E-book
13.65
drukowana A5
37.28
Paradoxyzm

Bezpłatny fragment - Paradoxyzm


4.4
Objętość:
162 str.
ISBN:
978-83-8221-207-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28

W nadmiarze informacji trudno szyfrować dane. Ale nadmiarem informacji bardzo dobrze się je zagłusza. To sposób zaciemniania obrazu. Pan nie zna treści komunikatów, bo znać ich nie może. Gdyby pan je znał — jakież to by było straszne zagrożenie. Skoro pan wierzy lub chce wierzyć w ich wagę — musi przyjąć do wiadomości, że nie uniesie ich pan. Czy już pan rozumie?

Sebastian Szewczyk


XYZ (1958[1][2][3]) — pierwsza Uniwersalna Maszyna Cyfrowa, należąca do rodziny wczesnych komputerów, która została zbudowana i uruchomiona w Polsce. Wyprzedziła o kilka miesięcy EMAL-2, natomiast wcześniejszy EMAL nie został w pełni uruchomiony. Poprzedziły ją: lampowy komputer analogowy ARR oraz nieelektroniczne komputery zerowej generacji: dydaktyczny GAM-1 i użytkowy PARK.


Komputer ten zbudowany i uruchomiony został w Warszawie przy ul. Śniadeckich 8, w lokalu Biura Obliczeń i Programów Zakładu Aparatów Matematycznych PAN (późniejszego Instytutu Maszyn Matematycznych)[5]. Zespołem twórców kierował prof. dr inż. Leon Łukaszewicz (wówczas docent).


XYZ był modelem laboratoryjnym maszyny użytkowej; po późniejszych zmianach projektowych na bazie tego komputera stworzono serię maszyn ZAM-2[6].


Źródło: Wikipedia.

ENTER

Poznałem go w leśnym domku moich przyjaciół; przygnały mnie tam upały miejskie. Przyjechał następnego dnia pod wieczór. Młody, wesoły człowiek, jego charakterystyczna, bujna czupryna przypominała skrzyżowanie lwiej z wiewiórczą. Równie zwinnie jak ona skakał po dachu i jeździł małym rowerkiem do sklepu po piwo, chleb, fajki i mleko. Po pijaku ryczał jak lew.

— On też jest pisarzem- poinformowała mnie przyjaciółka w pewnym momencie.

Nie mogłem go o to nie spytać. Początkowo był ostrożny, niewiele mówił, lecz gdy oznajmiłem, że mam na koncie dwie wydane pozycje ożywił się.

— Ja piszę książkę sience fiction.

— Sf? W dzisiejszych czasach? Przecież fikcja, nie tylko naukowa, już nas otacza…

Niechętnie przytaknął, mówiąc, że nigdy tak na to nie patrzył.

— A jaki pomysł?

Ale nie chciał zdradzić. Jedyne, czego zdołałem się dowiedzieć, to że prawie skończył, tylko musi ją poukładać i dopisać początek oraz zakończenie. Skojarzył mi się tym natychmiast z kolegą z czasów liceum:

— Surma, przeczytałeś Lalkę?

— Tak, pani profesor.

— Całą?

— Tak, pani profesor.

— Na prawdę? Od początku do końca?

— Trochę zostało mi w środku…

Opowiedziałem mu to, co bardzo go rozbawiło. Potem rozmawiało się już lżej. Na pierwszy rzut, oczywiście, poszły twórczość Lema i Dicka. Obaj panowie okazali się naszymi idolami. Zaskoczył mnie książką, o której tylko słyszałem. Człowiek z Marsa. Oczytany, z bogatym słownictwem, mieliśmy więc wiele wspólnych tematów, choć pisał zupełnie odmiennie ode mnie. Pytałem dlaczego używa anachronizmów typu owóż, tenże, czy pomny. Przyznał, że nie wie. Styl klaruje się latami. Jak wino…

Lubił Asimova, C.Clarke’a, braci Strugackich nie znał. Ja wolałem tych ostatnich. Brnęliśmy coraz głębiej w świat literatury, wszelakiej, w końcu wyznałem, że po Lemie nie sposób napisać dobre sience fiction. Nie zgadzał się. Powiedziałem mu więc o moim pomyśle. Nosił roboczy tytuł Człowieka Z Niskiego Bloku.

— Analogia do Człowieka Z Wysokiego Zamku Dicka?

— Tak. W formie pastiszu.

— I co? Dlaczego nie piszesz?

— Brak mi weny…

— O czym?

Sam do końca nie wiedziałem. Miałem tylko pomysł… i nic więcej. Nawet ochoty, by go rozwinąć.

— Xawery mieszka w bloku, w Warszawie i twierdzi, że komunizm nie upadł.

Łypnął z zaciekawieniem, kącik ust, jak miał to w zwyczaju uniósł nieco resztę twarzy.

— Ksawery? Nie lubię tego imienia…

— Przez X.

-A...to wiele zmienia…

Spodobał mu się pomysł smartfonów z NRD, sluchatek z Czechosłowacji, plazmowego Rubina CCCP. Świata, w którym prosperuje socjalizm, a blok zachodni go goni. Żelazna kurtyna staje się tu lustrem, które odbija w zniekształceniu nasze czasy jako swoistą makabrę dobrobytopodobną, zasnutą w propagandę kłamstw przypisywanych PRL, a Xawery szuka portalu, by uciec z powrotem do Jugosławii.

— Może portal jest u Jubilera? I wszyscy będą myśleli, że ściemnia, bo chce okraść.

Każdy artysta ucieka w pogoni za weną przed nudą, rutyną, prawem i racją. Wyobraźnia nie ma granic, nie rządzą nią prawa, ani żaden paragraf. Artysta jest wcieloną wolnością, musi przed nimi uciekać, ale też gonić nowe idee. Jest łowczym następnych czasów, pomysł to zwierzyna. A on, demiurg jest wszystkim, myśliwym i ofiarą. Dlatego musi uciekać sam przed sobą. Bo gdy złapie… tworzy.

Nasze rozmowy przez kolejne tygodnie ocierały się o Człowieka z Niskiego Bloku. Coraz więcej wiedziałem też o jego pomyśle.

— A może napiszemy to razem?

— Czemu nie- powiedział.

— I może spleciemy z tym, co już napisałeś?

Nie zaprzeczył i nie poparł. Uśmiechnął się tylko tajemniczo.

— A może śniłby się często swoim znajomym i w tych snach ukrywał wskazówki gdzie jest portal i jak przejść przez niego? — podrzucił.

— Ciekawy pomysł- poparłem.

Tymczasem upały były coraz cięższe, ożywaliśmy więc pod wieczór. Wybieraliśmy się wówczas na wspólne wycieczki rowerowe po fajki i piwo do pobliskiego sklepu. On, jako że niższy na małym rowerku i tak zawsze chciał się ścigać. Gdy przejeżdżaliśmy pod wiaduktem przyglądałem się mijanym szczątkom kota, procesowi rozkładu, Sebastian zawsze mijał truchło pospiesznie.

— Kiedyś resztki pożerali padlinożercy, teraz już tylko czas i robaki.

Pomagaliśmy też przy rozbudowie domku, czyli tynkowaniu, kopaniu gliny, noszeniu i układaniu kamieni. Wiele z tych prac odbywało się dopiero po zmroku. Nawet psy, których było siedem ożywały po zachodzie słońca. To nie sprzyjało wenie, zamiast tego snuliśmy się często w poszukiwaniu chłodu i ulgi, dopiero wówczas nasze mózgi niczym komputery odwieszały się.

— Stwórzmy pisarza, który nie istniał- przyszło mi któregoś wieczoru do głowy.

— Czyli?

— Czyli mistyfikację. Niechby żył właśnie za czasów komuny, a jego książka została odnaleziona. Napisze się naszą na starej maszynie…

Pokiwał głową.

— Jak miałby się nazywać?

— Ty masz talent do nazw… ja zawsze się z nimi męczę.

Obszedł dom dookoła, kopnął jeden i drugi kamień i usiadł z powrotem obok mnie.

— Może Franciszek Kosher?

— Świetnie. Niech będzie…

Pomysłów przybywało codziennie. Poznawałem też bliżej życie prywatne Sebastiana. Wcześniej miał pracę, jak mówił dobrze płatną. Zdaje się, że przewoził dokumenty. Pewnego dnia niechcący coś w nich odkrył, za co dostał wypowiedzenie i sutą odprawę, za milczenie, dzięki której chwilę pożył w miarę dostatnio. Nie wiem jednak co to była za firma i szczerze mówiąc nie chcę wiedzieć. Pieniądze, z resztą, dawno się skończyły…

Ostatniego wieczoru zwalili się hipisi. Przywieźli ze sobą sporo alkoholu, „pozytywnych wibracji” i wolnej miłości. Gdy zniknęli po kątach w wiadomym celu Sebastian wciągnął mnie we freestyle. Nie lubię rapu, ale szanuję tę formę improwizacji.

— Nieźle- podsumował moje postękiwania- Będę mówił na ciebie dj dziadzia.

— Dlaczego nie piszesz tak, jak rapujesz? — spytałem znienacka.

— Dobre pytanie…

Wkrótce wróciłem do Warszawy. Na jakiś czas zapomniałem o książce, z Sebastianem nijak nie można było się skontaktować, bo telefon, którego używał był atrapą, a Internet w nim to głównie grzybnia. Aż po kilku tygodniach tknęło mnie, by go odwiedzić. Było tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżał, plany rozwijały się dalej.

— Napisałeś coś? -pytał.

— Jeszcze nie…

Coś w nim jakby narastało. Wiedziałem, że tęskni za córką przyjaciół, w której nieszczęśliwe się zakochał. Ja tęskniłem za dziećmi. Czasami słyszałem jak mówi sam do siebie, śmieje się, ale to nie był radosny śmiech. Te nasz smutki w dziwny sposób tonowały się poprzez literaturę, a raczej tonęły w literatkach. Pytałem dlaczego tu siedzi, w tym lesie, skoro ma kawalerkę na Pradze.

— Odcięli mi prąd i wodę… a łobuzy wybiły szybę w oknie.

— Poszukaj pracy, póki lato.

Pokręcił przecząco głową.

— Mam inne plany.

— To może ja tam zamieszkam? Zapłacę za ponowne podpięcie.

Zgodził się. Następnego wieczoru wspólnie wyruszyliśmy na pociąg. Ta podróż utkwiła mi w pamięci. Mieliśmy już niewiele pieniędzy, więc pozostało nam jechać stopem do Jaktorowa. W końcu doszliśmy na piechotę, zmęczeni, spragnieni, a że była niedziela, wszystkie sklepy były zamknięte.

— W Warszawie coś będzie czynne- pocieszałem.

Wsiedliśmy do pociągu, a tuż za nami wsiadł człowiek z trzema piwami. Usiadł, po czym jedno położył na siedzeniu obok, odebrał telefon i nagle wysiadł zanim pociąg ruszył. Piwo zostało, on jakiś czas stał na peronie, Sebastian przygwoździł go wzrokiem. Prawie słyszałem jego myśli: idź, nie wsiadaj! I rzeczywiście odszedł. Piwo było nasze…

Rozstaliśmy się z myślą o spotkaniu kolejnego dnia i obejrzeniu kawalerki. Niestety musiałem wyjechać za granicę, i to pilnie. W międzyczasie udało mi się skrobnąć cztery strony i wysłać Sebastianowi, lecz zamiast odpowiedzi dostałem od przyjaciół smutną wiadomość.

— Sebastian nie żyje. Rzucił się pod pociąg.

Jak to? Co się stało? Po pierwszym szoku zacząłem szukać odpowiedzi. Dowiedziałem się, że tego dnia rano wskoczył na rower, zabrał ze sobą torby z zapiskami i gdzieś pojechał. Widziano go w ciągu dnia, pędził, jakby przed kimś uciekał. Potem pojawił się na stacji, wieczorem, bez toreb, bez roweru. Siedział na ławce i rozmawiał ze starszym człowiekiem. Nagle zerwał się i rzucił pod expres.

Zacząłem czytać fragmenty jego zapisków na portalach społecznościach, skontaktowałem się też z mamą, która powiedziała, że bardzo chciał pisać ze mną, i że udzieli mi dostępu do jego ocalałych notatek jak tylko odda je prokuratura. Te, które wywiózł nigdy się nie znalazły. Co w nich było? Poprosiłem ją, by na pogrzebie, na który nie mogłem pojechać powiedziała, że śmierć nie istnieje. Ona wyryła to na nagrobku…

Zacząłem nagle. Coś mnie rozpierało, jakby Sebastian pławił się w mojej wyobraźni i pchał do tworzenia. Oczywiście wszystko w naszej książce uległo zmianie, a jednak pisało się niezwykle lekko. Czasami miałem wrażenie, że słyszę jego rozbawiony śmiech… czułem jego obecność bardzo intensywnie. Pisał ze mną, byłem i jestem tego pewien, nawet jeśli uznacie mnie za wariata. I bawił się świetnie. Pierwsze 80 stron powstało jak w transie, w ciągu tygodnia. Dodam, że pozostałość pisałem kolejne pół roku; wtedy nie mogłem się oderwać. A on był cały czas ze mną i we mnie, w moich myślach… Po tym tygodniu byłem skrajnie wyczerpany. Postanowiłem więc zrobić przerwę i spotkać się z jego mamą. Ruszyłem w drogę. Na budynku stacji ktoś napisał kredą XYZ. Znak? Może… Ostrożny jestem, jeśli chodzi o tzw. znaki. W Warszawie spędziłem kilka dni, w międzyczasie pomagając w remoncie znajomemu. Jednego z tych dni parkieciarz, sympatyczny człowiek otrzymał smutny telefon: żona urodziła martwe dziecko. Poczułem niepokój…

Tymczasem nie udało się spotkać z mamą Sebastiana, a ja musiałem znów wyjechać. Wówczas po raz pierwszy dopadły mnie wątpliwości. Czy ja sobie tego wszystkiego nie wymyśliłem, czy nie bezczeszczę bólu i cierpienia, które go do tego pchnęły? Czy nie zranię tym bliskich Sebastiana? I to martwe dziecko...może to ostrzeżenie? Siedziałem w pociągu powrotnym i myślałem. Nagle stanął sporo przed kolejną stacją, za oknem zapadał zmrok. Po jakiś piętnastu minutach przyszedł konduktor i oświadczył, że postój potrwa kilka godzin, gdyż ktoś rzucił się nam pod koła…

Kurwa! O co chodzi?!

Nad ranem dotarłem do domu. Zadzwoniłem do przyjaciela, jak to wszystko widzi, może coś podpowie?

— Za bardzo bierzesz do siebie- powiedział, gdy skończyłem- Wiele jest śmierci wokół. Po prostu zacząłeś bardziej zwracać na to uwagę.

Ale jakoś mi to nie pomogło. Co robić? Pisać dalej? Wszyscy przyjaciele mówią pisz! A ja nie wiem… Przestraszyłem się? A co jeśli wlokę za sobą śmierć jak cień? Cień książki… Jednak pisałem dalej. Ostrożnie, jakby nieco z obawy, że ktoś może skaleczyć się ostrymi słowami i zatruć trupim jadem.

Ta śmierć szła ze mną długo, jakby chciała uświadomić, że jednak istnieje. W końcu dotknęła i mnie, gdy docierałem do końca. Jej dotyk był wręcz czuły i łagodny, szeptała:

— Masz rację. Nie istnieję… a jednak się boisz.

Teraz, gdy już ją skonczyłem, mama Sebastiana miała sen, w którym szliśmy pod rękę w nieznaną dal. Pchałem w nim wózeczek, w nim leżał Sebastian niemowlak…


Wszystkie fragmenty autorstwa SS, użyte w książce opatrzyłem cudzysłowiem. Rzecz jasna, dokonałem w nich pewnych modyfikacji.


0.


Xawery żarł sny. Ostatnio nic poza nimi mu nie smakowało. Pomidory, ogórki, bób i inne warzywa śmierdziały plastikiem i parafiną, mięso drukarnią, chleb starym morzem. Konsumował więc sny o życiu, senniki, formuły przyrządzania materii i jak się obudzić by nie przypalić snu, a koszmar kroić nożem. Wcinał bez oporów polityczne intrygi, ropne pustynie, a nawet sny innych. Z wielkim upodobaniem majaczył w kosmicznej zupie żółte skwarki świeżo zerwanych marzeń, wytryśnięć kolorów porastających fazę przejścia w REM. Śnił sens. Żarł sny.

— Jesteś głodny?

— Co?

— Pytam, czy jesteś głodny? Mogę dać ci chleb…

Xawery wypluł resztki tapety.

— Nie, dzięki.

— Jeśli lubisz jeść papier, to mam tu gdzieś stare gazety. Zostaw moje ściany, ok?

Lubik opierał się o kubek z kawą. W politurze odbijało się zagracone mieszkanie, upstrzone zasuszonymi w większości kwiatami, butelkami i książkami pod ławą.

— Masz Głos Niedzielny?

— Mam Przekrój…

— Za tłusty…

— To może Wysokie Obcasy?

Xawery poderwał się i z impetem usiadł na innym krześle.

— A masz piwo?

— Nie.

Zapadła niezręczna cisza.

— Mogę iść do sklepu…

— A jak zeżresz banknoty?

— To daj monety.

Lubik wsadził łapsko do kieszeni.

— Kiedy w końcu ty mi postawisz?

— Następnym razem.

— Taaaaa…

Xawery uniósł palec i nic nie powiedział. Jego umysł pobiegł za myślą, której nie mógł złapać i dopiero brzęk monet przywrócił mu kontakt ze światem. Bez słowa wyszedł. Po drodze mruczał coś do siebie, odmierzał krokami tajemne odległości by zatrzymać się, podnieść klucz i schować do kieszeni, gdzie już były dwa kamyki i agrafka. Podekscytowany wbiegł do sklepu.

— Jest piwo?

Spojrzenie ekspedientki wyceniło go na debila.

— W lodówce- wskazała ruchem głowy.

— A jest ocet?

— Nie.

Zaśmiał się. W drodze do lodówki omal nie zabłądził. Trzy razy przeszedł, zanim namierzył zaskoczony jej obecność. Cicho mruczała, skrząc bladą żarówką rosę na butelkach i dwóch kostkach masła. Przełknął ślinę. Postukał paznokciem, żarówka ucichła i zgasła.

— Popsute- powiedział nie wiadomo do kogo.

Starczyło mu na sześć żubrów i buteleczkę zmywacza do paznokci zamiast octu.

— Po co ci ten zmywacz? — Lubik nie krył zmartwienia.

— Jeszcze nie wiem, ale nie było octu.

— A po co ci ocet?

— Do zupy.

Lubik milczał. Dość długo.

— Jakiej zupy?

— Fasolowej.

— Zbierz się do kupy… A gdzie ją ugotujesz?

Xawery machnął ręką.

— To już drobiazg. I tak nie mam octu.

— Ja mam…

Xawery zezował jakiś czas na piwo, po czym otworzył jedno i podał Lubikowi.

— Czy ma to związek z tym Franciszkiem… jak mu było… Kosherem?

— Nie. Tylko ze zupą.

— Ale tobie odcięli prąd, gaz i wodę!

-Tak...to autorytatywne stwierdzenie, ale jest w tym pewna racja…

— Nie masz pracy i pieniędzy!

— To już jest nadinterpretacja, zważywszy, że pracuję nad sobą. To też dla dobra ludz…

— Obudź się! Zaraz cię eksmitują!

Xawery prychnął, szybko coś obliczył, przestawił doniczkę z zasuszonym kaktusem, przepchnął nieco szafkę i usiadł z powrotem.

— Teraz jest chyba dobrze.

— Niby co?

— Układ zależności magnetycznej w stosunku do wartości spinów danych cząstek. Donica stała za blisko szafy i zakłócała jej naturalny spin, przez co twoje ubrania były bardziej pogniecione.

— Jesteś pierdolnięty… a propos, znowu mi się śniłeś.

— Opowiadaj.

Xawery ponownie zmienił krzesła.

— Znalazłeś zajebistą pracę.

Lubik zarżał i zapił browarem.

— Bardzo śmieszne.

— Mówiłeś coś o złocie…

— O złocie… — zamyślił się Xawery.

— Albo o occie…

— Złoto- powtórzył jak w amoku- Jaką liczbę atomową ma złoto?

— Nie mam pojęcia…

— Zaraz… 79…tak mi wychodzi z układu okresowego. 79…

— Ale to chyba musi być koszerne złoto- Ludwik drwił z czystą rozkoszą.

— To może być wskazówka… — Xawery szturmował kolejne piwo -Złoto to bardzo stary metal, który powstał w wybuchu pierwszych gwiazd, gigantów. To neoplazma, zastygłe światło tamtych słońc.

Ludwik zajrzał w gogle.

— Na Złotej 79 jest salon tmobile…

Xawery odpalił skręta. Dym zatańczył nad stołem.

— Masz coś ze złota?

— Nie- zakręcił butelką -Czy ty czasem nie próbujesz wyłudzić kasę?

— To może być brakujący element. A tak w ogóle, to kiedy do ciebie przyszedłem?

Lubik pokręcił dezaprobatą, zapił i beknął.

— Wczoraj.

-Aaaa...to mogę jeszcze chwilę posiedzieć.

Lubik spoważniał.

— No dobrze… znaczy, nie dobrze...przyszedłeś przed godziną. Stary, martwisz mnie…

Xawery wystawił środkowy palec, Lubik rzucił kapselkiem.

— Co z tym Kosherem?

— A co ma być?

— Co to za jeden? Często o nim mówisz. Sprawdzałem w necie, ale nikt taki nie istnieje…

Xawery potrząsnął bujną, spłowiałą grzywą.

— Wymyślił mnie- zakpił.

Zapadła klamka ciszy. Lubik delikatnie nacisnął ją i uchylił usta.

— A nie ty jego?

— A co za różnica kto kogo? Może wszyscy jesteśmy wymyśleni?

— Może… Kim on jest?

— Nie jestem pewien, ale chyba pisarzem. Mam niewiele informacji, póki co, a on zdaje się być wieloosobowym bytem. Jak Lem. -zachichotał- Twierdzi, że nasza planeta mieści się w małym palcu jego lewej stopy, a jego świat przepadł gdzieś w pyle ulicznym naszego miasta. Pisze do mnie listy.

— Wybacz, ale nie rozumiem.

— Ja też nie, ale to bez znaczenia.

Lubik zmrużył oczy.

— Listy?

Xawery ożywił się.

— Podrzuca do mojej szuflady… W zasadzie to listy zza grobu. Bo on/oni nie żyje od dawna, ale zupełnie nie przeszkadza mu to istnieć. Czy też im… Jak? Diabli wiedzą, jakaś magia, zaprzeczenie naszej realności, a może i to i to. Nie do końca rozumiem…

Lubik zmrużył oczy rażony błyskiem słowa, co ciałem się wykręca. Tyle w nim pasji, tak różnych, pomyślał, jakby jego istnienie miało rekompensować ich brak w tak wielu aspektach, a może to drwina losu, umieszczając(ego) je w jednym człowieku, ogołociwszy wpierw całe tłumy, smętnie przytłaczające blokami planetę… Czy w tym szaleństwie jest metoda? Jakiś sens? Dziwne pytanie, bo sensami żonglował jak sztyletami. Tymczasem Xawery wydobył z kieszeni pomiętą kartkę.

— Słuchaj tego… „„Żyję — pomyślał ze zgrozą, bo nie wiedział jeszcze, co to znaczy.

Tymczasem kwantowy uskok dyssypacyjny trwał. Przy czym wszelkie dotyczące czasu pojęcia należało odtąd traktować jako rodzaj figury słownej: „tymczasem” i „za jakiś czas” znaczyło chwilowo ni mniej, ni więcej, a tyle samo co „no i wtedy” lub „tuż-tuż” — zaś „chwilowo” chwilowo nie obowiązywało. To znaczy — owszem — obowiązywało, ale wymykało się spod kontroli i nie należało przynajmniej póki co przywiązywać zbytniej uwagi do takich rzeczy jak godzina. I niejasnym pozostawało, ile właściwie znaczy: „póki co” — i co to jest godzina? Która? Jaka? Szaro-bura i ponura? Czarna? Ostatnia? Godzina jak matnia? I co godzinę: bum! Kula — armatnia. Ujemna? Dodatnia? Jawna? Tajemna? Tajna? Nie-fajna? Podziemna? Naziemna? Bzzzzyt!… bo póki co jego telefon (stary aparat z ruchomym obrazkiem na tapecie: myszką Jerry i jej młodszą kuzynką, tańczące w miejscu) wysyłał do niego najrozmaitsze powiadomienia z przyszłości, głównie komunikat: przykro nam, nie posiadasz środków na wykonywanie połączeń, ale przesłaliśmy SMS-a z prośbą o kontakt — czy jakoś tak. Większość pochodziło z nadchodzącej dopiero nocy, wyprzedzając chwilę obecną o kilka ładnych? godzin. Komunikaty docierały z przedziału od 3.00 do 4.00 z hakiem nad ranem.

— Umrę — pomyślał więc. — Już umieram, a pomiędzy trzecią i czwartą nad ranem wyzionę ducha. Będę wydzwaniał do znajomych, rodziny, szukając pomocy, ale przecież nie mam z czego dzwonić, wobec czego będę otrzymywał te oto smsy zwrotne…”

— W kopertach?

— Tak. Zawsze.

Lubik nie wierzył. Ani trochę.

— Tak, to elementarne… w kopertach.

Po czym zgarnął resztki ze stołu.

— Wierzysz w to?

Xawery parsknął.

— W co? W sajensfykszyn? Nie, ale pisze…

— Pokażesz mi?

Lubik zadarł stronę.

— Nie mogę się rozczytać…

Xawery wyrwał mu kartkę.

— To do mnie…

I pochował w kieszeni. Siedział jakiś czas, udając, że go nie ma. Patrzył w okno tak, jak się nie patrzy. Powoli. Zza niego dobiegł zapach fasolki, zmysłowo wdarł się między wódkę, a zakąskę i zburzył klocki. Xawery zamknął okno, Lubik policzył butelki. A może jednak wczoraj przyszedł? I jutro wcale nie pójdzie? Jeśli pozwolą bogi…

— No jaki bezczel… — sapnął nagle pod nogi- Bogi? Słowa bluzg nagi, bez pokrycia w kroku. Idzie się sobą!

I kopnął nogę od stołu.

— Idzie się zawsze. Nie tymczasem…

Rżał ubawiony łapiąc pianę z butelki. Lubik czknął.

— Do mnie też ktoś napisał…

— Kto?

— Jakiś dziwny urząd…

— Co chcą?

— No właśnie nie wiem…

Xawy pokręcił palcem, po czym obaj sięgnęli po fajki. Zamyślili się. Kilka godzin wcześniej, tuż po trzynastej, jak Lubik mniemał, znienacka znalazł w swej skrzynce urzędowe pismo, które najzwyczajniej w świecie informowało go, że jest tajnym agentem nieistniejącej już SB. Nie był jednak pewien, czy wychodził tego dnia z domu. Jakkolwiek pismo informowało go, że świetnie radzi sobie w śledztwie. Wcisnął je do szuflady.

— Masz jeszcze jakieś listy od Koshera?

— Nawet nie wiesz, jak wiele…

— Masz przy sobie?

— Mam…

Xawery dźgnął dłonią w kieszeń, wydobył zmielone kartki. Lubik czytał.

„Jako człowiek XYZ zaś pomny muszę być człowieczych względem swojej godności obowiązków, które zaniedbałem na długo przed tym, zanim zorientowałem się, iż biorę się za bary nie z tematyką fikcyjną a realnym zatraceniem, wobec czego — rozumie się samo przez się — gotów jestem na wszystko i na nic, między innymi więc zapraszać fikcyjne postaci na ulice swojego miasta, toteż czynię to z prawdziwie operacyjnie-wywiadowczą starannością, dokładając do tego najwyższych swych XYZ.

Zresztą — prawdą a Bogiem — gotów jestem właściwie na wszystko, byleby tylko pomóc to miało w realizacji porządku prywatnego do końca. Nawet jeśli akt ten w świecie, w którym umieścić zamierzam Xawego, zaprowadzania takowego zabrania i jednoznaczny jest aktowi chuligańskiemu, a tak zapewne — przynajmniej na początku — będzie mogło się wydawać samemu zainteresowanemu… cokolwiek by zresztą się jemu nie wydawało — akurat najmniej mnie jego los interesuje w tym wszystkim — grunt, żebym w ramach waszego spotkania tego gruntu nie tracił ja, bo nie skłamię chyba gdy wyznam — i na tym zakończmy wynurzenia narratora — iż zapędziłem się nieco wewnątrz tego, co jeszcze niedawno znajomi moi i bliscy kręcąc głową z pewnym wstrętem zwykli byli nazywać dzisiejszością, jakoby rzekomo za nią nie nadążali, podczas gdy jeden spośród nich rzucić musiał zaklęcie — to niewątpliwie ono zadecydowało, że zawładnął nią — ową dzisiejszością — a mnie wyprowadził w las samym tylko kokieteryjnym tonem jak marchewką, za którą zapędziłem się tutaj, zjadłem ją i oto jestem, dogoniłem dzisiejszość, pośrodku tego lasu, a tyś mnie zdrajco przygnał do niego znając moją skłonność do alfa-karotenu i nałogowy pęd mój wykorzystał, wywiódł w las mnie pęd ów i wiara w twoje intencje — przyjacielu niedzisiejszy — wobec czego zostałem sam — z kijem. Na szczęście: czego kamery nie widzą, tego duchom mnie żal — jak mawiać zacznie niebawem Xawy, którego zdecydowaliśmy się ja i moi nowi sojusznicy posłać po ciebie, bo — prawdą a Bogiem — klnę się na wszystko i nie pomoże tobie żadne kłamstwo, żaden paradygmat nie będzie mi kłodą rzuconą pod nogi przez etykę, boś ją draniu przeetykietował pod siebie, żadna więc moralność nie będzie mi stała na przeszkodzie, gdy już ustalę twoje prawdziwe personalia, kanalio, aby Xawery w moim imieniu nafaszerował cię fałszem.

Do zobaczenia tam, gdzie ścierać się będziemy jak surowe marchewki na przerdzewiałej tarce czyjejś prababki, najdroższy mój i wierny przyjacielu, do zobaczenia: po środku — tam gdzie niechybnie się rozstałeś ze mną — pewnie wiesz gdzie — ja wiem tylko, że to tam przywitam cię ze szczerą radością i z otwartymi ramionami przekażę ci ten kij, a ty będziesz miał niewiele czasu, by ustalić którą ręką pierwszą cię przywitam, no ale-ale: lepiej nie uprzedzajmy Xawerego. Byłby niepocieszony faktem, że jako twój eskortujący będzie musiał drugie pół drogi pokonywać z tobą nieprzytomnym na plecach, bo śmiem podejrzewać iż znudzony będziesz naszym spotkaniem na rogu Świata i Nieskończoności.

Żartuję — oczywiście!

Tak naprawdę to spotkamy się tam, gdzie marchewka mrożona miesza się z groszkiem, ale gdzie groszek z jakiegoś powodu częściej zostaje od marchewki…”

Nic z tego nie zrozumiał. Czyżby Xawy zwariował? Ale coś go tknęło.

— Xawery, to nie twój charakter pisma. Skąd to masz?

— Mówiłem, z szuflady.

Lubik czytał dalej.

„Ale on zaraz wyruszy, bo głupi wcale nie jest, on jest po prostu fikcyjny, gdy go poznasz, nie uwierzysz w to zapewne, no i wiesz co? no i — vice versa: bo on na pewno także w to nie uwierzy, tj. w ciebie: żeś żyw — ale heca: żywy może wierzyć, a martwy być żywym; fikcyjny tęskni do zmarłych, doceniając, że to oni ich za życia wyśnili… — i pomyśli, że fikcyjny świat nie był wcale jednak taki zły, by go naraz piorunem porzucać — piorunem również pojmie, zrozumie — mam nadzieję — i zechce wracać tu z tobą, ale na pewno, gdy tylko dotrze do niego — empirycznie — tak właśnie będzie. Zresztą: czekam na was obu. Powiedz mu to i przypominaj w trakcie czytania tego listu w zamian za to, że ci nim wypełniam wolne chwile i rzucam trochę światła na sprawę.

Że materię wampirją pokryte i że trzoda w niej ma swoje zwykłe ludzkie sprawy i że one się rozgrywają tam, gdzie trwa przepychanka o wielkie koryto — ty jemu tłumacz, ja nie potrafię i nie tego potrzebuję, lecz ciebie — tutaj. Jeśli zdołasz go przekonać, wyślę kolejnego może… nie wiem jeszcze. Wątpię jednak, bo…

Wyobrażasz sobie? Pchać się przez tłum, coraz szerzej uśmiechając, śmiejąc, płacząc niemal ze śmiechu i widząc jak gęstnieje on wokół i że te wszystkie dookoła na miarę szyte ubrania i zapachy są trwałe i że trzeba rozpychać się w nim, że zaboli, gdy ktoś na odcisk nadepnie, a nie jak tutaj, że po prostu rozprujesz mgłę przed tobą swą myślą i że męczyć cię będzie to miejsce, gdy na nie patrzysz, bo jest jednolitą smugą dopóki się nie spaczy i nie rozproszy należytą masą.

Droczę się, gdy tymczasem Xawery aż przebiera nogami, aby wyruszyć już i co prędzej cię poznać, wobec czego kończę powoli ten nieco przydługi list do ciebie, bo sam jestem niezmiernie ciekawym, do kogo właściwie powinien być on zaadresowany i — u diabła — nie wiem, nie mam pojęcia kto z was się nim okaże, to przecież dopiero ma ustalić mój szpieg na drodze zaawansowanych a fikcyjnych badań jałowych, ale wierzę, że mu się to uda, dałem mu naprawdę dobry motyw, najlepszy z możliwych, niemożliwie skuteczny i on chyba naprawdę zamierza odszukać cię — gdziekolwiek i kimkolwiek jesteś — na podstawie samych tylko tropów, jakie mam do dyspozycji ja — będący na skraju załamania: ja — jak sądzą niektórzy — narrator. I jakkolwiek pomylone mi się wydawało to wszystko na początku, tak teraz dałem się przekonać subtelnym a zakrawającym na — rzekłbyś — psychozę maniakalną — podszeptom, które najpierw długo między sobą dyskutowały sprawę, ale w miarę jak ty się oddalałeś wraz z całym światem jeńców, w którym czujesz się pewnie i bezpiecznie, oraz mogąc udawać, żeś jednym z nich — otóż proporcjonalnie do tego zmniejszały się innego rodzaju dystanse, jest to jednak jedna z nielicznych rzeczy, o których mówić nie mogę nigdy nikomu ani nigdy, przenigdy, nawet zostając sam w czterech wymiarach, a nawet zwłaszcza wtedy: cho-sza! — chodzą bowiem słuchy, że duchy tego nie lubią — i chyba nie sposób dziwić im się, od tego przecież zależy cała ich wywiadowcza skuteczność i powodzenie przynajmniej tej konkretnej ich duchowej misji — to jest: naszej — operacyjno-mentalnej.”

Lubik oderwał się od listu, ale Xawerego już nie było. Co to za brednie? Jak macha się kołem? Szybko wsadził kartki do szuflady.

— Xawery?

Był już w pobliskim parku. Rozejrzał się i zamyślił. Którędy tu przyszedł? I po co? Kiedy? Skręcił papierosa i wyjął lakier do paznokci zamiast zapalniczki. Oraz klucz. Zapalniczki zapomniał. Wykonał kilka rutynowych kroków wzdłuż linii pól siłowych, zatoczył się lekko przy trzeciej. I myślał. Znów wyjął klucz, po czym ruszył żwawo alejką. Gdy skręcał w uliczkę zgasł rząd latarń.

W sklepie kupił zapałki. A ten klucz… on musiał być do jakiś drzwi. Wrócił po piwo, obiecując, że odda 50 groszy i usiadł na murku, pod starą wiśnią. Skoro go znalazł… a to było pod kamienicą Lubika, więc...przypadek? Lokalny, zapewne. Tylko który lokal?…

Syknął piwem i szybko przepił zarodek planu. Nie można tak komuś, do mieszkania… absolutnie. No, ale jeśli ktoś potrzebuje pomocy? Nie! Za włamanie grozi wyrok! Ale można zawsze zadzwonić do drzwi i…a jak coś zginie, to powiedzą, że podrobiłem klucz… wyrzucić?

Zeskoczył i machnął ręką. Która jest godzina? Trzecia… i tak wszyscy śpią. Capnął piwo i polazł do kamienicy. Na szczęście czujniki były zepsute, panował więc mrok. Spod niektórych drzwi biła aura strumieni energetycznych, sterowanych za pomocą dziwacznych, acz pożądanych instrumentów nadawczych, zwanych telewizorami. Wzdrygnął się i omijał je. Sience fiction już dawno wyprzedziła rzeczywistość, możemy więcej, niż jesteśmy w stanie wymyślić… ba! Maszyny myślą już nad tym za nas! Po cichu wsadzał klucz do zamków mieszkań, w których panowała cisza, aż trafił. Drzwi puściły lekko, bez zgrzytu.

Gdy wszedł oddech wstrzymany, światła nie palił, szedł jak zatrzymany. Znał to miejsce, widział już gdzieś… wieść niesie, że miejsca zatrzymane są skazane na milczenie…

Doszedł za drzwi. Ciiiii… nie budzić cienia. To bez znaczenia, czy dojdę, czy się złapię na wpatrywaniu w lampę. Zaświeci? Ciiii…

Macał meble po klamkach i blatach, za rogi łapał. Gdy doszedł do szuflady… wiedział. To list go przyciągnął, jak drzewo korzenie, czekał ukryty, w zapomnieniu, choć wciąż żywy. Kolejny płód nieśmiertelności. Skąd wiedział? Szybko ukrył w kieszeni i wracając trącił donicę z kaktusem. Błysk.

— Xawy, dlaczego mi łazisz po nocy?

Lubik wytrzeszczał zaspane oczy.

— Klucz?

Xawery wyjął klucz i…

— Zaraz! To moje mieszkanie!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28