E-book
1.37
drukowana A5
19.09
drukowana A5
Kolorowa
41.93
patrząc na świat przez bardzo dziwne okulary

Bezpłatny fragment - patrząc na świat przez bardzo dziwne okulary

czyli o siedzeniu w pewnym miejscu, czekaniu na pewną rzecz


Objętość:
93 str.
ISBN:
978-83-8221-493-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 19.09
drukowana A5
Kolorowa
za 41.93

Notka od autora

Ten zbiór opowiadań będzie dość mocno różny od mojego poprzedniego, zatytułowanego „prochy szarpane przez wiatr”. Na przykład tytułem, okładką, opisem. A tak na poważnie; sporo się pozmieniało, poznikało parę elementów (ilustracje, komentarze autora do opowiadań, moje utwory, które nie znalazły swojego miejsca gdzieś indziej oraz utwory moich przyjaciół). Najpierw miałem wszystko robić tak samo, może nawet lepiej, bardziej, mocniej. Nie starczyło mi jednak chęci. Wiecie co, to naprawdę męczące. Satysfakcjonujące, ale i męczące. Samo pisanie to jedno, o tym mówiłem wiele razy, ale następujący po nim proces składania wszystkiego do kupy bywa serio bolesny. Mam przed sobą ciągnącą się kilometrami listę rzeczy do napisania, do sprawdzenia, do poprawienia, do ponownego wrzucenia tu albo tam, jest tego mnóstwo, a dodatkowe narzucanie sobie obowiązków serio nie pomaga. Zresztą, patrząc na „prochy” z nieco dalszej perspektywy — czy to wszystko było naprawdę konieczne? Myślę, że nie. Także odpuściłem sobie to, skupiając się na samych opowiadaniach będących, w końcu, głównym i najważniejszym daniem. Mam nadzieję, że nie macie o to do mnie żalu.

Zmieniło się też moje podejście do opowiadań. Zamiast fabularnego kreowania nowych bohaterów, każde z nich (z wyjątkiem jednego) jest moim, tak zwanym, „self-insertem”. Bohaterem jestem ja sam, a tłem nie wyimaginowane, metaforyczne obrazy, a realne miejsca. Podobnie z innymi, pojawiającymi się raczej epizodycznie postaciami. Nie ma dialogów, sama ekspozycja i wywód narratora skierowany bezpośrednio do czytelnika. Nie jest to w żadnym stopniu zbiór autobiograficzny, koło prawdziwej biografii to to nawet nie stało; bardziej zbiór anegdotek z życia podlanych metaforami, ukrytymi znaczeniami i tego typu innymi literackimi zabiegami. Z pewnością znajdzie on swoich przeciwników, ale może pojawią się też i zwolennicy. Byłoby świetnie usłyszeć Wasze opinie. Po sekcji „O autorze” wiecie gdzie pisać — chętnie wysłucham nawet najgorszej krytyki!

To by było chyba na tyle. Trzymajcie się. Oraz, oczywiście, życzę miłego czytania.

Właściwe opowiadania

„Hey
I’m sick of feeling I’m sinking
I’m getting so sick of thinking
’Cause it just makes me wanna stop


Wait
Can’t figure out what I’m missing
And I forgot how to listen
To the things that I really want


I feel so small that I got it all but I can’t abort
The ways are long but I’m too tired to open the door”
~ „Call It Off” — NateWantsToBattle

„Absurd. Przez ostatnie kilka miesięcy naprawdę polubiłem to słowo. Można by nawet powiedzieć, że serio je pokochałem. Absurd. Używam go zdecydowanie zbyt często, w zdecydowania zbyt wielu przypadkach i sytuacjach. Ale czasami po prostu nie mogę powstrzymać się, by tego nie rzucić. Wiecie, wszystko, co robię, piszę, mówię, myślę, po bliższym przyjrzeniu się wydaje się po prostu absurdalne. Wszystko wydaje się absurdalne. Będę używać tego słowa często i gęsto. Przepraszam, jeśli jakimś absurdalnym zrządzeniem losu ktoś tego nienawidzi.”

(Prolog) „Siedząc w wannie, czekając aż napełni się wodą”

10.08.2020

Siedząc w wannie, czekając, aż napełni się ona wodą. Nikt tak nie robi. Każdy normalny człowiek najpierw odkręci kurek, a dopiero potem zacznie się powoli rozbierać. W ten sposób nie musimy nawet czekać, po pozbyciu się ubrań kąpiel jest zwykle prawie gotowa. Ale mi to nie przeszkadza. Siedzenie nago, w zimnej, pustej łazience, słuchając szumu spływającej po ściance wody, nie należy może do najbardziej komfortowych. Pewnie łatwo się w ten sposób rozchorować, nie mówiąc już nawet o nudzie i monotonni tego procesu. Telefon został na szafce parę metrów dalej, trzeba by wstać i po niego sięgnąć. Lecz żeby wstać, najpierw trzeba by wytrzeć lekko zamoczone nogi. Zbyt dużo zachodu, w końcu już tak wygodnie się ułożyłem. W końcu więc odpuszcza się próby zapewnienia sobie jakiejkolwiek rozrywki i wraca do gapienia na niewielki strumień. Siedząc w wannie i czekając, aż napełni się wodą, do głowy przychodzą najróżniejsze pomysły, wspomnienia, obrazy widziane na własne oczy lub wytworzone na jakiejś podstawie. Zamykając oczy, czując na lewej nodze cieknącej na nią strużkę ciepłej wody, widzę tonący statek. Niewielki, turystyczny, taki, którym za stosowną opłatą wybrać się można na rejs. Pomalowany na ciepłe, czerwone i żółte kolory, w odcieniach wznoszącego się na nocnym niebie księżyca nabierającego niezwykle chłodnych i nieprzyjaznych odcieni. Ludzie pewnie krzyczą i panikują, ale ja nie słyszę tego całego zamieszania. Siedzę na malutkiej wysepce pośrodku morza, jako bezwładny obserwator, niezdolny zrobić nic z widywanymi wydarzeniami. W oknach statku odbijają się gwiazdy, lśniące przyjaźnie. Każda z nich powoli zmierza w dół i znika, łapczywie pochłaniana przez wygłodniałe czeluści ciemnej wody. Ale zanim rozpłyną się w niej, lśnią najpiękniej na świecie, najwspanialej, najdonioślej. Jakby czując na sobie oddech śmierci, w swój ostatni taniec wkładały wszystkie, ostatnie siły. Pasażerowie opuszczają łodzie ratunkowe i próbują się na nie wspiąć. W świetle księżyca wyglądają blado niczym trupy jakimś cudem utrzymujące się jeszcze na nogach. To właśnie widzę, zamykając oczy w powoli napełniającej się wodą wannie. I taki to będzie zbiór opowiadań. Wyjęty z kontekstu, bezsensowny, na siłę artystyczny, leniwie i niezdarnie mieszający dziesiątki motywów w jedną, szarą masę. Nic, tylko zapis myśli towarzyszących leżeniu samemu w zimnej łazience i wybieganiu myślami w kompletnie inny świat. Zapraszam!

„Siedząc na zimnym, kamiennym murku i gapiąc się na zamknięty plac zabaw, zrozumiałem istotę ludzkiego życia”

21.05.2020 (ukończone: 26.05.2020)

Siedzenie na zimnym, kamiennym, chropowatym murku nie należało do zbyt wygodnych. Szczególnie gdy był wąski, niski i brudny. Albo mi się zdawało, albo mogłem poczuć mrówki pełzające po mojej nogawce. Pewnie to znowu moja przewrażliwiona wyobraźnia, ale co jeśli naprawdę łazi po mnie jakaś mrówka? Przeszedł mnie zimny dreszcz. Nienawidziłem owadów, szczególnie tych małych, które z jednej strony łatwo przegapić, ale z drugiej równie łatwo stracić z oczu, gdy zdecydowanie chce mieć się ją na widoku. Nie pamiętam, co konkretnie to we mnie wywołało. Są fobie, które podyktowane są konkretnym wydarzeniem, ale są też takie, których źródła trzeba by szukać na pewno na samym dnie studni zwanej ludzką psychiką. A ja tamtego słonecznego popołudnia nie miałem ochoty skakać na główkę do niewielkiej, owalnej dziury wypełnionej zatęchłą wodą.
Siedzenie na zimnym, kamiennym, chropowatym murku ma też jeszcze jedną wadę. Jest dość nudne. A nuda ta zwiększa się dodatkowo, jeśli na kogoś lub na coś czekamy. Sprawdzamy co chwilę telefon czy może przypadkiem ktoś nie napisał, zerkamy na zegarek, licząc, że jego wskazówki przesunęły się o zadowalającą ilość razy, od kiedy ostatni raz na niego spojrzeliśmy raptem pięć sekund temu, tupiemy nogą, próbując wybić chodzący nam po głowie rytm i wykonujemy inne, klasyczne dla zniecierpliwionych ludzi aktywności. Westchnąłem. Jak wspominałem wcześniej, to było dość słoneczne popołudnie. A słoneczne popołudnia mają to do siebie, że bywają dość gorące. I może nie było tak, że pot ściekał mi z twarzy hektolitrami, ale dalej było to zdecydowanie powyżej komfortowego pułapu, do którego przywykłem podczas dwóch miesięcy spędzonych w idealnie ogrzanym mieszkaniu. Wychodząc na zewnątrz, szybko zatęskniłem za możliwością szybkiego podniesienia lub obniżenia temperatury w dowolnym momencie, by była dokładnie taka, na jaką miałem akurat ochotę. Ale, niestety, przyszedł wreszcie moment, w którym bezpieczne gniazdko trzeba było opuścić. I nie podobało mi się to w żadnym stopniu.
Nie lubię fryzjerów. To krótkie zdanie pewnie mogłoby wypowiedzieć zgodnie z pół świata, ściskając w dłoniach kosmyki brutalnie ściętych włosów, które padły ofiarą zaklęcia zmieniającego „trochę” w „dużo”. Osobiście nie należę może do osób rozpaczających po zniszczonej fryzurze dniami i nocami, ale wiadomo, zawsze jakiś niesmak i nagła chęć do noszenia czapki dwadzieścia cztery na dobę pozostaje. Dlatego też zdecydowanie nie cieszyłem się na czekającą mnie wizytę. Z jednej strony miłe panie fryzjerki nawet lubię (chociaż dziesiątki zadawanych mi w trakcie strzyżenia pytań skutecznie wybija mnie z typowego dla artystów zamyślenia), ale z drugiej, no, zdążyłem już polubić i przywyknąć do nieco dłuższych, kwarantannowych włosów. Opadające na twarz kosmyki dało się jakoś ogarnąć, a ogólny zamęt na czubku głowy nie przeszkadzał aż tak bardzo z racji ogólnego braku otaczających nas z każdej strony jednostek ludzi gotowych zlustrować nas swoim krytycznym spojrzeniem. Słowem, dało się przyzwyczaić i nawet polubić nową fryzurę, wprowadzającą do zazwyczaj nudnego wizerunku odrobinę zaniedbanego szaleństwa. Ale oczywiście, gdy pojawia się jakaś zmiana, pojawia się też jej przeciwnik, najczęściej w postaci innego domownika, który umawia nas bez naszej zgody do fryzjera, a następnie wysyła do niego z banknotem w ręku. Tak więc siedzę teraz tutaj, przed gabinetem, czekając, aż przyjdzie moja kolej. Wspominałem już pewnie, że stanowiący obecnie dla mnie tymczasowe siedzisko murek jest naprawdę niewygodny, ale wiecie co, zrobię to znowu. Ja nie przesadzam, serio zaczyna boleć mnie tyłek. Ugh, czemu to zajmuje tak długo?
Najchętniej wróciłbym do domu. Tam przynajmniej nie jest tak nudno, ciepło i niewygodnie. Owszem, dalej cierpiałbym w nim na brak jakiegoś sensownego i pochłaniającego zajęcia, ale przynajmniej nie musiałbym przejmować się odpędzaniem natrętnego robactwa, usilnie próbującego dostać się do mojego ciała. Mógłbym wyciągnąć telefon i zająć się jedną z wielu dostępnych na nich aktywności, ale nie miałem na to ochoty. Nie lubiłem gapić się w ekran, gdy na coś lub na kogoś czekałem, nie mogłem się wtedy na niczym skupić. Podgłośniłem więc jedynie lecącą na słuchawkach muzykę i skupiłem wzrok na usytuowanym przede mną placu zabaw. Pamiętałem go z dziecięcych lat, od których dzieliła mnie już prawie dekada. Teraz jednak wyglądał kompletnie inaczej. Zmarniał, zmniejszył się i wyblakł. Chociaż to pewnie tylko moje podkoloryzowane wspomnienia. Najpewniej od zawsze taki był. Ciasny, pusty i obdarty z kolorów. Ale dzisiaj był dodatkowo obtoczony ochronną taśmą, by upewnić się, że podniszczone drabinki i huśtawki na pewno nie zrobią nikomu krzywdy. Westchnąłem. Chętnie podszedłbym bliżej i przyjrzał się dokładniej, ale akurat wtedy jedna z fryzjerek wołając mnie, dała mi do zrozumienia, że przyszła moja kolej. Podniosłem się więc nieco niechętnie z zimnego, kamiennego, chropowatego murka i wszedłem do środka salonu. Dla kontrastu przyjemnie chłodnego, klimatyzowanego i pozbawionego uciążliwych robaków. Rozsiadłem się w jednym z foteli, opowiedziałem zwięźle, o jaką fryzurę mi chodzi i pozwoliłem jej robić swoją robotę, zamyślając się, utykając spojrzenie w swoim odbiciu. Na lekko brudnym, zakurzonym lustrze wyglądało wyjątkowo żałośnie. Ubrany byłem w przewiewną, białą koszulkę oraz czarne, dresowe spodnie. Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem mody i wykwintnego ubioru, ale i ja zdawałem sobie sprawę, że nie był to najlepszy strój, jaki widział świat. Wszystko to dla lepszego efektu pogniecione i lekko poplamione, manifestując moje niechlujstwo i niezdarność w jedzeniu. Podkrążone oczy i wymuszony uśmiech dodawał mojej twarzy ironicznego wydźwięku, jakby ktoś dosłownie zmusił mnie do odgrywania dobrej miny do złej gry. Ale na to akurat nie mogłem nic zaradzić. Poprzednia noc nie należała do najłatwiejszych w moim życiu, tyle mogę powiedzieć. I chociaż niecałe dwie godziny przed wschodem słońca udało się ją opanować, to przez cały następny dzień nosiłem jej znamię, objawiające się zmęczeniem i niewyspaniem wymalowanym na całym ciele. Przeczekałem grzecznie te kilkanaście minut, podczas których fryzjerka sprawnie pozbywała się długich kłaków, jakich dorobiłem się podczas chwilowego, przymusowego przestoju w ich działalności. Zabawne, jak bezbronnym i zależnym od usług innych stał się człowiek dwudziestego pierwszego wieku. Wręczając jej dwudziestozłotowy banknot, czułem się trochę tak, jakbym niewielkimi nożyczkami przecinał ostatnie więzy krwi łączące mnie ze zdanymi tylko na siebie przodkami. Cóż, na pocieszenie warto wspomnieć, że ich czasy pozbawione były klimatyzacji, której obecność rekompensowała z pewnością wszystkie egzystencjonalne i tożsamościowe kryzysy, na jakie mógł natchnąć się człowiek współczesny. Coś za coś, pomyślałem, popychając drzwi wyjściowe i biorąc głęboki wdech ciepłego, pełnego spalin i smogu powietrza.
Wyciągnąłem telefon, włączyłem aparat i zacząłem się sobie przeglądać. Jest coś w tych wiszących u fryzjera lustrach, że odbijające się w nich włosy wyglądają nieco inaczej, niż w rzeczywistości. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że efekt, chociaż w żadnym stopniu niepowalający czy zachwycający, zadowala mnie na tyle, że nie zacząłem żałować, że w ogóle się na to zgodziłem. Czyli było dobrze, bardzo dobrze. W swoim krótkim, fryzjerskim doświadczeniu, zasiadając na fotelu przeznaczonym dla klientów, zdążyłem zasmakować różnych rodzajów rozczarowania i żalu, jakie mogła przynieść wizyta w jednym z takich lokali. Tym razem nie było źle.
Teoretycznie powinienem był wracać już do domu i chętnie bym to zrobił, ale wtedy ta opowieść zostałaby już kompletnie wydrążona z celu, morału i innych takich podobno ważnych w tworzeniu rzeczy. Takie rozwiązanie sytuacji, w jakiej się znalazłem, byłoby też najlogiczniejsze, w końcu, jaki cel miałbym szwendając się po zamkniętym placu zabaw niedaleko salonu fryzjerskiego? To nie miało sensu. Pewnie zaraz ktoś w domu się zniecierpliwi i zacznie do mnie dzwonić. A musicie wiedzieć, że naprawdę nie lubię rozmów telefonicznych. Stałem tak na schodach prowadzących do budynku, który przed chwilą opuściłem, po swojej lewej mając wspomniany plac, a po prawej chodnik, który w parę minut zaprowadziłby mnie tuż pod same drzwi mojej klatki. Stałem, ściskając w prawej ręce telefon, słuchając muzyki i zastanawiając się, jakiego wyboru dokonać. Gdyby ktoś w tamtym momencie mnie minął, pewnie uznałby, że jestem jakimś humanoidalnym robotem, który z jakiegoś powodu się zawiesił. Czas leciał, sekunda mijała jedna z drugą, a ja stałem jak ten ostatni debil, nie wiedząc, w którą stronę iść. Niestety, na kompromis iść nie mogłem, bo gdybym spróbował zacząć iść prosto, po chwili moja twarz zaliczyłaby bliskie i raczej bolesne spotkanie z metalową siatką, którą otoczono mieszczące się przede mną osiedlowe boisko. Czekajcie chwilę, pomyślę, zastanowię się i zaraz do was wrócę.
Dobra, jestem. Trochę mi to zajęło, ale wróciłem. Tak w zasadzie to wcale się nad tym nie zastanawiałem, musiałem sobie zrobić przerwę. Ale wróćmy już do samej historii. Zdecydowałem się iść na lewo, zobaczyć plac zabaw z bliska. W końcu tego wymaga ode mnie tytuł i wasze oczekiwania, prawda? Chociaż oczywiście ciekawym zabiegiem byłoby kompletnie odwrócenie tego, czego się spodziewacie i zaskoczenia was czymś zupełnie innym. Lecz wiecie co? Myślę, że ta historia sama w sobie pozostaje dość niespodziewana i dziwna, nawet bez mających pogłębić to uczucie dodatków. Dziwne jest w niej na przykład to, kim ja właściwie jestem. Z jednej strony pisarz umieścił w opowiadaniu samego siebie, a z drugiej zmienił parę rzeczy, by skutecznie się od niego oddzielić. Moja postać jest więc efektem zderzania dwóch kompletnie skrajnych zdarzeń, pragnienia bliskości i chłodnego odrzucenia. Niby jestem nim, Szymonem Czardybonem, ale z drugiej strony umieścił mnie on w nieco innej rzeczywistości, w nieco innym czasie. Podczas gdy u mnie mija minuta, on musi przeżyć nawet i cały jeden, długi dzień. Na każdym kroku znajduję różniące nas szczegóły, a jednocześnie dalej czując, że łączy nas coś więcej niż standardowa relacja „wykreowana postać — pisarz”. To absurdalne. Wszystko tu jest absurdalne. Powód, dla którego ja w Waszej rzeczywistości w ogóle to pisze, też jest absurdalny. Wszystko jest tak absurdalne i bezsensowne, że gdyby nagle pojawił się tu mówiący ananas z oczami i ustami zombie, nikt specjalnie by się nie przejął. A powinniście, bowiem pojawienie się czegoś takiego we względnie „normalnym” świecie mogłoby znaczyć, że któraś z bram, broniących naszą delikatną i wrażliwą na odstępstwa od ustalonej przez siebie normy percepcję, pękła. Pęknięte bramy nigdy nie oznaczają nic dobrego. Pomyślałem to, a może wypowiedziałem, popychając delikatnie bramę prowadzącą na teren starego placu zabaw, której metalowe pręty były w znacznej większości skrzywione lub złamane.
Chciałbym zobaczyć teraz Waszą minę. Naprawdę, chciałbym dowiedzieć się, jak czujecie się, czytając to, co ja w Waszej rzeczywistości dla Was przygotowało. Od dzisiaj będę nazywać go „ja w Waszej rzeczywistości”. Ta nazwa, z wielu dostępnych, ma chyba najwięcej sensu. Tak przynajmniej mi się wydaje. Nie znam się na alternatywnych wszechświatach i innych tego typu rzeczach, nie interesują mnie one pod względem fizycznym czy matematycznym, natomiast intryguje mnie ich czysto filozoficzna natura. Co oznaczałoby dla człowieka ich istnienie, czy wskazówka na wielkim, nieomylnym dobromierzu przechyliłaby się bardziej w stronę lśniącej jasną zielenią dobroci, czy może skierowałaby się raczej w połyskujące piekielną czerwienią zło? Mógłbym tak cały dzień, uwierzcie mi, z zegarkiem w ręku, dwanaście godzin, nie wliczając okazjonalnych przerw na przepłukanie zmęczonego gardła lub zapełnienie protestującego głośnym burczeniem brzucha. Ale to nie jest temat tego opowiadania. A czytelnicy podobno strasznie nie lubią, jak odbiega się od tematu. Niektórzy opisują ich wzburzoną reakcję jako podobną do wciśnięcia im soku z cytryny prosto do gałek ocznych. Co prawda nie mam pojęcia (i raczej nie chcę wiedzieć) jak wygląda reakcja człowieka na wciśnięcie mu soku z cytryny prosto do gałek ocznych, ale jestem w stanie to sobie wyobrazić, rozumiem to dziwaczne porównanie. Skierujmy więc naszą wydalającą zastraszające ilości gęstego, ciemnego dymu lokomotywę na odpowiednie tory, przy okazji wydając z siebie entuzjastyczne onomatopeje. Tuu tuuuuu!
Plac zabaw to zgrabna i przemyślana metafora, której sens uzależniony jest od rozumowania czytelnika. A przynajmniej tak to sobie zaplanowałem. Bowiem implementacja danej metafory do utworu bywa o wiele cięższa niż jej wymyślenie. Musi to być jednocześnie na tyle subtelne, by czytelnik poczuł satysfakcję z odkrycia jej prawdziwego znaczenia, ale z drugiej na tyle przystępne i oczywiste, żeby nie zostawić zbyt wielu osób z poczuciem niezrozumienia i zagubienia. I właśnie to umiejętne balansowanie między tymi dwoma parametrami odróżnia dobrego pisarza od pisarza wspaniałego. A przynajmniej tak to działa według mnie, wciąż początkującego i pokornie uniżającego głowę przed największymi mistrzami tego fachu amatora. I, jako wyżej wspomniany amator, muszę przyznać, że mi samemu nie wychodzi to zbyt dobrze. Na przykład to, dokładnie to zdanie, które teraz czytacie, miało być próbą wprowadzenia metafory rozpadającego się placu zabaw. Miało być, ale na końcu i tak rozpadło się na drobne kawałeczki, rozrzucone niczym pęknięte szkło, na tej brudnej, od lat nieumytej podłodze.
To wszystko stało się tak strasznie zagmatwane i niezrozumiałe. Wyprostowałem się, dwie dłonie mocno zacisnąłem na wżynających się w nie łańcuchach huśtawki i odepchnąłem się od ziemi stanowczym, gwałtownym ruchem nóg. Przez lata nieco wypadłem w prawy, ale po krótkiej chwili zacząłem huśtać się tak wysoko jak za starych, dobrych czasów. Drewniana konstrukcja niepokojąco się trzęsła, guma pokrywająca metalowe siedzisko miejscami odpadła tworząc nieprzyjemne zagłębienia w jej strukturze, a przymocowane stalowymi kołkami łańcuchy wyglądały, jakby w każdej chwili mogły się zerwać. Gdybym teraz spadł, pewnie nieźle bym się połamał. Może nawet umarł, wyjątkowo niefortunnie układając ciało podczas krótkiego lotu na ziemię. I to właśnie sprawiało, że wiejący mi w twarz wiatr był tak rześki i ekscytujący. Wokół mnie nie było nikogo, w końcu, jak wspominałem wiele razy, plac zamknięty jest od lat. Aby wejść na huśtawkę, musiałem zerwać kilka zabezpieczających taśm, chroniących nieumyślne dzieciaki jak ja przed robieniem sobie krzywdy. Pewnie powinienem ograniczyć się jedynie na oglądaniu, ale chęć chociaż częściowego powrotu do tamtych pięknych, minionych lat była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Pierwszy błąd popełniłem, decydując się tam przyjść, każdy kolejny jest jedynie jego rozwinięciem.
Wiecie co? Muszę się Wam do czegoś przyznać. Zeszłej nocy miałem sen. Był prosty i krótki, do tego zaraz po nim się obudziłem, więc niestety nie pamiętam zbyt wielu szczegółów. Ale do rzeczy: robiłem w nim coś w internecie, wydaje mi się, że nagrywałem jakieś filmy. Na początku nie wierzyłem, że mi się to uda i że ktokolwiek w ogóle się tym zainteresuje. Lecz ku mojemu zaskoczeniu, wyświetleń przybywało, subskrypcji też. Zacząłem też zarabiać swoje pierwsze pieniądze. To były drobniaki, może pięć, sześć złotych dziennie. Jednak dla mnie to było coś ogromnego. Pierwszy raz zarobiłem z jakiejś mojej pracy, pierwszy raz mogłem z uśmiechem na twarzy unieść wydrukowane potwierdzenie przelewu na moje konto i pokazywać każdemu niedowiarkowi. Patrzcie, patrzcie, jednak nie marnuję kompletnie mojego cennego czasu. Jednak przynosi to jakieś konkretne, namacalne efekty. Cholera, patrzyłem, jak zebrana na moim koncie suma powoli się zwiększała, czując w środku ogromną satysfakcję. Wreszcie spełniło się to, o czym marzyłem tyle czasu. Wreszcie coś, w co włożyłem całe serce, przyniosło jakieś rezultaty, wreszcie ktoś usłyszał, co mam do powiedzenia. A potem się obudziłem.

To nie tak, że zależy mi tylko na pieniądzach. O nie. Gdyby tak było, pewnie zamiast huśtać się beztrosko na tym pustym placu zabaw siedziałbym teraz w domu, inwestując na giełdzie lub rozwijając inny, pewny i dochodowy biznes. Nie, sztuka też jest ważną częścią tego, co robię. Uwielbiam patrzeć się w pokryte puchatymi chmurami niebo i rozmyślać o kolejnych pisarskich projektach, które chciałbym w przyszłości zrobić. Ale wciąż z tyłu głowy świeci mi się mała, czerwona lampeczka, wciąż i wciąż przypominająca, że nikogo nie obchodzi to, co robię. Nikogo nie obchodzi to, co piszę. I choćbym wypruł sobie żyły, chwycił za nóż, wyciął serce i rzucił je z frustracją na kartki książki, pewnie każdy i tak przeszedłby obok tego obojętnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak już działa ten świat. I nic się na to nie poradzi. W naszej ponurej rzeczywistości rozpadające się place zabaw są zamykane, a projekty początkujących artystów rzadko kiedy docierają do szerszej publiki. Próbuję się z tym pogodzić, wrzucam więc do tego jeziora kamień za kamieniem, licząc, że może w końcu jeden z nich odbije się i nie zatonie. Wiem, że to tak nie działa. Że każdy wrzucony do wody kamień w końcu opadnie na dno, pokonany i przegrany, skazany na wieczne zapomnienie w odmętach grząskiego piasku i żwiru. Lecz coś wciąż każe mi wierzyć. Że może akurat tym razem los stanie się nieco bardziej łaskawy. I tak dla tych, którzy nie zrozumieli: to opowiadanie jest jednym z tych skazanych na utonięcie kamieni.
Czasami lubię myśleć o życiu jak o zjeżdżalni. Wspinam się na jej szczyt, wchodząc ostrożnie po trzech popękanych, drewnianych stopniach. Stary impregnat dawno już zszedł, zostawiając tanie, pomalowane ciemnoczerwoną farbą belki bez żadnej ochrony. Jasnozielony plastik, z którego zrobiona była sama właściwa zjeżdżalnia, przez lata wyblakł i stracił swoje żywe, pełne nadziei kolory. Do tego niemal całą jego powierzchnię pokrywały nakreślone niedbale czarnym markerem rysunki. Kilka przedstawiały penisy, inne kobiece piersi, jeszcze inne pełne sceny seksu. Było też kilka wyjątkowo brzydkich aut, jak mogę mniemać drzew oraz po prostu chaotycznych linii, które musiały powstać, gdy natchnionemu autorowi zaczęło brakować pomysłów. Znalazło się też jedno wielkie serduszko podpisane „koham cię asiu”, autorstwa niejakiego Adama. Pewnie już nawet nie pamięta, jak wyglądała. Nikt nie pamięta o paskudnych tatuażach, które zafundował tej biednej, niczego winnej zjeżdżalni przed laty. Nikt nie pamięta jednego wyjątkowo słonecznego dnia, w którym jeden z kumpli przyniósł na plac paczkę kolorowych markerów podwędzoną z biura taty. Nikogo to już nie obchodzi, ludzie wyrośli i dojrzeli, a ich głowy zajęły o wiele ważniejsze sprawy. Ale ślady pozostają. I pozostaną najpewniej do końca jej marnego żywota, gdy skończy wyrzucona na jakieś śmierdzące wysypisko. Nikt nie pamięta, jak zadawał rany, ale każdy może wyraźnie zobaczyć blizny. I wiem, zabrzmiało to strasznie głęboko i poetycko, już czekam, aż mój cytat wyląduje na ścianie jednej z czternastoletnich pasjonatek smutnych cytatów w postaci zrobionego na kolanie plakatu. Lecz musiałem to napisać, byście mogli w pełni zrozumieć przekaz tej metafory.
Początek nie jest przyjemny jak praktycznie nigdy. Wdrapujemy się po mogącej się rozpaść pod naszymi stopami drabince, siadamy na ciągle noszących na sobie ślady piasku i śliny deskach, po czym opierają się o plastikowe boki, ustawiamy nasze ciało w dół toru zjeżdżalni. Tutaj jest lepiej, czujemy lekką ekscytację i podniecenie, odpychamy się, czujemy wiatr we włosach, przed krótką chwilę jest naprawdę super, ale potem nasze stopy lądują w brudnym, niewymienianym od lat piasku. Zabawa się skończyła, buty trzeba wytrzepać i iść do domu. Zarówno początek, jak i koniec nie należą do najprzyjemniejszych, ale środek to wszystko nadrabia. Przynajmniej w większości przypadków. Przynajmniej ja tak myślę. Przynajmniej… Interpretujcie to, jak chcecie. I ten krótki fragment i ten cały tekst. Nie muszę się starać, nie muszę stawać na głowie, by dostarczyć Wam jak najlepsze opowiadania i książki. Nie muszę, bo nikt na nie nie czeka. Ale dalej chcę to robić, chcę się starać, chcę wypruwać sobie żyły i uderzać nimi w klawiaturę. Co prawda cały laptop mam potem upaćkany w świeżej krwi, ale jak to mówią, co moje to nie brzydzi. Nikt tak nie mówi, ale na potrzeby tego opowiadania załóżmy, że tak się mówi. Niedziela pogrzeb kota (żyje się raz). Dzięki, że dotarłeś do tego momentu. Lub dotarłaś, lub dotarł*ś, jakichkolwiek zaimków chcesz używać, dziękuję. To dziwny tekst. Z pewnością. Nie trzyma się kupy, jest strasznie nierówny, wszystko wyciągnięte zostało z najgłębszych odmętów tyłka autora. Tak, zgadzam się z tym. To okropny tekst. Lecz może komuś się spodoba. Hej, nie obiecywałem, że będzie ci się podobać. Możesz obwiniać jedynie siebie za swój wybrakowany gust. Hah. Czekam, aż pod moim mieszkaniem zgromadzi się banda krytyków, gotowa rozbić wszystkie okna kamieniami złożonymi z samej logiki i faktów. Tak pisarzowi nie przystoi, arogancja wybiła poza skalę, młody a tak bezczelny. Widzę te nagłówki oczami wyobraźni i uśmiecham się do samego siebie. Ale to wszystko jest głupie. Lecz będę już powoli się zbierać. Wiecie, telefon zaczął dzwonić, już niecierpliwią się na mój powrót. Opuściłem więc teren starego placu zabaw, wcześniej dokładnie otrzepując stopy z zalegającego na nim piasku.

„O uschniętym kaktusie, który wbił swoje kolce w moją rękę pewnej sylwestrowej nocy”

28.05.2020 (ukończone: 07.06.2020)

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 19.09
drukowana A5
Kolorowa
za 41.93