E-book
20.48
drukowana A5
44.55
Pełna moc.

Bezpłatny fragment - Pełna moc.

O życiu twórczym.


Objętość:
160 str.
ISBN:
978-83-8155-850-1
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 44.55

***

Powiedzmy, że masz trzydzieści, czterdzieści lat (a może więcej) i poczucie, że sięgasz jakiegoś dna. Od jakiegoś czasu nie układa się tak, jakbyś chciała czy chciał. Wszystko idzie źle — nic się nie udaje. Jeśli masz pracę na etacie, czujesz się zagrożona. Jeśli masz własną firmę, widzisz, że klienci odpływają, nowi zaś nie przychodzą. Jeżeli studiujesz, czujesz, że doszłaś do kresu swoich intelektualnych możliwości. Słowem — jest niedobrze, a nie ma widoków na to, aby taki stan rzeczy się zmienił. Po prostu stoisz przed czarną ścianą, która jest w dodatku w jakimś labiryncie, nie widzisz wyjścia. Czujesz, że takie życie nie ma sensu. Żyje się nie po to, aby się męczysz. Codziennie wstajesz z obowiązku i wszystko robisz z obowiązku. Modlisz się, aby tylko nie było gorzej. Ale wiesz, że gorzej raczej być nie może. Jeżeli dochodzą problemy finansowe, nie wiesz, jak dorobić do skromnej pensji. Jako właściciel biznesu nie ogarniasz płatności — wierzyciele stoją u drzwi, nie zapłacone faktury tworzą pokaźny stosik na biurku, a za tym wszystkim kryje się przeczucie bankructwa i komorników. Wiesz, że walczysz o wszystko. O swoje być, albo nie być. Zdajesz sobie sprawę, że żyjąc w kapitalizmie, wszystkim rządzi interes pieniądza. Oczywiście, wiesz, że kapitalizm nie musi być zły, ale raczej dostrzegasz, że sprzyja tym bardziej przedsiębiorczym. Tobie zaś wyraźnie coś nie sprzyja. I nawet nie wiesz, co.


Jeśli jesteś w takiej sytuacji, dobra wiadomość jest taka, że możesz w każdym momencie swego życia, obojętne, ile masz lat, jaką historię życia za sobą, co robiłaś i czego nie udało ci się dotąd zrobić — to zmienić. Możesz to zmienić. Raz jeszcze powtórzę — możesz to wszystko, stopniowo i po kolei zmienić. Nie natychmiast, jak obiecują ‘magicy’ od rozwoju osobistego. Potrzeba czasu. Im dłużej trwało staczanie się po równi pochyłej, tym dłużej musi potrwać zmiana. Im więcej jest do zmiany, tym więcej czasu teraz potrzeba. Przykłady ludzi, którzy doszli do ściany, a potem nagle pofrunęli w górę, świadczą, że nie są to puste słowa. W każdym momencie życia możesz zacząć jego naprawę, swoje osobiste reformy.

Jak to zrobić?


Potrzebny jest plan. Teraz po kolei pokażę, jak taki plan ułożyć.


Pierwsze, co musisz zrobić, to odważnie uświadomić sobie swoją sytuację. Nie ogólnie, lecz po kolei w każdym detalu. Weź kartkę i napisz, na czym polega najmniejszy problem oraz największy problem. Nie zaczynaj od tego najgorszego — skup się teraz na wszystkich tych malutkich kłopotach dnia codziennego — jak niezapłacone rachunki, zaległe faktury — które możesz rozwiązać natychmiast i pilnie. Spróbuj na jednej stronie kartki napisać wszystko, co funkcjonuje dobrze: mam co prawda nielubianą pracę, która nie wystarcza do godnego życia na wysokim poziomie, ale dobrze, że mam jakąś pracę; mój partner nie jest idealny, ale przypominam sobie, że byliśmy niegdyś w sobie szalenie zakochani. Spróbuj z lewej strony spisać te rzeczy w Twoim obecnym życiu — to ważne: skupiasz się na tym, co tu i teraz, nie patrzysz w przeszłość — które jako tako dobrze, albo chociaż poprawnie działają. Jeśli nie ma takich, zostaw puste miejsce. Wkrótce będziesz tam wpisywać różne nowe rzeczy, które się zjawią w Twoim życiu niedługo.

Po prawej stronie napisz wszystkie — to ważne, aby wyczerpać temat — sprawy, które wymagają działania. Jeśli czujesz, że jesteś w impasie decyzyjnym, w swoistym paraliżu woli, musisz siłą woli, albo jej resztkami podjąć działanie. Problemy nie rozwiązywane na bieżąco kumulują się i mnożą, a nawet potęgują. Im dłużej zwlekasz z działaniem, tym gorzej. Im dłużej tkwisz w pracy, w której nie ma szans na awans i lepsze dochody — tym gorzej. Ryzykowanie związane ze zwolnieniem jest jakimś problemem, bo następna praca może okazać się jeszcze gorsza albo co najwyżej podobna. Jednak im dłużej tracisz czas w pracy, która nie tylko nie przynosi ci bogactwa, ale nawet nie pokrywa twoich bieżących wydatków — tym mniejsze szanse, że odmienisz swój los. To prawda, że dobrej pracy w Polsce jest mało — rozważ wtedy wyjazd za granicę, a jeśli to nie wchodzi w grę, po pracy usiądź przy komputerze i szukaj lepszej pracy. Nie wahaj się wysłać CV — im bardziej chcesz i im bardziej zależy ci na pracy, tym większe napięcie, stres i strach przed rozmową kwalifikacyjną. Za pomocą jakiegoś portalu profesjonalnego, choćby LinkedIn, zrób sobie nowe cv, a potem wyślij do kilku pracodawców. Nie nastawiaj się, że ci odpowiedzą, a jeśli nawet to nie spodziewaj się, że na pierwszej rozmowie o pracę otworzy się niebo i spłynie z niego manna. Trzeba regularnie wysyłać CV nie tylko w odpowiedzi na dostrzeżoną ofertę, ale i wtedy, gdy jakiś upatrzony pracodawca obecnie nie rekrutuje. Jeśli CV nie trafi do spamu i pracodawca go zachowa (a działy HR archiwizują wiadomości mejlowe), istnieje szansa, że “odkurzy” go w przyszłości i niespodziewanie do Ciebie zadzwoni. Pamiętaj, aby nie nastawiać się, że “jeśli nie dostanę tej pracy, to koniec”. Nie — jeśli nie ta praca, to inna się znajdzie, nawet jeśli będziesz szukać jej rok. Jest to właśnie średni rok szukania dobrej pracy w Polsce. Jakąkolwiek pracę możesz znaleźć na drugi dzień — dobrą i wymarzoną pracę szuka się tak, jak partnera życiowego, czyli długo i cierpliwie. Ważne, aby idąc na rozmowę kwalifikacyjną, nie nastawiać się ani za bardzo pozytywnie, ani negatywnie. Pracodawca oczekuje jakiegoś kandydata, którego profil ma w głowie i jeśli spełnisz wszystkie albo większość kryteriów, jest szansa, że to Ciebie zatrudni.

Jeśli nie planujesz i nie chcesz pracować dłużej na etacie, możesz zacząć pracować jako freelancer, czyli “wolny strzelec”. Jesteś na swoim, z tym, że nie otwierasz działalności. Musisz mieć jakąś niszę, w której będziesz działać. Może to być bardzo wiele różnych rzeczy, także twórczych i artystycznych, pod warunkiem, że uwierzysz w siebie i zrozumiesz, że nie jesteś gorsza od Gertrudy Stein i nie ustępujesz Einsteinowi. Taka zarozumiałość działa paradoksalnie — rozumiesz, że każdy jest inny i nie ma lepszych i gorszych. Jako freelancer będziesz głównie szukał zleceń, podobnie, jak prowadząc własną firmę. Biznes to relacje handlowe — sprzedaż. Poszukiwanie klienta jest trudne, ale możliwe, pod warunkiem, że nisza, w której działasz jest twoją prawdziwą pasją. Jeśli lubisz malować, nie komponuj muzyki, a jeśli lubisz majsterkować, nie pisz poezji. Nie rób nic pod klienta, bo pośród nich zawsze znajdą się ludzie, którzy Twoją pasję docenią i zmonetyzują. Na początku może być bardzo trudno, ale są historie ludzi, którzy naprawili swoje życie zawodowe, rzucając pracę dla kogoś i rozpoczynając pracę “na swoim”. Na swoich zasadach, warunkach i regułach. Możesz pracować, kiedy i gdzie chcesz — mobilne multimedia dają dziś takie możliwości. Możesz pracować mniej niż osiem godzin albo przeciwnie — więcej niż pełen etat, na którym byłaś. Pamiętaj, że najważniejsze i najtrudniejsze niekiedy pytanie dotyczy Twoich zainteresowań i hobby. Odkryć je można, przeglądając przed snem wieczorem cały swój typowy dzień. Odpowiedz sobie na pytanie, co robię codziennie z przyjemnością? Czemu poświęcam najwięcej czasu? Co przeszkadza mi, abym swoją pasję przekuł w zawód? Przeszkadza tylko sposób myślenia, często odziedziczony od rodziców, albo wyuczony w szkole w pierwszych latach nauki. Ale dobra nowina jest taka, że można zmienić swoje życie niezależnie od tego, co masz za sobą. I o tym pamiętaj dziś wieczorem, przeglądając swój dzień i odnajdując odpowiedź na pytanie: czemu poświęcam z radością najwięcej czasu?


***

Opisana niżej praktyka relaksacyjna nie została jeszcze nigdzie opisana. Piszący te słowa, wymyśliwszy ją, sprawdził osobiście i ze zdumieniem przekonał się o jej sile, mocy i skuteczności.

Aby nie przedłużać, kilka uwag wstępnych. Niejednokrotnie w życiu pełnym stresu i dystraktorów, czyli bodźców przeszkadzających, doświadczasz niepokoju, strachu, a może niekiedy nawet panicznego napadu lęku. Są rzeczy i ludzie, których się boisz — znasz coś, albo kogoś, ale za każdym zetknięciem się odczuwasz dyskomfort. Są też rzeczy, których nie potrafisz zdefiniować, właściwie nie wiadomo, czego się boisz, jest to tak zwany lęk bezprzedmiotowy, czyli pozornie nie mający odniesienia w świecie rzeczywistym. Kiedy natężenie lęku przekroczy pewien próg, możesz odczuwać nawet objawy somatyczne, jak przyspieszenie akcji serca, palpitacje, duszności, ściskanie w gardle albo żołądku, albo lęk wędrujący w kółko po całym ciele, atakujący po kolei kluczowe dla nerwów narządy.

Jest też mniejsze natężenie lęku, które nazywamy tremą — to obawa przed publicznym występem, egzaminem czy wizytą u znajomych, których dawno nie widziałeś. Trema jest zjawiskiem związanym z tym, jak zostaniesz oceniony przed odbiorców twojej akcji. Im gorsze przygotowanie, tym większa trema, ale zdarza się, że nawet mistrzowie w swojej dziedzinie, mimo, że dają z siebie wszystko, odczuwają za każdym razem tremę.

Co zrobić, gdy przychodzą negatywne myśli, a wraz z nimi niepokój, który paraliżuje umysł i motywację? Słyszałaś na pewno o różnych technikach, wśród których znajdują się pozytywne afirmacje — kiedy odczuwasz strach, może powtarzać różne hasła, w rodzaju “nie boję się”, “panuję nad wszystkim”, “jestem świetna”. Kłopot w tym, że nie zawsze działają. Dlaczego? Bo opierają się na pewnej nieprawdzie. Stwierdzono już, że jeśli afirmacja przeczy twojej skali wartości, wzbudza konflikt wewnętrzny, nie będzie skuteczna. Dlatego zrób coś innego.

Zacznij w sytuacji strachu powtarzać zdania bezsensowne. Zamiast logicznych argumentów, że nie dzieje się nic złego, zacznij tworzyć absurdalne zdania. Może to być zdanie “zjem tą żabę”, “latarnia uśmiecha się do przechodniów”, “pietruszka odniosła sukces” i mnóstwo innych. Istotne jest to, aby powtarzać je w miarę możności na głos, albo wewnętrznie, ale z użyciem subwokalizacji, czyli lektora wewnętrznego, tak, aby negatywne myśli przykryć tymi bezsensownymi.

Odmianą tej metody jest powtarzanie dowolnych, przypadkowych słów, bez budowania zdań, co może być trudne. Powtarzaj ulubione słowa: “wakacje”, “nadzieja”, “moc”, “rozwój”, “udać się” i tak dalej. W słowniku masz do wyboru dziesiątki tysięcy słów.

I trzecią i ostatnią odmianą tej metody jest powtarzanie samych głosek, liter, które nie tworzą żadnych zdań ani słów. Przypomina trochę wschodnią praktykę glosolalii, czyli medytacji z użyciem przypadkowych znaków dźwiękowych, np. powtarzaj w kółko “karamasimanoteroalwronasekuro” i tak dalej, tak, jakby to był obcy, na przykład afrykański dialekt. Ważne, aby wymawianie tych dowolnych sylab i dźwięków było odważne — musisz w tym celu pokonać autocenzurę, która każe ci operować tylko logiką i odważnie “ośmieszać się” w swoich własnych oczach. Pozwoli to na powiększenie samooceny i przestrzeni wewnętrznej, co odsunie twoją uwagę od przykrych myśli, które przedstawiają się jako “prawdziwe”, więc ich nie podważasz. Operowanie bezsensownymi zgłoskami uwolni prawą półkulę mózgu i sprawi, że rozwinie się w tobie twoja mniej racjonalna, bardziej empatyczna strona psychiki. Spróbuj i przekonaj się sama!


***

Technik skutecznego uczenia się jest coraz więcej. Niegdyś jedynym sposobem uczenia się było zakuwanie na pamięć, często bez zrozumienia i wykorzystania wiedzy w praktyce. W ostatnich dekadach odkryto, że powtarzanie materiału jest skuteczną metodą nauki, ale tylko, jeśli przyswajamy materiał ze zrozumieniem. Definicje i regułki są ważne, ale tylko, jeśli prowadzą do zrozumienia materiału i jeśli przestrzega się odkrytych nowych praw uczenia się.

I tak nie jest prawdą, że uczenie się powinno się odbywać w jednym miejscu. Zmiana miejsca nauki wpływa dodatnio na zapamiętanie i zwiększa motywację do nauki. Zamiast siedzieć w swoim „kąciku”, lepiej uczyć się w różnych miejscach mieszkania, a także w plenerze, w ulubionej kawiarni, czy w pokojach co-workingowych, albo kafejkach internetowych. Bardzo dobrze działa podkreślanie na zrobionym uprzednio ksero fragmentów podręczników istotnych treści za pomocą flamastrów, kredek albo ołówka. Notatki nie powinny być zbyt szczegółowe — przepisywanie podręcznika nie ma sensu. Lepiej skorzystać z map myśli oraz tak zwanych notatek nielinearnych, gdzie oprócz słów stosujemy emotikonki, liczby, znaki własne (można opracować nawet swój własny język notowania), a nawet symbole i rysunki. Tradycyjne notowanie nie sprawdza się, bo jest pisane automatycznie, polega w dużym stopniu na przepisywaniu bez zrozumienia.

Najlepiej uczymy się rano, gdy jesteśmy wyspani, a w ciągu dnia po godzinie 16, kiedy nadchodzi drugi dobowy wyż intelektualny, trwający do ok. 21—22. Po nim następuje niż nocny, a od godziny 6—12 pierwszy wyż intelektualny. Dlatego właśnie w czasie Ii niżu, który przypada na wczesne popołudnie w wielu krajach Europy ma miejsce „sjesta”.

Techniki zapamiętywania są bardzo różne — cyfrowe, gdzie każda cyfra oznacza jakąś informację, pokój „rzymski”, czyli umieszczanie informacji w wyobrażonych, dobrze znanych uczącemu się pomieszczeniach. Dlaczego pokój rzymski? Otóż wedle legendy przy stole zebrało się grono uczonych, artystów i mędrców, wśród nich był podobno Sokrates. Gdy debatowali, doszło do katastrofy pomieszczenia — zawalił się sufit. Wszyscy zginęli, oprócz Sokratesa. Kiedy chciano zidentyfikować zmasakrowane ciała, genialny filozof potrafił z pamięci dokładnie odtworzyć kto gdzie zajmował jakie miejsca przy wielkim stole. Dzięki pamięci wzrokowej, nazywanej też fotograficzną można było dokonać identyfikacji tych, co zginęli.

Są jeszcze inne techniki, a jedną z nich jest włączenie w tle spokojnej, relaksującej muzyki, najlepiej klasycznej, szczególnie nadają się utwory Mozarta. Potem, słuchając muzyki łatwiej przypomnieć sobie, o czym uczyliśmy się przy konkretnym fragmencie utworu. Mnemotechniki polegają także na wypowiadaniu materiału na głos — dowiedziono, iż wiersze czytane na głos pamięta się dłużej, a dobrze znany jest fakt, że piosenki, które się nam podobają, łatwiej „wchodzą do głowy”.

Jednak nadal poza powtarzaniem i zrozumieniem materiału, ucząc się z różnych źródeł, nie wymyślono żadnego panaceum na skuteczne uczenie się. Dlatego ćwicząc pamięć i koncentrację (są specjalne portale) na pewno sprawiamy, że nauczony materiał dłużej będzie w naszej pamięci.


***


Jak pisał sam Antoni Kępiński, “schizofrenia jest delficką wyrocznią psychiatrii”, bo pokazuje jak w soczewce główne problemy egzystencjalne człowieka współczesnego, a ponadto stanowi największą zagadkę psychiatrii. Dopiero w 1911 roku zdefiniowano “grupę schizofrenii” jako choroby umysłu, który traci kontakt z ludźmi i rzeczywistością, a także samym sobą i ucieka w urojone, nierealne światy. Przynosi większości tylko cierpienie, a niektórych wynosi ponad przeciętność na wyżyny nauki (John Nash, ekonomista, laureat Nobla), sztuki czy działalności społecznej (Brat Albert). Przeważnie jednak uderza zanim młody człowiek ukształtuje swoją osobowość, więc niszczy relacje społeczne, zamyka w ciemnym pokoju w jasne dni, powoduje lęki i depresje, poczucie winy, zaburzenia myślenia i skupienia uwagi, niemożność czytania, a czasem ciężkie halucynacje i omamy słuchowe, nazywane jako “głosy”.

Istnieje wiele typów schizofrenii, jednak najczęściej w naszym kręgu kulturowym stawia się diagnozę F20. 0 — “schizofrenia paranoidalna”. Ma najlepsze rokowania w przeciwieństwie do innych typów, zwłaszcza “schizofrenii prostej”, gdzie dominują zespoły objawów negatywnych, jak apatia, zubożenie mowy i gestykulacji, wycofanie, dziwaczność, ekscentryczność i małomówność oraz brak energii, stałe zmęczenie, drażliwość i komponenta histeryczności. To, co łączy wszystkie typy “schizofrenii” to utrata naturalnej dla zdrowia harmonii wewnętrznej oraz autyzm i zaburzenia kojarzenia, stąd nazywa się te objawy “osiowymi”. Paranoidalna postać wyróżnia się obecnością najczęściej słuchowych omamów (“głosy”), nieco rzadziej halucynacji z innych zmysłów (najczęściej wzrokowych) oraz obecnością urojeń. Jeśli chodzi o urojenia, to dominują prześladowcze, ksobne i oddziaływania: pacjent jest pewien, że pada właśnie ofiarą wrogiego spisku, że jest prześladowany, a przedstawiane dowody przez lekarzy, że tak nie jest, odrzuca z całą mocą obstając przy swoim przekonaniu. Ksobne polegają na odnoszeniu wszystkiego, co się dzieje wokół do siebie — “mówią o mnie w telewizji”, “dają mi znaki”, “piszą o mnie w gazecie”, teraz częściej w Internecie. Oddziaływania polegają na tym, że pacjent jest zdania, że ktoś zdalnie czyta w jego myślach, że nasyła lub odciąga jego pomysły, że “kradnie myśli”, albo, że jakaś moc nim zawładnęła i jest marionetką, automatem lub zdalnie sterowanym robotem. To tylko niektóre z urojeń, bo istnieją także te, które nie sprawiają pacjentowi cierpienia, tylko upośledzają funkcjonowanie. Urojenia misji i posłannicze polegają na przekonaniu, że “mam szczególną misję”, “zadanie do wykonania”, że “jestem wybrany” i wyjątkowy. Urojenia posłannicze szczególnie często występują u przywódców religijnych i w sektach, a wiążą się z postawami wielkościowymi: “jestem wielki”, “mam niezwykłe zdolności”, “rządzę całym kosmosem”. Te urojenia zwykle są wypowiadane lub komunikowane dużo częściej, więc łatwiej je zauważyć, niż wtedy, gdy przeważają urojenia winy i grzeszności (“jestem najgorszym grzesznikiem”, “czeka mnie surowa kara”) albo niższościowe (“jestem do niczego”).

Istnieją także inne objawy, jak zaburzenia myślenia w postaci jego otamowania (“ścisk w głowie”, “pustka”, “nadmiar”, gonitwa myśli, lepkość myśli, etc.), albo spowolnienia bądź przyspieszenia toku myślenia, a także wykolejenia i poślizgu poznawczego, kiedy myśli zjeżdżają z ustalonego toru i nie prowadzą od podsumowania wypowiedzi w postaci jakiegoś wniosku czy decyzji. Pacjent, mimo, że wiele rozmyśla, nie jeste w stanie zdać relacji z wniosków, do jakich doszedł, bo po drodze myślenia się wykoleja i powstają rozbudowane dygresje, niekończące się monologi i dialogi wewnętrzne, mogą włączać się głosy komentujące zachowanie pacjenta, lub dyskutujące o nim poza jego plecami, a także obrażające pacjenta.

Czy leczenie schizofrenii ma sens?

Gdy dawniej istniały tylko leki I generacji, które działały bardzo silnie i wywoływały mnóstwo skutków ubocznych i wpędzały w depresję, odpowiedź była — nie. Jednak dziś istnieją leki nowoczesne, które nie wpędzają w depresję i nie mają takich skutków ubocznych, jak parkinsonizm, dyskinezy późne czy akatyzja (niemożność zajmowania jednej pozycji ciała). Są tak samo skuteczne w leczeniu objawów wytwórczych takich jak omamy czy urojenia oraz zaburzenia myślenia, a ponadto wpływają dobrze na objawy negatywne, afektywne (poczucie winy, depresja) i poznawcze, pozwalając pacjentom na kontynuację nauki, znalezienie pracy czy powrót do rodzinnych relacji. Oczywiście, nie są to jeszcze leki idealne, ale o wiele lepsze niż klasyczne neuroleptyki. W tym sensie można powiedzieć, że już około ⅔ pacjentów może wyjść na jako taką prostą, a jeśli włączyć do terapii różne inne oddziaływania psychospołeczne, to odsetek wyleczeń i remisji jeszcze wzrasta. Obecnie specjaliści są zgodni co do tego, że obecnie można kontrolować co najmniej objawy psychozy, choć nadal nieznane są jej przyczyny ani wyjaśnione dokładnie wszystkie mechanizmy. Można więc powiedzieć, że psychiatria weszła na nową falę optymizmu w leczeniu schizofrenii, ale też innych zaburzeń psychicznych. Lekarze wciąż czekają na jeszcze lepsze leki, a psycholodzy kliniczni opracowują coraz lepsze terapie tej dziwnej i groźnej choroby.


***

Od stu lat badacze i psychiatrzy zastanawiają się, czym są zaburzenia psychiczne, w tym najbardziej zagadkowa z nich, nazywana “schizofrenią”. W potocznym pojęciu to ktoś, kto “odlatuje” w swoje światy, gada od rzeczy i jest niebezpieczny. Bywa mylona z psychopatią, ale i depresją, bo w schizofrenii może wystąpić silna apatia i zobojętnienie na świat zewnętrzny. Ludzie ze schizofreniami — bo nie ma jednej schizofrenii modelowej — bardzo cierpią, gorzej myślą i kojarzą, mają zaburzenia koncentracji, nie potrafią przeważnie pracować umysłowo, mogą odczuwać napięcie, smutek i poczucie winy. W przeważającej większości przypadków udaje się im pomóc dzięki coraz lepszym lekom i opracowywanym terapiom, a także zachęcaniu pacjentów do pracy własnej nad sobą.

Schizofrenię wywołuje prawdopodobnie wiele czynników, nie ma jednej przyczyny. Nie istnieje też badanie fizykalne, które wykrywałoby tę chorobę. Pacjentom robi się co prawda EEG albo inne badania mózgu, ale zmiany, które one uwidaczniają nie są specyficzne dla tej jednostki chorobowej. Schizofrenia zaczyna się wcześnie, najczęściej na progu dorosłości (zwłaszcza u mężczyzn), choć kobiety zapadają średnio 10 lat później. Istnieją też rzadkie “schizofrenie dziecięce” oraz w wieku podeszłym, ale również rzadko. To choroba wczesnej dorosłości i wieku średniego. Przed tym wiekiem i po jego przejściu zapadalność gwałtownie spada. Istnieją równiez tak zwane “późne wyzdrowienia”, kiedy osoba przeżyła niemal całe życie cierpiąc na psychozę — inna nazwa “schizofrenii” — a pod wieczór życia często nagle ozdrowiała. Istnieją też w medycynie historie, kiedy schizofrenia ustąpiła samoistnie i nagle, co bywa interpretowane jako cud, ale jest niezmiernie rzadkie. Dlatego bez fachowej pomocy tej choroby wyleczyć się nie da, a nieleczona prowadzi do inwalidztwa i konieczności stałej opieki nad chorym. Dlatego tak ważna jest edukacja w tej sprawie i rozwój profilaktyki, nie tylko schizofrenii.

Chorzy, którzy zapadli na schizofrenię odczuwają wewnętrzne cierpienie — pustkę naprzemian z uczuciem zapełnienia umysłu, zaburzenia toku myślenia (otamowanie, przyspieszenie bądź spowolnienie, poluzowanie skojarzeń), mogą być stale obojętni, wpadać w stany osłupienia i znieruchomienia (katatonia, przyjmowanie niewygodnych pozycji), albo pobudzenia i niekontrolowanego ruchu, który jednak nikomu nie zagraża. Podawane leki mogą też dawać skutki uboczne, niekiedy podobne do samych objawów. I tak neuroleptyki, stosowane w schizofrenii, zwłaszcza starego typu, wywołują tak zwaną “akatyzję”, czyli całkowitą niemożność siedzenia bądź zajmowania innej stałej pozycji. Podawane leki osłonowe częściowo niwelują ten najbardziej przykry objaw, który dawniej sprawiał. że pacjenci przerywali samodzielnie przyjmowanie leków, a wtedy doznawali nawrotów. Nowsze leki nie sprawiają aż tak skrajnych reakcji, mają niestety inne, nieznane wcześniej skutki uboczne.

Stąd leczenie schizofrenii, którą może zdiagnozować wyłącznie lekarz psychiatra albo psycholog kliniczny na podstawie wywiadu z pacjentem i wywiadu środowiskowego, nie może kończyć się na podawaniu codziennie przez wiele lat lekarstw. One tylko łagodzą pewne objawy, nie leczą istoty ani nie mają wpływu na przyczyny schizofrenii. Do dziś badacze spierają się, czy ma ona bardziej charakter biologiczny czy środowiskowy, czy jeszcze jakiś inny. Faktem jest, że jest to na pewno choroba o przyczynach naturalnych i że chorych postrzega się już dziś lepiej niż dawniej, kiedy uważano ich za obłąkanych szaleńców i zamykano na całe życie w zakładach zamkniętych.

Podstawową tedy terapię lekową można i trzeba uzupełnić psychoterapią, zwłaszcza grupową, gdzie pacjent uczy się integracji z grupą, uczy się słuchać aktywnie, przemawiać i ogólnie zżyć się z ludźmi, zawsze przecież odmiennymi niż on sam. Pomaga to w przezwyciężaniu chorobowego autyzmu, czyli skrajnym skupieniu na sobie, wyjście poza swoje problemy, dostrzeżenie, że nie jest on sam, że inni także cierpią i że można sobie wzajemnie pomagać. Pomaga też nurt terapii wywodzących się z terapii poznawczo-behawioralnej, ale generalnie w czasie sesji z pacjentem psychoterapeuta może swobodnie mieszać różne terapie i paradygmaty, dopasowując je do aktualnych objawów i kłopotów pacjenta.

Większość z 400 tysięcy chorych na schizofrenię w Polsce wymaga stałego leczenia, a takie otrzymuje połowa, podczas gdy druga połowa się degraduje, wpada w bezrobocie, często w bezdomność i trafia na margines społeczny. To nie chorzy popełniają przestępstwa, istnieje raczej ryzyko, że albo chory sam sobie coś zrobi, albo padnie ofiarą przestępstwa. Zaburzenia emocji i umysłu są tak duże w schizofrenii — rozszczepienie i dysharmonia — że chory nie potrafiłby zaplanować i przeprowadzić z powodzeniem jakiś większy czyn karalny. Najczęściej do choroby dochodzi nadużywanie alkoholu czy nielegalnych substancji odurzających, które pogarszają dodatkowo leczenie, osłabiając działanie leków. Wtedy mamy do czynienia z tak zwaną “podwójną diagnozą”, kiedy oprócz choroby podstawowej są uzależnienia czy zaburzenia somatyczne (np. po niektórych lekach II generacji może pojawić się cukrzyca).

Jednak istnieje wiele historii ludzi, którzy tę chorobę pokonali, w różny sposób, jedni zażywając leki, inni rezygnując z farmakoterapii i stosując różne formy autoterapii, w różnym wieku i po innym czasie chorowania. Daje to nadzieję nawet osobom, które nie są objęte rejestracją medyczną, co pozwala na wypłacanie renty socjalnej albo renty z tytułu niezdolności do pracy, a diagnoza schizofrenii to umożliwia. Niektórzy chorzy, około ⅓ całkowicie zdrowieją, inni funkcjonują dobrze między pogorszeniami, a ostatnia grupa około 10% chorych nie reaguje na leczenie. Jednak przy tak bardzo potrzebnym wsparciu społecznym, szczególnie ze strony rodziny i krewnych, możliwe, że już niedługo wyleczalność schizofrenii znacznie się poprawi, a zapadalność — dzięki opracowywanym właśnie w psychiatrii programom wczesnego wykrywania — zacznie spadać.


***

Znasz to? Utknąłeś na długie miesiące w nielubianej pracy. Nie zmieniasz jej, bo dobre i to, a nowa praca może być taka sama, albo jeszcze gorsza. Poza tym pracujesz dużo. Kiedy wracasz do domu, jesteś tak zmęczona, że nie masz już sił ani czasu, żeby aktywnie szukać pracy. A tylko aktywne poszukiwania mogą doprowadzić do “dobrej zmiany” w twoim życiu zawodowym. Jest jeszcze i taki czynnik, że nie lubisz odmawiać — nie chcesz sprawiać szefowi przykrości, więc nawet nie idziesz po podwyżkę, o nowej pracy nie marząc. Wolisz lepsze relacje z szefem od tych paru stów więcej. Wiadomo, że żaden szef nie lubi żądań o awans czy podwyżkę. Dlatego stale siedzisz w tym samym dziale, nie awansujesz, nie dostajesz premii, bo ponad pieniądze przedkładasz spokój w relacji pracodawca-pracownik. Bardzo wiele osób tak ma. Kiedy pracowałem w dużej firmie prywatnej, wiedziałem, że mi za mało płacą. Jednak nie miałem odwagi cywilnej, aby pójść na rozmowę o pieniądzach. Jest taki niepisany zwyczaj, takie tabu, że o pieniądzach się nie rozmawia. Dlatego większość pracowników w Polsce zaraz na początku, gdy podpisują umowę o pracę, nie negocjują wcale swych przyszłych zarobków. W CV wpisują najczęściej stawkę minimalną, nie wiedząc, że takie oferty pracodawcy z miejsca odrzucają bo stawki minimalne są próbą wiary w siebie, a nie rzeczywistymi stawkami, które obowiązują w firmie.

Oprócz wspomnianych jeszcze inne czynniki “trzymają” cię w dotychczasowej pracy — to relacje, jakie zdołałaś nawiązać, przyjaźnie z koleżankami, koledzy, a nawet przelotne romanse. Ponadto działa prawo inercji — jeśli jeździsz do pracy środkami publicznymi to może nie chcesz zmieniać biletu miesięcznego, albo lubisz akurat tę trasę. Szef mimo braku awansu i związanej z nim zazwyczaj podwyżki, kusi cię bonami do marketu, biletami do kina i innymi drobiazgami, które wiele go nie kosztują, a zliczone razem dają ci wrażenie bycia zaopiekowaną. Pozostaje wreszcie zasada “utopionych kosztów”, a raczej “utopionego czasu”, czyli myślisz tak: skoro tyle miesięcy, a może nawet lat poświęcasz się tej, a nie innej pracy, to teraz nie warto jej rzucać i zaczynać wszystko od nowa. Zazwyczaj dziś bowiem ścieżki awansu w każdej firmie są pionowe, czyli gdy przechodzisz do nowej firmy, zaczynasz od zera, a nie przechodzisz na taki sam poziom zatrudnienia. Dawniej istniała zasada dziedziczenia awansu, czyli jeżeli ktoś zmieniał firmę, to automatycznie wskakiwał co najmniej na takie samo stanowisko i z taką samą pensją, a nawet większą. Jaki bowiem sens ma zmiana pracy, jeśli nie będzie podwyżki?


Dlatego najpierw musisz zdecydować, czy zostajesz w dotychczasowej pracy, czy nie. Tu nie ma opcji pośredniej, chyba, że szef powie, że istnieje od teraz możliwość pracy zdalnej z dowolnego miejsca w kraju, albo nawet zza granicy. Jeżeli zostajesz, to weź pod uwagę, że może omija cię właśnie niepowtarzalna szansa, a twój konserwatyzm to typowy “lęk przed zmianą”. Strach przed zmianą, to obawa przed zmianą na gorsze. Zawsze boimy się zmian, choć ryzyko, jakie ze sobą niosą, bywa wyimaginowane, ale szczególnie boimy się zmian na gorsze. Nikt nie chce, aby przyszłość była radykalnie odmienna, nawet jeśli ze znakiem plus. Wolimy to, co znane. Wolimy zostać w nie do końca lubianej pracy, bo wysiłek związany z szukaniem nowej może nic nie dać. Oczywiście, tak może być. Jeżeli by wszyscy nagle postanowili zmienić swoją pracę, w kraju zapanowałby chaos, stąd większość ludzi pracuje bardzo długo w jednym miejscu, a niektórzy, choć coraz mniej — całe życie. Strach przed zmianą bywa racjonalizowany. Tłumaczymy sobie, że “nowa praca może być gorsza”, aby usprawiedliwić naszą bierność. Oczywiście, zdarza się, że obecna praca jest tą optymalną i że zmiana jest zbędna. Jednak w większości przypadków tak nie jest i argumenty za zmianą są bardzo mocne. Niestety, większość pracujących ma zwykle rodzinę na utrzymaniu. Singlom łatwiej jest zmieniać pracę. Są nawet ludzie, którzy zmieniają pracę za często, kilkanaście razy w roku i nigdzie nie potrafią zagrzać miejsca. To z kolei druga skrajność — pragnienie częstych zmian maskuje niepokój, że “gdzieś tam daleko, z górami, za lasami czeka na mnie wymarzona praca”. Oczywiście, to bajka, ale istnieją ludzie, którzy bez częstych zmian firm, przeprowadzek do innych miast, wyjazdów zagranicznych, a nawet całkowitego przekwalifikowania się na inną branżę nie wyobrażają sobie życia zawodowego. Większość ludzi jest pośrodku — zmieniają pracę kilka razy w życiu, obecnie częściej niż przed laty.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 44.55