E-book
6.3
drukowana A5
19.24
Pelargonie

Bezpłatny fragment - Pelargonie

Opowiadanie


Objętość:
88 str.
ISBN:
978-83-8455-903-1
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 19.24

Pelargonie (I odsłona)

I

Mieszkam na cichej, spokojnej ulicy, na której wzdłuż chodnika, od strony jezdni, rosną piękne kasztany. Trudno uwierzyć, że ulica, na której czas jakby się zatrzymał, jest w centrum dużego miasta.

Na ulicy, która nazywa się Złota, znajdują się stare kamienice. Uwielbiam szczególnie tę, w której sama mieszkam. Kamienica ta składa się z czterech pięter. Na zewnątrz wygląda solidnie i dostojnie. Okna ozdobione są roślinną sztukaterią wykonaną ze szlachetnego gipsu. Skośny dach pokrywa czerwona dachówka. Wewnątrz domu znajduje się obszerna sień. Jej ściany pokryte są także roślinną sztukaterią.

Na uwagę zasługują szerokie, drewniane schody skrzypiące w charakterystyczny sposób. Prawdziwego uroku dodaje im drewniana balustrada bogato zdobiona na obu końcach. Dzięki temu, że kamienica jest mocno nadgryziona zębem czasu, zainteresował się nią konserwator zabytków, więc wkrótce, ku mojej radości, przeżywać pewnie będzie drugą młodość. Wiem na pewno, że renowacji zostanie poddana elewacja frontowa, a wszystkie zniszczone detale architektoniczne zostaną odtworzone, wymianie ulegnie stolarka okienna i drzwiowa, stare drzwi wejściowe zostaną odnowione. Wyremontowane zostaną nawet śmietniki znajdujące się na podwórzu. Prace rozpocząć się mają już za kilka miesięcy.

Zajmuję mieszkanie na pierwszym piętrze. Oprócz mojego mieszczą się tutaj jeszcze trzy inne lokale mieszkalne. Po prawej stronie mieszka przesympatyczna dziewczyna o imieniu Ania. Dwa lata temu rodzice Ani, mając już dość życia w mieście, przeprowadzili się na wieś, zostawiając mieszkanie córce, która z kolei, chociażby ze względu na studia, nie chciała opuszczać miasta, które kochała, w którym studiowała i w którym studiował także jej narzeczony. Mimo że rodzice Ani mają do niej pełne zaufanie, prosili mnie, bym miała na nią „oko”. Od tej pory więc trochę matkuję, a właściwie „babciuję”, jeżeli można tak powiedzieć, dziewczynie, którą zresztą kocham tak, jakby była moją rodzoną wnuczką.

Mimo mojej opieki, rodzice „wizytują” swą jedynaczkę co trzy tygodnie. Przyjeżdżają na sobotę i niedzielę i przywożą ze sobą pyszności przygotowywane przez mamę Ani. Zawsze też zapraszają mnie na sobotni i niedzielny obiad. Czasami, w ramach wdzięczności, ja to czynię.

Ania jest studentką czwartego roku konserwatorium muzycznego. Gra na wiolonczeli. Często słyszę, jak godzinami ćwiczy. Lubię słuchać, jak gra, zwłaszcza Sześć suit na wiolonczelę solo Jana Sebastiana Bacha, to mój ulubiony utwór. Lubię także nadsłuchiwać, jak Ania lekko zbiega po schodach, gdy rankiem spieszy się na zajęcia, przeskakując co drugi stopień. Kiedyś i ja tak potrafiłam.

Ania odwiedza mnie często, czasami tylko po to, by w moim towarzystwie pomilczeć. Przygotowuję wówczas herbatę z malinami, wysypuję na talerzyk kruche ciasteczka i siedzimy tak sobie w milczeniu, dopóki nie zaproponuję Ani rozmowy. Wówczas wyrzuca jednym tchem, co ją boli. Wszystkie bolączki dotyczą jej narzeczonego, studenta czwartego roku politechniki, który nie podziela miłości dziewczyny do wiolonczeli i nie rozumie, dlaczego zdarza się, że grę na instrumencie przedkłada nad spotkania z nim.

Po mojej prawej stronie mieszka małżeństwo w średnim wieku. Niewiele o nich wiem. Oboje są urzędnikami. Mówimy sobie dzień dobry i do widzenia, zamieniamy ze sobą kilka zdawkowych zdań, najczęściej dotyczących pogody. I to wszystko.

Dodam jeszcze, że piętro wyżej, jedno z mieszkań zajmuje moja serdeczna przyjaciółka z młodości. Skończyłyśmy tę samą szkołę średnią. Na studiach nasze drogi niestety się rozeszły. Klara wyjechała do innego miasta i wtedy straciłyśmy kontakt. Gdy po śmierci męża czułam się bardzo samotna, ona, niespodziewanie dla mnie, sprowadziła się do mojej kamienicy i zamieszkała na drugim piętrze, gdyż od jakiegoś czasu jedno z mieszkań stało puste, ponieważ lokatorzy przenieśli się do innego miasta. Podobnie jak ja, Klara także była wdową.

Dużo czasu spędzamy w swoim towarzystwie, choć czasami działamy sobie na nerwy, gdyż mamy odmienne zdanie prawie na każdy temat, co niejednokrotnie staje się przyczyną wielu sprzeczek. Kiedy nie możemy już ze sobą wytrzymać, sięgamy po krzyżówki, gdyż obie uwielbiamy, dla gimnastyki umysłu i zabicia czasu, je rozwiązywać. Zdarza się, że dla oczyszczenia atmosfery rezygnujemy przez kilka dni ze swego towarzystwa, po czym w krótkim czasie nadrabiamy powstałe zaległości. Zawsze ceniłam i nadal cenię Klarę, za jej szczerość i życzliwość, natomiast to, co mnie w niej irytuje, to wścibstwo, z powodu którego nieraz moja przyjaciółka miewała kłopoty.

Moje mieszkanie składa się z przedpokoju, dwóch pokoi, kuchni i łazienki. Pełne jest rodzinnych pamiątek, starych zdjęć i portretów, co bardzo pasuje do mojego stylu życia, gdyż bardziej żyję przeszłością niż przyszłością.

Meble także pamiętają zamierzchłe czasy, bo np. stary kredens gdański, który zajmuje centralne miejsce w pokoju gościnnym, był najpierw własnością mojej prababki, potem babki, wreszcie mamy, która w końcu pozwoliła, bym i ja dostąpiła zaszczytu jego posiadania. Kto odziedziczy go po mnie? Nie wiem. Nie mam przecież dzieci. Może podaruję go w przyszłości mej przyszywanej wnuczce? Mam nadzieję, że doceni jego piękno, materiał, z którego został wykonany, bogactwo zdobień, z charakterystycznymi ornamentami w kształcie ślimaków.

W sąsiedztwie kredensu, nieco z boku, stoi biurko, przy którym moi rodzice pisywali niegdyś listy, używając do tego celu pięknej, kolorowej papeterii. Niestety dziś nikt już nie używa jej do pisania listów, bo nikt już odręcznie listów nie pisze. Dziś wszyscy mają dysleksję lub dysgrafię, piszą esemesy lub maile, a gdy wreszcie napiszą dłuższą wypowiedź, liczą na to, że komputer podkreśli błędy w sposób bezbłędny. Sama też, ze względu na pogarszający się wzrok, nie pisuję już listów i choć sceptycznie odnoszę się do komputera, od czasu gdy dostałam w prezencie od mojej młodszej siostry, Katarzyny laptopa, przestałam twierdzić, że komputer jest zupełnie nieużyteczny. Przeglądam czasami strony internetowe, najważniejsze jednak, że dzięki skaypowi mam stały kontakt z Katarzyną, która kilkanaście lat temu wyjechała za ocean. Ze względu na odległość widujemy się raz w roku, na Boże Narodzenie. W tym roku Katarzyna przyleci na święta z mężem i być może z pięcioletnią wnusią. Już nie mogę się doczekać ich wizyty. Do świąt, w związku z ich przyjazdem, zacznę się przygotowywać już na początku grudnia. We wszystkich przygotowaniach pomagać mi będzie dzielnie Klara, która tradycyjnie spędzi z nami pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Tydzień przed świętami przylecą siostra i szwagier i to oni piec będą makowce i sernik.

W tej chwili przypomniałam sobie święta Bożego Narodzenia spędzane przeze mnie z mężem, po czym spojrzałam na stojące na biurku oprawione w gustowne ramki zdjęcia moje i Andrzeja, za którym nieustannie tęsknię. Wspominam często szczęśliwe lata, które spędziliśmy z sobą. Nie mieliśmy dzieci, ja nie mogłam ich mieć. Był to olbrzymi dramat, który przez wiele lat dźwigałam na swoich barkach, mąż mój jednak, choć wiem, że bardzo pragnął potomstwa, nigdy nie dał mi żadnym słowem do zrozumienia, że brak dzieci w jakiś sposób zubaża nasze małżeństwo. Kochałam go za to jeszcze bardziej. Był moment, że chcieliśmy zaadoptować dziecko, ale zawiłe procedury adopcyjne sprawiły, że zniechęciliśmy się do tego pomysłu. Dzisiaj bardzo żałuję, że nie wykorzystaliśmy szansy, by dać miłość komuś, kto jej bardzo potrzebował i, być może, czekał na nas.

Patrząc na zdjęcie męża, gorąco wierzę, że spotkamy się na drugim świecie i będziemy ze sobą jeszcze bardziej szczęśliwi niż za ziemskiego żywota.

Równie gorąco wierzę w to, że spotkam tam także moich rodziców, którzy uśmiechają się do mnie z portretu zdobiącego ścianę gościnnego pokoju. Ilekroć na niego patrzę, zachwycam się ich urodą. Gdy malowano ten portret, rodzice mieli trochę ponad trzydzieści lat. Ojciec wygląda na obrazie jak amant filmowy, a mama jak aktorka. Takich ich pamiętam — pięknych, młodych, uśmiechniętych i zakochanych w sobie. Rozpamiętuję też szczęśliwe dzieciństwo moje i mego rodzeństwa — siostry i dwóch braci, często wspominam wspólne zabawy na świeżym powietrzu oraz niedzielne spacery do lasu znajdującego się w pobliżu naszego domu. Rodzice poświęcali nam wiele czasu i uwagi. Z moich obserwacji wynika, że obecnie rodzice nie mają zbyt wiele czasu dla swych pociech. Pracują od rana do wieczora, a dzieci wychowują się z kluczem na szyi, pozbawione ciepła i rodzicielskiej miłości. Szkoda, że współcześnie rodzina nie celebruje chociażby wspólnych posiłków, które w moim domu były pretekstem do rozmowy na różne tematy. Przy rodzinnym stole rozwiązywało się nasze dziecięce problemy, przy tym stole rodzice dzielili się z nami także własnymi problemami. Przy tym stole siadali przedstawiciele trzech pokoleń — dziadków, rodziców i dzieci. Myśląc o tym, przypomniałam sobie wiersz Ewy Lipskiej: „Stół rodzinny”, który kiedyś czytałam. Pamiętam, że uderzyła mnie zawarta w nim trafna ocena współczesnej rodziny, w której rodzinny stół zamiast łączyć pokolenia, dzieli je, stając się źródłem konfliktów, zaś członkowie rodziny nie potrafią się spotkać, bo chodzą drogami, które się nie przecinają. Dobrze, westchnęłam z ulgą, że dane mi było przeżywać dzieciństwo przy stole, który łączył pokolenia.

W tej chwili pomyślałam znowu o świętach i poczułam radość, że gdy w grudniu odwiedzi mnie siostra, oglądać będziemy albumy ze zdjęciami i powspominamy święta Bożego Narodzenia, z czasów, gdy byłyśmy dziećmi. Do wigilii zasiadało w naszym domu każdego roku kilkanaście osób. Babcie i dziadkowie, ciocie i wujkowie. Do dziś czuję zapach korzennych pierników i słyszę dźwięk kolęd śpiewanych przez całą rodzinę przy choince pachnącej lasem i mieniącej się w blasku kolorowych lampek. Widzę ojca sięgającego drżącymi rękami po Biblię, by przeczytać odpowiedni jej fragment. Przeżywam moment dzielenia się opłatkiem, przypominam sobie nasze ciekawe spojrzenia kierowane ku pustemu miejscu przy stole, na którym stał talerz czekający na przygodnego wędrowca, pamiętam radość z prezentów, które nerwowo rozpakowywaliśmy z szeleszczących kolorowych opakowań, by jak najszybciej zobaczyć, czy na pewno otrzymaliśmy w podarunku to, na co przez cały rok czekaliśmy. Słyszę śnieg skrzypiący pod nogami, gdy przed północą cała rodzina — dorośli i dzieci, wybierali się do pobliskiego drewnianego kościółka na pasterkę, a ze wszystkich piersi równo o północy wyrywały się radosne słowa: „Bóg się rodzi, moc truchleje …”.

Po wyjściu z kościoła sąsiedzi bliżsi i dalsi składali sobie szczere życzenia. Po powrocie z pasterki byliśmy zawsze zmarznięci, bo zimy z czasów mojego dzieciństwa były takie jak być powinny — mroźne, więc mama szykowała herbatę z cytryną i miodem, co znowu dawało pretekst, by cała rodzina zasiadała przy stole.

Właśnie ten stół stoi obecnie na środku mego pokoju. Jest pokaźnych rozmiarów, owalny, przykryty koronkową serwetą, która po latach straciła swą nieskazitelną biel i obecnie jest po prostu écru. Jest jednak, oprócz stołu, bardzo ważnym elementem wystroju tego pokoju, bowiem wydziergała ją kilkadziesiąt lat temu moja babcia. Wiosną i latem stawiam na stole przykrytym babciną serwetą stary kryształowy wazon, a w nim świeże kwiaty, które kupuję na pobliskim rynku u zaprzyjaźnionej kwiaciarki. Pamiętam, że babcia potrafiła wyczarować z papierków po cukierkach — tych podwójnych, celofanowych i papierowych, w kolorze złota i srebra, przepiękne kwiaty zdobiące różne zakamarki naszego domu. W jednym z narożników pokoju stoi stary zegar odziedziczony po babci. Głośne tykanie potężnego zegara odmierza sekundy, a jego bicie pełne godziny.

Sypialnia składa się z prostego łóżka, nad którym wisi krzyż, nocnego stolika, na którym stoi lampka nocna. Spoczywa tu także Pismo Święte. Każdego wieczoru otwieram tę najmądrzejszą księgę świata na dowolnej stronie i czytam fragment, a później rozważam go w swym sercu.

W mojej sypialni znajduje się jeszcze wygodna kanapa i okrągły stolik, przy którym stoi krzesło stylizowane na antyczne. Wylicytowała je dla mnie na Allegro Ania i wspólnie z Klarą podarowały mi na urodziny.

Najważniejsza jednak w tym pokoju jest stara skrzypiąca dwudrzwiowa szafa. Jako dziecko, podczas zabaw z rodzeństwem w chowanego, wchodziłam do niej w nadziei, że wprost z jej wnętrza, wzorem bohaterów „Opowieści z Narnii”, wkroczę do baśniowego świata, gdzie zwierzęta mówią ludzkim głosem, a dobro walczy ze złem, by ostatecznie z nim wygrać. Liczyłam na to, że spotkam fauna imieniem Tumnus, który zaprosi mnie na podwieczorek. Niestety nic takiego nigdy się nie stało, ale ponieważ często o tym myślałam, zdarzało się, że śniłam o mojej szafie i o tym, że spotykam bohaterów z krainy, w której tak bardzo pragnęłam się znaleźć.

Kuchnia to miejsce, które lubię szczególnie. Na kuchennym parapecie ustawiłam korytka z ziołami, których używam do przyrządzania różnych potraw. Ściany kuchni zdobią liczne wiszące i stojące szafki. Na środku znajduje się stół, przy którym z powodzeniem mogłaby zasiąść do posiłku liczna rodzina. Jednak najważniejszym elementem mojej kuchni jest kaflowy piec, w którym jesienią i zimą wesoło buzuje rozniecany przeze mnie ogień. Nie musiałabym go rozpalać, bo w kuchni znajduje się jeszcze drugi piec — gazowy. Ja jednak wolę ten. Bardzo lubię podczas jesiennych i zimowych wieczorów siadać w jego pobliżu, by w przyjemnym cieple oczekiwać zmierzchu. Nie zapalam wówczas lampy. Pozwalam, by szary mrok rozlewał się po pomieszczeniu, by wnikał w najgłębsze zakamarki mej kuchni. Światło zapalam dopiero wówczas, gdy ciemność wciśnie się we wszystkie kąciki. Po omacku zbliżam się do kontaktu i choć dobrze znam ustawienie poszczególnych mebli, zawsze po drodze coś potrącę.

I teraz najważniejsze. Oprócz mnie w domu mieszka jeszcze moja ukochana kotka nosząca imię Kicia, która podobnie jak ja, uwielbia kuchnię. Nie jest dobrą kucharką, ale jest za to smakoszem i wie, że kuchnia to wspaniałe miejsce, by zamiłowania tego rodzaju kultywować. W kuchni też ma swoje legowisko, takie specjalne do powieszenia na kaloryferze. Uwielbia swoje legowisko, choć nie jest to jedyne miejsce, w którym smacznie sobie śpi. Kicia bezceremonialnie panoszy się po całym domu. Każdego ranka przenosi się do łóżka, w którym śpię i kładzie się w moich nogach, by jeszcze trochę pospać, a gdy snu ma już dosyć, zeskakuje z łóżka, spaceruje po pokoju i przeciągle miauczy. Jeżeli nie zareaguję, biegnie do kuchni i szura po podłodze swoją plastikową, czerwoną miseczką, oburzona, że jej pani zupełnie zapomniała o nakarmieniu kotki. Po zjedzeniu śniadania Kicia zazwyczaj chce napić się wody. Wskakuje wtedy na zlew, czeka na to, aż delikatnie odkręcę kurek i chłepce wodę prosto z kranu. Po tych czynnościach zajmuje się poranną toaletą, a potem przenosi się do pokoju, wskakuje na parapet i z ciekawością spogląda na świat. Podchodzę wtedy do niej, by ją pogłaskać, bo pieszczocha z niej niesamowita, a ona odwdzięcza mi się pomrukiwaniem, w którym słychać wyraźnie zadowolenie.

II

Nadeszła wiosna, moja ulubiona pora roku. Uwielbiam jej zapach i atmosferę budzącej się do życia przyrody. Zachwyca mnie śpiew ptaków o poranku, lubię słuchać go tak samo, jak grającej na wiolonczeli Ani.

Przed oknem mego gościnnego pokoju rośnie wyjątkowo piękne drzewo, najpiękniejsze spośród wszystkich drzew, które rosną na mojej ulicy i jedyny dąb wśród kasztanów. Nazwałam go Lech, na pamiątkę jednego z przepięknych rogalińskich dębów mających, o ile się nie mylę, ponad 700 lat. Obserwuję, jak mój dąb zmienia się już od wczesnej wiosny. Cieszy mnie soczysta zieleń liści i ich szum, który zawsze coś opowiada. Z uwagą obserwuję dzięcioła zawzięcie stukającego w korę drzewa, by wydobyć z niego smakowite kąski i przy okazji podleczyć niedomagającego pacjenta. Lubię też, gdy słońce przedzierające się zgrabnie przez gałęzie i liście z elegancją wprasza się do mego gościnnego pokoju, dodając mu uroku.

Kicia także uwielbia atmosferę, którą wnosi ze sobą wiosna. Całymi dniami wyleguje się na balkonie, obserwując jednocześnie bardzo uważnie ptaki śpiewające w gałęziach drzew. Popołudniami wychodzę z nią na podwórko znajdujące się z tyłu kamienicy, które, dzięki staraniom wszystkich lokatorów, jest dużo ładniejsze niż w sąsiednich kamienicach. Choć jest niewielkie, udało nam się wygospodarować nie tylko miejsce na trzepak, ale również na niewielki trawnik, wokół którego posadziliśmy kilka krzewów oraz kwiaty. Na podwórku stoi także zielona ławeczka. Siadam sobie na niej wiosną i latem, czytam książkę, a w tym czasie Kicia obchodzi dostojnym krokiem wszystkie kąciki naszego podwórka, turla się po trawniku, a potem wskakuje mi na kolana, by trochę się połasić i pomruczeć.

Tej wiosny na parapecie okiennym ustawiłam dwa korytka, w których posadziłam cztery pelargonie. Opiekowałam się nimi z ogromnym poświęceniem. Podlewałam je dwa razy dziennie. Uznałam, że ta reguła pomoże wyrosnąć moim kwiatom i uczynić je pięknymi. Klara też posadziła w korytkach pelargonie i także umieściła je na okiennym parapecie. Byłam ciekawa, która z nas będzie miała piękniejsze kwiatki. Oczywiście tym kimś chciałam być ja, więc oprócz podlewania, co tydzień zasilałam moje pelargonie specjalnym nawozem do kwiatów balkonowych.

Był piątek. Właśnie obrywałam zeschłe listki z pelargonii i zachwycałam się rześkim majowym porankiem, gdy zauważyłam, że z naszego domu wyszło dwoje dzieci nowych lokatorów, którzy zamieszkali naprzeciwko mojego mieszkania.

Z uwagą przyglądałam się, na oko dziesięcioletniemu chłopcu i jego siostrze, która mogła mieć lat siedem lub osiem. Chłopiec był dość wysoki, miał jasne, krótko obcięte włosy, ładną, ale bardzo smutną twarz. Ubrany był w czerwoną koszulkę trykotową, dżinsowe spodenki i granatowe tenisówki. Trzymał za rękę siostrzyczkę, która, podobnie jak on, miała jasne włosy zaplecione w dwa warkocze i ozdobione kokardkami. Ubrana była w granatową sukienkę, a na nogach miała białe sandałki. Dzieci wyglądały czysto i schludnie. Widać było, że matka dba o nie. Zawieszone na ramionach obojga plecaki wskazywały, że miejsce, do którego zmierzają, to na pewno jest szkoła. Wydawało mi się jednak, że dziewczynka wcale nie chce do niej iść, czym musiała zdenerwować brata, bo ten zaczął poganiać idącą wolno siostrę, gestykulując przy tym energicznie rękami. Moją uwagę przyciągnęły smutne, jak mi się wydawało, oczy dziewczynki. Miałam jakieś dziwnie niepokojące przeczucie, że te dzieci nie są do końca szczęśliwe.

Tym, że na moim piętrze zamieszkali nowi lokatorzy, bardzo podekscytowana była Klara, która odwiedziła mnie tego samego dnia po południu.

— Odkąd tu mieszkam, nic ciekawego się u nas nie wydarzyło — zauważyła. — Wreszcie ktoś nowy się wprowadził — zacierała z radością ręce. — Nie uważasz, że to fascynujące? To na pewno jacyś mili ludzie — dodała moja przyjaciółka z przekonaniem, po czym oświadczyła, że koniecznie musimy ich bliżej poznać. Niestety, dla Klary, byłam innego zdania, więc zbeształam przyjaciółkę:

— Wstydź się Klaro, ludzie dopiero niedawno wprowadzili się do naszej kamienicy, a ty już chciałabyś zakłócić ich prywatność. Pozwól się im zadomowić i oswoić z nowym miejscem. Będziemy miały jeszcze dużo czasu, by ich poznać — zauważyłam, z politowaniem kiwając głową i myśląc o tym, jak bardzo moja przyjaciółka jest niecierpliwa.

Po tych słowach poszłam do kuchni. Zrobiłam herbatę z malinami, bowiem lubiła ją nie tylko „nasza” Ania, Klara także za nią przepadała. Podałam tradycyjnie kruche ciasteczka i nasza rozmowa zeszła na zupełnie inne tory. Dyskutowałyśmy o ostatnio przeczytanej książce, następnie, spoglądając na pelargonie, na dobre już zadomowione na okiennym parapecie, wymieniłyśmy się uwagami na temat ich pielęgnacji. Po dwóch godzinach tradycyjnie się posprzeczałyśmy, ale na szczęście szybko doszłyśmy do porozumienia. Pogodzić pomógł nam się wspólny cel, chęć poznania się, jednak nie od razu, z nowymi lokatorami. Oczywiście nie powiedziałam Klarze o moich spostrzeżeniach dotyczących dzieci, bo bałam się, że moja zwariowana przyjaciółka zacznie snuć swoje fantasmagorie, a co gorsza postanowi natychmiast zadzwonić do drzwi sąsiadów, by jak najszybciej ich poznać i czegoś cię o nich dowiedzieć.

III

Wkrótce okazało się, że nasi nowi sąsiedzi nie są zbyt towarzyscy. Mężczyzny prawie w ogóle nie widywałam, natomiast kobieta opuszczała mieszkanie od poniedziałku do piątku o 6.30. Wracała do domu około 15.00. Obserwowałam ją często z okna mego pokoju, zajmując się przy okazji pelargoniami. Zauważyłam, że kobieta może mieć około trzydziestu kilku lat. Była drobnej budowy ciała i, podobnie jak dzieci, miała jasne, pięknie opalizujące w słońcu, włosy, które upinała w kok lub związywała w koński ogon. Podziwiałam jej delikatne rysy twarzy. Uderzył mnie i zaniepokoił bezbrzeżny smutek malujący się na jej twarzy.

Kiedy pewnego dnia stałam w przedpokoju i, wstyd się przyznać, patrzyłam przez judasza, zauważyłam, że kobieta z naprzeciwka znajduje się przy drzwiach swego mieszkania i szuka kluczy. Czym prędzej ruszyłam do kuchni po śmieci, by pod byle pretekstem wyjść z mieszkania i porozmawiać z sąsiadką. Trochę wstydziłam się swej ciekawości, wcześniej wszak skrytykowałam za nią przyjaciółkę, nie zrezygnowałam jednak z chęci zawarcia nowej znajomości

— Dzień dobry pani — powiedziałam, gdy tylko wyszłam z mieszkania, by zdążyć zająć rozmową kobietę, zanim ta zniknie za drzwiami swego mieszkania. Ponieważ nie zamknęłam za sobą drzwi, Kicia skorzystała z okazji i wyszła na korytarz, przechadzając się po nim dostojnym krokiem i nie zwracając na nas uwagi.

Kobieta obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem, zanim odpowiedziała na moje powitanie. Mimo to postanowiłam nie rezygnować z zawarcia z nią znajomości, więc kontynuowałam:

— Nazywam się Barbara Kuśmider — wyciągnęłam do niej przyjaźnie rękę. — Mieszkam naprzeciwko państwa. Bardzo się cieszę, że jesteśmy sąsiadkami. Zapraszam panią przy najbliższej okazji na herbatę z malinami, za którą przepadają wszyscy mieszkańcy naszej kamienicy. Wiedziałam, że z tymi wszystkimi mieszkańcami trochę przesadziłam, ale co tam.

Kobieta podała mi rękę, która była bardzo szorstka i nie pasowała do tak delikatnej osoby, jaką była moja nowa znajoma i przedstawiła się. Powiedziała mi, że nazywa się Emilia Kowalska i jest tak zajęta, że nie ma czasu na składanie towarzyskich wizyt, po czym bezszelestnie wsunęła się do swojego mieszkania, zamykając je na klucz i dodatkowo na łańcuch.

IV

W sobotni czerwcowy ranek obudziło mnie słońce sączące swoje raźne promienie przez niezasłonięte okno mojej sypialni i Kicia szurająca miseczką po kuchennej podłodze. Gdy tylko otworzyłam oczy, usłyszałam dźwięk wiolonczeli. To Ania raczyła domowników kamienicy swą śliczną muzyką. Spojrzałam na zegarek. Była ósma. Czym prędzej wstałam, by nakarmić Kicię, podlać pelargonie, które pięknie się rozrosły i miały tak wiele kwiatów, że obserwowane z pewnej odległości wyglądały jak czerwone plamy. Moje pelargonie były zdecydowanie ładniejsze od pelargonii Klary i stały się powodem jej zazdrości i mojej dumy.

Po porannej toalecie i zjedzeniu lekkiego śniadania, nalałam sobie filiżankę kawy i zabrałam się do lektury porannej prasy. Wcale nie podobało mi się to, co w niej wyczytałam. Martwiło mnie, że tak wielu młodych ludzi znowu opuściło Polskę w poszukiwaniu lepszego życia poza jej granicami. Oburzało mnie, że służba zdrowia jest niewydolna. W obliczu tej informacji cieszyłam się, że mimo moich prawie siedemdziesięciu lat, czuję się ciągle dobrze, wiedziałam jednak, że kiedyś to może się zmienić.

Gdy odłożyłam gazetę, włączyłam telewizor. Niestety z ekranu płynęły informacje, które nie poprawiły mojego nastroju. Wyłączyłam więc telewizor.

Przypomniałam sobie, że oprócz słońca, dźwięków wiolonczeli i Kici obudziło mnie tego ranka coś jeszcze, coś związanego chyba z mieszkaniem z naprzeciwka, ale niestety za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć, co to było.

Z rozmyślań na ten temat wyrwał mnie dźwięk dzwonka u drzwi. Gdy je otworzyłam, ujrzałam Anię. Jak zwykle wyglądała bardzo ładnie. Jej czarne włosy swobodnie spływały na ramiona, nad ciemnoniebieskimi oczami unosiły się ciemne, ładnie zarysowane brwi. Delikatne rysy twarzy mówiły, że nawet wówczas, gdy stanie się dojrzałą kobietą, będzie wyglądała młodo i świeżo. Z czułością i dumą patrzyłam na moją przyszywaną wnuczkę.

— Kochana pani Basiuniu — zaczęła przymilnie już od progu Ania. Właśnie przyszedł Tomek — dodała szeptem. Zaprosiłam go na śniadanie, ale okazało się, że nie mam ani chleba, ani masła — zaczęła gorączkowo wyliczać wszystkie braki, po czym bezradnie rozłożyła ręce.

— Może dałaby mi pani coś do jedzenia? — zapytała z nadzieją w głosie dziewczyna.

Nie namyślając się długo, powiedziałam:

— Aniu, zaproś Tomka do mnie. Wspólnie przygotujemy coś naprawdę pysznego.

Kicia, która uwielbiała Anię, swoim miau zaaprobowała moją propozycję, a uradowana Ania wybiegła z mieszkania i po chwili wróciła do niego, ciągnąc za sobą nieco zakłopotanego młodzieńca o imieniu Tomek. Przygotowałyśmy wspólnie z Anią dobre, pożywne śniadanie.

Z niekłamaną radością gościłam w progach swego domu beztroską młodość, która swą obecnością przypominała mi, że i ja kiedyś byłam młoda, roześmiana, radosna i przekonana, że wszystko, o czym tylko zamarzę, jest w zasięgu ręki, więc wystarczy po to sięgnąć.

Tomek, zachwycony moją gościnnością, oświadczył:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 19.24