E-book
15.75
drukowana A5
37.5
Pięć naszych lęków

Bezpłatny fragment - Pięć naszych lęków


Objętość:
114 str.
ISBN:
978-83-8221-822-0
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.5

Dźwięk dzwonka powoli zaczynał penetrować jej sen, wdzierając się i rozbijając jego treść coraz bardziej nachalnie, stopniowo stając się niemożliwym do zniesienia. W końcu brutalnie sprowadził pierwsze oznaki świadomości, i zmusił do otwarcia oczu.

— Zamknij się już! — pomyślała Magda, machając ręką w stronę budzika i gramoląc się spod kołdry. Nie lubiła tej chwili, bo nigdy nie było jej łatwo wstawać. I nie chodziło wyłącznie o niewymowną wręcz chęć powrotu pod kołdrę. Wiedziała, że znowu czeka ją kolejny dzień walki o siebie, ze sobą i ze wszystkimi, kolejny dzień przetrwania, jak to sama zwykła określać w swoich myślach. Gdyby teraz ktoś nawinął jej się pod rękę niewątpliwie musiałby swoje odcierpieć. Od dawna już marzyła o chwili, gdy będzie mogła… w sumie to sama nie bardzo wiedziała, co tak naprawdę by chciała, aby w związku z tym wstawaniem nastąpiło. Po prostu nie lubiła tych chwil, ale poddawała im się każdego dnia. Cóż, poczucie obowiązku było silniejsze, choć nigdy nie poprawiało jej humoru. Po prostu robiła, co musiała zrobić, i tyle. Wchodząc do łazienki zerknęła w lustro i to, co w nim ujrzała wcale nie poprawiło jej nastroju.

— Ogarnij się kobieto — burknęła, zrzucając z siebie jedwabną, kusą koszulkę i znikając pod prysznicem. Dopiero strugi letniej wody z deszczownicy spowodowały, że odetchnęła z ulgą. Uwielbiała jak woda delikatnie masowała jej ramiona i głowę… Sporo zainwestowała w wyposażenie łazienki, ale opłaciło się. Mogłaby tak stać przez cały dzień rozkoszując się każdą kroplą spadającą na jej skórę. Niestety, nie ma tyle czasu. W ogóle nie ma czasu. Za dwie godziny musi wyjść, a jeszcze jest tyle spraw do zrobienia. Chwyciła ręcznik wyraźnie podkręcając tempo. Owinęła go wokół siebie na wysokości piersi i usiadła przed lustrem. Powoli, ale bardzo dokładnie doprowadzała swoją twarz do stanu wymaganego. Nie jest to proste. Magda nie stosuje makijażu. Każdego dnia tworzy dzieło sztuki. On ma być, choć nikt nie ma go widzieć, jednocześnie podziwiając efekt. To wymaga czasu i umiejętności. Kursy dla stylistów, dziesiątki książek i broszur i wreszcie mnóstwo informacji, jakie potrafiła wyciągnąć od każdego faceta, który układał jej włosy, robił makijaż, paznokcie, czy doradzał przy zakupie ciuchów, zrobiły swoje. Doskonale wiedziała, co należy robić, aby było, jak ma być. A miało być doskonale. Miała zresztą talent artystyczny, bez pudła wyłapując wszelkie niedociągnięcia, które czasami i jej się przytrafiały. Jednak zawsze, jedynym i ostatecznym sprawdzianem była reakcja kobiet, które mijała w ciągu dnia. Ich wzrok zawsze utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko jest jak trzeba. Tak, właśnie kobiety, a nie faceci upewniali ją o urodzie. Faceci ją bawili, dokładnie skanując jej figurę podczas krótkich chwil mijania się na ulicy. Ten ich wzrok, miny, chłopięce reakcje. Śmiała się w duchu, bo zawsze miała wrażenie, że większość z nich postrzega siebie samych jako supermenów w każdym calu. Jakoś dziwnie prostowały im się plecy, wciągały brzuchy, wypinała wątła pierś… Zazwyczaj bawiło ją wyobrażanie sobie jak to powietrze uchodzi, gdy tylko znikną z jej pola widzenia. Czasami zastanawiała się, czy nie jest im głupio tak się zachowywać, ale odganiała te myśli czym prędzej. W końcu, spełniały swoje znaczenie upewniając ją na swój sposób o urodzie no i bawiły ją. Nie przejmowała się nimi ani przez chwilę? Życie i tak jest wystarczająco ponure, i nie powinna sobie odmawiać tych rzadkich chwil, gdy mogła się uśmiechnąć. W oczach kobiet widziała znacznie więcej. Od zazdrości, przez dosyć drobiazgową lustrację jej postaci, czasami nawet z oznakami docenienia, aż po coś, co sama określała jako: „syndrom — spierdalaj dziwko!” To był ostateczny znak, że Magda wykonała swoją poranną pracę z należytą starannością. Z „należytą starannością”? A cóż to za zwrot przyplątał jej się w myślach?

„Przecież jeszcze nie jestem w pracy. — przelatywało przez jej głowę, i zaraz po tym, to jakże wkurzające: „wyluzuj”.

Ile osób jej to czasami powtarzało. Łatwo mówić. Trudniej wykonać, szczególnie, gdy tak wiele spraw trzeba mieć pod kontrolą. Jak pójdę na emeryturę to wyluzuję, teraz nie ma czasu na takie fanaberie. O ile dożyję do tego czasu… Ale kto by się tym przejmował dzisiaj?

Wpatrując się w lustro podczas spełniania tych porannych rytuałów powtarzała znane z „Królewny Śnieżki” pytanie o to, kto jest najpiękniejszy na świecie. Lubiła te bajkę. Przypominała jej dawne czasy, gdy tata przed snem… ech, nieważne! Właściwie, nie interesowały jej inne kobiety. Pytanie to dotyczyło wyłącznie jej samej, a odpowiadał najsroższy sędzia jakiego znała: ona sama. I nie chodziło o to czy jest naj… Magda chciała tylko upewnić, że jest wystarczająco ładna, że nie ma w jej wyglądzie żadnej skazy i choć nigdy nie zdarzyło się, by była w pełni zadowolona, to zazwyczaj odchodziła od lustra z poczuciem pewnej ulgi i jakby bardziej wierząc w siebie. Dlatego „Przygotowanie ciała do wyzwań” — jak Magda sama te poranne czynności nazywała wymagało czasu i otrzymywało go dokładnie tyle, ile było trzeba. Mimo, że właśnie z czasem w Magdy życiu było chyba najgorzej. Każdy niemal dzień to sprint od zadania do zadania. A każde zadanie to wyzwanie, które ma przynieść sukces. I przynosi. Podobnie Magda traktowała „błyskotki”. Nie lubiła biżuterii „na bogato”. Za to rozkochiwała się w akcentach. Malutki kolczyk w uchu, łańcuszek, jakby z nici pajęczej na przegubie, pierścionek, wszystko to nie miało razić, nie miało kłuć w oczy, ale musiało być zauważone. I wiedziała, że faceci to widzą. Ostatnio spróbowała nutkę brokatu w okolicy biustu. Co za skutek! Iluż mijających ją facetów tam właśnie kierowało swój wzrok. Ten delikatny błysk musiał zwracać uwagę przechodniów. Nawet kobiety nie mogły się oprzeć. A było co oglądać. Był to jedyny chyba element jej ciała, o którym myślała w miarę dobrze. Często, po zajęciach na siłowni, gdy brała prysznic, widziała jak inne młode kobiety przyglądały się jej piersiom, szukając blizn po nacięciach. Nie były w stanie zgadnąć czy to silikon, czy natura. A tam nie było ani grama plastiku! Ten sam rozmiar, i ten sam kształt. Te spojrzenia właśnie powodowały, że Magda skłonna była uznać, że w tym jednym przypadku natura odrobiła swoje zadanie całkiem nieźle. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by jakiś chirurg plastyczny potrafił wykonać to lepiej. A faceci miękli przy pierwszym kontakcie. Oczywiście nie chodziło o to, by na ulicy wabić facetów. To nie było w Magdy stylu. Magda była menadżerem i potrzebowała wiedzieć w jaki sposób może skutecznie kontrolować otoczenie, a ulica znakomicie nadawała się do przeprowadzania tego typu testów. Co prawda, wkurzała się, gdy koledzy w pracy mówiąc do niej i unikając jej spojrzenia zbyt często zdawali się zwracać do jej biustu. Ale radziła sobie, i to całkiem nieźle. Zresztą, dekolt zawsze stwarzał jej przewagę w każdym kontakcie. Skanowała ich niewidzącymi oczyma, ukrytymi za modnymi przeciwsłonecznymi okularami. Ach, te okulary! Nie zostawiłaby ich w domu za nic! Jakież wygodne i praktyczne. Ona widziała wzrok każdego mijającego ją mężczyzny. On jednak nie miał najmniejszej szansy, by dostrzec, gdzie w tej chwili kierowała swoje oczy.

Nie, Magda nie ma rodziny. Na razie zupełnie o tym nie myśli. Ani nie ma na to czasu, ani pieniędzy, ani chęci. A poza tym, z kim miałaby się w to bawić? W pracy z lekka uwodziła kolegów. Ale myliłby się ktoś uważając, że szukała partnera. Magda była singielką z wyboru. Dla niej ten delikatny flirt stał się narzędziem kontroli i potwierdzania własnej wartości. Z drugiej strony lubiła, gdy prawili jej komplementy. Czuła się wtedy jak kot głaskany i pieszczony i miała chęć jak kot zamruczeć. To były chwile rozkoszy, którym poddawała się z lubością. Czasami nachodziły ją myśli, że tak gadają, bo mają na nią chęć, bo oni to tylko o jednym… Jednak wiedziała, że nie ma to aż takiego znaczenia. Taki jest po prostu świat. Z drugiej strony dopóki wykorzystując te słabości mogła utrzymywać ich w ryzach, dopóty nie miało znaczenia z jakiego powodu jej ulegają. A te komplementy? No cóż, nie były istotne jako źródło informacji, ale mimo to czekała na nie. Lubiła, gdy powtarzali jej jak jest piękną, jak seksy. W tych chwilach wiedziała, że czas spędzony w solarium, gabinetach piękności, czy przed lustrem opłacił się. Oczywiście trzymała ich na bezpieczny dystans. Czuła, że ma nad nimi przewagę, że ich kontroluje. To wystarczało. Magda lubiła to poczucie kontroli nad swoim życiem. Była pewna, że swój sukces w dużej części zawdzięcza właśnie temu, że potrafiła utrzymać kontrolę. Wiedziała, że niektórzy przymilając się liczą na coś więcej. Jednak miała w tej kwestii kilka prostych zasad. Przede wszystkim nie pozwalała sobie na poważniejsze romanse w pracy. A spędzenie wspólnej nocy, zawsze dla Magdy było nieprzekraczalną granicą pomiędzy nic nie znaczącym flirtem i poważnym romansem. Po prostu nie mogła pozwolić sobie, by jakiś kolega z pracy oglądał ją nagą. Nie, to było w ogóle niemożliwe. Jak każdy chłopak (a traktowała ich właśnie jak chłopaków) zacząłby przechwalać się zaraz następnego dnia i Magda straciłaby najsilniejszą przewagę: niedostępność. Wiadomo, że towar dostępny traci na atrakcyjności, a dostępny powszechnie przestaje być zupełnie atrakcyjnym. Zresztą, w jej firmie faceci byli naprawdę słabi. Gdy tylko widziała brylantynę na włosach od razu wiedziała, że to jej potencjalna ofiara. Nigdy się nie myliła. Nie potrafiła traktować ich poważnie. Jak można na serio spojrzeć na faceta, który spędza więcej czasu przed lustrem niż to jest naprawdę konieczne. A przecież oni biegają do gabinetów kosmetycznych! Za każdym razem, gdy o tym pomyślała unosiła leciutko kąciki ust, a jej czubek nosa zabawnie się obniżał tworząc grymas jakby lekkiej pogardy przeplatającej się ze zdziwieniem. Czasami patrząc na ich starannie zaczesane włoski, i tak samo dopięte koszule, pod którymi starali się ukryć wątłe mięśnie, zbyt duży brzuch, albo obie te cechy razem zastanawiała się na co oni liczą i kogo mają zamiar w ten sposób złowić? Chyba siebie nawzajem. U niej szansy nie mieli najmniejszej. Potrzebowała ich tylko do wykonania zadań w pracy, które im rozdawała i do potwierdzenia tego, co chciała usłyszeć na swój temat. Nic więcej. Ale oni ciągle liczyli… No cóż, to już nie była jej wina. Może któregoś dnia, gdy spotka tego jednego i wyjątkowego pomyśli nad trwalszym związkiem. Na razie nic na to nie wskazywało. Zresztą, teraz ma ważne projekty, jest na najlepszej ścieżce kariery w pracy i wie, że dojdzie jeszcze wyżej; a przecież dyrektor do spraw marketingu to już i tak nie mało… Spojrzała w lustro.

— No tak, — zamyśliła się — oczy mogą tak zostać.

Czasami ma chęć na coś innego, tak jak dzisiaj, i maluje sobie na powiece kwiatka, serduszko, koniczynkę czy coś podobnego. Przy odpowiednio dobranych kolorach wydaje się, że jest to zwyczajny cień, ale wystarczy najnormalniej mrugnąć. No, może nie do końca tak normalnie. Wystarczy przytrzymać spuszczoną powiekę troszkę dłużej. Ułamek sekundy dłużej załatwia sprawę. Jeszcze nie zdarzyło się, aby facet tego nie dostrzegł. Uwielbia to zdziwienie pojawiające się w ich oczach. „Czy ja na niego mrugam, czy do niego? Czy ja w ogóle mrugnęłam? I co ja tam pokazuję? Kwiatek? Dla niego?” Jacy oni są zabawni z tymi swoimi domysłami. Najzabawniejsze jest to, że im bardziej kiepski facio tym bardziej wytrzeszcza oczy. Co ich tak nosi, że muszą sobie wymyślać, że my tylko dla nich żyjemy? Raz nawet, jeden się odważył w pracy i skomentował tego kwiatka na powiece. Nieźle mu wtedy odpaliła. Więcej nie miał już tyle śmiałości. Teraz to on spuszcza wzrok, choć kwiatków na swoich powiekach raczej nie rysuje. Wstała. Jeszcze ostatni rzut oka na swoje dzieło i usiadła przed laptopem z kawą w dłoni. Ma dzisiaj dwa ważne spotkania. Wpierw musi omówić strategię z kierownikiem marketingu, no i później ten klient. To będzie ważny i trudny dzień. Ale Magda da radę. Nie takie sprawy kończyła sukcesem. Jeszcze raz rzuciła okiem na swoje dane i główne korzyści wynikające z oferty, którą dyskutują już od trzech tygodni. Typowa sytuacja „win-win”. Musi zadziałać. Doskonale zna dyrektora, który dzisiaj przyjedzie na dopięcie kontraktu. Sprawa jest praktycznie pewna, ale wie także, że najpewniejsze tematy można położyć. Tym bardziej, że dyrektor Marshall potrafi czasami zaskoczyć. Jest w nim pewien cień, jakby nie przejmował się zupełnie rozmówcą, ani nawet samym tematem. Miewała już nieraz wrażenie, że bardziej zależy mu na świadomości, że sprawa idzie po jego myśli, niż na samej sprawie, ale także nie znosi służalczej ugodowości. Magda nauczyła się już mówić do niego pytaniami, które pozwalały mu na potwierdzanie tego, co słyszy, jakby sam to właśnie ogłaszał. To najczęściej działało. Zresztą jej urok także nie był bez znaczenia. Był istotnym elementem w każdym spotkaniu z mężczyzną. W rozmowach z kobietami musiała być ostrożna, ponieważ uroda czasami grała przeciw niej. Z mężczyznami liczył się wyłącznie stopień, w jakim decydowała się „udostępnić” swoją urodę i pozwolić jej wkroczyć do rozmowy. A w tej kwestii Magda miała wyczucie, które nigdy jej nie zawiodło. Oczywiście nie pozostawiała przypadkowi niczego. Powoli wstała i zanurzyła się w garderobie lustrując uważnie każdy ciuch, jaki miała w opcji na dzisiaj. Bluzka nie może być zbyt wyzywająca, ale Magda ma w niej być delikatnie ponętna. Każdy element został poddany dokładnej analizie zarówno pod kątem koloru, stanu, świeżości jak i efektu jaki miała odnieść. Spotkanie rozpocznie się o 10:00, więc rozpięty górny guzik bluzki delikatnie odkrywający kawałek jej ciała nikogo nie powinien zdziwić, a swoje zadanie inspirowania i kierowania uwagi w inne nieco „rejony życia” spełni znakomicie. Po dokładnie dwóch godzinach od dźwięku budzika Magda wrzuciła torebkę na tylne siedzenie swojego sportowego BMW i odpaliła silnik.

I ten wspaniały moment. Entrée! Tak wiele od tego zależało. To wejście ustawiało jej emocje na sporą część dnia. Miała swój gabinet na końcu korytarza, tuż przed salą konferencyjną. Szła powoli, spokojnie, ale pewnie, jakby zastanawiając się, wchodząc to tu, to tam, sprawdzając jak sprawy stoją. Nie opuściła ani jednego spojrzenia rzucanego w jej stronę. Jak zwykle faceci potwierdzali, że dzisiejszą robotę wykonała właściwie… Wiedziała, że się ślinią na jej widok. Słabeusze! Jak ją bawili tymi swoimi maślanymi oczyma. Nigdy nie mogła zrozumieć ich zachowania do końca, ale w końcu dochodziła do wniosku, że oni są jak chłopcy, po prostu marzą, o tym, czego mieć nie mogą. I nie będą! Dzięki temu czuła, że ma nad nimi jeszcze większą przewagę i pełną kontrolę. Czasami trochę czuła dyskomfort. No, niby były to dowody uznania, które naprawdę lubiła. Wiedziała, że prezentuje się całkiem seksy. Wiedziała, że jest nienagannie ubrana, że jej makijaż jest taki jak być powinien. Jednak wiedzieć, a doświadczyć tego wspaniałego uczucia docenienia to dwie różne rzeczy. Już samo potwierdzenie, że te dwie godziny spędzone w łazience z rana, wcześniejsze przebudzenie, czas w garderobie nie poszły na marne było tym, czego Magda potrzebowała. Jednak bywały chwile, gdy przez głowę przemykały jej dziwne myśli, w których widziała siebie jako kawałek mięsa, bez mózgu, bez uczuć, bez serca, i bez życia… To były mgnienia, krótkie chwile, ale wyraźnie je dostrzegała, bo zawsze pozostawał po nich niepokój. Jednak najbardziej i tak lubiła wpadać do Pani Ani.

— Dzień dobry Pani Aniu, co tam u Pani słychać dzisiaj — jak zawsze zagadywała zamykając za sobą drzwi do pokoju księgowej. Po chwili już szczebiotały o czymś nie za bardzo istotnym. Nie o to zresztą chodziło. Dla Magdy Pani Ania była niezawodnym barometrem jej wyglądu. Zazwyczaj dostrzegała w jej wzroku coś jak: „Znowu tu włazisz babo, by mnie kłuć tym swoim pięknictwem!” To było takie standardowe potwierdzenie, że wszystko jest ok. Raz Magda ku swojemu zaskoczeniu dostrzegła w oczach Pani Ani narastającą radość. Natychmiast poczuła jak powoli poddaje się panice. Coś jest nie tak! Pod byle pretekstem wyszła z pokoju i wskoczyła do łazienki. Faktycznie jakiś paproch przyczepił się do jej włosów. Prawdopodobnie, gdy jechała koło parku przez otwarte w aucie okno coś musiało wlecieć. Tak, Pani Ania była nieoceniona. Tym razem Magda oczekiwała czegoś lepszego i nie zawiodła się. Pani Ania nawet za bardzo nie trudziła się, by podtrzymać rozmowę. Udawała bardzo zapracowaną, aby tylko Magda jak najszybciej zniknęła sprzed jej oczu.

— O, czyżby było aż tak dobrze? — przemknęło Magdzi przez głowę. No tak dzisiaj przecież ma spotkanie. Dzisiaj postarała się bardziej. A wzrok pod tytułem: „Nienawidzę cię ty dziwko! Znikaj stąd!” nie wymagał komentarza. Magda postanowiła nie torturować biednej Ani dłużej i zostawiła ją ze swoim nieszczęściem. Swoją drogą, nie mogła nigdy zrozumieć dlaczego tak wiele kobiet woli nienawidzić tych, które same uważały za piękniejsze od siebie zamiast postarać się i popracować nad sobą. Owszem to wymagało trochę czasu i wysiłku… Ale co z tego? W końcu i Magda musiała z czegoś zrezygnować, aby wyglądać jak trzeba. A z czego one rezygnują? Z siedzenia w kuchni nad garami? Ze sprzątania, albo biegania po sklepach w pogoni za jakąś marną promocją? Nie potrafiła zrozumieć z czego wynikała taka dziwna postawa, która dla Magdzi była jakimś niezrozumiałym masochizmem. Ale co tam. W końcu to ich sprawa. Każdy ma to, na co się godzi. To wiedziała od dawna. Kiedyś czytała książkę, gdzie znalazła takie zdanie: „Nic do ciebie nie przychodzi jeśli wpierw nie wyrazisz na to zgody w swoim sercu”. Poczuła się wtedy jakby ktoś ją kijem po plecach walnął. Jak to? Co za bezczelność! Co za kretyn takie bzdety opowiada! Przechodziła wtedy przez jeden ze swoich powracających dołów psychicznych.

— I co? Niby ja tego chcę dla siebie?! Idiota!

Pamięta, że książka zatoczyła wtedy łuk nad stołem lecąc w kierunku okna. Jednak nie trafiła. Wiadomo. Książkami trudno się rzuca, bo w locie zawsze się otwierają i trzepocąc żałośnie stronicami zmieniają lot w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku. I ta spadła za sofą, co Magdę tylko wkurzyło jeszcze bardziej. Później wieczorem w pubie popijając drinka spotkała dziwnego faceta. Patrzył na nią inaczej niż wszyscy. Jakoś tak bardziej ciepło i łagodnie, a jednocześnie jakby z lekkim smutkiem. A może Magdzie tylko tak się wydawało? Trochę przypominał jej dawno nie żyjącego ojca. Onieśmielał ją swoim wzrokiem, bo nie patrzył na jej piersi, nie podrywał jej. On patrzył jej prosto w oczy, ale tak inaczej. To nie było spojrzenie wyzywające, prowokujące. Był wyraźnie od niej starszy, ale też przystojny. Miał w sobie coś dziwnego, przyciągającego. Magda lekko spłoszona uśmiechnęła się uciekając wzrokiem. Podszedł do niej, usiadł. Nie zaoponowała, choć przemknęła jej przez głowę myśl, że to jest trochę bezczelne. Z jednej strony nie miała śmiałości go przegonić, a z drugiej wyraźnie była nim zaciekawiona. Zaczęli rozmawiać o drobiazgach, ale jakoś tak inaczej, z namysłem, poświęcając im jakby więcej uwagi, przez co stawały się ważniejsze. Magdzie wtedy utkwiło w głowie, że nawet jej „bałagan” na biurku w gabinecie jest bardzo ważny, bo coś o niej mówi i jest częścią jej życia, jej własnego życia. Był niesamowicie spokojny popijając czarną kawę z filiżanki, którą przyniósł ze sobą. Choć chyba spokój nie był tym, co najbardziej Magdę w nim fascynowało. Emanował niesamowitą wprost łagodnością. Nawet, gdy wypowiadał jakieś zdanie w sposób dosyć stanowczy ta łagodność nie znikała z jego twarzy. W pewnym momencie Magda nawiązała do tego zdania. Stan (tak poprosił, by do niego mówiła) uśmiechnął się i powiedział kilka zdań. Poruszył emocje, i duchowość. Magda niewiele z tego zrozumiała, a jeszcze mniej zapamiętała, ale to, co mówił w tamtej chwili było jasne i przekonujące. Wyjaśniła sobie później, że może tak w istocie jest, tylko ona nie rozumie dlaczego? Później wielokrotnie przypominała sobie to zdanie w sytuacjach takich jak właśnie u „biednej pani Ani” — jak o niej często w myślach mówiła. No przecież ona miała tak właśnie jak chciała, bo mogła to odmienić, ale nie odmieniała. Widać, że nie chciała odmieniać niczego. Wolała tkwić w tym, co miała, choć była z tego powodu zupełnie nieszczęśliwa. To wydawało się takie dziwne i niezrozumiałe. Ale tak było, więc chyba coś w tym jest. Po powrocie do domu tamtego wieczora odnalazła książkę i zaczęła ją czytać bardziej uważnie. Dużo zdań pozaznaczała w niej ołówkiem, obiecując sobie, że któregoś dnia musi to omówić ze Stanem. Mówił, że czasami bywa w tym pubie, więc może kiedyś…?

Tak jak się spodziewała dzień był ciężki i pełen wrażeń, ale wszystko układało się po jej myśli. Podczas spotkania była nadzwyczaj skoncentrowana. Nie czuła niczego. Jej mózg przez cały czas analizował każde słowo każdej osoby znajdującej się w pokoju. Marek, jej kierownik od sprzedaży, zrobił niezłą prezentację. Razem przeglądali ją wiele razy i doszlifowali każde słowo. Znała ją niemal na pamięć. Znała każdą myśl, jaka tam była zawarta. Tym niemniej kilka razy klient zaskoczył ją pytając o zdawałoby się mało istotne elementy. Doskonale jednak wiedziała, o co mu chodziło. Jej odpowiedzi były precyzyjne i trafiały dokładnie w oczekiwania. No i ten jej dekolt z lekka rozpraszający. Wszystko odgrywało swoją rolę dokładnie tak, jak Magda zaplanowała.

— Tak, dokładnie tak sobie to wyobrażałem — mruknął dyrektor Marshall do siebie. Dla Magdy był to wyraźny znak, że właśnie zbliżają się do końca rozmów. Podczas lunchu Magda była już całkowicie pewna swojej przewagi. Klient wydawał się bardziej skupiać na luźnej rozmowie i na prawieniu jej komplementów, co znowu utwierdziło ją w przekonaniu, że wszystko szło poprawnie. Wiedziała, że nie straciła czasu przygotowując się do tego spotkania. Teraz wizja podpisania kontraktu stawała się jeszcze bardziej wyraźna. Poczuła lekkie rozluźnienie i natychmiast zaczęło ogarniać ją zmęczenie. Poczuła jakby piasek jej się przesypywał pod powiekami, a wraz za tym chęć, aby ziewnąć. O nie! To jeszcze nie ten czas. Ponownie spięła się. Potrafiła to robić doskonale. Żadne chlapanie wodą po twarzy, co tylko groziło plamami na bluzce. Na Magdę świetnie działała tabletka aspiryny. Sama nie wiedziała dlaczego, ale jedna tabletka dawała jej energii na kilka godzin. I tym razem dyskretnie sięgnęła do kieszeni garsonki, gdzie czekał mały, okrągły zastrzyk energii.

Po południu Prezes zaprosił kierownictwo na drinka. Dziękował za zaangażowanie w kontrakt, i podkreślił, że negocjacje były znakomicie przygotowane pod każdym względem. Tu spojrzał w kierunku Magdy:

— Pani Magdo, well done!

Niewiele, ale w ustach Prezesa to było naprawdę coś! Magda odwzajemniła komplement uśmiechem. Była wyczerpana zarówno psychicznie, jak i fizycznie, ale szczęśliwa. No nie, to chyba nie było szczęście. Za bardzo czuła się zmęczona, i zupełnie brakło jej radości aby nazwać to szczęściem. Pewnie była zadowolona, bo osiągnęła kolejny sukces. Tak, to było zadowolenie, które dawało poczucie ulgi. Od rana czuła to nieprzyjemne kłucie w okolicach wątroby. Niemal się do niego przyzwyczaiła. Każdorazowe napięcie trwające przez jakiś czas wywoływało ten ból. I zawsze po jakimś czasie znikało. Teraz też tak będzie. Wiedziała, że znowu będą jej zazdrościć, znowu obmawiać za jej plecami. No cóż, to chyba jest częścią ceny, jaką trzeba zapłacić, gdy się jest dobrym. To jest cena sukcesu. A każdy „wie” jak taki sukces się osiąga. Nie, nie ciężką pracą i poświeconym ogromem czasu. „Wiadomo, na pewno dała komu trzeba!”. Kiedyś, przechodząc obok otwartych drzwi palarni usłyszała jak ktoś wypowiedział takie właśnie zdanie. Nie miała pojęcia w kogo tak uderzono, ale jakoś tak podskórnie odebrała to do siebie. Wiedziała, ile zawiści wokół niej było, więc dlaczego nie do niej? Nawet nie zastanawiała się kto i dlaczego? Po prostu wyszła z firmy tak szybko jak mogła, wpadła do auta ruszając z piskiem opon. Tylko głośna muzyka, która sama się włączyła po starcie zagłuszała jej skowyt. Bo nawet nie można powiedzieć, że płakała. Nigdy wcześniej nic jej tak nie dotknęło. Poczuła się zbrukana. Jakby była najgorszą. Pędziła niemal na oślep, bo łzy zalewały jej oczy. Po kilku kilometrach zatrzymała się na leśnym parkingu próbując się opanować. Dawno nie czuła się tak upokorzona. Sama nie mogła zrozumieć, o co chodziło. Przecież nie jeden raz widziała zazdrość w oczach ludzi w pracy. Tym razem jednak zabolało, i to bardzo mocno. Jej krzyk długo niósł się po lesie, zagłuszany przez przejeżdżające auta. Trwał. Aż poczuła ulgę. Oparła się o maskę samochodu patrząc tępo przed siebie. Po chwili ruszyła dalej zaciskając mocno zęby. Weszła do domu i skulona przysiadła ze szklanką koniaku w dłoni w samym kącie balkonu. Nienawidziła świata, nienawidziła ludzi. Przecież nie zasłużyła na takie traktowanie. Za kogo oni się uważają? Jeszcze dostrzegła myśl, że to nie musiało być o niej, więc po co tak się tym przejmowała? Nie potrafiła znaleźć logicznej odpowiedzi na to pytanie, ale ból trwał ciągle i był bardzo realny. Jak zawsze dosyć szybko zaczęła odczuwać działanie pierwszej szklanki Hennessey, którą opróżniła niemal jednym duszkiem. Coraz spokojniejsze myśli przelatywały przez jej umysł, coraz wolniej, coraz łagodniej. W końcu zapadła w niespokojny sen, w którym otoczona była przez tłum dzikich postaci. Każdy ją popychał, i szarpał. Co chwila upadała i coraz trudniej było jej się podnieść. Krzyczała, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. To był koszmar, jakiego dawno nie przeżywała. Przez długi czas później nie mogła się z niego otrząsnąć. I podobnie teraz na wspomnienie tamtych chwil, i tamtego snu ponownie zaczęły powracać te frustrujące emocje, aż nią dreszcz wstrząsnął.

— I po co się wysilać — pomyślała — skoro i tak w końcu zrobią z ciebie szmatę.

Szybko wymknęła się z imprezy usprawiedliwiając się zmęczeniem i bólem głowy, i skierowała ku domowi. Jak zwykle zaczęła dopadać ją deprecha. Powoli, acz nieuchronnie poddawała się owemu mrokowi. Nigdy nie potrafiła odnaleźć lepszego określenia dla swojego stanu. Życie w nim traciło sens w tempie odrzutowym. Wiedziała, że szybko musi przeciwdziałać, albo migrena zniszczy jej cały nadchodzący weekend. Miała chęć się zrelaksować, choć nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy. Gdy wysiadała z samochodu pod domem nie miała już chęci na nic. Klub, książka, czy kino, które poprzedniego dnia rozważała zupełnie nie miały siły, by się przebić przez czarną ścianę beznadziei, która niemal dokładnie ją opanowała i wciskała w ziemię z bezwzględną precyzją. Już kilka razy przytrafiały jej się podobne stany. Jak dotąd nie znalazła skutecznego sposobu, by sobie z nimi poradzić. Sen nie pomagał, spacer je tylko pogłębiał, a alkohol znieczulał na jakiś czas, by później dopuścić je z jeszcze większą siłą. Zatrzasnęła za sobą drzwi, chwyciła po drodze butelkę brandy stojącą przy łóżku i ciężko opadła w fotel. Rozejrzała się za szklanką, ale nie było nic w zasięgu ręki, więc odkręciła korek i przechyliła lekko butelkę przykładając ja do ust. Płyn wypełnił ją gorącem wlewającym się do jej wnętrza. Zaczęła kaszleć tracąc prawie oddech.

— Chyba trochę przeholowałam — pomyślała i z trudem ruszyła w kierunku barku, po szklankę. Wracając z pełną szklanką w kierunku fotelu chwyciła leżący na stoliku pilot. Liczyła, że alkohol i odmóżdżacz w postaci telewizora, pomogą. Nie pomagały.

W pewnej chwili otworzyła oczy. Było już bardzo późno. Musiała zasnąć. Spojrzała na zegarek. Dwudziesta pierwsza! Niemożliwe! Spała trzy godziny!

— Chryste! — pomyślała, ale za chwilę uśmiechnęła się do siebie w myślach, bo czuła, że potrzebowała tego — Ogarnę się trochę i pójdę gdzieś odreagować.

Musiała się napić trochę bardziej „na spokojnie”. W ciągu trzech kwadransów znalazła się w swojej ulubionej kafejce spoglądając przez okno i sącząc trzecią kolejkę swojego ukochanego Cosmo. Na stole leżały dwie skórki cytrynowe z opróżnionych już wcześniej szklanek. Wiedziała, że lepiej jest zwolnić, by nie stracić kontroli nad sobą. Trochę też się zamyśliła wypatrując spacerujące za oknem pary zakochanych. Lubiła te chwile zapomnienia. Jakby brała udział w jakimś fantastycznie baśniowym filmie. Zapominała wtedy gdzie jest i kim jest. Zapominała o całym świecie. Trafiała do jakiejś krainy szczęśliwości, gdzie nie ma pogoni za sukcesem, gdzie nikt na nikogo nie czyha, gdzie nic złego nie może się przytrafić… Nikt cię nie obmawia i nikt nie obraża z zawiści. Nikt nie ocenia na podstawie tego, ile uzbierasz, ani w ogóle na żadnej podstawie. Świat bez ocen. Cokolwiek zrobisz nic złego nie może ci się przytrafić. Dla każdego jesteś bliską i piękną i … faktycznie tak właśnie jest. Żadnych lęków. Zupełnie jakby ktoś przez cały czas roztaczał nad nią olbrzymi parasol miłości? Wiedziała, że takiego kraju nie ma, że to jej wyobraźnia podsuwa jej takie obrazy, a jednak ci młodzi sprawiali wrażenie jakby nic wokół nich nie istniało. Byli szczęśliwi i dałaby głowę, że nie myśleli ani o pracy, ani o karierze, ani o zmartwieniach, jakby właśnie trafili do takiej nieistniejącej strefy… Potrafiła tak przesiedzieć w zamyśleniu i pełnym oderwaniu od rzeczywistości mnóstwo czasu wpatrzona w okno knajpy. I tym razem zanosiło się na podobny odjazd. Nagle dotarło do niej, że ktoś stoi obok. Powoli odwróciła głowę. Był przystojny i coś mówił, choć ciągle nie bardzo wiedziała co. Uśmiechnęła się.

— Żeby tylko nie okazał się znowu jakimś dupkiem. — pomyślała. Dzisiaj potrzebowała kogoś innego. Dzisiaj potrzebowała zrozumienia i czułości. Westchnęła do własnych naiwnych myśli i wróciła do rzeczywistości. Wzrokiem wyraziła zgodę, aby usiadł przy jej stoliku. Usiadł. Sprawiał wrażenie miłego. Coś tam opowiadał o tym, co widać za oknem. Magda uśmiechała się. Powoli zaczynała odczuwać działanie alkoholu. Zlustrowała go wzrokiem. Nie było tak źle. Młody, przystojny, wydawał się zadbany, co jak na faceta było czymś równie rzadko spotykanym jak … cokolwiek, nic trafnego nie przychodziło jej na myśl. Uśmiechał się życzliwie mówiąc do niej. Wyciągnęła rękę w jego kierunku z prostym: „Magda”.

— Mark — usłyszała w odpowiedzi — miło mi — dodał po chwili ze szczerym uśmiechem.

— Nie jesteś stąd? To imię… pozwól mi zgadnąć, z Polski? — Skinęła lekko głową, rzucając cicho podbarwione drwiną: „bardzo sprytnie”. Chyba wsadziła w nie trochę za dużo sarkazmu, bo w oczach Marka pojawiła się na moment iskierka niepewności. Jednak niezrażony ciągnął:

— Byłem w Warszawie w interesach. Poznałem tam jedną Magdę. Mówiliśmy o niej Madzia.

— Może być — wrzuciła od niechcenia.

— Zatem, cóż tu Madziu porabiasz tak samotnie wpatrując się w okno? Czyżby nie pojawił się? Jeśli tak, to jest idiotą i nie wie, co traci.

— Dobrze kombinujesz chłopie — pomyślała Magda uśmiechając się w myślach do siebie — choć trochę mało oryginalnie.

— Nie, sama przyszłam, by sama stąd wyjść — odparowała sprawdzając jego determinację.

Nie wydawał się bardzo speszony. W jego oczach zabłysły ogniki ciekawości.

— Kto wie, co za chwilę może się zdarzyć — odparł z lekka filozoficzną nutką w głosie. Po czym dodał, co zabrzmiało bardziej normalnie: Po co z góry ustalać, co ma się zdarzyć dzisiaj? Może lepiej poddać się chwili? Taki niewielki i bezpieczny spontan?

— Masz coś konkretnego na myśli?

— Nie wiem, chodźmy na spacer. Zobacz jaki piękny wieczór. Ciepło i cicho. Mimo klimy włączonej w knajpie mam wrażenie, że tam będzie nam przyjemniej — nalegał, choć bardzo delikatnie, jednocześnie spoglądając ukradkiem na dwie puste szklanki stojące na stole.

— Nam? — zapytała Magda unosząc brwi i odgrywając do samego końca swoją rolę kobiety zdziwionej, że on ją chyba podrywa.

Mark ukazał w uśmiechu białe zęby. — No wiesz, jeśli mogę wybierać to zdecydowanie wolę spacer w towarzystwie tak uroczej osoby niż tylko swoim własnym. Nie, no też nie byłoby bardzo źle. Ale nie będę kłamał, bo pewnie spoglądasz czasami w lustro i wiesz coś na temat swojej urody, co?

— W lustro? Nie, raczej rzadko, a co? — droczyła się Magda wchodząc w ton tej zabawy i wiedząc, co dalej nastąpi.

— Och, biedna — dworował sobie Mark — Pewnie nie wiesz, że powinnaś się ukryć gdzieś, bo zapewne już na Ciebie polują.

— ??? — Magda nie kryła zdziwienia. Uniosła brwi w niemym zapytaniu, bo tego się zupełnie nie spodziewała. „Polują? Co ja zwierzyna jestem? Do czego on zmierza?” — przemknęło jej w myślach

— No, co się dziwisz kobieto? Chcą Cię ustanowić wzorcem piękna i umieścić w Sèvres pod Paryżem. Wybacz bezpośredniość, ale jesteś zjawiskowa. Na serio. Nie podrywam cię. Rzadko spotyka się tak śliczne kobiety. Wszedłem i zostałem olśniony.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.5