E-book
18.9
drukowana A5
49.93
PENSJONAT

Bezpłatny fragment - PENSJONAT


Objętość:
140 str.
ISBN:
978-83-8467-675-2
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 49.93

Od autora

Ta powieść dzieje się w 1872 roku w Jekaterynosławiu, dziś Dnipro. To było miasto na samym skraju Imperium Rosyjskiego, dokąd po Powstaniu Styczniowym 1863 roku zsyłano Polaków.

Dlatego w tej książce jest wielu tych, których w dokumentach epoki nazywano zesłańcami. Ale wewnątrz tej grupy byli różni ludzie.

Byli zesłańcy — ludzie, którzy stracili dom i musieli przeżyć w obcym mieście. Byli donosiciele, tak zwani stukacze — ci, którzy pisali donosy do żandarmerii, aby dostać pozwolenie na powrót. I byli zdrajcy — ci, którzy świadomie zmieniali wiarę, język i przysięgę, aby zrobić karierę w systemie imperialnym.

Opisuję w powieści tak wiele świata prawosławnego właśnie dlatego, że w Jekaterynosławiu w 1872 roku życia katolickiego prawie nie było. Była tu kaplica, a nie kościół. Rządził tu Synod, a nie Watykan. Gdybym napisał inaczej, byłoby to kłamstwo.

Chcę podkreślić: ta powieść nie jest esejem historycznym, a fikcją. Jest to powieść gotycko-mistyczna. Lokacje są prawdziwe: ulice, pensjonat, brzeg Dniepru, kaplica. Kilku bohaterów miało prawdziwe pierwowzory. Reszta jest wytworem mojej wyobraźni, gdzie historia służy jedynie jako dekoracja dla mrocznej baśni.

Sam z wiary jestem katolikiem. Ta książka w żadnym wypadku nie jest wezwaniem do zmiany wiary. Wręcz przeciwnie. Jest o tym, jak trudno zachować swoją wiarę i godność, gdy system wokół wymaga zdrady.

Michał Szypowski

CZĘŚĆ PIERWSZA

DROGA DO OTCHŁANI

Rozdział 1

Był rok 1872, a Iwan wciąż tkwił w przeklętym Imperium Rosyjskim, a nie w Polsce, której obraz powoli zacierał się już w jego pamięci. Jak i jego znajomi, bardzo kochał swoją dawną ojczyznę, o której słyszał tylko od bliskich, ale której nigdy nie miał. Została zniszczona, rozerwana, podzielona. Wszystko, co mógł zrobić, to pogodzić się ze swoim losem i wziąć udział w Powstaniu Styczniowym. Za to został zesłany najpierw na Sybir, a potem pieszo, na saniach i konno, on i inni Polacy dotarli do Jekaterynosławia, gdzie pozwolono im zostać. Przeżył to, wtedy jeszcze jako podrostek, jak — do dziś nie mógł pojąć.

I oto on, zmęczony, jechał cudzą karetą, którą wynajął, z Niemieckiej Słobódki do polskiego osiedla. Miarowy stukot kopyt powoli kołysał mężczyznę, a myśli przenosiły go do dawnych bitew, które musiał przeżyć. Świeże powietrze przypominało mu tamto powietrze zmieszane z dymem i zapachem martwych ciał. Zaczęło go mdlić, poczuł to tak ostro, że aż usłyszał wystrzały rosyjskich armat.

A potem usłyszał, jak po raz ostatni krzyczał jego dowódca, sławny pan Kastuś Kalinowski:

— No dalej, bracia, czas iść na śmierć! O wolną Polskę! Pokonaj Moskala!

Iwan na chwilę zamknął oczy i znalazł się na polu bitwy, gdzie Rosjanie bagnetami dobijali rannych kawalerzystów, a pod rękę podtrzymywał go wuj Antoni. Odetchnął, bieg karety zwolnił i w końcu się zatrzymała. Woźnica zapukał (z białoruskim akcentem) w drzwiczki i chrypliwie powiedział:

— Jesteśmy na miejscu, to jest Klub Angielski, dobry panie… Trzy kopiejki się należy…

Mężczyzna wysiadł z karety, wręczył woźnicy miedziaki i odprawił go. Spojrzał na pustą, słabo oświetloną drogę wybrukowaną kostką. Powiał wietrzyk, mężczyzna odetchnął i otuliwszy się mocniej w szynel, wszedł na ganek klubu. Drzwi były otwarte, lało się z nich światło wzmocnione kryształowymi żyrandolami. Głośna muzyka przeplatała się z głosami ludzi.

Wszedłszy do środka, zobaczył Polaków siedzących gromadą, szepczących między sobą, deklamujących wiersze Mickiewicza. Obok przy stole siedzieli Niemcy, krzyczący na siebie, grając w pokera. Przy stole głównym (oczywiście był Rosjaninem, nasłuchiwał, czy mężczyźni nie podburzają się do buntu) stał krupier w wykrochmalonej koszuli. Byli tu i rosyjscy oficerowie, którzy pili wódkę, samogonkę, którą wyrabiali dla nich miejscowi chłopi.

Były tu i kobiety, ale oprócz Rosjan nikt nie chciał mieć z nimi do czynienia, by się nie pobrudzić. Otwarcie flirtowały, udawanie się śmiały i dużo piły, głównie młode wino, bo na drogi szampan nie miały pieniędzy. Iwan odetchnął, przeszedł obok wszystkich główną salą, zamówiwszy sobie porcję czerwonego wina i tak samo cicho przysiadł obok swoich. Pił wino, stopniowo się upijając, słuchając rozmów liberalnie nastawionych przyjaciół.

Tak minął wieczór, gdy na chwilę zapomniał o okropnościach przegranej wojny. Iwan nie zauważył, jak zasnął. Wydawało się, że minęła chwila, a ktoś go szturchnął. Mężczyzna drgnął i obudził się. Przed nim stał jego wuj Antoni, z długimi włosami przewiązanymi jedwabną wstążką.

— Śpisz, bratanku? I znowu wino? Zgubiło ono twojego ojca, bardzo lubił tę sprawę… Czerwone wino i sprzedajne kobiety!

Twarz mu zapłonęła i Iwan ostro powiedział, z metalicznymi nutami w głosie:

— Jeśli będziesz, wuju, tak do mnie mówił przy wszystkich, będę musiał wyzwać cię na pojedynek.

Na to Antoni roześmiał się i dość żywo odpowiedział:

— Kiepsko strzelasz z pistoletu, Iwanie, sądzę, że nie trafisz…

Na to Iwan sam się roześmiał i już łagodnie odpowiedział:

— Dobrze fechtuję, wuju, sam mnie tego nauczyłeś!

Mężczyźni objęli się i uścisnęli sobie dłonie, śmiejąc się. Antoni odwrócił się i cicho powiedział:

— Musisz przejść się nową aleją, jest niesamowita! Można tam spotkać jeszcze piękne damy, może choć pomyślisz o małżeństwie.

— O małżeństwie z kim? Z taką damą? — zapytał Iwan.

Wskazał na dziewczynę, która chichotała, a Rosjanin przyciskał ją do ściany, próbując wsunąć jej rękę pod sukienkę. Antoni chrząknął i poprowadził bratanka pod rękę na główną ulicę, obok Klubu Angielskiego, dalej drogą, mijając dom gubernatora, aż do samej cerkwi Troickiej.

Mężczyźni szli początkowo w milczeniu, niespiesznie. Patrząc na boki, Iwan myślał o przeszłości, a Antoni o przyszłości, o majątku, który buduje się za miastem. Czas się dłużył, a chmiel powoli wychodził z młodego mężczyzny, zostawiając po sobie tylko smak sfermentowanego soku.

Antoni zatrzymał się i spojrzał na bratanka, powiedział:

— Kiedy ostatni raz widziałeś Jackowa?

— Tydzień temu! Pewnie pije…

— To zajdź jakoś do niego… Rozerwij się! Bo już nie pierwszy dzień widzę twoją melancholię! Tak nie można, kochany! Można tak i umrzeć! Takie już było w moim doświadczeniu!

Na to Iwan zamilkł. Co mógł powiedzieć? Że Jackow mu się nie podoba, czy to, że ten człowiek pije jak świnia. A ubierał się jak włóczęga z gościńca. Nie. Na to Iwan mógł tylko milczeć. Tak szli w milczeniu drogą. Droga nie taka jak w Galicji, gdzie lubił bywać, ale bardzo podobna.

Nie zauważyli, jak po drugiej stronie drogi, cicho jak szczury, migocząc sukienkami, przebiegła grupa młodych dziewcząt. Iwan był podchmielony, a jego wuj bardzo zamyślony, nie zauważał nic oprócz drogi, którą szedł. Dziewczęta przebiegły, starając się nie hałasować za bardzo, biegły do szkoły żeńskiej, która znajdowała się zaledwie kwartał od tego miejsca. Była wśród nich jedna (zbyt zimna, jak lód na Dnieprze), która została w tyle, krocząc, jak uczyła ją niania, dumnie podnosząc głowę. To ją wyróżniało.

Ale dziewczęta nie zauważyły, że obserwują je dwoje oczu nalanych krwią. Nie zauważyły, że ktoś je śledzi, węsząc, wyczuwając dziewczęcy zapach, pragnąc skosztować. Był to mężczyzna, ale bardzo niezwykły. Był szybki jak kot i prawie niewidoczny. Chował się w koronach drzew i w krzakach. Dziewczęta doszły do swojej szkoły i jedna po drugiej zaczęły wchodzić przez okno.

Ten mężczyzna patrzył na tę ostatnią dziewczynę, oblizując ostre, białe zęby, uśmiechając się, głęboko wdychając powietrze. Powiał lekki wietrzyk i dziwny mężczyzna syknął szeptem:

— Halina… Wiem, jak masz na imię… O tak… I jeszcze sobie porozmawiamy!

Mogło się wydawać, że Halina usłyszała jego szept. Odwróciła się, uśmiechnęła, zanim weszła przez okno. A mężczyzna odwrócił się, wskoczył gdzieś w górę i zniknął. Dziewczyna zaś weszła przez okno na parterze, wyjrzała, rozejrzała się na boki. Ale ulica była pusta. Antoni oprowadził tego wieczoru bratanka nowym bulwarem i we dwóch wyszli do polskiej dzielnicy, zatoczywszy małe koło.

A tamten mężczyzna już siedział na dachu domu gubernatora i patrzył na woźnicę, który wiózł Iwana do klubu. Ten krzątał się przy koniach, głaszcząc je, próbując namówić, by weszły do stajni. Nie zauważył, jak dziwak skoczył mu na plecy i wpił się ostrymi zębami w jego szyję. Woźnica upadł i nawet nie krzyknął. A dziwny skoczek pociągnął go jak jakąś lalkę, gdzieś w górę, gdzieś daleko…

Rozdział 2

Daleko zajdę, jeśli opowiem wam wszystko, co wiem. Ale nie mogę nie opowiedzieć. To większe ode mnie. Zacznę jak zawsze od początku, może wtedy jaśniejsze będą moje motywy. Właściwie nigdy nie opowiadałam tej historii. Myślę, że jeśli ją napiszę, będzie lżej. Wszystko zaczęło się w tych dalekich czasach, kiedy uczyłam się w szkole (biorąc pod uwagę, że ostatni rok był dla mnie najtrudniejszy), a życie wydawało się beztroskie. Mijały dni, miesiące i lata, podczas gdy się uczyłam.

Oddali mnie na naukę rodzice, którzy nie mieli pieniędzy na kształcenie. Jednak mieli je szlachcice, którzy fundowali naukę dla trzech uczennic rocznie, z wiejskich dziewcząt. Mieszczanie mogli zapewnić sobie wszystko sami. Miasto rozwijało się szybko, ale za murami Gimnazjum Mariańskiego nie czułam tego. Jak mówiła dyrektorka, pani Aleksandra Ryndowska, uczyłam się dobrze, jednak balet wychodził mi najlepiej.

Ale oprócz dobrej nauki, mieliśmy i tych, którzy uważali się za wyższych od innych i nie podporządkowywali się zasadom. Najgorsza (moim zdaniem) była Halina Andriejewa. Nie była z tych ludzi, którzy przywykli robić wszystko własnymi rękami czy głową, a jedynie tym, co otrzymała w spadku. Halina była szlachcianką z powiatu odeskiego. Tam zawsze brakowało wykształcenia, dlatego jej rodzice, tak to ujmijmy, wepchnęli ją właśnie do tej szkoły, gdzie miała zdobyć choć jakieś wykształcenie.

Była dość ciepła wiosna jak na tę porę roku, piece, których używano do ogrzewania szkoły, dawno ostygły, a ciepło pozostawało w pomieszczeniu jeszcze do pierwszych mrozów. Starsze dziewczęta (a do nich należałam i ja) lubiły spacerować ciemnymi ulicami miasta. Niektóre z nas mogły, potajemnie, zakraść się na bale do Klubu Angielskiego. Tym razem był to zwykły spacer przed początkiem dziwnych wydarzeń.

Po raz kolejny uciekłyśmy z Pensjonatu przez małe okienko, które nigdy nie było zamknięte, jedna po drugiej wychodziłyśmy z budynku, który zastępował nam dom. Każda z nas miała swój cel, wychodziłyśmy, jak to się mówi, w świat. Ostatnia wychodziła Andriejewa. Dumnie, z wysoko podniesioną głową, jakby była naszą liderką i dawała nam przykład. Jednak w tym przypadku nikt z nią nie rozmawiał.

Spacer był krótki, ale intensywny. Kiedy doszłyśmy do Klubu Angielskiego, najstarsza z nas, Sofia, cicho powiedziała:

— Może warto wejść do środka, dziewczęta?

Zapadła cisza. Większość z tych, które były obok, zmieszało to pytanie. Jednak sama Sofia i Andriejewa niejednokrotnie były na balach, wychodząc tak samo potajemnie. Sofia rozejrzała się po obu stronach i wzruszyła ramionami. Zawróciłyśmy i poszłyśmy w przeciwną stronę, przebiegając obok domu gubernatora, przez polską dzielnicę i kaplicę katolicką, doszłyśmy do nowego parku, starego kozaka Głoby. Dziewczęta rozbiegły się we wszystkie strony po pachnącej trawie i obok młodych drzew, które dawały bardzo świeże powietrze. Gdzieniegdzie, głównie pośrodku parku, można było zobaczyć młode dąbki, które wydawały się jeszcze nie do końca obudzone z zimowego snu.

Odizolowałam się, siadając przy starym dębie, patrząc jak dziewczęta biegały po ciemnym parku. Czas płynął, jednak dla mnie leciał. Moje myśli poleciały gdzieś daleko, w górę, skąd ptaki zaczęły wracać z ciepłych krajów. Nie zdążyłam się obejrzeć, jak dziewczęta zaczęły zbierać się w kupkę i machać do mnie rękami, dając znak, że już czas iść. Wracałyśmy tak samo, jak przyszłyśmy. Można było spotkać pojedynczą karetę, która powoli pełzła obok nas. Oto minęłyśmy dom gubernatora. Po tamtej stronie zobaczyłyśmy dwóch drogo ubranych panów, którzy szli po drugiej stronie chodnika.

Dziewczęta zachichotały, zaśmiały się, zbity w ciasną kupkę. A Sofia szturchnęła mnie łokciem i powiedziała:

— Popatrz jaki przystojny mężczyzna… ten owinięty w szynel… Prawda?

Podniosłam na niego wzrok, wydawało się, że spotkałam się z nim spojrzeniem, uśmiechnąwszy się, odpowiedziałam:

— Myślę, że taki na mnie nawet nie spojrzy…

Dziewczyna zdziwienie podniosła brwi i z uśmiechem zapytała:

— Dlaczego tak myślisz?

— Popatrz, on z panów, zamożny, szlachetny… A ja biedna wiejska dziewczyna, której edukację funduje kraj…

Nieco w tyle szła Halina. Dumnie podniósłszy głowę, kroczyła, płynęła po tym bruku. To było tak, jakby nas (zwykłych) dziewcząt obok nie było. Tak samo szybko znalazłyśmy się przy otwartym oknie. Weszłyśmy wszystkie, jedna po drugiej, w małe drewniane okno. Przyszła kolej i na Halinę. I nagle wydało mi się, że słyszę szept, głośny, przeszywający, który powiedział:

— Halina… Wiem, jak masz na imię… O tak… I jeszcze sobie porozmawiamy…

Odwróciłam się do Haliny, a ona na jedną chwilę odwróciła głowę gdzieś w noc. Cicho i przestraszona zapytałam:

— Halino, co to było?

Podniosła na mnie wzrok i ze złością odpowiedziała:

— Nie wiem… A lepiej zamknij buzię i idź do siebie…

Wzruszyłam ramionami i starając się cicho stąpać po skrzypiącej podłodze, poszłam w stronę pokoi wypoczynkowych. Ta noc była dla mnie bardzo ciężka. Wydawało mi się, że słyszałam męski głos, który wydawał się mnie kusić. Prosił, bym zaprosiła, pocałowała. Szeptałam sobie pod nos, mówiąc tylko jedną tezę:

— Nie… tak nie wolno! Ciebie nie ma… po prostu nie istniejesz!

Następnego dnia Halina była jakaś zamyślona i jeszcze bardziej odludna niż zwykle. Było wrażenie, że śpi na stojąco. Twarz stała się tak blada, że można było pomyśleć, że dziewczyna jest chora. Kiedy się do niej zwracano, podnosiła oczy (kiedyś brązowe, a teraz wyblakłe) i sennie pytała:

— Co? A… to ty? Nie przeszkadzaj, myślę!

Na to można było tylko wzruszyć ramionami. Choć pierwszy dzwonek, który mnie bardzo zaniepokoił, zdarzył się już tego wieczoru. Dziewczęta zasnęły, gdy za oknem zgaszono latarnie uliczne, ja leżałam bez snu. Księżyc świecił w okno i jeszcze silniej, gdy zgaszono uliczne światło, błękitne światło gazu. Patrzyłam na gwiazdy, które widziałam przez okno, leżąc na łóżku. Wspomniałam tego młodego mężczyznę, którego spotkałyśmy z dziewczętami na ulicy i zrobiło się tak przyjemnie na duszy, że nie mogę przekazać tego uczucia. Na jedną chwilę słowa Sofii wydały mi się tak logiczne, że ten pan w końcu może zwrócić na mnie uwagę.

I za chwilę przemknął cień w oknie. Moje serce na chwilę jakby zamarło. Najpierw zobaczyłam dwa czerwone ogniki i chudą kościstą rękę, a może mi się tak wydawało, z pazurami, które zadrapały w okno. Ono się nie śmiało, nie warczało, ale w tym można było rozróżnić ludzkie słowa:

— Wpuść mnie… wpuść mnie do środka…!

Próbowałam się podnieść. Ale moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Jednak podniosła się Halina, cicho szeleszcząc nocną koszulą, poszła precz z pokoju. Słyszałam jej kroki po pustym korytarzu szkoły. Nawet słyszałam, jak otwiera się to okno, przez które poprzedniego wieczoru wychodziłyśmy na ulicę. Chciałam znowu się podnieść, ale po prostu pogrążyłam się we śnie, natychmiast, od razu, i przez ciemność snu widziałam tę twarz z dwoma czerwonymi oczami, mordą podobną do myszy, dużej, latającej myszy.

Od tego czasu Halina stała się bardzo dziwna. Zaczęła jeszcze bardziej od wszystkich się oddzielać. Schudła, blada, arystokratyczna skóra stała się biała jak płótno i przezroczysta, przez którą widać było niebieskie żyły. Chodziła w białej sukni, której przestała zmieniać, suknia zaczęła przypominać szmatę pokrytą gęstą warstwą kurzu.

Rozdział 3

Zakurzona była książka, którą Wetwicki zdjął z półki. Mężczyzna zakaszlał. Dawno nie brał do rąk książek, a czytał jeszcze rzadziej. Gubernator miał dobrą kolekcję książek o okultyzmie. Nie czytał, ale miał. Wetwicki był pomocnikiem gubernatora, w zasadzie sekretarzem. Praca nie ciężka i ciekawa. Jednak dziś zdarzył się incydent wart wspomnienia. Polski jeniec Jacew Kaliński zniknął z baraku, w którym mieszkał.

Kiedy gubernator wszedł do baraku razem z żołnierzami, Jacewa tam nie znalazł, a tylko kałużę krwi na podłodze. Właśnie od tego momentu gubernator zaczął myśleć. Tak, człowieka szukano, ale wszystko na próżno, zniknął. Jak niektórzy mogą powiedzieć, że po człowieku zostało tylko mokre miejsce. Kolekcja książek pana gubernatora, a częściowo należała ona do Pola, w szczególności jej okultystyczna część. Czytało się ją ciężko, bo napisana była po łacinie albo po francusku, którego nie wszyscy dobrze rozumieli.

Wyjątkiem był Wetwicki, który znał i łacinę (w której odprawiana była Msza Święta przez katolickich księży), i francuski, którym mówiła cała rosyjska szlachta, nie zważając na wojnę 1812 roku. Choć i tych, którzy dotrwali do dziś z tamtej wojny, już nie zostało, a rosyjskiego tak uparcie nikt nie chciał się uczyć. Książka klasyfikowała wampiry, demony, w jednym dziele. Mrok. Jednak dowiedział się o tym, że wampiry mogą zamieniać się w nietoperza. Mimo że fakt ten nie jest dowiedziony.

Wetwicki odetchnął, jeszcze raz spojrzał na rozkładówkę książki, którą próbował czytać, i ze smutkiem zamknął książkę. Mężczyzna wziął do ręki cygaro ze stołu (które specjalnie przywozili mu z Europy), zapalił, wypuszczając chmurę dymu przez otwarte drzwi balkonowe. Chodził z kąta w kąt, mierząc pokój krokami, rozważając, co mogło się stać z polskim jeńcem. W końcu Wetwicki nie wytrzymał i wyszedł na balkon, który wychodził na główną ulicę. Świeże wiosenne powietrze uderzyło mężczyznę w twarz i wydawało się, że na chwilę o wszystkim zapomniał.

Minęła jeszcze chwila i usłyszał szelest podobny do wielkich skrzydeł i cień, który przemknął obok niego. Odwrócił się i zobaczył, jak jakaś figura łapie woźnicę i ciągnie, a potem wzlatuje i z warczeniem unosi gdzieś w górę. Wetwicki zakrztusił się dymem, rzucił cygaro i głośno krzyknął gdzieś w noc:

— Służba, tutaj, szybko, na ulicę!

Niewiadomo skąd nadbiegli żołnierze, kręcąc głowami na wszystkie strony, próbując zrozumieć, skąd dochodził głos. A mężczyzna tymczasem szybko wyszedł na ulicę, do starej karety z końmi, i twardo powiedział:

— Tutaj, szybko!

Nadbiegło ze dwa tuziny żołnierzy, którzy niespiesznie ustawili się obok. Wyszedł główny oficer i dość ambitnie zapytał:

— Co się stało, dobry panie, czego krzyczycie pośrodku nocy?

Wetwicki wybałuszył na niego oczy i histerycznie powiedział:

— Jestem pomocnikiem gubernatora, głównym sekretarzem Franc Wetwicki! A wy póki co jesteście na służbie i póki tak jest, macie reagować na te zbrodnie, które dzieją się w mieście. Do czasu, aż przybędzie ochrana. Wyrażam się jasno?

— Tak, panie! — Odpowiedział oficer i już mniej żwawo zapytał. — A co tu właściwie się stało?

— No sądząc po wszystkim, porwanie… — Wetwicki na chwilę się zamyślił i dodał. — A może i morderstwo. To niedopuszczalne, to stało się wieczorem, na moich oczach… wy tu po co, jeśli takie rzeczy się dzieją?

Oficer zamilkł, a Wetwicki nadął się i kontynuował:

— Teraz zaczniecie poszukiwania dwóch mężczyzn… Szybko w tamtą stronę! — powiedział, wskazując w stronę, w którą zaciągnięto woźnicę.

Żołnierze przeładowali swoje karabiny i pobiegli tam, gdzie wskazano, a oficer odwrócił się, poprawiając kask, za nimi, dobywszy swojej szabli, krokiem, wydając krótkie rozkazy. A Wetwicki tymczasem podszedł do konia, pogłaskał go i powiedział:

— Co mam z tobą zrobić, przyjacielu?

Wetwicki odetchnął i niespiesznie poszedł śladem żołnierzy. Zaczęły się poszukiwania, wojskowi rozeszli się po wszystkich zakątkach miasta. Podniósł się harmider, niektóre drzwi w majątkach pootwierały się i ludzie powychodzili z ciekawością patrząc, jak biegają wojskowi. Główna ulica, dzielnica polska, rejon cerkwi Troickiej i szkoły żeńskiej, nic. Wyprowadzono oddziały konne, które przeszukały Plac Jeziorny.

Zmęczony oficer podszedł i powiedział:

— Dobry panie, znaleźliśmy ciało mężczyzny!

Wetwicki spojrzał na niego i zapytał:

— Gdzie on jest?

Oficer machnął ręką. Żołnierze podprowadzili wóz zaprzężony w konie. Jeden z mężczyzn wszedł na wóz i ściągnął szare płótno, pod którym leżało ciało. Wetwicki wszedł na wóz i uważnie spojrzał na trupa. Skóra była biała, blada, a ciało wydawało się pozbawione krwi. Przysiadł obok i odwrócił głowę woźnicy w bok, gdzie na szyi zobaczył dwie duże, okrągłe rany, które wyglądały jak ślady ugryzienia jakiegoś zwierzęcia.

— Panie… — Niepewnie powiedział oficer. — Znaleźliśmy jeszcze kogoś…

Wetwicki zeskoczył z wozu, wyprostował się i dumnie powiedział:

— Kogo?

Oficer dał znak swoim żołnierzom, dwóch przyprowadziło na wpół nagą dziewczynę, która była blada nie mniej niż znalezione ciało mężczyzny. Była ładna, młoda, o arystokratycznym wyglądzie, szczupłej postury. Wetwicki zdjął z siebie mundur i narzucił na dziewczynę, objął ją w talii, przytiskając do siebie, spojrzał gniewnie najpierw na żołnierzy, a potem na podoficera, który stał obok, i powiedział:

— Pozwólcie zapytać, to wy rozebraliście dziewczynę, wy dopuściliście się gwałtu? — Ale nie czekając na odpowiedź, opuścił głowę do dziewczyny i powiedział już łaskawie. — Kto to zrobił, dziewczynko, ci ludzie? Nie bój się… Jeśli cię skrzywdzono… Ci zbrodniarze będą ukarani! Daję słowo…

A Halina milczała. Kilka razy powtórzył jej to pytanie. W końcu podniosła na niego swoje wyblakłe oczy i powiedziała:

— Nie, nie trzeba… On… On kochał mnie… jak on mnie kochał! Mój Boże… mój kochany…

Ale nie dokończywszy zdania, osłabła i straciła przytomność na rękach Wetwickiego. Wziął dziewczynę na ręce, otulając ją w mundur. Podniósł oczy na wojskowych i gniewnie powiedział:

— Jeśli dowiem się, że to wy ją, ktoś z was, zgwałcił… Daję słowo, osobiście zabiję tego człowieka…

— Czyżby pan myślał, że rosyjski żołnierz może… — Zaczął było mówić podoficer, ale Wetwicki zatrzymał go, podnosząc rękę w górę.

— Wiem, do jakich okrucieństw zdolni są ruscy żołnierze… Chcę też przypomnieć, że jestem Polakiem, ja to wiem, do czego jesteście zdolni. Ciała woźnicy nie oddawać krewnym, do mojego osobistego rozporządzenia i oficjalnego orzeczenia ochrany. Zrozumiano?

Podoficer skinął głową, a Wetwicki kontynuował:

— Ta biedaczka, jak rozumiem, uczennica pensjonatu… Zniosę ją i przekażę osobiście pani Ryndowskiej. Podoficer, pan ze mną. Dwóch na koniach niech zawiezie ciało do anatoma, do dzielnicy polskiej.

Powoli tłum żołnierzy rozszedł się. Tymczasem Iwan dopiero co obudził się z kolejnego koszmarnego snu. Podniósł się z łóżka i podszedł do okna, otwierając lufcik, oddychając świeżym powietrzem, które dmuchało mu w twarz. Uśmiechnął się, ciesząc się, że to był tylko sen, starł chustką pot z czoła i odwrócił się do łóżka.

I wtedy zobaczył tego woźnicę, który wiózł go do Klubu Angielskiego, jego skóra była blado-niebieskiego koloru. Wyciągnął do niego ręce i chrypliwie powiedział:

— Pomóż mi… Proszę!! Boli mnie…

A Iwan krzyknął, zrobił krok w tył i upadł na tyłek. Zaczął krzyczeć, wymawiając:

— Nie ma cię, potworze… nie ma cię!!

Rozdział 4

Nie ma słów, by oddać zdziwienie Antona Szymanowskiego nocną marą jego siostrzeńca. Obudził go krzyk Iwana, ale wszedłszy do jego pokoju, otulony w jedwabny szlafrok, zobaczył siostrzeńca na podłodze. Oddychał ciężko, spocony, patrzył gdzieś w kąt pokoju. Antoni westchnął i powiedział:

— Co się stało, kochany?

Iwan spojrzał na wuja, cmoknął wargami i chrypliwie powiedział:

— Martwy… martwy woźnica… tam, popatrz!

Anton spojrzał tam, gdzie wskazywał mu chłopak, ale nikogo tam nie zobaczył. Zamyślił się. Nocne koszmary stały się dla Iwana codziennością od czasu, gdy skończyła się wojna. Mężczyzna rozumiał, że to jest norma dla człowieka, który to przeżył. Zabijać ciężko, jeszcze ciężej widzieć, jak umierają twoi przyjaciele. Jednym z takich przypadków była śmierć Franciszka Wiśniowieckiego. Zginął jak wojownik, w boju, razem ze swoim koniem. Jednak tak go i nie pochowano. Iwan i Franciszek byli przyjaciółmi, razem dorastali, razem chodzili na bale do szlacheckiego majątku Andruchowiczów, razem walczyli.

Iwan miał jeszcze jednego przyjaciela, Jacewa Kalińskiego. On też był szlachetnego rodu, miał choć niewielkie, ale majątki, które przepuszczał grając w karty i na młode sprzedajne kobiety. Nie było mu ciekawie spędzać czas w szlacheckim gronie przyjaciół, a bardziej, chyba tylko pić w taniej karczmie, gdzie sprzedawano świeży samogon, a nie smaczne włoskie wino. Jednak na zesłaniu zrobiło się z nim tylko gorzej, bo i pieniędzy prawie mu nie zostało, więc musiał mieszkać w żołnierskim baraku, gdzie oprócz Moskali nikt nie mieszkał.

Schudł, jedwabna koszula zamieniła się w szmatę, a o wannie można było i nie marzyć, więc jednym słowem, szlachcic stał się podobny do włóczęgi. Dlatego Iwan spędzał coraz więcej czasu sam, pił wino w melancholijnym nastroju, prawie nie zwracając uwagi na innych. To bardzo zasmucało Antona. Trzeba było coś z tym zrobić, wydawało się, że wyjścia nie ma, jedyne co przynosiło radość, to wielki majątek, który budował. Była nadzieja, że będą tam biegać małe nóżki jego potomków.

Mężczyzna zostawiwszy siostrzeńca samego, przeszedł do siebie i zapalił, zaciągnął się, wypuszczając chmurę dymu i patrzył na to, jak na horyzoncie zaczynał się świt. Powoli Anton zasnął. Nie zauważył tego, jak i tego, że za oknem obserwował go elegancko ubrany mężczyzna, patrzył na niego uważnie, uśmiechając się ostrymi jak ostrze zębami. Przejechał brudnymi od krwi palcami po szkle.

— Nic… Będę obok! I wtedy… i dziś… — Powiedział cicho.

A za chwilę wzleciał na wschód słońca, zamieniając się w wielkiego nietoperza, przeleciał nad Dnieprem i wylądowawszy koło wejścia do nowego kolektora za miastem, schował się przed promieniami w jego wilgotnym wnętrzu.

A Wetwicki tymczasem siedział w poczekalni anatoma, czekając na wnioski. To była praktyka polskiego uczonego-anatoma (bo pomocnik gubernatora nie ufał rosyjskim) Karola Polańskiego. Ciało dostarczono szybko, żołnierze je rozebrali i umyli, przygotowując do sekcji. Mężczyźni przygnębieni patrzyli, jak anatom wyjmuje swoje narzędzia. Spojrzał na nich ponuro i powiedział:

— Co stoicie? Wychodźcie… bo jak zostaniecie, to was zszokuje. A mnie jeszcze przyjdzie was cucić.

Żołnierze pobożnie się przeżegnawszy, popychając jeden drugiego, wyszli z sali sekcyjnej. Anatom szybko zrobił Y-kształtne nacięcie na piersi trupa, zaznaczając w myślach, że nie było nawet kropli krwi, która spadłaby na wykafelkowaną podłogę. Otworzył czaszkę, obejrzał mózg i mięśnie szyi. Pracował szybko, w pół godziny zakończył procedurę. Umywszy ręce, anatom wyszedł do poczekalni, gdzie czekał na niego Wetwicki.

— Pan skończył? — Niecierpliwie zapytał pomocnik gubernatora.

Anatom odetchnął i surowo powiedział:

— Został wykrwawiony. W ciele nie ma ani kropli krwi… Krew wylano przez dwie duże rany na szyi. Zmarł od urazu szyi… Złamana!

Wetwicki zamyślił się, a potem cicho powiedział:

— Dziękuję, panie Polański… Bardzo jestem panu wdzięczny…

— Kiedy krewni zabiorą ciało zmarłego? — Zapytał Karol.

— Myślę, że dziś… — Zamyślony powiedział Wetwicki.

I cicho uścisnąwszy dłoń, wyszedł z poczekalni. Dziwne okoliczności zniknięcia jednego człowieka i śmierci drugiego. Wyszedłszy z budynku, mężczyzna trafił w poranny półmrok, gdzie ptaki śpiewały, a maj powoli przechodził w czerwiec. I wtedy usłyszał rżenie konia, odwrócił się, zapadła pełna cisza i gdzieś na pagórku, za miastem, dostrzegł jeźdźca w białej koszuli i na koniu czarnym jak noc.

Dźwięki dookoła wróciły, Wetwicki zmrużył oczy, jeździec i koń zniknęli, jakby mu się to tylko przyśniło. Roześmiał się i poszedł w stronę swojego majątku, rozważając wszystko, co im się przydarzyło przez ostatnią dobę.

Rozdział 5

Ostatnią dobę Ryndowska próbowała ustalić, co stało się z Haliną. Stara dyrektorka nie wiedziała, że jej podopieczna gdzieś wyszła z gimnazjum. Obudził ją stukot w drzwi. Kobieta podskoczyła, przeszła gabinetem, chwyciwszy lampę naftową, otworzywszy ogień na pełną (narzuciwszy na ramiona jedwabny szlafrok), szybko otworzyła drzwi, przeszła korytarzem, skręciwszy w prawo, wyszła na główne schody, zeszła na pierwsze piętro do wejścia frontowego.

Zazgrzytały zamki i pani Ryndowska otworzyła drzwi. Na progu stał podoficer i mężczyzna w średnim wieku, w surowym garniturze, który pod rękę trzymał bladą jak prześcieradło Halinę, która na pierwszy rzut oka była nieprzytomna. Ten mężczyzna wydał się znajomy Ryndowskiej. Był pomocnikiem gubernatora i nazywał się Wetwicki, Polak i szlachcic, który miał duży wpływ w mieście.

— Dobry wieczór, pani Ryndowska, wydaje mi się, że ta piękność jest pani uczennicą? — powiedział Wetwicki, ostrożnie wskazując na Halinę.

Ryndowska zdziwiona spojrzała na Wetwickiego, przeniosła wzrok na podoficera (który zrobił minę, jakby go tu nie było) i na bladą (jak świeży trup) Halinę i powiedziała:

— Tak… Halinko, co ty tu robisz? Gdzieście ją znaleźli, panie… — dyrektorka roztrzepanie spojrzała na Wetwickiego.

On westchnął i odpowiedział:

— W mieście pojawił się zabójca… właśnie go szukaliśmy, a tu… — wzruszył ramionami i oczami wskazał na Halinę, i uśmiechając się powiedział. — Chodziła ulicami miasta… i podoficer znalazł ją, i przyprowadziliśmy biedną dziewczynę tutaj…

Ryndowska przez chwilę przyglądała się dziewczynie, w końcu powiedziała:

— Co z nią? — retorycznie zapytawszy, Ryndowska spojrzała na dziewczynę i zwróciła się łaskawie. — Halino, dziewczynko, jak uciekłaś? Po co? Kto cię zawołał?

Dziewczyna tylko spojrzała gdzieś w bok, jęknąwszy, upadła, Wetwicki ledwo zdążył podchwycić dziewczynę na ręce. Ryndowska jęknęła. Podoficer i Wetwicki razem ponieśli ciemnymi korytarzami szkoły, zostawiając za sobą cienie odbijające od światła jedynej lampy.

— Ostrożnie panowie… Głową do przodu!!! Nie nogami… — lamentowała Ryndowska.

Mężczyźni stękali, nieśli dziewczynę po schodach, na drugie piętro, na prawo, korytarzem, do gabinetu dyrektora. Położyli dziewczynę na jeszcze ciepłe łóżko dyrektorki szkoły.

— Co z nią, kto mi wyjaśni, panowie? — gniewnie zapytała Ryndowska.

Podoficer zamilkł, a Wetwicki cicho odchrząknąwszy, odpowiedział:

— Ja też chciałbym to wiedzieć, pani dyrektor, ale nie wiem. Jednak zapewniam panią, że dowiem się tak szybko jak to możliwe. Nie będziemy pani zatrzymywać, mam nadzieję, że przywróci ją pani do przytomności, a z rana przyślę lekarza, żeby obejrzał biedaczkę.

Ryndowska skinęła głową i odprowadziła gości do drzwi. Szła sama korytarzami, przeszła do sypialni i zaczęła oglądać dziewczynę. Była w białej jedwabnej koszuli nocnej, którą zdążyła zabrudzić. Ręce i nogi były zimne, lodowate. Dziewczyna była nieprzytomna. A na szyi były dwie nieduże rany. Oddychała ciężko, przewracając się z boku na bok, jakby ktoś ją torturował. Dyrektorka patrzyła na nią jak we śnie.

Gdzieś za miastem zaczęło już wschodzić słońce i jego promienie zaczęły powoli świecić w okno sypialni. A blada twarz Haliny stała się żółto-niebieska, gdzie za chwilę serce dziewczyny zatrzymało się, a twarz przyjęła spokojny wyraz. Ryndowska zaczęła oddychać bardzo szybko, a jeszcze za chwilę dyrektorka krzyknęła, a jej krzyk rozniósł się po całym gimnazjum i po mieście. Otworzyły się drzwi, gdzie spały dziewczęta i wbiegły do gabinetu, zobaczywszy martwą dziewczynę.

Małe dziewczynki starsze zaczęły chować w pokojach, zamykając na zamek, żeby nie widziały nieboszczki. Białym prześcieradłem nakryto martwe ciało dziewczyny. A Ryndowska siedziała za stołem swojego gabinetu szybko pisząc listy do rodziców dziewczyny, z wieścią, że dziewczyna zmarła, czas pogrzebu i miejsce pożegnania. A potem usiadła, próbując dojść do siebie i odpowiedzieć sobie na pytanie, co to właściwie się stało? Od czego zmarła ta młoda dziewczyna?

Tymczasem Iwan siedział i próbował dojść do siebie po strasznym zamęcie snu i rzeczywistości. Ogarnęła go fala wspomnień o przeszłości i po twarzy potoczyły się gorzkie łzy. Zaczął cicho szlochać, tak żeby wujek nie usłyszał i nie zobaczył jego słabości. Mężczyzna nie wiedział, jak poradzić sobie z ciężarem popełnionego, ciężarem przegranej wojny. I nagle usłyszał tupot kopyt, gdzieś w oddali. Znajome rżenie tego konia, już prawie zapomnianego. Przebiegł korytarzem, przebiegł do salonu i wyszedł na balkon.

Iwan spojrzał na górę, na której zobaczył jeźdźca na czarnym koniu, przyjaciela, którego już długo uważał za zmarłego. Mężczyzna jęknął. Serce skuł strach. Wydawało się, że nie może ani wziąć wdechu, ani wydechu. Nie zdążył wyjść ze stanu strachu, jak jeździec pojawił się przed jego oczami. Był w białej koszuli, która błyszczała w porannym słońcu. Zdziwiony Iwan poznał swojego starego przyjaciela, kolegę, z którym przeszedł piekło wojny.

— Przyjacielu nie martw się… Czeka nas jeszcze wiele prób!!! — krzyknął jeździec machając ręką.

Iwan zamrugał. W jego pamięci stanął ten, który teraz siedział w siodle przed nim. To był Franciszek Wiśniowiecki. Ale jak to mogło się stać? Wiśniowiecki zginął podczas Powstania Styczniowego w 1864 roku. Ale mężczyzna nie zdążył odpowiedzieć staremu przyjacielowi, jak on razem z koniem zniknął.

Rozdział 6

Zniknęła ta ciężka noc dla Wetwickiego na zawsze, z czego był niezmiernie rad, można było trochę odpocząć i pomyśleć, co robić dalej. Mężczyzna zamknął się u siebie w gabinecie, w domu, gdzie mieszkał Gubernator. Usiadł na skórzanym fotelu, za stołem zawalonym papierami. Otworzywszy szufladę stołu, mężczyzna wyjął grubo zwinięte cygaro, zapałki, zapalił, wypełniając gabinet gęstym dymem. W jego głowie pojawiły się logiczne pytania. Naj pierwsze pewnie: Kto właściwie zabił tego woźnicę? I jak powiązana jest Halina z zabójcą?

Wetwicki zaciągnął się cygarem, wypuścił kolejną chmurkę dymu, zamyślił się nad tym, jaka właściwie jest natura zabójcy. Mierzył pokój krokami, chodząc po gabinecie z kąta w kąt, patrząc na te książki w różnych językach, które były na półkach, wychodząc na balkon, patrząc na linię horyzontu, gdzie powstawało nowe miasto. Wetwicki puszczał chmury dymu, wypełniając nim cały gabinet. Mężczyzna postanowił dla siebie, że nie będzie dziś podchodził do gubernatora. Musiał odpocząć od wszystkiego, co się stało. Ale myśli, one odnosiły do minionej nocy, do tego nadzwyczaj strasznego człowieka, szybkiego jak kot.

Pamiętał, jak ten chwycił woźnicę i pociągnął gdzieś w górę. Wyraźnie pamiętał, jak on (wielki latający szczur) wzleciał. Pamiętał też trupa woźnicy, którego skóra stała się tak biała, niebieska, od tego, że ktoś spuścił całą krew, która w nim była. On po prostu wykrwawił się. Wetwicki widział takie tylko raz, podczas polskiego powstania, dalekiej wojny, która do dziś boli. To był trup młodego chłopaka, który leżał pod redutą, z oderwanymi nogami. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat. Leżał, pochyliwszy głowę na lufę armaty, otwartymi oczami patrzył na mężczyznę (wtedy młodego oficera), już mętno-niebieskimi oczami, ze skórą koloru śniegu.

Rozległ się stukot po gabinecie, takiej siły, że Wetwicki aż podskoczył. Drzwi się otworzyły i na progu stanął Iwan. Mężczyzna zdziwiony spojrzał na niego i powiedział:

— Co się stało, przyjacielu?

Iwan odetchnął i bezceremonialnie wbiegł do gabinetu, gniewnie zerknął na portiera, który był czerwony od tego, że przyszedł bezczelny gość. Tamten zamknął drzwi przed oczami sługi. Odetchnął i przeszedł milczkiem obok i padł na kanapę obok stołu. Wetwicki zdziwiony spojrzał na niego, przeszedł i usiadł za stołem, spojrzawszy, powiedział:

— Iwanie, przyjacielu, co z tobą? Co się stało? Wyjaśnij…

Mężczyzna znowu odetchnął i powiedział ze złością:

— Co się stało, pytasz? No pierwsze pewnie przestałem spać…

— Może to opium… — zaczął było Wetwicki.

A Iwan przerwał mu i powiedział:

— Dawno go już nie paliłem… Widzę umarłych. Jakiegoś chłopa, martwego… — Iwan spojrzał na swojego przyjaciela i dodał. — I to nie opium. Nie… to był woźnica… wiózł mnie wczoraj do Klubu Angielskiego. Widziałem go… rozumiesz?

Wetwicki tylko mógł kiwać, to oczami, to głową. Nie mógł i słowa powiedzieć, a Iwan wszystko mówił i mówił. Słowa płynęły z jego ust jak Dniepr wiosną, szybko, jak woda za progami.

— A to jeszcze nie wszystko… Widziałem Wiśniowieckiego! Na jego koniu, o wschodzie słońca…

— Franciszka Wiśniowieckiego? Widziałeś go? — zdziwiony podniósłszy brwi zapytał Wetwicki. — On zginął, przyjacielu… Musisz iść do klubu… Pójdziesz dziś ze mną?

Iwan zdziwiony spojrzał na niego, na chwilę się zamyślił i cicho powiedział:

— No jeśli tak… To pójdziemy na bal?

— Tak, dziś… Tylko żadnego opium… Dobrze?

Szymanowski skinął, uśmiechnął się, zawinąwszy swoje chude ciało w długi płaszcz, podniósłszy się poszedł, tak samo cicho, zamykając za sobą drzwi, już bez trzasku. Tak i wyszło. Tego dnia szykował się bal w Klubie Angielskim. Miało zebrać się całe ziemiaństwo Jekaterynosławia. Dzień bardzo szybko minął dla Wetwickiego. Ledwo zdążył wpaść do domu, żeby doprowadzić się do ładu. Włożył garnitur i białą koszulę.

Mężczyzna zajrzał w lusterko. Wygląd samego siebie mu się nie spodobał. Ale co mógł zrobić? Tylko wsiadł do wynajętego fiakra. Powoli mała kareta wiozła go do klubu. Czuł pustkę po przeżytym, choć była nadzieja, że bal pozwoli mu zapomnieć, choć na jakiś czas. Za swoimi myślami mężczyzna nie zauważył, jak dojechali na miejsce. Trzy miedziaki zostały zapłacone i Wetwicki już uśmiechając się wszedł do jaskrawo oświetlonego pomieszczenia.

Stanąwszy pośrodku ganku, mężczyzna rozejrzał się, szukając oczami swojego przyjaciela Iwana. Gdzieś przy stołach grali w karty, głównie Niemcy, pili piwo i kłócili się między sobą. Spojrzawszy w lewo, gdzie były ławy, siedzieli ci, którzy przyjmowali opium, pochylili się jeden na drugiego śpiąc na miejscu, bladzi jak śnieg. A z drugiej strony rosyjscy oficerowie lubieżnie patrzyli w stronę nowych i młodych dziewcząt, które dziś tu też były. Wystrojone damy przechodziły obok, wychodząc na parkiet, zaczynając tańczyć polkę, nowy taniec, który stał się tak szybko popularny.

Wetwickiemu zakręciło się w głowie. Ludzie chodzili dookoła, ktoś pił, a ktoś tańczył, on nadal stał na ganku, szukając Iwana oczami. W jednej chwili ktoś trącił go ramieniem. Mężczyzna drgnął i odwrócił się. A przed nim stał Szymanowski uśmiechając się, trzymając w rękach kryształowy kieliszek. Wetwicki też się uśmiechnął. Poszli na parkiet.

Iwan szybko znalazł sobie dziewczynę, z którą i tańczył, rozmawiał i wydaje się, że na czas zapomniał o swoich troskach. Ale trzeba trochę wyjaśnić, co to za dziewczyna była. Kilka godzin wcześniej Kateryna Miszczenko usłyszała o balu w klubie. Dziewczęta, które otaczały dziewczynę, zaczęły zbierać się na bal (uciec przez okno i tak, żeby nie znaleźli), ubierając się tak ładnie, że o tych sukniach można było tylko marzyć. Tak bardzo chciała pójść na ten bal. Być na parkiecie.

Ale dziewczyna nie zauważyła, jak przed nią pojawiła się Sofia. Kateryna zadrżała i szybko doszła do siebie. Spojrzała na Sofię i zobaczyła białą suknię w rękach. Dziewczyna uśmiechnęła się i dość czule powiedziała:

— Myślę, że dziś ty też chcesz pójść z nami na bal. Dlatego… — zająknęła się i wyciągnąwszy białą koronkową suknię, kontynuowała. — Oto trzymaj.

I Kateryna wzięła tę suknię. Pomogli jej z fryzurą. Wyślizgnęła się razem z młodymi szlachciankami przez okno i szeleszcząc sukniami cicho zakradły się na bal. Dziewczyna była bardzo zaskoczona tym, co zobaczyła. Tam byli szlachcice i kupcy, wojskowi. Nie mogła uwierzyć w to, co widziała. A za chwilę podszedł do niej on. Ten sam młody chłopak, który przechodził po drugiej stronie ulicy. Ten sam, na którego zwróciła uwagę. Stanął na jedno kolano i wyciągnął rękę, wyraźnie po polsku powiedział:

— Pozwól, że poproszę cię do tańca?

Kateryna zgodziła się, choć niezbyt zrozumiała, jednak podała rękę i poszli tańczyć. To był dla nich jakiś sen. Iwan czuł ulgę, kiedy patrzył na nią. Ta dziewczyna wydawała mu się dość atrakcyjna i zupełnie nieosiągalna. Próbował ją pocałować, ale ona odsuwała się od niego. Ale uśmiechała się w odpowiedzi na zaloty mężczyzny. Naprawdę dorosłego mężczyzny. Odeszli gdzieś na bok i tu Iwan bardzo kiepskim językiem, z okropnym polskim akcentem, śmiejąc się powiedział:

— Ładnie tańczysz!

I tu już Kateryna roześmiała się i odpowiedziała, ciszej niż trzeba, ale mężczyzna to usłyszał:

— Szczerze mówiąc, do dziś tego nie robiłam…

— Słuchaj, tańcząc zupełnie zapomniałem o naszym przyjacielu… Poczekasz, zapoznam cię z nim, to bardzo dobry człowiek! Dobrze?

Dziewczyna skinęła. Próbowała uspokoić oddech. Ale niezbyt jej to wychodziło. Wetwicki wydawało się, że nie mógł się zrelaksować i usiadł na ławie i patrzył na to, co się dzieje, i nagle Iwan odwrócił się do niego i ze szczęśliwą uśmiechem zaczął się zbliżać. Mężczyzna podszedł, odetchnął i powiedział:

— No przyjacielu…

A za chwilę przetoczył się salą krzyk, Wetwicki zerwał się z miejsca i zaczął przedzierać się przez tłum, który utworzył się przy wejściu. Rękami odpychał ludzi dookoła. Zobaczył, że na ziemi koło wejścia leży ciało, w bardzo drogim ubraniu, chuda, szlachecka postura.

— Przewróćcie go… — powiedział Wetwicki do dyżurnego oficera.

Ten oddał honory i szybko wykonał rozkaz sekretarza. Trupa przewrócono na plecy. Wewnątrz Wetwickiego wszystko zlodowaciało. To był szlachcic, Gromow Andriej Wsiewołodowicz, jeden z najbogatszych przyjezdnych z Rosji, szlachciców. A na szyi dostrzegł dwie głębokie rany, w tym samym miejscu. Mężczyzna odetchnął. Taki sam wykrwawiony trup. I to już seria. Ktoś zaczął zabijać i zabijać bardzo nietypowo. Ale pozostawało pytanie: Po co komu tyle ludzkiej krwi?

Tymczasem Sofia cicho podeszła do Kateryny i powiedziała:

— Chodźmy, my z dziewczętami zebrałyśmy się… Tam morderstwo…

I dziewczęta cicho kupką odeszły, poszły precz. Szły ciemną ulicą, gdzie latarnie paliły się swoim niebieskim światłem, ledwo oświetlając drogę, nowym prospektem i obok ładnego Domu Gubernatora. Oto i pensjonat młodych dziewcząt, znajome okienko, one po kolei właziły do środka. I tu przed nimi stanęła Halina. Była blada i wydawała się sucha. Kateryna spojrzała na nią i od tego, co zobaczyła, zakręciło jej się w głowie, wszyscy wiedzieli, że ona dziś zmarła. Ktoś krzyknął i tak mocno, że krzyk przetoczył się korytarzami. Krzyk rozbrzmiewał echem, odbijał się od ścian. Ten dźwięk grozy był na tyle silny, że doleciał do piwnicy, gdzie w ścianie była szczelina. Cegła, na której ona była, zawaliła się. A z otworu dał się słyszeć głos:

— Tak, słyszę to… wkrótce… Czas nadszedł…

Rozdział 7

Jeśli mnie zapytać, co poczułam, kiedy zobaczyłam Halinę, która, jak nam powiedziano, jest martwa, to to uczucie można nazwać grozą. Sofia krzyknęła i tak mocno, że obudzili się wszyscy, którzy byli w budynku. Pierwsza przybiegła dyrektorka Ryndowska. Zobaczywszy dziewczynę, straciła przytomność od tego, co zobaczyła. Ktoś z dziewcząt tylko zdążył ją podchwycić, żeby nie uderzyła się głową. Ktoś zaprowadził maluchy po pokojach, żeby mieć możliwość zrozumienia, co się dzieje. Ledwo-ledwo przywróciłyśmy dyrektorkę do zmysłów i odprowadziłyśmy ją do pokoju. Wszystkie cicho otoczyłyśmy dziewczynę (od której wiało chłodem jak od świeżego śniegu) i pod ręce odprowadziłyśmy ją do pokoju.

Przyniesiono wszystkie dostępne lampy naftowe, żeby w pokoju było jaśniej. Wszystkie dziewczęta naraz zaczęły wypytywać, co się z nią stało, gdzie była i „co jest po tamtej stronie”. Jednak blada Halina milczała. Milczała i na pytanie, jak się czuje. Ale ona milczała. Ktoś z dziewcząt pobiegł (tak cicho, jak można było, by nie postawić na nogi reszty dziewcząt) do kuchni, żeby podgrzać gorącej wody. Jeszcze dwie przyciągnęły miedzianą wannę od razu do pokoju. Ja zaś stałam jak kamienna, trzymając za rękę Halinę, która była zimna jak lód. Jednak myśli moje były daleko, tam na tym balu, gdzie tańczyłam z tym pięknym młodym szlachcicem.

Myślałam o jego długich włosach, podwiązanych jedwabną wstążką. Pamiętałam bardziej jego błękitne oczy, ale i twarz była atrakcyjna. Za tymi myślami nie zauważyłam, jak wanna dla biedaczki była już napełniona. Dziewczęta rozebrały ją jak lalkę i we dwie z Sofią spróbowałyśmy ją zanurzyć w wodzie. I tu ona zaczęła krzyczeć i wyrywać się z naszych rąk. Zmieniła się na twarzy, rysy człowieka zmieniły się w zwierzęcy grymas, pojawiły się kły, a paznokcie wydłużyły się, zamieniając się w szpony. Dziewczyna zaczęła próbować nas bić i drapać.

— Nie… Przeklęta wilgoć, nieprzyjemna ciecz! Nie chcę, bestio! — krzyczała.

A za chwilę ucichła. Jeszcze za chwilę wydawało się, że kiedy ją puściłyśmy, to ją uspokoi, a ona rzuciła się na nas ze zwierzęcą siłą i ugryzła Sofię w rękę. Dziewczyna odciągnęła rękę, ale ta odgryzła duży kawałek ciała i mięśni. Trysnęła krew. Halina zawarczała jak zwierzę i z zakrwawioną gębą podniosła głowę i roześmiała się. Sofia krzyknęła.

My z dziewczętami chwyciłyśmy tę (jak nam się wtedy wydawało) opętaną kobietę i odciągnęłyśmy ją od naszej starszej. Trysnęła krew i wszystko zalało dookoła. Ktoś stracił przytomność. Ale Halina była związana. Milcząco odwróciła się i wydawało się, że nic nie słyszy i nikogo nie widzi. My z dziewczętami przewiązałyśmy rękę Sofii, jak mogłyśmy, prześcieradłami, a zatrzymać krew było ciężko. Ktoś powiadomił Ryndowską.

Staruszka weszła do pokoju i było widać, jak się przestraszyła. Kobieta odkaszlnęła i powiedziała:

— Dziewczęta, kto wie, gdzie mieszka doktor Polański?

Zapadła cisza, która zaczęła dławić w uszach. Wszystkie dookoła spojrzały jedna na drugą zdziwionym wzrokiem. Odkaszlnęłam i cicho powiedziałam:

— Ja wiem…

Zdziwiona spojrzała na mnie Sofia i poczerniawszy zapytała:

— Ty wiesz, gdzie mieszka lekarz?

Na chwilę zamilkłam i patrząc na nią powiedziałam:

— Nie, wiem, gdzie mieszka pan Wetwicki… On jest sekretarzem gubernatora i zna lekarza Polańskiego!

I w końcu pozwolono mi pójść do Wetwickiego. Wyskoczyłam przez to małe okienko, znalazłam się na ulicy. Szybko szłam w dół ulicą, nowym Prospektem, cieniem, żeby (jak myślałam) nikt mnie nie widział. Oto i nowy dom gubernatora. Podbiegłam, gdzie przy drzwiach stał żołnierz ze strzelbą w rękach. Zbliżyłam się do niego, a on podniósł broń na mnie, odwiódł kurek i głośno powiedział:

— Stój, kto idzie?

Zatrzymałam się i podniósłszy dłonie, powiedziałam:

— Nazywam się Kateryna… Jestem ze szkoły żeńskiej pani Ryndowskiej! Zawołaj pana Wetwickiego, u nas nieszczęście w pensjonacie.

Żołnierz na chwilę się zamyślił i powiedział powoli cofając się w stronę domu:

— Czekaj tu! Jeśli się ruszysz, zastrzelę cię… Przekażę twoje słowa panu Sekretarzowi!

I zniknął w drzwiach domu. Zmarzłam i zatrzęsłam się całym ciałem. A za chwilę powietrze stało się gęste, a oddychać stało się ciężko. Gdzieś pociągnęło dziwnym (do tej pory nieznanym) zapachem. Mdłym, zakaszlałam i upadłam na kolana, chwytając się za gardło. Obok pojawiła się postać. Podniosłam wzrok. Przede mną stał mężczyzna w długim płaszczu. To był bardzo ładny blondyn, z długimi włosami i bladą twarzą. Dotknął mnie długimi palcami, na końcach których były ostre paznokcie. Wydawało mi się, że owiało mnie chłodem i mrozem.

Patrzył na mnie oczami nalany krwią i powiedział:

— Mała… Słodka dziewczynko! Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy!! Przekażesz innym wiadomość… potrzebna mi moja narzeczona! Halina! Słyszysz? Ona mi potrzebna… Ona jest moja i pomoże mi przywrócić mojego pana do życia! Już wkrótce! Bardzo wkrótce!

Odwrócił się i wzleciał gdzieś w górę. Powiał wiaterek, powietrze stało się lekkie jak piórko i upadłam bez sił. Otworzyły się drzwi domu gubernatora i wyszedł pan Wetwicki. Byłam przytomna i widziałam, jak podbiegł do mnie żołnierz i pan sekretarz:

— Katiusza… o dziewczynko moja… Trzymaj się, zaraz!

Wetwicki podniósł mnie na ręce i zaniósł do domu gubernatora. Głowa kręciła się bardzo mocno. Położył mnie na jakiejś kanapie. Mężczyzna wziął moją głowę w swoje ręce i spojrzał mi w oczy i zapytał:

— Co się stało? Co z tobą?

Podniosłam na niego wzrok i opowiedziałam wszystko, co stało się u nas. Jak umarła Halina i jak doszła do siebie. Że ugryzła Sofię w rękę. I o tym strasznym mężczyźnie, który mówił mi bardzo dziwne rzeczy. Wypytywał mnie o tego dziwnego pana. I czym więcej mówiłam, tym bardziej Wetwicki się chmurzył. Kiedy ostatecznie doszłam do siebie, odszedł ode mnie, wziął cygaro z jakiejś szuflady i podszedłszy do drzwi balkonowych zapalił je. Żołnierz (który winowajczo odwracał wzrok) przyniósł mi wody, którą z chęcią wypiłam.

— Bykow! — cicho powiedział do żołnierza Wetwicki.

Chłopak wyprostował się na baczność i głośno powiedział:

— Tak, słucham, dobry panie!

— Teraz pójdziesz do lekarza Polańskiego! — kontynuował sekretarz gubernatora. — Wiesz, gdzie on mieszka?

Bykow skinął i Wetwicki kontynuował:

— Powiesz mu, niech odwiedzi żeński Pensjonat. Tam dziewczyna, która potrzebuje pomocy. I jeszcze jedną trzeba obejrzeć bardzo dokładnie. I niech sporządzi raport i przekaże mi osobiście! Zrozumiałeś?

— Ale ja mam… — zaczął było Bykow.

Wetwicki odwrócił się i cicho i ze złością zapytał:

— Będziesz się kłócić?

— Nie! Zrozumiałem!

I żołnierz wybiegł. Wetwicki wypuścił z ust kolejną chmurę dymu. A ja cicho spojrzałam na niego i ostrożnie zapytałam:

— Co się dzieje, możesz mi wyjaśnić?

On niespiesznie zgasił cygaro i odpowiedział:

— Wydaje mi się, że w naszym małym mieście osiedlił się sam diabeł… Przekleństwo… Jednak wiem, kto może wszystko wyjaśnić!

Rozdział 8

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 49.93