E-book
13.65
drukowana A5
55.88
Pamiętnik Morgana la Fayette

Bezpłatny fragment - Pamiętnik Morgana la Fayette


Objętość:
344 str.
ISBN:
978-83-8189-467-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 55.88

„Człowiek posiada wielki dar, dar mowy, ale większość z tego, co mówi jest puste i zwodnicze. Zwierzęta mówią niewiele, ale to niewiele jest prawdziwe i użyteczne; więcej trzeba cenić rzecz małą i prawdziwą, aniżeli wielkie oszustwo.”

Leonardo da Vinci Zapiski c. 1500 r.

Pamiętnik Morgana la Fayette

Mojej rodzinie.

„et in Arkadia ego, sum felix cum illis“. Krąg życia zatoczył koło.

Morgan la Fayette

Pozostawiam ten pamiętnik mojej rodzinie… Najwspanialszej jaką mogłem mieć; zarówno tej zwierzęcej jak i tej ludzkiej. Wiem iż wraz z moim odejściem mogą nadejść nieodwracalne zmiany w waszym życiu.Mam nadzieję, że dzięki tym notatkom cokolwiek się stanie, nie zapomnicie, że byliśmy rodziną. Może skomplikowaną, ale rodziną. Przepraszam jeśli czasami odbieraliście to tak, że najbardziej kochałem Ryszarda. Wiedzcie, że kochałem was wszystkich.Może dzięki temu wy na nowo zaczniecie się kochać.

Morgan la Fayette

Rozdział I — Rok 2007

Rok 2007; tak naprawę to właśnie wtedy się urodziłem, a właściwie przyszedłem na ten świat ponownie. Ludzie, którzy obchodzili moje urodziny uznali dzień adopcji, za dzień moich narodzin. Wtedy obchodziliśmy moje urodziny. Obchodziliśmy je razem wspólnie z moją ludzką i zwierzęcą rodziną. W pewnym sensie to były takie moje drugie narodziny i zarazem najlepszy czas jaki dostałem od losu. Teraz odchodzę i zostawiam im ten pamiętnik pełen wspomnień, gdyż wiem, że będą za mną bardzo tęsknić. Jak to wszystko się zaczęło… Teraz sobie z trudem przypominam. Tyle myśli, które chciałbym przekazać na raz. Po kolei… Może dam radę wszystko sobie przypomnieć.

*

Moja biologiczna matka była bardzo zmęczona, albowiem rodziła nas rok po roku. Mieszkała w tak zwanej „pseudo-hodowli“. Jej właściciela nie interesowało co się z nami dzieje. Tak naprawdę, w ogóle go nie obchodziliśmy; ani nasze zdrowie, wygląd, to czy mamy co jeść czy pić. Mieliśmy się wyłącznie dobrze sprzedać. Myślę, że z mojego rodzeństwa żyłem tak długo tylko ja. Kochałem moją biologiczną matkę i nawet kiedy byłem dorosły, zdarzało się, że mi się śniła. Wtedy mlaskałem przez sen i wyglądało to tak jakbym ssał od niej mleko.Nie potrafię już jej opisać. Jaka dokładnie była? Obraz mi się zamazuje. Dbała o nas jak mogła, choć mieliśmy prymitywne warunki. Nie mieliśmy nawet koca czy czystej słomy. Tak o to właśnie w małej brudnej stodole przyszedłem na świat. Ja Morgan la Fayette- wyżeł niemiecki krótkowłosy, choć wtedy nie miałem jeszcze imienia, a potem dostałem swoje pierwsze imię, leczy było ono zupełnie inne… Do historii przeszedłem jednak jako Morgan la Fayette.

Byłem uroczym szczenięciem i szybko ktoś mnie kupił. Taka brązowa kulka w śliczne symetryczne białe kropki, rozłożone na brązowym tle jakby za pomocą muśnięcia pędzlem. Odróżniałem się od większości wyżłów wyjątkowym umaszczeniem, które ponoć uchodziło za cenne. Tak mówiła o mojej dereszowatej maści Katarzyna. Czy była ona jakaś specyficznie inna?… Nie wiem, choć rzeczywiście wszystkie psy jakie znałem, nie wyglądały tak jak ja. Jedynie moja ukochana Eski miała na klatce piersiowej takie znamię. Miałem również obwódki wokół oczu, co również podwyższało moją wartość, albowiem nie wiele psów ma takie znamię. Pani, która była właścicielką ojca Eski bardzo mnie za to podziwiała. Mój pierwszy pan i moja późniejsza rodzina mawiali, że mam pomalowane oczy tuszem do rzęs, cokolwiek mieli przez to na myśli, bardzo im się to podobało.

Na buzi miałem hreczkę, co też uważano za dobrą oznakę. Sam nie wiem czemu, albowiem przez to większość ludzi odbierała mnie za starszego niż byłem naprawdę. Znawcom rasy, te cechy jednak się podobały. Po wielu latach dorobiłem się piegów na nosie. Nie byłem zadowolony z tego faktu. Powód był prosty, byłem jedynym psem w okolicy, który miał piegi. Ja sam nigdy nie uważałem się za jakąś piękność, jednak ci, którzy mnie znali zawsze starali się zobaczyć we mnie jakąś dobrą cechę. Może chcieli być po prostu dla mnie mili. Nie pamiętam czy od porodu miałem krzywe ucho. Zdaje mi się, że całkowicie straciło formę po wypadku. Jednak już od dziecka miałem bardzo szeroką głowę i to mnie nasza matka rodziła najdłużej. Pewnie dlatego tak bardzo byliśmy ze sobą zżyci.

*

Ten pan, który mnie kupił to był pan Antoni- starszy człowiek, o siwych włosach. Jego dokładny wygląd dziś już mi się zaciera w pamięci. Przypominam sobie też, że nosił duże okulary. Był to stary myśliwy, który mówił o mnie do swoich znajomych „mój wyjątkowy, ukochany deresz”. Uwielbiał mnie. Chodziliśmy razem na spacery, a potem gotowaliśmy razem różne potrawy. To przy nim pokochałem gotowanie. Siedziałem zawsze wpatrzony w niego, podczas gdy on dodawał te swoje magiczne składniki i wyczarowywał posiłki dla siebie i dla mnie. Uczył mnie polować, a także jak mam zachowywać się w domu. Często mnie przytulał, razem jedliśmy posiłki i oglądaliśmy telewizję. Czasem bawiliśmy się w noszenie butów. Wszystko robiliśmy razem. Święta też obchodziliśmy w samotności razem. Były bardzo skromne; razem zjedliśmy posiłek, a potem szliśmy na spacer do lasu. Jego dzieci czasem zadzwoniły, częściej jednak tego nie robiły. Pan Antoni nie stawiał w domu drzewka, gdyż twierdził, że „nie ma dla kogo”. Jak powinny wyglądać prawdziwe święta, miałem się dowiedzieć wiele lat potem. Może nie był bogaty, albo bardzo mnie kochał. Żyliśmy ze sobą bardzo krótko, ale zdążyłem go bardzo mocno pokochać.

Tak naprawdę, to nie interesowało mnie to ile ma pieniędzy; ważne, że był. Kochałem go. Mieszkał sam w starym domu. Czasem przyjeżdżały do niego wnuki i syn, ale rzadko. Potem przestali go odwiedzać. Od tego momentu z dnia na dzień robił się coraz bardziej smutny. Powtarzał, że: mają bardzo wiele obowiązków, bo są już dorośli, ale jak znajdą czas to go odwiedzą. Nie przyjeżdżali jednak i pan Antoni tak jak i ja odkrył, że zapomnieli o nim. Kochałem tego pana, dlatego potem zawsze miałem sentyment do ludzi, którzy mieli siwe włosy. Na widok starszych ludzi zawsze merdałem ogonkiem. Mieszkaliśmy w regionie zwanym Świętokrzyskie. To był piękny region. Maleńkie wzgórza porośnięte lasami. Pan często mówił, że to najstarsze góry Europy i choć dziś tego nie widać, kiedyś były ogromne.

To był wspaniały dom, ale pan Antoni umarł. Początkowo jego rodzina nie chciała mnie wziąć, ale syn pana Antoniego przekonał swoją żonę. Ta kobieta była bardzo złośliwa. Jej mąż nie był złym człowiekiem, ale bardzo się jej bał.

Myślałem, że będzie tak jak z moim panem, ale już nie było. Mimo iż Ci ludzie znali mnie od szczenięcych lat, nie traktowali mnie tak jak on. Jego syn nie chciał się ze mną bawić, choć kiedy przyjeżdżał ze swoimi dziećmi do nas często to robił. Tęskniłem za moim panem, ale nikt tego nie widział.

Myślałem, że będzie moją przybraną mamą, choć była człowiekiem. Nie była. Myślałem, że będzie choć trochę, jak ze starszym panem… Piękne dywany, kanapy, cudowne wnętrze, przytulające mnie dzieci. Początkowo było pięknie. Jednak pani domu przeszkadzało to, że szczekam. Potem przeszkadzało jej, że dzieci bawią się ze mną, podczas gdy powinny się uczyć, zamiast tracić czas na bzdury. Kiedy jej mąż wtrącał, ze jestem wyżłem, a psy myśliwskie potrzebują więcej uwagi ze strony człowieka, bo takie cechy przez wieki utrwalano w hodowli, brukała na niego jeszcze bardziej.

Często kłóciła się z mężem mówiąc: „wzięliśmy tego psa wyłącznie dlatego, że jest rasowy. Miał się na coś przydać. Jesteś teraz biznesmenem, więc powinieneś kandydować do Koła Łowieckiego. W pewnych kręgach, w których przecież chcemy być tak wypada. Dziesięć lat na to harowaliśmy, żeby nie być dalyj wieśniakami, a punami, a tymczasem co? Sprowadziłeś mi tego psioka i zamiast siedzieć grzecznie na podeście w legowisku on wszędzie łazi i na dodatek dywan chiński brudzi. Twój stary jak debil wydał tyle pienindzy na to coś. I na co, mógł dać nam. Po za tym psy powinno trzymać się na dworze, widziałyś, żeby na wsi kto trzymał psa w domu. Dej spokój nie chcę go i już. Męczy mnie to jego szczekanie, wieczne potrzebuje czegoś. Ja pomaluję paznukcie, a ten akurat wtedy musi wyjść. Wisz ile pienindzy idzie na żarcie dla niego, a ja muszę garderobę wymienić”.

Pan zawsze odpowiadał, że: „To rasowy pies, jeszcze szczeniak przeziębi się na dworze. Kobieto to my w końcu jesteśmy z miasta czy ze wsi. Już nie wiem czy jesteś już damą czy jeszcze wieśniaczką, bo brzmisz jak wieśniaczka. To kim jesteśmy się nie zmieni tak szybko. Przynajmniej ty o to dbasz. Szastasz pieniędzmi na prawo i lewo”. Wtedy rozpoczynała swoją scenę z płaczem. Szantażowała go, że odejdzie i zabierze cały jego majątek, a on: „zamieszka z psiokiem na ulicy”. Pan i tak jej w końcu ulegał i jej decyzja była ostateczna. W końcu zdecydował się na to, aby zrobić mi budę. Zamieszkałem na dworze. Tęskniłem za dziećmi i szczekałem. To jeszcze bardziej przeszkadzało tej pani, więc znów kłóciła się z mężem. Kiedy on przedstawiał jakieś argumenty w mojej obronie, ona nie słuchała go, po prostu mnie nienawidziła za nic. Dawała mi jeść wyłącznie kiedy on i dzieci byli w domu, a że ten człowiek długo pracował to właściwie cały czas byłem głodny. Nauczyłem się otwierać bramę poprzez popchnięcie jej moją głową i wtedy udawałem się pod sklep spożywczy. Ludzie wychodzili stamtąd z siatkami pełnymi jedzenia. Nie tylko ja tam przebywałem. Przychodziły jeszcze dwa psy. Jeden z nich nauczył mnie jak podbierać jedzenie z siatki tak, żeby nikt się nie zorientował. Wpierała jemu, że jestem krnąbrny i dlatego uciekam. Nigdy nie przyznała się, że porcje jedzenia, które dla mnie przygotował wyrzucała. Dla niej to był powód do kolejnej awantury i udowodnienia, że muszę zniknąć. Pewnego dnia kiedy pan wyjechał w delegację, a dzieci poszły do szkoły, oddała mnie pewnemu mężczyźnie. Swojemu mężowi i dzieciom powiedziała pewnie, że uciekłem, albo nie powiedziała nic. Nie szukali mnie. Człowiek do którego trafiłem był okrutny i podły. Tamta pani pewnie doskonale wiedziała, że żył z walk psów. Dlatego mnie oddała? Pamiętam, że dużo jej zapłacił. Wtedy zaczął się najgorszy okres w moim życiu. To było moje piekło. Tak poznałem ludzką naturę z jej najgorszej strony.

*

Tego miejsca nie można było nazwać domem, a im bardziej starałem się od tego miejsca uwolnić tym większe otrzymywałem baty. W końcu stałem się taki jak on chciał. Nie przestawał mnie bić nawet kiedy go gryzłem, dopiero potem zrozumiałem, że tego właśnie chciał. Przez pierwsze kilka tygodni w ogóle mnie nie karmił, a potem rzucił mi małego szczeniaka. Nie wiedziałem co mam z nim zrobić. Wtedy zaczął mnie bić, aż w końcu wyszczerzyłem zęby, w tym momencie rzucił tym szczeniakiem o ścianę tak mocno, że roztrzaskał mu czaszkę. I tak nas zostawił, mnie i tą małą bezbronną istotę. Miał ich mnóstwo, skąd je brał? Tego nie wiem, mnie trzymał w ciemnej ciasnej stodole. Robił to tak długo, aż w końcu zabiłem jednego z nich, dopiero wtedy otrzymałem jedzenie. Nie chciałem zabijać innych psów, nie chciałem walczyć, ale nie miałem wyboru. Kiedy tego nie robiłem bił mnie do krwi, nie przestawał nawet kiedy piszczałem. Tak mnie uczył, przyprowadzając bezdomne psy do ciemnej brudnej stodoły i jeśli nie rzuciłem się im do gardła, to bił do krwi. Mijały tygodnie, a tygodnie zamieniały się w miesiące. Nie jest prawdą, że tylko pitbulle biorą udział w walkach psów. Te potwory wykorzystują wszystkie psy, potrafią z każdego z nas zrobić bestię. Każdy z nas może przynieść im pieniądze. Ten mały szczeniak na pożarcie, jak i ten duży pies, który zabija. Rasa nie jest ważna, dla nich ważne jest wyłącznie to, żebyś zabijał, albowiem to daje im ogromne korzyści majątkowe. Miesiącami wystawiał mnie do walk i zbierał swoją gażę. Z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej okrutny. Każdy z nas taki się stawał, dlatego walka była zawsze zacięta, bo każdy z nas wiedział, że z ringu może wyjść tylko jeden pies. Tego drugiego porzucą gdzieś w lesie, albo dobiją na miejscu. Nie jest potrzebny, gdy nie przynosi pieniędzy. Potwór znajdzie się nowego psa i stworzy kolejnego potwora. Nie mówimy o kilku tysiącach złotych, ale o kilkuset tysiącach euro za jedną walkę.

Rozdział II -Rok 2008

Ten potwór miał wspaniały dom, a jednak mnie trzymał w starej rozpadającej się ciemnej szopie, nie wypuszczał nawet na podwórko, aby nikt z jego sąsiadów nie wiedział o moim istnieniu. Jego dom znajdował się na uboczu, a mimo to ukrywał przed okolicznymi mieszkańcami swoją profesję. Posiadał prywatny samolot, którym się przemieszczał wraz z żoną. Wieczorami wyjeżdżaliśmy do ustalonych miejsc znajdujących się najczęściej w głębi lasu, bądź w czyjejś prywatnej piwnicy, czy kolejnej obrzydliwej starej szopie, która śmierdziała starą krwią. Płacono ogromne pieniądze, aby nas oglądać, a dodatkową nagrodę zgarniał właściciel tego psa, który wygrał. Nie miałem wyboru, aby przeżyć musiałem wygrywać. Udało mu się zamienić mnie w bestię. Przyznaję, że bardzo długo nią byłem. W końcu, któregoś dnia przeciwnik okazał się silniejszy, przegrałem i wtedy stałem niepotrzebny… Miałem pogryzioną twarz, naderwane ucho i nie miałem pośladka. Nie spełniłem jego woli, a więc po tej walce zbił mnie tak mocno kijem, że przetrącił mi miednicę. Nie drgnęło mu nawet oko, gdy to robił. Patrzył na mnie leżącego i nie ruszającego się z tym dziwnym zachwytem w oku. W jego oczach zobaczyłem, coś czego nie widziałem w oczach innych zwierząt. Tą tajemniczą iskierkę, która pojawia się wyłącznie w oku ludzkim, gdy zadaje ból komuś słabszemu dla swojej przyjemności. Takie oczy mają tylko ludzie, w tej jednej chwili. Nawet my podczas walk, takich oczu nie mieliśmy. Były one raczej smutne, niektóre były pełne dezaprobaty, a inne pogardy. Nie do przeciwnika, lecz do nich. Do tych wszystkich, którzy stali w koło, wykrzykiwali i rzucali pieniędzmi. Każdy z nas wiedział, co nas czeka. W tym momencie zrozumiałem, że ludzka natura kryje dziwny nie znany innym stworzeniom sekret. Tym sekretem była radość z zabijania. Żadne zwierzę nie czuje takiej radości nawet gdy poluje, albowiem traktuje to jako przymus. Tylko u ludzi widziałem taki wyraz twarzy. Nie miały go nawet demony, które mnie nękały. Tylko ludzie… Po czym spokojnie wyrzucił mnie pogryzionego z samochodu w zapomnianej wsi w Wielkopolsce z kilkoma domami i kościołem.

*

Nie wiem co mną powodowało, ale wiedziałem jedno, że muszę doczołgać się do tego kościoła. To była moja jedyna nadzieja. Nie wiem jakim cudem tam dotarłem. Musiało trwać to jednak długo, albowiem skóra zdarła mi się z brzucha.Chyba zajęło mi to kilka dni, a może czas tak po prostu wolno płynął. Do rany na moim pośladku zaczęły przylatywać muchy, a te oznaczają dla każdego zwierzęcia tylko jedno. Momentami próbowałem stanąć na swoich nogach i iść, ale niestety po paru ruchach odmawiały mi posłuszeństwa. Wyczerpany upadłem w takim miejscu, że ludzie chociaż koło mnie przechodzili i udawali, że nie widzieli mnie. To była niedziela, więc było ich bardzo dużo. Chodzili i wychodzili z kościoła, ale nie widzieli mnie.Niektórzy udawali, że nie widzą, ale widzieli bardzo dobrze. Inni rzucali, że: „to ścierwo powinno być stąd zabrane”. Mały chłopiec, który przechodził koło mnie po prostu mnie kopnął, wtedy zapiszczałem mocno, a jego ojciec nie zareagował. Potem śmiali się między sobą. Zauważył mnie dopiero on… mężczyzna w długiej do ziemi szacie, był ubrany inaczej niż wszyscy. Chciał mi pomóc, podszedł do mnie, ale nie wierzyłem w jego dobre intencje, więc wyszczerzyłem jak tylko mogłem zęby. Zrobił krok w tył i gdzieś poszedł. Czy mój głos dotarł do uszu mojego wybawcy, czy sam przyszedł kierowany jakimś wewnętrznym głosem, tak jak ja? Wrócił po jakimś czasie z kawałkami mięsa, które porozrzucał koło mojej twarzy. Ta porcja jedzenia była bardzo malutka, ale on powiedział, że w tym stanie muszę jeść małe porcje, ale bardzo często, w innym przypadku grozi mi śmierć od skrętu jelit. Mówił takie mądre rzeczy, ale mi tak bardzo chciało się jeść. Miałem pretensję, że wydzielał mi jedzenie. Minęło wiele lat za nim zrozumiałem o jakiej chorobie mówił. Bardzo dawno nie jadłem. Zapach jedzenia mnie pobudził, podniosłem lekko głowę i zacząłem jeść. Po raz pierwszy od dawna jadłem takie smakołyki. Widząc to uśmiechnął się do mnie. Na odchodne powiedział tylko, że wszystko będzie dobrze, tylko muszę starać się jeszcze trochę wytrzymać i dodał jeszcze, że im wszystkim powie: co o tym myśli. Gdzie odszedł i co w tym czasie robił? Dziś już wiem, że szukał ich. Przez otwarte okno było słychać jego głos… Próbuje sobie przypomnieć co wtedy mówił, choć nie wiem czy chce pamiętać…

„Nie interesuje mnie, kto z was przyjedzie? Czy to naprawdę takie ważne dla was pod czyją jurysdykcją jest moja miejscowość? Dzwonię już od godziny zarówno do jednych jak i do drugich. Wy się mienicie Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami? Ten pies umiera.To wyczerpany szkielet, jest cały pogryziony, a wy się zastanawiacie nad tym, z której miejscowości mają przyjechać służby. Jest mi to obojętne, z której przyjadą, ale ktoś ma tu się zjawić. W końcu to wasz obowiązek by zbawiać zwierzęce dusze, tak jak moim zbawianie ludzkich. Jeśli w przeciągu dwudziestu minut nie przyjedzie tutaj żaden z was to zgłoszę to do telewizji, a gdy całą tą historię opowie ksiądz, to wiecie co będzie. Powiem o tym w niedzielnym kazaniu i dopiero się zacznie”, wrzeszczał zdenerwowany do słuchawki telefonicznej mężczyzna, wymachując rękami.


„A kazanie z ambony w następną niedzielę takie będzie, że Ci wszyscy co przechodzili koło tego zwierzęcia po nabożeństwie i udawali, że go nie widzą, oj dowiedzą się co o tym myślę. Dowiedzą się, już ja im powiem. Takich to chrześcijan mamy. Znieczulica i tyle.” dodał mówiąc do siebie, po czym rzucił słuchawką na biurko.

A potem zjawili się oni i zabrali mnie do miejsca, gdzie było wiele psów i wszystkie trzymane były w klatkach. Nie chciałem z nimi iść mimo iż próbowali mnie zabrać na różne sposoby. Starałem się ostatkiem sił walczyć. Zdecydowanie wolałem tego człowieka w tym dziwnym stroju, który nie pachniał tyloma psami. W końcu i on przyłączył się do tych ludzi wabiąc mnie jedzeniem. Dziś wiem, że ten człowiek był księdzem i tamtego dnia uratował mi życie. Zrobił dla mnie wszystko co mógł i gdyby mnie nie zauważył, pewnie bym tam umarł.

Byłem mimo wszystko słaby, więc niesiono mnie na noszach, kątem oka patrzyłem na te wszystkie psy.Były smutne, wiele z nich szczekało głośno i płaczliwie. Wiele z nich dzieliło jedną budę z innymi. Wiele też gryzło się: o miskę, o budę, o pozycję. Pomyślałem sobie, że to straszne miejsce i panują tu trochę zasady podobne do domu tego człowieka, który zmuszał mnie do walk. Oczywiście to miejsce było dużo lepsze. Czasem przychodziły dzieci i zabierały nas na spacer, albo inni ludzie, którzy nazywali się wolontariuszami. Było ich jednak za mało, więc wielu z nas nie wychodziło na spacery. Ci ludzie starali się z nami pobawić i dać trochę ciepła, jednak mieli drobną wadę, albowiem kiedy nadchodził wieczór- odchodzili. Zostawaliśmy sami. Starsze schorowane psy nie radziły sobie, nie były w stanie wywalczyć miski czy lepszego miejsca w budzie. Rano były znajdowane często martwe. Pracownicy też nie byli w stanie sprawdzić wszystkich klatek i załagodzić wszystkich konfliktów. Małe szczeniaki i kociaki szybko chorowały, jeśli nie znalazły w porę domu też umierały. Pracownicy dwoili się by znaleźć nam domy, ale było to trudne, bo dla wielu byliśmy albo nie do końca rasowi, albo felerni. Niektórzy przechodząc koło schroniska rzucali, że„ powinno się nas zabić, bo tylko szczekamy i jeśli tu trafiliśmy, to znaczy, że zasłużyliśmy sobie na taki los”. Te słowa, że: „zasłużyliśmy sobie na ten los“ słyszałem bardzo często. Nawet kiedy już znalazłem dom. Wielu się dziwiło, że moja ludzka rodzina podjęła taką decyzję, a niektórzy dodawali, że powinienem zdechnąć, bo skoro tam trafiłem, to znaczy, że byłem „felerny”. To miejsce tak samo wyzwalało najgorsze instynkty jak dom tamtego człowieka. Zastanawiałem się co będzie jeśli nigdy nie opuszczę tego miejsca? Zaniesiono mnie do białej sterylnej sali i przede mną stanął bardzo wysoki pan w zielonym fartuchu. Był naprawdę duży i muskularny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę się z tym panem spotykać do końca mojego życia. Dał mi nowe życie i miał być przy mojej śmierci. Chyba sam nigdy nie spodziewał się, że tak potoczą się nasze losy, a jego diagnoza nie będzie do końca trafna. Weterynarz oznajmił drobnej kobiecie, która wyłoniła się w drzwiach:

„Jeśli przeżyje to będzie cud, ale kto weźmie tak pokancerowanego psa. Złamana miednica już zaczęła się zrastać, kto wie co z tego będzie. W najlepszym wypadku będzie stawiał tylne nogi bardzo krzywo. Może mieć problemy z wypróżnianiem. W najgorszym… a ta szczęka, to też tragedia. Długo nie będzie mógł normalnie jeść. Ma też uszkodzony nerw w uchu, może dziwnie mu sterczeć. Jest bardzo wychudzony jak na psa tej rasy i zaniedbany. Musiał długo tam leżeć. Lewa noga też jest uszkodzona. Niepokoi mnie rana na pośladku, jest mocno zaropiała. Za późno, żeby ją zszyć. Jakiś pies go pogryzł. Liczne obtarcia podbrzusza. Musi brać silny antybiotyk. Spróbuje zrobić wszystko co w mojej mocy, ale jedno jest pewne; tu nie może zostać przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli nie wstanie za cztery dni trzeba będzie go uśpić, na razie niech przejdzie do sali kwarantanny”.

Doskonale wiedziałem co znaczy słowo: „uśpić” i bardzo, bardzo chciałem żyć. Choć nie miałem sił, myślałem tylko o tym, jak za cztery dni mu pokazać, że przynajmniej mogę stanąć sam o własnych siłach, albowiem inaczej będzie po mnie.

Te kilka dni bardzo mi się dłużyło. Dłużyło bo nie wiedziałem co mam zrobić. Zastanawiałem się nad tym co ze mną będzie, a także wspominałem pana Antoniego i tego księdza. Prosiłem wszystkie możliwe duchy i boskie istoty o to aby móc chociażby wstać i pokazać temu człowiekowi, że jeszcze się do czegoś nadaję. Nie wiem jak to się stało… On też doznał szoku i nie umiał tego wyjaśnić do końca naszej znajomości. Leżałem nie ruchomo w klatce, otulony kocem. Właściwie wszyscy mieli smutną minę, kiedy koło mnie przechodzili. Kiwali głową na widok rany i byli zatroskani z tego powodu, że zostawiałem jedzenie. Ta pani o ciemnych włosach specjalnie dla mnie przynosiła mokrą karmę, abym łatwiej mi było ją zjeść. W tym pokoju w klatkach były też inne zwierzęta. Miały różne schorzenia. Wszyscy mieliśmy ten sam problem; uciec przed śmiercią. Był tam nawet orzeł ze złamanym skrzydłem, który bardzo głośno skrzeczał. Co się z nim stało? Tego nie wiem. Trzeciego dnia poczułem w sobie tą dziwną siłę, której nikt z nas nie mógł wyjaśnić. Zacząłem lepiej jeść. W końcu nadszedł ten dzień. Lekarz przyszedł nas oglądać i sprawdzić jak się czujemy. Kobieta, która nas doglądała opowiadała, o każdym z nas. Mówiła czy jemy, śpimy, wstajemy, jak tolerujemy leki oraz czy widzi po poprawę. Tylko przy mnie mówiła szeptem, a wyraz jej twarzy zmienił się.

Na wszelki wypadek przygotował zastrzyk, który odłożył na metalowym stole i zaczął mnie oglądać. Przez chwilę nie wiedziałem czy się uda, ale gdzieś wewnątrz coś mówiło, że tak. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego, a kiedy poszedł po strzykawkę; wstałem. Odłożył ją i powiedział: „Skurczybyku będziesz miał długie życie, skoro przeżyłeś takie coś”. Czy od tego momentu przestałem go lubić? Nie to raczej było takie nasze wyzwanie, taka tajemnicza gra, ot taki pokaz siły. Bo kiedy bardzo byłem chory dawałem mu zrobić przy sobie wszystko.

„Powinien mieć na imię Morgan, to znaczy wojownik znikąd. Na jakiś czas zabiorę go do domu” — powiedziała ta dziwna pani, o ciemnych włosach.

Odpowiedział jej, że: „to dobry pomysł.” Tak też się stało.

*

Tak trafiłem do jej domu. Był miły, choć mały. Tak naprawdę to było malutkie mieszkanie na piętrze i sama musiała mnie wnieść po schodach. Po tym jak położyła mnie na kanapie, usiadła koło mnie bardzo zasapana.

Otrzymałem swój kocyk. Od dawna nie miałem kocyka i do tego położono mnie na kanapie. Denerwowały mnie jedynie jej koty, ale cóż począć. Kiedy jest się chorym na koty nie ma rady. Na wiele rzeczy nie ma rady, akceptuje się wszystko. Ta pani miała ich dużo. Trzeba było je znieść, nie miałem siły z nimi walczyć. W ostatnich dniach życia też nie miałem siły by walczyć z jednym z nich. Co więcej stwierdziłem, że tylko on może po mnie zająć się moją rodziną. Był tam jeszcze mały piesek, też kaleki jak i ja. Nie miał nóżki. Jakoś żeśmy się znosili, to wtedy polubiłem małe pieski. Tak ponownie zacząłem lubić inne pieski. Dużych miałem już nie polubić nigdy… Eh, oprócz tej jednej, mojej jedynej pięknej, idealnej, wybranki mojego serca. Małe pieski były dobre i bezbronne. Trzeba je było bronić. Mojego kolegę trzeba było bronić, bo koty go zaczepiały. Był bardzo dzielny i zaradny jak na małego psa. Małe pieski nie przeszkadzały mi już nigdy. Pory jedzenia były bardzo regularne, choć ja dostawałem jedzenie częściej. Po raz pierwszy w życiu nie zaatakowałem żadnego psa i nie musiałem o nic walczyć. Było bardzo dobrze, gdyby nie te bolące kości. Ta pani mówiła jednak, że tu zostać długo nie mogę. Bałem się tylko jednego, że tamten zły człowiek może mnie szukać i wrócę do niego. Z czasem zacząłem chodzić z tą panią i jej pieskiem do schroniska. Tam pracowała. Koty wygrywały- zostawały w domu. Ach te kociska! Nie lubiłem tam chodzić, gdyż zamykała mnie wtedy w boksie z dziesięcioma innymi psami.

Ten boks to był właściwie taki duży parkur z drewnianą chatą, chyba służył za lokalny spacerniak, ale z powodu wiecznego przepełnienia schroniska, już dawno zmienił swoją rolę. Nie lubiłem go, kojarzył mi się bardzo źle. Ludzie mnie oglądali, ale nie brali. Śmieszyłem ich bo chodziłem tyłem. Pamiętacie to przecież moi drodzy, tak jakoś wyszło… Po prostu wtedy mniej bolały mnie stawy.

Słyszałem jak jeden z wolontariuszy mówił, że jakaś rodzina się mną interesuje, ale nie są pewni czy mnie wezmą. Ci ludzie mieli wyżła bardzo podobnego do mnie, ale zmarł niedawno i nie wiedzieli czy są na to gotowi, aby przyjąć do siebie kolejnego psa. Po za tym bali się, że będą nas porównywać. Nie wiedziałem za bardzo co to znaczy, bo przecież już miałem swoją panią, dom, kocyk, kolegę i oczywiście kociska, które miały mnie prześladować do końca moich dni. Zastanawiałem się co to znaczy, że „ktoś się mną interesuje“. Pod koniec dnia wracaliśmy z tą panią do domu. Po wielu latach dowiedziałem się, że z tego boksu, w którym przebywałem najdłużej żyłem tylko ja i ta suczka bokserka. Była cała biała i urodziła się bez ogonka, miała też z problem z oczami. Z całej dziesiątki tylko my dwaj znaleźliśmy domy, reszta z psów umarła tam. Oprócz mnie do schroniska trafił w tym czasie jeszcze jeden wyżeł, a właściwie wyżełka. Trafiła tutaj z interwencji podczas, której została zabrana właścicielom. Była bardzo zaniedbana. Choć miała pięć lat, była ślepa na obydwa oczy, jeszcze większą ranę na pośladku niż ja, i do tego była prawie całkowicie łysa. Kompletnie nie umiała się poruszać sama i cały czas się obijała o meble w biurze schroniska. Ona również została adoptowana w tym samym czasie co ja. Trafiła do hodowców wyżłów szorstkowłosych i przy hodowli znalazła dom. Ci ludzie ją wykastrowali, a inne psy stały się jej oczami. Ona sama pomagała wychowywać szczeniaki swoim pobratymcom. Wspominam też z żalem tego małego pieska, który trochę przypominał Yorka, a trochę jakiegoś innego teriera. Tak bardzo chciał z nami jechać. Mimo wszystkich starań zmarł kilka miesięcy potem w schronisku, gdzie zaraził się jakimś paskudztwem.

Tak mijał mi czas do jesieni, psy przychodziły i odchodziły, w większości przypadków na tamten świat. Tak samo działo się z kotami. W końcu moja towarzyszka zaczęła zostawiać mnie tam samego na dłużej, a tego bardzo nie lubiłem. Chodziłem wtedy z jednego końca bramy do drugiego. Tamtego dnia kiedy się poznałem swoją przyszłą rodzinę, znów mnie zostawiła na dłużej samego i gdzieś wyjechała… wtedy zjawili się oni.

*

Nasze pierwsze spotkanie nie poszło do końca dobrze, a mimo to staliśmy się rodziną. On nazywał się Zygfryd, był to pan w średnim wieku. Ona była młodą kobietą, jego córką, nazywała się Katarzyna. Przypominacie to sobie? Ten dzień pamiętam doskonale. Było bardzo zimno, wiał silny wiatr. Chodziłem podenerwowany wzdłuż bramy, a za mną biegały inne psy. Moja koleżanka bokserka starała się trzymać jak najbliżej mnie. Pomagałem jej trochę w poruszaniu się, tak jak potem pomagałem Eski, a ona mnie. Nie zauważyliście tego prawdopodobnie nigdy? To ja zawsze uchodziłem, za tego, który potrzebuje pomocy. Ona się nie skarżyła. Na czym to ja skończyłem… A tak.

Mały piesek próbował schować im się pod siedzeniem samochodu, kiedy otworzyli drzwi. Z biura schroniska wyszła do nich nasza opiekunka- Andżelika.

Mieli kiełbasę dla mnie, moich kolegów i koleżanek. Rarytas, tu takich rzeczy się nie spotyka. Kobieta podała mi kawałek kiełbasy i bardzo chętnie wziąłem ją. Problem w tym, że cały czas byłem głodny no i tak jakoś wyszło, że wziąłem kiełbasę z palcem. Byłem strasznie chudy i ciągle chciałem jeść. Dopiero mój kochany Ryszard odkrył co mi jest. Powtarzał to jak mantrę, aż w końcu spełnili jego prośbę. Ja też podejrzewałem powód moich dolegliwości. W schronisku dali mi oczywiście leki na te paskudy, ale nie wiele one zdziałały. Moi przyjaciele od jedzenia mieli bowiem swoje uzbrojenie, gotowe do walki ze zwykłymi medykamentami. Ryszard miał rację, było ich dużo nie…

Kobieta nawet nie jęknęła, po prostu wzięła rękę. Po dziś dzień nie wiem czy cię bolało? W końcu nacisnąłem z całej swojej siły. Andżelika wrzeszczała jak oszalała, jednocześnie uniżenie przepraszając, za nasz pakt podpisany palcem. Andżelika popadła w swoisty obłęd. Zachowywała się tak, jakby koniecznie chciała wmówić Katarzynie, że ten palec ją tak strasznie boli, że zaraz umrze. Przy okazji krzyczała też na mnie. Nie po raz pierwszy słyszałem, jaki to jestem przerażający, groziła mi kwarantanną… Znowu, tam przynajmniej był święty spokój.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 55.88