzeń. Pieczołowicie przyklejane pióra fruwały w powietrzu, a to, co dla mnie zawsze było wdzięcznym śpiewem, stało się dźwiękiem grozy i nienawiści. Nie byłem w stanie zrobić kroku, moim jedynym ratunkiem był pancerz, pod którym się schroniłem. Ciosy stawały się coraz liczniejsze i bardziej intensywne. Skuliłem się i czekałem, aż się wyczerpie jaskółczy szał. W pewnym momencie zacząłem się turlać, zatrzymałem się dopiero na kamieniu, leżąc do góry nogami.

Nie wiem, jak długo trwał ten nalot, ale teraz zrozumiałem, czym jest piekło i jak niedaleko jest od ziemi. Nie był to czas na refleksje, ale w mojej pamięci zapisały się doznania silniejsze od wszelkiej logiki i rozumu. W końcu ustały ataki, jaskółki odleciały do swoich gniazd, zostawiając mnie na opustoszałym dziedzińcu. Nie dość, że byłem obolały, to leżałem na plecach, w pozycji bez wyjścia.

Nagle usłyszałem delikatny trzepot skrzydeł, po czym poczułem lekkie muskanie piór. Nieśmiało wychyliłem łeb: dwie jaskółki próbowały mnie odwrócić z nieudolnej pozycji. Po kilku próbach stanąłem na nogach. One jednak nie przestawały, kręciły się wokół mnie, otrzepywały skrzydłami i łagodnym kwileniem starały się mnie uspokoić. Podziękowałem im, usiłując „wycisnąć” z siebie uśmiech.

— Nie przejmuj się, to ciemnota i beton, ptasi beton — zagadnęła drobniejsza jaskółka. — Na szczęście nie wszystkie jaskółki są takie.

— Ale dobrze, że masz grubą skorupę — dodał większy i potężniejszy ptak — to się w życiu zawsze przydaje, nawet wśród jaskółek.

Okazało się, że dwa ptaki były rodzeństwem: brat i siostra. Pozostały przy mnie jeszcze jakiś czas, póki się nie uspokoiłem. W ich zachowaniu, w słowach, gestach tyle było dobroci, tyle ciepła, że już nic nie rozumiałem. Czy chciały mi zrekompensować ból, jaki zadali mi ich pobratymcy, czy po prostu były prawymi istotami: wrażliwymi, czującymi? Przez moment staliśmy w bezruchu, jakby niepewni siebie i niezręcznej sytuacji. To ja przerwałem ciszę, zapraszając ich do siebie. Moje zaproszenie przyjęły z niekłamaną radością, ale mogły mnie odwiedzić dopiero za kilka tygodni, bo u jaskółek był to bardzo pracowity okres — budowanie gniazd, pielęgnowanie małych; trochę nerwowo, sam widziałem. Moi nowi znajomi ćwierknęli na pożegnanie i odlecieli do swoich gniazd. Słońce właśnie stanęło w zenicie.

Nie wiem, jak nazwać okres, który potem nastąpił. Dno? Zapaść? Ciemność? Przez długi czas przysiadałem na kamieniu i patrzyłem na rzekę. Kiedyś w takich chwilach przetwarzałbym dziesiątki idei, analizował, rozważał, dociekał. Teraz mój umysł był wyzuty z wszelkich myśli, nie było pytań ani odpowiedzi, nie było marzeń ani wspomnień. Było tylko jedno — pustka. Dobrze się złożyło, że wkrótce nadeszła jesień i jeszcze prędzej zima. Zakopałem się w swojej norce i przespałem aż do wiosny.


***


Doskonale to ktoś wymyślił, że właśnie po zimie następuje wiosna, czas nowej nadziei i przypływu energii. To mi było potrzebne. Stając nad wodą, dopiero teraz zauważyłem, jak żałosny przedstawiałem widok: na popękanym grzbiecie sterczały resztki piór, przy nich brudne pozostałości kleju, a cały pancerz pełen był śladów dziobania. Trzeba to było wyczyścić, uporządkować. Byłem przekonany, że rany na skorupie wcześniej czy później się zagoją, gorzej było z tymi wewnątrz…

Mój kamień nad rzeką tym razem posłużył mi jako pilnik; pocierając o niego plecami, stopniowo oczyściłem całą powierzchnię, aż nabrała dawnego połysku. Zacząłem pływać, robić gimnastykę, chodzić na długie spacery, aż po czasie wróciłem do dawnej formy. Byłem jeszcze dosyć młody, a więc pozornie wszystko układało się pomyślnie. Brakowało mi tylko jednej rzeczy: nie miałem pomysłu na życie, na moje życie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.83