E-book
26.78
drukowana A5
77.75
Piekło

Bezpłatny fragment - Piekło

Ulica


Objętość:
480 str.
ISBN:
978-83-8467-377-5
E-book
za 26.78
drukowana A5
za 77.75

Reni,

wiem, że kochasz Noaha tak, jak ja


Diabeł jest optymistą, jeżeli myśli, że można ludzi uczynić gorszymi. (Karl Kraus)


Prolog

Noah zobaczył strzelca sekundę przed tym, jak ten nacisnął spust; jakby właśnie przeskoczył klatkę w swoim życiu. W jednej chwili widzi mierzącego wroga, w drugiej ojca klęczącego przed nim i powiększającą się plamę krwi na jego bluzie.

— Biegnij, gdziekolwiek. — Treg wyszeptał synowi do ucha.

Stał przerażony, nie mogąc opanować drżenia dolnej wargi. Połykał gorzkie łzy, obserwując czerwoną strużkę w kąciku ust ojca. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że mężczyzna go zasłania. Silne pchnięcie przywróciło go do okrutnej rzeczywistości.

— Uciekaj, do cholery!

Ruszył biegiem. Zerknął przez ramię, omal się nie przewracając, bo ktoś szarpnął go za rękę. Pozwolił się poprowadzić. Nieznajomy chłopak na zmianę popychał go przed sobą i ciągnął, gdy zwalniał. Przystawał pod zimnymi ścianami budynków, nasłuchując nerwowo, potem znów popychał i biegł, nie bacząc na ciągłe potykanie się Noaha. Szarpał, utrudniając Noahowi oglądanie się. Biegł zygzakiem z cienia do cienia, raz po raz zmieniając kierunek, choć dawno zeszli z pola strzału.

Ostatni raz obejrzał się na klęczącego ojca. Przez łzy wzbierające w oczach zobaczył drugą kulę przeszywającą jego serce. Prowadzący przyspieszył, a Treg zniknął mu z oczu…

Rozdział 1
Chłopaki

Zatrzymali się minuty później w dzielnicy, której Noah zupełnie nie znał. W tym momencie mało obchodziło go, gdzie się znajduje. Miał osiem lat, co innego mógł zrobić? Nie rozumiał, co się wokół dzieje. A może rozumiał aż nadto.

Chłopak zaprowadził go do wnętrza jakiegoś starego budynku — piętrowy, rozpadający się blok wyglądał przerażająco tak z zewnątrz jak w środku. Noah rozejrzał się po ścianach. Pokój, w którym się znajdowali, sprawiał wrażenie nieprzyjemnego, zimnego i opuszczonego; przejmował grozą.

Niepewnie przyglądał się nieznajomemu, sprzątającemu w pośpiechu najdziwniejsze rzeczy, wrzucając je do kąta i pod łóżko. Zerknął na stare, wytarte buty i o wiele za dużą szarą bluzę z kapturem. Nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, choć był wysoki i szczupły. Kiedy rzucał przelotne spojrzenia, dostrzegał jasnoniebieskie oczy i wąskie usta, nad nimi mały nos ozdobiony pomarańczowymi piegami.

Nie potrafił określić koloru włosów. Rude pomieszane z blondem, jakby próbował je farbować. Wodził za nim oczami, bo chłopak bezustannie biegał. Wyglądał na inteligentnego, a przede wszystkim na kogoś kto wie, co aktualnie dzieje się na Ulicy.

Nie znał go, nigdy w życiu go nie spotkał, lecz wybór sam się dokonał. Ojca stracił przed chwilą, domyślał się, że mamę też zabili. W innym wypadku wróciłaby do domu przed Tregiem. Przesunął się, lekko szturchnięty. Sekundę później został posadzony na łóżku. Nieznajomy kucnął.

— Posłuchaj. Wiem, że mnie nie znasz, ale pomożemy ci. Odpocznij, a potem wyjaśnię. Obiecuję.

Noah kiwał głową niczym piesek w samochodzie, samego siebie przekonując do podjętej decyzji. Najchętniej od razu zapytałby, o co chodzi, ale w głowie kotłowało mu się od myśli tak, że nie był w stanie złożyć najprostszego zdania.

Na prośbę chłopaka położył się i spróbował zasnąć, nieświadomy, jak bardzo zmieni się jego życie. Sen nie nadchodził, a on wpatrywał się w plamę na suficie i tynk złażący ze ścian. Znużony po szaleńczym biegu nie miał siły się podnieść.

W końcu otumaniony i przytłoczony zasnął. Nie miał pojęcia, jak gwałtownie trafił do brutalnego świata, w którym będzie zmuszony nauczyć się żyć.


…


Obudził się późnym wieczorem. Słyszał przyciszone głosy gdzieś nad swoją głową. Przekręcił się, szukając wygodnej pozycji i podniósł powieki. Zobaczył dwie, nieco rozmazane spod wpół otwartych oczu, postaci. Jedną niższą i szczupłą, drugą przeciwnie — wysoką i barczystą. Obie żywo gestykulowały. Choć stali parę kroków dalej, w ciasnym pokoiku, docierały do niego zaledwie strzępki rozmowy.

— Po coś go tu przyprowadził?!

— Miałem go zostawić?

— Tak! Mało mamy problemów?

— Zabiliby go! Tak jak połowę uliczników stawiających się Krisowi.

Noah słuchał. Obaj byli zdenerwowani, przerzucali się krótkimi zdaniami.

— To syn Trega. — Chudy wyciągnął asa z rękawa.

Gruby wziął głęboki wdech, długo trzymając powietrze w płucach. Nie zbił argumentu, choć nadal patrzył na kolegę z niezadowoleniem. Ostatecznie odpuścił, machnąwszy ręką i skierował rozmowę na inny temat, zniżając głos.

Noah usłyszał kilka znajomych imion, nic poza tym. Zapadł w drzemkę. Trwająca głucha cisza kazała ponownie otworzyć oczy. Panowały ciemności, a samotna świeczka postawiona pod stolikiem rzucała słabą łunę światła. Okno ktoś zakrył ciemną zasłoną. W oddali padły przytłumione strzały, krzyki odbiły się echem przez ulice, a potem świat ucichł.

Dopiero po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Teraz widział Grubego koło okna, niepewnie uchylającego zasłonę. Z niepokojem spoglądał na ulicę. Przedłużająca się cisza tworzyła duszną atmosferę, a ciemności otaczały Noaha niczym czarna złowieszcza dziura, w której tonął jego wzrok.

Miał wrażenie, że pokój go pożera, ale gdy włączy światło będzie jak dawniej. Musi tylko się odważyć. W końcu uznał, że zbyt wyraźnie słyszy swój oddech, a serce bije zbyt mocno by pozostać w bezruchu.

Usiadł, zwracając na siebie uwagę. Gruby zmierzył go wzrokiem, po czym w milczeniu wrócił do obserwowania. Noah czuł nieodpartą pokusę zapalenia światła. Wstał, nogi miał jak z waty i już, już sięgał do włącznika, gdy poczuł czyjś mocny uścisk na nadgarstku. Odwrócił się z zamkniętymi oczami. Nie chciał widzieć wielkoluda. W jaki sposób patrzył? Spokojnie czy morderczym wzrokiem?

— Co mały, boisz się ciemności? — przemówił niespodziewanie łagodnym głosem.

Noah otworzył oczy. Gruby górował nad nim, sięgając głową niemal do sufitu. Aktualnie bardziej bał się olbrzyma niż ciemności. Gruby spojrzał na okno, jakby przez tęgie płótno mógł cokolwiek zobaczyć.

Noah rozumiał, że ten nie powinien odchodzić od okna. Nie wydusił z siebie ani słowa, wyrywając rękę z uścisku. Wrócił na łóżko i położył się, obserwując wielkoluda stającego obok i przypatrującego się z uwagą. Gruby otworzył usta, ale zrezygnował, zajmując swoje stanowisko przy oknie.

Co rusz spoglądał na Noaha, potem na drzwi i znów na chłopca. Jakby czas się zatrzymał, niczym urywek filmu puszczany w kółko. Ten stan trwał całą wieczność.

Noah czuł się przeraźliwie ściśnięty i samotny pod czujnym wzrokiem olbrzyma niknącym w ciemnościach. Wszechogarniającą niepewność przerwał dopiero Chudy, wchodząc do pokoju równie cicho, jak z niego wyszedł. Zapalił światło, zostawiając drzwi otwarte na oścież i skinął na Grubego, który powolnymi ruchami, z największą ostrożnością odsłonił okno.

Chudy zgasił świeczkę. Noah zerknął na niego, osłaniając oczy ręką od rażącego światła żarówki wiszącej u sufitu. Był blady i wystraszony, ściągnął brwi, głęboko się nad czymś zastanawiając, mrugał szybko, wachlując się krótkimi, jasnymi rzęsami.

Stał bez ruchu wpatrzony w kolegę. Obaj wyszli, nim zdążył zareagować. Został sam, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, ze łzami w oczach, w ciasnym pokoju z odrapanymi ścianami, ciszą unoszącą się w powietrzu i przewróconą świeczką, z której zaschnięty wosk stworzył nieregularną plamę na podłodze.

Treg — Lata Temu

Treg rozmyślał w kuchni. Obudził się wcześnie rano, słońce jeszcze nie wzeszło. Zwierzchnik Ashes, miasta, którego Ulica była częścią, doszedł do wniosku, że nie będzie się z nimi układał. Niewiele różnili się wiekiem, a on i tak miał ich w dupie. Zarządzał miastem po zmarłym na zawał ojcu, rujnując miasto chciwością. Przejął władzę mając dziewiętnaście lat. Od czterech lat szukał pieniędzy i władzy, niczego więcej. Od dawna traktował te dzielnice niczym slumsy. Na Ulicy nie chodziło się do szkół, ludzie żyli w ciasnych grupach, a przestępczość rozwijała się na porządku dziennym. Służby porządkowe nie miały racji bytu jeszcze zanim się urodził. Połączenia telefoniczne między stronami blokowano, a mieszkańcy dawno zrezygnowali z poszukiwania dogodności technologicznych, komputery stały wyłącznie w firmach. Żyli niczym w innej przestrzeni.

Dla niego i innych z Ulicy bogata część była po prostu miastem. Nazwa padała rzadko. Ashes kiedyś stanowiło jedność, która teraz została zniszczona. Ashes nie istniało, rozdzielone na miasto i Ulicę. Najbliższa miejscowość stała oddalona o dziesiątki kilometrów. Miasto otaczała pustka. Pustka i wysoki mur z zaledwie kilkoma wyjazdami. Nikt się nimi nie interesował, a ludzie przyjeżdżali głównie w interesach. Sporo odwiedzało też warsztat samochodowy, gdzie pracował.

Do tej pory układali się ze zwierzchnikiem Marvosem — służby porządkowe przestały istnieć zjedzone strachem i bezsilnością; oni potrafili się bić, więc ochraniali ludzi na jego części, on nie wtrącał się w ich sprawy. Wreszcie musiało dojść do momentu, w którym zwierzchnik zechce ich zlikwidować wraz z biedotą znajdującą się na terenie miasta. Na nieszczęście układał się z Krisem, jego zaś nie lubił wysłuchiwać. Obaj byli próżni, gonili za władzą i pieniędzmi, i kochali sprawiać ludziom ból.

Nic dziwnego, że się dogadywali. Zwierzchnik rozmawiał z Krisem, z Tregiem bardzo rzadko. To oni w jakiś sposób wyróżniali się na Ulicy. Wczoraj otrzymał korespondencję od Marvosa informującą o „braku potrzeby do dalszej współpracy”. Zastępował ich wynajętymi strażnikami. Najwyraźniej za grube pieniądze strach znikał. Mieszkający na Ulicy dostali zakaz wchodzenia do miasta, w tym uczęszczania do tamtejszych szkół. Spora część wyleciała też z pracy na terenie miasta. Szeptano o oddzieleniu Ulicy siatką.

Pięknie. Zepchnięci na całkowity margines. Nie powinien na to pozwolić, ale czy istniało jakieś wyjście? Kris nienawidził go jak jasna cholera, buntując Marvosa przeciwko niemu. On z kolei miał serdecznie dosyć wypełniania tony papierów żądanych przez zwierzchnika. Sam powinien pilnować ilości ludzi w grupach na Ulicy, a to jaką mieli broń i czy się nią posługiwali, nie powinno go w ogóle obchodzić.

Zerknął na zegarek, słysząc przyjaciela schodzącego po schodach. Piąta. Beznamiętnie obserwował, jak siada po drugiej stronie stołu, tęsknie patrząc na jego kawę.

— Spać nie możesz? — Michel ziewnął szeroko. Treg przytaknął. — Koszmar ci się śnił czy co?

— Tak, że gonią mnie kartki papieru, a długopis chce mnie pożreć. — Wczoraj cała ekipa zostawiła go z papierami, wychodząc w teren. Nie znosili ich wypełniania, więc naiwnie zgodził się to robić.

— Jesteś zły za wczoraj?

Treg pokręcił głową.

— To o co chodzi?

Milczał, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie chce rozmawiać.

— Jak wczoraj? — zapytał Treg.

— Dobrze, powiedzmy. Sporo ludzi myśli o wyprowadzce z Ulicy, ale wygląda na to, że Marvos zaczyna przyglądać się wyjazdom. Stawiam, że za parę lat zamknie Ashes, nikogo nie wypuszczając bez zgody. W mieście względny spokój, choć nie podoba mi się to całe nauczanie biednych i zdemoralizowanych w bogatych domach. Perfidnie udają, że to coś dobrego i nawet nie chcę wiedzieć do czego, i w jaki sposób wykorzystują tych ludzi. A u ciebie?

— Nie zdążę z papierami, ale to już ostatni raz.

Michel spojrzał czujnie. Coś złego się wydarzyło.

— Jest źle?

— Gorzej. Nikolas i Jason gdzieś się pochowali i wcale im się nie dziwię. Wyjdą spod ziemi w lepszych czasach. Jasper odszedł, Drad zerwał umowę, Rand stwierdził, że pokój mu niepotrzebny i dołączył do Krisa, a miasto nas nie ochroni.

— Ładnie. — Popatrzył na zmartwioną twarz Trega. — Czyli jesteśmy sami. Ale miasto?

— Oni też zrywają umowę. Marvos wydał rozkaz likwidacji Ulicy. Zabije nas. Powoli, bo tak mu się podoba, a w miejscu Ulicy zrobi sobie kolejną bogatą dzielnicę Ashes — rzucił i wyszedł.

Rozdział 2
Początki

— Wstawaj, dzień się zaczął! — okrzyk Chudego wyrwał chłopca z niespokojnego snu.

Noah mógłby przysiąc, że słyszy w jego głosie szczerą radość. Niepewnie otworzył oczy. Ujrzał zarumienioną twarz pochylonego nad nim chłopaka, który po krótkim przyjrzeniu się wrócił do przerwanych czynności. Biegał po pokoiku, sprzątając rzeczy wczoraj rozrzucone po całym pomieszczeniu. Po drodze szeroko otworzył okno, wpuszczając rześkie, poranne powietrze.

Noah oprzytomniał dopiero, kiedy Chudy ściągnął z niego kołdrę i zrobiło się chłodno.

— Szybciej, mały, mamy dużo roboty! Zbieraj się i przyjdź do nas! — Wypadł z pokoju, owiewając Noaha zimnym podmuchem.

Wtulił się w poduszkę, z trudem utrzymując klejące oczy otwarte. Która godzina? Piąta? Szósta? Do jakich nas miał pójść? Czy ktoś mógłby wreszcie cokolwiek wyjaśnić? Od okna ciągnął niesamowity ziąb. Zwlekł się z łóżka i zamknął okno. Gdzie tu jest łazienka?

Ogarnięcie się zajęło długie minuty. Spoglądał na siebie w łazienkowym lustrze. Czarne włosy rozwichrzyła poduszka, równie ciemne oczy ledwo się otwierały. Był niski i chudy. Typowe dziecko, potrzebujące stanąć na palcach, żeby zobaczyć cokolwiek w lustrze.

Wreszcie docierając do kuchni, zobaczył kilka osób siedzących przy stole — siedmiu chłopaków, dwie dziewczyny. Wśród nich poznana dwójka. Chudy przesunął się na ławie pod ścianą, klepiąc miejsce obok siebie.

Ostrożnie usiadł na wskazanym miejscu, niepewnie rozglądając się dookoła. Przyglądał się twarzom nieznajomych: zarówno uspokajającym, jak i budzącym strach. Czuł się dokładnie jak wczoraj w ciemnościach — cisza i spokój, lecz jakże złowrogie. Tamten wieczór był jednym z wielu chwil na długo zapadających w pamięć.

Poczuł szturchnięcie. Chudy podsunął mu pod nos chleb i masło, nie przerywając nieskładnej rozmowy z kolegami. Wszystko wydawało się jakieś inne, jakby świat stanął do góry nogami. Położył wiórek masła na kromce i patrzył, jak topi się w iście żółwim tempie. Tak bardzo zaciekawiło go to ledwo zauważalne zjawisko, że nie spostrzegł milczenia zebranych, patrzących na niego podobnie, jak on na wiórek masła.

Treg — Lata Temu

Treg uporał się z samochodem, który nie chciał odpalić i odstawił go do warsztatu. Zerknął na zegarek. Powinien mieć dziś wolne. Przyszedł na pół dnia, godzinę temu należało zakończyć pracę. Zostanie. Szef, Jeffrey, przyprowadził wczoraj klienta — biznesmana z innego miasta żądającego pomalowania samochodu i stworzenia konkretnych rysunków.

Nie byłoby z tym najmniejszych kłopotów, gdyby nie zachowanie mężczyzny. Kompletny gbur, którego nikt nie jest w stanie zadowolić. Jeff podcinał sobie gardło palcem za plecami klienta, kiedy Treg z nim rozmawiał, bezlitośnie wtrącając się w zdanie i dając do zrozumienia, że zostawia samochód bez fochów albo szuka szczęścia gdzie indziej. Zostawił.

Wyciągnął auto na podwórze, przynosząc potrzebne materiały. W warsztacie utrzymywał porządek, zaś przy malowaniu niedbale rozrzucał rzeczy obok wozu. Dokładnie zakrył szyby, przygotowując pistolet lakierniczy. Uwielbiał odwalać całą robotę sam. Pogoda była idealna. Nieco ponad dwadzieścia stopni, bezwietrznie i bez pełnego słońca.

Podkład nałożył wczoraj późnym wieczorem. Dziś srebrny kolor, czekanie aż warstwa wyschnie i kolejna — nieco jaśniejsza. Przysunął aerograf, dobierając łuskę, dyszę i iglicę. Nałożył rękawiczki, koło szyi zawiązując chustę. Zakrył nią usta i nos, bo zakładanie stosownych masek omijał szerokim łukiem. Chyba, że malował w garażu.

Wziął się za malunki, uznając poziom wyschnięcia lakieru za odpowiedni. Na masce samochodu, wzorując się na tatuażu z własnego przedramienia, narysował czaszkę oplecioną jadowitym wężem z otwartą paszczą. Po lewej i prawej stronie po skosie dodał serca pokolorowane mocną czerwienią. Lśniła i raziła w oczy dopasowana do srebra i czerni.

Na drzwiach powstały żółte, lekko pozłacane pioruny — niezbyt kanciaste, nieregularne i porozrzucane — strzelające jak prawdziwe. Na bagażniku połączeniem dzieła z maski stało się czerwone serce poplamione czarną krwią, oplecione wężem, którego głowa przebijała środek serca. Obszedł samochód dookoła, oglądając efekty własnego wysiłku. Po małych poprawkach wynik okazał się zadowalający. Musiał poczekać na opinię klienta. Przez moment stał przed maską i przyglądał się czaszce, delikatnie przejeżdżając palcami po prawie suchej farbie.

Można było odnieść wrażenie, że wąż zamknie paszczę, kiedy położy na nim palca, a czaszka zaraz zapłonie żywym ogniem. Włożył w ten obraz szczególnie dużo serca.

Malowanie i rysowanie stały w rzędzie zajęć zaraz po samochodach. Łączenie obydwu pasji sprawiało wiele przyjemności. Ta robota nigdy nie męczyła i nigdy nie stawała się nudna. Mógł to robić godzinami, bez przerwy. Kochał to.

Rozdział 3
Codzienność

— Noah! Podaj bandaż!

— Chudy kazał mi się uczyć — odparł obojętnie. Nie miał ochoty wstawać.

— Czytać i pisać, nie rysować. Podaj!

Uniósł książkę, spoglądając na swoje nowe dzieło. Było połowę mniejsze niż książka, Gruby nie mógł wiedzieć, że tam jest.

— Dawno umiem. — Spojrzał na chłopaka w otwartych drzwiach łazienki, trzymającego rękę nad umywalką.

— Przynieś, bo zaraz wytrę się o ciebie. — Zaczynał się irytować.

— Sam sobie przynieś. — Lubił spełniać groźby, ale chyba nie będzie taki wredny.

Dopiero skądś wrócił, ciągle gdzieś łaził i wracał pokrzywdzony. Nim się obejrzał, padł na niego cień olbrzyma, który powolnym ruchem wytarł w niego rękę, plamiąc krwią ulubioną bluzę.

Chłopiec otworzył usta ze zdziwienia. Niewiarygodne, że zrobił coś takiego. Jeszcze jeden taki numer i się pogniewa. Wstał, ze złością odpychając Grubego. Przesunął go ledwie o krok. Gruby roześmiał się szczerze swoim głębokim, dudniącym śmiechem.

— Brakuje ci krzepy, młody! Trzeba nad tym popracować. — Położył rękę na ramieniu chłopca, którą ten natychmiast strącił.

Próbował zajrzeć Noahowi w oczy, lecz wyglądało na to, że poważnie się obraził. Stał z założonymi na piersiach rękami, mocno zaciskając szczękę. Gruby nachylił się, szeptając mu do ucha:

— Nie rób tak przy wrogu, bo wybije ci zęby przy uderzeniu — poradził, mierzwiąc chłopcu włosy i lekko popychając — No, zasuwaj.

Noah, z największym niezadowoleniem, przesunął się parę kroków. Denerwowało go, że wielkolud górował nad nim nie tylko wzrostem.

— Szybciej, Harper, bo się wykrwawię.

Drgnął na dźwięk własnego nazwiska. Nigdy go nie używał. Jego rodzice też tego nie robili. Mówiono do siebie po imieniu albo przezwiskiem. Wiele zasad Ulicy zaczynało się od „żadnych nazwisk”. Wzruszył obojętnie ramionami, ale poszedł, w myślach wyzywając Grubego. Chciał, żeby się wykrwawił i przez sekundę życzył mu najgorzej.

Zaraz zreflektował się, cofając myśli. Nie chciał tego, na pewno nie chciał. Od lat dostawał zbyt wiele, by mieć przywilej narzekania. Po prostu często wkurzał swoim charakterem, dziwacznym sposobem bycia.

Gruby funkcjonował bardzo realnie, ciężko było go ruszyć, zmusić do refleksji czy marzeń. Potrzebowali takiego kogoś. To on ocucał, kierował myśli na najważniejsze sprawy i przywracał do rzeczywistości. Nie raz czynił to bardzo brutalnie, lecz zawsze skutecznie.

Schodził ostrożnie po krętych schodkach. Co za debil wymyślił schowek na takie rzeczy w piwnicy! Nic niezwykłego, że nikomu nie widziało się tu schodzić. Dotarł do wąskiego korytarza. To te drzwi na wprost. Szarpnął za klamkę — metalową i zimną. Ani drgnęły. Kilka prób nie przyniosło rezultatu. Kopnął w drzwi. Ile można? Wróci z pustymi rękami. Nagle wpadł na genialny pomysł.

Chwycił klamkę dwoma rękami i oparł nogę o ścianę, odpychając się z całej siły. Poleciał w tył, bo drzwi wreszcie się otworzyły. Chłopaki powinni wyjąć je z zawiasów. Otworzył kolejne bez problemu. Odnalazł drabinę, wchodząc na najwyższy szczebel. Rozejrzał się, dostrzegając apteczkę na najwyższej półce, niemal pod sufitem.

Zerknął w dół. Wysoko. Zrzucał przedmioty na ziemię. Apteczka z mnóstwem ampułek, bandaże, strzykawki, plastry… weźmie więcej, przydadzą się. Zszedł, upychając rzeczy po kieszeniach. Podniósł resztę, zajmując ręce. Pierwsze drzwi zatrzasnął nogą, drugie były zbyt ciężkie. Biegł, popychając je ramieniem. Dopiero wtedy zamknęły się z niemiłosiernym hukiem. Powrót na górę oznaczał katorgę, z podnoszeniem co rusz upuszczonych rzeczy. W życiu nie zrobił tak wiele przysiadów…


…


Gruby usiadł na krześle, wyciągając spod książki rysunek Noaha; w drzwiach pojawił się Chudy.

— Co masz? — spytał od razu, zaciekawiony.

— Rysunek młodego, gówniarz ma talent. — Nie krył podziwu, choć nie pierwszą pracę chłopca oglądał.

— Na niewiele się przyda na Ulicy, może sobie co najwyżej po murach pomalować. — Chudy przestał się uśmiechać, jakby dopiero zdając sobie sprawę, ile niszczył świat, w którym żyli.

— A gdyby tak…

Chudy wsparł rękę o stół, oczekując genialnego pomysłu do odrzucenia.

— A gdyby dać mu kolkę… — Gruby popatrzył z nadzieją na kolegę, którego kwaśna mina wystarczyła za odpowiedź. — Ale nauczyłby się tym posługiwać, talent ma, to mnóstwo forsy by zarobił!

Chudy postukał się palcem w czoło.

— Wybij to sobie z głowy. — Pokręcił głową, przesadnie akcentując każde słowo. — Jest za mały.

— No weź!

— Nie i nie rób tego, bardzo cię proszę. To nie jest dobry pomysł.

Ich milczenie przerwał potężny huk na dole. Chudy podniósł brwi, zaskoczony. Gruby dźwignął skaleczoną rękę, odpowiadając na nieme pytanie kolegi.

— Poszedł po bandaże.

— Idę robić miejsce na drewno. Niech przyniesie siekierę. — Odszedł zamaszystym krokiem.

Pojawił się Noah, rzucając na stół wysypisko wzięte z dołu.

— Dzięki. — Gruby rozpromienił się. Widząc wzrok chłopca, poprawił się. — Dziękuję, wiem, że schowek tam to idiotyczny pomysł.

— No. — Wzruszył ramionami.

Po czasie zorientował się, że chłopcu chodzi o rysunek. No jasne, kto mu pozwolił go dotykać. Z przesadną teatralnością, delikatnie odłożył kartkę na stół, prostując rogi i nakrył książką, przywracając do poprzedniego stanu.

— Chudy prosi, żebyś przyniósł siekierę.

Noah spojrzał spode łba, głośno wzdychając. Lubił pomagać, nienawidził za to łazić w te i we w te, bo to czy tamto potrzebne.

— Nie jestem chłopcem na posyłki — mruknął, wychodząc.

Gruby odprowadził go wzrokiem. Wziął bandaże i ruszył w stronę łazienki. Wrócił się zerknąć na rysunek. Piękny. Cudna kobieta, cudnie prawdziwa. Matka Noaha. Zapamiętał ją wyjątkowo dobrze.

Często ją rysował. Ojca prawie nigdy. Nie rozumiał, dlaczego. Wydawało się, że był mu bliższy. Od najmłodszych lat zabierał go na uliczne wyścigi i do warsztatu. Trega znała cała Ulica. Był dobry, lecz nieustępliwy, a przy tym nadzwyczaj dużo się uśmiechał. Do tego zawzięcie walczył o Ulicę. Bez niego zwierzchnik zje ich żywcem, rzucając bogaczom na pożarcie.

— Szkoda cię, Noah, ale masz szansę. — Dotknął palcem zagłębienia przy lewym ramieniu tuż pod obojczykiem. — Trzeba o nią zadbać…

Treg — Lata Temu

O dwudziestej trzeciej wprowadził samochód biznesmana do garażu, resztę zostawiając na parkingu. Zamknął warsztat i zatrzasnął bramę wjazdową zabezpieczoną kodem. Czekał go półgodzinny spacer przez nieoświetlone ulice.

Panowała ciemność i głucha cisza, a on zostawił telefon w domu. Nie lubił przechodzić koło ślepych zaułków, szczególnie w nocy, kiedy każde zagłębienie wyglądało niczym wielka czarna dziura, gotowa pożreć tego, kto się zbliży.

Kojarzyły się z otchłanią, w którą przez lata spadał we śnie. Ten sen dawno nie nawiedził, jakby dotarł do celu, znajdował się tam, gdzie powinien znajdować się od zawsze. To prawda — na Ulicy odnalazł swoje pochodzenie. Lata temu wyglądało to inaczej — miasto było całością. Ashes podzielili ludzie, odtrącając ulice zamieszkałe przez biedniejszych.

Nie zauważył, że ostatnie lata z mamą mieszkał w tej lepszej części. Dopiero powracając tu, zobaczył zmianę. Po śmierci ojca przeprowadzili się do jej nowego partnera zupełnie niezainteresowanego własną dwójką dzieci a co dopiero nim. Uciekł, kończąc osiemnaście lat, matka została. Wrócił na Ulicę, matka pewnie wciąż mieszkała w tej lepszej części.

Na myśl o niej coś zabolało w środku. Doskwierało leciutkie, dotkliwe kłucie serca. Od pięciu lat obywał się bez wieści, nie spotkał jej, nie zadzwonił… a ona nie szukała. Nie wróci do niej, nie do Sama — porywczego, krzykliwego mężczyzny kierującego się przemocą w wychowaniu dzieci. Cztery lata z nim w zupełności wystarczały. Ciekawe, czy pamiętała, że ma syna? Z zamyślenia wyrwało gwałtowne szarpnięcie za ramię…

Rozdział 4
Kalendarz

Noah obszedł budynek, docierając do schowka. Pstryknął włącznik, żarówka natychmiast spaliła się, strzelając. Przekroczył próg, potykając się o najróżniejsze graty; po omacku szukał siekiery. Silny podmuch wiatru otworzył drzwi szerzej. Do środka wpadła smuga światła, oświetlając kalendarz na ścianie. Przystanął. Nie pomyślał, że ktoś zostawi ten kalendarz, zamiast wyrzucić na śmietnik, a z pewnością nie spodziewał się go odnaleźć w tej rupieciarni.

— Noah, znalazłeś? — Drgnął, słysząc wołanie Chudego. — Noah! Co ty tam robisz?! — Dochodziły krzyki wyraźnie poirytowanego kolegi, coraz głośniej drącego się z podwórka.

Chłopiec nie reagował, a wołanie umilkło. Niecałą minutę później Chudy pojawił się w drzwiach.

— Co tu tak ciemno? Znowu żarówka? — Bezskutecznie przełączał pstryczek. Przeszedł dalej, uderzając w coś nogą. — Cholera! Trzeba tu będzie na wiosnę zrobić porządek. Nie stój tak dzieciaku, mówiłem ci, że na szafce jest latarka. — Sięgnął ręką, odnajdując źródło światła. Skierował snop na chłopca. — Co ci jest?

— Kalendarz.

— Co za kalendarz? — Nie rozumiał osłupienia Noaha.

— Mój.

Chudy skierował wreszcie latarkę na ścianę. Kalendarz nie był tegoroczny ani nawet z tamtego roku. Chyba zrozumiał chłopca. Dał mu ten kalendarz po przyprowadzeniu go tutaj. Trzy lata temu.

— Młody idziesz, czy będziesz tu siedział? — Zgarnął siekierę, wychodząc.

— Zaraz przyjdę.

Został sam w ciemnościach z własnymi myślami. Z dnia na dzień coraz boleśniej docierała do niego strata rodziców i przyjaciół. Jako kilkulatek rozumiał funkcjonowanie Ulicy, ale nie myślał, że to się kiedykolwiek zdarzy. Jego tata nie lubił się z Krisem pragnącym władzy nad całą Ulicą dla siebie. Zwierzchnik miasta za to układał się z Krisem, aby mogli razem rządzić i odsuwać ich coraz dalej od normalności. Westchnął.

Wrócił do domu jakiś czas później. Potrzebował prysznica — gorącego albo zimnego. Z rozmachem otworzył drzwi do łazienki, trafiając na golącego się Grubego.

Przyjrzał mu się. Mimo młodego wieku mógł poszczycić się sporym zarostem. Miał go już wtedy, gdy zobaczył go pierwszy raz w ciemnym pokoju. Chudy niedawno skończył osiemnastkę, Gruby dwadzieścia. Wyglądał na starszego. Jasne włosy w wiecznym nieładzie i nadzwyczaj męska szczęka potęgowały to wrażenie.

— Co? Ciebie też ogolić? — zażartował.

— Chciałem wziąć prysznic. — Pokręcił głową.

— Nie ma ciepłej wody i nie będzie do pojutrze.

— Nie przeszkadza mi to. — Odwrócił się, ale Gruby go zatrzymał.

— Wybierasz się gdzieś?

— Eee… nie. Chyba nie.

— To dobrze. — Naciągnął ubrudzony krwią rękaw od bluzy Noaha. — Daj to Chudemu, zna się na tym. Zobaczysz, śladu nie będzie.

Skinął głową i wyszedł na zewnątrz. Podbiegł do machającego z końca podwórza Chudego, układającego kawałki drewna w stosy. Pomógł bez proszenia, a kiedy skończyli, zapadł późny wieczór. Z każdym dniem robiło się coraz zimniej.

— Mogę dzisiaj wyjść?

— Pewnie, ale zapytaj Grubego. On wie lepiej.

Uśmiechnął się. Wielkolud pozwalał na więcej. Po krótkim odpoczynku poszli do domu.

— Co na kolację? — zapytał Noah z entuzjazmem.

— To co zawsze, młody. Jeśli się coś zmieni, dam ci znać. — Gruby ciężko usiadł na krześle.

— Znowu pasztet?

— A co byś innego chciał, jaśnie książę?

— Szynkę?

— Zaczniesz pracować, to sobie kupisz, do tego czasu będziesz wielbił pasztet i cieszył się, że nie jesz suchego chleba.

— Wiem, wiem.

Po kolacji Noah zatrzymał chłopaka w przejściu.

— Mogę wyjść?

— Nie. Gdzie?

Negatywna odpowiedź poraziła. Spodziewał się standardowej zgody. Dziś coś się nie zgadzało.

— Nie wiem.

— Nie.

— Dlaczego? — Szczere zdziwienie brakiem zwyczajnego pozwolenia przebijało się przez głos.

— Bo nie i nie dyskutuj.

— Chudy pozwolił…

— Chudy nie ma nic do gadania. Ja decyduję, zrozumiałeś?

— Tak…, ale Gruby!

Podszedł do Noaha, zaciskając dłonie na jego ramionach. Przybliżył swoją twarz do twarzy chłopca.

— Nie wyjdziesz dzisiaj. Jutro też nie, a potem zobaczymy. Jeśli mówię nie, to znaczy nie i nigdy więcej ze mną na ten temat nie dyskutuj.

— Gruby — szepnął.

— Nie proś — naciskał.

Noah zamilkł. Gruby był dzisiaj jakiś inny, zdenerwowany, niespokojny. Odpuści jeden wieczór, może jutro da się pogadać.

— Idź do siebie.

Gruby dysponował łagodnym głosem, lecz potrafił być bardzo stanowczy. Noah westchnął, odwracając się na pięcie. Zamknął drzwi, odcinając się od świata. Ten kąt stał się jego pokojem. Chłopaki przemalowali go na niebiesko-szaro, przemeblowali, miał tu parę swoich rzeczy. To sprawiło, że cztery ściany stały się bardziej przytulne. Popatrzył z tęsknotą za okno, po czym położył się spać, czując nagłe zmęczenie.


…


— Dlaczego nie pozwoliłeś? — zapytał Chudy, niemniej zdziwiony decyzją niż Noah. Zwykle to on zakazywał, a kolega pozwalał na więcej.

Gruby podszedł do okna, ciężko wspierając się o parapet.

— Tamci znowu wyszli… — Zamilkł, wpatrzony w dal, jakby przez budynki za oknem mógł zobaczyć to, o czym mówił. — Oni coś szykują. Jeszcze wielu im zostało…

— To nie powód, żeby zabraniać…

— Oni nie odpuszczą — przerwał.

— Dlaczego to robisz? — Chudy wciąż nie pojmował zachowania kumpla.

Gruby dotknął ramienia pod obojczykiem, spoglądając koledze głęboko w oczy.

— Dbam o jego szansę — wyszeptał.

Treg — Lata Temu

Michel robił obchód, kiedy Treg przyszedł do domu. W porę jednak wrócił i zatrzymał przyjaciela w połowie drogi do pokoju. Treg stał tyłem, lecz nietrudno zgadnąć, co się stało. Jego bluza była brudna, opierał się o poręcz schodów zbyt mocno, drugą ręką uciskał brzuch.

— Treg?

— Michel, nic nie mów. Wiem, miałem dzwonić wracając późno. Nie wziąłem telefonu i wolałem nie zawracać ci głowy.

— Zejdź do mnie.

— Po co? Przepraszam.

— Nie przepraszaj tylko przyjdź.

Niechętnie zszedł ze schodów, stając przed kolegą ze spuszczonym wzrokiem.

— Jezu. — Michel starł łzy z opuchniętych policzków chłopaka.

Treg zagryzł rozciętą wargę, nadal namiętnie oglądając podłogę.

— Patrz na mnie. Nie będę krzyczał, to twój wybór co robisz, jesteś dorosły. Ja po prostu nie chcę, żebyś wracał do domu w takim stanie.

Podniósł głowę, zerkając prosto w smutne oczy przyjaciela. Michel posadził go w kuchni, podając lód. Zmył delikatnie zaschniętą krew z twarzy, nakazując się umyć. Kilka minut później wparował do pokoju, bacznie obserwując kolegę siedzącego na łóżku z lodem przytkniętym do policzków. Całe ciało pokrywały siniaki i otarcia. Nie chciał wiedzieć, jak to będzie wyglądać rano.

Palcami złapał brodę przyjaciela, unosząc mu głowę. Oglądał jego twarz, odwracając w dwie strony. Później zabrał lód i wyszedł, rzucając na odchodnym:

— Idź spać, odpoczynek dobrze ci zrobi.

Treg nie znosił, kiedy Michel traktował go ostro, niczym nieodpowiedzialne dziecko, ale był starszy i tym razem miał świętą rację.

Rozdział 5
Wiosna

Chudy wszedł cichutko do pokoju Noaha. Spojrzał na chłopca leżącego na wersalce z zamkniętymi oczami. Oddychał spokojnie i miarowo. Wyglądał na śpiącego, ale Chudy nie był pewny, czy tak jest naprawdę. Mógł nie słyszeć kroków albo udawać. Gruby i on dawno przekonali się, jakim jest świetnym aktorem i doskonale to wykorzystywał. Wyrobił sobie tę sztukę do perfekcji.

Na biurku walały się rysunki samochodów, przekroje części, gazety dotyczące napraw i poradniki mechaniczne. Przerzucił wzrok z biurka na chłopca i z powrotem. Cały ojciec.

Podszedł do okna na palcach na wszelki wypadek, gdyby Noah jednak spał. Długo spoglądał przez szybę, a słońce ogrzewało twarz. Pogoda robiła się coraz piękniejsza. Bardzo chciałby cieszyć się nadchodzącą wiosną.

Nie potrafił. Nawet jeśli nic się nie działo, wciąż czuł się przytłoczony. Szczególnie od momentu, kiedy Gruby po raz pierwszy nie pozwolił Noahowi na wyjście. Teraz robił to coraz częściej. Nie było bezpiecznie, nigdzie, nawet w domu. Choć sytuacja zdawała się nie ulegać zmianie, przewidywał brak spokoju.

Marvos nie odpuści, nie odwoła tamtych, dopóki nie zaprowadzi porządku. Ładu, polegającego na niszczeniu, zabieraniu, oddzielaniu i jeszcze raz zabieraniu; zabieraniu rzeczy, bliskich, odbieraniu marzeń, godności, wszystkiego, czego człowiek najbardziej potrzebował.

I właśnie dlatego Marvos nie mógł wygrać. Nie mógł, bo on, Gruby i inni ulicznicy kochali tę ziemię i ten świat. Pozostawali ulicznikami z krwi i kości, a to oznaczało, że odebranie im godności jest niemożliwe a tego, co materialne, nie oddadzą bez walki. W ten sposób wojna będzie trwać wiecznie.

Nie to psuło humor każdego ranka. Najbardziej dotykało patrzenie na dzieci nie mogące spełnić swoich marzeń, na odbierane szanse na to, co dla ludzi z Ashes jest oczywiste. Chudy nie ujmował nikomu inteligencji i wiedzy, wręcz przeciwnie. Pojmował, że możliwość nauki dla dzieciaków to cenny skarb zabrany dawno temu.

Nie byłoby nic złego w tym, żeby oczekiwały od życia czegoś więcej. Miały mnóstwo talentów, pasji, ale dla siebie. Coś pięknego, lecz równie piękne byłyby doceniane przez innych, pokazując swoje talenty i dzieląc się pasją. Wspomagane, wspierane rozwijałyby się z większym zaangażowaniem. To nigdy nie zostanie zrealizowane. To raniło najbardziej i sprawiało, że czuł się przeraźliwie stłamszony — brak sensownej przyszłości, chyba, że pod jarzmem miasta. Marvos całkowicie zlikwiduje Ulicę, zmiecie ich z powierzchni ziemi, naznaczy i zostawi samych sobie.

Pustkę wypełniały niespełnione marzenia, ideały i wartości, które umarłyby w innym świecie, a tu żyły, bo każdy od maleńkiego ich potrzebował. Wyznaczały szlak, dawały nadzieję, dla nich chciało się żyć, ożywiały duszę i serce.

Chudy uśmiechnął się do siebie, zmieniając pozycję. Odwrócił się do środka i zapatrzył na Noaha. Wierzył, że chłopiec upora się z przeciwnościami teraz i kiedyś z następnymi. Miał takie samo szczęście i nieszczęście należeć do Ulicy. Wyłącznie od niego zależało, od której strony spojrzy na ten świat. Czy pokocha Ulicę, czy rozdmucha iskry w sercu, czy też zasypie je piaskiem.

Noah przekręcił się na bok i dla Chudego stało się jasne, że nie śpi. Ciekawe, ile wytrzyma, zanim postanowi wyrzucić go z pokoju. Nie minęło pięć minut, a usłyszał pomruk chłopca.

— Mam wstać?

— Niekoniecznie. — Odwrócił się z powrotem do okna. Zapanowała cisza. Najwyraźniej nie przeszkadzał zbytnio.

W końcu Noah podniósł głowę, spoglądając na Chudego jednym okiem.

— Sterczysz tu, bo masz mi coś do powiedzenia, czy chcesz sobie postać?

— Sprawdzałem, czy śpisz, czy udajesz. — Podniósł kącik ust.

— A wyglądam jakbym udawał?

Nie wyglądał. Był mocno zaspany i najwidoczniej pragnął ponownie zapaść w drzemkę, co skutecznie utrudniał swoją obecnością.

— Jutro robimy porządek w rupieciarni. — Zrezygnował z drażnienia młodszego kolegi.

Noah skinął głową, oczy same się zamykały. Powoli przyzwyczajał się do codziennej pracy. Mimo to był dzieckiem i organizm domagał się sporej ilości regenerującego snu.

Chudy dał spokój, wychodząc z pokoju. Natknął się na Grubego, zmierzającego w kierunku pokoju dziecka.

— Co młody robi?

— Śpi. Co potrzebujesz?

— Nic konkretnego.

— To nie idź, zamęczyłeś go dzisiaj. Niech śpi.

— Aż tak?

— Nie ma dwunastu lat i wozi z tobą towary budowlane, nie dziw się!

Gruby wcale się nie dziwił. Sam porządnie się zmęczył, za to zarobił więcej kasy, bo Noah pomagał. Zerknął przelotnie na zegarek. Słońce dobrze nie zaszło, ale więcej odpoczynku im też się przyda.

Treg — Lata Temu

Jeff czekał w warsztacie ze stosem papierów do wypełnienia. Niektórzy klienci życzyli sobie dokładnego sprawozdania z przebiegu zlecenia i kosztów. Czasem przesadnie dokładnego. Nie ufano ulicznikom, choć ten warsztat uchodził za wyjątkowy — latami wyrabiał najlepsze opinie sam, potem wspólnie z Tregiem. Chętnie wypisałby to samodzielnie, ale nie miał pojęcia, co pracownik robił z samochodami.

Treg bez słowa usiadł na kanapie postawionej w biurze dla klientów i zaczął na kolanie uzupełniać linijki, opierając nogi o stolik. Mężczyzna usiadł w fotelu naprzeciwko, obserwując.

— Nie patrz na mnie w ten sposób, Jeff.

— Wybacz, coś mnie zastanawia.

— Co? — spytał, dobrze znając odpowiedź. Podniósł wzrok znad dokumentów, przenosząc na mężczyznę.

— To. — Szef wskazał palcem na brew a po chwili na policzek pracownika. — I to.

— Oczekujesz, że co ci powiem? To Ulica, takie wypadki zdarzają się codziennie.

— Kto?

— Co kto?

— Kto ci to zrobił? — Jeff nachylił się, opierając łokcie na kolanach i składając ręce.

— To takie ważne?

— Dla mnie tak.

Treg rzucił papiery, udając się do wyjścia. Mężczyzna zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

— Jeff proszę, nie pierwszy, nie ostatni raz.

— Dam ci spokój, powiedz mi jedno. Czy to Kris?

— A jeśli tak, to co? — Odepchnął go, szybkim krokiem idąc za warsztat.

Kris był synem Jeffa. Mężczyzna miał siedemnaście lat, jego dziewczyna szesnaście, kiedy się urodził. Dwa lata później na świat przyszła Lily — siostra Krisa, a matka porzuciła ich, nie dając sobie rady z macierzyństwem w młodym wieku. Jeffrey kochał dzieci ponad wszystko, wychowywał należycie, ale dorośli, a ich czyny od lat kierowały się w niewłaściwą stronę. Prawie nigdy się nie widywali, odkąd syn zaczął współpracować z miastem, a Lily żyła własnym życiem, czasem spełniając prośby brata o uwiedzenie jakiegoś chłopaka, by przeszedł na ich stronę.

Treg krzyknął cicho, bo szef złapał go za rękę. Obtarta twarz to nie jedyna pamiątka minionej nocy.

— Przepraszam. Czy to on? — szepnął.

— To on, zadowolony?

— Mogę ci jakoś pomóc?

— Nie. Nie przejmuj się tym, ciebie ta wojna nie dotyczy. W ogóle nic mu nie mów, bo dostanę jeszcze za ciebie.

Jeffrey spokojnie pokiwał głową. Treg położył mu dłoń na ramieniu.

— Zapomnij. Lepiej zobacz to.

Wyjechał autem biznesmana z garażu, pozwalając szefowi zachwycać się rysunkami.

— Cudo. Jeśli go nie zechce, to odkupię. Szkoda, żeby takie arcydzieło się zmarnowało.

Treg roześmiał się szczerze.

Rozdział 6
Sprzątanie

— Noah wstawaj! Naprawdę muszę cię codziennie budzić?!

Chłopiec otworzył oczy. Chudy stał pochylony nad łóżkiem, a potem odprawiał swój rytuał, otwierając okno i ściągając kołdrę.

— Która godzina?

— Siódma. Wstańże. Chłopaki dzisiaj przychodzą, lepiej zdążyć z porządkami przed nimi.

— Za wcześnie. — Zakopał się z powrotem pod kołdrą, nakrywając głowę poduszką.

— Od jutra stawiam ci tu budzik. Masz się nauczyć wstawać. — Wyszedł, mając nadzieję, że jednak się zbierze.

Nie stało się wedle oczekiwań i pół godziny później pojawił się w pokoju Noaha. Sam wyspałby się do południa. I mimo młodszego wieku Noaha i chęci zrozumienia, dziś nie mógł znieść widoku smacznie śpiącego dziecka, gdy on od dawna stał na nogach.

— Noah! — wrzasnął, natychmiast wyrywając go ze snu. Na siłę wyciągnął go z łóżka. — Masz pięć minut. Złaź na dół, bo zobaczysz tu Grubego! — Trzasnął drzwiami. On też nie miał dzisiaj dobrego dnia.

Noah ubrał się w pośpiechu, wreszcie przytomniejąc. Nie zamierzał sprawdzać, czy Chudy naprawdę przyśle tu wielkoluda. Ostatnim razem zagroził, że spłucze mu głowę w kiblu, jeśli nie wstanie. Okazja do spełnienia groźby się nie nadarzyła, a jemu nie uśmiechało się dawać ku temu powodów. Nie minęły trzy minuty, a stał na dole.

Spojrzał tęsknie w stronę kuchni i niechętnie podążył za czekającym starszym kolegą. Jęknął, stając przed schowkiem. Wybrali sobie najgorszy dzień na porządki.

Niemniej pomógł wyrzucić wszystkie graty na zewnątrz. Samo doprowadzenie środka do jako takiego stanu, zajęło czas do południa. Przejrzeli sprzęty, część wyrzucili, większość okazała się sprawna i potrzebna. Teraz należało je tylko poukładać. Tylko… albo aż. Noah zerknął na podwórze. Widok nie ucieszył.

— Siwy idzie — mruknął.

Chudy bezradnie omiótł wzrokiem rzeczy walające się na ziemi.

— Dokończę — zaoferował Noah.

— Na pewno? Dasz sobie radę?

— Pewnie — odpowiedział, mimo iż wizja zostania z tym samemu nie napawała entuzjazmem. Widział po minie Chudego, że nie chce obarczać go kończeniem, a z drugiej strony takiej propozycji oczekiwał. Trudno, jakoś to ogarnie.

— Dzięki. — Rzucił rękawiczki, powolnym krokiem odchodząc w stronę domu.

Noah westchnął, siadając na odwróconym wiaderku. Nie lubił złażących się chłopaków. Dziewczyny rzadko przychodziły. Od niepamiętnych czasów jedynie przemykały przez życie Ulicy — to męski, brutalny świat. Nie akceptował sposobu w jaki chłopaki współpracowali. Mieszkali w okolicznych domach. Od czasu do czasu schodzili się zawsze tutaj, żeby omówić tajemnicze interesy, czy czym tam się zajmowali. Chłopaki nie dopuszczali go do zebrań, chroniąc od ciemnej strony Ulicy.

Poza jednym dniem spotkań praktycznie nie kontaktowali się ze sobą. Ich stosunki były bardzo ogólne, czasami nawet oziębłe. Noah tęsknił za domem, murem, bramami, domkami, podwórkiem i jednym wielkim budynkiem. Pamiętał, że całość otaczał szeroki mur, a wchodząc przez pierwszą bramę, docierało się na ogromne podwórze pełne kurzu. Po prawo stał wielki budynek nazywany szpitalem, bo tam urządzono w piwnicy łóżka dla rannych i chowano broń. Reszta pięter stała pusta.

Na lewo na sporym placu stały domki. Dwanaście albo trzynaście — nie pamiętał. Maluteńkie, składające się z pokoju, czegoś co niegodnie nosiło nazwę salonu, kuchni i łazienki, oraz małego podpiwniczenia na piecyki z gazem. Tam mieszkali ludzie chronieni przez Trega. Idąc dalej przechodziło się przez kolejną bramę wciśniętą w drugi mur. Otaczał on mniejsze podwórze złożone z pustej żwirowanej przestrzeni z piętrowym budynkiem, w którym mieszkali oni. Tata, mama, najlepszy przyjaciel taty Michel i reszta ekipy. Łącznie siedmioro, niektórzy później z parami. Ojciec nigdy nie umniejszał roli kobiet w życiu Ulicy, szanował, jeśli zajmowały się domowymi sprawami czy pracą i szanował, jeśli chciały wychodzić w teren.

Z tego co wyciągnął z chłopaków, ponoć zginęli w ten sam dzień, co Treg. Dobrze zaplanowany atak przez Krisa za zgodą zwierzchnika miasta. Chciał, żeby wymordowali się wzajemnie. Pozabijali wiele osób, zwłaszcza tych, którzy przeszkadzali. Przeszył go dreszcz. Żyli szczęśliwie, zanim to się stało.

Tata poznał mamę, bo uratowała go od natrętnej siostry Krisa, potem także na wyścigach. Ona też jeździła — wcześniej, zanim on się urodził. Pamiętał, jak strasznie krzyczała na tatę, kiedy dowiedziała się, że zabiera go na wyścigi. Uczył się pilotowania i kochał to. Oboje dostali wtedy szlaban, a potem Tara złagodniała i pozwoliła na to szaleństwo. Wytarł łzy z policzków.

Niewiele spędził tam czasu, a zebrał mnóstwo wspomnień. Tęsknił za tamtym światem, tamtymi ludźmi, za czystą przyjaźnią, ciepłą atmosferą i rodziną, w której skład wchodzili wszyscy. Drużyna i ludzie z domków. Tamto ogromnie różniło się od tego systemu.

Noah nie potrafił wyobrazić sobie tych ludzi wspólnie pracujących, bawiących się i będących ze sobą cały czas. Przy takich stosunkach niemożliwe były jakiekolwiek więzi, pomoc na dobre i na złe. Na pewno nie daliby rady stanąć za sobą murem, dać sobie rękę uciąć za drugiego, życie za siebie oddać, bo do tego potrzebne jest bezgraniczne zaufanie, a jego nie ma bez więzi.

Ojciec wpajał mu zasady wraz z przyjaciółmi dzień w dzień, bez względu na to, ile z nich rozumiał będąc dzieckiem. Pokazał należyte życie. Noah nauczyłby Grubego i Chudego i resztę chłopaków. Brania i dawania szczerych uczuć. Nikt go nie posłucha, tu nie słuchało się dzieci.

Kiedyś wróci na swoją ulicę i zacznie od nowa, znajdzie swoich ludzi, stworzy swój dom. Porządny dom. Zbudowany na uczuciach, nie interesach.

Zerknął na podwórze. Zebrali się i rządkiem pakowali do domu. Pięcioro, siedmioro z Grubym i Chudym. Podwórze opustoszało, więc wziął się do roboty. Szło mozolnie. Gdy jakimś cudem poukładał graty, nastało późne popołudnie. Umierał z głodu. Nie słyszał, żeby chłopaki wychodzili, posiedzenie musiało trwać nadal; ciekawe o czym rozprawiali.

Ściskało w żołądku. Najpierw się umyje. Wrzucił wiaderko do środka, zamykając schowek. Otrzepał ręce. Nareszcie. Nigdy więcej nie zgłosi się na ochotnika do takiej roboty. Niektóre sprzęty sporo ważyły i umieszczenie ich na odpowiednim miejscu kosztowało niemało wysiłku.

Przejrzał się w łazienkowym lustrze. Wyglądał niczym nieboskie stworzenie. Wszedł pod prysznic. Strumienie pioruńsko zimnej wody spływały po ciele, krew zaczęła szybciej krążyć. Piecyk wiecznie się psuł, przynajmniej raz na trzy miesiące. Zakręcił kurek. O wiele lepiej, choć gorąca woda byłaby korzystniejsza na obolałe mięśnie.

Rzucił brudne ciuchy w kąt pokoju, ubierając inne. Nie miał siły nawet podnieść ręki, ale ssanie w żołądku dominowało nad potrzebą odpoczynku. Zszedł do kuchni prosto do lodówki. Pusto. Rozejrzał się po szafkach. Na stole leżały papiery. Przejrzał. Same rachunki i faktura za naprawienie piecyka. Westchnął. Wolał pasztet niż ciepłą wodę. Zatrzymał Chudego zmierzającego do toalety.

— Nie ma nic do jedzenia! — krzyknął.

— Nic nie poradzę.

— Jestem głodny!

— Trudno. — Chudy wzruszył ramionami i znikł.

— Serio? — Opadł na krzesło, opierając czoło o blat stołu.

Treg — Lata Temu

Treg siedział w ulicznym klubie. To cud, że coś takiego funkcjonowało. Przychodził tu, pragnąc zagłuszyć myśli dudniącą muzyką. Obserwował bawiących się ludzi, ciesząc się, że Kris i jego szurnięta paczka od dłuższego czasu nie zakłóca spokoju.

— Cześć, Treg! — Rozmyślania przerwał głos machającej przed oczami dziewczyny.

— Cześć — burknął niezadowolony z niechcianego towarzystwa.

Obserwował Lily dosiadającą się do stolika. Zdawał sobie sprawę, po co przyszła. Kris chciał go po swojej stronie. Jemu odmawiał, to wysyłał siostrę. Była ładna, naprawdę ładna i intrygująca. Wielu mężczyzn jej ulegało. Gdyby nie drażniła charakterem, może i jemu poprzestawiałyby się klepki.

— To nie jest dobre miejsce na rozmyślania.

Treg przewrócił oczami. Zaczyna się. Próbowała dosięgnąć go przez stolik, a potem przysunęła krzesło bliżej.

— Było, dopóki się nie pojawiłaś.

— Ach tak! — Wydęła wargi. — Zapomniałam, jaki potrafisz być miły. — Nawinęła na palec sznurek od bluzy chłopaka, przeciągając z jednej strony na drugą.

Treg złapał ją za nadgarstki. Poprawił kaptur, rzucając przelotne spojrzenie.

— Nadal tu jesteś?

— A co, nie lubisz mnie?

— Nie. — Skrzywił się.

Oplatał chłód i zimne ciarki, kiedy wpatrywał się w jej oczy w kolorze mrocznego indygo. Pomijając fakt, że łaziła za nim i dręczyła przy każdej okazji, pozostawała nieszkodliwa. Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.

— No dobrze, nie złość się. Przecież wiesz, że mogę być twoja.

— Posłuchaj, daj sobie spokój…

— Ot tak — przerwała, pstrykając palcami.

Treg zabrał rękę, bo położyła na niej swoją dłoń.

— Kłopot w tym, że ja nie chcę. Dotarło?

Wstał z zamierzeniem wmieszania się w tłum. Lily jednocześnie bawiła go i irytowała. Popełnił błąd, wahając się, bo dziewczyna pchnęła go z powrotem na krzesło i usiadła mu na kolanach, bezczelnie się uśmiechając.

— Co robisz? — spytał, wciąż nieziemsko spokojny.

— Jeszcze nic.

Treg skupił uwagę na znajomej postaci wśród tłumu na środku parkietu. Wrażenie, że zobaczył dziewczynę, która niedawno wygrała na wyścigach, wepchnęło się w serce. Po prostu wpakowała się na wyznaczony tor i uciekła, odsuwając szybę na sekundę, żeby pomachać. To chyba jakieś omamy.

— Dlaczego tam patrzysz? — Lily odwróciła mu głowę w swoją stronę.

Treg zapiął bluzę, którą rozsunęła. Skrzywił się, odtrącając jej rękę ze swojego policzka i zrzucił dziewczynę z kolan.

— Czego… ode mnie… chcesz?

— Niczego, za to ty możesz żądać ode mnie…

Treg poszedł w tłum z Lily uczepioną jego bluzy. Odpychał ją aż wreszcie nie wytrzymał.

— Nie zbliżaj się do mnie — warknął. — Nie wiem, co sobie ubzdurałaś w związku z moją osobą, ale przestań! Jesteś gorsza niż Kris!

Zawrócił spod wyjścia świadomy, że jeśli wyjdzie, pójdzie za nim. Nie dopuszczał dziewczyny bliżej niż na odległość ręki, intensywnie myśląc nad pozbyciem się jej. Ponownie odepchnął Lily, rozpaczliwie poszukując pomocy. Przeszła mu ochota na siłowanie się z tą wariatką.

Niespodziewanie z sytuacji wybawiła mała brązowooka postać. Treg nie protestował, kiedy podbiegła i stając na palcach cmoknęła go w policzek. Z uśmiechem patrzył na zdezorientowaną twarz Lily, gdy nieznajoma pociągnęła za sobą do wyjścia. Nie mylił się. Była tu…

Rozdział 7
Kradzież

Długo bawił się rachunkami, w końcu wstał. Z rękawa jedzenia nie wytrzepie. Zerknął na zegarek. Siedemnasta. Dwie przecznice stąd powinni sprzedawać na bazarze. Wybiegł z domu, w połowie drogi uświadamiając sobie, że nie ma ani grosza. Nie posiadał nic wartościowego, ale był głodny. Diabelsko głodny.

Przeszedł między stoiskami z burczącym brzuchem. Kręciło mu się w głowie od towaru i cen. Zszedł w boczną uliczkę, obserwując zamieszanie przy jednym ze stanowisk. Założył kaptur, pozwalając myślom w szaleńczym tempie przemykać przez głowę. Nie zdołał uchwycić żadnej.

Po prostu wepchnął się w tłum, przechodząc pod ręką jakiegoś pana. Ułamek sekundy zajęło sięgnięcie pomiędzy dwojgiem ludzi. Odszedł spokojnie z bułką w ręce. Wszedł w jakiś zaułek, siadając na ziemi. Powoli, prawie celebrując moment, ugryzł bułkę — słodką, z jagodowym nadzieniem. Pycha. Po tygodniach żywienia się pasztetem smakowała wybornie. Zjadł kilka gryzów, uświadamiając sobie własną głupotę.

Musiał coś jeść. To, co zrobił, było nie fair, ale… ale przydałoby się wziąć coś dla Chudego i Grubego. Poprawił kaptur, wychodząc na ulicę… Nie powinien, chociaż w tym momencie nic go nie powstrzymało. Następnym razem dobrze coś takiego zaplanuje. Następnym, bo teraz nie miał czasu na myślenie.

Czuł nieodpartą pokusę i gdy sprzedawca odwrócił się, pakując skrzynki do samochodu, zabrał ze stosika reklamówkę pełną bułek. Udałoby się, gdyby nie inny drący się sprzedawca, pokazujący na niego palcem. Noah przyspieszył. Obejrzał się na głównej ulicy.

Sprzedawca biegł za nim, a dalej majaczyła postać drugiego. Uciekał, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Brakowało sił. Poczuł silne szarpnięcie za kaptur. Prawie się przewrócił. Złapał oddech, bo kaptur przydusił. Mężczyzna krzyczał coś w nieznanym języku i szarpał, próbując odebrać reklamówkę.

Odsuwał rękę ze zdobyczą. Nie odda. Zamachnął się, uderzając sprzedawcę łokciem w żebra. Mężczyzna skulił się, lecz nie puścił. Gwałtownym ruchem odwrócił chłopca do siebie, wymierzając policzek. Noah zebrał się w sobie, wyrywając się. Nie pozwolił ponownie się złapać. Wypracował sporą przewagę, gdy wyrósł przed nim drugi mężczyzna. Pewnie przeszedł bocznymi uliczkami.

Chłopiec wpadł wprost na niego. Facet o posturze Grubego zacisnął palce na nadgarstku dziecka. Noah zacisnął usta i wyciągnął rękę z bułkami poza zasięg sprzedawcy. To jego.

— Oddaj mały, zanim zrobię ci krzywdę.

Noah nawet nie drgnął. Nie miał najmniejszego zamiaru. Obejrzał się. Drugi sprzedawca szedł spacerkiem pewny, że złodziej nie umknie. Nadgarstek zabolał.

— No mały…

Minęła wieczność, nim właściciel bułek stracił cierpliwość. W sekundę Noah stał tyłem z ręką wykręconą za plecami. Szybko zakręcił reklamówkę na drugiej ręce, przytulając do siebie. W wykręconym ramieniu rwało.

— Dziecko, oddaj to — usłyszał nad swoim uchem.

Pokręcił głową.

— Naprawdę nie chcę złamać ci ręki, ale zrobię to.

Oczy Noaha zaszły łzami. Bolało, piekło.

— Oddaj.

— To puść.

— O nie, co to to nie. Najpierw oddaj!

Mężczyzna szarpnął ręką, wywołując przeszywający ból. Noah wrzasnął. Uścisk natychmiast zelżał. Sprzedawca najwyraźniej wystraszył się, że przesadził. Chłopiec wykorzystał wahanie, uderzając łokciem. Wyrwał się, ruszając biegiem przed siebie.

Oglądał się na goniących mężczyzn. Ten dzień za dużo kosztował. Skręcił w bok wprost w ślepą uliczkę zakończoną siatką. Odetchnął głęboko, da radę. Przerzucił reklamówkę, wspiął się na siatkę i przeskoczył, raniąc przedramię o drut. Wbiegł do najbliższego budynku, potem schodami na płaski dach. Padł bez tchu.

Udało się. Szkoda, że jego energia bliska była zeru. Podczołgał się pod krawędź — widok na zaułek, gdzie mężczyźni niezdarnie próbowali pokonać siatkę. Z uśmiechem oglądał to komiczne przedstawienie. Palcami odłamując kawałki bułki, wpychał je do ust.

Spojrzał na piekące zadrapanie na ręce. Nieznaczna strużka krwi zdążyła zaschnąć. Naślinił palca, zmywając ją ze skóry. Git. Dobre pięć minut później sprzedawcy odeszli, rezygnując z szukania innej drogi.

Delektował się smakiem bułki. Rozumiał, że nie zrobił dobrze. Niewiele brakowało, a trud włożony w zdobycie jedzenia dla chłopaków poszedłby na marne. Dobrze, że szczęście go nie opuściło. Adrenalina też zrobiła swoje.

Gdyby nie pulsujący ból w nadgarstku i ramieniu uznałby, że akcja w pełni się powiodła. No i ten piekący policzek. Ma, co chciał, pora wracać do domu. Całą wieczność zajęło schodzenie na dół. Każdy krok po schodach nadwyrężał ledwo pracujące mięśnie.

Dotarł do domu z niemałym trudem. Chłopaki właśnie wychodzili. Przecisnął się pomiędzy nimi, rzucając bułki na kuchenny stół. Oczy same się zamykały. Przyda się kolejny prysznic. Cicho przemknął do łazienki. Odkręcił kurek. Woda uderzyła w ciało. Ciepła. Zapłacił dzisiejszym dniem za tę przyjemność.

Stał, pozwalając wodzie lać się prosto na głowę. W tym czasie głosy umilkły i w domu zrobiło się zupełnie cicho. Zakręcił kran, słysząc wołanie Chudego. Wytarł się w pośpiechu i wparował do kuchni.

— Powiedz, skąd to wziąłeś? — Wskazał na bułki noszące ślady nadgryzień.

Noah milczał.

— Fajnie, że o nas pomyślałeś, ale powiedz następnym razem, że wychodzisz. A po drugie sam wytłumaczysz skąd wziąłeś bułki, czy mam ci zadawać konkretne pytania?

Chłopiec westchnął głęboko. Zwlekał jakiś czas, ale Chudy wpatrywał się w niego tak uporczywie, że w końcu opowiedział o dokuczliwym głodzie.

— … ukradłem — dokończył szeptem.

— Powinieneś iść za to zapłacić i wiedz, że nie każę ci tego zrobić wyłącznie ze względu na konsekwencje. Zabiliby cię, o nic nie pytając i nie przyjmując zapłaty. Następnym razem po prostu wytrzymaj, dobrze?

Noah przytaknął. Klapnął ciężko na krzesło. Miał serdecznie dosyć dzisiejszego dnia.

— Głód cię nie zabije, przynajmniej nie od razu. Oni mogli, Ulica mogła.

Chłopiec ponownie pokiwał głową; rozumiał. Chudy położył mu rękę na ramieniu.

— Dzięki, że sam dokończyłeś porządki.

— Nie ma za co.

Chudy spokojnie skierował się w stronę swojego pokoju. Noah przytulił policzek do blatu stołu. Morzył go sen. Nie zauważył Grubego siadającego obok. Zasypiał. Oprzytomniał, szturchnięty w bok.

— Młody, coś taki padnięty?

— Co za okropny dzień — mruknął.

— Eee, nie. Ciężko było, ale okropnie nie. Zostaw sobie to słowo na inny dzień, wierz mi.

Jęknął w odpowiedzi.

— Chodź spać. — Gruby postawił go na nogi i popchnął w stronę schodów. Sam udał się w przeciwnym kierunku, zaraz wracając po pieniądze. Trzeba kupić coś na jutro.

Noah padł na łóżko całkowicie wyczerpany, z pełną świadomością, że to nie ostatnia kradzież. Gdzieś za oknem przejechało sportowe auto, robiąc mnóstwo hałasu. Jutro sobotnie wyścigi. Po tej stronie Ulicy też się odbywały. Uzyskanie zgody na wyjście stało się priorytetem. Wieki nie uczestniczył w wyścigach. Przecież kochał ten sport.

Sięgnął po budzik przyniesiony przez Chudego i nastawił na szóstą. Jak się przypodoba, może łatwiej dostanie zgodę. Odstawił budzik i był to ostatni ruch, na jaki starczyło energii.

Treg — Lata Temu

Treg wracał do domu z wieczornego spaceru. Cieszył się ciepłem, a przede wszystkim idącą obok Tarą — trzymającą go za rękę dziewczynę z wyścigów. Układało się wystarczająco dobrze. Niedawno przeprowadziła się i mieszkała razem z nim i całą ekipą. Jej rodzice rozeszli się lata temu w niezgodzie, a opiekę nad nią przejął jej wuj, zupełnie nieporuszony decyzjami dziewczyny. Dogadywał się z mężczyzną, czasem go odwiedzali. Szli spokojnie w całkowitej ciszy, którą przerwało krótkie, niepewne pytanie kogoś obcego.

— Treg?

Chłopak zamarł. Zamknął oczy, czując coraz szybsze uderzenia serca. Ściskało w żołądku i wróciło to lekkie kłucie gdzieś pod żebrami. To niemożliwe. Wziął głęboki oddech i odwrócił się, puszczając Tarę.

— Mamo… — Ten krótki szept niemal rozdarł mu płuca.

— Witaj synu. Dobrze cię widzieć. Wyrosłeś. — Jej oczy lśniły od łez.

Tara rotowała wzrokiem, z zakłopotaniem przypominając sobie historię chłopaka.

— Może pójdziemy do domu? Tam porozmawiacie — zaproponowała w końcu.

Treg spojrzał na zapłakaną matkę, która uśmiechnęła się do dziewczyny i skinęła głową, przystając na propozycję. Chłopak milczał całą drogę. To się miało nigdy nie wydarzyć. Skoro już się stało, jakoś doprowadzi to do ładu. Poprosił kobietę, aby zaczekała w kuchni, a sam zamknął się w pokoju. Siedział na łóżku, przeczesując włosy palcami. Zakrył twarz dłońmi.

— Nie wierzę. Co mam zrobić? — Błagalnym wzrokiem szukał ratunku u Tary.

— Idź tam i porozmawiaj z nią. Powiem chłopakom, żeby się tu nie kręcili.

— Przecież to jakaś paranoja.

— Zrób to. — Cmoknęła go w policzek i wyszła.

Treg opanował się. Czekał na to od lat. Wolnym krokiem poszedł do kuchni, zamykając za sobą drzwi. Stał oparty o parapet, patrząc na matkę.

— Chciałbym… żebyś mi wszystko wytłumaczyła.

— Wszystko co?

To spotkanie nie będzie wymarzonym.

— Dlaczego nie powiedziałaś, że Ulica jest naszym domem? Dlaczego mnie nie szukałaś, dlaczego nie było cię całe lata i dlaczego pojawiasz się w tej chwili? — Ostatnie pytanie ledwo szepnął, zdając sobie sprawę z przypadkowości spotkania. Zaczepienie go było impulsem, nie chęcią kontaktu.

— Zamierzałam powiedzieć ci za parę lat. Nie było mnie, bo nie wiedziałam, czy chcesz mnie widzieć. Zniknąłeś, uciekłeś.

— Nie wierzę ci. Pojawiasz się i czego oczekujesz? W ogóle jak mogłaś pomyśleć, że nie chcę cię widzieć?! Jesteś moją matką! — Łzy zalewały twarz.

— Ty też się nie odezwałeś.

— Naprawdę uważasz, że to błąd? — Uwaga matki zabolała do głębi. — Miałem wrócić? Do czego, do kogo? Do Sama?! Uwierz, że gdyby można było cofnąć czas, postąpiłbym dokładnie tak samo!

— Nie krzycz, naprawię to.

— Nic nie naprawisz! Za późno. Krzyczę, bo wyrzucasz mi własne błędy. To TY mnie olewałaś; w domu i po ucieczce. Nawet nie wiesz, jak cholernie mi cię brakowało. Byłem dzieckiem, potrzebowałem cię, a ciebie nie było! Ale nie żałuję ani trochę. — Podciągnął rękawy ogarnięty falą gorąca.

Z trudem łapał oddech. Przekonał się o potwornej bolesności wspomnień. Sięgały niewyobrażalnie głęboko. Pożerały nie tylko umysł i serce, dotykały także duszy.

— Zmieniłeś się. — Zerknęła na tatuaż na jego przedramieniu.

Treg roześmiał się niewesoło. Pragnął, żeby to się śniło. Niestety to absurdalnie rzeczywisty sen.

— I to nie wiesz jak bardzo. Stałem się tym, kim nie chciałaś, żebym został. Mam tatuaż. Przeklinam. Mieszkam na Ulicy z równie niewychowanymi ludźmi i dobrze mi z tym!

— Wróć do domu.

— Nie.

— Dlaczego?

— Minęło osiem lat, nie dni. Rozumiesz? Dziewięćdziesiąt sześć długich miesięcy. Inaczej poukładałem sobie życie — dodał z naciskiem. — Mieszkam tu i zostanę. Zostanę z ludźmi, którzy nigdy mnie nie opuścili i tego nie zrobią, bo udowodnili to już nie raz. — Zagryzł zęby.

— Ale twój dom…

— Mój dom jest tutaj!

Odwrócił się, opierając ręce na parapecie. Połykał gorzkie łzy.

— Przepraszam. — Kobieta położyła dłoń na jego ramieniu. — Wybacz, że cię zawiodłam. —

Odwróciła się, ale Treg złapał ją za rękę i przytulił.

— Wybaczam mamo, ale wiedz, że nie zapomnę.

— Zrozumiałam. Tu jesteś szczęśliwy. Nie zapomnij o mnie, proszę.

— Nigdy.

Kobieta wyszła niedługo później. Nie mógł zadzwonić, bo mieszkała w bogatych dzielnicach. Połączenia od lat blokowano, planowano oddzielić Ulicę siatką i pilnowanymi przejściami, on omijał miasto szerokim łukiem, a ona nie wróciła…

Rozdział 8
Starania

Dźwięk budzika brutalnie wyrwał Noaha z głębokiego snu. Zamknął oczy, potrzebując kolejnej godziny. Zaraz zerwał się z łóżka. Potrzebuje pozwolenia na wyjście, dziś wyścigi. Ubrał się i jęcząc, powlókł do łazienki. Włożył głowę pod kran, odkręcając wodę.

Lodowaty strumień zmył resztki snu. Spojrzał w lustro na zaróżowione policzki. Z uśmiechem zszedł na dół i przygotował śniadanie. Niecałe pół godziny później chłopaki pojawili się w kuchni, niemal padając z wrażenia. Nie dość, że Noah wstał przed nimi i siedział gotowy do współpracy, to zrobił śniadanie, a woda na kawę się gotowała.

— Noah, dobrze się czujesz? Jesteś chory? — Gruby zmarszczył brwi, słusznie podejrzewając przekręt.

Normalnie trzeba dźwigu, żeby wyciągnąć go z łóżka przez ósmą. Co nie zmieniało faktu, że bardzo ucieszył się z tego widoku. Dziś nawał pracy i zamierzał wykorzystać chłopca bez skrupułów. Będą przewalać towar. W weekend Jake płacił podwójnie.

— Dobrze, a co? — Pokiwał głową z entuzjazmem. Doskonale wiedział, że Gruby ogarnął o co chodzi.

— Młody, czy ty przypadkiem czegoś nie chcesz? — Bacznie przypatrywał się chłopcu sypiącemu cukier do kawy.

— No coś ty! — obruszył się. Naprawdę to widać? — Dziś zaczynam próbę zmiany trybu życia.

— Zmiany trybu życia? He. — Łypnął spode łba. — Dobre sobie. — Uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się, co też ten dzieciak wymyślił.

Noah dostrzegł kpiącą minę Grubego i postanowił wstawać co drugi dzień, żeby udowodnić bezinteresowność zapału. Obrażony wyszedł na podwórze.

Porządnie się znudził, gdy wreszcie przyszli. Chudy rozdzielił zadania i pracowali do południa. Potem Gruby pojechał z Noahem do siedziby firmy. Wrócili dopiero o dwudziestej. Zapadł już zmrok.

Noah pierwszy popędził do łazienki. Za godzinę zaczynały się wyścigi. Złapał Grubego niewiele później w kuchni. Otworzył lodówkę, zaraz z powrotem zamykając. Hajs hajsem, ale pasztet zbrzydł do tego stopnia, że pospiesznie wpakował w siebie chleb z masłem.

— Mogę dziś wyjść? — rzucił luźno.

— A po co? — Wielkolud wstał od stołu.

— Przejść się. Potrzebuję innej rozrywki niż brudzenie się w budowlance. — Spuścił wzrok pod podejrzliwym spojrzeniem Grubego.

— Użyczę ci telefonu, jeśli potrzebujesz rozrywki.

— Nie takiej — burknął.

— A jakiej?

— Chcę wyjść.

— Nie możesz.

— Proszę. — Jęknął błagalnie.

— Nie i nie proś więcej.

Noah otworzył usta, ale głośno nic nie powiedział; mamrotał coś pod nosem. Grubemu zrobiło się go żal.

— Posłuchaj. — Podszedł, kładąc mu rękę na ramieniu. — Naprawdę nie jest bezpiecznie. Nie robię tego, żeby cię zezłościć. Po prostu tam… — spojrzał wymownie na okno — dzieją się takie rzeczy… straszne rzeczy, że nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało.

Chłopiec trawił te słowa w milczeniu. Rozumiał. Rozumiał, ale dziś wyścigi.

— Zasłużyłem — szeptem podjął ostatnią próbę.

— Aaa, jednak rano miałem rację? — Uśmiechnął się łobuzersko.

— No nie. — Łzy stanęły w oczach. — Jesteś okropny, że nie wierzysz. A ja się starałem!

Gruby podniósł ręce w geście kapitulacji.

— Dobrze, już dobrze. Żartuję przecież. — Zmierzwił włosy Noahowi. — Widzę, że się starasz, doceniam, bo dużo się napracowałeś, ale mimo to nie pozwolę ci dziś wyjść.

Noah skrzywił się. Nie dał rady dłużej zatrzymać łez złości cisnących się do oczu. Gorące krople spłynęły po policzkach. Zacisnął zęby, szybko ścierając je wierzchem dłoni.

— Ale… — zaczął, natychmiast milknąc.

Gruby podniósł palec. Wystarczyło. Koniec dyskusji.

Treg — Lata Temu

— Gdzie byliście? — Zacięty wzrok żony nie wróżył Tregowi niczego dobrego. Powinna być z koleżanką, lecz ta odwołała spotkanie.

— Przejść się i na placu zabaw.

Tara wymownie postukała w zegarek na ręce. Dwudziesta trzecia. Wbiła wzrok w brudne ubrania i twarze zszarzałe od kurzu.

— Co masz w ręce? — Wzrok padł na kluczyki chowane za plecami. — Do domu.

Tara kucnęła koło chłopca, kiedy obaj stanęli przy schodach.

— Noah, powiedz mamusi, gdzie byliście?

— Na placu zabaw. — Wyszczerzył zęby w tryumfalnym uśmiechu.

— A naprawdę?

Noah spojrzał na Trega, nie wiedząc, po stronie którego rodzica stanąć. Mężczyzna skinął lekko głową.

— Ścigaliśmy się. I później na motorach, oglądaliśmy z bliska! — krzyknął podekscytowany.

Treg jęknął cicho. Tego miał nie mówić. Tara rzuciła mężowi nienawistne pojrzenie, nakazując synowi iść do pokoju. Pokazał matce brudne ręce.

— Potem umyjesz.

Szarpnęła Trega za rękaw, prowadząc do kuchni. Zamknęła za sobą drzwi.

— Słucham. — Oparła się o kuchenkę. — Uważasz to za dobry sposób wychowania dziecka?

— A czemu nie? To…

— Zabrałeś sześciolatka na nielegalne wyścigi! Domyślam się, że nie pierwszy raz. I te motory!

Treg przewrócił oczami. Jakby na Ulicy cokolwiek było legalne.

— Przecież go pilnuję, nie jestem idiotą.

— Ile ty masz lat?

— On to lubi.

— Pewnie, zwal na dziecko. Polubi co innego. Nie pozwolę, żeby zaraził się tym od ciebie. — Dźgnęła go palcem w klatkę.

— Chyba nie pamiętasz, że też to kochasz i nie próbuj zaprzeczać.

— Ja mogę bez tego żyć.

— Przepraszam, że mam pasję, z której nie umiem zrezygnować. — Machnął bezsilnie rękami.

— Wiesz, że nie o to chodzi. Proszę, byś nie wciągał w to Noaha.

— To pasja…

— To samobójstwo! Ile razy bałam się, że coś ci się stało, bo wróciłeś później? Ile razy umierałam ze strachu, bo miałeś wypadek? — krzyczała, a Treg odwrócił wzrok. — Ile razy otarłeś się o śmierć?! — Uderzała go palcem w tors z każdym pytaniem. — Nie puszczę go więcej do warsztatu.

— To nie przez to. Jeff uwielbia, kiedy Noah pomaga.

— Tak i dźga nożykiem — prychnęła.

— To był przypadek! Przyjrzyj się. Ma w pokoju kolekcje wszelkich samochodów, wymieni i rozpozna każde auto, wie, jak naprawić niektóre części, choć nie jest w stanie zrobić tego fizycznie. Jest cholernie zdolny.

— No i?

— Nie ja go nauczyłem. Ma talent i sam wybrał swoją pasję.

— Nie obchodzi mnie to.

Treg westchnął cicho. Zrezygnował z tłumaczenia, ile to znaczy dla ich syna i jaki jest szczęśliwy, kiedy Jo — organizator wyścigów — patrzy na niego z dumą. Po prostu nie chciała stracić ich obu w razie wypadku. Spojrzał na Tarę zalaną łzami z nerwów i złości. Ustąpił.

— Przepraszam. Nie wezmę go więcej bez twojej zgody. — Jego ton był spokojny i opanowany. Zrobi wedle obietnicy.

Rozdział 9
Okno

Chłopiec zamknął się w swoim pokoju, myśląc, co powinien zrobić. Bardzo zależało mu na wyjściu na wyścigi. Gruby doskonale wiedział, kiedy się odbywają i wiedział, jak bardzo to kochał. Mimo to, nie pozwolił. Noah rozumiał, że bez przyczyny nie upierałby się przy swoim, ale w taki sposób nigdy nie uzyska odrobiny wolności. Skończył dwanaście lat, a to na Ulicy sporo. Dziś się napracował — należała się nagroda.

Otworzył okno, oceniając wysokość. Schodząc bez asekuracji, ryzykowałby złamanie czegoś. Szybki przegląd pokoju pozwolił zrozumieć, że nie ma wyboru. Liczył na swój spryt.

Noce zawiewały chłodem. Ubrał najcieplejszą bluzę, jaką udało się znaleźć w szafie. Przydałaby się też lekka kurtka, ale wolał zmarznąć niż schodzić po nią na dół i narazić na odkrycie szatańskiego planu. Założył czapkę z daszkiem.

Grzebał zapamiętale po szafkach, szukając sznurka i nożyczek. Powinien jakoś zabezpieczyć okno, żeby nie narobiło hałasu. Sprawnie przywiązał sznurek do klamki okna. Z największą ostrożnością wspiął się na parapet. Gałąź najbliższego drzewa bujała się jakiś metr dalej. Przeskoczył, dostawiając nogę. Kucnął, nie tracąc równowagi. Usiadł na niej i pociągnął za sznurek, zamykając okno. Porządnie naciągnął przywiązując do gałęzi. Zszedł z drzewa. Ruszył w kierunku ulicy, prosząc w myślach, żeby chłopakom nie przyszło do głowy wyglądać przez okno. Poprawił czapkę i zarzucił kaptur. Pobiegł truchtem, ani razu nie oglądając się za siebie.

Na miejscu zebrało się sporo ludzi. W sumie to dobrze, będzie mniej zauważalny. Przepchnął się przez tłum, pytając jakiegoś mężczyznę o trasę. Nie będzie widowiska. Rozczarowanie przykryło radość, kiedy spoglądał na wyczekujący tłum. Większość gapiów nie dysponowała wiedzą o wyścigach i fascynował ich każdy przejazd. Ustawił się w najciekawszym punkcie.

Minęło maksymalnie pół godziny i koniec. Znał z doświadczenia coś zupełnie innego, inną adrenalinę przez całą noc, absolutnie uwielbianą i kochaną. Trudno. Zaspokoił swoje serce zaledwie odrobinę. Będzie zmuszony zapuścić się do dalszych przecznic, żeby pooglądać coś lepszego.

Wrócił do domu schowany w tłumie. Zerknął na drzewo. Sznurek na swoim miejscu, chyba nikt nie zauważył. Wdrapał się na górę, ostrożnie przechodząc do końca gałęzi. Ze sprawnością kota przeszedł na parapet i zeskoczył na podłogę. Sznurek odwiązał i starannie ułożył w szufladzie. Westchnął, siadając na krześle. Wreszcie odrobinę szczęścia.

Z chłopakami żyło się w porządku, choć gdzieś w głębi serca nie tego szukał na tym świecie. Byłoby o wiele lepiej na przykład z Michelem albo chociażby Setem, Mi, Lucy, albo Colinem, albo kimkolwiek z nieistniejącej ekipy. Zignorował ucisk w piersi. Zdjął bluzę i położył się do łóżka. Cieszył się, chociaż niedługo zapragnie więcej…

Treg — Lata Temu

Tara rozmawiała z Michelem w kuchni, kiedy Treg pojechał na finały. Spoglądała na zegarek, nerwowo tupiąc nogą.

— Michel, mogę pożyczyć twoje auto? — zapytała nagle.

— Pewnie. — Podał kluczyki.

Rzucił pytające spojrzenie. Nie dowiedział się, co planuje, bo kobieta wybiegła na podwórze. Zajechała autem pod dom i wpadła jak burza do pokoju syna.

— Noah, śpisz?

Siedział na łóżku, machając nogami. Czekał aż ojciec wróci.

— Ubierz się. Załóż ciepłą bluzę i wygodne buty. Czekam w samochodzie.

— Po co?

— Ruchy! Parę przecznic stąd ktoś cię potrzebuje. — Uśmiechnęła się.

Noah skoczył na równe nogi. Jego oczy błyszczały. Ubrał się w pośpiechu, w biegu zakładał bluzę, wpadając do auta. W drodze wiązał sznurówki, wpychając do butów. Nie zamierzał pytać o tę decyzję.

— Dzięki mamo — szepnął.

Chwilę później wparował do samochodu ojca ustawionego na starcie.

— Co tu robisz? Mama wie? — Treg doznał szoku.

Noah zapiął pas, odwracając się na siedzeniu. Wskazał palcem tylną szybę.

— Przywiozła mnie.

Treg zerknął w lusterko wsteczne. Nie wierzył.

— Ale trasa…

— Widziałem. Dam radę pilotować.

— Okej. — Powoli pokiwał głową.

Ponownie zerknął na Tarę, z niedowierzaniem kręcąc głową. Za bardzo ich kochała. Wyciągnął rękę, oczekując przybicia piątki.

— Prowadź z sercem. — Z dumą zerknął na syna.

— Jedź z rozumem, tato. — Wyszczerzył zęby w ulicznym pozdrowieniu.

Rozdział 10
Znowu

— Możesz dziś wyjść, Noah. — Gruby pierwszy odezwał się przy kolacji.

— A to nowość.

— Ostatnio wstajesz należycie, więc niech ci będzie. Wracasz o dziesiątej.

— Wcześnie. — Naburmuszył się. O tej godzinie najlepsze wyścigi dopiero się zaczną. — Ale zgoda.

Pobiegł uradowany do pokoju, uśmiechając się na myśl o legalnym wyjściu. Chłopaki nie wiedzieli, że co weekend znika z domu.

Obejrzał wyścigi w najbliższej przecznicy, niezmiernie nudne i mało ekscytujące, a potem grzecznie wrócił do domu. Stał pod drzwiami pokoju, podsłuchując dyskusję Grubego i Chudego. Chwalili go za wykonywane prace, słuchanie się, zrozumienie zakazów i dbanie o swoje bezpieczeństwo. Plus nauczył się wstawać.

Noaha dopadły wyrzuty sumienia. Ależ nieświadomi byli jego poczynań. Przez chwilę nosił się z zamiarem zejścia na dół i uświadomieniem ich, w jaki wielkim są błędzie. Wytłumaczyłby swoje postępowanie. Głupi pomysł. Wtedy musiałby objaśniać uczucia, których sam nie rozumiał.

Staraliby się zrozumieć, ale uraziłby ich. Najbardziej w świecie nie chciał ranić. Zawdzięczał chłopakom zbyt wiele. W tym momencie zdał sobie sprawę, że robi to z pięć, sześć razy w miesiącu. Czasem więcej. Jakby się poczuli, gdyby się dowiedzieli? A co, gdyby przyłapali go na wyjściu?

Nie potrafiłby kłamać w oczy, że to pierwszy raz. Nie daliby się nabrać, a on spaliłby się ze wstydu. Nie chcesz mówić to nie mów, ale nie kłam — usłyszał głos ojca w swojej głowie. Poczuł dreszcz na plecach.

Postępował źle, ale nie kłamał. Po prostu nie mówił, co robi nocami. Mieli wystarczająco dużo stresu, nie musiał dokładać kolejnych zmartwień. Uśmiechnął się kpiąco sam do siebie. Szukał racjonalnego wytłumaczenia, pozbywając się wyrzutów sumienia.

Poczekał troszkę i wyszedł z powrotem na ulicę swoim dobrze opanowanym sposobem. W tej dzielnicy wyścigi się skończyły. Dziś po raz pierwszy zapuszczał się dalej. Dużo dalej. Szybki spacer zajął ponad pół godziny. Było ciemno i dosyć chłodno. Niepewność towarzyszyła na samotnych ulicach, lecz nie odczuwał strachu. Wydawało się, że Ulica nie zrobi mu nic złego. Należał do niej. Ten świat nie krzywdził swoich dzieci.

Zimny dreszcz przebiegł po plecach. Świat nie, ludzie tak. Większość osób będących po tej lepszej stronie, gdzieś się pochowała. Nie otrzymałby pomocy. Brakowało kierownika, a samotnie nikt nie lubił walczyć. Nikt nie miał odwagi zacząć.

Uspokoił się, wchodząc w tłum zebrany na jednej z ulic. Sprytnie odnalazł osoby odpowiedzialne za organizację wyścigów. Dwóch przegoniło go, trzeci udzielił odpowiedzi na pytania, patrząc z zainteresowaniem. Chyba nie bardzo wierzył, że taki dzieciak może mieć o tym jakiekolwiek pojęcie.

Noah przywołał obrazy w głowie. Ciekawe, co ten człowiek powiedziałby, spoglądając na pilotującego sześciolatka. Odpowiadając na zaciekawienie mężczyzny, wyszczerzył zęby i grzecznie podziękował. Czuł jego wzrok, udając się w poszukiwaniu najlepszego punktu widokowego.

Tłum popychał, a Noah był zbyt wątły na skuteczne utorowanie drogi. No nie. Stanie z tyłu nie wchodziło w rachubę. Zobaczy chociaż jeden z fajniejszych kawałków trasy. Niewiele zostało do rozpoczęcia wyścigu. Zirytowany rozejrzał się dookoła, a na twarzy zagościł szeroki uśmiech. Że też wcześniej na to nie wpadł! Płaskie dachy górowały nad głowami, z rzadka przełamane przez spadziste. Z trudem przepchnął się przez ciżbę do najbliższego budynku.

Korytarz zawiewał mokrym chłodem i śmierdział papierosami. Wszedł po schodach na samą górę. Szczęcie dopisywało, stryszek otwarty. Po cichu, starając się nie zwrócić na siebie uwagi mieszkańców kamienicy, otworzył dachowe okienko. Zaraz przestał zachowywać ostrożność. Na zewnątrz panował taki gwar, że nikt go tutaj nie usłyszy. Wspiął się na dach — śliski, porośnięty sporą ilością mchu, a w dodatku spadzisty w tej części, na którą wyszedł. Nie starczyło czasu na kombinowanie. Krok po kroku dostał się na drugą stronę dachu i zeskoczył na nieco niższy, płaski daszek. Rozejrzał się. Stał na jakiejś przybudówce.

Z największą radością spostrzegł wspaniały widok. Spojrzał na dół na ludzi rozpychających się łokciami i szczerze się roześmiał. Jemu nikt nie przeszkadzał, widział stąd praktycznie całą trasę, a w dodatku był bezpieczny.

Nutka strachu wkradła się w serce, gdy przypomniał sobie sytuacje, kiedy kierowca traci panowanie nad autem. Na szczęście nie zdążył dotrzeć myślami do tych dramatycznych scen, bo uwagę zwróciły samochody podjeżdżające pod linię startu. Ależ cudowne!

Noah aż zachłysnął się tym widokiem. Kochał to. Stał z rozdziawioną buzią, czując, że mógłby zostać na tym daszku do końca życia. Ryzykował dla tych emocji.

Mógł stracić zaufanie chłopaków, swoje zdrowie, a nawet życie przychodząc tu samotnie. Jedynie po to, żeby usłyszeć ten dźwięk, to fenomenalne i rasowe brzmienie silników. Westchnął z tęsknotą. Żałował, że nie ma nikogo, z kim mógłby się tym podzielić.

Wolał stać tu samotnie niż wcale. Przez cały czas obserwował wyścig ani razu nie spoglądając na coś innego, nie marnował ani sekundy. Chłonął każdą minutę.

W pewnym momencie wzrok padł na mężczyznę, przypatrującego mu się z uwagą. Chłopiec zerknął ukradkiem — ten sam, który udzielał informacji o trasie. Długo go obserwował? Dopiero teraz Noah zdał sobie sprawę z lekkomyślnego postępowania. Najważniejszy okazał się widok na wyścig. Wystawił się przez to pragnienie całkowicie. Był bardzo dobrze widoczny, stanowił łatwy cel dla każdego chętnego. Kucnął natychmiast i położył się na dachu, nagle przeszyty strachem. Chłód podłoża nieco uspokoił, ale nie wstał do końca wyścigu.

Do domu wracał niemal biegiem. Roześmiał się w duchu przed budynkiem. Cóż za naiwność! Tak sobie robić, co mu się żywnie podobało. To się mogło źle skończyć. Całe szczęście nie dzisiaj.

Uspokoił oddech, wspinając się po drzewie prosto do pokoju. Wyjrzał przez okno, bojąc się, że ktoś za nim szedł. Dobrze znał te irracjonalne obawy. W ten sposób działała samotność w połączeniu z ciemnością. Dochodziła niepewność i słaba znajomość większości dzielnic.

Treg — Lata Temu

Treg z nieodgadnioną miną przyglądał się kolegom gaszącym samochód. Upomniał syna, żeby założył bluzę i zerknął na Tarę. Raz pozwoliła i taka akcja. Nic się nie stało, trochę dymu przed samą metą, ale jednak.

— Chyba wracamy na piechotę. — Kobieta złapała go za rękę, wpuszczając Noaha między nich.

Spojrzał na nią, lekko się uśmiechając. Nie złościła się. Zepchnął auto na bok, pożegnał z innymi i wrócił do rodziny. Ostatni raz zerknął na Jo — najlepszego kumpla z wyścigów i głównego organizatora. Szturchnął Noaha, żeby pomachał — lubili się. Poszli w stronę domu.

— Wyłącznie w soboty i chcę wiedzieć, jeśli coś się stanie. — Kobieta szepnęła Tregowi do ucha.

Mężczyzna uśmiechnął się, czując, że Noah staje na palcach. Wspierał się o jego rękę, chcąc usłyszeć, co mówią. Będzie wniebowzięty, słysząc o pozwoleniu na wyścigi.

— Dziękuję.

Podtrzymał zmęczonego Noaha. Wziął go na ręce, kiedy nie dał rady dreptać obok. Zasnął natychmiast na ramieniu taty. Rozbudził się, bo rodzice gwałtownie stanęli, a Treg postawił go na ziemi. Spojrzał na starszą kobietę, stojącą przed nimi.

— Witajcie.

— Może wezmę Noaha do domu? — szepnęła Tara, pełna obaw o skutki takiego spotkania.

— Nie trzeba. Daj sekundę.

Podszedł do kobiety, złapał ją za łokieć, zabierając parę metrów dalej.

— Czy to…? — Zerknęła na chłopca.

— Twój wnuk. Znów mnie olałaś. — Sucho stwierdził fakty.

Nie był zły, raczej rozczarowany. Nie żywił nienawiści do stojącej przed nim matki. Czuł głęboki żal i gorycz, że po raz kolejny zawiodła bliska osoba — nie przyszła nawet na ich ślub.

— Dostałaś zaproszenie? — spytał, choć nie miało to najmniejszego znaczenia. Skinęła głową.

— Nie…

— Nie obchodzi mnie, dlaczego cię nie było. Czy to było coś ważniejszego niż ja? Nie — odpowiedział za nią. — Kolejnych siedmiu lat nie nadrobisz. Zmarnowałem tysiące minut, próbując się z tobą skontaktować. Minut, które mogłem spędzić z nimi. — Wskazał żonę i syna. — Pogodziłem się z tym, że nie chcesz mnie znać.

— Nie wiedziałam, że masz rodzinę.

— Skąd mogłaś wiedzieć, skoro się nie odzywałaś?

— Nie zna mnie? — Popatrzyła na chłopca.

— Oczywiście, że nie. Co mu miałem powiedzieć? — Denerwował się. Kobieta milczała. — No właśnie… Rozejdziemy się każdy do swojego życia.

Wrócił do rodziny, ponownie biorąc syna na ręce. Noah zasnął ułamek sekundy później. Tara podążyła w stronę domu, nie czekając. Treg wahał się. Zatrzymał się koło matki i pocałował ją w policzek, poprawiając śpiącego chłopca.

— Niech ci się dobrze wiedzie — szepnął i odszedł, nie oczekując odpowiedzi.

Rozdział 11
Jason

Noah przyjrzał się sobie w łazienkowym lustrze. Do mężczyzny brakowało wielu lat, ale nie wyglądał niczym bezbronny, chudy dzieciaczek. Gruby dostawał więcej kasy, to i dieta się poprawiła. Ciało nadal szczupłe, przytył drobinkę. Wyglądał na swoje trzynaście lat.

Tego wieczoru po raz kolejny wymykał się na wyścigi. Sezon zaczął się tydzień temu. Sporo czasu upłynęło, odkąd pierwszy raz się odważył. Każdego tygodnia czekał na weekend i z dnia na dzień doznawał narastającego podniecenia na myśl o wyścigach…

Zajął swoje zwyczajne miejsce na przybudówce. Wielu ludzi nadal wytykało go palcami, ale nikt nie śmiał zająć jego miejsca lub usiąść obok. Pewnie mieli go za dziwaka. I dobrze.

Mężczyzna od organizacji wciąż spoglądał. Aż dziwne, że przez tyle czasu się nie znudził. Chłopiec przyzwyczaił się, lecz czasami czuł się nieswojo, nie znając przyczyny taksującego wzroku. Czasem mężczyzna machał, a Noah niepewnie to odwzajemniał.

Po wyścigach zszedł na dół, kiedy tłum się rozszedł. Zmierzając w stronę domu, nagle poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Strząsnął ją nagłym ruchem i gwałtownie się obrócił.

— Nie zamierzałem cię przestraszyć, przepraszam.

Noah rozpoznał mężczyznę od organizacji.

— Pokażę ci coś, ale musisz pójść ze mną. — Uśmiechnął się.

— Nie, dzięki. — Uważnie obserwował, wycofując się.

— Zauważyłem, że przychodzisz tu sam. Pomogę ci. Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.

Noah energicznie potrząsnął głową na znak protestu.

— Radzę sobie — rzucił i odszedł szybkim krokiem, co rusz oglądając się za siebie.

— Jestem Jason. Jason Wilson — krzyknął za chłopcem i odszedł w swoją stronę.

Noah czuł się dziwnie, wracając w środku nocy do domu po tym wydarzeniu. Odetchnął spokojnie dopiero w łóżku. Chodził tam wystarczająco długo i zaczął czuć się zbyt bezpiecznie wśród ludzi z wyścigów.

Zastanawiał się, czego mężczyzna oczekiwał. Bez ceregieli zaprosił w niewiadome miejsce. Gdyby chciał zrobić mu krzywdę, pewnie dawno by to uczynił. Wzdrygnął się, wyobrażając sobie, co mogło się dziś stać.

Nim zasnął, analizował sytuację tysiąc razy, z niepokojem znajdując do mężczyzny nutkę sympatii ukrytą pod strachem. Od roku zamieniał z nim parę zdań na weekendach, dowiadując się o trasę i uczestników. Teraz znał też imię. Jason. I nazwisko. Wiele mu opowiedział i dzięki niemu udawało się nieźle szacować, kto wygra. Wiedział niemal wszystko o ścigających się.

W głębi serca Noah wierzył, że mężczyzna nie ma złych zamiarów. Zaufa mu. Dobrze zrobił pokazując, że nie jest łatwowierny. Następnym razem da mu szansę, oczywiście ostrożnie.

Treg — Lata Temu

W dniu swoich ósmych urodzin Noah wstał przed południem. Dopisywał mu dobry humor. Rodzice na pewno przygotowali jakąś niespodziankę. Odkryje ją później, na co uwielbiał czekać. Nigdy nie zgadł i co roku mile zaskakiwały go pomysły Trega i Tary.

Mama gdzieś wyszła a Noah wiedział, że dostanie prezent po jej powrocie. Rozejrzał się po pokoju, w którym chwilowo mieszkał. Wujek mamy wyjechał ze swoim synem i to jego pokój sobie wybrał. Przyjechali tu odpocząć. Takie wakacje po drugiej stronie Ulicy. Patrzył przez okno na niespokojnie rozglądającego się ojca. Wyglądał, jakby coś doprowadzało go do ostateczności. Usłyszał głos mężczyzny informujący, że wychodzi i zaraz wróci.


…


Treg pobiegł szukać Tary. Zamierzała wrócić zaraz, a nie za dwie godziny. Nie odzywała się i nie odpowiadała na telefony. Wołał ją bezskutecznie, zaglądając w każdy zakamarek najbliższych ulic. Coraz bardziej oddalał się od domu.

— Treg!

Odwrócił się gwałtownie na dźwięk swojego imienia. Pobiegł do zakrętu drogi a stamtąd w ślepą uliczkę. Stanął sparaliżowany tym, co zobaczył. Pół ekipy Krisa a wśród nich Tara — zalana łzami, bez możliwości ucieczki. To nie mogło dziać się naprawdę. To nie jakiś pieprzony film. Co z jego ekipą po drugiej stronie Ulicy? Zamrugał, powstrzymując palące krople.

Jej usta ciągle bezgłośnie wypowiadały imię syna. Czuł się rozdarty. Nie miał szans pomóc Tarze. Był bezbronny niczym dziecko. Na sekundę zamknął oczy, podejmując decyzję. W kolejnej odwrócił się z bólem serca i łzami płynącymi strumieniami po policzkach. Biegiem ruszył do domu, gdzie zostawił Noaha samego.

Kręciło mu się w głowie, a powietrze nielitościwie paliło w płucach. Z daleka widział syna czekającego przed domem, a co gorsza strzelca na dachu ustawiającego broń. Przemknęło przez myśl, że płaskie dachy na Ulicy wybudował jakiś zdradziecki człowiek.

Krzyczał, żeby się schował, ale Noah nie rozumiał. Podążał wzrokiem za jego palcem, nie dostrzegając zagrożenia ze swojej perspektywy. Wrzeszczał do dziecka, a nerwy odbierały rozum. Noah nikogo nie widział, on za to przeżywał horror, znając sytuację, w jakiej znajdował się syn. Za co Kris go tak nienawidził? Jak w zwolnionym tempie obserwował każdy ruch przeciwnika.

Świadomość poniesionej porażki uderzała w umysł i serce, raniła najdalsze zakątki duszy, sprawiając niemal fizyczny ból. Przeciwnik zwolnił cyngiel. Treg wbiegł przed Noaha.

Rozdział 12
Napad

Noah biegł podekscytowany na kolejny wyścig. Przyjechali nowi kierowcy, podobno jedni z najlepszych. Wyobrażał sobie to widowisko. Nie podobała mu się specjalna zmiana ulic, w celu znalezienia trudniejszej trasy. Właściwie to dziś po raz pierwszy od dłuższego czasu zastanowił się nad wyjściem. Ciągnęło go do wrażeń, ale czy warte są ryzyka?

Ostatecznie dał się skusić. Uśmiechnął się, rozpoznając w tłumie znajome twarze. Z żadną z tych osób nigdy nie zamienił słowa, ale znał ich a oni znali jego. Odwzajemniali uśmiech jako wspólni bywalcy na trasach.

Rozejrzał się w poszukiwaniu podobnego punktu widokowego. Wdrapał się na mały garaż, zauważając, że takie wyczyny idą coraz sprawniej. Trochę ćwiczył z Grubym, a i nieustanne nocne wypady zwiększyły wytrzymałość.

Zlustrował tłum, aż wzrok padł na barczystego mężczyznę w niebieskiej bluzie — Jason. Noah pomyślał o ostatnim spotkaniu i po raz pierwszy bardziej oczekiwał końca wyścigów niż rozpoczęcia.

Mężczyzna odwrócił się, błądząc wzrokiem po dachach. Szukał go, a kiedy skrzyżowali spojrzenia, Noah odważył się pomachać pierwszy. Jason przytknął dłoń do czoła, salutując. Chłopiec roześmiał się.

Ponad dwie godziny później wyścigi się skończyły. Noah był zmęczony, a przy tym szczęśliwy ponad miarę. Czegoś takiego dawno nie widział, opłacało się przyjść. Zszedł z garażu, nigdzie nie dostrzegając Jasona.

Gdyby dziś zaprosił go na niewiadomą wycieczkę, przyjąłby zaproszenie. Ciekawiło go niebezpieczeństwo. W ten sposób poznawał ten świat. Nie chce gadać? Obraził się? Podążył w stronę domu nieco zawiedziony. W głębi duszy pragnął spotkania z Jasonem.

Szedł powoli, kopiąc kamyki, czasem wpatrzony w ciemność przed sobą. Latarnie stały tu dla ozdoby. W kilka sekund przywrócił umysł do świadomości, słysząc szelest. Łazi jak ostatni idiota środkiem drogi, sam, po ciemku i w dodatku nikt nie wie, gdzie jest. Skarcił się w duchu za własną nieodpowiedzialność.

Znów coś usłyszał. Tym razem serce zaczęło bić mocniej, przyspieszając rytm. Wzdrygał się za każdym razem, kiedy dźwięk się powtarzał. W słabym świetle księżyca dojrzał postać stojącą parę kroków dalej — wystarczająco daleko, żeby nie rozpoznał twarzy.

Nie dał rady przełknąć śliny. Zorientował się, że naprawdę się boi. Strach ściskał za gardło. Przystanął. Wolał nie iść wprost w ramiona mężczyzny. Wysoka postać odznaczała się szerokimi ramionami i tyle z wyglądu ukazywał niewyraźny zarys sylwetki. To Jason albo ktoś zupełnie inny. Serce prawie wyskakiwało z piersi. Tłukło się tak mocno o żebra, że nieznajomy pewnie słyszał uderzenia.

— Jason? — zapytał wreszcie zdławionym głosem.

Postać pokręciła głową, zaraz potem usłyszał dziki, gardłowy śmiech. Przeszył go dreszcz. Rzucił się do ucieczki, wpadając na kogoś. Zmienił kierunek. Co też mu przyszło do głowy, żeby tu dzisiaj przyłazić?

Biegł przed siebie najszybciej, jak umiał i kiedy wydawało się, że jest ocalony, ktoś wyszedł z zaułka. Nie musiał szczególnie zagradzać drogi, bo rozpędzony chłopiec zauważył go za późno i wpadł w mężczyznę z impetem. Noaha zabolało jakby przywalił w słup.

Poczuł silny ucisk na ramieniu i mocne szarpnięcie. W zaułku panowały jeszcze większe ciemności. Mężczyzna przyparł go do muru — niezbyt mocno, ale skutecznie.

— Dawaj, co masz.

— Nic nie mam — szepnął Noah, rozumiejąc, że trafił na złodziejaszków. Pech, zwyczajny pech.

— Nie kłam. — Potrząsnął nim ostrzegawczo.

— Naprawdę. — Ostrożnie wywrócił kieszenie do zewnątrz, pokazując pustkę.

Kawałek księżyca wyjrzał zza budynków. Zalśniło ostrze. Noah zachłysnął się śliną, czując zimną stal na gardle. Właśnie odbierał brutalną nauczkę za głupotę. Zadrżał mimowolnie.

— Ani drgnij.

Pokiwał głową. Złodziej sam sprawdził kieszenie, nakazując rozłożyć ręce. Pozwolił rozpiąć sobie bluzę i obmacać. Mężczyzna zaklął pod nosem, niczego nie znajdując. Wymierzył Noahowi siarczysty policzek, rzucając go na ziemię.

Chłopiec zgiął się wpół po kopnięciu w brzuch. Facet odszedł, klnąc do towarzyszy. Noah nie śmiał wstać bardzo długo. Głosy ucichły, podniósł się i otrzepał. Piekąca iskra rozpalała żołądek. Zachowywał nadprzeciętną ostrożność, wracając do domu.

Dziękował Bogu, że wyszedł z tego cało. W przyszłym tygodniu odpuści wyścigi. Położył się, przykrywając kołdrą po same uszy. Brzuch bolał a policzek wciąż palił gorącem. Zasnął zmęczony, zanim zdążył o czymkolwiek pomyśleć.

Rozdział 13
Wewnętrzny ból

Nazajutrz nie czuł się dobrze. Przez ciągły ucisk w żołądku nic nie zjadł przez cały dzień. Chłopaki przypatrywali mu się z zaciekawieniem i zmartwieniem.

— Co ty młody taki markotny dziś? — spytał Gruby po obiedzie.

— A nic, nie wyspałem się — odparł wymijająco. Spuścił wzrok pod czujnym spojrzeniem Chudego.

— Coś nie tak? Stało się coś? — Nie odpuszczali.

Noah kręcił głową, zaprzeczając. Tylko brakowało, żeby zaczęli coś podejrzewać. Modlił się w myślach, żeby przestali wypytywać. Straszna wydawała się chwila, w której dowiedzieliby się, co robił. Wyobrażał sobie ich pełną wyrzutu minę po usłyszeniu o całorocznych oszustwach.

— Trzeba ci pomocy?

— Jesteś chory?

— Chcesz o czymś pogadać?

Na wszystkie pytania potrząsał głową, nie rozwiewając obaw chłopaków. W ostateczności został usatysfakcjonowany wolnym popołudniem i mógł przebębnić je w swoim pokoju.

Siedział na krześle z nogami na biurku, rozkoszując chwilami odpoczynku. Może faktycznie potrzebował troszkę spokoju bez zmartwień, pracy, kombinowania, jakiegokolwiek wysiłku fizycznego czy umysłowego. Westchnął ciężko.

Coraz częściej myślał o życiu sprzed paru lat; na tamtym podwórzu. Potrzebował znowu się tam znaleźć. Zamknął oczy. Zobaczył dom, podwórze — wielkie i zakurzone, a na nim domki. Przed oczami przewinęły się twarze. Wielu znajomych — dorosłych, dzieci, przyjaciół, tych, z którymi spędzał czas na co dzień i tych mniej znanych. Gdzie oni teraz się podziewali? Strasznie tęsknił. Pragnął zawrócić czas.

Jakże często żałował, że ci cudowni ludzie musieli żyć w tym okrutnym świecie, który zabrał ich nie wiadomo dokąd. Ucisk w piersi zabolał. Bolała każda myśl, każde wspomnienie. Serce biło z taką siłą, że prawie wyskakiwało z piersi.

Nadchodziło coś, przed czym bronił się przez lata. Odrzucał to od siebie i z całej siły pragnął, żeby tak pozostało. Fala gorąca przepłynęła od stóp do głowy. Zobaczył Michela, potem Emi, na końcu rodziców. Wdarli się do pamięci, do głowy, do serca, do duszy i Noah zrozumiał, że już stamtąd nie wyjdą. Coś, czego nie potrafił nazwać, rozdzierało serce. Doskwierał niemal fizyczny ból. Nie opierał się dłużej, pozwalając obrazom pokazać się przed oczami.

Tata, mama, potem oboje i wszyscy razem. Chwile radości, szczęścia, strachu, ekscytacji, miłości, złości, gniewu… Wszelkie uczucia jakie znał ten świat przelały się przez niego w jednym krótkim momencie.

Usiadł na podłodze przy łóżku, podkulając nogi. Starł gorące krople płynące strumieniami po policzkach. Wycierał je i wycierał. Użył rękawa, bo skończyły się chusteczki, a potem zostawił je w spokoju. Wciąż leciały, mocząc koszulkę nieregularnymi plamkami.

Powinien czuć się lżej a jednak to coś wciąż przygniatało miażdżącą siłą. Uświadomił sobie, że nie wypłacze tego nawet przez całe życie. W żaden sposób się tego nie pozbędzie. Płacz zamienił się w łkanie — nadzieja zaświtała w sercu. Koniec. Wystarczy.

Spróbował się uśmiechnąć, dodając sobie otuchy. Uśmiech przerodził się w krzywy grymas niewypowiedzianego bólu. Nieopisanej krzywdy i niesprawiedliwości, jaka go spotkała. Oczy znów zapiekły. Nienawidził świata. Szczerze nienawidził i pragnął, żeby zniknął. Pstryk i już. Przestałby czuć.

Nabrał powietrza, drżąc. Nie potrafił złapać oddechu. Usiadł na podłodze, opierając się o łóżko, podkulił nogi, obejmując ramionami. Trwał tak, nie mogąc nadziwić się, że nie zabrakło łez. Płakał coraz głośniej, wyrzucając z siebie cały ból i żal. Nie pomagało. Dopiero krzykiem pozbył się odrobiny goryczy. Wrzasnął ponownie. Drzwi do pokoju natychmiast się otworzyły i pojawili się przerażeni chłopacy.

— Noah, co się dzieje? — szepnął Gruby, przytulając go.

Pocieszali, a Noah ani myślał przestać. Skupiał się na łapaniu oddechu, wciąż zalewając łzami.

— Wyjdźcie — burknął. Wyrwał się z uścisku, ze złością wskazując otwarte drzwi. — Idźcie sobie, chcę być sam!

Nie potrzebował towarzystwa. Nie było w nim odrobiny litości dla chłopaków, wreszcie decydujących się opuścić pokój. Noah położył się na łóżku, usilnie próbując się uspokoić. Przed sekundą targały nim emocje a teraz nic. Pustka. Nie dająca spokoju i nie zamierzająca puścić. I rozpacz — cicha, ciężka i przytłaczająca.


…


— Zrobiliśmy coś nie tak, czy jakie licho go dopadło? — Chudy złożył ręce na kuchennym stole. — Może za rzadko pozwalamy mu wychodzić?

— O to by się wściekał, a nie odstawiał histerię. — Gruby machnął lekceważąco ręką. — Przyjdzie, jeśli będzie potrzebował naszej pomocy.

— Może… Idziesz?

— Zaraz przyjdę. — Czekało trochę pracy.

Chudy wyszedł, Gruby został, zastanawiając się nad sytuacją. Nie zamierzał pytać Noaha. Domyślił się, sam znając ten ból. Też czekał latami, zanim pozwolił mu wyjść na światło dzienne. Parę kolejnych próbował się go pozbyć, aż wreszcie nauczył się z tym żyć.

Zastanawiał się, czy chłopiec świadomie wpuścił to do siebie, czy też była to chwila słabości bezlitośnie wykorzystana przez życie. Zorientował się, że nie ma to żadnego znaczenia — Noah nigdy nie byłby przygotowany.

Rozdział 14
Zaufanie

Noah, zgodnie z daną sobie obietnicą, weekend przesiedział w domu. W kolejnym biegł na wyścigi, zachowując nadprzeciętną ostrożność. Dopiero zaczynał uczyć się na własnych błędach, ale ostatnio najadł się wystarczająco strachu. Powinien znaleźć kogoś, kto nauczy go dobrze się bić.

Zajął swoje zwykłe miejsce na przybudówce, rozglądając się. Gdzie on się podział? Lustrował tłum, przyłapując się na gorączkowych poszukiwaniach. Czuł się niepewnie, nie widząc znajomej twarzy gdzieś przy starcie.

— Mnie szukasz?

Noah podskoczył. Nikt nigdy nie wchodził na dachy i zaczął traktować je jako swoją prywatną przestrzeń. Odwrócił się raptownie, oddychając z ulgą. Jason.

— Tak, ciebie — przyznał.

— Mogę się dołączyć?

— Nie powinieneś pilnować wszystkiego na dole? — Niekoniecznie pragnął towarzystwa.

— Zostawiłem ich pod opieką Ricka. — Ruchem głowy wskazał blondyna przy starcie.

Chłopiec spojrzał w tamtą stronę. Mężczyzna biegał w tę i z powrotem, próbując coś wyjaśnić z różnymi osobami.

— Chyba nie radzi sobie zbyt dobrze.

Jason roześmiał się.

— Nie da się od razu być geniuszem. To jak?

Noah skinął. Niech będzie. Usiedli obaj na kraju dachu, przyglądając się przygotowaniom. Końcem wyścigu Jason odwrócił się do Noaha.

— Mam dla ciebie propozycję…?

— Noah.

— Noah. — Przytaknął, dziękując za podpowiedź.

Harper spojrzał z zainteresowaniem. Jednak nie zmienił zdania.

— Mogę ci powiedzieć, o co chodzi, ale nie uwierzysz. Możemy też pójść tam od razu i sam zobaczysz.

Chłopiec zastanawiał się. Bezpieczniej byłoby odmówić, lecz ciekawość zżerała.

— Chodźmy od razu. — Wstał, pokazując gotowość.

Mężczyzna poprowadził przez wąskie uliczki, docierając do zaułka między ciasno postawionymi budynkami. Przekroczyli próg jednego z nich. Noah rozglądał się niespokojnie. Pusty hol i obdarte ściany — opuszczony dom?

— Muszę mieć twoją zgodę, jeśli chcesz iść dalej.

— A po co? — Rzucił przeciągłe, podejrzliwe spojrzenie.

— To, co chcę ci pokazać, znajduje się w podziemiach i wierz na słowo, że nie prowadzi tam przyjemna droga. Jest ciemno i w ogóle…

— Prosisz, żebym ci zaufał?

— Właśnie. — Rezolutność dziecka zaskakiwała.

— Trochę na to za późno. Prowadź.

Wilson odwrócił się, przechodząc do innego pomieszczenia. Noah podążył za nim. Kiedyś musiała tu być biblioteka albo archiwum — zostały puste regały. Mnóstwo regałów. Zapatrzony wpadł na Jasona. Mężczyzna odsunął jeden regał i ich oczom ukazały się drzwi. Stare, zakurzone i z domofonem. Domofonem? Wilson wstukał kod, otwierając drzwi.

— Idź za mną i patrz pod nogi.

Rozdział 15
Baza

Schodzili stromymi stopniami w zupełnych ciemnościach. Chłopiec słyszał kroki Jasona i dzielnie podążał przed siebie, choć serce biło szalenie. W co się znowu wpakował? Gdyby rozdawali nagrody za głupotę, wygrałby bezkonkurencyjnie. Potknął się, o mały włos nie spadając w dół.

Żołądek podszedł do gardła. Dotarcie tam będzie graniczyło z cudem. Oparł się o ścianę, pomagając sobie w równowadze. Dotknął czegoś lepkiego i obrzydliwie mokrego. Schodził w nieskończoność, słysząc wyłącznie swój oddech i walące serce. Raptem nie trafił nogą na stopień. Ostrożnie zbadał lekki spadek, gładki, bez schodów.

— Jason? — Odpowiedziała głucha cisza. — Jason?! — krzyknął.

Świetnie. Kucnął, rękami sprawdzając teren. Zjeżdżalnia? Niemożliwe. Wyobraźnia płatała figle przez tę ciemność.

— Głupota — mruknął do siebie. — Przytrzymał się schodka wyżej, sadowiąc się na końcu płaszczyzny

Odetchnął głęboko, puszczając się. Jechał powoli, coraz bardziej ubawiony sytuacją. Dobre sobie, ślizgawka w piwnicy. Uśmiechnął się szeroko. Zleciał w dół, lądując na kolanach w piaskownicy. Poważnie? Roześmiał się, wstając. Przed nim stał nie mniej ubawiony Jason.

Rozejrzał się po sporym pomieszczeniu. W rogu stało parę osób, uważnie go mierząc. Mężczyzna milczał, pozwalając się przypatrzeć. U sufitu wisiały spore lampy dobrze oświetlające pomieszczenie. W różnych miejscach porozstawiane zostały manekiny i dziwne sprzęty, a na ścianie wisiały drewniane, metalowe i plastikowe kije.

Noahowi nijak to nie pasowało. Co tu robili? Podążył za mężczyzną, ignorując ciche szepty obecnych. Powinien zapytać Jasona, dlaczego go tu przyprowadził, ale sam opowiedział.

Zaczął od tego, jak znalazł to miejsce i dlaczego wybrał właśnie je. Powiedział też, że zjeżdżalnia to jego pomysł, bo miał dosyć schodzenia po schodach wiele razy dziennie. Zamierzał niedługo przedłużyć zjazd.

Wytłumaczył do czego służy to miejsce i że jest jednym z niewielu z dawnych czasów Ulicy. Pragnął powrotu tamtego świata. Musiał walczyć z miastem, konsekwentnie ich od siebie oddzielającym. Zwierzchnik słuchał Krisa, bo był cwany i odważny. Na Ulicy brakowało kogoś, kto by mu się przeciwstawił i również żądał od Marvosa wysłuchania.

Oprócz tego po ulicach szlajały się grupy, robiąc co im się żywnie podoba, przeciągali ludzi na stronę Krisa i gnębili tych, którzy odmawiali współpracy z miastem. Noahowi serce stanęło, słysząc imię Krisa. Jednocześnie poczuł nagły przypływ sympatii do Jasona, z całego serca pragnącego go zniszczyć.

Po tonie głosu chłopiec wnioskował, że nie są to zwykłe porachunki. Mężczyzna pałał gniewem i nienawiścią do Krisa, z całą pewnością życząc mu niechybnej śmierci, nie wspominając jednak dlaczego.

W związku z tym Jason brał pod opiekę dzieciaki i szkolił. Sam nie przeciwstawi się Krisowi z ekipą. Potrzebował grupy i kogoś, kto stanie na wysokości zadania. Kogoś, kto nie pozwoli miastu się zdeptać.

Na Ulicy łatwo nie jest, umiejętność obrony przyda się codziennie. Jason zwerbował do pomocy dwóch mężczyzn w swoim wieku i kobietę. Młodsze dzieci dostawały opiekę, a starsze szkoliły. Brzmiało to absurdalnie i Noah nie był pewny, czy ma to sens.

System wymyślony przez Jasona to lepsza opcja niż siedzenie w domu. Lepsza niż nie robić nic, dać się dręczyć i zabijać. Słuchał dalej o planach zwierzchnika na zamknięcie Ulicy. Ashes od lat otaczał mur. Zwierzchnik zaczynał kontrolować bramy wyjazdowe, a Ulicę zaczynał ogradzać siatką od właściwego miasta — łatwą do przekroczenia, choć z wyznaczonymi przejazdami pilnowanymi przez strażników. Nie wątpił, że z czasem zmieni się w coś gorszego.

Noah czuł się niczym w filmie, ale nie jak główny bohater — raczej statysta pałętający się pod nogami. Jaka była jego rola w tym zamieszaniu?

— Nad czym dumasz? — Głos Wilsona wyrwał z rozmyślań.

— Zastanawiam się, czemu tu jestem — odparł bez ogródek.

— Bo łazisz sam po nocy. Nie przyda ci się trochę pomocy?

— A co to ma wspólnego z tym wszystkim? — Zerknął z ukosa na mężczyznę.

— Nic. Zobaczyłem cię i pomyślałem, że wezmę do ekipy.

Noah zmrużył oczy, lustrując Jasona spod wpół przymkniętych powiek.

— Ściemniasz. — Uśmiechnął się.

Mężczyzna zachował poważną minę, choć wewnątrz rozpierało z radości. Teraz to on zjechał chłopca wzrokiem z góry na dół. Wykapany ojciec. Chłopiec nie miał bladego pojęcia, jak znany był Treg i jak bardzo szanowany jako ten, który stawia się Krisowi. A był do niego niewiarygodnie podobny!

W wyglądzie, w zachowaniu i w tej bezpośredniości z nutą bezczelności, czasem aż graniczącej z nonszalancją. Co miał do powiedzenia to mówił, niezależnie do kogo. Jasona zabolało coś w środku. Potrzebowali takiej osoby. Bóg wysłuchał modlitwy. Prosił o kogoś odważnego i co dostał?

Więcej niż oczekiwał. Nie rozumiał, skąd chłopiec się tu wziął. Po masakrze nikogo nie obchodziły osierocone dzieciaki a większość osób stawiała, że ludzie Krisa zamordowali całą rodzinę Trega. On wiedział, że dziecko przeżyło. A teraz Noah stał tutaj. Powinien dobrze wykorzystać ten cud.

— Wybór należy do ciebie.

— Zastanowię się.

— A skąd wiesz, że masz na to czas?

Noah wzruszył ramionami.

— Sam tu nie przylazłem. Dobra, którędy na górę?

Jason pokiwał głową, dzieciak sam sobą zarządzał.

— Chodź.

Podążył za mężczyzną na drugi koniec sali. Przeszli wąskimi drzwiami, Jason wcisnął jakiś przycisk. Harper usłyszał parę zgrzytów i pojawiła się winda. Ledwo zmieścili się w niej we dwoje. Wjechali na górę, znajdując z powrotem w holu.

— Po co schodziliśmy, skoro jest winda?

— W drugą stronę winda przebywa inną drogę, nie zjeżdża wprost na dół. Znajdziesz się na dole z uciętymi kończynami albo głową. Nie wiem, co tam jest i wolę nie wiedzieć. W jedną stronę działa dobrze. Nie krzyw się, było nie pytać.

Noah spojrzał na Jasona, zatrzymując na nim wzrok. Patrzył prosto w szare oczy — szczere, trochę smutne a trochę radosne. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści parę lat, choć włosy poprzetykała siwizna. Chciałby zapytać skąd wie, ale powstrzymał się, a i mężczyzna nie dał takiej szansy.

— Nie pytaj — ostrzegł.

— Nie będę. — Wzdrygnął się na myśl, że mógłby zobaczyć jakiegoś trupa, a co gorsza żywego człowieka z uciętą ręką. Zdecydowanie lepiej nie dociekać informacji o tej nawiedzonej windzie.

— Odprowadzić cię do domu?

— Nie trzeba. Dam sobie radę.

Wprawdzie przydałaby się eskorta, ale dość wrażeń na jeden dzień. Rozeszli się. Noah wyszedł w chłodną noc. Świeże powietrze mile połechtało płuca. Na dole panowała duchota i niezły gorąc. Spacerkiem wrócił do domu.

Wizyta w starym budynku napełniła przedziwnym spokojem. Jest szansa, aby życie wróciło do normy. Blisko znajdowali się ludzie również w to wierzący, a co najważniejsze robili coś w tym kierunku.

Poważnie przemyśli dołączenie. Jason nie będzie naciskał, widocznie chciał go w ekipie. Po co? Budziło to pewne podejrzenia i niepokoiła własna, niezaprzeczalnie szczera sympatia wobec mężczyzny. Był w stanie mu uwierzyć i zaufać niemal natychmiast. Czuł osobliwe przyciąganie.

Kiedy wreszcie położył się do łóżka, prawie świtało. Wyłączył budzik z nadzieją, że chłopaki zrozumieją. Zasnął spokojnie z uśmiechem na ustach.


…


Jason wrócił do podziemi, dla niego ta noc się nie skończyła. Dopilnował porządku, dopiero godzinę później skończył robotę. Zanim wyszedł, ktoś zatrzymał go, kładąc rękę na ramieniu. Kasjan — najstarszy — w tym roku kończył osiemnastkę. Nie należał długo do ekipy. Odznaczając się umiejętnościami, dostał sporo przywilejów.

— Co to było? — zapytał.

Mężczyzna podniósł gęste brwi. Po sekundzie zrozumiał, że chłopak stał w sali, kiedy przyprowadził Noaha. Kasjan nie lubił nowych i zaczynał z tym przesadzać. Trzymał go tu ze względu na umiejętności.

— Co? — Ochota chłopaka na zatargi zaczynała irytować.

— Jakim prawem ten gówniarz dyktuje warunki? — warknął.

Jason pozwolił Noahowi wybrać, czy chce dołączyć i dał nieograniczony czas na zastanowienie się. On tu rządził i nie musiał ściśle trzymać się wyznaczonych reguł. Nie były sztywne, a chłopak najwyraźniej zapomniał, gdzie jest jego miejsce. Nie miał prawa podważać jego postępowania.

— Noah. Ten gówniarz ma na imię Noah. — Odszedł, zostawiając pogniewanego Kasjana.

Rozdział 16
Decyzja

Noah zmagał się z podjęciem decyzji. Dołączenie do Jasona wiązało się z niebezpieczeństwem, z drugiej strony wiele by się nauczył. Mógł zyskać i stracić. Najbardziej nie chciał zobowiązań, nie lubił, gdy nim rządzono i mu rozkazywano. Na wyścigach napotykał pytający wzrok mężczyzny. Milczał, a chłopiec rozumiał, że czeka na odpowiedź. Widział jego zawiedzioną minę, gdy nie podchodził zaanonsować decyzji.

Nie zamierzał się spieszyć. Ciągnęło go tam, ale czy to, aby na pewno rozsądne? Czas leciał, a wciąż nie dał odpowiedzi. Gdyby nie oszukiwał chłopaków, zapytałby. Na Ulicy wiele osób się znało. Dziwił się, że Jason ma zasoby cierpliwości i przyzwoitości nie wypytywać, choć minęły dobre dwa tygodnie.

Wracał zmęczony do domu po kolejnym weekendzie. Rano napracował się z Grubym, a wyścigi skończyły się godzinę później niż zwykle. Nie powinien przychodzić, ale bał się, że Jason odbierze nieobecność jako odmowę, a co gorsza strach lub ignorancję.

Szedł przed siebie, szurając nogami. Nierozsądnie zrobił, przychodząc. Swoją drogą wyścigi okazały się świetne. Ich jakość znacznie się poprawiła. Organizatorzy byli bardziej ogarnięci, ludzie zorientowani a kierowcy lepsi.

Usłyszał szelest. Znowu? Rozejrzał się niespokojnie. Pusto. To nie oznaczało, że w ciemnościach nikogo nie ma. Czasem żałował, że nie boi się ciemności. Uniknąłby takich przechadzek, a to automatycznie zwiększyłoby bezpieczeństwo.

Zastanowił się nad śmiercią, ale i ta wizja nie napawała lękiem. Raczej rodzajem niezdrowej ekscytacji. Uśmiechnął się pod nosem. Nie myślał o zabawach i rozumiał, że nie jest jedynym. Większość dzieciaków z Ulicy taka była. Dorastali szybciej, radząc sobie sami. Brali los we własne ręce i nic w tym fajnego.

Niektórym takie się wydawało; szybko zmieniali zdanie, kiedy przychodziło mierzyć się z rzeczywistością. Czasem czuł się niczym pieprzony bohater przerysowanego filmu, gdzie dzieciaki stawiają czoło strasznemu światu, po godzinnym seansie odnosząc sukces. A to nie tak wyglądało.

Znów coś usłyszał. Przyspieszył. Przecież marzyli o tym, żeby normalnie chodzić do szkoły, uczyć się, wagarować, bawić i nie ponosić odpowiedzialności. Pracowali od najmłodszych lat, najpierw lekko, potem gdziekolwiek. Sprostanie życiu tutaj wymagało niemało siły. Potrzebował celu, bo dotychczas czuł się niczym zbłąkana dusza.

Ktoś przebiegł, szturchając ramieniem. Rozejrzał się. Gonił go ktoś? I jakim prawem biegł tak bezgłośnie, że wcześniej nie usłyszał? Zatopiony w myślach nie odbierał bodźców z otoczenia.

Szedł w zupełnej ciszy, skupiając zmysły. Cisza. Nocną aurę zakłócały jego kroki i szmer oddechu. Tym bardziej zaskoczyło silne pchnięcie w plecy. Ewidentnie z założenia powinien upaść; poleciał parę kroków w przód, szczęśliwie unikając kontaktu z ziemią. Westchnął nad życiem na Ulicy, biorąc nogi za pas.

Pędził przed siebie co sił w nogach. Dotarłszy do ostatniej ulicy, przekonał się, że wybrał niewłaściwy kierunek. Jedyną drogę zastępowało pięć postaci. Nauczony niedawnym doświadczeniem zaczął zwiewać, nie wybierając kierunków bezmyślnie.

Myślał, gdzie biegnie i szybko zmieniał ulice. Wybierał trasy metodycznie, starając się nie wyjść poza znany obszar. Co rusz ktoś zastępował drogę i w końcu został do tego zmuszony. Nie skusi się na konfrontację. Może za rok, dwa.

Nie wiedział, dokąd zmierza i przysiągł sobie zwiedzić za dnia te ulice. Zawrócił, nie powinien się oddalać. Zmęczył się i pogubił. Wbiegł w uliczkę. Ślepy zaułek. Spojrzał przez ramię — nie ma odwrotu.

Stali zadowoleni, że nie ucieknie. Czterech mężczyzn, jedna kobieta. Noah beznamiętnie zawiesił wzrok na murze przed sobą, uspokajając oddech. Dlaczego nie siatka? Uliczka pusta — bez śmietników, dachów, bez rynien. Gładkie ściany ze wszystkich stron, niczym w klatce. Był dzieciakiem szlajającym się po nocach. W dodatku bezbronnym. Znowu się wpakował.

— Szlag — zaklął pod nosem, uderzając pięścią w mur.

Chyba spotykała go jakaś kara. Rozejrzał się ponownie. Nie wlezie na górę, choćby spróbował odbić się od ściany. Za wysoko. Odwrócił się do mężczyzn, rozkładając ręce w geście kapitulacji.

Jeden podszedł. Noah ocenił go w słabym świetle latarni. Młody, dwadzieścia parę lat lub mniej, kanciasta twarz, zimne oczy, szyderczy uśmiech i groźna mina. Policzek zapiekł po dotkliwym uderzeniu. Patrzył mu w oczy, próbując zrozumieć motywy. Drugi policzek odwrócił głowę, łzy zapiekły pod powiekami.

— Za co? — zapytał.

Mężczyzna uśmiechnął się, tym razem celując w brzuch. Noah jęknął, kuląc się. Odetchnął, prostując się. Spojrzał napastnikowi w twarz.

— Przyjemność ci to sprawia? — Irytowało go to milczenie.

Głupio stać bezczynnie. Nie liczył na ucieczkę, a gdyby zaczął się bronić… no cóż. Żadnych szans, a przy zaułku stali kompani faceta. Nakrył się na tym, że nie czuje zupełnie nic — ani strachu, ani gniewu. Lubił swoją bezuczuciowość, przydawała się w tym świecie. W sytuacjach jak ta, pozwalał jej wychodzić na światło dzienne. Zachowanie mężczyzny drażniło.

— No już! — Rozłożył ręce, zachęcając do ciosów.

Po co się bawić, najwyraźniej dostanie bez powodu. Zastanawiał się, skąd ma tyle hardości. Wreszcie ruszył z miejsca, planując przejść, ale mężczyzna położył dłoń na jego klatce, odpychając z powrotem tam, gdzie stał. Noah podniósł rękę, zamierzając się na przeciwnika. Niech mu w końcu przywali i da odejść. Bez względu na powód. Stał bezsensownie w chłodnej nocy. Przeciwnik złapał jego nadgarstek, wykręcając rękę.

Chłopiec wziął głęboki wdech. Bolało. Skulił się, próbując wyrwać rękę. Jednak wolał marznąć. Zginał się, a mężczyzna nie puszczał, sprawiając coraz dotkliwszy ból. W końcu cierpienie zmusiło do klęknięcia. Głowa odskoczyła na bok po siarczystym policzku, niechciane łzy popłynęły. Ponowie spróbował się wyrwać, lecz był bezradny wobec takiej siły. Jęknął.

— Złamiesz mi rękę — wysyczał, zaciskając zęby.

Zaklął po cichu. Mężczyzna schylił się, zaglądając mu w twarz. Noah zagryzł zęby, odwzajemniając spojrzenie. Zacięty wyraz twarzy i pełen złości wzrok zamiast błagalnego sprawiły, że przez twarz rywala przemknęło zdziwienie.

Noah zagryzł zęby mocniej. Powinien wrzeszczeć i prosić o litość. Nie zrobił tego. Odetchnął z ulgą, wreszcie puszczony. Zaraz upadł na ziemię po mocnym ciosie. Z jękiem wsparł się rękami, wstając. Rozcięta warga piekła. Zamknął oczy. Jedno uderzenie. Krok w tył. Drugie, znów upadł. Wstał, nienawidząc świata całym sobą.

Z uporem zapamiętywał twarz napastnika. Przeraził się własnych myśli, po chwili dając im dojść do głosu. Odwdzięczy się podwójnie. Ten świat składał się z brutalności i czy chciał czy nie, on też taki się stanie. Przynajmniej dla niektórych. Zakaszlał. Kwas podszedł do gardła, a żołądek ściskał boleśnie po zderzeniu z pięścią.

— Pożałujesz — szepnął i słuchał śmiechu mężczyzny.

Patrzył na otwarte usta wydające te straszne dźwięki i przebiegłe oczy. Zacisnął pięść, korzystając z nieuwagi. Trafił celnie, z satysfakcją obserwując strużkę krwi płynącą z nosa i ogrom zaskoczenia malujący się na twarzy przeciwnika.

Uśmiechnął się kpiąco kącikiem ust, zdając sobie sprawę z wielkości wywołanego gniewu. Jednym ruchem doprowadził go do furii. Zamknął oczy. Nie potrzebował widzieć ciosów w dwie sekundy powalających na ziemię. Miał trzynaście lat. Kto w ten sposób postępuje z dziećmi?

Skulił się. Próbował wstać, dał radę zaledwie podnieść się na kolana. Na chwilkę, bo zaraz znów wylądował na ziemi. Schował głowę w ramionach, oczekując kolejnego bólu. Czuł krew w nosie i jej metaliczno-mdły posmak w ustach. Szumiało w uszach, mdłości narastały.

Uniósł głowę, szarpnięty za włosy. Klęknął, wciąż ciągnięty. Twarz mężczyzny zbliżyła się, poczuł oddech na policzku.

— Nie wiem, skąd się wziąłeś, ale następnym razem będziesz krzyczał.

— Po moim trupie — szepnął zdrętwiałymi ustami.

— I błagał o litość.

— Następnym razem… — stłumił mdłości — ty będziesz na moim miejscu.

Mężczyzna znów uśmiechnął się złowrogo. Puścił włosy chłopca, zadając ostatni cios i odszedł. Noah mimowolnie wypluł wszystko, co w tym momencie podeszło do gardła. Kwas palił w całym przełyku. Nie dał rady wziąć głębszego oddechu. Gdyby bił z całej siły, powaliłby jednym uderzeniem.

Klęczał, trzymając brzuch; spluwał mieszaniną krwi, kwasów i śliny. Wystarczająco został ukarany. Uśmiechnął się krzywo, pozwalając łzom płynąć po policzkach. Drgał od bólu i powstrzymywanych mdłości. Wreszcie odważył się głębiej odetchnąć, natychmiast żałując. Żołądek wywrócił się do góry nogami. Zwyzywał mężczyznę w myślach, poprzysięgając odwet. Wzniósł oczy ku ciemnemu niebu.

— Jason — wyszeptał.

Wstał, jęcząc. Powoli ruszył przed siebie, z nadzieją szybkiego odnalezienia drogi do domu. Byle nikt mu po drodze nie poprawił, to będzie sukces.

— Jason! — Tym razem krzyknął.

Ostatni raz oczyścił usta z krwi, spluwając.

— Jestem twój…

Mężczyzna

Mężczyzna śledził chłopca wracającego do domu. Widział całą sytuację, pozostawiając ją bez reakcji. Przyjdzie czas, że pokaże mu się na oczy. Młody dawał sobie radę doskonale, choć odnalazł go zaledwie dwa miesiące temu.

Był pod dobrą opieką, a wszelkie kłopoty wynikały wyłącznie z jego własnych pomysłów. Pokręcił głową. Oby dożył chwili, w której dane im będzie się spotkać.

Rozdział 17
Zgoda

Noah nie został zwolniony z pogadanki z chłopakami. Ślady na twarzy mówiły same za siebie i niestety nie znikły cudownie przez noc. Opowiedział, co się stało, wykręcając wieczornym spacerem z powodu braku snu. Zmyślona banda chłopaków mogła spokojnie zostać napotkanym mężczyzną. Chudy poszedł do swoich zajęć, akceptując wyjaśnienie. Gruby patrzył na chłopca tym swoim podejrzliwym wzrokiem i potrząsał głową.

— Coś kręcisz młody, nie?

— Nie mów, że nigdy nie wyszedłeś się przejść w nocy?

— Nie chcesz powiedzieć prawdy, to nie mów, ale weź nie wciskaj kitu prosto w oczy, okej?

Noahowi zrobiło się głupio. Starszy kolega był naprawdę dobry w przeglądaniu ludzkiego zachowania. Przyszła szczera ochota zmyślać dalej; zabrakło odwagi. Skinął głową, tym samym przyznając się do kłamstwa.

— Chudy… — zaczął.

— Chudy wierzy we wszystko, co usłyszy. Jest bardzo ufny i nie raz się na tym przejechał. Nie ucz się tego od niego.

— Dobrze.

— Nie bój się, nie powiem mu, że zmyślasz.

Noah poczerwieniał ze wstydu. Co za wtopa. Straszne uczucie, jakby niemal zdradzał. Posiadał nieziemskie szczęście w postaci wyrozumiałego kolegi.

— Chodź, pomożesz mi.

— Gruby…

Przeprosić? Mało sensowne, skoro zamierzał dalej tak postępować. Na szczęście wielkolud nie spodziewał się kontynuacji. Machnął ręką, dając znak, że nie oczekuje wyjaśnień.

— Dzięki — szepnął chłopiec.


…


W piątek Noah nie poszedł na wyścigi. Odpuścił, przemyślał i następnego dnia pojawił się w znanym miejscu. Z daleka widział oczekującego Jasona. Nie podszedł po cotygodniowe informacje, żeby nie dać okazji do zapytania o decyzję. Zostawił sobie tę rozmowę na później.

Wdrapał się na przybudówkę, spokojnie oglądając zawody. Mniej więcej w połowie zauważył idącego mężczyznę. Obserwował uważnie. Poczekał aż Jason pojawi się na daszku i pozwolił usiąść obok siebie.

— Coraz lepiej się na to patrzy.

Noah przytaknął, wodząc oczami za samochodami.

— Nie było cię wczoraj, coś się stało?

Chłopiec nie odwzajemnił spojrzenia i nadal patrzył na trasę ze szczerym zainteresowaniem.

— To pytanie to haczyk? — spytał.

Jason roześmiał się głośno.

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Nie wiem, może masz dosyć czekania — wyznał, wciąż nie zaszczycając mężczyzny spojrzeniem.

— To na pewno — uśmiechnął się — ale nie po to tu przyszedłem. Byłem ciekaw, co cię wczoraj zatrzymało. Z tamtym nadal nie zamierzam pospieszać.

Chłopiec uśmiechnął się lekko.

— Zamierzałem spokojnie pooglądać zawody — spiorunował Jasona wzrokiem — ale skoro jesteśmy przy temacie… wchodzę w to.

Mężczyzna milczał, a Noah wiedział, że poczuł się głupio.

— Mówisz tak, bo tu przyszedłem?

— Nie. Choć szczerze mówiąc, wolałem, żebyś tu nie przyłaził, bo poczułem się zobowiązany do dania odpowiedzi. Taką podjąłem decyzję i zamierzałem cię dziś o tym poinformować. — Sprzedał mu przepraszający uśmiech.

— Zabija mnie twoja bezpośredniość — szepnął Jason. — Przepraszam więc. Chciałem zapytać o wczoraj. Dziś nawet nie przyszedłeś się przywitać. Trzymaj. — Podał zmiętą kartkę.

— Co to?

— Kod do drzwi. Naucz się, a kartkę spal. Masz wolny wstęp.

— Okej. — Skinął głową, chowając kartkę w kieszeni bluzy. Ponownie skierował całą uwagę na wyścigi.

— Chcesz też pojeździć?

Noah zjechał Jasona wzrokiem, potem popukał się palcem w czoło.

— Gruby daje mi swojego grata raz na ruski rok i wrzeszczy niczym stado dzików, gdy ścieram opony. Ostatnio kazał oddać całe moje pieniądze na nowe. Naprawdę myślisz, że miałbym czym? Albo że któryś z nich pożyczy samochód dziecku? — Parsknął, szczerze rozbawiony, wskazując palcem na kierowców w dole.

— Rozmawiałem z nimi, pozwolą ci pilotować. Z czasem zagadam też o bezpośrednią jazdę. Dadzą się namówić, wierz na słowo. Zgłoś się na następnych wyścigach przy starcie. — Odszedł, nie oczekując odpowiedzi od zaskoczonego Noaha.

Rozdział 18
Piwnica

Noah poświęcał dwie lub trzy godziny dziennie na wizyty w piwnicy. Nazywał ją bazą, bo tak mu się podobało. Zrozumiał, o co chodziło Jasonowi. Podtrzymywał w ludziach wolę walki, żeby nie dali się zdeptać Marvosowi i Krisowi. Żeby wciąż pamiętali, że żyją i mają prawo mieć normalne miasto.

Dowiedział się kim byli tamci wspominani przez Grubego. Ciągle przed nimi ostrzegał. Przechodziły dreszcze, kiedy słyszał historie o wynajętych mężczyznach, łapiących stałych mieszkańców Ulicy. Piętnowali uliczników naznaczeniem, by nikt nie wpuszczał ich do miasta.

Wypalali znak na ramieniu, a co gorsza tych stawiających się wysyłali do miasta. Jason opowiadał straszne historie o złym traktowaniu uliczników. Mówił, że są sprzedawani i bici dla zabawy bogatych ludzi. Noah nie wierzył.

Wielu ludzi ich nienawidziło, ale to? Nie mieściło mu się w głowie i na razie odrzucał to jako rozdmuchane plotki. W gruncie rzeczy raczej chciał iść do miasta i to też sugerowali chłopaki. Jeśli dostanie się tam mając osiemnaście lat i jakimś cudem zostanie przyjęty, otrzyma szansę na normalne życie. To się ponoć zdarzało. Pod warunkiem, że nie da się złapać naznaczającym do dnia pełnoletności.

Chłopiec, po pierwszej wizycie w piwnicy odkrył, że będzie mu się to podobało. Jason wymyślił ambitny plan, chcąc przywrócić dawną Ulicę. Na razie pośrednie cele bardzo pasowały. Mężczyzna przede wszystkim nauczy go radzenia sobie w tym świecie i przeżycia. Uczenie dzieciaków kraść i bić się nie należało do normalnych, ale tak wyglądała rzeczywistość. Kobieta pomagająca Jasonowi, której imienia nie potrafił zapamiętać, przynosiła zestawy wytrychów i uczyła otwierać zamki bez użycia kluczy. Tylko tutaj dostawał do ręki kij, pistolet, zbłąkanego shurikena i przyniesioną przez kogoś garotę.

Noah poznał prawie wszystkich dorosłych i dzieci. Większość dzieciaków mniej więcej w jego wieku, sporo młodszych, starszych na palcach policz. Poznani okazali się bardzo sympatyczni. Ta drużyna stanowiła namiastkę rodziny tworzonej dawno przez jego ojca.

Czuł się z nimi dobrze i to zachęcało do codziennego przychodzenia do piwnicy. Ciągłą frajdę sprawiało zjeżdżanie na dół. Czasem specjalnie wracali na górę znów zjechać. Nareszcie czuł się bardziej dzieckiem niż dorosłym.

Wdzięczność do Jasona za wypatrzenie w tłumie ludzi narastała. Noah nareszcie znalazł w sobie motywację do porządnych ćwiczeń i przykładał się sumiennie do nauk. Chętnie słuchał rad zarówno dorosłych i tych z większym doświadczeniem. Pewnego dnia mogą uratować mu życie. W weekendy odpuszczał wizyty w bazie — zawody zajmowały zbyt dużo czasu, musiał kiedyś spać.

Przez swoje usposobienie, wdzięczność i okazywaną przyjaźń, Noah w krótkim czasie stał się bardzo lubiany. Jakieś dwa miesiące później dorównywał poziomem umiejętności sporej części dzieciaków, co niektórych wprawiło w niemały szok. Jedynie Jason niczego nie komentował, jakby wiedział…

Noah odznaczał się sprytem, wrodzonym potencjałem, ale ani wiedza, ani umiejętności nie mogły zastąpić krwi. Jason nie hamował jego rozwoju, pozwalając trenować ze starszymi. Przecież o to właśnie chodziło. Chciał w grupie jakiegoś lidera.

Na początku myślał o Kasjanie. Ten pokazał zarozumiałość i butę. Inni raczej go nie lubili, okazał się zbyt wyniosły na prawdziwą przyjaźń. Był naprawdę dobry w fachu i dlatego Jason się z nim nie pożegnał. Z cierpliwością szachisty znosił jego humory i wywyższanie się.

Nadzieja na pozytywne spotkania Noaha i Kasjana wisiała na włosku. Na razie mijali się w godzinach, ale Jason w głębi duszy czuł, że zatargi między tymi dwoma są nieuniknione. Obaj mieli silne charaktery, a Kasjan zbyt pożądał władzy, by pozwolić komuś innemu przejąć pozycję.

Noah to inny kaliber — lidera, nie tyrana. Otwarty, sympatyczny i pomocny. Świadomy własnej wartości i posiadanych umiejętności. Przychodziło mu to naturalnie, nie wywyższał się i nie obnosił. Stawiał na swoim, jednoczenie nie ignorując reszty. Chętnie dzielił się swoimi doświadczeniami, pomagał tym, których przegonił i przykładał się do własnych treningów.

Był urodzonym przywódcą, choć zdawał się tego nie zauważać. Nieświadomie posiadał władzę nad większością osób należących do drużyny. Jason uśmiechał się na samą myśl, jakby wyglądała sytuacja, gdyby on i Noah chcieli robić coś innego. Większość dzieciaków pewnie miałaby spory problem, kogo posłuchać.

Wilson uczył od dawna, Noah z kolei stał się naturalnym przywódcą, choć pewnie nie mieli o tym pojęcia. Chłopcu zdarzało się nieświadomie wydawać polecenia, a ekipa bez protestu je wykonywała. Mężczyzna śmiał się, dostrzegając zmieszanie chłopca, przyłapującego siebie na takim zachowaniu.

Jason zastanawiał się, czy wynikało to ze skromności czy też z doświadczenia. Jego ojciec stworzył swoją drużynę i Noah musiał pamiętać, jak wielka jest to odpowiedzialność. Niemniej cieszył się, mając chłopca po swojej stronie. Warto było uzbroić się w cierpliwość i czekać aż się zdecyduje.

Rozdział 19
Przyłapany

Gdzieś w środku tygodnia Noah został w pracy z Grubym do wieczora. Nie podobało mu się to. Po powrocie do domu padał ze zmęczenia i stracił ochotę na wycieczkę do bazy. Zdecydował się, wiedząc, że nie będzie zmuszany do ćwiczeń. Zawsze mógł tam po prostu posiedzieć. Cieszył się każdą chwilą spędzaną z nimi.

Lubił wszystkich, z paroma osobami zaczęła łączyć go mocniejsza więź. Czasem nawet zamiast iść do bazy, umawiali się i szwendali po Ulicy. Umył się szybko i pobiegł na górę. Nie zauważył podejrzliwego spojrzenia Grubego, któremu przeczucie mówiło, że chłopiec nie spieszyłby się, idąc do łóżka.

Gruby postanowił to sprawdzić. Nie zamierzał ściągnąć na siebie podejrzeń Noaha, sprawnie skończył zwykłe czynności i udał się do swojego pokoju. Poczekał dobre pół godziny, po czym cichaczem uchylił drzwi. Stał przy nich bardzo długo, a potem przeniósł się do kuchni. Wreszcie usłyszał szmery na górze.

Harper zachowywał się niezwykle cicho, nie usłyszałby nic, będąc w swoim pokoju. Tym razem coś tknęło i nagle dotarło do niego, jak wiele przeoczył ostatnimi czasy. Ufał Noahowi, ale młody nie powinien kombinować. Bał się o bezpieczeństwo chłopca i nie zamierzał pozwalać na samowolne decyzje.

Mimo wszystko to dzieciak, a teraz wyjątkowo pozwalał na więcej, bo godzinami szwendał się nie wiadomo gdzie i z kim, praktycznie dzień w dzień. Wszystko okej, byle w granicach rozsądku, a te najwyraźniej dawno zostały zapomniane. Odczekał chwilę i na palcach zaczął wchodzić na górę. Cicho otworzył drzwi do pokoju…


…


Noah położył się, uważnie nasłuchując, co się dzieje na dole. Gdy wszelkie drzwi zostały zamknięte, po cichu zaczął się przebierać. Uśmiechnął się do siebie. Po tylu razach wciąż czuł dreszczyk ekscytacji wymykając się nocą.

Wyszykował się i otworzył okno. Z przyjemnością wciągnął w płuca nocne, orzeźwiające powietrze. Tradycyjnie przywiązał do klamki sznureczek i wspiął się na parapet. Pełen radości wyczekiwanego spotkania szerzej otworzył okno. Gdy jedną nogą był na zewnątrz, posłyszał skrzypienie drzwi. Zamarł. Powietrze niemal zastygło w płucach od wstrzymywania oddechu. Przez moment naszła ochota na ucieczkę, ale nie byłoby to dobre rozwiązanie.

Cofnął nogę do wewnątrz i stojąc na parapecie, odwrócił się w stronę pokoju. Zbladł, zobaczywszy Grubego w szeroko otwartych drzwiach, z rękoma założonymi na klatce i groźną, śmiertelnie poważną miną. Nie było sensu tłumaczyć. Teraz wiedział.

Noah stał sparaliżowany tym, że nareszcie został odkryty. Akurat dziś? Kiedy w ogóle o tym nie myślał i nie zamierzał się na to przygotowywać. Patrzył na kolegę i mało się nie rozpłakał, widząc w jego oczach zawód. Gruby składał się z dogłębnego rozczarowania.

Zszedł w milczeniu z parapetu i czekał. Chyba wolałby, żeby nakrzyczał, niż stał w zupełniej ciszy, pokazując, jak bardzo zranił.

— Sprytne — odezwał się Gruby beznamiętnie, zerkając wymownie na sznurek przywiązany do klamki okna.

Chłopiec przełknął ślinę, bojąc się odezwać. Zamknął okno. W jednej chwili pożałował swojego zachowania. Powinien był powiedzieć chłopakom dawno temu. Za późno, stało się. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, a Gruby najwyraźniej zamierzał trzymać w niepewności w nieskończoność.

— Zdaje się, że masz mi sporo do powiedzenia. — Wreszcie gestem przywołał do siebie. Gdy Noah nie ruszył się z miejsca, wskazał ręką na dół. — Zapraszam pana do kuchni. Na herbatę. Albo dwie. Ewentualnie herbatę i kawę, w zależności od długości tej urzekającej historii. — Kamienna twarz kolegi dawała do myślenia.

Kpił w żywe oczy, pokazując, jak bardzo źle postępował. Nie chciał nawet myśleć, jak zareaguje na czas ciągnących się oszustw. Westchnął po cichu, ruszając w stronę drzwi.

Gruby pozwolił przejść obok siebie i puścił przodem. Zeszli do kuchni. Noah otworzył usta, żeby to z siebie wyrzucić; kolega nie pozwolił. Uciszył go karcącym spojrzeniem, nastawiając wodę w czajniku.

— Skoro to tak długo czekało, może poczekać aż woda się ugotuje, bo nie wiem, czy zniosę to z suchym gardłem. Zapewne zaschnie mi w gardle z zachwytu podczas tej czarującej opowieści, nieprawdaż?

Noah spuścił wzrok. Kpina bolała, ale w pełni sobie na nią zasłużył. Mógł mieć pretensje wyłącznie do siebie. Gruby zrobił dwie herbaty i jedną gwałtownie postawił przed chłopcem. Rozsiadł się wygodnie na jednym krześle, na drugim położył nogi. Odetchnął parę razy.

— No, zaczynaj, jestem gotowy.

Noah opowiadał długo i powoli, nie pomijając swoich uczuć, żeby wiedział, co nim kierowało. Chciał zostać zrozumiany. Wątpił w to, a Gruby przez cały czas wzrok pozostawiał pusty, twarz kamienną, a oddech wyrównany. Jakby nie było w nim żadnych emocji — ani złości, ani smutku, ani zrozumienia.

Opowiedział o Jasonie i bazie, o tych ludziach i o tym, czego się tam uczy. Wolał nie dobijać po raz drugi, więc z rozmachu przyznał się też do wyścigów. Właściwie od nich powinien zacząć, bo to tam poznał Jasona, ale wielkolud pewnie się domyślił.

Kiedy skończył, zapadła niezręczna cisza. Niezręczna dla chłopca, bo Gruby wydawał się tkwić we własnych myślach, jakby w ogóle nie ruszało go to, co usłyszał.

— Przykro mi, że nie daliśmy ci tego, czego potrzebowałeś — odezwał się w końcu.

Noah obawiał się złego zrozumienia. Przez chwilę spoglądał na Grubego, a potem łzy pociekły strumieniami po policzkach. Rozpłakał się na dobre.

— No nie. To nie tak. Naprawdę nie tak! Przecież ja miałem i mam, co trzeba.

Z trudem łapał oddech, zszokowany wpływem historii na myśli i uczucia kolegi. Nie chciał nawet myśleć, co powie Chudy. Szlochał dobre parę minut, aż wreszcie Gruby przywrócił do rzeczywistości.

— Noah!

Chłopiec drgnął i niemal natychmiast przestał płakać, zaskoczony ostrym tonem.

— Cieszę się, że wszystko powiedziałeś — odezwał się łagodniej. — Przykro mi, ale nic na to nie poradzimy. Co się stało, to się nie odstanie, miałeś swoje powody. Chcę, żeby między nami było okej, choć długo ci nie zapomnę. Proponuję iść się z tym przespać, a jutro zobaczymy.

Noah energicznie pokiwał głową, zgadzając się. Doskonale pojmował niewłaściwe postępowanie i nie potrzebował wywodów na ten temat. Nie chciał dłużej patrzyć na Grubego i żal ukrywany pod poważną miną.

W połowie schodów Gruby ponownie przywołał go do siebie. Noah zszedł, lekko przestraszony. Zaraz mu ulżyło, bo wielkolud zamknął go w niedźwiedzim uścisku.

— Cieszę się, że nic ci się przez ten czas nie stało — wyszeptał, po czym odwrócił się i odszedł do swojego pokoju.

Chłopiec stał wpatrzony przed siebie, potem wszedł po schodach. Z przyjemnością zakopał się pod ciepłą kołdrą i zasnął.

Rozdział 20
Werdykt

Ledwo otworzył oczy, zobaczył nad sobą dwie postacie. Gruby i Chudy stali nad łóżkiem z niewzruszonymi minami, czekając niecierpliwie, aż wreszcie się obudzi. Dla chłopca nie był to przyjemny widok. Słońce dobrze nie wzeszło, a on już wyczuwał kłopoty. Ciekawe jaką karę dostanie. Westchnął głęboko, przeciągnął się i usiadł na łóżku.

— Mam wstawać? — Spojrzał na ich twarze, nic nie odczytując. Niedobrze.

— Nie musisz, jeśli użyczysz nam swojego łóżka na krótką pogawędkę. W przeciwnym razie poczekamy w kuchni — rzekł Gruby z chytrym uśmieszkiem.

Zastanawiał się, czy warto ruszać tyłek spod ciepłej kołdry. Doszedł do wniosku, że skoro dostanie opierdziel, to łatwiej go zniesie tutaj niż na twardym, kuchennym krześle. Posunął się, robiąc miejsce dla chłopaków. Usiedli po obu stronach.

— No więc… nie będziemy owijać w bawełnę — zaczął Gruby.

— Mamy ci tylko parę słów do powiedzenia — kontynuował Chudy.

— Naprawdę tylko kilka.

— Mamy nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

— Bo w sumie chyba tego dzisiaj oczekiwałeś.

— Pewnie nie z rana, ale co będziemy czekać do wieczora prawda?

Noah przytaknął.

— Czekanie niepotrzebnie zwiększa nerwy, więc szybko sobie wyjaśnimy i będzie po sprawie.

— Na początek chcieliśmy ci powiedzieć…

— Że ładna dziś pogoda i wieczorem robimy grilla.

— Przyjdą chłopaki, może chcesz posiedzieć z nami, ale do rzeczy…

— Chociaż właściwie to nie wiem, czy mamy sobie coś do powiedzenia.

— Gruby mi wyjaśnił i wszystko zostało powiedziane wczoraj, tak?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 26.78
drukowana A5
za 77.75