E-book
23.21
drukowana A5
50.64
Pieczęć Samaela

Bezpłatny fragment - Pieczęć Samaela

Afterlife: Zaświaty. Tom II


Objętość:
256 str.
ISBN:
978-83-8155-872-3
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 50.64

Spirits in my room, friend or foe?

Felt it in my youth, feel it when I’m old

Twenty One Pilots, Jumpsuit


You’re the pulse in my veins

You’re the war that I wage

Can you change me?

Starset, Monster

„Nunca te olvidaré”

Prolog

Potomstwo lodowatych serc

Mroźny wieczór dawał się we znaki mieszkańcom Irlandii. Dwóch przechodniów przebiegło przez ulicę w kierunku zadaszenia antykwariatu, by schować się przed deszczem. Lata leciały, ale klimat szmaragdowej wyspy pozostawał niezmienny — krople deszczu znów uderzały o chodnik, a śmiertelnicy rozmawiali o pogodzie, opowiadając sobie stare legendy. Ludność miasteczka niemal dosłownie nimi żyła, słuchając o istotach nie pochodzących z tego świata. Wiele osób mówiło, że czasem widać je pośród żywych — ponoć roztaczały wokół siebie jakieś dziwne światło. Poza świetlistymi istotami były jeszcze byty ciemne, podstępne — ukrywające się w mrocznych zaułkach pustych uliczek. Czyhały na niczego nieświadomych ludzi, by przykleić się do ich dusz i podążyć za nimi aż do domu, po drodze siejąc spustoszenie. Legendy czy nie, nikt nie chciał się spotkać z takim bytem.

Garstka przechodniów obróciła się tyłem do szyby, w której odbijała się wystawa starych książek opowiadających o mitycznych istotach. Słabe światło latarni oświetlało zmęczone i skroplone mżawką twarze. Gdy deszcz ustał, dwaj mężczyźni postanowili wejść do pubu znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy.

W środku panował gwar. Mieszkańcy spotykali się tutaj codziennie, by rozmawiać o bieżących sprawach. Było to przyjemne, klimatyczne miejsce. Stoliki wykonano z beczek, na których leżały albo koronkowe obrusy, albo chociaż kolorowe podstawki. W rogu stał nawet telewizor, w którym mieszkańcy mogli oglądać mecze.

Goście zostawili mokre kurtki na wieszaku, po czym ruszyli w stronę lady. Ich sylwetki odbiły się w lusterku umieszczonym pomiędzy półkami. Byli to dwaj mężczyźni w podeszłym wieku. Jeden z nich nosił grube, owalne okulary. Czas go nie oszczędzał, bowiem jego twarz pokryły już zmarszczki, a włosy i broda były całkiem siwe. Był dość wysoki, posiadał nieznaczny brzuszek. Jego towarzysz, niższy mężczyzna o ciemnych jeszcze włosach, był chudy niczym patyk. Poprawił prostokątne okulary i schował do kieszeni pudełko papierosów, które wcześniej wyciągnął, by zapalić.

Przybysze usiedli przy ladzie, jeden z nich uśmiechnął się do kelnerki i pomachał jej. Kobieta przeprosiła swoich rozmówców, po czym odwróciła się na pięcie. Poprawiła rude włosy upięte w kok, wyminęła kilku podpitych klientów i weszła za ladę. Była w średnim wieku, lecz nadal kipiała młodzieńczą energią.

— Co dla was, panowie?

— Rose, po co tak oficjalnie? — rzucił niższy mężczyzna, drapiąc się po głowie. — To, co zawsze. Przecież jesteśmy stałymi gośćmi, prawda?

Rose pokręciła głową i roześmiała się głośno. Miała urocze dołeczki w policzkach.

— Stałymi gośćmi? Wpadacie tu raz na ruski rok, Liam! Nie popisuj się swoją nonszalancją, nie kupuję tego.

Odwróciła się w stronę starszego mężczyzny w kraciastej koszuli.

— Wyglądasz o wiele lepiej, Bruce. Może leki nie będą ci niedługo potrzebne?

Bruce pogładził się po brodzie, po czym uśmiechnął się do niej.

— Dziękuję, Rose. Jak się miewają twoje dzieci?

— Bardzo dobrze. Niedługo zostanę babcią! — oznajmiła, klaszcząc przy tym w dłonie.

— Najwyższy czas — zaczął Liam, urwał jednak, gdy kobieta pstryknęła mu palcem w czoło. Bruce zaśmiał się i przetarł okulary starą chusteczką. Rose odwróciła się, sięgając po dwie szklanki, które wypełniła piwem. Lekka piana unosiła się nad złocistym napojem pachnącym chmielem.

— Za stare lata, chłopcy — powiedziała, stawiając szkło na korkowych podstawkach. Mężczyźni skinęli głowami, po czym unieśli kufle i upili kilka łyków.

Bruce odstawił swój i otarł usta. Przyjrzał się krajobrazowi widocznemu w lustrze. W pewnym momencie dostrzegł jakieś światło. Coś jakby iskra przebiegło tuż za oknem. Mężczyzna odwrócił się, lecz nie zobaczył niczego niezwykłego. Ciemność sprawiła, że zaczął myśleć o burzowych chmurach.

— Bruce? Wszystko w porządku? — spytała Rose, wyrywając go z zamyślenia.

— Tak, po prostu na chwilę odpłynąłem — odparł spokojnie, niewinnie wzruszając ramionami.

— Ostatnio często ci się to zdarza. Czasu nie cofniesz.

— Liam! — skarciła go Rose, tym razem piorunując go wzrokiem. — Stare to, a głupie! Wybacz mu, on chyba nie wie, co mówi… Liam, odłóż to piwo.

— Nie, nie — on ma rację — wtrącił Bruce, uśmiechając się słabo. — To prawda. Myślę, że nie potrafię uporać się z wspomnieniami. Po prostu… Nie umiem tak łatwo zapomnieć o wnuku.

Rose zacisnęła usta, kładąc mężczyźnie dłoń na ramieniu.

— Bruce… Możesz jedynie mieć nadzieję.

Bruce skinął głową, wpatrując się w blat. Wśród trójki znajomych przez chwilę panowała cisza, chociaż lokal nadal rozbrzmiewał wesołymi rozmowami.

Mijał kolejny rok, odkąd wnuk Bruce’a zaginął bez wieści, a on ciągle nie mógł się pozbierać. Pamiętał tylko, że chłopak żegnał się z nim, mówiąc, że już nikt więcej ich nie skrzywdzi. Gdy zniknął za drzwiami, słuch o nim zaginął. Stróże prawa dawno się poddali. Chłopak został oficjalnie uznany za zaginionego, chociaż Bruce wciąż chciał poznać prawdę — oprócz wnuka nie miał nikogo bliskiego. Teraz pozostali mu tylko pies, starszy przyjaciele i ten pub, do którego przychodził, gdy w sklepie nie było żadnych klientów. Czasem, wycierając kurze z zamówionych instrumentów, słyszał jeszcze dźwięk tych, na których często grywał jego wnuk, śpiewając znane im obu melodie. Wiedział, że pamięć płata mu figle, mimo wszystko tak bardzo chciał zmienić bolesną rzeczywistość na ten piękny sen.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk tłuczonego szkła. Odwrócił głowę, widząc spadające na parapet kawałki okiennej szyby.

— Coś się dzieje na zewnątrz — zauważył Liam, wstając z krzesła. Podobnie uczyniło kilku gości pubu. Wyszli z budynku. Bruce założył płaszcz i ruszył za nimi.

W okolicy znajdowało się tylko kilka drzew porastających pobocze, mały zagajnik oraz asfaltowa droga prowadząca do pobliskiej świątyni. Na niebie zebrały się ciemne chmury, rozległ się grzmot. Zdaje się, że nadchodziła burza.

— Ktoś tutaj leży! — krzyknął nagle jeden z mężczyzn, wskazując na rów po drugiej stronie ulicy. Kilku śmiałków ruszyło w jego stronę.

Znaleźli rannego człowieka. Wokół niego widać było jakieś ślady. Po czole mężczyzny spływała rubinowa, lepka ciecz.

— Żyje, ale mocno krwawi, musimy to jakoś zatamować!

— Proszę pana, słyszy mnie pan?

— Wezwę karetkę!

— Ktoś go napadł? Jakieś ślady prowadzą do lasu, spójrzcie tutaj!

Bruce przysłuchiwał się tej wymianie zdań, widząc, jak grupka ludzi próbuje pomóc mężczyźnie, podczas gdy Liam podawał operatorowi adres lokalu.

Starszy mężczyzna odwrócił się i poprawił okulary, wpatrując się w niebo. Dlaczego nadal widział te dziwne iskierki i ciemne kropki? Wzruszył ramionami, zrzucając to na karb zmęczenia.

Nie mógł wiedzieć, że w zupełnie innej, duchowej rzeczywistości właśnie rozgrywa się bitwa o jego istnienie.


*


Mroczna postać unosiła się nad ludźmi zgromadzonymi wokół rannego, karmiąc się ich zmartwieniami i podejrzeniami. Energię czerpała z nienawiści, która była dobrze wyczuwalna w okolicy, kiedy zraniono niewinnego człowieka. Demon powoli nabierał pełnych kształtów. Jego krzaczaste dłonie przypominały teraz suche gałęzie, które mogły przebić się przez powłokę stworzoną przez inne, dobre istoty. Nazywano ich Obrońcami. Ich niebiański rynsztunek chronił posiadaczy przed ciosami monstrum. Każde kolejne uderzenie coraz bardziej rozświetlało ich aurę i rozrzucało wokół świetliste iskry.

— Zdaję się, że mamy spory problem! — krzyknął jeden z Obrońców o długich, jasnych włosach. — Te cholerstwa zawsze łączą się w grupy.

— Niech to! Tamten złodziej ucieka! — jęknął drugi. — Ale ranny będzie żył, chwała Jego Magnificencji.

— W takim razie pora pozbyć się tego złośliwego kaduka! Z twojej lewej!

Obrońca został uderzony z całej siły. Jego skrzydła zwinęły się lekko, on sam zaś wylądował na ziemi. Jego towarzysz zacisnął zęby i rzucił się na demona, przebijając go mieczem kilka razy.

— W imię Jego Magnificencji, odsyłam cię do Tenebrae!

Demon wrzasnął, jego ryk przypominał huk piorunów, który wystraszył ludzi znajdujących się w świecie żywych. Powoli tracił siły. Chwilę później przez jego ciemną posturę zaczęło przebijać się światło. Mroczna postać została rozbita na kawałki, które rozpłynęły się niczym dym. Obrońcy ponownie wzbili się w powietrze, otrzepując swoje jasne szaty z pozostałości ciemnego pyłu.

— Zadanie wykonane. Myślisz, że Dágnon zaliczy nam to jako pracę domową?

— Jest wymagający, ale zawsze możesz mieć Nadzieję.

Młodzieńcy skinęli głowami, po czym jeden z nich uniósł swój miecz i rozciął powietrze. Przed nimi otworzył się świetlisty portal, przez który mogli dostać się do innego, pozaziemskiego miejsca. Zanim zniknęli, obrócili się jeszcze w stronę ludzi. Żywi byli bezpieczni.


*


Deszcz zacierał ślady, kiedy burza rozpętała się na dobre. Ambulans zabrał rannego mężczyznę, policja spisała zeznania, zaś mieszkańcy z powrotem skierowali się w stronę pubu, gdzie usiedli przy kolejnym piwie.

Bruce zajął miejsce obok Liama, wpatrując się w pustą szklankę.

— Co jest?

— Sam nie wiem. Masz czasem wrażenie, że poza naszym światem istnieje coś jeszcze?

— W sensie co? — rzucił Liam, sącząc kolejne piwo. — Ktoś zesłał z nieba dobroczyńców, by wywołali nas na zewnątrz? Czytasz za dużo apokryfów, Bruce.

— Może masz rację — westchnął Bruce, po czym uśmiechnął się i zerknął w stronę okna. Zamknął oczy i złożył dłonie, pochylając głowę.

Boże, jeśli mnie słyszysz, błagam — zaopiekuj się moim wnukiem.

Rozdział 1

Nowe Życie

Po Drugiej Stronie, w duchowej rzeczywistości, trwało inne Życie. Życie wieczne. Dusze przebywające na Dachu Świata nie musiały się przejmować problemami tych, który wciąż żyli na Ziemi. Spacerowały rajskimi uliczkami, obserwowały niebiańskie kompozycje kwiatów i drzew, o wiele wspanialsze niż te istniejące na Ziemi. Tutaj, w miejscu wolnym od negatywnych emocji, praca na rzecz innych była przyjemnością, nie udręką. Dusze przez cały czas doświadczały Dobroci oraz aspektów Cnót Pierwotnych, czyli Wiary, Nadziei i Miłości. Mogły kosztować bytowania w szczęściu i wiecznej radości.

Jego Magnificencja, patriarcha Dachu Świata, roztaczał nad duszami swoją opiekę wraz z Synem i Duchem, tchnieniem Życia. Miał też do dyspozycji posłańców, których zsyłał na Ziemię, by pomagali ludziom zmierzyć się ze słabościami niedoskonałego świata i walczyć z demonami negatywnych emocji. Wybrane podczas Sądu Katedry dusze trafiały do odpowiednich uczelni, by współpracować z rajskimi wykładowcami i zdobywać wszechwiedzę na temat rodzaju ludzkiego, jego przywar oraz zalet.

Byli to Obrońcy, Oskarżyciele i Strażnicy Dusz. Ci pierwsi byli skrzydlatymi posłańcami Jego Magnificencji, istotami niedościgłymi w przekazywaniu Dobra. Sprawowali pieczę nad ludźmi od początku ich istnienia, prowadzili przez życie do dobrych wyborów, pilnując zasad transcendentnego prawa moralnego. Ci drudzy pracowali na rzecz Sama Siegla, Mrocznego Hegemona, który — chociaż musiał być posłuszny Jego Magnificencji — wolał pójść własną drogą. Jego uczniowie, zwani infernalnymi podwładnymi, mieli we krwi demoniczne słabości, walczyli w sposób niepokorny i znali się na transcendentnym prawie karnym. Zazwyczaj tęsknili za ziemskim życiem pełnym zabaw i niebezpieczeństw, dlatego sprowadzali je do Tenebrae. Ci ostatni natomiast, zwani czasem Posłańcami Śmierci, zajmowali się przeprowadzaniem dusz na Drugą Stronę i pilnowali, by podczas procesu przeniesienia, duszy nie stała się żadna krzywda. Strażnicy Dusz byli także mediatorami pomiędzy Obrońcami a Oskarżycielami.

Ta zasada istnienia pomocnych Jego Magnificencji dusz zwała się Zasadą Trójpodziału i została wprowadzona przez Katedrę.

Nieliczne dusze siedziały przy fontannie, kiedy obok nich ktoś przebiegł, szybko niczym błyskawica. Jego kasztanowe włosy rozwiewał niebiański wiatr, a połyskująca, zielona aura roztaczała wokół światło aspektu Wiary, kiedy byt skakał po krzakach, kierując się w stronę budynku Katedry. Obserwował wszystko przez swoje rajskie gogle, które pozwalały mu dostrzegać to, co niewidoczne.

Emil był Strażnikiem Dusz. Zyskał Nowe Życie kilka ziemskich lat temu, ginąc pod kołami samochodu nieuważnego kierowcy.

Wbiegł do szklanego budynku, wpadając na wysokiego blondyna o kryształowo niebieskich oczach i złocistej aurze. Nicholas jakiś czas temu zginął na budowie, ratując niewinnego chłopca przed śmiercią. Ten heroiczny uczynek sprawił, że został wybrany na Obrońcę. Dodatkowo był Duszą Mężną, przedstawicielem aspektu Nadziei.

Emil wstał, podnosząc notatki Nicholasa z podłogi i wciskając mu je w ramiona.

— Dlaczego się tak gotujesz? — spytał Nicholas, układając papiery w równym rządku.

Emil uśmiechnął się szeroko.

— Jego Magnificencja wysyła Gary’ego do Nod! — krzyknął Strażnik Dusz, skacząc dokoła Obrońcy niczym dziecko, które właśnie dowiedziało się, że idzie do wesołego miasteczka.

Nod to kraina dusz, które miały zostać oczyszczone. Przebywali tam ci, którzy sporo zawinili za Starego Życia lub nieco nagrabili sobie w Zaświatach, jednak głęboki żal za występki sprawił, że Jego Magnificencja zdecydował się ich zatrzymać. W Krainie Nieistnienia, pozbawionej aspektów Cnót Pierwotnych, dusza męczyła się z nicością, lecz tylko tak mogła zostać oczyszczona. Ból był najlepszym nauczycielem, pod jego tchnieniem dusze otwierały się. Z Nod przechodziło się już tylko na Dach Świata, gdyż taka dusza nie zasługiwała na to, by trafić do Tenebrae, mrocznego miasta. Jego Magnificencja wyznaczał jej odpowiedni czas, jaki miała spędzić w Nod. Gdy nadchodziła prekluzja, Gary schodził po wybrane dusze, które znowu stawały przed Katedrą. Emil czekał na to cztery ziemskie lata, które w wieczności dłużyły mu się nielitościwie, więc Nicholas w pełni rozumiał jego szczęście. Ten Strażnik Dusz, mimo że w chwili swojej śmierci miał ponad dwadzieścia wiosen, wciąż pozostawał dzieckiem. Zastanawiające, że ktoś taki przedstawiał Duszę Rozumną. Być może bycie rozumnym oznaczało istnienie poza schematami? Dziecko spoglądało na świat prawdziwie, niczego nie ukrywało i zawsze było szczere. Takie umiejętności na pewno służą opiekunowi Wolnej Woli.

— Na co czekasz? — spytał Emil, szarpiąc Nicholasa za ramię. — Idziemy, w końcu jesteśmy w jednej drużynie!

— Dobrze już, dobrze — uspokoił go Obrońca. — Tylko zaniosę te dokumenty profesorowi.

Emil stanął w miejscu i włożył ręce do kieszeni, widząc, jak Nicholas zmierza do pokoju wykładowców. Chłopak zapukał do drzwi. Kilka chwil później otworzył mu wysoki mężczyzna, blondyn w błękitnym garniturze i prostokątnych okularach. Profesor Apologeti był parapsychologiem duszy i wykładowcą na Uniwersytecie Coelum oraz bliskim sercu Nicholasa Obrońcą. Chłopak podał mu dokumenty. Benjamin uśmiechnął się do niego i wziął papiery. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę.

Emil błagalnie uniósł oczy w górę i opuścił dłonie. Przecież nie musieli ukrywać tego, że badali aspekt duchowej Miłości, zlecił im to Jego Magnificencja we własnych trzech osobach podczas Sądu Katedry. A najdoskonalsze posłuszeństwo wobec Sędziego było nie przez przykazanie, lecz właśnie Miłość, nie przez prawa i rozkazy, ale przez serce.

Profesor Apologeti podał dokumenty Petrosowi, po czym zniknął za drzwiami. Nicholas nie przestawał się uśmiechać.

— Miej do tego życia cierpliwość, bo jest wieczne — oznajmił, widząc, jak Emil tupie nerwowo stopą. — Możemy iść.

Strażnik Dusz skinął głową i pobiegł w kierunku schodów razem z Obrońcą.

Sądy Katedry odbywały się na siódmym piętrze. W przejściu do Sali siedziała Marylin, która powitała chłopców ciepłym uśmiechem. Ukłonili się jej nisko. Niewiasta zajmowała się porządkowaniem akt spraw ziemskich i pozaziemskich, jednocześnie pośrednicząc pomiędzy duszami a Jego Magnificencją. Była ufna i łagodna, nawet Oskarżyciele, chcąc nie chcąc, okazywali jej szacunek.

Marylin otworzyła drzwi prowadzące do sali rozpraw i zaprosiła chłopców do środka.

Strażnik Dusz i Obrońca weszli na salę, zajmując odpowiednie miejsca. Oprócz nich nie było tutaj nikogo, aż do chwili, kiedy wielkie mahoniowe drzwi uchyliły się, a do pomieszczenia wstąpiło kilka innych dusz, prawdopodobnie bliskich tym, którzy dostępowali procesu oczyszczenia. Ławkę obserwatorów zajęła dziewczyna o długich, ciemnych włosach przeplatanych złotymi pasemkami — Varya — oraz towarzysz jej serca, wykładowca Uniwersytetu Coelum, znawca duchowej aury, Malachiasz Maedoc. Varya pomachała do Emila i Nicholasa. Strażnik Dusz uśmiechnął się szeroko. Ona była tą istotą, której zawdzięczał wiele lekcji dotyczących aspektu Miłości, którego badaniem zajmowała się ona oraz Maedoc.

Zebrani wstali, kiedy na sali pojawili się członkowie Katedry — Jego Magnificencja, Sędzia Richard, oraz jego pośrednicy, Pan Jay oraz Gary, wraz z nim sprawujący sądy nad duszami. Zasiedli na specjalnie przygotowanym miejscu, mając widok na całą salę.

Sędzia poprawił okrągłe okulary, następnie sięgnął po papiery podane mu przez Jaya i powitał zgromadzonych, prosząc ich o zajęcie miejsc.

— Zebraliśmy się tutaj, by podsumować okres spędzony przez dusze w krainie Nod. Każda z nich spędziła tam odpowiednią ilość wszechczasu w zależności od swoich przewinień. Ich proces oczyszczenia w Nod dobiegł końca. Proszę o wprowadzenie dusz na salę.

Gary uniósł dłoń, by otworzyć drzwi po lewej stronie.

Na salę wkroczyła grupka bezbarwnych postaci, których powłoki lśniły białym światłem. Nikt nie mógł odgadnąć, kto jest kim, bowiem proces oczyszczenia sprawiał, że dusza nie posiadała żadnych znaków szczególnych — wszelkie ślady po Starym Życiu zostały wymazane, by dusza nie musiała już nigdy mierzyć się z cielesnym obrazem przeszłości.

Wezwani stanęli przed Sędzią, tyłem do obserwatorów. Jego Magnificencja odłożył dokumenty, po czym uniósł dłoń.

— Udzielam wam błogosławieństwa, byście mogli rozpocząć Nowe Życie na Dachu Świata. Przebywajcie wśród szczęśliwych dusz i radujcie się wiecznością.

Dusze zaczęły jaśnieć. Spłynęły na nie rozmaite kolory, które natychmiast rozlały się po ich duchowych bytach. Aury również przejęły jedną, podstawową barwę, ukryto ją w oczach zbawionych dusz.

— Idźcie w pokoju — zakończył Sędzia. Wziął do ręki złote pióro i przypieczętował los dusz swoim podpisem oraz pieczęcią. Gary zaprowadził dusze do drzwi prowadzących przez Rajski Ogród, by mogły zanurzyć się w Świętej Wodzie i sfinalizować proces oczyszczenia.

Emil wstał z miejsca, rozglądając się za tym, kogo powinien tutaj zobaczyć. Nie znał żadnej z tych dusz. Coś było nie tak. Zerknął na Nicholasa, który również był zmartwiony tą sytuacją.

— Pożegnaliśmy dusze, które w pełni zasłużyły na to, by zakończyć proces oczyszczenia, ponieważ ich Stare Życie nie stanowi dla nich ciężaru — kontynuował Sędzia, zerkając na salę zza okularów. — Wzywam tego, który wciąż czeka na werdykt.

Drzwi uchyliły się lekko. W sali pojawiła się ostatnia, samotna dusza. Podobnie jak poprzednicy, nie miała żadnych znaków szczególnych — postać była niemal całkowicie bezbarwna. Jednak coś ją wyróżniało.

Emil wstrzymałby oddech, gdyby mógł, a gdyby nadal posiadał ludzkie serce — na moment przestałoby bić. Czekał na tę chwilę bardzo długo.

— Zagubiona duszo — odezwał się Sędzia, wpatrując się w oblicze bytu. — Jeśli dobrze postępujesz, podnosisz głowę, a jeśli nie postępujesz dobrze, pokusa czyha u twych drzwi i cię pociąga, a ty masz przecież nad nią panować.

Żyjący kiedyś chłopak uniósł głowę. Chociaż jego postać była bezbarwna, w jego oczach przelewał się atramentowy nurt wzburzonego morza.

— Tak oto udzielam ci miłosierdzia, byś mógł odpokutować swoje występki i wrócić na Dach Świata, czyniąc dobro zamiast zła. Byłeś Upadłym, lecz powstałeś, byłeś martwy, ale odżyłeś, zaginąłeś, ale odnalazłeś się. Daję ci szansę, byś mógł rozpocząć Nowe Życie. Podejdź bliżej.

Dusza posłusznie zbliżyła się do Katedry. Sędzia uniósł dłoń. Aura przywołanej duszy zalśniła odcieniem indygo, cały byt odzyskał swoje kolory, które stały się jaśniejsze i żywe. Jedynie jego ubiór stał się biały, jakby wciąż czekał na nadanie mu nowych barw.

— Jeremy. Obejmujesz urząd Królewskiego Instygatora, posługujesz się zasadami transcendentnego prawa karnego wyłącznie z ramienia Katedry. Jako były Oskarżyciel będziesz przebywał na Dachu Świata. Twoja pokuta trwa, jednak zmieni się jej miejsce.

Jeremy skinął głową, nie mówiąc ani słowa. Sędzia zwrócił się do Strażnika Dusz i Obrońcy, wzywając ich do siebie. Chłopcy wstali i stanęli po bokach Instygatora.

— Oto, co postanowiłem. Zgodnie z Zasadą Trójpodziału, Emil, Nicholas i Jeremy to mianowana przeze mnie nowa Trójca Zagłady. Ta decyzja jest wieczna, bezapelacyjna oraz bezdyskusyjna.

Trójca Zagłady. Specjalny oddział wojowników, przeznaczony do uczestnictwa w najtrudniejszych sądach pośrednich, czyli takich, gdzie winy i zasługi śmiertelnika nie są ewidentne. Zajmuje się również walką z nieczystymi bytami wywołującymi złe emocje, prowadzące do powstawania demonów. Swoje misje prowadzi w rzeczywistości nie tylko duchowej, ale i ziemskiej. Jednym słowem, to najcięższa praca, jaką mógł im zlecić Sędzia.

Jego Magnificencja uniósł dłoń, rysując w powietrzu jakiś znak. Na lewych nadgarstkach chłopców pojawiły się znaki stworzone przez Sędziego, przedstawiały one triquetrę, węzeł wpleciony w okrąg. Był to znak niezacieralny i niezniszczalny, o wiele silniejszy niż demoniczne tatuaże, bowiem pochodził od Jego Magnificencji.

— Stanowicie połączenie najważniejszych aspektów Cnót Pierwotnych: Wiary, Nadziei i Miłości — wyjaśnił Jay, z uśmiechem zerkając na chłopców. — Niech nigdy was nie opuszczają. Emilu, Nicholasie, Jeremy — strzeżcie się nawzajem.

— Osąd został zakończony — oznajmił Sędzia, składając swój podpis i pieczęć w aktach. — Zamykam rozprawę. Możecie odejść w pokoju.

Varya i Maedoc wstali, by podążyć za Katedrą do ich gabinetu. Zanim zniknęli za drzwiami, dziewczyna odwróciła głowę w stronę Emila i złożyła ze swoich dłoni coś na kształt ziemskiego serca. Chłopak odpowiedział jej uśmiechem.

— No cóż, wygląda na to, że pozostajemy w starym składzie — oznajmił Nicholas, uśmiechając się szeroko. Widząc zdezorientowanie na twarzach swoich towarzyszy, pokręcił głową i klepnął ich w plecy.

— Hej! Nadzieja przede wszystkim — powiedział radośnie, unosząc rękę z niebiańskim znakiem ku górze. Strażnik Dusz i Instygator postąpili podobnie. Wokół trójki rozbłysnęła świetlista aura, jakby lśniący węzeł złączył ich dłonie, związując je razem. Chwilę później rozpłynął się niczym mgła. Nicholas uśmiechnął się do pozostałej dwójki.

Emil nie wiedział jeszcze, czym jest całkowite oczyszczenie ze wszystkiego, co łączy się z występkiem wiążącym duszę z ziemskim życiem. To była ciężka przeszłość, jednak sprawiła, że Jego Magnificencja nie skazał Jeremiego na wieczną tułaczkę. Gdyby nie łzy żalu Oskarżyciela i przebaczenie Strażnika Dusz, wszystko byłoby stracone.

Zastanawiałby się nad tym dłużej, gdyby nie to, że Jeremy od jakiegoś czasu bacznie mu się przyglądał. Emil odwrócił się w jego stronę, oczekując jakiegoś gestu powitania.

Wtedy nie miał pojęcia, że to, co się między nimi wydarzyło, jeszcze raz zaburzy cały dotychczasowy porządek Nowego Życia, wiecznego świata, jaki do tej pory dla niego istniał.

Rozdział 2

Szklane serca

Akademię Spiritum, w której uczyli się Strażnicy Dusz, usytuowano niedaleko Uniwersytetu Coelum, uczelni należącej do Obrońców. Te szkoły były do siebie bardzo podobne, obie znajdowały się na Dachu Świata, różniły się jednak wykładowcami i trybem prowadzenia zajęć. Ich kompletnym przeciwieństwem był Tenebris College, uczelnia kształcąca przyszłych Oskarżycieli, znajdowała się bowiem w piekielnym mieście, Tenebrae. Jej uczniowie byli inteligentni, chociaż odznaczali się sporą dozą najgorszych przywar — lenistwa, chciwości, gniewu czy nieumiarkowania. Lista nie kończyła się, niestety, na tych kilku wadach. Brak zorganizowania, koszmarne widoki i bałagan odstraszał od Tenebrae kogokolwiek. Dusze żyjące tam miały dość nie tylko siebie, ale też otoczenia, w jakim się znajdowały.

Emil wiedział, że Jeremy ma wielkie szczęście, że nie musi tam wracać. Chociaż nie powinien oceniać Instygatora przez pryzmat jego Starego-Nowego Życia, ich pierwsze spotkanie wcale nie wskazywało na to, by Jeremy wyróżniał się spośród innych uczniów tego pokroju. Jednak jego oczy zdradziły Emilowi prawdę. Jeremy musiał cały czas udawać, wkrótce uwierzył w swoje kłamstwa. Pewna jego część wciąż pozostawała dobra, dlatego musiał walczyć z samym sobą. Jak mówiły uchwały Rady Proroczej — żadna dusza skłócona wewnętrznie się nie ostanie. Mimo wszystko Emil wciąż miał wrażenie, że w Jeremym może obudzić się wewnętrzna, człowiecza potrzeba buntu, dlatego nie był zwolniony z ekspiacji. Ostatnim razem Emil nie upilnował ani jego, ani siebie — nawet jeśli należało to do zadań Duszy Rozumnej. Co prawda, Jeremy nadal reprezentował Duszę Pożądliwą, czyli istotę działającą, czasem nawet pochopnie, jednak nie podlegał już Sieglowi.

Stare-Nowe Życie chłopaka obracał wniwecz także pokój koszmarów, czyli pomieszczenie należące do Oskarżycieli w infernalnym internacie. Prezentował on nierealne okropieństwa, wizje kłamstw, które przy odpowiedniej liczbie powtórzeń bodźców powoli się spełniały, ponieważ dusza przebywająca w pokoju uznawała je za rzeczywistość. Jeremy i Emil, dusze potrafiące zmaterializować wyobrażenia, zostały wtedy złapane w tę pułapkę.

Sytuacja miała się zmienić. Jeremy został przeniesiony na Dach Świata, wyznaczono mu nowe miejsce. Obrońcy i Oskarżyciele z reguły nie potrzebowali odpoczynku, to dotyczyło raczej Strażników Dusz, jednak wszyscy dopominali się azylu dla siebie i rzeczy potrzebnych im do nauki.

Katedra zdecydowała się umieścić Jeremiego w internacie Strażników Dusz, i chociaż nie powiedzieli tego na głos, chcieli, by Emil miał na niego oko. Ze względu na pobyt w Nod, Jeremy miał za zadanie nadrobić zaległości, dlatego też musiał uczęszczać na większość zajęć w Akademii Spiritum razem z Emilem.

Jeremy musiał zasłużyć sobie na szacunek innych od nowa, chociaż Jego Magnificencja mógł wymazać z akt to, co się wydarzyło — przecież zrobił to z Bitwą Światów, przywracając na Dachu Świata porządek po demonicznym spustoszeniu rajskiego miasta. Emil podejrzewał, że była to część ekspiacji, jaką Instygator miał obowiązek odbyć.

Chłopcy stanęli przed kontuarem recepcjonistki, która zajmowała się wydawaniem kluczy do pokoi. Kobieta zerknęła na Jeremiego, poprawiając okulary. Wyciągnęła dłoń, prosząc o identyfikator. Instygator niedawno otrzymał go z rąk dyrektora Fíordy. On i Siegel mieli ze sobą na pieńku, dlatego też dyrektor cieszył się z nowego adepta, który uczęszczał do jego placówki.

Kobieta sięgnęła po księgę i wpisała do niej dane Jeremiego, po czym powiedziała, dokąd ma się skierować. Pokój Instygatora znajdował się tuż przy lokum Emila.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 50.64