E-book
1.37
drukowana A5
20.55
drukowana A5
Kolorowa
45.68
patrząc na świat przez bardzo dziwne okulary

Bezpłatny fragment - patrząc na świat przez bardzo dziwne okulary

czyli o siedzeniu w pewnym miejscu, czekaniu na pewną rzecz


Objętość:
93 str.
ISBN:
978-83-8221-493-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.55
drukowana A5
Kolorowa
za 45.68

Notka od autora

Ten zbiór opowiadań będzie dość mocno różny od mojego poprzedniego, zatytułowanego „prochy szarpane przez wiatr”. Na przykład tytułem, okładką, opisem. A tak na poważnie; sporo się pozmieniało, poznikało parę elementów (ilustracje, komentarze autora do opowiadań, moje utwory, które nie znalazły swojego miejsca gdzieś indziej oraz utwory moich przyjaciół). Najpierw miałem wszystko robić tak samo, może nawet lepiej, bardziej, mocniej. Nie starczyło mi jednak chęci. Wiecie co, to naprawdę męczące. Satysfakcjonujące, ale i męczące. Samo pisanie to jedno, o tym mówiłem wiele razy, ale następujący po nim proces składania wszystkiego do kupy bywa serio bolesny. Mam przed sobą ciągnącą się kilometrami listę rzeczy do napisania, do sprawdzenia, do poprawienia, do ponownego wrzucenia tu albo tam, jest tego mnóstwo, a dodatkowe narzucanie sobie obowiązków serio nie pomaga. Zresztą, patrząc na „prochy” z nieco dalszej perspektywy — czy to wszystko było naprawdę konieczne? Myślę, że nie. Także odpuściłem sobie to, skupiając się na samych opowiadaniach będących, w końcu, głównym i najważniejszym daniem. Mam nadzieję, że nie macie o to do mnie żalu.

Zmieniło się też moje podejście do opowiadań. Zamiast fabularnego kreowania nowych bohaterów, każde z nich (z wyjątkiem jednego) jest moim, tak zwanym, „self-insertem”. Bohaterem jestem ja sam, a tłem nie wyimaginowane, metaforyczne obrazy, a realne miejsca. Podobnie z innymi, pojawiającymi się raczej epizodycznie postaciami. Nie ma dialogów, sama ekspozycja i wywód narratora skierowany bezpośrednio do czytelnika. Nie jest to w żadnym stopniu zbiór autobiograficzny, koło prawdziwej biografii to to nawet nie stało; bardziej zbiór anegdotek z życia podlanych metaforami, ukrytymi znaczeniami i tego typu innymi literackimi zabiegami. Z pewnością znajdzie on swoich przeciwników, ale może pojawią się też i zwolennicy. Byłoby świetnie usłyszeć Wasze opinie. Po sekcji „O autorze” wiecie gdzie pisać — chętnie wysłucham nawet najgorszej krytyki!

To by było chyba na tyle. Trzymajcie się. Oraz, oczywiście, życzę miłego czytania.

Właściwe opowiadania

„Hey
I’m sick of feeling I’m sinking
I’m getting so sick of thinking
’Cause it just makes me wanna stop


Wait
Can’t figure out what I’m missing
And I forgot how to listen
To the things that I really want


I feel so small that I got it all but I can’t abort
The ways are long but I’m too tired to open the door”
~ „Call It Off” — NateWantsToBattle

„Absurd. Przez ostatnie kilka miesięcy naprawdę polubiłem to słowo. Można by nawet powiedzieć, że serio je pokochałem. Absurd. Używam go zdecydowanie zbyt często, w zdecydowania zbyt wielu przypadkach i sytuacjach. Ale czasami po prostu nie mogę powstrzymać się, by tego nie rzucić. Wiecie, wszystko, co robię, piszę, mówię, myślę, po bliższym przyjrzeniu się wydaje się po prostu absurdalne. Wszystko wydaje się absurdalne. Będę używać tego słowa często i gęsto. Przepraszam, jeśli jakimś absurdalnym zrządzeniem losu ktoś tego nienawidzi.”

(Prolog) „Siedząc w wannie, czekając aż napełni się wodą”

10.08.2020

Siedząc w wannie, czekając, aż napełni się ona wodą. Nikt tak nie robi. Każdy normalny człowiek najpierw odkręci kurek, a dopiero potem zacznie się powoli rozbierać. W ten sposób nie musimy nawet czekać, po pozbyciu się ubrań kąpiel jest zwykle prawie gotowa. Ale mi to nie przeszkadza. Siedzenie nago, w zimnej, pustej łazience, słuchając szumu spływającej po ściance wody, nie należy może do najbardziej komfortowych. Pewnie łatwo się w ten sposób rozchorować, nie mówiąc już nawet o nudzie i monotonni tego procesu. Telefon został na szafce parę metrów dalej, trzeba by wstać i po niego sięgnąć. Lecz żeby wstać, najpierw trzeba by wytrzeć lekko zamoczone nogi. Zbyt dużo zachodu, w końcu już tak wygodnie się ułożyłem. W końcu więc odpuszcza się próby zapewnienia sobie jakiejkolwiek rozrywki i wraca do gapienia na niewielki strumień. Siedząc w wannie i czekając, aż napełni się wodą, do głowy przychodzą najróżniejsze pomysły, wspomnienia, obrazy widziane na własne oczy lub wytworzone na jakiejś podstawie. Zamykając oczy, czując na lewej nodze cieknącej na nią strużkę ciepłej wody, widzę tonący statek. Niewielki, turystyczny, taki, którym za stosowną opłatą wybrać się można na rejs. Pomalowany na ciepłe, czerwone i żółte kolory, w odcieniach wznoszącego się na nocnym niebie księżyca nabierającego niezwykle chłodnych i nieprzyjaznych odcieni. Ludzie pewnie krzyczą i panikują, ale ja nie słyszę tego całego zamieszania. Siedzę na malutkiej wysepce pośrodku morza, jako bezwładny obserwator, niezdolny zrobić nic z widywanymi wydarzeniami. W oknach statku odbijają się gwiazdy, lśniące przyjaźnie. Każda z nich powoli zmierza w dół i znika, łapczywie pochłaniana przez wygłodniałe czeluści ciemnej wody. Ale zanim rozpłyną się w niej, lśnią najpiękniej na świecie, najwspanialej, najdonioślej. Jakby czując na sobie oddech śmierci, w swój ostatni taniec wkładały wszystkie, ostatnie siły. Pasażerowie opuszczają łodzie ratunkowe i próbują się na nie wspiąć. W świetle księżyca wyglądają blado niczym trupy jakimś cudem utrzymujące się jeszcze na nogach. To właśnie widzę, zamykając oczy w powoli napełniającej się wodą wannie. I taki to będzie zbiór opowiadań. Wyjęty z kontekstu, bezsensowny, na siłę artystyczny, leniwie i niezdarnie mieszający dziesiątki motywów w jedną, szarą masę. Nic, tylko zapis myśli towarzyszących leżeniu samemu w zimnej łazience i wybieganiu myślami w kompletnie inny świat. Zapraszam!

„Siedząc na zimnym, kamiennym murku i gapiąc się na zamknięty plac zabaw, zrozumiałem istotę ludzkiego życia”

21.05.2020 (ukończone: 26.05.2020)

Siedzenie na zimnym, kamiennym, chropowatym murku nie należało do zbyt wygodnych. Szczególnie gdy był wąski, niski i brudny. Albo mi się zdawało, albo mogłem poczuć mrówki pełzające po mojej nogawce. Pewnie to znowu moja przewrażliwiona wyobraźnia, ale co jeśli naprawdę łazi po mnie jakaś mrówka? Przeszedł mnie zimny dreszcz. Nienawidziłem owadów, szczególnie tych małych, które z jednej strony łatwo przegapić, ale z drugiej równie łatwo stracić z oczu, gdy zdecydowanie chce mieć się ją na widoku. Nie pamiętam, co konkretnie to we mnie wywołało. Są fobie, które podyktowane są konkretnym wydarzeniem, ale są też takie, których źródła trzeba by szukać na pewno na samym dnie studni zwanej ludzką psychiką. A ja tamtego słonecznego popołudnia nie miałem ochoty skakać na główkę do niewielkiej, owalnej dziury wypełnionej zatęchłą wodą.
Siedzenie na zimnym, kamiennym, chropowatym murku ma też jeszcze jedną wadę. Jest dość nudne. A nuda ta zwiększa się dodatkowo, jeśli na kogoś lub na coś czekamy. Sprawdzamy co chwilę telefon czy może przypadkiem ktoś nie napisał, zerkamy na zegarek, licząc, że jego wskazówki przesunęły się o zadowalającą ilość razy, od kiedy ostatni raz na niego spojrzeliśmy raptem pięć sekund temu, tupiemy nogą, próbując wybić chodzący nam po głowie rytm i wykonujemy inne, klasyczne dla zniecierpliwionych ludzi aktywności. Westchnąłem. Jak wspominałem wcześniej, to było dość słoneczne popołudnie. A słoneczne popołudnia mają to do siebie, że bywają dość gorące. I może nie było tak, że pot ściekał mi z twarzy hektolitrami, ale dalej było to zdecydowanie powyżej komfortowego pułapu, do którego przywykłem podczas dwóch miesięcy spędzonych w idealnie ogrzanym mieszkaniu. Wychodząc na zewnątrz, szybko zatęskniłem za możliwością szybkiego podniesienia lub obniżenia temperatury w dowolnym momencie, by była dokładnie taka, na jaką miałem akurat ochotę. Ale, niestety, przyszedł wreszcie moment, w którym bezpieczne gniazdko trzeba było opuścić. I nie podobało mi się to w żadnym stopniu.
Nie lubię fryzjerów. To krótkie zdanie pewnie mogłoby wypowiedzieć zgodnie z pół świata, ściskając w dłoniach kosmyki brutalnie ściętych włosów, które padły ofiarą zaklęcia zmieniającego „trochę” w „dużo”. Osobiście nie należę może do osób rozpaczających po zniszczonej fryzurze dniami i nocami, ale wiadomo, zawsze jakiś niesmak i nagła chęć do noszenia czapki dwadzieścia cztery na dobę pozostaje. Dlatego też zdecydowanie nie cieszyłem się na czekającą mnie wizytę. Z jednej strony miłe panie fryzjerki nawet lubię (chociaż dziesiątki zadawanych mi w trakcie strzyżenia pytań skutecznie wybija mnie z typowego dla artystów zamyślenia), ale z drugiej, no, zdążyłem już polubić i przywyknąć do nieco dłuższych, kwarantannowych włosów. Opadające na twarz kosmyki dało się jakoś ogarnąć, a ogólny zamęt na czubku głowy nie przeszkadzał aż tak bardzo z racji ogólnego braku otaczających nas z każdej strony jednostek ludzi gotowych zlustrować nas swoim krytycznym spojrzeniem. Słowem, dało się przyzwyczaić i nawet polubić nową fryzurę, wprowadzającą do zazwyczaj nudnego wizerunku odrobinę zaniedbanego szaleństwa. Ale oczywiście, gdy pojawia się jakaś zmiana, pojawia się też jej przeciwnik, najczęściej w postaci innego domownika, który umawia nas bez naszej zgody do fryzjera, a następnie wysyła do niego z banknotem w ręku. Tak więc siedzę teraz tutaj, przed gabinetem, czekając, aż przyjdzie moja kolej. Wspominałem już pewnie, że stanowiący obecnie dla mnie tymczasowe siedzisko murek jest naprawdę niewygodny, ale wiecie co, zrobię to znowu. Ja nie przesadzam, serio zaczyna boleć mnie tyłek. Ugh, czemu to zajmuje tak długo?
Najchętniej wróciłbym do domu. Tam przynajmniej nie jest tak nudno, ciepło i niewygodnie. Owszem, dalej cierpiałbym w nim na brak jakiegoś sensownego i pochłaniającego zajęcia, ale przynajmniej nie musiałbym przejmować się odpędzaniem natrętnego robactwa, usilnie próbującego dostać się do mojego ciała. Mógłbym wyciągnąć telefon i zająć się jedną z wielu dostępnych na nich aktywności, ale nie miałem na to ochoty. Nie lubiłem gapić się w ekran, gdy na coś lub na kogoś czekałem, nie mogłem się wtedy na niczym skupić. Podgłośniłem więc jedynie lecącą na słuchawkach muzykę i skupiłem wzrok na usytuowanym przede mną placu zabaw. Pamiętałem go z dziecięcych lat, od których dzieliła mnie już prawie dekada. Teraz jednak wyglądał kompletnie inaczej. Zmarniał, zmniejszył się i wyblakł. Chociaż to pewnie tylko moje podkoloryzowane wspomnienia. Najpewniej od zawsze taki był. Ciasny, pusty i obdarty z kolorów. Ale dzisiaj był dodatkowo obtoczony ochronną taśmą, by upewnić się, że podniszczone drabinki i huśtawki na pewno nie zrobią nikomu krzywdy. Westchnąłem. Chętnie podszedłbym bliżej i przyjrzał się dokładniej, ale akurat wtedy jedna z fryzjerek wołając mnie, dała mi do zrozumienia, że przyszła moja kolej. Podniosłem się więc nieco niechętnie z zimnego, kamiennego, chropowatego murka i wszedłem do środka salonu. Dla kontrastu przyjemnie chłodnego, klimatyzowanego i pozbawionego uciążliwych robaków. Rozsiadłem się w jednym z foteli, opowiedziałem zwięźle, o jaką fryzurę mi chodzi i pozwoliłem jej robić swoją robotę, zamyślając się, utykając spojrzenie w swoim odbiciu. Na lekko brudnym, zakurzonym lustrze wyglądało wyjątkowo żałośnie. Ubrany byłem w przewiewną, białą koszulkę oraz czarne, dresowe spodnie. Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem mody i wykwintnego ubioru, ale i ja zdawałem sobie sprawę, że nie był to najlepszy strój, jaki widział świat. Wszystko to dla lepszego efektu pogniecione i lekko poplamione, manifestując moje niechlujstwo i niezdarność w jedzeniu. Podkrążone oczy i wymuszony uśmiech dodawał mojej twarzy ironicznego wydźwięku, jakby ktoś dosłownie zmusił mnie do odgrywania dobrej miny do złej gry. Ale na to akurat nie mogłem nic zaradzić. Poprzednia noc nie należała do najłatwiejszych w moim życiu, tyle mogę powiedzieć. I chociaż niecałe dwie godziny przed wschodem słońca udało się ją opanować, to przez cały następny dzień nosiłem jej znamię, objawiające się zmęczeniem i niewyspaniem wymalowanym na całym ciele. Przeczekałem grzecznie te kilkanaście minut, podczas których fryzjerka sprawnie pozbywała się długich kłaków, jakich dorobiłem się podczas chwilowego, przymusowego przestoju w ich działalności. Zabawne, jak bezbronnym i zależnym od usług innych stał się człowiek dwudziestego pierwszego wieku. Wręczając jej dwudziestozłotowy banknot, czułem się trochę tak, jakbym niewielkimi nożyczkami przecinał ostatnie więzy krwi łączące mnie ze zdanymi tylko na siebie przodkami. Cóż, na pocieszenie warto wspomnieć, że ich czasy pozbawione były klimatyzacji, której obecność rekompensowała z pewnością wszystkie egzystencjonalne i tożsamościowe kryzysy, na jakie mógł natchnąć się człowiek współczesny. Coś za coś, pomyślałem, popychając drzwi wyjściowe i biorąc głęboki wdech ciepłego, pełnego spalin i smogu powietrza.
Wyciągnąłem telefon, włączyłem aparat i zacząłem się sobie przeglądać. Jest coś w tych wiszących u fryzjera lustrach, że odbijające się w nich włosy wyglądają nieco inaczej, niż w rzeczywistości. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że efekt, chociaż w żadnym stopniu niepowalający czy zachwycający, zadowala mnie na tyle, że nie zacząłem żałować, że w ogóle się na to zgodziłem. Czyli było dobrze, bardzo dobrze. W swoim krótkim, fryzjerskim doświadczeniu, zasiadając na fotelu przeznaczonym dla klientów, zdążyłem zasmakować różnych rodzajów rozczarowania i żalu, jakie mogła przynieść wizyta w jednym z takich lokali. Tym razem nie było źle.
Teoretycznie powinienem był wracać już do domu i chętnie bym to zrobił, ale wtedy ta opowieść zostałaby już kompletnie wydrążona z celu, morału i innych takich podobno ważnych w tworzeniu rzeczy. Takie rozwiązanie sytuacji, w jakiej się znalazłem, byłoby też najlogiczniejsze, w końcu, jaki cel miałbym szwendając się po zamkniętym placu zabaw niedaleko salonu fryzjerskiego? To nie miało sensu. Pewnie zaraz ktoś w domu się zniecierpliwi i zacznie do mnie dzwonić. A musicie wiedzieć, że naprawdę nie lubię rozmów telefonicznych. Stałem tak na schodach prowadzących do budynku, który przed chwilą opuściłem, po swojej lewej mając wspomniany plac, a po prawej chodnik, który w parę minut zaprowadziłby mnie tuż pod same drzwi mojej klatki. Stałem, ściskając w prawej ręce telefon, słuchając muzyki i zastanawiając się, jakiego wyboru dokonać. Gdyby ktoś w tamtym momencie mnie minął, pewnie uznałby, że jestem jakimś humanoidalnym robotem, który z jakiegoś powodu się zawiesił. Czas leciał, sekunda mijała jedna z drugą, a ja stałem jak ten ostatni debil, nie wiedząc, w którą stronę iść. Niestety, na kompromis iść nie mogłem, bo gdybym spróbował zacząć iść prosto, po chwili moja twarz zaliczyłaby bliskie i raczej bolesne spotkanie z metalową siatką, którą otoczono mieszczące się przede mną osiedlowe boisko. Czekajcie chwilę, pomyślę, zastanowię się i zaraz do was wrócę.
Dobra, jestem. Trochę mi to zajęło, ale wróciłem. Tak w zasadzie to wcale się nad tym nie zastanawiałem, musiałem sobie zrobić przerwę. Ale wróćmy już do samej historii. Zdecydowałem się iść na lewo, zobaczyć plac zabaw z bliska. W końcu tego wymaga ode mnie tytuł i wasze oczekiwania, prawda? Chociaż oczywiście ciekawym zabiegiem byłoby kompletnie odwrócenie tego, czego się spodziewacie i zaskoczenia was czymś zupełnie innym. Lecz wiecie co? Myślę, że ta historia sama w sobie pozostaje dość niespodziewana i dziwna, nawet bez mających pogłębić to uczucie dodatków. Dziwne jest w niej na przykład to, kim ja właściwie jestem. Z jednej strony pisarz umieścił w opowiadaniu samego siebie, a z drugiej zmienił parę rzeczy, by skutecznie się od niego oddzielić. Moja postać jest więc efektem zderzania dwóch kompletnie skrajnych zdarzeń, pragnienia bliskości i chłodnego odrzucenia. Niby jestem nim, Szymonem Czardybonem, ale z drugiej strony umieścił mnie on w nieco innej rzeczywistości, w nieco innym czasie. Podczas gdy u mnie mija minuta, on musi przeżyć nawet i cały jeden, długi dzień. Na każdym kroku znajduję różniące nas szczegóły, a jednocześnie dalej czując, że łączy nas coś więcej niż standardowa relacja „wykreowana postać — pisarz”. To absurdalne. Wszystko tu jest absurdalne. Powód, dla którego ja w Waszej rzeczywistości w ogóle to pisze, też jest absurdalny. Wszystko jest tak absurdalne i bezsensowne, że gdyby nagle pojawił się tu mówiący ananas z oczami i ustami zombie, nikt specjalnie by się nie przejął. A powinniście, bowiem pojawienie się czegoś takiego we względnie „normalnym” świecie mogłoby znaczyć, że któraś z bram, broniących naszą delikatną i wrażliwą na odstępstwa od ustalonej przez siebie normy percepcję, pękła. Pęknięte bramy nigdy nie oznaczają nic dobrego. Pomyślałem to, a może wypowiedziałem, popychając delikatnie bramę prowadzącą na teren starego placu zabaw, której metalowe pręty były w znacznej większości skrzywione lub złamane.
Chciałbym zobaczyć teraz Waszą minę. Naprawdę, chciałbym dowiedzieć się, jak czujecie się, czytając to, co ja w Waszej rzeczywistości dla Was przygotowało. Od dzisiaj będę nazywać go „ja w Waszej rzeczywistości”. Ta nazwa, z wielu dostępnych, ma chyba najwięcej sensu. Tak przynajmniej mi się wydaje. Nie znam się na alternatywnych wszechświatach i innych tego typu rzeczach, nie interesują mnie one pod względem fizycznym czy matematycznym, natomiast intryguje mnie ich czysto filozoficzna natura. Co oznaczałoby dla człowieka ich istnienie, czy wskazówka na wielkim, nieomylnym dobromierzu przechyliłaby się bardziej w stronę lśniącej jasną zielenią dobroci, czy może skierowałaby się raczej w połyskujące piekielną czerwienią zło? Mógłbym tak cały dzień, uwierzcie mi, z zegarkiem w ręku, dwanaście godzin, nie wliczając okazjonalnych przerw na przepłukanie zmęczonego gardła lub zapełnienie protestującego głośnym burczeniem brzucha. Ale to nie jest temat tego opowiadania. A czytelnicy podobno strasznie nie lubią, jak odbiega się od tematu. Niektórzy opisują ich wzburzoną reakcję jako podobną do wciśnięcia im soku z cytryny prosto do gałek ocznych. Co prawda nie mam pojęcia (i raczej nie chcę wiedzieć) jak wygląda reakcja człowieka na wciśnięcie mu soku z cytryny prosto do gałek ocznych, ale jestem w stanie to sobie wyobrazić, rozumiem to dziwaczne porównanie. Skierujmy więc naszą wydalającą zastraszające ilości gęstego, ciemnego dymu lokomotywę na odpowiednie tory, przy okazji wydając z siebie entuzjastyczne onomatopeje. Tuu tuuuuu!
Plac zabaw to zgrabna i przemyślana metafora, której sens uzależniony jest od rozumowania czytelnika. A przynajmniej tak to sobie zaplanowałem. Bowiem implementacja danej metafory do utworu bywa o wiele cięższa niż jej wymyślenie. Musi to być jednocześnie na tyle subtelne, by czytelnik poczuł satysfakcję z odkrycia jej prawdziwego znaczenia, ale z drugiej na tyle przystępne i oczywiste, żeby nie zostawić zbyt wielu osób z poczuciem niezrozumienia i zagubienia. I właśnie to umiejętne balansowanie między tymi dwoma parametrami odróżnia dobrego pisarza od pisarza wspaniałego. A przynajmniej tak to działa według mnie, wciąż początkującego i pokornie uniżającego głowę przed największymi mistrzami tego fachu amatora. I, jako wyżej wspomniany amator, muszę przyznać, że mi samemu nie wychodzi to zbyt dobrze. Na przykład to, dokładnie to zdanie, które teraz czytacie, miało być próbą wprowadzenia metafory rozpadającego się placu zabaw. Miało być, ale na końcu i tak rozpadło się na drobne kawałeczki, rozrzucone niczym pęknięte szkło, na tej brudnej, od lat nieumytej podłodze.
To wszystko stało się tak strasznie zagmatwane i niezrozumiałe. Wyprostowałem się, dwie dłonie mocno zacisnąłem na wżynających się w nie łańcuchach huśtawki i odepchnąłem się od ziemi stanowczym, gwałtownym ruchem nóg. Przez lata nieco wypadłem w prawy, ale po krótkiej chwili zacząłem huśtać się tak wysoko jak za starych, dobrych czasów. Drewniana konstrukcja niepokojąco się trzęsła, guma pokrywająca metalowe siedzisko miejscami odpadła tworząc nieprzyjemne zagłębienia w jej strukturze, a przymocowane stalowymi kołkami łańcuchy wyglądały, jakby w każdej chwili mogły się zerwać. Gdybym teraz spadł, pewnie nieźle bym się połamał. Może nawet umarł, wyjątkowo niefortunnie układając ciało podczas krótkiego lotu na ziemię. I to właśnie sprawiało, że wiejący mi w twarz wiatr był tak rześki i ekscytujący. Wokół mnie nie było nikogo, w końcu, jak wspominałem wiele razy, plac zamknięty jest od lat. Aby wejść na huśtawkę, musiałem zerwać kilka zabezpieczających taśm, chroniących nieumyślne dzieciaki jak ja przed robieniem sobie krzywdy. Pewnie powinienem ograniczyć się jedynie na oglądaniu, ale chęć chociaż częściowego powrotu do tamtych pięknych, minionych lat była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Pierwszy błąd popełniłem, decydując się tam przyjść, każdy kolejny jest jedynie jego rozwinięciem.
Wiecie co? Muszę się Wam do czegoś przyznać. Zeszłej nocy miałem sen. Był prosty i krótki, do tego zaraz po nim się obudziłem, więc niestety nie pamiętam zbyt wielu szczegółów. Ale do rzeczy: robiłem w nim coś w internecie, wydaje mi się, że nagrywałem jakieś filmy. Na początku nie wierzyłem, że mi się to uda i że ktokolwiek w ogóle się tym zainteresuje. Lecz ku mojemu zaskoczeniu, wyświetleń przybywało, subskrypcji też. Zacząłem też zarabiać swoje pierwsze pieniądze. To były drobniaki, może pięć, sześć złotych dziennie. Jednak dla mnie to było coś ogromnego. Pierwszy raz zarobiłem z jakiejś mojej pracy, pierwszy raz mogłem z uśmiechem na twarzy unieść wydrukowane potwierdzenie przelewu na moje konto i pokazywać każdemu niedowiarkowi. Patrzcie, patrzcie, jednak nie marnuję kompletnie mojego cennego czasu. Jednak przynosi to jakieś konkretne, namacalne efekty. Cholera, patrzyłem, jak zebrana na moim koncie suma powoli się zwiększała, czując w środku ogromną satysfakcję. Wreszcie spełniło się to, o czym marzyłem tyle czasu. Wreszcie coś, w co włożyłem całe serce, przyniosło jakieś rezultaty, wreszcie ktoś usłyszał, co mam do powiedzenia. A potem się obudziłem.

To nie tak, że zależy mi tylko na pieniądzach. O nie. Gdyby tak było, pewnie zamiast huśtać się beztrosko na tym pustym placu zabaw siedziałbym teraz w domu, inwestując na giełdzie lub rozwijając inny, pewny i dochodowy biznes. Nie, sztuka też jest ważną częścią tego, co robię. Uwielbiam patrzeć się w pokryte puchatymi chmurami niebo i rozmyślać o kolejnych pisarskich projektach, które chciałbym w przyszłości zrobić. Ale wciąż z tyłu głowy świeci mi się mała, czerwona lampeczka, wciąż i wciąż przypominająca, że nikogo nie obchodzi to, co robię. Nikogo nie obchodzi to, co piszę. I choćbym wypruł sobie żyły, chwycił za nóż, wyciął serce i rzucił je z frustracją na kartki książki, pewnie każdy i tak przeszedłby obok tego obojętnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak już działa ten świat. I nic się na to nie poradzi. W naszej ponurej rzeczywistości rozpadające się place zabaw są zamykane, a projekty początkujących artystów rzadko kiedy docierają do szerszej publiki. Próbuję się z tym pogodzić, wrzucam więc do tego jeziora kamień za kamieniem, licząc, że może w końcu jeden z nich odbije się i nie zatonie. Wiem, że to tak nie działa. Że każdy wrzucony do wody kamień w końcu opadnie na dno, pokonany i przegrany, skazany na wieczne zapomnienie w odmętach grząskiego piasku i żwiru. Lecz coś wciąż każe mi wierzyć. Że może akurat tym razem los stanie się nieco bardziej łaskawy. I tak dla tych, którzy nie zrozumieli: to opowiadanie jest jednym z tych skazanych na utonięcie kamieni.
Czasami lubię myśleć o życiu jak o zjeżdżalni. Wspinam się na jej szczyt, wchodząc ostrożnie po trzech popękanych, drewnianych stopniach. Stary impregnat dawno już zszedł, zostawiając tanie, pomalowane ciemnoczerwoną farbą belki bez żadnej ochrony. Jasnozielony plastik, z którego zrobiona była sama właściwa zjeżdżalnia, przez lata wyblakł i stracił swoje żywe, pełne nadziei kolory. Do tego niemal całą jego powierzchnię pokrywały nakreślone niedbale czarnym markerem rysunki. Kilka przedstawiały penisy, inne kobiece piersi, jeszcze inne pełne sceny seksu. Było też kilka wyjątkowo brzydkich aut, jak mogę mniemać drzew oraz po prostu chaotycznych linii, które musiały powstać, gdy natchnionemu autorowi zaczęło brakować pomysłów. Znalazło się też jedno wielkie serduszko podpisane „koham cię asiu”, autorstwa niejakiego Adama. Pewnie już nawet nie pamięta, jak wyglądała. Nikt nie pamięta o paskudnych tatuażach, które zafundował tej biednej, niczego winnej zjeżdżalni przed laty. Nikt nie pamięta jednego wyjątkowo słonecznego dnia, w którym jeden z kumpli przyniósł na plac paczkę kolorowych markerów podwędzoną z biura taty. Nikogo to już nie obchodzi, ludzie wyrośli i dojrzeli, a ich głowy zajęły o wiele ważniejsze sprawy. Ale ślady pozostają. I pozostaną najpewniej do końca jej marnego żywota, gdy skończy wyrzucona na jakieś śmierdzące wysypisko. Nikt nie pamięta, jak zadawał rany, ale każdy może wyraźnie zobaczyć blizny. I wiem, zabrzmiało to strasznie głęboko i poetycko, już czekam, aż mój cytat wyląduje na ścianie jednej z czternastoletnich pasjonatek smutnych cytatów w postaci zrobionego na kolanie plakatu. Lecz musiałem to napisać, byście mogli w pełni zrozumieć przekaz tej metafory.
Początek nie jest przyjemny jak praktycznie nigdy. Wdrapujemy się po mogącej się rozpaść pod naszymi stopami drabince, siadamy na ciągle noszących na sobie ślady piasku i śliny deskach, po czym opierają się o plastikowe boki, ustawiamy nasze ciało w dół toru zjeżdżalni. Tutaj jest lepiej, czujemy lekką ekscytację i podniecenie, odpychamy się, czujemy wiatr we włosach, przed krótką chwilę jest naprawdę super, ale potem nasze stopy lądują w brudnym, niewymienianym od lat piasku. Zabawa się skończyła, buty trzeba wytrzepać i iść do domu. Zarówno początek, jak i koniec nie należą do najprzyjemniejszych, ale środek to wszystko nadrabia. Przynajmniej w większości przypadków. Przynajmniej ja tak myślę. Przynajmniej… Interpretujcie to, jak chcecie. I ten krótki fragment i ten cały tekst. Nie muszę się starać, nie muszę stawać na głowie, by dostarczyć Wam jak najlepsze opowiadania i książki. Nie muszę, bo nikt na nie nie czeka. Ale dalej chcę to robić, chcę się starać, chcę wypruwać sobie żyły i uderzać nimi w klawiaturę. Co prawda cały laptop mam potem upaćkany w świeżej krwi, ale jak to mówią, co moje to nie brzydzi. Nikt tak nie mówi, ale na potrzeby tego opowiadania załóżmy, że tak się mówi. Niedziela pogrzeb kota (żyje się raz). Dzięki, że dotarłeś do tego momentu. Lub dotarłaś, lub dotarł*ś, jakichkolwiek zaimków chcesz używać, dziękuję. To dziwny tekst. Z pewnością. Nie trzyma się kupy, jest strasznie nierówny, wszystko wyciągnięte zostało z najgłębszych odmętów tyłka autora. Tak, zgadzam się z tym. To okropny tekst. Lecz może komuś się spodoba. Hej, nie obiecywałem, że będzie ci się podobać. Możesz obwiniać jedynie siebie za swój wybrakowany gust. Hah. Czekam, aż pod moim mieszkaniem zgromadzi się banda krytyków, gotowa rozbić wszystkie okna kamieniami złożonymi z samej logiki i faktów. Tak pisarzowi nie przystoi, arogancja wybiła poza skalę, młody a tak bezczelny. Widzę te nagłówki oczami wyobraźni i uśmiecham się do samego siebie. Ale to wszystko jest głupie. Lecz będę już powoli się zbierać. Wiecie, telefon zaczął dzwonić, już niecierpliwią się na mój powrót. Opuściłem więc teren starego placu zabaw, wcześniej dokładnie otrzepując stopy z zalegającego na nim piasku.

„O uschniętym kaktusie, który wbił swoje kolce w moją rękę pewnej sylwestrowej nocy”

28.05.2020 (ukończone: 07.06.2020)

Mój kaktus usechł. No dobra, mój kaktus c h y b a usechł. Wydaje mi się, że to nieco trafniejszy dobór słów. Bo chociaż stał się cały brązowy, sztywny i znacznie skurczony, to dalej mam jakiś tam, niewielki, promyczek nadziei, że jeszcze da się go jakoś uratować. Ogrodnik ze mnie naprawdę marny, więc szanse są praktycznie znikome, ale każdy zawsze powtarzał mi, żeby spróbować uwierzyć w siebie i swoje możliwości. Wierzę więc, pragnąc, by ta durna myśl sprawiła, że moja towarzysząca mi od lat roślinka wróciła do żywych. Chwytam za stojącą obok butelkę wody (ze wsypanym do niej nawozem, jak zaleciła mi obeznana w temacie znajoma) i dolewam jej trochę do zaschniętej ziemi. Wątpię, by to mogło jakkolwiek pomóc, ale spróbować nie zaszkodzi. Mam delikatnie poczucie, że to powiedzonko mogło zaszkodzić naprawdę wielu osobom w przeszłości, ale jak spojrzy się na to tym bardziej optymistycznym okiem (wiadomą sprawą jest to, że jedna gałka oczna człowieka opowiada się bardziej za entuzjastycznym optymizmem, a druga preferuje posępny pesymizm) co złego mogłoby się stać? Hej, ja przynajmniej nie próbuję zrobić czegoś, przy czym praktycznie na pewno spotka mnie natychmiastowa, bolesna śmierć — a byli tacy, co motywowani tymi wyciągniętymi z ust jakiegoś wspaniałego mówcy, skończyli właśnie w ten sposób. Uspokojony niskim poziomem zagrożenia (który przed chwilą ustaliłem sam przed samym sobą dla samego siebie) dolałem do doniczki jeszcze trochę. W końcu spróbować nie zaszkodzi.
Pewnie zastanawiacie się, czemu w ogóle tak przejmuję się głupim, małym kaktusem leżącym na moim parapecie na lewo od biurka. Znaczy, pewnie taka myśl w ogóle nie przeszła przez Wasz umysł — najpewniej oczywiste dla Was jest dbanie o żyjące z nami rośliny, darzenie ich odpowiednią troską i uczuciem, może to po prostu ja nie rozumiem tej części świata i ludzkich przyzwyczajeń. Jakoś tak wyszło, że nigdy specjalnie się nimi nie przejmowałem. Zarówno ich obecność, jak i jej brak nie robiły dla mnie żadnej różnicy. Tak było wcześniej, tak jest teraz i najpewniej tak pozostanie. No, dopóki nagle nie zarażę się miłością do ogrodnictwa — a to akurat dość mało prawdopodobne
Jednak ten jeden, konkretny kaktus miał dla mnie pewne specjalne znaczenie. I nie, niestety nie będzie to historia o wielkiej, trwającej przez lata miłości zapoczątkowanej ofiarowaniem drugiej połówce tego kaktusa. Chociaż chciałbym opowiedzieć coś bardziej spektakularnego i angażującego, rzeczywistość zaoferowała mi jedynie marną historyjkę o kilkuletnim chłopcu raniącym sobie dłoń zdecydowanie zbyt bliskim spotkaniem skóry z igłami rośliny. Ale cóż, gdy życie daje mi cytryny, wyciskam sobie ich sok do oczu, by kilka godzin później, czekając na przyjęcie na SOR, opowiadać wyraźnie niezainteresowanej reszcie pacjentów, jakim cudem moja dłoń skończyła w sokowirówce. Nie przejmujcie się, ja też nie zrozumiałem ani słowa z tego przydługawego zdania. Czasami po prostu zamiast cytryn w prezencie od życia dostaje się kamienie, które szybko niszczą wrażliwe ostrza sokowirówki, uniemożliwiając mi spędzenie kolejnego, słonecznego popołudnia w dusznych, brudnych i pełnych umierających pacjentów korytarzach szpitalnego oddziału ratunkowego.
Zacząłem, jakże fascynującą, historię o ranach zadanych mi przez igły zajmującego swoje dostojne miejsce na moim parapecie kaktusa, pozwólcie mi więc, że ją nieco rozwinę. I spokojnie, nie martwcie się, rany, o których tu wspomniałem to realne, fizyczne obrażenia, a nie jakaś kolejna, durna, przeintelektualizowana metafora, której rozwinięcie mogłoby z dumą zawisnąć na ścianie typowej czternastoletniej fanatyczki smutnych cytatów, której i tak już pokaźna kolekcja z końcem tego zbioru opowiadań pewnie powiększy się jeszcze o kilka, godnych pożałowania, pozycji. Ale cóż, przynajmniej się tego nie kryję. Świadomość własnych błędów to pierwszy krok do ich naprawiania lub, w bardziej realnych warunkach, pogłębiania ich, dorzucając do napędzającego je pieca jeszcze wyrzuty sumienia i pogardę wobec własnej osoby. To również mogłoby wylądować zaraz ko-… Wiecie co? Dobra, urwę ten wątek w tym miejscu, wróćmy wreszcie do opowiadania. Lokomotywa zainteresowania tym, raczej nędznej jakości, kawałkiem tekstu zaraz odjedzie, a my mamy przecież jeszcze nie jeden Mount Everest do odkrycia!
Dobra, teraz pora na trochę autorskiej szczerości. Nie wracałem do tego tekstu parę dni, szczerze nie wiem, liczenie dni niezbyt dobrze idzie mi w tych pokręconych czasach. Miałem co innego do roboty, jednocześnie piszę również książkę (ot, wygodnie jest mi tak skakać po tekstach w zależności od weny i humoru), byłoby więc to nawet zrozumiałe. Ale wiecie co? Dzisiaj siedząc, grając i rozgrzewając się przed wieczornym pisaniem (tak w zasadzie to w planach miałem „może coś tam popiszę, ale nie wiem, średnio mi się chce i ręka mnie boli”) pomyślałem: cholera, napisałbym coś surrealistycznego. Coś dziwnego, absurdalnego, przyciągającego swoją odmiennością i oryginalnością. No, napisałbym coś ciekawego i nowego. A potem sobie przypomniałem, jakie teksty mam do napisania. Na początku trochę mnie do zniechęciło, ale potem pomyślałem: przecież ten śmietnik zwany na wyrost przez autora opowiadaniem i tak już nie jest zwartym, jednolitym i przemyślanym tworem, co mi zaszkodzi bardziej go rozwalić. Opowiadania to w istocie rzeczy taki śmietnik, jak zbierze się we mnie odpowiednio dużo syfu, to przykładam do przeznaczonej do tego właśnie celu dziury w brzuchu metalową manierkę i zbieram wyciekającą z wnętrza mojego organizmu lepką smołę, pachnącą nieco jak smród płonących kwiatów jabłoni posypanych szczyptą cynamonu i wyjątkowo ostrej papryczki w proszku, by potem zawartość owej manierki wlać sobie do ust, a na koniec, obracając się przy tym niczym najwybitniejsza łyżwiarka figurowa, wypluć ją małymi porcjami, jak karabin maszynowy, pif pif pif, na rozłożone przede mną kartki. Tak powstają moje opowiadania. Ciekawe, co nie?
A jaki jest cel tego wstępu umieszczonego w środku tekstu, co oczywiście zgodne jest ze wszystkimi obowiązującymi zasadami tworzenia i pisania? Sam nie wiem. Ot, chciałem być z Wami szczery. W nieco przydługawy i wypełniony zbędnymi metaforami sposób wyłożyłem nogi na stół i z ironicznym uśmieszkiem rzuciłem „wiecie co, kończą mi się normalne pomysły, będę tu pisać, co mi przyjdzie do głowy. Może nawet opiszę tu krowy. Bo wiecie, głowy rymuje się z krowy. Przysięgam, jak dostanę już tego literackiego nobla, to wyjdę wygłosić moją żenującą mowę z maskotką krówki w lewej ręce. Um, znienawidzę siebie z przeszłości, jeśli ten fragment źle się zestarzeje”. A teraz wybaczcie, muszę zająć się tymi ważnym tekstem. Wpadnę jutro. Chyba. Nie wiem, dam znać. Dla Was to i tak zjechanie wzrokiem odrobinę w dół lub na bok.
No cześć, witam Was znowu w nowym dniu! Na zegarze wybiła dziewiętnasta dwadzieścia sześć (teraz już siedem), pora więc brać się za pisanie. Ale szczerze, dzisiaj chyba nie zostanę na długo. Wiecie, osobiście sam mam kilka pisarskich humorków, których, chociaż próbuję z tym walczyć, ściśle przestrzegam. Raz mam naprawdę sporą wenę i ochotę, a raz… No, okej, mogę otworzyć plik i spróbować, może chociaż parę zdań napiszę. Staram się zrobić, chociaż minimalny progres, chociaż parę słów, wiecie, żeby utrzymać regularność pracy i nie wypaść z rytmu. Lecz to bywa strasznie męczące. Piszesz dosłownie jedną stronę na dwie godziny, parę minut obmyślasz każde jedno słowo, przerywasz co chwilę, by znaleźć jakąkolwiek inną czynność, która uwolni cię od tego koszmaru. Oczywiście nie jest tak zawsze, ale i tak zdarza się dość regularnie. Czy dzisiaj mam taki dzień? Może trochę, tak pół na pół. Niby coś tam bym napisał i jakieś szczątki weny dogorywają w moim wnętrzu, a z drugiej to boli mnie ręka, to zmęczony jestem… Ciężko ocenić. Z rana skończyłem zaczęty wczoraj rozdział do książki, więc teoretycznie pisanie na dzisiaj mam odhaczone, ale w sumie zależało mi, by wrócić choćby na chwilę do tego biednego, zostawionego samego sobie opowiadanka. Ojojoj, pewnie kuli się ze strachu gdzieś w kącie, czekając na powrót swojego wiecznie zajętego tatusia. Gdy tak o tym pomyślałem, zrobiło mi się trochę przykro. Ale cóż tu poradzić? Robię co w mojej mocy, no, nie patrzcie się tak na mnie. Ugh. Może zmieńmy trochę temat, co…?
A więc pewnie ciekawi Was, jak minął mi dzień (hm, pewnie w ogóle Was to nie obchodzi, ale i tak opowiem, co mi szkodzi). Otóż w sumie, nie był taki zły. Znaczy, był dość nijaki. Ot, dzień jak dzień, nic specjalnego się nie działo. Brak specjalnie jaśniejących i wybijających się z ogółu plusów i minusów. Chociaż, dobra, przypomniałem sobie o jednym minusie. Wczoraj, przez niewygodne buty, nabawiłem się odcisków na stopach. A to dość nieprzyjemne. I bolesne. Przede wszystkim bolesne. Hm, wiecie, co jest jeszcze bolesne? Włożenie głowy do garnka pełnego wrzącego oleju. Nigdy tego nie przeżyłem, ale mogę sobie wyobrazić, jakie to musi być okropne. Krzyki i desperackie próby wydostania się z gorącej kąpieli skazanych na nią ofiar mówią na siebie. Um, no dobra, może zostawię sobie to na inną książkę… Wiecie, co jeszcze jest bolesne? Tak, zgadza się! Wbite w skórę kolce kaktusa pewnej sylwestrowej nocy, podczas której odgłosy cierpienia zagłuszane są przez wybuchy kolorowych fajerwerków. Zabrzmiało dramatycznie i intrygująco, czyż nie? Jeśli tak to dobrze, bardzo dobrze. Nie wiem, dalej ciągnie mnie do kryminałów i thrillerów, powieści pełnych przemocy i strachu, wywołujących nieustające napięcie czy nawet strach u czytelnika. Sam jestem ich wielkim fanem, w mojej nie takich małych rozmiarów biblioteczce mam nawet oddzielną półkę tylko i wyłącznie na takie książki. W przeszłości trochę ich napisałem, a „Noc w szkole”, która obecnie powstaje u boku z tym arcydziełem, też posiada takie wątki. Nie wspominając o planowanym przeze mnie projekcie, o którym opowiem w przyszłości. Nie powiem jakiej, bowiem pewne szczegóły nie zostały jeszcze ustalone; dowiecie się w swoim czasie. No, ale ciągnie mnie do tych mrocznych motywów, chętnie napisałbym coś takiego, umieścił jedną czy dwie sceny tortur bądź brutalnego morderstwa, ale… Z drugiej strony tak samo, może nawet mocniej, ciągnie mnie do książek bardziej obyczajowych, przyziemnych, opowiadających o zwyczajnym życiu zwyczajnych ludzi, które wręcz zwyczajnym do bólu kołem się toczy. Fascynują mnie takie książki, które na papierze wydają się tak nijakie i nudne, a w rękach utalentowanego twórcy nabierają rumieńców i stają się czymś niezwykłym. Chciałbym odtworzyć coś takiego, zawrzeć w podstawowej i kompletnie nieciekawej fabule jakąś wyjątkową magię, dzięki której cała książka stanie się czymś specjalnym… Naprawdę chciałbym zrobić coś takiego, umiejętnie żonglować metaforami, dobrze dobierać dialogi, szczyptą symboliki doprawiać na pierwszy rzut oka mdłe sceny. Próbowałem i dalej próbuję osiągnąć taki efekt we wcześniej wspomnianej „Nocy w szkole”, ale czuję, że to nie do końca to. Ta książka to bardziej krok przejściowy między kryminalnymi poprzednikami, a, tak myślę, przyszłymi, bardziej skoncentrowanymi na obyczajowości następcami. Stojąc jedną stopą w kałuży krwi zabitej przez psychopatę ofiary, a drugą w płatkach kwiatów, które odpadły od podarowanego bohaterce bukietu, nie da się osiągnąć perfekcji w żadnej z tych dziedzin. Zdaję sobie z tego sprawę. Nigdy nie mówiłem, że któraś z moich książek jest idealna. Dalej ćwiczę i chcę ćwiczyć, w końcu tak rozwija się umiejętności. Nie da się być najlepszym na świecie od urodzenia, każdy hit poprzedzony jest wieloma próbami, godzinami ćwiczeń i dziesiątkami poprzednich projektów, walających się gdzieś na dnie kosza. Tak więć stale ćwiczę i próbuję zbliżać się do perfekcji, by pewnego dnia złapać za napisaną książkę i krzyknąć „tak! to jest to, osiągnąłem to, co chciałem od samego początku mojej kariery”. A co właściwie ma to z tematem tego opowiadania? Hm, w zasadzie to nic. Ale jest całkiem ciekawe, więc postanowiłem tutaj o tym napisać. Mówiłem, że to będzie śmietnik. A gdy ja mówię, że będzie śmietnik, to możecie być pewni, że lekko zgniłych skórek od banana Wam nie odpuszczę. Tak w ogóle, mała dygresja, co ludzie mają z tymi skórkami od banana? Myśląc „śmieci”, wyobrażam sobie kilka czarnych worków, trochę niezidentyfikowanej, brązowej masy i wybijającą się z tła żółtą skórką, na której można się tak komicznie wywrócić, hahaha. Ale dobrze, może wrócimy chociaż troszkę do tematu? Um, może to nie ja powinienem wnosić wniosek tego typu (w końcu to ja tu rządzę, skargi co do obrania złej trasy zwykle idą do maszynisty, a nie od niego), a właśnie Wy. Lecz niestety, nie żyjemy jeszcze w świecie, w którym pisarz w każdym momencie może zapytać się czytelników czy pasuje im kierunek, w jakim zmierza tekst (no dobra, żyjemy w takim świecie, po prostu nie dysponuję odpowiednią ilością fanów, by odpowiedzi były miarodajne). Tak więc uznajmy, że gdybyście mogli głosować, zagłosowalibyście na opcję „wróćmy na chwilę do tematu”. A nawet jeśli byście na to nie zagłosowali to hm, zawsze możecie odłożyć ten zbiór opowiadań na półkę (lub najlepiej wrzucić go prosto w płomienie buchające w rozpalonym kominku). W ten sposób doszliśmy do satysfakcjonującego kompromisu, popierająca mnie część czytelników zadowolona zacznie czytać dalej, a przeciwnikom moich akcji zostaną nieme protesty z buchającym ogniem w tle. Powiedziałbym „idealnie”, ale jeszcze jakaś młoda kobieta na jakimś portalu społecznościowym nie załapie ironii i obrzuci mnie niezłą kolekcją nacechowanych politycznie wyzwisk i obelg, a następnie zachęci do bojkotu mojej twórczości. I chociaż darmowym rozgłosem nie pogardzę, to naprawdę nie chcę, by pierwszym wynikiem po wpisaniu mojego nazwiska w wyszukiwarkę były wywody jak okrutnym i obrzydliwym przedstawicielem ogólnie pogardzonego nurtu politycznego jestem. Tak więc „idealnie” sobie oszczędzę i bez zbędnego gadania przejdę wreszcie do rzeczy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.55
drukowana A5
Kolorowa
za 45.68