E-book
8.19
drukowana A5
60.28
Piękni,  młodzi i bogaci

Bezpłatny fragment - Piękni, młodzi i bogaci


5
Objętość:
496 str.
ISBN:
978-83-8126-158-6
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 60.28

Powieść dedykuję

mojemu przedwcześnie zmarłemu bratu

oraz przyjaciołom

z którymi spędziłam najwspanialsze lata

młodzieńczego życia.


J. K. Maloy

1. Armand i Juliette

Południe Francji, 1739


W sali panował półmrok. Po rozgwieżdżonym niebie przechadzał się księżyc. Jego jasne światło wpadało do wnętrza komnaty przez strzeliste okna. Granatowe sklepienie, poznaczone srebrnymi gwiazdami, do złudzenia przypominało niebo w środku nocy. Strzeliste sklepienie podtrzymywały dwa filary. Przed każdym stał pięcioramienny lichtarz.

Płomienie świec oświetlały twarze zgromadzonych w komnacie mężczyzn. Na środku, między filarami stał tron, na którym siedział mężczyzna w średnim wieku. W ciemnym oświetleniu jego jasne włosy robiły wrażenie dużo ciemniejszych niż w rzeczywistości. Z jego spojrzenia biła wielka mądrość oraz niespotykana wręcz łagodność. Hrabia Filip de Lapierre, zasiadający na tronie, był aktualnym Mistrzem Loży.

Tuż przed tronem znajdował się ołtarz. Dalej stał stolik, a na nim trójdzielny świecznik z zapalonymi świecami. Po obu stronach sali, za filarami, stały dwa rzędy wyściełanych krzeseł, na których zasiadali członkowie bractwa.

Rozległo się tępe uderzenie drewnianego młotka, po którym hrabia zabrał głos.

— Usłyszeliśmy przed chwilą od Paula Duvalle, że jego rodzony brat Pierre, prawy i szlachetny młodzieniec, pragnie wstąpić w szeregi masonów. Niespełna pół roku temu skończył dwadzieścia cztery lata, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by został członkiem naszego zgromadzenia.

— Bracie Armandzie de Beries, czy zgadzasz się przyjąć do naszego bractwa Pierre’a Duvalle?

— Zgadzam się — odparł niebieskooki blondyn, siedzący jako pierwszy w rzędzie po prawej stronie Mistrza Loży.

— Bracie Michaelu Roscherie?

— Znam Pierre’a od ponad dwóch lat — odpowiedział siedzący tuż za Armandem ciemny blondyn. — Uważam, że jest godzien wstąpienia w nasze szeregi, jak mało kto.

— Jeanie de Chavannese, jakie jest twoje zdanie na ten temat? — pytał dalej hrabia.

— Również znam Pierre’a osobiście. Może nie tak dobrze jak mój przedmówca, ale wiem, że używa on szpady tylko w obronie pokrzywdzonych. Oczywiście popieram — odparł ciemnooki młodzieniec o długich, czarnych, falowanych włosach.

Każdy następny z pytanych przez Mistrza Loży mężczyzn poparł kandydaturę, zaproponowaną przez Paula Duvalle.

— W takim razie ogłaszam, że Pierre Duvalle jednogłośnie zostaje przyjęty w szeregi naszego bractwa — mówiąc to, hrabia spojrzał na Paula.

Ten uśmiechnął się lekko pod nosem. Widać było, że jest zadowolony z wyniku przeprowadzonego głosowania.

— Dzisiaj mamy ostatni dzień kwietnia — kontynuował hrabia. — Ponieważ niektórzy z nas będą zajęci w tych dniach osobistymi sprawami — tu spojrzał na Armanda de Beries — ogłaszam zaprzysiężenie Pierre’a Duvalle w dniu dwunastego czerwca.

Znowu rozległo się trzykrotne uderzenie młotka, po którym Mistrz Loży ogłosił:

— Posiedzenie loży uważam za zamknięte.

* * *

Nastał maj, jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Nad Niceą zapadał zmrok. Niebo rozgwieździło się milionem gwiazd, wieczór był wyjątkowo ciepły. Dochodziła dziesiąta.

— Jestem wykończona tą podróżą. Chętnie udałabym się na spoczynek — rzekła Juliette do młodszej siostry.

— Naprawdę, mogłabyś tak spokojnie zasnąć po tym, co tu przed chwilą zobaczyłaś? — zdziwiła się Henrietta.

— Widzę, iż pałac zrobił na tobie ogromne wrażenie.

— Pomyśleć, że to wszystko będzie niedługo należało do ciebie. Nie przypuszczałam, że twój narzeczony ma aż tak dobry gust.

— Mnie również zaskoczył przepych, jaki tu zastałam. Czuję w tym jednak rękę jego matki, markizy de Beries.

— Słyszałam, że tu w Nicei, na nadmorskim bulwarze częściej można spotkać Anglika niż Francuza — dodała po chwili Henrietta.

— Dobrze wiesz, iż zarówno ja, jak i Armand mówimy płynnie po angielsku.

Juliette zajęła miejsce przy toaletce z kryształowym potrójnym lustrem. Chwyciła zapinkę, przytrzymującą długie włosy i jednym ruchem rozpostarła je na ramionach. Po chwili odwróciła się w stronę młodszej siostry.

— Poczeszesz mnie? Proszę — powiedziała błagalnym tonem. — A potem ja ciebie. Jak za dawnych lat.

Henrietta ochoczo przystała na propozycję siostry.

— Twoje włosy są takie piękne — oznajmiła wykonując pierwsze ruchy szczotką.

— Naprawdę tak myślisz? — spytała z niedowierzaniem Juliette. — Może masz rację, jednak dobrze wiesz, że nie do końca jestem zadowolona z ich koloru. Są ani jasne, ani ciemne. Mama twierdzi, że to średni blond. Ja jednak wolałabym być jasną blondynką, tak jak ty.

— Nie doceniasz tego, co masz. Dzięki temu twoje rzęsy i brwi są czarne. Ja, gdybym nie miała brązowych oczu… Henrietta zamyśliła się. — Pamiętasz ciocię Klarę..?

— Nie pomyślałam o tym — przyznała Juliette, spoglądając na swoje odbicie w lustrze.

— Aż trudno uwierzyć, że masz jakieś zastrzeżenia do swojej urody. Dobrze wiesz, że mnóstwo kawalerów podkochuje się w tobie. Wielu też starało się o twoją rękę. Pamiętam, jak papa opowiadał o ich minach, gdy dowiadywali się, że jesteś obiecana markizowi de Beries.

Było w tym sporo racji. Młodą hrabiankę Juliette de Lapierre, chociaż nie była typem kokietki, zawsze otaczał wianuszek wielbicieli. A ona zdawała się tego nie zauważać. Przykuwała wzrok mężczyzn delikatnymi rysami twarzy oraz zgrabną sylwetką. Szczególną zazdrość rywalek budziły jej niewiarygodnie długie czarne rzęsy.

— Wiesz, czego ja ci zazdroszczę, Henrietto? Chciałabym mieć tyle lat co ty. Ja w sierpniu skończę dziewiętnaście. Czuję się strasznie stara. Moje koleżanki, z którymi pobierałam nauki u sióstr Zmartwychwstanek, mają już mężów, dzieci, a ja… — w głosie Juliette można było wyczuć nutkę żalu.

— Chciałabyś mieć niespełna siedemnaście lat? Nie wierzę! — zdziwiła się Henrietta. — Zapomniałaś, że to właśnie ty półtora roku temu przełożyłaś ślub z Armandem.

— Oczywiście! Nasza mama była wtedy ciężko chora! Nie mogłaby uczestniczyć w tak ważnej uroczystości. Zapomniałaś?!

— Postąpiłaś słusznie — odparła Henrietta.

Spojrzała na wzburzoną minę Juliette i dodała:

— Nie rozumiem, o co ci zatem chodzi?

— O to, że rok temu, nie kto inny, jak markiza de Beries zaproponowała przełożenie naszych zaręczyn. Chciała, żeby Armand ukończył studia w Paryżu. Poza tym miała nadzieję, że zostanie zakończona budowa pałacu w Nicei. Właśnie tego, w którym teraz jesteśmy.

— I nie myliła się — oznajmiła Henrietta. — Pałac jest już gotowy. Trzeba przyznać, że Armand kupił piękny kawałek ziemi, tuż nad samym morzem. Szkoda, że dzisiaj tak późno przyjechałyśmy, nie zdążyłyśmy obejrzeć ogrodu.

— Nie martw się, wszystko w swoim czasie. Jutro przejdziemy się po ogrodzie.

— Jutro odbędą się wasze zaręczyny.

— Masz rację Henrietto, ale dopiero wieczorem. Ogród zwiedzimy przed południem, obiecuję ci to.

— W głębi serca trochę ci zazdroszczę — dodała po chwili Henrietta. — Armand de Beries jest przystojny, bogaty i wpatrzony w ciebie jak w obrazek.

— Naprawdę tak sądzisz? — spytała z niedowierzaniem Juliette. — To chyba dobrze, gdy narzeczony kocha swą wybrankę?

— Oczywiście! Wiesz, co mnie często zastanawia? — dodała po chwili namysłu. — Markiza de Beries i nasza mama postanowiły, że zostaniecie małżeństwem, gdy byliście zupełnie małymi dziećmi. Tak naprawdę nikt nie liczył się z waszym zdaniem, a mimo to połączyło was wielkie uczucie.

— Wyobraź sobie, Henrietto, że też często o tym myślałam. Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że mam narzeczonego. Miałam wtedy zaledwie kilka lat, sześć, siedem? Nie rozumiałam nawet, co to znaczy. Zastanawiałam się, jak on wygląda. Czy mu się spodobam, gdy mnie po raz pierwszy zobaczy. Kiedy oficjalnie nas sobie przedstawiono, on był już osiemnastoletnim młodzieńcem, a ja dwunastoletnią panienką. Wydał mi się nieziemsko przystojny. Wysoki, gładka twarz i te jasnoblond włosy … Takie jak twoje.

— To dlatego się w nim zakochałaś?!

— Może tak, a może nie… Sądzę, że zadecydowało coś więcej, niż kolor jego włosów.

Juliette oczami duszy ujrzała błękitne oczy Armanda oraz jego uśmiechniętą twarz. Jednak nie tylko uroda była atutem młodego markiza. Armand był niezwykle oczytany, inteligencją przewyższał niejednego rówieśnika. Z taką samą pasją rozprawiał o literaturze i sztuce, jak i o naukach ścisłych. Budziło to podziw wielu jego rozmówców. Juliette miała wrażenie, że nie ma dziedziny życia, na której by się nie znał.

— Henrietto — zwróciła się znów do siostry — pamiętasz rozmowę, którą przypadkowo kiedyś podsłuchałyśmy?

— Masz na myśli wyznanie markizy w rozmowie z naszą mamą?

— Tak. Mówiła, że Armand jest jej niezmiernie wdzięczny za wybór narzeczonej.

— Pamiętam, Armand podobno zwierzył się matce, iż pokochał cię od pierwszego wejrzenia. To takie romantyczne — westchnęła Henrietta.

— Szkoda, że młodszy syn markizy, François nie poczuł tego samego do ciebie.

— Siedem lat temu był jeszcze dzieckiem. Miał jedenaście, najwyżej dwanaście lat. Dobrze wiesz, że chłopców w tym wieku nie interesują dziewczęta. Zresztą, gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że jedyną jego miłością jest literatura.

— Widocznie jeszcze żadna kobieta nie zawładnęła jego sercem — stwierdziła Juliette. — Podobno François sam pisze wiersze.

Powiedziała to, sadząc, iż siostra spojrzy łagodniejszym okiem na młodszego syna markizy. Na Henrietcie nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia. Wzruszyła ramionami.

— Nie sądzę, żeby z poezji można było utrzymać żonę i dzieci. Zapomniałaś, że cały majątek dziedziczy pierworodny syn.

Juliette spojrzała na nią nieco zdziwiona. Pragnęła, żeby Henrietta była szczęśliwa. Traktowała ją nie tylko jak młodszą siostrę, ale również jak przyjaciółkę. Nic dziwnego, razem się wychowały, czytały te same książki, słuchały tej samej muzyki. Były dla siebie nawzajem powierniczkami najskrytszych tajemnic.

* * *

Na błękitnym niebie płynęły leniwie białe obłoczki. Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Nie było w tym nic dziwnego. W Nicei prawie zawsze świeciło słońce.

Po porannym posiłku młodzież, czyli Juliette, Henrietta, Armand oraz jego młodszy brat François postanowili zjeść deser na tarasie.

— Proponuję spacer — odezwał się młody markiz, widząc, że obie panienki kończą dopijać czekoladę.

Armand de Beries, chociaż skończył już dwadzieścia pięć lat, wyglądał dużo młodziej. Zapewne za sprawą gładkiej, niemal chłopięcej twarzy. Szczególnego uroku dodawały mu błękitne oczy, osadzone w ciemnej oprawie brwi i rzęs.

— Sądzę, że przechadzka po ogrodzie dobrze nam wszystkim zrobi — odpowiedziała Juliette, zerkając w stronę siostry.

Domyślała się, że Henrietta będzie szczególnie zachwycona tym pomysłem. Już wczoraj wieczorem, zaraz po przyjeździe, chciała obejrzeć ogród, jednak mama jej odradziła.

Armand podał dłoń młodej hrabiance, odwracając się w stronę François. Ten, domyśliwszy się, w czym rzecz, podszedł do Henrietty.

— Będę zaszczycony móc towarzyszyć panience — rzekł podając jej dłoń.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego życzliwie. Widać było, że rozpierała ją energia. Siedzenie na tarasie najwyraźniej już ją trochę znużyło.

Za chwilę cała czwórka zeszła rozłożystymi schodami wprost do ogrodu. Juliette i Armand szli w pierwszej parze. Kilka kroków za nimi kroczyła dumnie Herrietta u boku François.

Po przejściu niespełna kilkunastu metrów Juliette stanęła. Rozejrzała się. Zauważyła, że posadzoną tu roślinność dobrano z dużą starannością. Ogród robił wrażenie wprost baśniowego.

— Jak tu pięknie! — nie mogła powstrzymać sie od wyrażenia zachwytu.

— Wiedziałem, że ci się spodoba, najdroższa — z radosnym uśmiechem oznajmił Armand.

Dobrze wiedziała, co narzeczony ma na myśli. Zarówno pałac, jak i ogród były ślubnym prezentem dla niej, jego przyszłej małżonki. Nic nie odpowiedziała, spuszczając skromnie oczy. Wtedy on mógł dostrzec jej niewiarygodnie długie rzęsy.

Trzeba przyznać, że Juliette wyglądała wyjątkowo powabnie. Jej gęste włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, opadały na odkryte ramiona. Miała na sobie suknię w kolorze lodów waniliowych. Obcisły gorset, podkreślający jej wąską talię, i szeroki dół sutej krynoliny sprawiały, że wyglądała bardzo dziewczęco. W dłoni trzymała białą parasolkę. Miała chronić jej twarz przed palącym niemiłosiernie słońcem.

Kiedy Juliette się zatrzymała, podziwiając roślinność, Armand stanął naprzeciwko niej. Stali przez chwilę w milczeniu, wpatrzeni w siebie, jakby zapomnieli o całym świecie.

— Może przejdziemy w głąb ogrodu?! — usłyszeli nagle głos François.

Oderwali od siebie wzrok. Juliette wydała się mocno zmieszana. Armand wprost przeciwnie. Uśmiechnął się do brata.

— Dobry pomysł. Pozwól za mną, kochanie — podał dłoń narzeczonej.

Cała czwórka skierowała się ku miejscu, gdzie po obu stronach alejki kwitły krzewy migdałowca. Kolor ich kwiatów aż raził w oczy mocnym różowym odcieniem.

— Czuję się jak w ogrodzie z bajki — Juliette wciąż nie mogła oprzeć się zachwytowi.

Widać było, że młody markiz jest kontent z reakcji swej wybranki. Zrobił przecież wszystko, żeby zarówno pałac, jak i ogród wyglądały imponująco.

— Obejrzyj się, proszę — odezwał się Armand, chwytając Juliette za ramię. — Spójrz na pałacyk. Jak znajdujesz go z tej perspektywy?

Pałac także robił wrażenie baśniowego. Stojąc na niewielkim wzniesieniu, górował nad resztą ogrodu. Z tarasu prowadziły rozłożyste schody, mieszczące się zarówno po jego lewej, jak i prawej stronie. Na dole łączyły się w jedną całość.

Okazały pałac cieszył oczy nietypową architekturą. Szczególnie tu, od strony ogrodu, znajdowało się wiele balkonów i balkoników. W kolorze polnego maku świetnie współgrały z kremowym odcieniem pałacowych ścian. Pozłacane ozdoby na szczycie oraz wiązania dachu lśniły w jasnym słońcu jak drogie klejnoty.

Armand widział po minie wybranki, że widok ją urzekł. Nie chciał więc jej dręczyć dalszymi pytaniami. Spojrzał na Henriettę, kroczącą kilka metrów za nimi u boku François. Sądząc po jej minie, mógł się domyślać, że pałacyk i na niej zrobił duże wrażenie.

Po krótkiej chwili spacerujący znaleźli się w ogrodzie o zgoła odmiennym charakterze. Królowały tu drzewka cytrusowe, palmy oraz agawy. Między nimi rósł młody wawrzyn, mający niespełna metr wysokości. Jeszcze mniejsze były drzewka mirty. Przykuwały one wzrok zwiedzających pięknymi białymi kwiatami.

W pewnym momencie Armand nachylił się i szepnął do ucha Juliette:

— Uciekniemy im?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Chociaż znała go od dzieciństwa, nie posądzała o tego rodzaju żarty.

— Naprawdę byś to zrobił?

Uważała narzeczonego za osobę bardzo poważną pomimo młodego wieku. Wydawał się jej taki wyważony, zawsze postępujący według ustalonych zasad. Jakże odmienny od niej, pełnej emocji i spontaniczności.

Armand tymczasem chwycił ją za rękę i pociągając za sobą, pobiegł tak szybko, że ledwo mogła za nim nadążyć.

— Poczekaj, gdzie się tak spieszysz? — spytała zasapana.

— Chcę ci pokazać coś jeszcze.

Mówiąc to, podprowadził ją do misternie rzeźbionej balustrady, wykonanej z jasnego piaskowca. Przed nimi rozpościerał się niezwykły widok.

Juliette spojrzała przed siebie i ujrzała lazurową toń Morza Śródziemnego. Daleko, na horyzoncie, woda niemal zlewała się z błękitem nieba.

— Jak tu pięknie. Czy to aby nie sen?

— Daję słowo, że nie — odpowiedział Armand z uśmiechem. — Pragnąłem, żeby ten pałac i ogród zrobiły na tobie ogromne wrażenie. Udało mi się, mam nadzieję?

— Jest piękniejszy, niż mogłabym sobie wymarzyć. Wprost nie dowierzam, że będziemy tu mieszkać. A ten widok…

— Wiedziałem, że urzeknie cię to miejsce — na jego twarzy pojawił się ponownie uśmiech zadowolenia.

— Tak dobrze mnie znasz? — zdziwiła się.

— Nie rozumiem, skąd to zdumienie? — Spojrzał w jej szmaragdowe oczy. — Przecież znam cię od dziecka.

Juliette spuściła wzrok. Armand pogładził ją delikatnie po policzku. Następnie uniósł lekko jej małą bródkę i zatopił wzrok w turkusowych oczach narzeczonej. Widząc speszoną i zakłopotaną minę dziewczyny, puścił jej twarz.

— Chyba już najwyższy czas na niespodziankę.

— Niespodziankę?! — zdziwiła się.

— Pozwól za mną — zakomunikował chwytając ją za rękę.

Juliette z zaciekawieniem udała się alejką, którą wskazał Armand. Wzdłuż niej rosły drzewka cytrusowe oraz młode palmy. Widać było, że są niedawno posadzone, gdyż ich wysokość nie przekraczała dwóch metrów.

Jak urosną, będzie tu pięknie, pomyślała.

Spojrzała w bok i w odległości kilkunastu metrów ujrzała fontannę. Tryskająca do góry woda wylewała się z wielkiej marmurowej rzeźby, przypominającej kwiat lotosu. Na dole z wody wyłaniały się trzy małe delfinki. Całe były pomalowane na złoty kolor. Z ich pyszczków wytryskiwały strumienie wody.

Juliette podbiegła bliżej. Usiadła na marmurowym brzegu fontanny i ciesząc się jak dziecko, zamoczyła koniuszki palców w lazurowej wodzie.

— Nie wspominałeś nic o fontannie!

— Przecież to miała być niespodzianka.

Juliette, nie zwracając uwagi na narzeczonego, ciągle siedziała, zanurzając dłoń w wodzie.

— Nie przypuszczałem, że sprawię ci taką radość.

Na te słowa Juliette wstała i spojrzawszy w oczy Armanda, powiedziała nieśmiało:

— Chyba czytasz w moich myślach.

— Chciałbym — ujął jej dłoń, przyłożył do ust i pocałował.

Speszyła się. Spuściła skromnie oczy, a na jej twarzy pojawił się rumieniec.

— Za chwilę będą się zjeżdżać goście, powinniśmy już wracać — oznajmiła, spojrzawszy w jego błękitne oczy. Na twarzy Armanda pojawił się lekki uśmiech.

Przez chwilę stali wpatrzeni w siebie. Czuli się tak, jakby czas się zatrzymał.

— Tu jesteście! — usłyszeli nagle głos François.

Towarzyszyła mu Henrietta. Zauważywszy ich, Juliette, nieco speszona, pospiesznie wyrwała dłoń z objęć Armanda.

— Właśnie mieliśmy wracać — oznajmiła.

Rozłożyła jasną parasolkę i szybkim krokiem udała się w drogę powrotną. Armand, niewiele myśląc, przyspieszył kroku i dogonił ją.

— Służę swym ramieniem — rzekł z uśmiechem na ustach. — Wrócimy inną drogą. Może nie będzie tak widowiskowa, ale za to sporo krótsza.

Juliette nic nie odpowiedziała. Posłusznie chwyciła narzeczonego pod ramię.

2. Napad

Nastało piękne majowe popołudnie. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki.

Czarna kareta, zaprzężona w sześć karych koni, mknęła z Nicei do Montpellier. Po obu stronach drogi rozciągały się zielono-fioletowe wzgórza. To za sprawą kwitnących kwiatów lawendy oraz plantacji winogron.

Do rodzinnego domu wracały obie hrabianki de Lapierre. Towarzyszyła im guwernantka Henrietty, panna Venessa Marsin. Była to kobieta dwudziestoośmioletnia, wyglądała jednak dużo młodziej, zapewne dzięki szczupłej, zgrabnej sylwetce.

W podróż powrotną narzeczonej Armand de Beries oddelegował dwóch zbrojnych ludzi. Wszyscy twierdzili, że zachowuje się irracjonalnie, tak jakby się czegoś obawiał. Jednak on nic sobie nie robił z tych uwag. Bezpieczeństwo narzeczonej było dla niego najważniejsze.

— Cóż za wspaniały widok! — odezwała się Juliette, wychylając lekko głowę przez otwarte okno karety.

— Chciałabym już być w domu — odpowiedziała Henrietta, nie podzielając entuzjazmu siostry.

Robiła wrażenie zmęczonej wielogodzinną podróżą.

— W pałacu panienek będziemy dopiero wieczorem — odezwała się panna Marsin.

Patrząc na nią, miało się wrażenie, że ulubionym jej kolorem jest czerń. Suknię w takim właśnie kolorze miała na sobie również dzisiejszego dnia. Uważała, że ciemny strój jest najbardziej praktyczny, szczególnie w daleką podróż. Na wierzch miała narzuconą cienką pelerynkę w kolorze bordo. Jak twierdziła, poranki i wieczory są jeszcze chłodne. To samo doradzała dziewczętom. Jednak młode hrabianki nie bardzo liczyły się z jej zdaniem.

Juliette miała na sobie suknię w kolorze fuksji. Górę stanowił obcisły gorset z głębokim dekoltem. Szyję zdobiła czarna aksamitka. Odkryte ramiona osłaniał szal z połyskującej tafty, w kolorze zgaszonego różu. Jej długie włosy, zakręcone tego dnia w grube loki, spinała klamra z kości słoniowej. Jednak znaczna ich część opadała na odkryte ramiona. W uszach można było zauważyć szafirowe kolczyki, kształtem przypominające zwisające łezki.

Henrietta tego dnia miała na sobie nieco skromniejszą suknię. Mama dziewcząt uważała, że szesnastolatka nie powinna tak bardzo eksponować ciała, dlatego też dekolt jej błękitnej sukni zakrywała suto marszczona koronka. Młodzież zdobi młodość, tak mawiała hrabina Natalie de Lapierre. Zapewne też dlatego długie włosy Henrietty zostały związane z tyłu dużą szafirową kokardą.

— Ostatnie dni dostarczyły mi tylu wrażeń, że chętnie odpocznę w domu — oznajmiła Juliette trochę znużonym głosem.

— Nie dziwię ci się — odparła Henrietta. — Muszę przyznać, że przyjęcie zaręczynowe wypadło wyśmienicie. Wyglądałaś tak ładnie w tej kremowej sukni, ozdobionej perełkami. Aż zaparło mi dech…

— Naprawdę? — zdziwiła się Juliette.

— Gdybyś zobaczyła miny wpatrzonych w ciebie mężczyzn. Suknia zrobiła ogromne wrażenie, również na twoich rywalkach. I te szafirowe kolczyki…

Henrietta najwyraźniej rozmarzyła się. Następnie spojrzała na siostrę i dodała, nie kryjąc zdziwienia.

— Masz je na sobie?!

— Uważasz, że nie powinnam zakładać tych kolczyków? Pierścionek zaręczynowy też mam na palcu — dodała z lekkim przekąsem.

Mówiąc to zdjęła z prawej dłoni białą jedwabną rękawiczkę. Oczom podróżujących kobiet ukazał się złoty pierścionek z okazałym szafirowym oczkiem oraz drobnymi brylancikami.

— Ten pierścień i te kolczyki musiały sporo kosztować — stwierdziła Henrietta.

Jednak Juliette nie słuchała już siostry. Jej myśli krążyły gdzieś daleko. Przypomniała sobie moment, kiedy Armand jej się oświadczył. Zamknęła oczy i ujrzała szczęśliwą twarz mamy. Wiedziała, że spełniło się jej największe marzenie. Potem przypomniała sobie twarz Armanda w chwili pożegnania. Widać było, że jest szczęśliwy, gdy oprócz pierścionka zaręczynowego zauważył również kolczyki.

— Armand ucieszył się, że je założyłam — oznajmiła.

— To oczywiste, przecież to prezent od niego.

— Przepraszam, że przerwę rozmowę panienek — wtrąciła panna Marsin. — Może bezpieczniej byłoby zdjąć kolczyki oraz pierścień i schować do woreczka. Lepiej nie kusić losu. Najroztropniej postąpiłaby panienka, oddając te klejnoty rodzicom, gdy wracali do domu.

— Może ma pani rację, lecz mama i papa wyjechali zaraz po zaręczynach. Zresztą, jak mogłabym zdjąć z palca pierścionek, który dostałam od narzeczonego!

Juliette robiła wrażenie oburzonej na samą myśl o tym.

— Słyszałam, że zdjęcie zaręczynowego pierścionka to zła wróżba dla związku.

Chociaż nie uważała się za osobę przesądną, wolała nie sprawdzać tego na własnej skórze.

— Rozumiem — odparła panna Marsin bez entuzjazmu w głosie.

Wtem dał się słyszeć wyraźny odgłos wystrzału z broni palnej. Spłoszone konie zaczęły gnać jak oszalałe. Juliette i Henrietta spojrzały na siebie przerażone.

Kareta mknęła teraz przez las z zatrważającą szybkością. Konie ciągnęły ją od pobocza do pobocza drogi. Najwyraźniej nikt nimi nie kierował. Obie hrabianki sparaliżował strach, do tego stopnia, że nie mogły wydobyć z siebie słowa.

Panna Marsin, chociaż dużo od nich starsza, była bliska omdlenia. Wszystkie trzy dobrze wiedziały, co to oznaczało. Stangret był ranny i nie miał siły utrzymać lejców w dłoniach, albo, co gorsza, już nie żył.

— Coś się musiało stać… — wydusiła z siebie Juliette.

Henrietta, cała drżąca, przytuliła się do niej.

— Mam nadzieję, że to nie napad? — odezwała się panna Marsin.

— Jeśli nawet, to wierzę, że ci dwaj mężczyźni, przydzieleni nam do obrony, poradzą sobie — odparła Juliette z nadzieją w głosie.

Wtem karoca stanęła. Najwyraźniej komuś udało się zatrzymać spłoszone konie. Dziewczęta usłyszały zza okna jakieś męskie głosy. Chwilę potem doszedł je dźwięk uderzających o siebie szpad. Juliette zerknęła przez uchylone okno. Ujrzała dwóch walczących ze sobą mężczyzn. Poznała, że żaden z nich nie należał do ochrony przydzielonej im przez Armanda.

To, co rzuciło się jej w oczy, to uroda jednego z nich. Długowłosy młodzieniec okazał się bardzo zręczny i szybki we władaniu szpadą. Zmieniał co chwila sposób walki, atakując przeciwnika z dwóch różnych stron. Robił to wszystko w tak zadziwiająco krótkim czasie, że tamten z trudem odpierał jego ciosy.

— Nie zabijaj go, tylko odbierz mu szpadę! — usłyszała głos innego mężczyzny.

Nie mogła jednak dojrzeć rozmówcy. Bała się wychylić głowę przez otwarte okno karety.

Szpada wyłuskana z rąk jednego z rabusiów frunęła o kilkanaście metrów dalej. Obaj walczący ze sobą mężczyźni skoczyli po nią niemal jednocześnie. Jeden, by ją zabrać, drugi, by mieć czym dalej walczyć. Gdy odziany w czarny, mocno poszarpany strój, mężczyzna dosięgnął dłonią szpady, młodzieniec postawił na niej nogę. Następnie oparł swoją szpadę na piersi obalonego przeciwnika.

— Daruj mi życie, panie — rzekł tamten błagalnym głosem.

— Nie jestem mordercą — odparł młodzieniec. — Jeśli cię jeszcze tu kiedyś zobaczę, nie daruję!

Mężczyzna, który wypowiadał te słowa, był wysokim, szczupłym szatynem. Po dość wytwornym stroju można było się domyślić, że jest szlachcicem. Odziany w granatowy surdut, czarne spodnie oraz brązowe skórzane buty, sięgające aż za kolana, wyglądał dość wytwornie. Jego głowę zdobił granatowy kapelusz z białymi piórami.

— Wydaje mi się, że ktoś przyszedł nam z pomocą — oznajmiła panna Marsin, wyglądając ostrożnie przez uchylone okno.

Juliette pomyślała, że powinna zdjąć kolczyki, bo za bardzo rzucają się w oczy. Uniosła obie dłonie do prawego ucha, szukając jednego z nich, gdy w tym momencie drzwi karety otworzyły się. Przerażona spojrzała w tamtą stronę i ujrzała wysokiego młodego mężczyznę. Młodzieniec szarmanckim ruchem zdjął z głowy kapelusz i wtedy Juliette dostrzegła piękne jasne włosy. Lśniły złotym blaskiem, odbijając chyba całe światło słońca.

— Jesteście panie już bezpieczne — rzekł spojrzawszy na Juliette.

To dziwne, nie znała go, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że może mu zaufać, że przy nim nie stanie jej się żadna krzywda.

— Z kim mamy przyjemność? — spytała zerknąwszy w szaroniebieskie oczy młodzieńca.

— Pierre Duvalle, do usług — przedstawił się.

Juliette wolno i z pietyzmem podała mu dłoń. Jasnowłosy młodzieniec, spojrzawszy w jej oczy, stanął jak zahipnotyzowany. Patrzył tylko na nią, jakby w karecie nie było innych kobiet.

Juliette również nie była w stanie oderwać wzroku od oczu młodzieńca. Wpatrzona w jego twarz, zauważyła, że wyglądał bardzo młodo, chociaż domyślała się, że skończył już dwadzieścia lat. Widziała wpatrzone w siebie oczy, szaroniebieskie jak niebo w lekko zachmurzony dzień.

Wreszcie po kilku minutach, które dla obserwatorów z zewnątrz wydawać się mogły wiecznością, odpowiedziała na zadane przed chwilą pytanie.

— Ma pan przyjemność z hrabianką de Lapierre, Juliette de Lapierre. To moja młodsza siostra — wskazała Henriettę — oraz panna Marsin — wskazała guwernantkę, siedzącą naprzeciwko.

— Młodzieńcze, chciałybyśmy dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło. Gdzie są jeźdźcy przydzieleni nam do ochrony? Co stało się ze stangretem? — panna Marsin dosłownie zalała Pierre’a lawiną pytań.

W tym momencie, w oknie po przeciwnej stronie karety, ukazał się jeden z mężczyzn, przydzielonych przez Armanda de Beries do ochrony. Wyglądał nie najlepiej. Odzież miał poszarpaną, jak się można było domyślić, za sprawą czyjejś szpady. Trzymał się lewą ręką za prawe ramię. Prawdopodobnie w wyniku walki doznał niegroźnych obrażeń.

— Może panienka zaufać tym młodzieńcom — zwrócił się do Juliette. — Gdyby nie oni, nie wiem, jak by się to wszystko skończyło. Napastników było aż dziesięciu.

— Stangret ma przestrzelone ramię! Musimy się pospieszyć! — usłyszały głos innego mężczyzny.

— Mnie już panienki poznały — rzekł Pierre Duvalle. — A oto mój brat bliźniak, ma na imię Paul — złotowłosy mężczyzna odwrócił się w stronę szatyna.

Juliette poznała, że to właśnie jego walkę obserwowała z okna karety. Drugi młodzieniec był równie przystojny, jak jego brat. Miał jednak włosy dużo ciemniejsze. Gdy podszedł, by na przywitanie pocałować jej dłoń, zauważyła, że jego oczy są niewiarygodnie błękitne.

Zdziwiło ją nieco, że obaj młodzieńcy są bliźniakami, a tak się od siebie różnią. Słyszała jednak, że nie wszyscy bliźniacy są identyczni. Na pewno był to właśnie taki przypadek. Jej rozmyślania przerwał nagle stanowczy męski głos.

— Proponuję już ruszać!

Drugi z mężczyzn przyprowadził stangreta, który ledwo trzymał się na nogach i coś majaczył pod nosem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 60.28