E-book
17.33
drukowana A5
18.9
drukowana A5
Kolorowa
39.55
PAPROSZEK

Bezpłatny fragment - PAPROSZEK


Objętość:
41 str.
ISBN:
978-83-8431-887-4
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 18.9
drukowana A5
Kolorowa
za 39.55

Bajka została przeze mnie napisana w ramach konkursu „Piórko 2023”, którego nie traktowałam jako szansę, ale jako motywację. Jednak gdyby nie spędzone wspólnie z moimi dziećmi cudowne wieczory, podczas których wymyślałam dla Nich opowiadania, ta historia nigdy by nie powstała.


Bajkę dedykuję Moim Synom — Patrykowi oraz Krystianowi.

1. Zeżarłem kawałek sufitu i dostałem nowe imię

Młodziutki samiec nimfy opuścił swoją rodzinę i zamieszkał w nowej klatce. Był żółty, miał dwa rumieńce i cudowny grzebień z piórek, który prezentował w całej okazałości w zależności od nastroju (najbardziej, kiedy był zaciekawiony, albo się złościł). Był ufny i nikogo nie dziobał.

Najpierw zachwycił sobą wszystkich domowników. Potem rozczulił, a następnie rozkochał w sobie na amen.

Postanowiono nazwać go „Paprotek”. W zasadzie to imię wymyślono dla niego, zanim jeszcze zamieszkał w nowym domu, ale nie zdążył się nim nacieszyć, ponieważ w ciągu jednego wieczoru stał się Paprochem.

A doszło do tego w następujący sposób:

W trakcie obchodu po sypialni, Paprotek oceniał zawartość pokoju pod kątem tego, co można by zjeść, podziobać, skubnąć i zepsuć. Najpierw przysiadł na obrazie i w okamgnieniu oderwał kawał drewnianej ramki. Nawet specjalnie nie pobawił się zdobyczą, tylko pokręcił ją chwilę w dziobku, tylko po to, by za chwilę z obojętnością wypluć fragment drewna.

Potem zawisł na haftowanej w złote kwiaty firance. Ćwierknął po papuziemu, co w jego narzeczu oznaczało umiarkowane zainteresowanie, a potem skupił się na odgryzieniu kolorowego kwiatka. Wtedy z interwencją wkroczył Tata dwójki nieletnich Muzyków i jednym zdecydowanym ruchem ręki dał Paprotkowi do zrozumienia, że obgryzanie kwiatków na firance nie jest w tym domu mile widziane.

Młody Paproch (chwilowo jeszcze „Paprotek”) pisnął przeraźliwie i błyskawicznym lotem zbuntowanego anioła czmychnął na toaletkę z kosmetykami. Biegał po niej przez jakiś czas, potykając się o perfumy, dezodoranty i wiklinowe zwierzęta, niektóre z nich strącając na podłogę. Przez chwilę interesował się piękną sarenką. Skubnął wykonane z cienkich gałązek uszy i w tej samej chwili sarenka spadła na podłogę, a wraz z nią jedna z jej odłamanych nóżek. Przerażony swym haniebnym czynem Paprotek usiadł na głowie dużej, wiklinowej żaby, której brzuch był pełen przywiezionych znad morza muszelek. Na szczęście nie zdążyła spaść z toaletki, gdyż do pokoju wkroczyła poirytowana Mama i spojrzała groźnie najpierw na Paprotka, a zaraz potem w stronę Taty, dając w ten sposób wszystkim do zrozumienia, że jej cierpliwość to latawiec na cienkiej tasiemce, który za chwilę się zerwie.

Tata zamierzał zamknąć ptaszka w klatce, ale nasz żółty bohater do klatki wracać nie zamierzał. Fruwał od firanki do szafy, od szafy do obrazu, od obrazu do żyrandola, z żyrandola na karnisz. I tak w kółko. W tym czasie domownicy biegali jak opętani po całej sypialni, potykając się o dywan, lub wpadając na siebie. Podczas nieudolnych prób schwytania Paprotka, zrzucali z szafek różne przedmioty — te, których ptaszek jeszcze nie zdążył przewrócić. Paprotek fruwał tak długo, aż się zmęczył.

Przyglądając się domownikom z wysoka, oddychał głośno i szybko. No bo gdzie przysiadł nasz bohater? Bynajmniej nie w zasięgu rąk swojej nowej rodziny. Usiadł tak wysoko, żeby nikt nie zdołał go pochwycić, czyli na szczycie wielkiej szafy z nadstawką, która sięgała prawie pod sam sufit. Nastroszył swój papuzi czubek i spoglądał szyderczo na zgromadzonych w sypialni domowników, popiskując przy tym głośne: „pi, pi, pipiipiiipipiiiiipppppi” — zupełnie, jakby to był alfabet Morse’a i chciałby przez niego powiedzieć: „Tu jestem, nie złapiecie mnie, ofermy!”.

Na nic zdały się czułe słówka Mamy, groźby Taty i prośby Muzyków. Paprotek nie reagował. Kiedy ktoś z domowników zbliżał się do szafy, ptaszek oddalał się na sam jej koniec i nisko pochylał. Jego obecność na szczycie mebla zdradzało tylko nerwowe popiskiwanie.

Nikt z domowników nie chciał denerwować ptaszka i łapać go wbrew jego woli, więc postanowiono zostawić go w spokoju.

Po pewnym czasie Paprotek rzeczywiście się uspokoił. Przestał łapczywie łapać powietrze i podreptał na skraj szafy blisko przyklejonych do sufitu styropianowych kasetonów. Pisnął radośniej niż wcześniej i natychmiast z zapałem przystąpił do inwazji. Ptaszek pracował szybko i wytrwale w pętli powtarzalnych czynności: stanąć na jednej nóżce, wyciągnąć szyję do góry, złapać dziobkiem za kaseton, wyrwać z niego styropianową kulkę, pokręcić chwilę w dziobku, wypluć, stanąć na drugiej nóżce, wyciągnąć szyję, złapać dziobkiem za wyszczerbiony styropianowy kwadrat, wyszarpać z niego styropianową kulkę, pokręcić nią chwilę w dziobku, wypluć, stanąć na jednej z nóżek… I tak w kółko.

Rozbawiony Tata przez chwilę przyglądał się pożerającemu fragment sufitu ptaszkowi. Mama stała z nieodgadnioną miną i nic nie mówiła, co zazwyczaj wróżyło jeszcze większe kłopoty, niżby wyrzucała z siebie lawinę przestróg.

A Paprotek? Pracował tak wytrwale, jakby stał się uczestnikiem zawodów w nowej dyscyplinie sportowej: inwazji na kasetony. W efekcie jego śmiałych poczynań sufit zaczął przypominać szwajcarski ser, a podłoga pokryła się styropianowym śniegiem…

— Zróbcie coś! — przerażony Pianista Młodszy wykrzyknął wprost do ucha Taty. Przecież Paprotek zeżre nam całą ścianę, a potem kto wie, co jeszcze? Zje moje puzzle, a jak mu tego będzie mało, to może nawet łóżko?

Przyglądający się wytrwałej pracy Paprotka Tata wybuchnął gromkim śmiechem (na tyle gromkim i nagłym, że wszyscy spojrzeli na siebie przerażeni tym, co też taki donośny i niespodziewany śmiech mógłby dla nich oznaczać). A Tata śmiał się dalej — trwało to tak długo, aż w końcu zasapany usiadł na kanapie. Potem spojrzał na pierzastego stwora i powiedział łagodnie:

— Paproszek, przestań skubać ścianę.

A ptaszek nic sobie z prośby Taty nie robiąc, dziobał zawzięcie dalej, powiększając tym samym ilość dziur w serze szwajcarskim, przepraszam — w suficie, który powoli stawał się imitacją szwajcarskiego przysmaku.

— Paproszek! (tym razem w głosie Taty nie było już łagodności) — natychmiast przestań!

Ptaszek ćwierknął po papuziemu i lekko przechylił główkę, jakby zastanawiał się, jaka emocja jest w nim silniejsza: strach przed Tatą, czy chęć wyskubania jeszcze większej ilości styropianowych kulek.

— Paproch!!! — Tata podniósł się z kanapy (podniesienie się z kanapy przez Tatę oznaczało mniej więcej to samo, co nieodzywanie się prze Mamę, więc reszta domowników w postaci Pianisty Młodszego oraz Perkusisty Starszego zamarła w oczekiwaniu Katastrofy).

Paproch wykrzyczał swoje „Pi!” w taki sposób, jakby chciał powiedzieć „Odczep się” i zdaje się, że tak również odebrał to Tata, bo jednym susem znalazł się tuż pod szafą, na której siedział Paproszek.

— Ja ci pokażę! — Tata rozpoczął niekończący się Maraton, w którym głównie rozdeptywał styropianowe kulki. Paproch w tym czasie tupał, piszczał i strącał resztę kulek na głowę Taty.

Tego już było Tacie dość. Zdenerwowany poszedł do ogrodu, by za chwilę wrócić z powrotem, taszcząc ze sobą długi, brzozowy kij.

— Ale Tato! Ty chyba nie chcesz przecież… — błagalnym wzrokiem pytał Perkusista Starszy.

— Daj spokój ptaszkowi — przerwała milczenie Mama — ostatecznie te kasetony nigdy mi się nie podobały.

— Nic mu nie zrobię, może usiądzie na kiju i w ten sposób uda mi się go nakłonić do powrotu do klatki — powiedział Tata.

Nakłanianie Paprotka, przepraszam, Paprocha do wejścia na brzozową gałązkę trwało około godziny. Ptak fruwał po całym pokoju, aż się tym fruwaniem zmęczył. W końcu pozwolił się wprowadzić do klatki, ale w ramach protestu nie tknął ani jednego ziarenka z plastikowej miseczki. Napił się odrobinę wody, wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk w klimatach niezadowolenia i zasnął. We śnie popiskiwał dalej, tym razem buntowniczymi papuzimi dźwiękami. Może śniła mu się dalsza inwazja na sufit?

— Ptaszek zasnął — oznajmiła z ulgą Mama. Szkoda tylko, że nic nie zjadł. A jeśli jutro też nic nie zje i pojutrze i już nigdy? Może tęskni za domem?

— Przestań się zamartwiać i idź spać — powiedział Tata. — A na was też już pora (zwrócił się do Muzyków).

— Ale wiesz…. ładnie zwróciłeś się do Paprotka. — Jak go nazwałeś? — spytała Mama.

— Paproch — obojętnie odpowiedział Tata.

— Podoba mi się! — wykrzyknęła entuzjastycznie Mama. — To może niech już tak zostanie? Nazwiemy go Paproszek. Co wy na to chłopaki?

— Tak, tak! Niech będzie Paproszek! — odpowiedzieli zgodnie chłopcy.

Paproszek niespodziewanie otworzył jedno oko, jakby upewniał się, że jego sytuacja nie uległa żadnej poprawie. Niemal po chwili zaczął cichutko zgrzytać dziobkiem. To oznaczało, że szykuje się na wielogodzinny odpoczynek.

2. Wynoś się, bo będę syczał!

Minął miesiąc — Paproszek został oficjalnie uznany za oswojonego. Polubił wszystkich domowników ze szczerą wzajemnością. Wydawał się być szczęśliwy kiedy wykonywał swoje codzienne rytuały: śpiewał do lusterka, przeskakiwał z żerdki na żerdkę, bawił się plastikowym dzwoneczkiem, podgryzał drabinkę i inne klatkowe akcesoria. Klatka była duża, przestronna, wyposażona w wiele ptasich zabawek i co najważniejsze — o stałych porach donoszono do niej jedzenie.

Mama zamartwiała się, że Paproszek jest w klatce sam i na pewno jest mu smutno. Dlatego ucieszyła się z niespodziewanego prezentu od sąsiada w postaci małego, żółciutkiego jak wielkanocny kurczaczek, pięknie śpiewającego kanarka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 18.9
drukowana A5
Kolorowa
za 39.55