E-book
1.37
drukowana A5
22.89
Pęknięta Opoka

Bezpłatny fragment - Pęknięta Opoka


Objętość:
154 str.
ISBN:
978-83-8104-237-6
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 22.89

A ja ci powiadam że ty jesteś Opoką, a na tej Opoce zbuduję kościół mój, I bramy piekielne nie zwyciężą go.

Mateusz 16.18

Rozdział 1

HIC EST ENIM CALIX SANGUINIS MEI, NOVI ET AETERNI TESTAMENTI: MYSTERIUM FIDEI:
QUI PRO VOBIS ET PRO MULTIS EFFUNDETUR IN REMISSIONEM PECCATORUM. HAEC QUOTIESCUMQUE FECERITI, IN MEI MEMORIAM FECIETIS.


Wypowiedzenie tych słów sprawiło mu ogromny problem, nie był w stanie nic więcej powiedzieć, milczał. Serce rozrywane wątpliwościami, chęcią sprzeciwu, agresją. Po co? Dlaczego nadal w to brnie? Wiele lat studiów, upokorzenia, ślepego posłuszeństwa w imię czego? Nawet jeśli On istnieje, to nie tak sobie wyobrażał to co ma po nim pozostać. Koniec, to nie ma sensu, ktoś powinien z tym skończyć. Będzie ciężko, może nawet tragicznie, lecz nie wolno żyć w takim zakłamaniu. Nie dla kariery, majątku, wielkiej obłudy prawie dwadzieścia lat temu podejmował swoją decyzję. Odłożył kielich, zamknął mszał, zdjął ornat, stułą zasłonił oczy Chrystusa wiszącego na krzyżu. Wierni przeżywali szok. Wypowiedział jeszcze:


BENEDICAT VOS OMNIPOTENS DEUS, PATER, ET FILIUS (+), ET SPIRITUS SANKTUS.


Powoli wyszedł z kościoła. Wiosenne słońce odbijało promienie od świeżo krochmalonej alby, zdjął ją. Ruszył dalej. Nie miał planu, nie myślał dokąd ma się udać. Jedno było pewne, wszędzie tylko nie tu. Skręcił w stronę rynku. Czarna sutanna pozbawiona szeregu guzików przeszkadzała, koloratka zwisała bezładnie. Ostatni materialny element łączący go z przeszłością, drażnił. Zobaczywszy pojemnik na śmieci bez chwili zastanowienia, bez żadnej wątpliwości umieścił w nim to co pozostało. Jest wolnym, wreszcie wolnym człowiekiem.

Przechodząc obok sklepu spożywczego kupił butelkę alkoholu, paczkę papierosów. Wiedział, że nie potrzebował wielkiego wysiłku by dobrać kompanów do uczty. Bezdomnych, wolnych ludzi można spotkać co kilka kroków. Podszedł do jednej z ławek na której siedzieli, zaprosił. Zdziwił się, kiedy usłyszał odmowę, niedoszli współbiesiadnicy w pośpiechu opuścili wybrane przez niego miejsce. Dopiero teraz zauważył tłumy, które za nim podążały. Usłyszał co pod jego adresem krzyczano. Nie wiadomo skąd pojawili się żądni sensacji dziennikarze. Jeden przez drugiego zadawali pytania, krzyczeli. Podstawiali natrętne mikrofony. Obiektywy kamer podstawiali prawie pod nos. Powstała jedna wielka kakofonia. Na oczach wszystkich opróżnił zawartość butelki, zapalił papierosa, wstał i ruszył w dalszą drogę.

Część żądnych sensacji gapiów zrezygnowała, pozostali ci najbardziej wytrwali, szli za nim. Uciec, jak najdalej uciec od tego wszystkiego. Tylko jak? Nagła myśl, olśnienie. Jedyna szansa to wykorzystanie świateł na skrzyżowaniu. Przebiegnie na czerwonym. Ruszył tak szybko i z tak wielką wolą ucieczki, że nawet nie słyszał pisków nagłego hamowania kilkunastu samochodów. Trwało to kilka dobrych minut kiedy wreszcie oglądnął się za siebie, był wolny, Nikt za nim nie biegł. Mógł zwolnić. Instynkt samozachowawczy kazał mu nadal uciekać, byle dalej od tego miejsca, od tych ludzi gotowych na wszystko. Ślepo ufających w czystość i wielkość swego kościoła. Wsiadł do pierwszego tramwaju jaki podjechał. Kilka chwil później wyszedł, udał się w kierunku Dworca Głównego. Tak, to najlepsze wyjście, wyjechać jak najdalej. Zacząć nowe życie. Trudniejsze, bez wyniosłości, bez wydzierania ostatniej złotówki podległym wiernym. Nowe lepsze uczciwsze życie. Tylko czy potrafi? Przyzwyczajony do wygód, do ciągłej adoracji, do …… no właściwie do czego?

Rozdział 2

Pociąg rytmicznie wystukiwał melodię. Jechali powoli, tak jakby pokonywanie kolejnych kilometrów było potwornym wysiłkiem. Pamiętał czasy kiedy na tej trasie jeździły tylko parowozy, podróż do zimowej stolicy trwała wiele godzin. Od kiedy trakcja została zelektryfikowana trwa niespełna trzy i pół godziny. Jednak niektóre jej atrakcje pozostały niezmienione, choćby konieczność przepinania elektrowozu w Chabówce. Wszelkie niedogodności, rekompensowały wspaniałe widoki, które zaraz po minięciu Pyzówki podróżni mogli oglądać, zarówno po prawej, jak i po lewej stronie żelaznego szlaku. Lewa to część Tatr Wysokich i okazałe Tatry Bielskie. Prawa to masyw Czerwonych Wierchów i najbardziej oddalone zakątki Tatr Zachodnich. Kiedy pociąg zbliża się do Szaflar w całej okazałości ukazuje się grań Giewontu, niemego króla Zakopanego. Podziwianie piękna przeplatało się z myślami co dalej, jak żyć? Jedno jest pewne, w Tatrach posiedzi jakiś czas by móc spokojnie wszystko przemyśleć. Na szczęście w kieszeni pozostał portfel z dokumentami oraz karta bankowa z niemałą gotówką, o której nikt nie wiedział. Jest coś o czym musi stale pamiętać, to unikanie miejsc w których jego koledzy z różnym asortymentem kobiet przybywają. Nazywają to rekolekcjami, odnową duchową, niestety to tylko klasyczna rozpusta, rozładowanie emocji seksualnych. Nie gardził tymi ludźmi, nie potępiał ich. Sam nie był świętym w tych sprawach. Ileż to razy w ramach spowiedzi, rozwikłania problemów, wątpliwości grzeszył dając upust temu co nazywają zewem natury. Nie były to dzieci, ani tym bardziej młodzi chłopcy. Tego się brzydził.

Już na miejscu udał się do baru FIS by cokolwiek zjeść. Był to jego pierwszy normalny posiłek tego dnia. Wypity jeszcze w Krakowie alkohol nie spowodował sensacji, owszem było czuć, że coś wypił, ale nic więcej. Lata uczciwego treningu zrobiły swoje, miał zdolności do wypicia sporych ilości wszelkich trunków. Ileż to razy odprawiał wieczorną mszę będąc pod wpływem. Jakież to wspaniałe wtedy kazania wygłaszał. Był wtedy odważnym, prawym duszpasterzem. Bywało niestety i tak, że pierwszą poranną mszę odprawiał co tylko odszedłszy od stołu libacyjnego. Wszystko w imię Boga prawdziwego, dla dobra kościoła świętego. Dlaczego wszyscy wzajemnie się oszukują? Kler udaje, że nic takiego nie ma miejsca, a lud wierny udaje, że tego nie widzi. Czy tędy droga do zbawienia, jeśli ono w ogóle istnieje? Dlaczego na siłę utrzymywać celibat? Gdzie skromność, uczciwość? Tak jest od wieków, jeden fałsz, jedna obłuda. Spowiednik, dziekan, biskup, metropolita, prymas, a nawet papież, wszystko wybaczą, jeśli tylko stosowną pokutę finansową złożysz. A może to tylko ja oszalałem? Dlaczego tak okropnie bluźnię, a może dopiero teraz tego nie robię, nie udaję? Jedno jest pewne, nie chcę powrotu do tego co było. Boję się tego co ma być, co mnie czeka, nie wiem czy nie zwątpię?

Czas pomyśleć o kwaterze, o miejscu zaczepienia, tylko gdzie, skoro tu tyle kościołów, tyle obłudnej pseudo religii? Co kawałek świątynia z innym rzekomym świętym, co kawałek jakiś świątek. Tylko świętej pamięci Józek mógł mówić o dekalogu po góralsku, o ich religijności. On mógł bo był ich, tu rodzony. Owszem szanowali też Wojtyłę, ale to tak jak z innymi wielkimi tego świata. Wszak to ci sami górale czcili hitlerowców, Lenina. Jest coś co na jakiś czas pozwoli mi tu przebywać to dutki, oni je kochają, za nie zrobią wszystko. Jak je masz nie zginiesz, taki to lud. Zatem spokojnie, jakiś czas przetrwam, będzie czas na przemyślenia. Teraz najważniejsze są zakupy, fryzjer i znalezienie kwatery. Zachować neutralność, być daleko od wścibskich ludzi. W Domu Turysty, nie żaden z wielkich hoteli. Kwatera prywatna? Można, choć zawsze istnieje ryzyko by wpaść w tarapaty. Nie chcę tego, chcę być anonimowym człowiekiem z dala od zgiełku, pokus.

Nie mając pomysłu ruszył w kierunku Kuźnic. Na chwilkę zatrzymał się przy dyrekcji TPN, a konkretnie przy punkcie informacji turystycznej. Zapytał o wolne miejsca w schroniskach tatrzańskich. W odpowiedzi usłyszał, jest kilka wolnych miejsc w stajni na Hali Ornak lub dwójka w Starej Roztoce. Ornak — Kościeliska tradycyjny deptak z tysiącami ceprów dziennie, opanowany przez samice w habitach. Nie chciał tego. Zatem Stara Roztoka, daleko od głównego szlaku, rzadko odwiedzana, zatem tam. Poprosił o rezerwację, po potwierdzeniu podziękował i udał się do czasowo obranego celu. Było już dobrze po południu, teraz wszyscy myśleli o powrotach do cywilizacji, do uciech Krupówek.

Do Palenicy Białczańskiej dojechał bez problemów, teraz krótki kilkusetmetrowy odcinek drogą asfaltową do zielonego szlaku, łączącego dwie części Doliny Roztoki. Na szczęście tłumy powracających były tak wielkie, że nikt nie zwracał uwagi na wędrującego w przeciwnym kierunku. Kiedy już był na zielonym, prawie bezludnym szlaku, mógł zwolnić. Głęboko oddychał powietrzem przesyconym żywicą, zapachem butwiejącej ściółki leśnej. Na kilka chwil zatrzymał się przy strumieniu, wsłuchując się w jego melodię. Słyszał jakby przyroda podpowiadała: dobra, bardzo dobra decyzja. Kiedy po kolejnych dwudziestu, może trzydziestu minutach marszu wreszcie zobaczył pierwsze zabudowania schroniska mógł odetchnąć, jestem na miejscu.


***


Pokój jaki miał zarezerwowany daleko odbiegał od tych luksusów z jego plebanii, nie czekała gosposia z wykwintnym gorącym posiłkiem. Wiedział jedno, był daleko, bardzo daleko od tego co opuścił, od czego uciekł. Po pobieżnym myciu położył się, był zmęczony, zasnął. Kiedy się obudził za oknami było szaro, nie wiedział, czy to jeszcze zachodzący dzień, czy też już kolejny wczesny poranek? Zszedł na dół i zrozumiał — to jeszcze ten stary niedobry dzień. Zapytał, czy może zamówić coś do zjedzenia. Wybór nie był wielki, ale zawsze coś, tylko musiał poczekać. Po około piętnastu minutach zajadał jajecznicę na boczku, popijał herbatą po góralsku, spoglądał na Tatry po słowackiej stronie. Wokół panowała cisza i tylko lekki wiatr tańcząc pomiędzy wiekowymi smrekami przypominał, że świat istnieje, życie choć leniwie toczy się dalej.

Oddał się we władanie szalejących myśli. Nie wie jak długo to trwało, słońce dawno schowało się za majestatem okolicznych szczytów, tylko gwiazdy rozświecały nieboskłon. Nagle został wyrwany z zamyślenia.

— Przepraszam pana, ale już po dwudziestej drugiej, musimy zamknąć schronisko. Jeśli nadal chce pan tu posiedzieć to proszę później zapukać do drzwi służbowych, wstanę i otworzę panu.

— Przepraszam zamyśliłem się, już wracam do swojego pokoju. Dobranoc pani, jeszcze raz przepraszam za kłopot.

Leżąc i rozmyślając nagle wpadł w zakłopotanie, gdzie mój brewiarz? Jak odmówię nakazane regułą modlitwy? Jakie modlitwy, co ja mówię, wszak kilkanaście godzin temu zerwałem z tamtym życiem. Nie jestem już księdzem, nie jestem kapłanem, jestem skandalistą. To tylko przyzwyczajenie, nabyty nawyk, obowiązek, którego nie zawsze dochowywałem. Dlaczego więc teraz nagłe przypomnienie? Czy to Bóg upomina się o swoją jałmużnę, a może szatan podsyca we mnie zło? Nie, spokojnie, pierwszy ani drugi nie istnieją. To tylko opętanie. Mną manipulowano i ja manipulowałem innymi. Koniec, to już koniec, tego nie ma, mam nowe inne życie. Rozkołatane myśli nie pozwalały zasnąć, kłębiły się wokół niego, odchodziły, by po chwili powrócić ze zdwojoną mocą.

Rozdział 3

Za oknem pojawiły się pierwsze znaki nowego dnia, ptactwo świergoliło radośnie. Nim pierwsze promienie słońca mogły odbijać się w wilgotnych granitach był już na trasie. Nie planował dokąd chce pójść, co zobaczyć, byle tylko nie stać w miejscu. Zająć się czymkolwiek, odpędzić myśli, złe myśli. Szedł starym toprowskim szlakiem, mniej wygodnym od ceprostrady, lecz tu miał większe szanse, by nikogo nie spotkać, by być samotnym, pragnął tego bardziej niż czegokolwiek innego. Nie wiedział nawet tego, że Wodogrzmoty Mickiewicza już dawno pozostały z tyłu, zatem wariant wejścia na zielony szlak odpada. Dolina Pięciu Stawów Polskich nie będzie zaliczona od tej strony. Szedł dalej przed siebie, nie wiedząc dokąd. Nagłe olśnienie- byle znowu nie przegapić. Tu niedaleko w prawo jest czerwony, mało znany szlak do Rusinowej Polany. Wąska, kręta ścieżka prowadziła w coraz wyższe partie gór. Nie były to jakieś karkołomne przewyższenia, jednak dla kogoś, kto nie był aktywny ruchowo, stanowiły poważny problem. Brak treningu, jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, papierosy, jak też nierzadkie popijanie alkoholu spowodowały zadyszkę. Serce chce wyskoczyć z klatki piersiowej, puls oszalał. Odpocząć, usiąść gdzieś choćby na chwilę. Dać organizmowi szansę na uspokojenie. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i odpocznie na widocznej oświeconej porannym słońcem polanie. Natura jakby chciała przyjść z pomocą. Czeka na niego wielki blok skalny z wgłębieniem idealnym do siedzenia, odpoczynku. Szkoda tylko, że nie zabrał nic do jedzenia, nie pomyślał też o choćby małej butelce wody. Ze schroniska wyszedł bez niczego przydatnego w kapryśnym klimacie gór.

Nie wie jak długo siedział, co później się działo. Poczuł niesamowity ból kostki lewej nogi, opuchlizna omal nie rozerwała buta. Z czoła sączyła się krew. Nie był to jakiś wielki krwotok. Gdzie ja jestem? Co się stało, jak się z tego wydostanę? Rozglądnął się dokoła, był około pięćdziesiąt metrów poniżej miejsca, w którym chciał odpocząć. Nie pamiętał co zaszło, co było powodem zaistniałej sytuacji. Pierwsza i kilka kolejnych prób powrotu na właściwą ścieżkę zakończyły się niepowodzeniem. Ból przeszywał, co zrobić? Wołać o pomoc, kto usłyszy? Szlak prawie nieznany, mało atrakcyjny dla wytrawnych turystów jak też dla pospolitej stonki. Nie wiedzie tędy żadne podejście dla taterników, służba parkowa raczej też rzadko tu zagląda. Czołganie, tak pamięta jak to robić, kiedyś jeszcze jako alumn był wcielony do armii, uczyli tego tak często. Czołganie, tylko czołganie jest szansą.

Nie wie ile, godzinę, może dwie, może więcej upłynęło zanim dotarł do właściwej ścieżki. Teraz to samo tylko w dół, będzie łatwiej, może się nawet staczać byle tylko kontrolować każdy ruch. Musi jednak odpocząć, zregenerować siły przed dalszą drogą. Koszula swym wyglądem nie przypominała do czego miała służyć. Spodnie przetarte, poszarpane, z kolan i goleni sączyła się krew przemieszana z błotem.

Słońce zbliżało się już do kresu wędrówki, za chwilę zniknie za szczytami. Usłyszał zbliżające się kroki, wiele kroków. Czy to naprawdę to, czy tylko zwidy, mary? Usłyszał też:

….. Ty, potrzebujesz mych dłoni, Mego serca młodego zapałem Mych kropli potu i samotności. O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś, Twoje usta dziś wyrzekły me imię. Swoją barkę pozostawiam na brzegu, Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów.

Zjawa, real, czy też już ten etap kiedy traci się świadomość? A może ten w którego zwątpiłem kpi ze mnie, chce mego powrotu? Kroki i głosy coraz wyraźniejsze.

— Zobaczcie ktoś tam leży, to pijak, jak można do tego doprowadzić?

— Nie zatrzymywać się, do Palenicy jeszcze daleko, musimy zdążyć na busa. Dalej, dalej, szybciej, nie zatrzymywać się.

Słowa te słyszał tuż nad sobą. Nie miał siły wyszeptać choćby słowa, nie miał sił na najmniejszy ruch. Ciemny granatowy habit otarł się o jego twarz. W oddali zanikały słowa:

        O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,

          Twoje usta dziś wyrzekły me imię

Noc już była głęboka kiedy wreszcie doczołgał się do drogi asfaltowej łączącej Palenicę z Morskim Okiem. Nie będę skręcał na szlak, którym podchodziłem, tylko główny trakt daje szansę na przetrwanie, na jakąkolwiek pomoc. Ból zabijał natłok myśli, było to korzystne w zaistniałej sytuacji. Walka o przetrwanie, o dotarcie do jakiejkolwiek pomocy mobilizowała i chroniła przed załamaniem. Chciał żyć, walczył o to, nie mógł się poddać. Słyszał coś jakby warkot silnika samochodu, wydawało mu się, że zbliżają się jakieś światła. Za chwilę czyjś głos wołał innych: nosze, szybko nosze, tu leży ranny człowiek. Nagła ulga, jakby zdjęcie wielkiego ciężaru spowodowało, że zasnął.

Rozdział 4

Mocne, gorące promienie słoneczne zbudziły go ze snu. Nie wiedział gdzie jest, nie pamiętał jak się tu znalazł. Pustka, dziura w pamięci, minionym czasie. Był umyty, miał na sobie czyste szpitalne ubranie, kolana obandażowane. Na lewej nodze od stopy do kolana gipsowy but. Rozmyślania przerwała pielęgniarka.

— Dobrze, że się pan obudził, jak się pan nazywa, gdzie pan mieszka? Czy posiada pan jakieś dokumenty?

— Piotr Sternicki, mieszkam w Krakowie, a obecnie przebywam w schronisku w Starej Roztoce.

— Ma pan jakiś dokument?

— Miałem przy sobie dowód osobisty, widocznie gdzieś zgubiłem. W schronisku pozostały prawo jazdy, paszport i inne dokumenty.

— Gdzie pan pracuje, jaki jest pana zawód?

Na twarzy pojawił się ból, na skroniach pokazał się zimny pot. Kim jestem, co powiedzieć? Księdzem, byłym księdzem, uciekinierem, zdrajcą, może degeneratem? Co powiedzieć. Nie zdążył odpowiedzieć, do sali wszedł policjant.

— Czy pacjent już się przebudził, czy można go przesłuchać?

Pielęgniarka odpowiedziała stanowczo.

— Tak przebudził się, ale co do przesłuchania to decyzję może podjąć tylko ordynator.

— Ale ja muszę przesłuchać, tu zachodzi podejrzenie o przestępstwo.

Pielęgniarka nadal stanowczo.

— Nie mogę pozwolić, ordynator będzie za pół godziny. Pacjent nazywa się Piotr Sternicki, czasowo przebywa w Starej Roztoce, tam są jego dokumenty, może pan sprawdzić telefonicznie.

— Halo czy to schronisko w Starej Roztoce? Tu policja, czy mieszka u was Piotr Sternicki?

Kobiecy głos odpowiedział:

— Teodozja Skrzyńska starszy recepcjonista, kim pan jest, proszę się przedstawić.

Policjanta zatkało jakby dostał czymś ciężkim w głowę. Jakaś baba tak do policji, nie szanuje władzy.

— Kim pan jest, usłyszał ponownie.

— Policja.

— To dla mnie nic nie znaczy, słuchawka została odłożona.

Wściekły postanowił zadzwonić jeszcze raz.

— Halo czy to schronisko, czy…….

— A to pan z policji, ponownie pan się nie przedstawił więc…

— tak policja, starszy posterunkowy Gąsienica z posterunku w Bukowinie Ta…..

— no teraz to już dobrze, wierzę panu. Tak, mieszka, jest zameldowany, jest problem.

Wczoraj wyszedł na szlak i do chwili obecnej nie powrócił, zgłosiłam ten fakt do TOPR-u. nie dostałam żadnej informacji.

— Dobrze, niech pani zabezpieczy jego pokój, postaram się tam przyjechać najszybciej jak tylko będę mógł. W szpitalu jest facet podający się za Sternickiego, teraz czekam na ordynatora by pozwolił go przesłuchać.

— Oj ta policja nic się nie różni od dawnej milicji, żadnej kultury. To nie facet tylko pan Sternicki, proszę o tym pamiętać, panie posterunkowy Gąsienica. Czekam na pana, wszystko będzie zabezpieczone.

— Dzień dobry, jestem Krzysztof Warecki, ordynator tego szpitala. Jak pan się czuje, czy pan już wie, dlaczego się tu znalazł?

— Dzień dobry, nie, nie pamiętam. To co pozostało jest wyraźne sensowne, lecz są też i braki. Wędrując szlakiem chciałem odpocząć, usiadłem na kamieniu, co było dalej nie wiem. Kiedy odzyskałem świadomość byłem około pięćdziesiąt metrów poniżej miejsca siedzenia.

— Czy chorował pan kiedyś na serce, miał jakieś inne dolegliwości? Czy coś takiego zdarzyło się po raz pierwszy?

— Wydaje mi się że jestem zdrowy, nigdy żadnych większych problemów. Coś takiego mam pierwszy raz.

— Dlaczego wyszedł pan samotnie na szlak?

Poprzedniego dnia miałem problemy, przyjechałem w Tatry odpocząć, zastanowić się nad tym co dalej. Chciałem być sam, nie miałem myśli samobójczych, bardzo pragnę żyć, nadrobić stracony czas. Były emocje, nieprzespana poprzednia noc i ten wysiłek. Może odpoczywając usnąłem i wtedy poleciałem w dół?

— Czy przed wyjściem pił pan alkohol?

— Piłem poprzedniego dnia rano. Panie doktorze co mi jest?

— To co mogę stwierdzić na obecną chwilę nic poważnego, potłuczenia, rany nie są groźne. Jedyny problem to noga, wsadziliśmy do gipsu, za około cztery tygodnie powinna dojść do sprawności.

— To nie jest złamana?

— Nie, nie jest. To tylko silne stłuczenie. Czy pan jest lekarzem?

— Nie, jestem urlopowanym księdzem katolickim.

— Czy szpital ma powiadomić kogoś gdzie pan jest.

— Nie mam nikogo takiego, no może tylko schronisko gdzie jestem zakwaterowany tymczasowo.

— Niech się pan tym nie martwi, to już zrobił przedstawiciel władzy który tu za mną stoi.

— Ach tak, wiem, że chce mnie przesłuchać. Pielęgniarka zabroniła bez pana zgody.

W trakcie tych słów zza pleców wyłonił się starszy posterunkowy Gąsienica.

— Dzień dobry, nie będę już przesłuchiwał, spisałem wszystko co pan doktorowi mówił. Pan tylko podpisze. Władza musi wierzyć księdzu.

— A czy przed podpisaniem będę mógł wcześniej przeczytać?

— Tak proszę.

Pomimo bólu i kłopotliwej sytuacji w jakiej się znalazł miał wielkie problemy z opanowaniem śmiechu. Tekst, który dostał był obficie nasycony błędami. Końcowe zdanie raportu brzmi, przesłuchiwany czuje się dobrze i ma dobry humor.

— Bracie policjancie dobrze, już teraz podpiszę, tylko proponuję wstawienie w tekst godzinę wypadku. Tak będzie lepiej, bardziej urzędowo.

— Tak jest wielebny księże, zaraz wpiszę.

— Panie ordynatorze co mnie czeka w najbliższym czasie, jakieś badania?

— Tylko wizyta u neurologa i jeśli nie będzie problemów wypoczynek i powrót do zdrowia, sprawności.

— A czy jeśli neurolog nie będzie miał zastrzeżeń to będę mógł być dzisiaj wypisany?

— To pańska wola, skoro pobyt w szpitalu nie odpowiada nigdy nie zmuszamy. To oczywiście żart. Dobrze zgadzam się, jak wszystko będzie dobrze to dostanie pan wypis. Tylko jak pan dostanie się do schroniska, taksówka tam nie dojedzie.

— Policja pomoże,

uszczęśliwiony starszy posterunkowy kipiał radością. Niech wiedzą, że policja nie tylko zamyka, lecz i pomaga.

— Panie posterunkowy czy nie będzie kłopotów z tego powodu, tyle się teraz słyszy o tym jak wykorzystuje się pojazdy służbowe.

— Wielebny to będzie wykonanie zadania, na miejscu w schronisku też muszę spisać raport z zaistniałej sytuacji.

— To dobrze, już teraz serdecznie dziękuję.

Rozpromieniony posterunkowy prawie wykrzyczał:

— na wieki wieków amen.

Rozdział 5

Było już dobrze po piętnastej, kiedy dumny Gąsienica wiózł wielebnego do schroniska. Wykonywał ważną, bardzo ważną misję. Pierwsze samodzielne zadanie jakie powierzono mu w jego ponad półrocznej karierze w policji.

— Proszę księdza dojeżdżamy, za chwilę skręcamy na drogę leśną, może trzepać. Proszę się dobrze trzymać, samochód niby terenowy, lecz nie taki jak mają w Ameryce.

— Zapewne widziałeś na filmach czym dysponuje policja w USA?

— Nie na filmach, byłem tam pięć lat u chrzestnego.

— Podobało ci się?

— No było ok.

— To dlaczego wróciłeś?

— Ojciec kazali, matka obumarła dwa roki temu, on sam słabowity, to i mnie cza było wracać. Gospodarka podupadła, dom w ruinie, turysty nie chcą u nas kwater. A ojcowizna, to ojcowizna, nie wolno oddać innym. Bachledy to by wzięły, ale dutków to mało by dali. Teraz to mam państwową robotę, a i w domu coś podłubię. Takie to czasy.

— Masz żonę?

— Księdzu to jak na spowiedzi powiem, nie mam nic na stałe. Owszem podoba mi się taka jedna, ale ona szkolona, do miasta ciągnie, a ja ojcowizny pilnować muszę. Owszem po zabawie w remizie to i grzeszymy, nigdy jednak bez… o kurwa, co ja mówię, tego używać nie wolno.

— Kto nie pozwala? No kościół, no i proboszcz na kazaniu krzyczy jak na spowiedzi wyznam.

— Jak to krzyczy po imieniu?

— No nie, ale tu wszyscy wszystko wiedzą i po takim kazaniu to palcami pokazują jacy to grzeszni jesteśmy.

— Kochasz ty ją?

— Ja? gdzie by tam, owszem pofiglować mogę, ale jak godołem, ona do miasta ciągnie, a ja ojcowizny pilnować musze.

— Jak masz na imię?

— Na chrzcie i w papierach mi dali Stasiek, jeno wołają mnie Antek, to niby od tego co niby w telewizorze za babami latał, a zwłaszcza za tą jedną, jak jej tam było.

— Jagna.

— Tak, Jagna proszę księdza.

— Słuchaj no Stanisław, nie mów do mnie proszę księdza.

— Czemuż to, coście skłamali i wielebnym nie jesteście?

— Nie, nie skłamałem, tylko sam powiedziałeś, że ludzie to tylko gadają.

— No gadają.

— Więc widzisz co będą gadać jak się dowiedzą, że ksiądz miał wypadek w górach? Same plotki powstaną, niesprawiedliwe domysły, a ja nie jestem nic winien, nic złego nie zrobiłem. To był wypadek.

— To jak mam mówić?

— Piotr lub proszę pana, jak wolisz.

— Wole proszę pana, nie godzi się do wielebnego po imieniu godać. Wie pan co, kiedyś na służbie byłem, był telefon, że pijak na Krupówkach leży. Pojechalim we dwóch, bo pijany to ciężki i agresywny być może. Zaglondomy, a tu pod szalikiem koloratka, chwile myśleli, że to jaki przebieraniec, ale on po łacińsku do nos gada to my zmiarkowali, że to ksiądz. Zawieźli my go na Księżówke, księża go tam odebrali i powiedzieli tylko by nic nie godać, bo to grzych.

— Powiedz mi jeszcze tylko jedno, czy przez to, że byłeś w Stanach zapomniałeś mowy góralskiej? Mówisz jak nie miejscowy.

— Nie zapomniał, tylko ta moja nie lubi jak po naszemu godom. Świergoli, że na państwowym i na stanowisku to się po polsku mówi.

— Hmm. Pamiętaj o co prosiłem, jak się umawialiśmy. Jesteśmy chyba na miejscu.

— Pamiętam proszę pana.

Stanisław do schroniska podjechał najbliżej jak to było możliwe. Pomógł wysiąść, podał kule, które Piotr wypożyczył ze szpitala.

Wzmocniony przyborami nie miał problemów z pokonywaniem terenu, o wycieczkach nie ma mowy, ale spokojne spacery były możliwe. Nie jest źle, tylko czy w schronisku nie będą robili problemów? Niby w czasach kiedy światem rządzi pieniądz nie powinno być kłopotów, nie jest to jednak pewnikiem. Bez problemów pokonał kilka małych schodków, był w środku.

— Dzień dobry, narozrabiałem, przepraszam nie było to moim zamiarem.

Pani starszy recepcjonista podniosła głowę znad dokumentów.

— Dzień dobry.

Jej głos nie wróżył nic dobrego. Nie było w nim agresji, a jednak odstraszał. Był stanowczy, zimny, taki nie kobiecy.

— Zostaje pan czy też opuszcza to miejsce, nie wiem co zrobić? Zgłaszać do biura informacji, że są wolne miejsca?

— Jeśli mogę to chciałbym zostać tu kilka dni, odpocząć, nabrać sił. Ostatnie dni były trudne.

— A czy pan policjant pozwoli, nie zechce pana aresztować?

Piotr się uśmiechnął.

— Pozwoli, pozwoli, swoje obowiązki wykonał wzorowo. Spisał raport, zakończył dochodzenie. Był nawet tak uprzejmy, że przywiózł mnie tu z własnej woli.

— Oo.. to nasza policja teraz tak działa?

— Może nie wszyscy, ale pan Stanisław jest wzorowym przedstawicielem, przed nim wielka kariera.

W słowach Piotra można było wyczuć nutkę ironii. Policjanta opanowała wielka duma, był kimś, kimś bardzo ważnym.

— Panie Piotrze, chciałbym napisać w raporcie numer paszportu i muszę wracać, obowiązki wzywają.

— Dobrze, zatem zapraszam na górę do mojego pokoju.

Wizyta trwała krótko, nie bardzo miał o czym rozmawiać. Chciał pozostać sam, spokojnie przemyśleć, zaplanować przyszłość, tą na najbliższe dni. Położył się.

Rozdział 6

Nieboskłon ogarniały kolory szarości kiedy zdecydował zejść na dół, głód przypominał, że istnieje coś takiego jak kolacja. Zamówił bigos, herbatę, chleb, w recepcji kupił dwa długopisy i zeszyt. Wielkiego wyboru nie było, zadowolił się pseudoregionalnymi wyrobami. Usiadł w końcu sali, zaczął pisać. Nie miał wielkich planów literackich, pisał coś jakby pamiętnik, rachunek sumienia. Chwilami przypominało to nawet testament. Nie myślał o śmierci, nie żegnał się ze światem, chciał zamknąć pewien rozdział życia. Nie miał nikogo z kim można sensownie porozmawiać, jedyny przyjaciel to papier, on przyjmie wszystko. Był spokojny, rozluźniony kiedy nagle usłyszał coś co wywołało wielki stres.

         O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,

            Twoje usta dziś wyrzekły me imię.

Zabrał zeszyt, długopisy, nie dokończył kolacji. Jak zwierz przed obławą uciekł do swojego pokoju. Usnąć, jak najszybciej usnąć, nie myśleć, nie wspominać, nie słyszeć tego wszystkiego. Odgłosy z dołu były słabo słyszane, trudne do zrozumienia. Uspokojony powoli zapadał w sen.

Nagłe energiczne pukanie wyrwało go z tego stanu. Początkowo nie wiedział co się dzieje, pukanie powtórzono. Chwileczkę, zapalił lampkę nocną, pokuśtykał do drzwi. Dwie radosne pannice zapraszały go do świetlicy na oazyjne spotkanie modlitewne.

— Nie, nie będę brał udziału w tej obłudzie proszę mi dać spokój, święty spokój, krzyczał.

— Nie chcę tego, proszę stąd wyjść.

Trzasnął drzwiami. Zszokowane stwierdziły, to ten pijak co na szlaku leżał, pewnie teraz też zalany. Niech więc zdycha. Krzyki były tak głośne, że Teodozja wybiegła z recepcji. Na schodach zapytała.

— Dziewczyny co się stało?

— To ten kulawy pijak rozrabia i krzyczy.

— Kulawy pijak?

Pobiegła dalej. Zapukała do jego pokoju.

— Proszę mnie zostawić, nie chcę tego, nie chcę tej obłudy. Odejdźcie.

Już bez ponownego pukania nacisnęła klamkę, drzwi się otworzyły, weszła do środka.

— Prosiłem nie wchodzić, nie chcę tego, wynoście się stąd.

Prawie płakał.

— Panie Piotrze, proszę powiedzieć co się stało, co one panu zrobiły?

Siedział na łóżku, trząsł się z emocji.

— Panie Piotrze co się stało?

Nie odpowiedział nic.

— Zaraz do pana wrócę, proszę się nie denerwować. Wejdę tylko ja, nikomu innemu nie pozwolę.

Po kilkunastu minutach wróciła niosąc kubek gorącej herbaty.

— Proszę się napić.

— Dziękuję.

— Niech pan mi powie co się stało? Czy jest pan w ciągu, przeżywa pan brak alkoholu? Te dziewczyny twierdzą, że pan jest alkoholikiem.

— Nie jestem, nie byłem, owszem wypiję jak jest okazja, ale alkoholikiem nie jestem.

Nieco uspokojony zaczął opowiadać o wycieczce, o tym jak usiadł, jak potem poleciał w przepaść. Opowiadał o swojej walce, o tym jak ciężko było wydostać się na szlak. Nie zapomniał opowiedzieć o tych samych ludziach i o tym jak go potraktowali. Nie miał do nich pretensji, ale nie chciał też mieć z nimi żadnego kontaktu. Zamilkł.

— Niech pan śpi, i proszę już nie krzyczeć, cisza nocna obowiązuje od dwudziestej drugiej.

Zamykając drzwi, wyszeptała dziękuję. Jakieś pół godziny później pod schronisko podjechał samochód, Piotr uniósł się lekko na łóżku. Zobaczył jak wsiadała. Rano długo nie wstawał, nasłuchiwał. Kiedy nabrał pewności, że oazowców już nie ma zszedł na dół. W recepcji była inna kobieta. Podała mu kartkę, z tekstem proszę uiścić opłatę dwa złote pięćdziesiąt groszy za herbatę. Zrobił to. Pokuśtykał na mały spacer.


***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 22.89