ROZDZIAŁ I Brudna łyżka
W kuchni czuć było zapach cynamonu i przypalonego mleka, chociaż nikt niczego nie gotował. Pan Janusz siedział sam przy stole warsztatowym, dłubiąc paznokciem w zaschniętym kleksie lukru na fartuchu. Lewa ręka leżała bezwładnie na blacie. Prawa, ta bardziej „jego”, trzymała drewnianą łyżkę — ale nie po to, by nią mieszać. Gładził jej wypukłe krawędzie, jakby to była kierownica jego własnej cukierniczej kariery.
— Janusz, mówiłam — najpierw ręce, potem praca — odezwała się Laura, terapeutka, zerkając na niego spod okularów.
Pan Janusz westchnął przeciągle.
— Ale ja myłem wczoraj.
— A dziś mamy dziś — odpowiedziała z uśmiechem, lecz stanowczo.
Wstał z oporem, zbyt ciężki w sobie, zbyt zmęczony na samą myśl o chodzeniu do łazienki. Zostawił łyżkę na stole. Szurając stopami, ruszył powoli w kierunku drzwi, ale po chwili zawrócił i wrócił na miejsce.
— Mogę tylko ciastko ozdabiać?
— Najpierw higiena — powtórzyła Laura. — Dziś robimy kruche ciasteczka. A jutro może… pączki?
Janusz uniósł brwi. W jego oczach przez chwilę zamigotała iskierka. Pączki to był świat. Babcia robiła najlepsze. A on kiedyś — to pamięta dobrze — mieszał ciasto jedną ręką. Babcia mówiła:
„Nie szkodzi, że tylko jedną — ważne, że sercem.”
Ale teraz nikt go nie potrzebował w kuchni. W domu mama już wszystko gotowała, nawet jak mówił, że sam zrobi jajko. Tato tylko powtarzał: „Zostaw, Januszek, niech mama zrobi.”
W łazience lustro pokazywało go takim, jakim nie chciał się widzieć — potargane włosy, lekko krzywe okulary i koszulka, którą mama dała jeszcze rano, ale już miała plamę po czekoladzie. Mydło wypadało mu z dłoni. Woda była zimna, jak zawsze.
— Przecież i tak nie będę lekarzem — powiedział do siebie szeptem.
Kiedy wrócił do sali, coś było nie tak. Jego łyżka zniknęła.
Spojrzał na stolik. Nie było jej. Ani na stole, ani na podłodze.
— Gdzie jest moja łyżka?! — krzyknął nagle, gwałtownie. Twarz poczerwieniała mu od gniewu, a lewe ramię drgnęło jak w szarpnięciu.
Laura podeszła spokojnie, trzymając coś za plecami.
— Zabrałam ją, żeby ci pokazać, co można zrobić z jedną ręką, jeśli się naprawdę chce — powiedziała i… podała mu miseczkę z różowym kremem, na której widniał napis wyciśnięty z lukru:
„PLAN J.”
— Od jutra zaczynamy Twój własny projekt. Ale tylko, jeśli dziś umyjesz ręce.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Czasami najprostsze czynności — jak umycie rąk — stają się punktem zapalnym większego oporu, który ma swoje źródło nie w niechęci do higieny, ale w potrzebie sprawczości i autonomii. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną, wyręczane na co dzień, mogą stawiać bierny lub aktywny opór wobec wymagań, które kojarzą się z kontrolą lub upokorzeniem.
Warto wtedy zaoferować coś „swojego” — projekt, pomysł, zadanie, które choćby symbolicznie odda im ster.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ II Babcia mówiła „po swojemu”
Pan Janusz siedział już przy stole, z dłońmi suchymi od papierowych ręczników i jeszcze lekko wilgotnymi od złości. Łyżka wróciła. Ale miseczka z napisem „PLAN J.” zniknęła tak nagle, jak się pojawiła.
— Może mi się przewidziało? — szepnął.
Ale przecież krem był prawdziwy. I smak truskawkowy. Prawdziwy jak wspomnienie.
Babcia Janka mówiła dziwnie. Zamiast „cukier”, mówiła „cukier z górki”, a zamiast „ciasto” — „placuszek dla serca”.
— Taki, co się nie piecze tylko kocha — mawiała.
To ona nauczyła Janusza mieszać jedną ręką. To ona sadzała go na krześle z poduszką i mówiła:
— Tu masz rondel, tu masz moje oczy, a tu masz rękę. Użyj której chcesz.
I Janusz używał. Mieszanie budyniu było jak czarowanie pogody: najpierw gęsto, potem lżej, potem zapach. A potem zawsze mówiła:
— Zrób coś po swojemu.
Tylko babcia tak mówiła. I tylko babcia go tak słuchała, jakby nie miał ograniczeń. I tylko przy niej nie czuł wstydu, że jego ręka czasem „robi co chce”.
Zmarła trzy lata temu. Ale Janusz wciąż do niej mówił — czasem w myślach, czasem pod nosem. Zwłaszcza gdy się bał. A dziś się bał. Bo w grupie był Łuki.
Łuki miał czapkę z daszkiem, której nie zdejmował nigdy — nawet podczas smażenia racuchów. Mówił głośno i zawsze wszystko komentował.
— Janek znów z łyżką gada! — krzyknął, siadając naprzeciwko. — Może on z tej łyżki planuje rakietę zrobić?
Kilka osób się zaśmiało. Basia — najmłodsza w grupie, z zespołem Downa i sercem jak z waty cukrowej — posłała Januszowi ciepły uśmiech.
— A może z tej łyżki zrobi prezent dla kogoś, kto umarł? — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do grupy.
Laura, która właśnie rozkładała fartuchy, tylko spojrzała. Czasem nie trzeba mówić nic.
Janusz wstał i wyszedł bez słowa. Nikt go nie zatrzymał. Poszedł do szatni, do swojej półki. W kieszeni kurtki miał złożony na cztery kartki tajny zeszyt — taki, który nikt nie powinien widzieć.
Zeszyt miał tytuł: „Operacja Babeczka”.
I wtedy postanowił, że do końca roku zrobi coś takiego, że babcia — gdyby żyła — wstałaby z ławki w niebie i biła brawo.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Wprowadzenie grupy uczestników zawsze oznacza uruchomienie dynamiki społecznej, która może wydobyć zarówno zasoby, jak i deficyty osoby uczestniczącej w terapii. Osoby o mniejszych kompetencjach interpersonalnych mogą stać się celem złośliwości czy wykluczenia — często nieświadomego, nieintencjonalnego.
Obrona godności uczestnika nie zawsze wymaga natychmiastowej reakcji — czasem warto pozwolić, by grupa sama dostrzegła i skorygowała zachowanie. Wspieranie wewnętrznych zasobów emocjonalnych, jak wspomnienia o bliskich, może pełnić funkcję regulującą i mobilizującą.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ III Operacja Babeczka
W zeszycie, pomiędzy stroną z rozmazanym rysunkiem muffinki a naklejką z pączkiem, Janusz napisał dziś trzy słowa wielkimi literami:
„UPIEC I ZROZUMIEĆ”
Tyle mu się przyśniło. Dosłownie. Babcia stała w jego śnie w fartuchu z czerwonymi makami i powiedziała:
— Janek, musisz coś upiec, żeby ktoś zrozumiał. Ale nie byle co.
— Ale kto, babciu?
— Sam się dowiesz.
Obudził się z mokrym karkiem i poduszką wilgotną od łez.
W warsztacie kuchennym unosił się dziś zapach jabłek i cynamonu. Laura rozdawała przepisy i włączyła radio cicho, na klasyczną muzykę. Łuki coś pod nosem marudził, Basia już układała jabłka w rządki, a Krystian — chłopak z porażeniem mózgowym — siedział przy blacie i stukał rytmicznie palcem, jakby grał melodię, której nikt nie słyszał.
Janusz milczał. Dostał fartuch, ale nie założył go. Usiadł obok miski, spojrzał na jabłka i nagle wstał.
— Pani Lauro…
— Tak, Januszku?
— Ja dzisiaj nie będę robić tych jabłek.
— A co byś chciał?
Zawahał się.
— Mogę zostać z tyłu? Muszę coś zapisać.
Laura uniosła brwi, ale nie zaprotestowała.
— Tylko spokojnie. I z dala od piekarnika.
W pustej sali, z tyłu ośrodka, Janusz wyjął zeszyt. Pomyślał: To musi być coś, co babcia kochała. Coś, czego nikt nie zna. Coś, co nie tylko smakuje, ale mówi: „Jestem ważny.”
Zaczął szkicować. Najpierw ciasto.. Ale nie zwykłe. Warstwowe. Z niespodzianką w środku. W każdej babeczce — inna wiadomość. Jak ciasteczko z wróżbą. Ale nie wróżba — prawda o kimś z grupy. Coś dobrego. Coś, co inni nie zauważają. Babcia mówiła:
„Słodycz jest dobra tylko wtedy, kiedy się nią dzielisz.”
I wtedy Janusz zdecydował. Upiec po jednej babeczce dla każdego z grupy. Każda z wiadomością. Tajną. Tylko dla tej osoby. Ale zanim to zrobi… musi wszystkich zrozumieć.
I tak zaczęła się Operacja Babeczka.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Wspomnienia i sny mogą stać się źródłem konstruktywnej symboliki, szczególnie u osób z ograniczeniami poznawczymi, ale bogatym światem emocjonalnym. Umożliwienie działania „na uboczu”, poza formalnym zadaniem grupowym, bywa pierwszym krokiem do sprawczości i samodzielności decyzji.
Pojawienie się tajnego planu — nawet jeśli z początku może wydawać się zabawny lub nierealny — warto potraktować jako potencjał do rozwoju inicjatywy, empatii i kreatywności.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ IV Zrób ciastko dla wroga
Janusz ukrył zeszyt głęboko w plecaku, za termos i paczkę czipsów, których i tak nie powinien był jeść. Dziś postanowił zacząć. Tak jak babcia mówiła:
„Nie możesz piec dla ludzi, których lubisz. Zacznij od tych, za którymi nie przepadasz. To jest prawdziwe pieczenie.”
Pierwszy na liście był Łuki.
Łuki był głośny, zadziorny i miał dziwny śmiech, który przerywał nawet ciszę, której nikt nie zauważał. Mówił wszystko, co pomyślał — nawet jeśli było to nieprzyjemne, krzywdzące, niepotrzebne. W sali plastycznej nazwał rysunek Basi „bazgrołem”. A w ubiegłym tygodniu, gdy Krystian się poplamił, powiedział:
— Ej, ktoś tu się znowu urodził nie w tej kolejce!
Janusz nie lubił go. Bał się go. I właśnie dlatego miał mu upiec pierwszą babeczkę.
Tylko… co napisać?
Obserwował Łukiego ukradkiem przez trzy dni. Udawał, że coś notuje, ale notował wszystko: jak Łuki zawsze siadał pod kaloryferem, jak poprawiał czapkę tylko wtedy, gdy ktoś mówił o jego mamie. I jak w piątek, po zajęciach, przyszedł do sali kulinarnej sam, gdy wszyscy już wyszli.
Myślał, że nikt go nie widzi. Ale Janusz został za drzwiami.
— Cześć, babciu — powiedział Łuki do pustego stołu. — Chciałbym dzisiaj zrobić te racuchy, co robiłaś. Ale pani Laura mówi, że musimy według przepisu… A ty przecież nigdy przepisu nie miałaś.
Janusz zamarł. Przez chwilę nie był pewien, czy słyszy dobrze. Bo przecież Łuki… miał też swoją babcię.
Tamtej nocy Janusz nie mógł zasnąć. Wziął zeszyt. Napisał jednym palcem, powoli:
„Nie każdy, kto głośno mówi, chce krzywdzić. Czasem krzyczy, żeby nie płakać.”
Pod spodem dodał:
„Dla Łukiego: babeczka z jabłkiem i cynamonem. Jak u babci.”
I dopisał:
„Nie zdradzać planu. Nigdy. Nawet jeśli się boję.”
Rano, zanim wyszedł, spojrzał na zdjęcie swojej babci. Stało obok jego łóżka, w ramce z makami.
Uśmiechała się ciepło, jakby wiedziała wszystko.
I wtedy sobie przypomniał, co powiedziała mu kiedyś, gdy był mały i płakał, że dzieci w szkole mówią na niego „koślawy”:
— To nic. Ty masz w sobie cukier, którego oni jeszcze nie poznali.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Niektóre osoby, szczególnie z trudnościami w komunikacji lub zaburzeniami funkcji poznawczych, potrzebują symbolicznego języka, by poradzić sobie z relacjami. Zadanie terapeutyczne nie zawsze musi być dosłowne — czasem ukryta forma ekspresji, taka jak tajny zeszyt, fikcyjny plan, czy pieczenie „dla kogoś”, staje się bezpiecznym pomostem do kontaktu z emocjami, także tymi trudnymi jak gniew, lęk czy zazdrość.
Obserwacja bez oceny — to narzędzie, które warto kształtować.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ V Plan Janusza
Janusz siedział w milczeniu przy kuchennym stole. Przez uchylone okno wpadały odgłosy miasta — dzieci grające w piłkę, szczekanie psa, śmiech sąsiadów. Ale on nie słyszał nic. Jego wzrok wbity był w jeden punkt na blacie, a palce nieświadomie obracały stary breloczek — plastikową różę z odpustu, której kolor dawno już wyblakł.
Nagle przed oczami pojawiła mu się ona.
Babcia.
Siedziała na werandzie ich starego domu, otulona wełnianym szalem. W dłoni trzymała różę — świeżo zerwaną z ogrodu. Uśmiechała się, choć była już wtedy bardzo chora. Z trudem mówiła, ale każde słowo było jak przesłanie.
— Janusz… pamiętaj… najważniejsze to nie przejść przez życie jak przez korytarz. Musisz zostawić ślad. Nawet jeśli nikt cię nie zrozumie. Nawet jeśli będą się śmiać. Idź.
Ręka Janusza zadrżała. Breloczek wypadł mu z dłoni i stuknął o blat.
Wstał. W jego oczach pojawił się błysk — nie ten nerwowy, który znali jego znajomi, ale iskra decyzji.
Podszedł do szafki, wyjął z niej swój notes. Zaczął spisywać coś nerwowo — punkty, zadania, nazwiska. Miał plan. Konkret.
To była Operacja Babeczka, ale zmodyfikowana. Miała dwa poziomy:
Pierwszy — rozszyfrować dusze uczestników warsztatu i stworzyć dla każdego z nich smak i wiadomość, która poruszy serce.
Drugi — zorganizować dzień otwarty warsztatu, ale nie taki zwykły.
To miał być dzień, w którym każdy z nich stanie się terapeutą — dla kogoś z zewnątrz. Gdzie to nie opiekunowie pokażą, co potrafią osoby z niepełnosprawnością, ale sami uczestnicy będą prowadzić zajęcia. A na koniec — poczęstunek.
Janusz wiedział, że to niemożliwe. Wiedział też, że niemożliwe rzeczy często się udają, jeśli nikt nie wie, że są niemożliwe.
Następnego dnia, zaraz po zajęciach, podszedł do Laury.
— Pani Lauro… gdybyśmy zrobili dzień otwarty?
— Dzień otwarty? — zdziwiła się. — Ale my mamy plan miesięczny, są zajęcia, decyzje, budżet…
— Nie musi pani nic robić — powiedział, wbijając wzrok w ziemię. — Tylko… proszę pozwolić mi coś zaplanować. Po cichu.
Laura nie odpowiedziała od razu. Ale po chwili skinęła głową.
— Tylko pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Że nikomu nie zrobisz przykrości. Nawet sobie.
Janusz odwrócił się, nie odpowiadając. Bo nie był pewien, czy potrafi.
Tego wieczoru znów usiadł nad zeszytem. Wyjął z koperty małą naklejkę — różę. Taką samą jak ta, którą kiedyś babcia przyczepiła mu do ręki przed konkursem plastycznym. Nakleił ją na wewnętrznej stronie okładki.
Symbol odwagi.
Napisał:
„Każdy z nich coś ukrywa. Każdego coś boli. Ale nikt tego nie mówi. Ja też nie mówiłem. Teraz chcę, by to, co ukryte, znalazło smak. By to, co bolesne, miało nazwę. I by chociaż przez chwilę — każdy poczuł się potrzebny.”
Potem dodał na osobnej kartce:
Cele operacji:
1. Zrozumieć każdego.
2. Dla każdego stworzyć własną wiadomość.
3. Przekonać panią Laurę do dnia otwartego.
4. Przygotować 10 babeczek — każda inna.
5. Nie zdradzić się.
Spojrzał w okno. Padał deszcz.
Ale on czuł, jakby właśnie wstało słońce.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Osoby z niepełnosprawnością intelektualną bywają traktowane jako bierni odbiorcy wsparcia. Tymczasem posiadają one wewnętrzne strategie, mechanizmy obronne i zasoby, które — jeśli odpowiednio uruchomione — mogą prowadzić do zdumiewających aktów twórczych i społecznych.
Janusz nie tylko planuje „dla siebie” — on planuje dla innych, o innych i poprzez innych. Zdolność do autonomicznego tworzenia planów zintegrowanych z wartościami osobistymi i doświadczeniami emocjonalnymi to wysoki poziom dojrzałości społecznej — niedoceniany, a możliwy nawet w ograniczeniach poznawczych.
Terapia zajęciowa powinna tworzyć przestrzeń, w której osoba może być sprawcza — nawet jeśli ta sprawczość jest symboliczna lub ukryta.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ VI Babeczka dla Basi
Basia zawsze pachniała wanilią. Nie wiadomo, czy to zasługa perfum, balsamu czy po prostu jej obecności. Miała notesik z jednorożcem, w którym codziennie notowała „3 rzeczy miłe”. Dziś zapisała:
1. Janek się do mnie uśmiechnął.
2. Były kluski.
3. Pani Laura miała kolczyki w kształcie jabłek.
Janusz patrzył na nią przez ramię z ukosa. Nie chciał być zauważony, ale coś w jej spokojnym, dziecięcym uporze go poruszało. Basia nie komentowała, nie dokuczała, nie przekrzykiwała innych. Zawsze miała czas na uważność — czy to do łyżki, czy do człowieka.
A mimo to, Janusz wiedział, że Basia codziennie wychodziła z warsztatu zbyt szybko. Czasem z trzęsącą się brodą. Czasem z przekrzywionym plecakiem, który ledwo domykała. Raz zobaczył, jak w autobusie ktoś wyrwał jej zeszyt z jednorożcem. Inni się śmiali. Ona tylko szepnęła:
— Przepraszam, że jestem powolna.
Tego dnia Janusz zapisał w swoim zeszycie:
„Niektórzy są szybcy. Basia nie. Ale Basia widzi świat tak, jakby miał środek z galaretki. I może właśnie o to chodzi?”
Postanowił: jej babeczka będzie cytrynowa z żółtym środkiem — jak słońce w pochmurny dzień. Na papierowym rancie babeczki wypisał flamastrem wiadomość:
„W twoim tempie wszystko ma więcej smaku.”
Włożył ją do pudełka z naklejką w kształcie jednorożca — znalazł taką w szufladzie Laury, pewnie z dawnych czasów. Pudełko zostawił przy jej miejscu przed zajęciami.
Gdy Basia przyszła, otworzyła wieczko i przez chwilę tylko patrzyła.
— To moje? — spytała cicho.
— Pewnie tak — odpowiedziała Laura, udając, że nic nie wie.
Basia ugryzła babeczkę. Przełknęła. I powiedziała:
— Smakuje jak… jak coś, co mówi: „Jestem ok.”
A potem, niespodziewanie, podeszła do Janusza.
Pocałowała go w policzek.
I poszła dalej. Z zupełnie prostym plecakiem.
Janusz się nie poruszył. Ale w środku coś w nim wstało. Coś, co przez lata siedziało zgarbione.
I zapisał kolejną linijkę:
„Operacja Babeczka: 2/10 zakończona.
Smak: Cytrynowe słońce.
Cel: nadzieja.”
🎓 Refleksja terapeutyczna
Osoby z zespołem Downa często wykazują wysoką empatię emocjonalną, przy jednoczesnych trudnościach w radzeniu sobie z odrzuceniem społecznym. Symboliczne gesty — takie jak personalizowane wiadomości — mogą wzmacniać ich poczucie tożsamości i wyjątkowości, łagodząc skutki niepełnosprawności.
Z punktu widzenia terapii zajęciowej, działanie opierające się na czułej obserwacji i docenieniu małych gestów może stać się punktem wyjścia do budowania pozytywnego obrazu siebie u uczestnika.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ VII Babeczka dla Krystiana
Krystian nie mówił. A przynajmniej nie słowami. Miał swoje rytuały — poranne stukanie palcem w blat (cztery razy wolno, trzy razy szybko), szuranie nogą, gdy coś go cieszyło, i kręcenie głową, gdy się bał. Jego oczy mówiły więcej niż niejeden wykład — wystarczyło chcieć je zrozumieć.
Janusz długo nie wiedział, co z nim zrobić. Nie znał jego głosu, nie znał jego żartów, nie znał nawet jego ulubionych smaków. Ale zauważył jedno: Krystian miał słuch absolutny. Kiedy Laura włączyła radio i melodia „Für Elise” grała w tle, Krystian postukał rytm… zanim jeszcze muzyka się zaczęła.
I wtedy Janusz zrozumiał.
Krystian słyszy wcześniej niż inni.
Nie mówił słów, ale jego ręce potrafiły ułożyć z plasteliny fortepian z czarnymi klawiszami. Nie śpiewał, ale nucił przez zęby tonacje, które były jak mapy emocji.
Janusz napisał w zeszycie:
„Nie wszyscy grają na tym samym instrumencie. Ale każdy ma melodię. Trzeba tylko przestać gadać, żeby ją usłyszeć.”
Jego babeczka dla Krystiana była inna. Nie miała lukru. Nie miała koloru. Wyglądała zwyczajnie — aż do momentu, gdy się ją przegryzło. W środku ukryte były drobne, chrupiące kuleczki, które pękały z dźwiękiem: cichy trzask, krótki szelest, słodki skrzyp.
Dźwiękowe ciastko.
Na etykiecie widniał napis:
„Słyszysz więcej niż my wszyscy.”
Janusz zostawił je przy Krystiana stanowisku, kiedy tamtego jeszcze nie było. W środku dnia chłopak wziął babeczkę do rąk i przez chwilę tylko trzymał. Potem — bardzo powoli — włożył ją do ust. Gdy przegryzł, jego oczy nagle się rozszerzyły.
Spojrzał na Janusza. I po raz pierwszy — kiwnął głową. Trzy razy.
Janusz nie był pewien, co to znaczyło. Ale poczuł, że to było coś ważnego. Że Krystian zrozumiał. Albo raczej — że Janusz zrozumiał Krystiana.
Tego wieczoru zapisał w zeszycie:
„Operacja Babeczka: 3/10.
Smak: dźwięk ukryty w słodyczy.
Cel: zobaczyć to, czego nie słychać.”
🎓 Refleksja terapeutyczna
Uczestnicy z porażeniem mózgowym lub afazją często doświadczają izolacji z powodu barier komunikacyjnych. Jednak ich kompetencje sensoryczne, rytmiczne i percepcyjne bywają niezwykle rozwinięte.
Włączenie sensoryki do terapii zajęciowej (np. struktura, faktura, dźwięk, temperatura) może stworzyć alternatywny język kontaktu — ciałem, ruchem, dźwiękiem.
Krystian nie potrzebował lukru. Potrzebował, by ktoś usłyszał to, czego nie mógł powiedzieć.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ VIII Babeczka dla Gosi
Gosia pojawiała się i znikała, jakby rzeczywistość była dla niej tylko jedną z wielu wersji dnia. Czasem patrzyła na coś, czego nikt inny nie widział — milcząca, skupiona, z oczami utkwionymi w róg sali. Innym razem siadała w środku grupy i śmiała się pod nosem z myśli, które zdawały się do niej mówić zza szyby.
Nosiła duży, wypchany plecak. Nigdy go nie otwierała. Trzymała go jak tarczę — nikt nie pytał, co w nim ma. Janusz zauważył, że liczy kafelki na podłodze, zanim wejdzie do pracowni. Zawsze w tej samej kolejności: trzy kroki w przód, dwa w bok, pauza. Jakby w ten sposób układała sobie świat na nowo, w geometryczne bezpieczeństwo.
Gosia miała diagnozę: schizofrenia paranoidalna. Ale Janusz jej nie widział przez pryzmat choroby. Widział w niej coś innego. Rodzaj czułości, którą można mieć tylko wtedy, gdy umysł przeżył pożar — i coś z niego ocalało. Po kilku tygodniach obserwacji zauważył, że często mówi do siebie po cichu. Nie szeptem, tylko jakby… telepatycznie. Wargi niemal się nie ruszały. Słowa płynęły tylko oczami.
I wtedy Janusz zrozumiał.
Gosia nie rozmawia z nami. Ale nie znaczy, że jest sama.
Nie musiała dzielić się swoimi wizjami — one i tak były obecne. W sposobie, w jaki układała guziki kolorami. W tym, jak wybierała niebieskie kredki, ale ich nie używała. W tym, jak drżała, kiedy ktoś podszedł za blisko. Nie reagowała na głos, ale drżała przy nieoczekiwanym dotyku. Jakby jej skóra była instrumentem, na którym grał tylko lęk.
Janusz zapisał w zeszycie:
„Nie każdy cień to brak światła. Czasem to zbyt wiele światła naraz.”
Jego babeczka dla Gosi była inna. Czarna jak noc — z gorzką czekoladą, pokruszonym zielem angielskim i miękkim środkiem z nadzieniem z czarnej porzeczki. Na górze nie było żadnego ozdobnika. Tylko delikatny zielony listek mięty, niemal fluorescencyjny.
Zielony jak nadzieja. Cień wśród cieni.
Na etykiecie widniał napis:
„Nie jesteś sama. I nigdy nie byłaś.”
Janusz położył ją cicho przy jej stanowisku, zanim przyszła. Kiedy pojawiła się w sali, przez chwilę jej wzrok błądził, nieufny. Potem zauważyła babeczkę. Dotknęła jej tylko opuszkami palców. Nie uśmiechnęła się. Ale przez kilka minut siedziała nieruchomo, patrząc w nią jak w ogień.
W końcu wzięła ją do ust, przegryzła. W jej oczach pojawił się błysk. Nie rozradowanie. Nie wzruszenie. Coś bardziej intymnego — jakby usłyszała szept, który czekał na nią od lat.
Tego wieczoru Janusz zapisał w zeszycie:
„Operacja Babeczka: 4/10.
Smak: jak mrok, który nie rani.
Cel: zasadzić zieleń w miejscu, gdzie wszystko zwiędło.”
🎓 Refleksja terapeutyczna
Osoby żyjące ze schizofrenią często funkcjonują w dwóch rzeczywistościach naraz — naszej i swojej. To nie jest ucieczka. To inna mapa świata.
Zmysłowość, smak, kolor, zapach mogą działać jak kotwice — pomagają osadzić się w chwili obecnej bez słów, bez analizy.
Janusz nie próbował wyciągnąć Gosi z jej świata. Po prostu podał jej rękę przez cienką granicę między naszym a jej wymiarem. I czekał.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ IX Janusz
Janusz Grzybowicz miał 26 lat i piekarnik zamiast serca. Przynajmniej tak mawiał terapeuta kulinarny, kiedy Janusz z zapałem zabierał się do przygotowania kolejnej partii babeczek, ciastek czy drożdżówek. Ale pod tą czułą metaforą kryła się prawda nieco mniej lukrowana.
Był osobą z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i uczestniczył w zajęciach Warsztatu Terapii Zajęciowej. Ze względu na przykurcz mięśni miał ograniczoną ruchomość lewej ręki. Spastyczność kończyny sprawiała mu trudność z chwytaniem przedmiotów i precyzyjnymi ruchami — czasem babeczki lądowały na ziemi, zanim zdążyły ostygnąć. Janusz wtedy klął pod nosem, złościł się, trzaskał blachami, a potem cichł i zaczynał od nowa, z miną kogoś, kto właśnie przegrał bitwę, ale jeszcze nie wojnę.
Ukończył szkołę przysposabiającą do pracy w zawodzie cukiernik. Miał swoje ulubione narzędzia: metalową rózgę do ubijania piany, starą silikonową szpatułkę z ułamanym rogiem, zeszyt z przepisami, w którym niektóre słowa zapisane były kulfonami, jakby sam cukier ciążył dłońmi. Czytał, pisał i liczył — powoli, ale z zapałem. Gubił się w długich zdaniach, przeliczał czasem dwa razy, ale znał na pamięć proporcje na ciasto marchewkowe i nigdy nie pomylił soli z cukrem.
Mieszkał z rodzicami. Był jedynakiem. Ojciec rzadko się odzywał, matka mówiła za dwoje. Spełniali wszystkie jego zachcianki — od ulubionych chrupków, po nowe gry, które go nudziły po trzech dniach. Nie miał w domu żadnych obowiązków. Bałagan w pokoju przypominał małą apokalipsę — skarpetki, papiery, niedojedzone batoniki, puste opakowania po chipsach. Nie dbał o higienę. Szczoteczka do zębów była dla niego przedmiotem awaryjnym, nie codziennym. Gdy terapeuta próbował o tym z nim rozmawiać, Janusz unikał wzroku i milczał.
A jednak… do WTZ uczęszczał regularnie. Punktualnie. Z własnej woli.
Pracownia kulinarna była jego królestwem. Tam czuł się potrzebny. Tam nie musiał niczego udowadniać. Uwielbiał kulinarne programy — szczególnie te, w których kucharze przeklinali i rzucali garnkami. W środku dnia potrafił nagle zacytować Gordona Ramsaya, ale przekręcając słowa w sposób, który rozśmieszał terapeutów. I tylko ich — bo z rówieśnikami Janusz nie potrafił rozmawiać. Unikał wspólnej pracy, nie podejmował działań grupowych. Gdy ktoś próbował się z nim zaprzyjaźnić, odpowiadał gburowato albo wcale.
Czasem mówił o sobie w trzeciej osobie. „Janusz nie chce tego robić.” Albo: „Janusz nie lubi, jak ktoś go dotyka.”
Wykazywał postawę roszczeniową — chciał, żeby wszystko działo się po jego myśli. Gdy tak nie było, obrażał się, krzyczał, trzaskał drzwiami szafki, potrafił zalać ciasto wodą „na złość”. Nie rozumiał jeszcze, że emocje nie są orężem. W trudnych sytuacjach reagował jak chłopiec, nie jak mężczyzna.
Janusz szybko się męczył. Narzekał, że go „wszystko boli”, że „dzisiaj nie może”, że „ręka się nie słucha”. Wybierał najłatwiejsze zadania, omijał fizyczną aktywność. Często podjadał. W torbie zawsze miał coś słodkiego. Na przerwach grzebał w kieszeniach, szukając draży albo precli. Miał wyraźną nadwagę i nie widział w tym problemu. Nikt w domu mu tego nie mówił.
Miał trudności z koncentracją. Kiedy zaczynał coś robić — odrywał się po chwili. Potrzebował ciągłych przypomnień. Często nie słuchał poleceń do końca — albo rozumiał je po swojemu. Zasady BHP znał, ale nie stosował — nie z przekory, raczej z braku świadomości. Czasem wrzucał gorącą blachę do zimnej wody. Innym razem mył mikser bez odłączenia zasilania.
A jednak, mimo wszystkiego, był wyjątkowy. Nie dlatego, że potrafił piec. Tylko dlatego, że potrafił zauważyć.
Janusz widział. Nie mówił tego głośno. Ale patrzył. Na innych. Na ich zmęczenie, ich drżenie rąk, na ich ciszę. I piekł dla nich babeczki — w taki sposób, że każdy składnik był jak słowo, którego nie dało się wypowiedzieć, ale można było poczuć na języku.
🎓 Refleksja terapeutyczna
Osoby z niepełnosprawnością intelektualną często są postrzegane jedynie jako odbiorcy pomocy — mają otrzymywać wsparcie, opiekę i troskę. W wielu sytuacjach ogranicza się ich rolę do biernego przyjmowania, co niejednokrotnie wzmacnia poczucie bezradności i zależności. Rzadko daje się im prawdziwą przestrzeń do działania, podejmowania decyzji czy budowania własnej sprawczości.
Janusz jest przykładem, że w każdym człowieku drzemie potencjał, który tylko czeka, by zostać odkryty i podtrzymany. Nie potrzebował litości ani współczucia — potrzebował narzędzi, które pozwolą mu wyrazić siebie i poczuć się wartościowym. Dla niego takim narzędziem stało się pieczenie babeczek — proces wymagający koncentracji, cierpliwości i kreatywności, ale też dający wymierny efekt, który można zobaczyć, dotknąć i poczuć.
To nie był tylko sposób na spędzenie czasu, ale język, za pomocą którego Janusz mógł komunikować swoje emocje, troski i radości, często niewyrażalne słowami. W każdej babeczce kryła się jego historia — zmagania, małe zwycięstwa i momenty, kiedy czuł się potrzebny i doceniony.
Terapia zajęciowa, poprzez takie działania, tworzy przestrzeń, w której osoby z niepełnosprawnościami mogą odnaleźć swoje miejsce w świecie — miejsce, gdzie ich wkład jest ważny, a ich działania mają sens. To buduje nie tylko umiejętności praktyczne, ale przede wszystkim poczucie własnej wartości, godności i niezależności.
Janusz uczy nas, że każda osoba zasługuje na szansę, by pokazać, co potrafi, i że prawdziwe wsparcie to takie, które rozwija, a nie ogranicza. To także przypomnienie dla nas wszystkich — by patrzeć głębiej, poza stereotypy i uprzedzenia, i dostrzegać człowieka z jego unikalną historią i potencjałem.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ X Babeczka dla samego siebie
Tego dnia Janusz czuł się inaczej. Nie dlatego, że lało za oknem, nie dlatego nawet, że rodzice znów kłócili się w kuchni o to, czy pralka „nadal dobrze ciągnie wodę”. Coś dudniło mu pod mostkiem, jakby w środku miał balon, naprzemiennie napełniany cukrem-pudrem i czymś bardzo gorzkim.
Na zajęciach Laura zauważyła, że Janusz omija wzrokiem blat. Dzisiaj nie rozpakował zeszytu, nie cytował Ramsaya, nie mówił, co by zmienił w przepisie na muffinki orkiszowe. Po prostu siedział i obracał w palcach pustą papierową foremkę.
— Wszystko w porządku? — spytała cicho, stając obok.
Janusz wzruszył ramionami.
— Może dziś… nikt nie potrzebuje babeczki — mruknął.
Laura długo się nie odzywała.
— A może ktoś właśnie najbardziej potrzebuje — ty.
Janusz prychnął pod nosem, jakby chciał powiedzieć „nie wygłupiaj się”. Ale przez chwilę popatrzył na Laurę jakby pierwszy raz dostrzegł, że też czasem ma cienie pod oczami.
Kiedy grupa zajęła się przypinaniem fartuchów, Janusz wyciągnął swój zeszyt. Zaczął pisać niepewnie:
„Babeczka dla Janusza: składniki? Nie wiem. Może coś, co naprawia środek.”
Potem podszedł do stoliczka z przyprawami. Wziął po szczypcie wszystkiego — cynamonu, imbiru, wanilii, nawet odrobinę pieprzu. Do środka wrzucił kawałek czekolady i coś, co znalazł na dnie szuflady: wiórek kokosowy.
Wkładając ciasto do foremki, poczuł, że palce mniej dygoczą. Wyczekał czas pieczenia, patrząc, jak babeczka rośnie, pęka, wypuszczając aromat, który nie należał do nikogo prócz niego.
Kiedy lekko przestygła, odwinął papier. Na stole zostawił dla siebie karteczkę:
„Nie zawsze trzeba być dzielnym. Czasem wystarczy być.”
Zajadał babeczkę powoli, kawałek po kawałku. Z każdą kruszonką i z każdym okruchem — było mu trochę lżej.
Wieczorem zapisał w zeszycie:
„Operacja Babeczka: 5/10.
Smak: własny.
Cel: polubić siebie — choć raz naprawdę.”
🎓 Refleksja terapeutyczna
Poczucie własnej wartości u osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi często bywa mocno zaniżone, zwłaszcza gdy przez lata słyszą, że „za mało się starają” albo „czemu ciągle nie rozumieją”. Tymczasem pierwszym krokiem do samodzielności jest akceptacja siebie — ze swoimi trudnościami, ale też z mocnymi stronami i wrażliwością. Zachęcanie uczestnika do zrobienia czegoś „dla siebie”, bez presji pokazania tego innym czy zdobycia aprobaty, pozwala rozwijać samoopiekę. Takie symboliczne działanie — jak własna babeczka — potrafi rozpocząć proces uzdrawiania relacji z samym sobą.
PAMIĘTNIK DOŚWIADCZEŃ
ROZDZIAŁ XI Słoik na sekrety
Noc była cięższa niż zwykle. Janusz leżał w łóżku z szeroko otwartymi oczami, licząc odbicia świateł na suficie. Przez uchylone okno wpadał zapach wilgoci i dymu, którego ojciec nieudolnie próbował wywietrzyć po kolejnej nieprzespanej nocy. Tyle rzeczy Janusz nie rozumiał, a jedna z nich uwierała go najmocniej: dlaczego o niektórych sprawach nie da się rozmawiać nawet z własnym sercem.
Zeszyt leżał na stoliku. Wokół cisza — aż zbyt gęsta. „Skąd wziąć odwagę, żeby rozwikłać własny sekret?” — zapisał drżącą ręką.
Zasnął tuż przed świtem i śnił o słoiku bez wieczka, w którym każdy zamykał coś, czego nie wolno dotknąć — obłok smutku, pył tęsknoty, pęknięty klucz do ulubionych drzwi. Zerwał się zlany potem, a w głowie dudniło mu jedno: „Każdy coś ukrywa. Nawet jeśli tego nie widać.”
Na zajęciach Laura czekała z czymś na stole — dużym szklanym słoikiem przewiązanym lnianym sznurkiem.
— Dzisiaj będzie inaczej — ogłosiła. — Potrzebne nam miejsce na tajemnice i sekrety. Do środka każdy może wrzucić kartkę z czymś, o czym boi się powiedzieć innym. Nie podpisujecie się. Żadnych ocen. Potem wymyślimy, co z tym zrobić.
W sali zapadła cisza. Nawet Łuki przestał tupać w podłogę. Krystian zerkał ukradkiem, jakby wiedział, że ten słoik to nie tylko kawałek szkła, ale coś, co może popękać, jeśli nikt się nie zatrzyma.
Janusz patrzył długo na swoją pustą kartkę. „Nie umiem powiedzieć, że się boję…” — napisał w końcu. „Nie umiem powiedzieć, że czasem pamiętam za mocno i boli mnie wszystko od środka. Nie umiem powiedzieć, że czasem chcę zniknąć, a nie umiem. I nie umiem nazwać wszystkiego, co mnie przygniata.”
Kartka drżała mu w dłoni długo, zanim opadła na dno słoika.
Basia wrzuciła swoją prawie niezauważalnie, zmiętą w kulkę. Łuki długo żuł długopis, po czym naraz uderzył pięścią w stół i po prostu wrzucił pustą kartkę. Krystian… położył plastikową nakrętkę. Gosia wstała i wypisała coś nierównymi literami, po czym wsunęła do środka, wzrokiem omijając wszystkich.
Wieczorem Laura, gdy została sama, zdjęła pokrywkę. Otworzyła słoik i zaczęła czytać. Z każdej kartki wychodził inny cień — bałagan, cisza, głód rozmowy. Dostrzegła coś, czego nie spodziewała się znaleźć: mapę bólu i nadziei, w którą każdy z uczestników był wpisany bez reszty.
Następnego dnia Janusz znalazł na swoim miejscu nową foremkę. Tym razem nie była papierowa, tylko blaszana — z wyciętym w środku maleńkim sercem. Przylepiono do niej karteczkę: „Twoja odwaga jest większa, niż sądzisz.” Nie miał pojęcia, kto to napisał.
Poczuł, jak pod żebrami rodzi się coś innego niż odwaga. Może pierwszy raz — nadzieja.
Tego dnia pieczone babeczki smakowały zupełnie inaczej. Każdy dodał do nich ulubiony składnik, ale żaden nie smakował samotnie jak dawniej. Janusz pomyślał, że czasem sekrety, gdy opuści się je z dłoni na kartkę — już nie ranią tak mocno. I już nie są tylko twoje.
Wieczorem w zeszycie zapisał:
„Operacja Babeczka: 6/10.
Smak: wyjęty zza klatki piersiowej.
Cel: podzielić się tym, co niewidzialne. Może dzięki temu komuś będzie lżej.”
🎓 Refleksja terapeutyczna
Prawdziwa terapia zaczyna się tam, gdzie pojawia się przestrzeń na autentyczne, nawet niewypowiedziane uczucia. Słoik na sekrety — narzędzie wręcz banalne — daje szansę obcowania z własną kruchością bez strachu przed oceną czy obojętnością. Przeniesienie niewyrażalnego na zewnątrz, nawet symbolicznie, bywa pierwszym krokiem do zmiany — zarówno w jednostce, jak i w całej grupie.