Przedmowa
Książka, którą trzymasz w ręku, nie powinna była powstać. Nie dlatego, że ktoś próbował ją zatrzymać, ocenzurować czy zniszczyć. Nie dlatego, że jej bohaterka prosiła o dyskrecję, choć z pewnością miała ku temu powody. Nie powinna była powstać, bo jest zapisem czegoś, czego większość z nas nie potrafi — albo nie chce — ubrać w słowa. Jest zapisem wewnętrznego trzęsienia ziemi. Tego cichego, niewidocznego z zewnątrz, które nie burzy ścian ani nie łamie dachów, ale przesuwa fundamenty. Po nim dom wygląda tak samo. Stoi. Funkcjonuje. Tylko mieszkaniec wie, że podłoga pod stopami nie jest już tam, gdzie była wczoraj.
Iwona M. nie jest postacią literacką w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest kimś bliżej — bliżej czytelnika, bliżej ulicy, bliżej drzwi, za którymi siedzi ktoś, kogo znamy, z kim pracujemy, obok kogo stoimy w kolejce po chleb. Jest kobietą w średnim wieku, z konkretnego polskiego miasta, z konkretnego bloku, z konkretnego małżeństwa. Ma imię, które nosi kilkaset tysięcy Polek. Ma życie, które z zewnątrz wygląda na ułożone — mąż, dzieci, praca, niedzielna msza, wczasy raz w roku, zakupy w Biedronce. Ma wszystko, co powinno wystarczyć. I właśnie dlatego ta książka jest tak niebezpiecznie prawdziwa — bo stawia pytanie, na które nikt nie chce odpowiadać: a jeśli to, co powinno wystarczyć, nie wystarcza?
Trafiłem na ten tekst przypadkiem, choć nie wierzę w przypadki — a jeśli wierzę, to tylko w takie, które udają przypadek, a naprawdę są czymś innym. Ktoś mi go podsunął. Ktoś, komu ufam. Powiedział: przeczytaj, ale nie na szybko, nie po łebkach, nie między jednym spotkaniem a drugim. Przeczytaj tak, jak się czyta listy od kogoś, kto dawno nie pisał. Posłuchałem. I dobrze zrobiłem, bo ta książka wymaga uwagi szczególnego rodzaju — nie intelektualnej, nie analitycznej, lecz ludzkiej. Zwyczajnie ludzkiej. Wymaga, żebyś odłożył telefon, zamknął drzwi, usiadł i pozwolił sobie być przez chwilę kimś, kim na co dzień nie jesteś — kimś bezbronnym.
Nie jest to reportaż, choć ma reportażową precyzję szczegółu. Nie jest to powieść, choć ma narracyjny oddech i napięcie, które nie pozwala oderwać się od kolejnych stron. Nie jest to pamiętnik w ścisłym sensie, choć nosi taki tytuł i choć zdania układają się tu tak, jakby ktoś pisał je wieczorem, na kolanach, w świetle lampki nocnej, szybko, gorączkowo, zanim odwaga zdąży wyparować. To jest coś pomiędzy — hybrydowe, nieposłuszne gatunkowo, niepodlegające łatwej klasyfikacji. I może właśnie dlatego tak skuteczne. Bo życie, o którym tu mowa, też nie mieści się w żadnej kategorii. Nie jest tragedią, nie jest romansem, nie jest kryminałem — a jednocześnie jest tym wszystkim naraz. Jest życiem. Ze wszystkimi jego niekonsekwencjami, powtórzeniami, pauzami, które trwają za długo, i słowami, które padają za późno.
Autorka — bo choć imię na okładce brzmi „Iwona M.”, to przecież ktoś nadał tym zapiskom formę, ktoś wybrał, co zostawić, a co odciąć, ktoś zdecydował, gdzie zaczyna się cisza i gdzie kończy się zdanie — autorka ma rzadki dar. Potrafi pisać tak, że czytelnik nie czyta. Czytelnik podsłuchuje. Pochyla się nad tymi stronami jak nad cudzym ramieniem w kawiarni, kiedy ktoś pisze list i nie wie, że ktoś patrzy. Jest w tym pewna intymność, która graniczy z nietaktem — a mimo to nie potrafi się człowiek odwrócić. Bo to, co tam jest napisane, dotyczy także jego. Dotyczy nas wszystkich.
Nie zdradzę szczegółów fabuły, bo ta książka na to nie zasługuje — zasługuje na to, żeby czytelnik wszedł w nią sam, bez mapy, bez przewodnika, bez ostrzeżeń. Powiem tylko tyle: jest tu kobieta, jest droga, jest morze, jest powrót. Są ludzie, których spotyka — jedni przypadkowi, inni nie. Są rozmowy, które zmieniają wszystko, i rozmowy, które nie zmieniają nic, ale zostają w głowie na lata, jak melodia, której nie pamiętasz do końca, ale nucisz pod nosem w najmniej oczekiwanych momentach. Jest mąż, który czeka. Są dzieci, które dorosły. Jest kościół, jest wieża, jest krzyż, który błyszczy w popołudniowym słońcu. I jest zasłona, którą się zaciąga — powoli, zdecydowanie — kiedy świat za oknem staje się zbyt wielki, zbyt jasny, zbyt wyraźny.
Muszę przyznać coś, co jako recenzent i człowiek piszący o literaturze od ponad dwudziestu lat przyznaję niechętnie: ta książka mnie poruszyła. Nie wzruszyła — poruszyła. To jest różnica. Wzruszenie jest krótkie, powierzchniowe, łatwe — oczy wilgotnieją, gardło ściska się na chwilę, a potem wraca się do codzienności i zapomina. Poruszenie jest inne. Poruszenie przesuwa coś w środku. Coś, co potem nie wraca na swoje miejsce. Po lekturze tej książki chodziłem po mieszkaniu i patrzyłem na przedmioty — na kubek na biurku, na zasłony w sypialni, na klucze leżące na komodzie — i widziałem je inaczej. Jakby każdy z tych przedmiotów miał swoją historię, swoją wagę, swoje miejsce w skomplikowanej sieci znaczeń, które zwykle ignorujemy, bo jesteśmy zbyt zajęci, zbyt zmęczeni, zbyt pewni, że wiemy, jak wygląda nasze życie.
Iwona M. nie wie, jak wygląda jej życie. I to jest jej siła. To jest siła tej książki. Bo pewność — ta codzienna, automatyczna pewność, z którą wstajemy rano, idziemy do pracy, wracamy, kładziemy się spać — ta pewność jest iluzją. Wygodną, potrzebną, zbawienną iluzją, bez której nie dałoby się funkcjonować. Ale iluzją. A ta książka delikatnie, bez przemocy, bez krzyku, bez moralizatorstwa, podnosi róg tej iluzji i pokazuje, co jest pod spodem. Nie potwory. Nie otchłań. Nie ciemność. Po prostu — pytania. Zwykłe, ludzkie pytania, na które nie ma dobrych odpowiedzi, ale które trzeba zadać, żeby żyć naprawdę, a nie tylko funkcjonować.
Powinienem powiedzieć coś o języku, bo recenzent powinien. Więc powiem: język tej książki jest pozornie prosty. Zdania są krótkie, czasem urywane, czasem powtarzalne — jak oddech, jak kroki, jak tykanie zegara za ścianą. Nie ma tu ozdobników, nie ma popisów stylistycznych, nie ma metafor, które domagają się podziwu. A mimo to — albo właśnie dlatego — ten język wchodzi pod skórę głębiej niż niejedna wyrafinowana proza. Bo jest uczciwy. Jest tak uczciwy, jak uczciwa jest kobieta, która siada wieczorem z zeszytem i pisze to, czego nie potrafi powiedzieć głośno. Nie szuka pięknych słów. Szuka prawdziwych. I zazwyczaj je znajduje.
Jest jeszcze coś, o czym chcę powiedzieć, choć ryzykuję nadinterpretację. Ta książka jest opowieścią o ciałach. O ciele Iwony, które chodzi, oddycha, śpi, kocha się, boli, pociera dłonie o szorstki drewniany różaniec, zanurza stopy w morzu, leży na piasku, stoi na peronie, siada w pociągu, wraca do łóżka, które skrzypi. O ciele jej męża, który czeka w przedpokoju i pachnie tym samym płynem po goleniu. O ciałach ludzi, których spotyka na swojej drodze — ciałach zmęczonych, ciałach radosnych, ciałach starych, ciałach chorych, ciałach, które niosą w sobie więcej, niż mogą udźwignąć. Ta książka przypomina, że jesteśmy ciałami. Że myślimy ciałami, czujemy ciałami, pamiętamy ciałami. Że dusza — jeśli istnieje, a Iwona chyba wierzy, że istnieje — mieszka nie ponad ciałem, nie obok ciała, ale w ciele. W jego bólach, w jego przyjemnościach, w jego zmęczeniu, w sposobie, w jaki ręka sięga po zasłonę i zaciąga ją — powoli, zdecydowanie.
Nie wiem, kim jest Iwona M. Nie wiem, czy mieszka nadal w tym samym bloku na kieleckim osiedlu, czy zasłony w jej sypialni są wciąż beżowe, czy sprężyna w lewym dolnym rogu łóżka nadal skrzypi. Nie wiem, co zrobiła z tym, czego doświadczyła. Nie wiem, czy pamiętnik, który dał początek tej książce, leży gdzieś na dnie szuflady, czy może na widoku, na szafce nocnej, obok lampki z odłamanym kloszem. Nie wiem i nie muszę wiedzieć. Nie muszę, bo ta książka nie jest o Iwonie M. Ta książka jest o każdym, kto kiedykolwiek stanął przy oknie i zobaczył coś, co go przerosło — krzyż na wieży kościoła, zachodzące słońce, twarz drugiego człowieka, własne odbicie w szybie — i zaciągnął zasłonę. Nie z tchórzostwa. Nie z obojętności. Z czegoś zupełnie innego — z mądrości, która mówi: nie wszystko trzeba widzieć naraz. Nie wszystko trzeba rozumieć teraz. Są rzeczy, które mogą poczekać za zasłoną, w półmroku, w ciszy.
Przeczytaj tę książkę. Ale nie na szybko. Nie na raz. Czytaj ją tak, jak się idzie piechotą — krok za krokiem, strona za stroną, oddech za oddechem. I kiedy skończysz — nie zamykaj jej od razu. Zostaw ją otwartą. Na kolanach, na stole, na poduszce obok głowy. Niech oddycha. Niech stygnie. Niech osiada jak kurz po przejściu kogoś, kto szedł cicho, ale zostawił ślady.
Bo ta książka zostawia ślady.
Głębokie.
Warszawa, październik 2024
Rozdział 1
Zegar na ścianie
Nazywam się Iwona Mazurkiewicz, z domu Wrońska, i mam trzydzieści lat. Zapisuję to zdanie w zeszycie w kratkę formatu A5, kupionym za trzy pięćdziesiąt w Biedronce na rogu Warszawskiej i Seminaryjnej, i już samo to mówi o moim życiu więcej, niż bym chciała. Trzy pięćdziesiąt. Zeszyt w kratkę. Nie elegancki moleskine z gumką, nie skórzany notes z inicjałami wytłoczonymi złotem, nie nawet porządny Leuchtturm z numerowanymi stronami, na których czytałam w jakimś artykule o bullet journalingu. Zeszyt za trzy pięćdziesiąt. Bo po co przepłacać za coś, w czym i tak nie wiadomo co pisać.
Jest czwartek, dwudziesty siódmy czerwca, godzina dwudziesta trzecia czternaście. Wiem, która jest godzina, bo słyszę zegar. Ten cholerny zegar na ścianie kuchni, okrągły, z plastikową ramą udającą drewno, z cyferkami w kolorze ecru na tle, które kiedyś było białe, a teraz jest raczej w odcieniu starości. Kupiliśmy go z Andrzejem cztery lata temu w Castoramie, bo trzeba było coś powiesić nad tym kawałkiem ściany między lodówką a szafką, który wyglądał jak puste miejsce po czymś, co powinno tam być, ale nie wiadomo po czym. Andrzej powiedział wtedy: „Weźmy ten, jest w promocji.” Był w promocji. Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć zamiast trzydziestu dziewięciu dziewięćdziesięciu dziewięciu. Zaoszczędziliśmy dziesięć złotych. Andrzej był zadowolony.
Przez cztery lata nie słyszałam tego zegara. To znaczy wiedziałam, że tam jest, wiedziałam, że tyka, bo zegary tykają, tak jak lodówki buczą, a kaloryfery czasem klikają — to są dźwięki tła, białego szumu codzienności, które mózg odfiltrowany na etapie podświadomości i nie wpuszcza do wyższych pięter uwagi. Ale od kilku tygodni, może od miesiąca, może dłużej — trudno powiedzieć, kiedy dokładnie to się zaczęło, bo takie rzeczy nie mają precyzyjnego początku, tak jak nie da się wskazać momentu, w którym letni wieczór przechodzi w noc — od jakiegoś czasu słyszę ten zegar. Słyszę go w kuchni, gdy stoję przy ekspresie przelewowym i patrzę, jak woda kapie przez filtr na zmieloną kawę, wolno, regularnie, miarowo, i uświadamiam sobie, że kapanie ekspresu i tykanie zegara mają ten sam rytm, jakby się porozumiały za moimi plecami. Słyszę go w łazience, przez ścianę, kiedy myję zęby wieczorem i patrzę na swoją twarz w lustrze — twarz kobiety, która wygląda na trzydzieści lat, bo ma trzydzieści lat, i nic w tej twarzy nie jest ani ładne, ani brzydkie, ani interesujące, ani odpychające, jest po prostu twarz, z którą idzie się przez życie jak z dowodem osobistym: potrzebna, ale nijaka. I słyszę go w sypialni. W sypialni, która jest za ścianą od kuchni, i nie powinnam go stamtąd słyszeć, bo ściana jest gruba — blok z wielkiej płyty na osiedlu Szydłówek w Kielcach, budowany w latach osiemdziesiątych, kiedy beton lali hojnie, a ściany stawiali na sumienie, jakby mury miały przetrwać ustrój, i faktycznie przetrwały. Ale ja słyszę ten zegar przez tę ścianę. W nocy, kiedy Andrzej śpi obok mnie, leżąc na prawym boku, z ręką podłożoną pod poduszkę, oddychając miarowo i spokojnie, jak człowiek, któremu nie przeszkadza żaden dźwięk, żaden zegar, żadna pustka — w takie noce leżę na plecach z otwartymi oczami i słucham.
Tik. Tak. Tik. Tak.
Każde tknięcie to sekunda. Sześćdziesiąt tknięć to minuta. Pomiędzy jednym tknięciem a drugim jest cisza, która nie jest ciszą, tylko oczekiwaniem na następne tknięcie. I w tej mikroskopijnej przerwie między jednym tikiem a jednym takiem mieści się moje pytanie. Ciche, absurdalne, niedorzeczne pytanie, z którym nie wiem, co zrobić, więc leżę i słucham dalej.
—
Ale muszę opisać to po kolei, bo pamiętnik wymaga porządku, nawet jeśli życie go nie ma.
Więc tak: Iwona Mazurkiewicz, lat trzydzieści, zamieszkała Kielce, osiedle Szydłówek, blok numer siedem, piętro trzecie, mieszkanie trzydzieści sześć. Zatrudniona na stanowisku referenta w Wydziale Geodezji, Kartografii i Katastru Urzędu Miasta Kielce, przy alei Solidarności, w pokoju dwieście czternaście, przy biurku stojącym pod oknem wychodzącym na parking. Zamężna od pięciu lat z Andrzejem Mazurkiewiczem, informatykiem w firmie zajmującej się oprogramowaniem do zarządzania magazynami, lat trzydzieści dwa. Bezdzietna. Zdrowa. Ubezpieczona. Zameldowana. Zarejestrowana. Skatalogowana. Opisana we wszystkich możliwych rejestrach, kartotekach i bazach danych, jakie Rzeczpospolita Polska prowadzi na temat swoich obywateli. Gdybym umarła dzisiaj w nocy, system wiedziałby o mnie wszystko i nic.
Mój dzień wygląda następująco. Budzik dzwoni o szóstej piętnaście. Nie mam budzika na telefonie — mam stary budzik na baterie, z dwoma dzwoneczkami na górze, bo kiedyś przeczytałam, że patrzenie w ekran telefonu zaraz po przebudzeniu jest niezdrowe, i to jest jedyny zdrowotny nawyk, jakiego się w życiu trzymam. Budzik dzwoni o szóstej piętnaście i przez trzy sekundy nie wiem, gdzie jestem, ani kim jestem, ani jaki jest dzień, i te trzy sekundy są najlepszą częścią mojego dnia, bo w tych trzech sekundach wszystko jest możliwe. Potem otwieram oczy i widzę sufit. Nasz sufit. Biały, z lekką rysą w kształcie litery Y w lewym górnym rogu, którą Andrzej obiecał zaszpachlować trzy lata temu. Rysa nadal jest. Sufit nadal jest. Ja nadal jestem.
Wstaję. Andrzej śpi dalej, bo zaczyna pracę o dziewiątej i może sobie pozwolić na sen do siódmej trzydzieści. Idę do łazienki. Myję twarz, myję zęby, nakładam krem z filtrem SPF 30, bo dermatolog powiedział, że powinnam, i maluję usta balsam w kolorze, który na opakowaniu nazywa się „Dusty Rose”, a w rzeczywistości jest kolorem niczego. Ubieram się. W lecie jest łatwiej — bluzka, spódnica do kolan lub spodnie, sandały. Nie mam stylu. Mam ubrania. To różnica, którą rozumieją wszystkie kobiety i żaden mężczyzna.
Idę do kuchni. Ekspres przelewowy. Wsypuję dwie łyżeczki mielonej kawy do filtra, nalewam wodę, włączam. Czekam. Tik-tak mówi zegar. Kap-kap mówi ekspres. Świat jest regularny i uporządkowany. Piję kawę z mlekiem, bez cukru — kiedyś piłam z cukrem, ale przeczytałam, że cukier jest niezdrowy, więc przestałam, i teraz kawa smakuje jak kawa bez cukru, czyli jak coś, czemu odebrano odrobinę radości w imię rozsądku. Jem kanapkę z serem żółtym albo z szynką, albo z serem żółtym i szynką, jeśli czuję się na odważną. Andrzej w tym czasie zaczyna się budzić — słyszę, jak wstaje, jak idzie do łazienki, jak spuszcza wodę. Nie wychodzę do niego do łazienki, on nie wchodzi do mnie do kuchni. Mijamy się w przedpokoju.
— Cześć — mówi Andrzej.
— Cześć — mówię ja.
— Będziesz na obiedzie?
— Jem w pracy.
— To do wieczora.
— Do wieczora.
I tyle. To jest nasza poranna rozmowa. Cała. Każdego dnia, od poniedziałku do piątku, przez jedenaście miesięcy w roku — bo w dwunastym jedziemy na urlop do rodziców Andrzeja nad Zalew Sulejowski, gdzie poranna rozmowa wygląda tak samo, tylko zamiast „Będziesz na obiad?” jest „Idziesz z nami na plażę?”, i zamiast „Jem w pracy” jest „Może później.”
Wychodzę z domu o siódmej dziesięć. Przystanek autobusowy jest trzy minuty piechotą od bloku — na rogu, obok kiosku ruchu, w którym pani Krysia sprzedaje gazety, papierosy i bilety komunikacji miejskiej. Pani Krysia ma chyba sześćdziesiąt lat i chyba pracuje w tym kiosku od zawsze, i jest jedyną osobą w moim codziennym życiu, która mówi do mnie z autentycznym zainteresowaniem.
— Dzień dobry, pani Iwonko! — woła pani Krysia, przekładając paczki gazet na półce. — Ładna pogoda, nie?
— Dzień dobry, pani Krysiu. Ładna — odpowiadam, i uśmiecham się, i ten uśmiech jest prawdziwy, bo pani Krysia jest prawdziwa, i jej kiosk jest prawdziwy, i zapach gazet zmieszany z zapachem mentolowych cukierków i kurzu jest prawdziwy, i w tym jednym momencie czuję się zakotwiczona w świecie, który ma jakąkolwiek konsystencję.
Autobus linii trzydzieści cztery przyjeżdża o siódmej dwadzieścia dwa, rzadko punktualnie, częściej o siódmej dwadzieścia sześć lub dwadzieścia osiem, ale nigdy później niż o siódmej trzydzieści pięć, bo to są Kielce, nie Nowy Jork, korki są umiarkowane, a kierowcy autobusów miejskich mają w sobie resztkę ambicji punktualności. Wsiadam. Autobus jest w połowie pełny — ci sami ludzie co zawsze. Pan w szarym garniturze, który zawsze stoi przy tylnych drzwiach i czyta gazetę złożoną na czworo. Kobieta w okularach z grubymi oprawkami, która słucha czegoś przez słuchawki i porusza bezgłośnie ustami. Dwójka licealistów, chłopak i dziewczyna, którzy stoją spleceni jak rośliny pnące i wyglądają, jakby nikt poza nimi nie istniał. Patrzę na tych licealistów każdego ranka i zastanawiam się, czy za dziesięć lat będą stać w tym samym autobusie, ale osobno, każde z telefonem w ręku, z obrączką na palcu i z ciszą między sobą grubą jak ściana z wielkiej płyty. Może nie. Może im się uda. Komuś musi się udawać, bo inaczej po co to wszystko.
Docieram do pracy o siódmej czterdzieści pięć. Wydział Geodezji, Kartografii i Katastru mieści się na drugim piętrze budynku urzędu, w skrzydle B. Pokój dwieście czternaście dzielę z Dorotą, która ma czterdzieści pięć lat, męża kolejarza, dwójkę dorosłych już prawie dzieci i kompletny brak złudzeń wobec czegokolwiek. Dorota jest moim barometrem normalności. Kiedy wchodzę rano i widzę ją przy biurku, z kawą w firmowym kubku z napisem „Geodezja — mierzymy przyszłość” (ktoś to wymyślił na jakimś szkoleniu z integracji, chwała mu za to), wiem, że świat działa, że ziemia się kręci, że urzędy pracują, a Polska trwa.
— Hej, Iwona.
— Cześć. Co nowego?
— Nic. Czternaście wniosków z wczoraj do obrobienia. Kawalec z trójki znowu wysłał mapę w złym formacie. I ekspres na korytarzu się zepsuł.
— Ten ekspres to chyba starszy ode mnie.
— Starszy od nas obu razem wziętych. Pamiętam go z pierwszego dnia pracy, a ja tu jestem siedemnaście lat.
I tak zaczyna się mój dzień roboczy. Siadam przy biurku pod oknem. Za oknem jest parking. Na parkingu stoją samochody — srebrne, białe, czarne, granatowe, jeden czerwony, który należy do wiceprezydenta miasta i o którym cały urząd plotkuje, że to za drogi samochód jak na urzędniczą pensję. Patrzę na te samochody i czasami próbuję zgadnąć, który przyjedzie pierwszy, który odjedzie, który ma brudne szyby, a który jest świeżo umyty. To jest poziom emocji, jaki oferuje moje miejsce pracy. Samochody na parkingu.
Obrabiam wnioski. Wpisuję dane do systemu. Sprawdzam numery działek, porównuję z ewidencją, nanoszę poprawki, drukuję, podpisuję, przekazuję do weryfikacji. Czasami przychodzi interesant — zwykle ktoś, kto chce wypis z rejestru gruntów albo kopię mapy ewidencyjnej — i wtedy mam kontakt z żywym człowiekiem, który chce ode mnie czegoś konkretnego, i ten kontakt jest jak kropla wody na pustynię: krótki, ale dający chwilowe poczucie, że robię coś, co ma jakikolwiek sens.
O trzynastej obiad. Stołówka na parterze albo bar „Pod Kasztanem” za rogiem, gdzie pani Jadzia robi schabowe z kapustą za osiemnaście złotych i gdzie wszyscy urzędnicy jedzą te same schabowe od lat i nikt nigdy nie narzeka, bo schabowy pani Jadzi jest jak ten zegar na ścianie — nie jest ani dobry, ani zły, po prostu jest, i odmierza porę dnia równie niezawodnie.
Po obiedzie kolejne wnioski, kolejne numery działek, kolejne mapy. O piętnastej trzydzieści wyłączam komputer, zbieram torebkę, żegnam się z Dorotą. Autobus linii trzydzieści cztery w drugą stronę. Przystanek, kiosk — pani Krysia już zamknęła, kiosk ma żaluzje opuszczone i wygląda jak zmęczone oko, które się zamknęło na resztę dnia. Trzy minuty piechotą. Klatka schodowa. Trzecie piętro. Klucz w zamku.
Andrzej jest już w domu. Siedzi przy komputerze w pokoju, który nazywamy gabinetem, a który jest w rzeczywistości pokojem o metrażu dziesięciu metrów kwadratowych, w którym stoi biurko z komputerem, regał z książkami (jego — programowanie, moje — nierozpoczęte powieści kupowane z rozpędu na promocjach w Empiku) i fotel, na którym nikt nie siada. Andrzej pracuje zdalnie trzy dni w tygodniu i w te dni praktycznie nie wychodzi z tego pokoju. Kiedy wchodzę do mieszkania, woła:
— Hej! Zaraz kończę!
— Nie spieszę się — odpowiadam.
I nie spieszę się. Dokąd miałabym się spieszyć.
Kolacja. Robimy ją na zmianę, ale w praktyce częściej ja, bo Andrzej „zaraz kończy” jeszcze przez godzinę po moim przyjściu, a ja nie lubię czekać z pustym żołądkiem. Robię makaron z sosem pomidorowym albo jajecznicę, albo sałatkę z kurczakiem — trzy dania, które rotujemy w nieskończoność jak bębny automatu do gry, z tą różnicą, że tu nigdy nie wypada jackpot. Jemy przed telewizorem. Andrzej ogląda serial — teraz jest to coś skandynawskiego o detektywach, ponurego i deszczowego, co pasuje do naszego nastroju, choć za oknem jest czerwiec i świeci słońce. Ja udaję, że oglądam, a w rzeczywistości przeglądam telefon — Instagram, na którym nic nie publikuję, ale oglądam życia innych ludzi: koleżanka ze studiów na Santorini, znajoma z liceum z nowym dzieckiem, influencerka z Warszawy w sukience za pięć tysięcy złotych na tle ściany z bluszczem. Każde z tych zdjęć jest dowodem na to, że gdzieś indziej, ktoś inny żyje inaczej. Czy lepiej — nie wiem. Inaczej.
O dwudziestej drugiej idziemy spać. Andrzej myje zęby dokładnie trzy minuty — odmierza czas na telefonie — bo dentysta powiedział, że trzy minuty to minimum. Ja myję zęby tyle, ile mi się chce, czyli około minuty, bo nie jestem w stanie zmusić się do dwóch dodatkowych minut stania przed lustrem z plastikową szczoteczką w ustach i patrzenia na własną twarz.
Kładziemy się. Andrzej leży na prawym boku, ja na lewym. Między nami jest jakieś trzydzieści centymetrów materaca — ziemia niczyja, pas demilitaryzowany, strefa buforowa naszego małżeństwa. Kiedyś — na początku, pięć lat temu, cztery lata temu, może jeszcze trzy — ta przestrzeń nie istniała. Spaliśmy spleceni, nogi w nogi, ręka na biodrze, oddech na karku. Nie pamiętam, kiedy się od siebie odsunęliśmy. To nie stało się nagle — nie było kłótni, nie było trzaśnięcia drzwiami, nie było sceny z serialu, w której ktoś krzyczy „Mam dość!” i wychodzi w deszcz. To było stopniowe, powolne, milimetrowe odsuwanie się, tak ciche, że żadne z nas go nie zauważyło, dopóki nie było już za późno, żeby zapytać: „Hej, dlaczego leżysz tak daleko?”
Bo odpowiedź mogłaby być trudna do zniesienia.
Andrzej zasypia w pięć minut. Ma ten dar — kładzie głowę na poduszce, zamyka oczy i odpływa, jak łódź, która odcumowuje od brzegu bez wysiłku, bez tarcia, bez żalu. Ja zostaję na brzegu. I słucham.
Tik. Tak. Tik. Tak.
—
Powiedzmy to jasno, żeby nie było nieporozumień: Andrzej nie jest złym mężem. Andrzej jest dobrym mężem. A przynajmniej poprawnym mężem. Nie pije — to znaczy pije piwo w piątek, jedno, czasem dwa, ale nigdy więcej. Nie pali. Nie krzyczy. Nie podnosi ręki, nawet głosu podnosi rzadko, i to tylko wtedy, gdy komputer się zawiesi w czasie ważnego zadania i Andrzej mówi „szlag” — to jest jego maksymalne natężenie emocji, jedno krótkie „szlag” i potem cisza. Nie zdradza mnie — przynajmniej nie mam powodów, żeby tak myśleć, a poza tym, kiedy miałby to robić, skoro siedzi w domu przed komputerem trzy dni w tygodniu, a pozostałe dwa spędza w biurze w towarzystwie pięciu programistów, z których czterech to mężczyźni, a piąta to Bożena, która ma pięćdziesiąt osiem lat i kolekcjonuje figurki kotów. Andrzej jest wierny, oszczędny, schludny, cichy i niezawodny. Andrzej jest meblościanką. Andrzej jest kaloryferem. Andrzej jest tym zegarem na ścianie.
Piszę to i czuję, że jestem niesprawiedliwa, i ta niesprawiedliwość smakuje jak coś kwaśnego na dnie żołądka, bo Andrzej nic mi nie zrobił. To jest właśnie problem — Andrzej nic mi nie zrobił. Nic. W żadnym tego słowa znaczeniu. Ani złego, ani dobrego, ani zaskakującego, ani bolesnego, ani pięknego. Andrzej jest obecnością, która niczego nie zmienia. Jak powietrze — nie myślisz o nim, dopóki go nie zabraknie, ale kiedy jest, nie czujesz wdzięczności za to, że oddychasz. Po prostu oddychasz. I tyle.
Moja matka powiedziałaby — a właściwie mówi, bo moja matka mówi dużo i chętnie — że powinnam być wdzięczna. „Iwonka, ty nie wiesz, co to jest zły mąż. Twój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, to był zły mąż. Pił, awanturował się, a raz rzucił talerzem w telewizor i do dziś mam bliznę na nadgarstku od odłamka. Twój Andrzej to złoto, nie mężczyzna. Doceniaj.” I ja doceniam. Naprawdę doceniam. Ale docenianie i szczęście to dwie różne rzeczy, mamo, i żadna z nich nie zastępuje drugiej, tak jak chleb nie zastępuje wody i woda nie zastępuje powietrza, i można mieć wszystko, czego trzeba i nadal czuć, że czegoś brakuje, czegoś tak nieuchwytnego, że nawet nie wiadomo, jak to nazwać.
Nuda. To dobre słowo, ale nieprecyzyjne. Nuda kojarzy się z czymś chwilowym — nudzę się na lekcji, nudzę się w kolejce na poczcie, nudzę się w sobotnie popołudnie, gdy pada deszcz i nie ma co robić. To nie jest ta nuda. Moja nuda jest inna. Moja nuda jest trwała i ciepła, jak kołdra puchowa w lipcu — nie da się jej zrzucić, bo pod spodem jest zimno, ale pod nią jest duszno, i leżysz w tym dusznym cieple i wiesz, że nie umrzesz, ale nie masz pewności, czy żyjesz. Moja nuda jest aksamitna. Ma fakturę, ma kolor — kolor beżowy, jak te zasłony z Ikei, jak ten zegar z Castoramy, jak moja szminka „Dusty Rose.” Beż. Kolor, który nie jest kolorem. Odcień rezygnacji.
I nie chodzi o to, że chcę dramatów. Nie chcę, żeby Andrzej rzucał talerzami. Nie chcę, żeby pił, krzyczał, znikał na trzy dni bez słowa, wracał z podbitym okiem i zapachem obcych perfum na koszuli. Nie chcę serialu. Chcę… nie wiem, czego chcę. I to jest najgorsze — nie wiedzieć, czego się chce, a wiedzieć, że to, co się ma, nie jest tym.
—
Dzisiaj w pracy wydarzyło się coś, co normalnie bym zignorowała, ale co z jakiegoś powodu utkwiło mi w głowie jak drzazga pod paznokciem. Przyszedł interesant — mężczyzna, koło pięćdziesiątki, w koszuli w kratę i z teczką pełną dokumentów. Chciał wypis z ewidencji gruntów dla działki pod Chęcinami, bo buduje dom. Nic nadzwyczajnego, standardowa procedura, formularz, opłata, termin realizacji. Ale kiedy wypełniał formularz, zatrzymał się i popatrzył na mnie, i powiedział:
— Wie pani, ja na tę działkę czekałem dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat odkładałem pieniądze. I wie pani, co jest najśmieszniejsze? Teraz, kiedy ją mam, nie wiem, czy chcę ten dom budować. Może powinienem był odkładać na coś innego.
— Na co? — zapytałam, sama nie wiem dlaczego, bo zwykle nie rozmawiam z interesantami o niczym poza procedurą.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo i wzruszył ramionami.
— Gdybym wiedział, toby nie było problemu, prawda?
Wyszedł, a ja siedziałam przy biurku i patrzyłam na parking przez okno i myślałam o tym, że ten człowiek powiedział na głos dokładnie to, co ja czuję po cichu od tygodni. Może od miesięcy. Może od lat. „Gdybym wiedział, toby nie było problemu.” Tak. Dokładnie tak.
Dorota podniosła głowę znad monitora i popatrzyła na mnie podejrzliwie.
— Iwona, wszystko dobrze? Siedzisz i patrzysz w okno jak sowa.
— Wszystko dobrze. Zamyśliłam się.
— Nad czym?
— Nad niczym — powiedziałam, i to była prawda, i to było kłamstwo, i to było jedno i drugie naraz, bo „nic” to jest właśnie to, nad czym się zamyślam. Nad pustką, która nie boli, ale ciąży. Nad ciszą, która nie jest spokojem, tylko nieobecnością dźwięku. Nad życiem, które toczy się jak ten autobus linii trzydzieści cztery — od przystanku do przystanku, zgodnie z rozkładem, bez niespodzianek, bez awarii, bez objazdu przez dzielnicę, której nie znasz, i w której wszystko wygląda inaczej, i w której mógłbyś zginąć albo się zakochać, albo jedno i drugie.
—
Wieczorem, po kolacji — dzisiaj był makaron z sosem pomidorowym, wtorek to dzień makaronu, choć nikt tego oficjalnie nie ustalił, jakoś tak wyszło — po kolacji, kiedy Andrzej zmywał naczynia (zmywamy na zmianę, tego dnia była jego kolej, sprawiedliwość musi być, nawet w nudzie), stanęłam w drzwiach kuchni i patrzyłam na niego. Stał przy zlewie, w szarej koszulce i dresowych spodniach, i płukał talerze pod bieżącą wodą, i nad jego głową wisiał ten zegar, i tykał, i Andrzej go nie słyszał, bo Andrzej nie słyszy rzeczy, które nie wymagają reakcji, tak jak nie widzi rysy na suficie, nie czuje zapachu starości w naszym mieszkaniu, nie zauważa, że od trzech miesięcy nie dotknął mnie w nocy, nie w ten sposób, nie tak jak kiedyś, nie z pragnieniem, ale nawet nie bez pragnienia — po prostu nie dotknął, jakby moje ciało przestało istnieć w jego percepcji, jakby stało się kolejnym meblem, kolejnym elementem wyposażenia mieszkania numer trzydzieści sześć na trzecim piętrze bloku numer siedem na osiedlu Szydłówek.
— Andrzej — powiedziałam.
— Hmm? — nie odwrócił się od zlewu.
— Nic. Nieważne.
— Okej.
I tyle. „Okej.” Najbardziej zamykające słowo w języku polskim. Krótsze od „dobrze,” bardziej obojętne od „rozumiem,” absolutnie nieprzenikalne. Okej. Okej. Wszystko jest okej. Życie jest okej. Małżeństwo jest okej. Makaron z sosem pomidorowym jest okej. Zegar tyka i jest okej. Nic nie boli, nic nie cieszy, nic nie zaskakuje. Okej.
Poszłam do sypialni. Usiadłam na łóżku. Wyjęłam ten zeszyt w kratkę za trzy pięćdziesiąt. Otworzyłam na pierwszej stronie. I zaczęłam pisać.
Nie wiem, po co piszę. Może dlatego, że słowa na papierze mają ciężar, którego nie mają myśli w głowie — myśli krążą, odlatują, wracają, znikają, a słowa napisane długopisem na kartce w kratkę zostają. Są dowodem, że ktoś tu był, że ktoś coś czuł, nawet jeśli to, co czuł, to było nic. A może nie nic. Może coś, co wygląda jak nic, ale jest czymś innym, ukrytym pod warstwą codzienności jak źródło pod warstwą betonu — nie widać go, nie słychać, ale gdzieś tam jest, i naciska, i szuka szczeliny, i kiedyś znajdzie.
Andrzej wszedł do sypialni, kiedy pisałam.
— Co robisz? — zapytał z lekkim zdziwieniem, bo nigdy nie widział mnie piszącego w zeszycie.
— Piszę pamiętnik — odpowiedziałam i sama byłam zaskoczona, że powiedziałam to tak naturalnie, jakby to było coś, co robię od lat.
— Pamiętnik? — Andrzej uniósł brwi. Wyglądał tak, jakbym powiedziała, że od jutra zaczynam hodować węże albo uczę się języka suahili. — Po co ci pamiętnik?
— Nie wiem. Żeby pamiętać.
— Co pamiętać?
Chciałam powiedzieć: wszystko. Nic. Siebie. Ciebie. Ten zegar. Tę ciszę. Tę kołdrę beżowej nudy, pod którą się duszę, powoli, grzecznie, bez krzyku. Chciałam powiedzieć: piszę, bo jeśli nie napiszę, to zapomnę, że kiedyś chciałam czegoś więcej, i zapomnienie będzie gorsze od nudy, bo nuda przynajmniej boli, a zapomnienie nie boli wcale, i to jest najgorsze — kiedy przestaje boleć.
Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam:
— Takie tam. Zapiski.
— A — powiedział Andrzej. — Okej.
Okej. Oczywiście.
Umył zęby (trzy minuty, odmierzone na telefonie), położył się na swoim prawym boku, podłożył rękę pod poduszkę i zasnął. W pięć minut. Jak zawsze. Niezawodnie. Jak zegar.
A ja leżałam w ciemności i słuchałam.
Tik. Tak. Tik. Tak.
I za każdym razem, gdy wskazówka przeskakiwała o jedną sekundę, czułam, jak coś we mnie drży — nie boli, nie pęka, nie krzyczy — drży. Jak struna, której ktoś dotknął i puścił, i która wibruje jeszcze długo po tym, jak palce się cofnęły, i wydaje dźwięk tak cichy, że słyszy go tylko ten, kto nasłuchuje. A ja nasłuchuję. Od tygodni. Od miesięcy. Nie wiem czego. Nie wiem, skąd ten dźwięk pochodzi i dokąd prowadzi. Ale wiem, że jest, i wiem, że nie mogę go ignorować, bo ignorowanie go jest tym samym, co ignorowanie siebie, a ja mam trzydzieści lat i jeszcze nie jestem gotowa, żeby siebie zignorować.
Jest dwudziesta trzecia czterdzieści siedem. Za ścianą tyka zegar. Obok mnie śpi Andrzej. Za oknem jest kielecka noc — latarnie, bloki, kawałek nieba, w którym nie widać gwiazd, bo miasto świeci za mocno. Gdzieś daleko, na końcu ulicy, przejeżdża samochód — słychać silnik, potem ciszę, potem znowu zegar.
Zamykam zeszyt. Odkładam długopis na szafkę nocną, obok budzika z dzwoneczkami, który za sześć godzin i dwadzieścia osiem minut zadzwoni i zacznie się kolejny dzień, identyczny jak ten i jak wczorajszy, i jak jutrzejszy, i jak wszystkie dni przed nimi i po nich, ciągnące się w obie strony jak droga przez pole, prosta, płaska, bez zakrętu, bez zjazdu, bez końca.
Ale zanim zamknę ten zeszyt na dzisiaj, zapisuję jeszcze jedno zdanie. Na marginesie, drobnym pismem, jakby ukradkiem, jakby to było zdanie, którego się wstydzę. Albo którego się boję. Albo jedno i drugie.
Piszę:
„Czy to już wszystko?”
I nie stawiam kropki. Bo może to nie jest koniec zdania. Może to jest początek.
Rozdział 2
Głos z wnętrza
Trzeciego lipca, w niedzielę, obudziłam się o szóstej dziesięć — pięć minut przed budzikiem. To się nigdy nie zdarza. Nigdy. Od pięciu lat moje ciało jest tak precyzyjnie zsynchronizowane z rytmem codzienności, że budzik jest formalnością — dzwoni, ja otwieram oczy, ale to budzik jest pierwszy, zawsze on, jakby moje ciało potrzebowało pozwolenia z zewnątrz, żeby zacząć kolejny dzień. A tamtej niedzieli obudziłam się sama. Leżałam w ciemności — bo o szóstej dziesięć w lipcu jest już jasno, ale nasze zasłony z Ikei są grube i beżowe i nie wpuszczają świata do środka — leżałam i czułam coś dziwnego. Nie niepokój, nie ekscytację, nie strach. Coś pośredniego. Jakby ktoś stał w przedpokoju mojego umysłu i czekał, aż otworzę drzwi. Nie pukał. Nie hałasował. Po prostu stał i czekał, i ja wiedziałam, że tam jest, choć nie miałam pojęcia, kto to jest ani czego chce.
Wstałam cicho, żeby nie obudzić Andrzeja. Poszłam do kuchni. Włączyłam ekspres. Kap-kap. Tik-tak. Stałam przy blacie w piżamie i patrzyłam przez okno kuchenne na podwórko — puste huśtawki, piaskownica, ławka, na której wieczorami siedzą emeryci z parteru. Niedzielny poranek w bloku na Szydłówku wygląda jak poranek po końcu świata — cisza, pustka, świat w zawieszeniu. Wypiłam kawę. Zjadłam kanapkę z serem. I wtedy — nie wiem dlaczego — podeszłam do szafy i wyjęłam sukienkę. Nie tę codzienną, letnią, w której chodzę do pracy, ale tę drugą, granatową, z białym kołnierzykiem, którą kupowałam trzy lata temu na wesele koleżanki z pracy i którą włożyłam od tamtej pory może dwa razy. Sukienkę, w której wyglądam — tak mi się przynajmniej wydaje — jak ktoś, kto idzie gdzieś ważnego. Ubrałam ją.
Na mszę chodzimy co niedzielę. To znaczy — ja chodzę co niedzielę, Andrzej chodzi co drugą, czasem co trzecią, w zależności od tego, czy jest „zmęczony po tygodniu” (jest zmęczony po tygodniu mniej więcej co drugą niedzielę, z precyzją, która sugeruje, że zmęczenie jest wymówką, a nie stanem). Chodzimy — chodzę — do kościoła parafialnego pod wezwaniem świętego Wojciecha, na ulicy Kościelnej, osiem minut piechotą od bloku. Kościół jest stary, ceglany, z wieżą, która widać z naszego okna sypialni, i z dzwonami, które biją na Anioł Pański trzy razy dziennie, i których dźwięk wplótł się w moją codzienność tak samo jak tykanie zegara — słyszę, nie słucham.
Tego dnia Andrzej oczywiście nie poszedł.
— Idziesz? — zapytałam, stojąc w przedpokoju w granatowej sukience i białych balerinkach.
— Dzisiaj odpuszczę — powiedział z kanapy, nie odrywając wzroku od laptopa. — Jestem po ciężkim tygodniu.
Nie skomentowałam. Co tu komentować. Wyszłam.
Droga do kościoła jest krótka i w niedzielny poranek przyjemna — lipowe aleje rzucają cień na chodnik, powietrze pachnie jeszcze nocnym chłodem, choć za godzinę będzie trzydzieści stopni i miasto zacznie się gotować jak garnek z rosołem. Szłam i myślałam o tym, po co właściwie idę. Bo prawda jest taka, że od lat chodzę na mszę z przyzwyczajenia. Tak mnie wychowano. Matka chodziła w każdą niedzielę, ojciec chodził w Wielkanoc i na Boże Narodzenie (i po Pasterce szedł do kolegi na kieliszek, co kończyło się powrotem o trzeciej w nocy i awanturą, ale to inna historia), a ja chodziłam, bo chodziłam, i kiedy wyszłam za mąż, chodziłam dalej, bo nie chodziłoby się dziwnie nie chodzić. Mechanizm. Nawyk. Autobus linii trzydzieści cztery duszy — wsiadasz, jedziesz, wysiadasz, nie pamiętasz trasy.
Nie modlę się w kościele. To znaczy — wykonuję gesty. Klękam, wstaję, siadam, składam ręce, mówię „Amen” we właściwych momentach, odpowiadam „I z duchem twoim” razem z innymi, śpiewam pieśni, choć nie wszystkie znam na pamięć i czasem otwieram usta bez dźwięku, licząc, że nikt nie zauważy. Ale to nie jest modlitwa. To jest choreografia. Taniec, którego kroki znam, ale muzyki nie słyszę.
Weszłam do kościoła. Było wpół do dziewiątej, msza o dziewiątej — lubiłam przychodzić wcześniej, kiedy kościół jest jeszcze w połowie pusty i można usiąść w ławce bez przepychania się obok tłustych pań w kwiecistych sukienkach, które zawsze siedzą na skraju i nie chcą się przesunąć. Usiadłam w piątej ławce od ołtarza, po lewej stronie, obok nawy bocznej. To jest moje miejsce — nie oficjalnie, nikt nie rezerwuje ławek, ale regularni parafianie mają swoje niepisane terytoria, jak koty w ogrodzie, i wszyscy o tym wiedzą, i nikt tego nie narusza.
Kościół pachniał kadzidłem i starym drewnem. Światło wpadało przez witraże i kładło kolorowe plamy na posadzce — niebieskie, czerwone, złote. Patrzyłam na te plamy i myślałam o niczym. Ludzie przychodzili, siadali, szeptali, kaszleli, szeleścili torebkami. Zwykła niedzielna liturgia. Gdzieś z boku płakało dziecko — matka próbowała je uspokoić, kołysząc na rękach, ale dziecko miało własne zdanie na temat ciszy w kościele i wyrażało je głośno. Starszy pan w garniturze, trzy ławki przede mną, odwrócił się i rzucił matce spojrzenie pełne dezaprobaty. Matka spuściła oczy. Dziecko płakało dalej. Normalność.
Msza zaczęła się punktualnie. Ksiądz proboszcz Tadeusz — mężczyzna koło sześćdziesiątki, siwy, niski, z twarzą okrągłą jak chleb, z głosem, który brzmi jak skrzypienie starej szafy — wyszedł do strony ołtarza i zaczął od znaku krzyża. Wstałam razem z innymi. Siadłam. Wstałam. Usiadłam. Choreografia. Pierwsze czytanie — coś ze Starego Testamentu, nie pamiętam co, bo nie słuchałam, myślałam o tym, czy wyłączyłam żelazko, choć nie prasowałam tego ranka, ale taka myśl potrafi wejść do głowy i zasiąść tam jak niechciany gość, który nie rozumie, że powinien wyjść. Psalm responsoryjny. Drugie czytanie. I potem — Ewangelia.
Ksiądz Tadeusz otworzył lekcjonarz i zaczął czytać. I wtedy coś się stało.
Fragment był z Ewangelii świętego Jana. Rozdział czwarty. Kobieta z Samarii przy studni. Znałam ten fragment — słyszałam go dziesiątki razy, bo Ewangelie się powtarzają w cyklu liturgicznym, i po trzydziestu latach chodzenia do kościoła trudno usłyszeć coś naprawdę nowego. Ale tamtego dnia te słowa brzmiały inaczej. Jakby ktoś wziął stary, wyblakły obraz ze ściany, wyczyścił go i powiesił z powrotem, i nagle widać kolory, których wcześniej nie było. Jezus siedzi przy studni, zmęczony drogą. Przychodzi kobieta — Samarytanka, obca, z marginesu, ktoś, z kim porządny Żyd nie powinien rozmawiać. A On mówi do niej: „Daj mi pić.” I potem mówi to, co uderzyło mnie tak, że zaparło mi dech w piersiach, dosłownie, fizycznie, poczułam, jak powietrze utknęło mi w gardle: „Każdy, kto pije tę wodę, znowu będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu.”
Siedziałam w ławce i te słowa wisiały w powietrzu nad moją głową jak chmura, z której zaraz spadnie piorun. Nie wiem, dlaczego akurat tego dnia, akurat ten fragment, akurat te słowa — nie wiem. Ale poczułam coś. Coś fizycznego — nie metaforycznego, nie poetyckiego, fizycznego. Ukłucie. W środku klatki piersiowej, mniej więcej tam, gdzie jest serce, ale głębiej, za sercem, za żebrami, w jakimś miejscu, którego nie ma na żadnej mapie anatomicznej, bo anatomia nie zna takich miejsc. Ukłucie, krótkie i ostre jak szpilka wbita od środka na zewnątrz. I zaraz potem — ciepło. Fala ciepła, która rozlała się od tego punktu na boki, w górę, w dół, do ramion, do palców, do gardła. Nie gorączka. Nie uderzenie krwi. Ciepło innego rodzaju — takie, jakby ktoś w środku zapalił świeczkę, małą, cichą świeczkę, która nie oświetla wiele, ale jest.
Ksiądz Tadeusz zaczął kazanie. Zazwyczaj jego kazania są jak jego głos — skrzypiące, monotonne, trochę za długie, trochę za oczywiste. Mówi o miłości bliźniego, o grzechach, o obowiązkach parafialnych, o składkach na remont dachu. Ale tego dnia mówił o pragnieniu. Stał na ambonie, mały, siwy, okrągły, i mówił głosem, który nagle przestał skrzypieć i zaczął brzmieć jak coś głębszego, jakby pod spodem jego zwykłego księżowskiego tonu był drugi głos, poważniejszy, ciemniejszy.
— Pragnienie — powiedział — jest stanem naturalnym człowieka. Pragniemy jedzenia, pragniemy wody, pragniemy snu. Ale jest w nas pragnienie, którego nie zaspokoi żaden pokarm, żadna woda, żaden sen. Jest w nas studnia bez dna, do której możemy wlewać wszystko, co daje nam świat — pieniądze, rozrywki, przyjemności, nawet miłość ludzką — i ta studnia nie napełni się nigdy. Bo ta studnia nie jest przeznaczona na wodę ziemską.
Patrzył prosto przede siebie, na kogoś w trzeciej ławce albo na nikogo, i mówił dalej, a ja siedziałam w piątej ławce i czułam, że mówi do mnie. Do mnie osobiście. Co jest absurdalne, bo w kościele było dwieście osób i ksiądz Tadeusz nie wie nawet, jak mam na imię — jestem jedną z wielu twarzy, które widzi co niedzielę z ambony i które zlewają się w jedno beżowe morze parafialnej wierności. A jednak miałam poczucie — irracjonalne, niemożliwe do obronienia logicznie, i mimo to absolutnie pewne — że te słowa są skierowane do mnie, do Iwony Mazurkiewicz, lat trzydzieści, referentki z wydziału geodezji, żony informatyka, właścicielki zegara z Castoramy i kołdry z Ikei.
— Kobieta przy studni — ciągnął ksiądz Tadeusz — przyszła po wodę. Po zwykłą, ziemską wodę. Miała dzban, miała sznur, miała rutynę. Chodziła do tej studni codziennie, od lat. Ale Jezus zapytał ją o coś, czego nikt wcześniej nie zapytał. Zapytał ją o pragnienie. Nie o to, czego potrzebuje, ale czego pragnie. A to jest wielka różnica, kochani. Bo potrzebujemy chleba i dachu nad głową, ale pragniemy sensu. I to pragnienie jest głosem Boga w nas. To pragnienie jest dowodem na to, że nie jesteśmy stworzeni dla tego świata. Jesteśmy stworzeni dla czegoś więcej.
Czegoś więcej.
Siedziałam i czułam, jak łzy napływają mi do oczu, i nie wiedziałam dlaczego, bo nic smutnego się nie stało, nikt nie umarł, nikt mnie nie skrzywdził, nikt nie powiedział czegoś bolesnego — a jednak płakałam. Cicho, bez szlochu, po prostu łzy spływały po policzkach jak woda ze skalnej szczeliny, same z siebie, bez mojej zgody i bez mojego sprzeciwu. Kobieta obok mnie — gruba pani w kwiecistej sukience, ta od niechęci do przesuwania się — zerknęła na mnie i odwróciła wzrok. Może pomyślała, że przeżywam jakąś tragedię. Może pomyślała, że jestem niezrównoważona. Może w ogóle nie pomyślała nic, bo ludzie w kościele patrzą na siebie ukradkiem i szybko, jak złodzieje, i nie chcą wiedzieć za dużo.
Msza trwała dalej. Komunia. Nie poszłam do komunii — dawno nie byłam u spowiedzi, a jestem w tych sprawach staromodna, matka nauczyła mnie, że do komunii idzie się w stanie łaski uświęcającej, i choć nie wiem dokładnie, co to znaczy, wiem, że ja w tym stanie nie jestem, cokolwiek to jest. Siedziałam w ławce, kiedy inni szli w procesji do ołtarza, i patrzyłam na ich plecy, na pochylone głowy, na złożone ręce, i zastanawiałam się, ilu z nich naprawdę czuje to, co mówią że czują, a ilu idzie z przyzwyczajenia, tak jak ja, tak jak wszyscy, bo tak trzeba, bo tak wypada, bo dzwony biją i nogi niosą.
A potem msza się skończyła. Ksiądz Tadeusz powiedział: „Idźcie w pokoju Chrystusa” i ludzie zaczęli wychodzić — powoli, z szumem, z szuraniem nóg na posadzce, z cichymi rozmowami, które wybuchały natychmiast za progiem kościoła, jakby cisza liturgii była korkiem, który ktoś właśnie wyciągnął z butelki codzienności.
I wszyscy wyszli. A ja nie.
Zostałam w ławce. Nie dlatego, że postanowiłam zostać — raczej dlatego, że nie potrafiłam wstać. Nie fizycznie — nogi działały, kręgosłup działał, wszystko działało. Ale coś mnie trzymało. Ta niewidzialna nić, to ciągnięcie w środku klatki piersiowej — teraz było silniejsze, wyraźniejsze, jakby ktoś stał za moimi plecami i delikatnie, ale stanowczo, trzymał mnie za ramiona. Kiedy ostatni ludzie wyszli i kościół opustoszał — zostałam tylko ja, zakrystian zamiatający przy ołtarzu i stary mężczyzna w ostatniej ławce, który chyba zasnął — wstałam powoli i przeszłam do nawy bocznej.
Tam, w niszy w ścianie, stoi figura Matki Boskiej. Drewniana, polichromowana, pewnie z lat czterdziestych albo pięćdziesiątych, może starsza. Nieduża — metr, może metr dziesięć. Matka Boska w niebieskim płaszczu, z rękami rozłożonymi na boki, z twarzą, która nie jest ani smutna, ani radosna, ale spokojna. Spokojna w sposób, który wykracza poza ludzkie rozumienie spokoju — to nie jest spokój kogoś, kto nie ma problemów, tylko spokój kogoś, kto ma wszystkie problemy świata i mimo to stoi prosto. U jej stóp leżały zwiędłe kwiaty — ktoś przyniósł bukiet, pewnie w środku tygodnia, i teraz róże pochylały głowy jak zmęczeni pielgrzymi, a liście zaczynały brązowieć na końcach.
Uklękłam na drewnianym klęczniku, który był twardy i niewygodny, i patrzyłam na tę figurę. Nie modliłam się. Nie odmawiałam żadnej modlitwy — nie Zdrowaś Mario, nie Ojcze Nasz, nie Pod Twoją Obronę. Słowa modlitw, które znałam od dzieciństwa, wydawały mi się w tamtym momencie jak buty, które kiedyś pasowały, ale teraz są za małe — próbujesz je włożyć i nie możesz, i nie wiesz, czy to stopa urosła, czy buty się skurczyły. Nie modliłam się słowami. Nasłuchiwałam.
Bo to jest chyba najdokładniejsze słowo na to, co robiłam — nasłuchiwałam. Klęczałam przed drewnianą figurą w pustym kościele i nasłuchiwałam, tak jak się nasłuchuje w środku nocy, kiedy wydaje ci się, że ktoś zapukał do drzwi — nie jesteś pewna, czy to był puk, czy ci się zdawało, i wstrzymujesz oddech, i otwierasz uszy na oścież, i czekasz na powtórzenie dźwięku, który może nigdy się nie powtórzy. Tak właśnie klęczałam. Z wstrzymanym oddechem. Z otwartymi uszami. Z pustą głową, w której nie było myśli, tylko oczekiwanie na myśl.
I wtedy to poczułam.
Nie wiem, jak to opisać, i wiem, że cokolwiek napiszę, będzie nieprecyzyjne i niewystarczające, bo język został stworzony do opisywania rzeczy, które mają kształt, kolor, dźwięk, wagę — a to, co poczułam, nie miało nic z tych rzeczy. To było — szarpnięcie. Delikatne, ale wyraźne. Jakby ktoś wziął tę niewidzialną nić, o której myślałam rano — tę nić przywiązaną do środka mojej klatki piersiowej — i pociągnął. Nie mocno. Nie brutalnie. Tak, jak ciągnie matka dziecko za rękę, łagodnie, w kierunku czegoś, co dziecko powinno zobaczyć. Ciągnięcie, które mówi: chodź. Chodź, nie bój się. Jest coś, co musisz zobaczyć. Jest coś, co na ciebie czeka.
Klęczałam i czułam to ciągnięcie i po raz pierwszy od bardzo dawna — może od lat, może od zawsze — czułam, że coś jest realne. Nie autobus linii trzydzieści cztery, nie makaron z sosem pomidorowym, nie tykanie zegara — te rzeczy są realne w sposób płaski, powierzchniowy, jak fotografia jest realna, ale nie jest tym, co przedstawia. To, co czułam w tamtym momencie, było realne w sposób trójwymiarowy, głęboki, absolutny. Jak gdyby cały mój dotychczasowy świat był sceną teatralną z namalowanymi dekoracjami, a za tymi dekoracjami — za płaskimi drzewami i domami z kartonu i niebem z płótna — było coś prawdziwego. I to coś prawdziwego właśnie mnie zawołało.
Nie wiem, jak długo klęczałam. Może pięć minut, może dwadzieścia. Zakrystian kończył sprzątanie i pewnie zaczął się zastanawiać, czy ta kobieta w granatowej sukience zamierza kiedyś wyjść, czy będzie tak klęczeć do wieczora. Ale nie pogonił mnie. Może zobaczył łzy na moich policzkach i pomyślał, że przeżywam coś ważnego. A może go to nie obchodziło. Tak czy inaczej, w końcu wstałam. Kolana bolały — klęcznik był naprawdę twardy. Przeżegnałam się, nie dlatego, że chciałam zakończyć modlitwę (bo nie modliłam się), ale dlatego, że gest przeżegnania się jest jak kropka na końcu zdania — zamyka coś, nawet jeśli nie wiesz co.
Wyszłam z kościoła. Światło na zewnątrz było ostre i białe — lipcowe słońce nie ma litości, nawet o dziewiątej czterdzieści rano. Przymrużyłam oczy. Ludzie dawno się rozeszli, plac przed kościołem był prawie pusty — tylko kilka starszych pań rozmawiało pod lipą, i jakaś rodzina z dziećmi szła w stronę parkingu. Normalność wracała szybko, jak morze, które zalewa ślady stóp na piasku.
I wtedy zobaczyłam tablicę.
Parafialna tablica ogłoszeń — drewniana, pod szkłem, wisząca na murze obok wejścia do kościoła. Mijałam ją co niedzielę od pięciu lat i nigdy nie zatrzymywałam się, żeby przeczytać, co na niej jest, bo co mogło na niej być — informacja o chrztach, o pogrzebach, o zebraniu Rady Parafialnej, o składce na misje, o rekolekcjach wielkopostnych. Informacje z innego świata, ze świata ludzi, którzy żyją kościołem na serio, nie na moim poziomie niedzielnej choreografii. Ale tamtego dnia zatrzymałam się. I przeczytałam.
Między ogłoszeniem o dyżurach spowiedniczych a zaproszeniem na festyn parafialny wisiała kartka formatu A4, wydrukowana na kolorowej drukarce, z obrazkiem Matki Bożej Licheńskiej w górnym rogu i krzyżem narysowanym niebieskim flamastrem w dolnym. Na kartce było napisane:
PIESZA PIELGRZYMKA DO LICHENIA
12 dni — wyjście 15 lipca
Prowadzi: ks. Marek Sobczak
Zapisy w kancelarii parafialnej
lub pod nr tel. 607-XXX — XXX
Stałam przed tą tablicą i czytałam te słowa raz, drugi, trzeci. Piesza pielgrzymka. Dwanaście dni. Do Lichenia. Licheń — wiedziałam, że to gdzieś w Wielkopolsce, wielka bazylika, największy kościół w Polsce, budowany przez ojca Eugeniusza, kontrowersyjny, krytykowany, ale popularny. Nigdy tam nie byłam. Nigdy o tym nie myślałam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby iść gdziekolwiek pieszo dwanaście dni, bo po co, skoro są autobusy, pociągi, samochody, i po co iść do bazyliki, skoro mam kościół na rogu.
Ale ta nić. To ciągnięcie. Ten głos — bo to był głos, choć nie miał dźwięku, nie miał słów, nie miał tonu ani barwy, był raczej impulsem niż głosem, ale impulsem tak wyraźnym, że równie dobrze mógłby być krzykiem — ten głos powiedział jedno słowo. Jedno jedyne.
Idź.
Nie: „Zastanów się.” Nie: „Może warto spróbować.” Nie: „Pomyśl o tym.” Tylko: idź. Tryb rozkazujący. Bez dyskusji. Bez wątpliwości. Bez „ale”. Idź.
Wyciągnęłam telefon i zapisałam numer z kartki.
—
Wracałam do domu inną drogą niż zwykle — nie wiem czemu, nogi same skręciły w uliczkę, którą normalnie nie chodzę, i szłam wśród starych kamienic z podwórkami pełnymi bzu i jaśminu, i myślałam o tym, co właśnie postanowiłam. Bo to było postanowienie — nie plan, nie pomysł, nie „fajnie by było.” Postanowienie. Twarde jak kamień. Idę na pielgrzymkę. Pieszo. Dwanaście dni. Do Lichenia. Ja, Iwona Mazurkiewicz, referentka z wydziału geodezji, która zadyszki dostaje na trzecim piętrze, która ostatnią dłuższą trasę pieszą pokonała na wycieczce szkolnej w drugiej klasie liceum, która ma płaskostopie i alergię na komary i nie posiada śpiwora ani plecaka ani wygodnych butów trekkingowych. Idę.
To było absurdalne. I właśnie dlatego wiedziałam, że to prawdziwe.
Weszłam do domu. Andrzej siedział w salonie przed laptopem — w niedzielę nie pracuje, ale ogląda filmy na Netflixie, co jest tym samym, tylko bez wynagrodzenia.
— Jak w kościele? — zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Dobrze — powiedziałam. I potem, bez zastanowienia, bez przygotowywania gruntu, bez dyplomacji, bo dyplomacja jest dla ludzi, którzy nie są pewni swojej decyzji, a ja byłam pewna tak, jak jest się pewnym bólu zęba — ból albo jest, albo go nie ma, i nie trzeba nikogo pytać o zdanie: — Andrzej, chcę iść na pielgrzymkę.
Cisza. Andrzej odwrócił głowę od ekranu i spojrzał na mnie. Miał na twarzy wyraz, który widzę na nim może raz na pół roku — wyraz autentycznego zaskoczenia, przebijającego przez warstwy obojętności jak słońce przez chmury.
— Na pielgrzymkę — powtórzył, jakby smakował to słowo i próbował ustalić, czy jest jadalne.
— Tak. Pieszą. Do Lichenia. Dwanaście dni. Start piętnastego lipca. Z parafii.
— Dwanaście dni — powtórzył znowu. Andrzej ma tę cechę, że w sytuacjach, które go zaskakują, powtarza kluczowe informacje jak echo, jakby musiał je usłyszeć drugi raz, żeby uwierzyć, że są prawdziwe.
— Tak. Dwanaście dni. Wzięłabym urlop.
Patrzył na mnie przez kilka sekund. Widziałam, jak w jego głowie toczą się koła zębate — informatyk analizuje dane, przetwarza, szuka logicznego wyjaśnienia, szuka błędu w kodzie. Jego żona, która chodzi do kościoła z przyzwyczajenia i nigdy w życiu nie powiedziała czegoś, co sugerowałoby głębszą wiarę niż poziom „Zdrowaś Mario” przed snem — ta żona chce iść dwanaście dni pieszo do sanktuarium.
— Pieszo — powiedział, jakby to słowo było szczególnie podejrzane.
— Pieszo. Tak ludzie pielgrzymują, Andrzej. Pieszo. Nogami.
— Wiem, że nogami. Po prostu… Nie spodziewałem się.
— Ja też się nie spodziewałam.
Kolejna cisza. Andrzej zamknął laptopa — wolno, ostrożnie, jakby laptop był śpiącym zwierzęciem, którego lepiej nie budzić. Odłożył go na kanapę obok siebie. Splótł ręce na kolanach. Patrzył na mnie z wyrazem twarzy, który u innego mężczyzny mógłby być początkiem rozmowy — prawdziwej rozmowy, głębokiej, szczerej, o tym, co się dzieje, o tym, dlaczego nagle, o tym, czy wszystko w porządku, czy coś się zmieniło, czy coś jest nie tak z nami, z tobą, ze mną, z naszym życiem, z tym cholernym zegarem na ścianie kuchni.
Ale Andrzej nie jest innym mężczyzną. Andrzej jest Andrzejem.
— Jak chcesz — powiedział.
I wrócił do laptopa.
Jak chcesz. Dwa słowa, które brzmią jak zgoda, ale są rezygnacją. Jak chcesz — znaczy: nie obchodzi mnie to na tyle, żeby dyskutować, ale nie obchodzi mnie to też na tyle, żeby zapytać dlaczego. Jak chcesz — znaczy: jesteś dorosła, rób co uważasz, ja będę tu siedział, na tej kanapie, w tym mieszkaniu, przy tym laptopie, i kiedy wrócisz, będę tu dalej, w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, jak mebel, jak kaloryfer, jak zegar na ścianie. Jak chcesz. Rób. Idź. Nie idź. Okej.
Wyszłam z salonu. Poszłam do kuchni. Zrobiłam herbatę — nie kawę, herbatę, i sam ten fakt wydał mi się znaczący, jakby zmiana napoju była pierwszym drobnym aktem rewolucji, pierwszym krokiem w stronę czegoś innego. Piłam herbatę i patrzyłam na ten zegar. Tik-tak. Tik-tak. I po raz pierwszy od tygodni jego tykanie nie brzmiało jak odmierzanie pustki. Brzmiało jak odliczanie. Do piętnastego lipca było dwanaście dni.
—
Następnego dnia, w poniedziałek, poszłam do pracy z postanowieniem, które nosiłam w sobie jak sekret — ciepły, lekko pulsujący, ukryty za codzienną fasadą referentki z wydziału geodezji. Usiadłam przy biurku, włączyłam komputer, otworzyłam system ewidencyjny. Dorota przyszła o ósmej, jak zawsze, z kawą w kubku z napisem „Geodezja — mierzymy przyszłość.”
— Hej, Iwona. Dobry był weekend?
— Dobry, Dorotko, muszę iść do szefowej.
— O tej porze? Po co?
— Urlop.
Dorota uniosła brwi tak wysoko, że prawie zniknęły pod grzywką.
— Urlop? Teraz? W lipcu? Przecież zawsze bierzesz w sierpniu, z Andrzejem, nad Zalew.
— W tym roku biorę w lipcu. Sama.
Dorota patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie ogłosił, że zamierza skoczyć ze spadochronem — z mieszanką podziwu, niedowierzania i lekkiego niepokoju. Ale Dorota jest dyskretna w sposób, w jaki dyskretne są kobiety, które widziały w życiu wystarczająco dużo, żeby nie zadawać zbędnych pytań.
— No to idź — powiedziała i wróciła do monitora.
Poszłam do szefowej. Pani naczelnik Krystyna Wójcik — kobieta o wyglądzie i temperamencie czołgu, pięćdziesiąt trzy lata, kostium w kolorze stalowym, fryzura nieruchoma jak hełm, okulary na łańcuszku — siedziała za biurkiem i przeglądała dokumenty z wyrazem twarzy sugerującym, że dokumenty ją osobiście obrażają.
— Dzień dobry, pani naczelnik. Chciałabym złożyć wniosek urlopowy.
— Urlop? — pani Wójcik podniosła wzrok znad dokumentów i popatrzyła na mnie przez okulary. — Kiedy?
— Od piętnastego lipca. Dwa tygodnie.
— Dwa tygodnie. W środku miesiąca. W sezonie.
— Tak.
Pani Wójcik zdjęła okulary i położyła je na biurku z kliknięciem, które w jej wykonaniu brzmiało jak strzał z pistoletu.
— Pani Mazurkiewicz, pani pracuje u mnie — zerknęła na coś w komputerze — cztery lata. I przez te cztery lata pani nigdy nie złożyła wniosku urlopowego poza ustalonym terminem. Sierpień. Zawsze sierpień. Dwa tygodnie. Jak w zegarku.
Jak w zegarku. Nawet szefowa mówi o zegarkach.
— Wiem, pani naczelnik. Ale w tym roku chciałabym inaczej.
— Mogę wiedzieć dlaczego?
Przez ułamek sekundy rozważałam powiedzenie prawdy. Idę na pielgrzymkę, pani naczelnik. Pieszą. Do Lichenia. Bo klęczałam w kościele i poczułam szarpnięcie w klatce piersiowej i głos, który powiedział „Idź.” Wyobraziłam sobie minę pani Wójcik i odrzuciłam tę opcję.
— Sprawy rodzinne — powiedziałam.
Pani Wójcik patrzyła na mnie jeszcze przez trzy sekundy — jej wzrok był jak skaner na lotnisku, prześwietlał na wylot — a potem westchnęła i sięgnęła po formularz.
— Niech pani wypełni. Ale pani Mazurkiewicz — chcę te czternaście wniosków o wypis na biurku przed pani wyjściem. Wszystkie. Z pieczątkami.
— Oczywiście, pani naczelnik.
Wyszłam z jej gabinetu z formularzem w ręku i z uczuciem, które było absurdalnie nieproporcjonalne do sytuacji — czułam triumf. Mały, cichy, prywatny triumf, tak jakbym właśnie wygrała bitwę, o której nikt poza mną nie wiedział, że się toczy.
—
Tego samego dnia wieczorem zadzwoniłam pod numer z tablicy ogłoszeń. Odebrał mężczyzna — głęboki, ciepły głos, uprzejmy, ale nie oficjalny.
— Słucham, tu ksiądz Marek.
— Dzień dobry, księże. Dzwonię w sprawie pielgrzymki do Lichenia. Chciałabym się zapisać.
— Bardzo się cieszę! Jak pani ma na imię?
— Iwona. Iwona Mazurkiewicz.
— Pani Iwono, pięknie. Czy pani wcześniej pielgrzymowała?
— Nie. To byłby mój pierwszy raz.
— Tym lepiej! Pierwszy raz jest jak pierwsze spotkanie z Panem Bogiem — pełne niespodzianek i łask. Proszę sobie zapisać: zbiórka piętnastego lipca, godzina szósta rano, przy kościele świętego Wojciecha. Plecak, śpiwór, wygodne buty, dobra wola i otwarte serce. Resztę załatwi Matka Boża.
Mówił z taką naturalnością, z takim ciepłem, że poczułam się, jakby ktoś właśnie owinął mnie miękkim kocem w zimny dzień. Głos księdza Marka był jak przeciwieństwo wszystkiego, co znałam — nie był obojętny jak głos Andrzeja, nie był skrzypiący jak głos księdza Tadeusza, nie był metaliczny jak głos pani Wójcik. Był żywy. Pełen. Jakby za każdym słowem stała cała osoba, nie tylko twarz i usta.
— Będę — powiedziałam. — Na pewno będę.
— Niech pani zrobi jedną rzecz przed pielgrzymką, pani Iwono. Niech pani wieczorem, przed snem, usiądzie w ciszy i powie Panu Bogu jedno zdanie. Tylko jedno. „Jestem gotowa.” Nic więcej. On już będzie wiedział, co dalej.
Rozłączyłam się i stałam z telefonem w ręku na środku kuchni, pod zegarem, który tykał, i czułam, że coś się właśnie zaczęło. Coś, czego nie kontroluję. Coś, co ma swoją własną siłę i swój własny kierunek, i co ciągnie mnie za tę niewidzialną nić w stronę, w którą nigdy bym sama nie poszła.
—
Pozostałe dni do piętnastego lipca wypełniłam przygotowaniami. Kupiłam plecak — nie za drogi, nie za tani, pomarańczowy, z kieszenią na bidon i paskami odblaskowymi — w sklepie sportowym w galerii Echo, gdzie sprzedawca, młody chłopak z kolczykiem w brwi, zapytał, czy idę w góry. „Nie, na pielgrzymkę” — powiedziałam, i chłopak popatrzył na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Marsa. Kupiłam śpiwór — lekki, letni, zwijany w rulon wielkości bochenka chleba. Kupiłam buty trekkingowe — szare, z grubą podeszwą, brzydkie jak grzech, ale wygodne, sprzedawczyni kazała mi w nich chodzić po sklepie dziesięć minut, żeby sprawdzić, czy nie obcierają. Nie obcierały. Kupiłam skarpety — trzy pary, bawełniane, grube, też brzydkie. Kupiłam latarkę czołową, plastry na pęcherze i krem z filtrem.
A potem, ostatniego wieczoru, pakowałam plecak. Andrzej siedział w gabinecie przed komputerem i nie zaglądał do sypialni, w której rozłożyłam na łóżku swój ekwipunek — plecak, śpiwór, buty, skarpety, bieliznę na zmianę, dwie koszulki, lekką kurtkę przeciwdeszczową, przybory toaletowe, telefon, ładowarkę, portfel z pieniędzmi (odłożyłam pięćset złotych z pensji — na jedzenie i nagłe wypadki). I notes. Ten zeszyt w kratkę za trzy pięćdziesiąt, w którym piszę te słowa. I długopis. Niebieski, z logo Urzędu Miasta Kielce, zabrany z pracy bez wyrzutów sumienia, bo urząd ma ich tysiąc i nikt nie zauważy braku jednego.
Patrzyłam na ten rozłożony ekwipunek i czułam się jak przed pierwszym dniem szkoły. Dokładnie tak. Miałam siedem lat i stałam przed łóżkiem, na którym leżał tornister, piórnik z dwoma ołówkami, zeszyt w trzy linie i kanapka zawinięta w folię aluminiową, i nie wiedziałam, co mnie czeka, i bałam się, i cieszyłam się, i czułam mdłości, i chciałam, żeby już było jutro, i jednocześnie chciałam, żeby jutro nie nadeszło nigdy.
Dwadzieścia trzy lata później czułam dokładnie to samo.
Andrzej wszedł do sypialni, kiedy kończyłam pakowanie.
— Masz wszystko? — zapytał.
— Chyba tak.
— Weź powerbank. Mam zapasowy w szufladzie.
To było miłe. Naprawdę miłe. I nagle poczułam ukłucie czegoś, co mogło być wyrzutem sumienia, a mogło być czułością, a mogło być żalem — nie za tym, co jest, ale za tym, co mogłoby być, gdybyśmy kiedyś, dawno temu, skręcili w inną uliczkę. Andrzej przyniósł powerbank — czarny, prostokątny, naładowany do pełna — i podał mi go.
— Dzięki — powiedziałam.
— Dzwoń, jakby co.
— Będę dzwonić.
— No to… dobranoc.
— Dobranoc.
Leżeliśmy w ciemności. Trzydzieści centymetrów materaca między nami. Zegar tykał za ścianą. A ja zrobiłam to, co ksiądz Marek kazał mi zrobić — w ciszy, w myślach, nie na głos, bo Andrzej by usłyszał i zapytałby „co mówisz?”, a ja nie chciałam mu tego tłumaczyć — powiedziałam jedno zdanie.
Jestem gotowa.
I zamknęłam oczy. I po raz pierwszy od bardzo dawna — zasnęłam przed Andrzejem. Przynajmniej tak myślałam.
Rozdział 3
Pierwszy krok
Nie spałam. Całą noc nie zmrużyłam oka i nie jest to figura retoryczna ani literacka przesada — dosłownie nie spałam ani minuty. Leżałam w ciemności, na plecach, z rękami wzdłuż ciała, i gapiłam się w sufit, w tę rysę w kształcie litery Y, którą znałam lepiej niż własną linię życia na dłoni, i czekałam na budzik. Ale budzik nastawiłam na piątą, nie na szóstą piętnaście, bo zbiórka przy kościele była o szóstej, a potrzebowałam czasu na prysznic, kawę, ostatnie sprawdzenie plecaka i tę drogę na piechotę — osiem minut, które mogły się zamienić w piętnaście, jeśli nogi odmówią posłuszeństwa z nerwów. A nogi miały prawo odmówić, bo przez całą noc zaciskałam palce u stóp tak mocno, że rano, kiedy wreszcie wstałam, miałam skurcze w łydkach jak po maratonie.
Budzik zadzwonił o piątej i nie musiał dzwonić, bo już siedziałam na brzegu łóżka od czwartej czterdzieści. Andrzej nawet się nie poruszył. Spał na swoim prawym boku, z ręką pod poduszką, oddychając miarowo jak maszyna zaprogramowana na sen, i przez jedną krótką, absurdalną chwilę poczułam wobec niego coś w rodzaju czułości pomieszanej z zazdrością — zazdrości o tę jego zdolność do niezakłóconego snu, do nieprzejmowania się, do bycia tu i teraz bez potrzeby bycia gdziekolwiek indziej. Andrzej nie potrzebował pielgrzymki. Andrzej nie potrzebował głosu z wnętrza. Andrzej miał swój laptop, swój prawym bok i swoje pięć minut do zaśnięcia i to mu wystarczało. Czasami myślę, że prostota jest formą mądrości. Ale częściej myślę, że jest formą śmierci za życia.
Wzięłam prysznic — krótki, gorący, prawie parzący, jakbym chciała zmyć z siebie nie brud, ale starą skórę, jak wąż, który zrzuca łuskę przed nowym etapem życia. Ubrałam się: koszulka z krótkim rękawem, sportowe spodnie do kolan, te nowe skarpety — grube, bawełniane, brzydkie — i buty trekkingowe, które na parkiecie kuchni wydawały absurdalnie ciężkie, jakbym zakładała ołowiane kalosze nurka głębinowego. Zjadłam kanapkę, ale w zasadzie ją połknęłam, bo żołądek był ściśnięty w pięść i nie miał ochoty na ser żółty o piątej dwadzieścia rano. Wypiłam pół kubka kawy. Narzuciłam plecak na ramiona — był cięższy, niż pamiętałam z próbnego noszenia po mieszkaniu, albo moje ramiona były słabsze, niż myślałam, albo jedno i drugie — i stanęłam w przedpokoju.
Lustro w przedpokoju pokazało mi kogoś, kogo nie poznałam. Kobieta w butach trekkingowych i z pomarańczowym plecakiem, z włosami związanymi w koński ogon, z twarzą bladą i napięta jak bęben. Wyglądałam jak ktoś, kto albo zamierza zdobyć szczyt, albo zamierza uciec. Prawdopodobnie jedno i drugie.
Wróciłam do sypialni. Andrzej nadal spał. Pochyliłam się i pocałowałam go w czoło — tak lekko, że pewnie nie poczuł, ale zrobiłam to dla siebie, nie dla niego. Na szafce nocnej zostawiłam kartkę: „Wyszłam. Będę dzwonić. Całuję. I.” Literka I — tak podpisuję się od zawsze, bo Iwona to za długie imię na kartki zostawiane na szafkach nocnych, a poza tym jedna litera wydaje mi się bardziej intymna niż całe imię. Jest jak skrót od czegoś, co oboje znamy, choć dawno o tym nie rozmawialiśmy.
Zamknęłam drzwi. Zbiegłam po schodach. Trzecie piętro, drugie, pierwsze, parter. Klatka schodowa pachniała środkiem do mycia podłóg i czyjąś poranną kawą. Wyszłam na podwórko. Lipiec. Szósta rano. Niebo miało ten kolor — blady, mleczny, obiecujący upał — który pojawia się tylko wczesnym latem, kiedy dzień jeszcze się zastanawia, czy będzie piękny czy brutalny, i zwykle decyduje się na jedno i drugie.
Szłam szybko. Szybciej niż zwykle. Minęłam kiosk pani Krysi — zamknięty o tej porze, z opuszczonymi żaluzjami jak zmęczone powieki — minęłam przystanek autobusu linii trzydzieści cztery, na którym nikogo nie było, minęłam skwer z ławkami i klombem pełnym petunii, które wyglądały na zaspane. I po sześciu minutach, nie po ośmiu, bo szłam prawie biegiem, zobaczyłam kościół.
Przed kościołem świętego Wojciecha, na placyku wyłożonym kostką brukową, stała grupa ludzi. I kiedy mówię „stała grupa ludzi,” mam na myśli coś, czego nie potrafiłam sobie wyobrazić, kiedy czytałam ogłoszenie na tablicy parafialnej. Wyobrażałam sobie — nie wiem dlaczego — dziesięć, może piętnaście osób. Cichych, skupionych, poważnych. Ludzi z różańcami i opuszczonymi oczami, otoczonych aurą świętości i zapachu kadzidła. Tymczasem na placyku było co najmniej czterdzieści osób i panował tam gwar jak na szkolnej wycieczce.
Stanęłam na skraju placu i patrzyłam. Próbowałam ogarnąć tę scenę, zarejestrować ją, zapamiętać, bo wiedziałam już wtedy — choć nie wiem skąd — że kiedyś będę o niej pisać.
Większość grupy stanowiły kobiety. Starsze kobiety — sześćdziesiąt lat, siedemdziesiąt lat, w chustkach na głowach lub bez, w kwiecistych bluzkach i spódnicach poniżej kolan, w sandałach ortopedycznych lub w butach sportowych, z plecaczkami albo z torbami na kółkach, z różańcami owiniętymi wokół nadgarstków jak bransoletki, z twarzami, na których malowała się spokojna, wypróbowana wiara — wiara ludzi, którzy wierzą nie dlatego, że przeżyli mistyczne doświadczenie, ale dlatego, że wierzą od zawsze, od chrztu, od Pierwszej Komunii, od ślubu, od pogrzebu matki, od wszystkich niedziel i świąt i postów, które przeszły przez ich życie jak pory roku, naturalne i nieodwołalne. Patrzyłam na te kobiety i czułam wobec nich coś w rodzaju podziwu pomieszanego z niepokojem — czy ja też tak będę wyglądała za trzydzieści lat? Czy moja wiara — o ile to, co mam, można nazwać wiarą — zestarzeję się w coś tak solidnego i niepodważalnego jak te różańce na nadgarstkach?
Mężczyzn było kilku. Może siedmiu, może ośmiu — trudno było ich policzyć, bo trzymali się na uboczu, z rękami w kieszeniach lub z papierosami, których jeszcze nie zapalili, bo przy kościele nie wypada, ale które wystawały z kieszeni koszul jak anteny niepokoju. Mężczyźni w średnim wieku — czterdzieści, pięćdziesiąt lat — z twarzami, które wyglądały, jakby miały swoją historię, ale nie zamierzały się nią dzielić. Jeden z nich — niski, krępy, z wąsem, w koszulce polo i szortach turystycznych — stał przy ławce i wiązał sznurowadło buta z taką koncentracją, jakby od tego wiązania zależały losy świata.
Była grupka młodzieży — pięcioro, może sześcioro, trudno powiedzieć, bo stali w kupce i ruszali się ciągle, jak stado szpaków na przewodach. Dziewczyny w legginsach i kolorowych koszulkach, chłopcy w dresach, wszyscy ze słuchawkami na szyjach i z telefonami w dłoniach, nawet tutaj, nawet teraz, na progu pielgrzymki, w cieniu kościoła. Gadali, chichotali, pchali się łokciami. Wyglądali, jakby ktoś — rodzice, babcia, wujostwo — wysłał ich na tę pielgrzymkę siłą albo podstępem, i teraz próbowali znaleźć w tej sytuacji cokolwiek, co nie jest totalnie żenujące.
Było małżeństwo z dzieckiem. Ona — drobna blondynka, może trzydzieści pięć lat, z twarzą zmęczoną, ale uśmiechniętą, w kapeluszu słomkowym, który nadawał jej wygląd aktorki z francuskiego filmu. On — wysoki, brodaty, w okularach, z plecakiem tak wielkim, że wyglądał jak żółw niosący swój dom. Między nimi — wózek terenowy, z dużymi kołami i amortyzacją na polne drogi, a w wózku dziecko, może dwuletnie, które spało z buzią otwartą i piąstkami zaciśniętymi, kompletnie nieświadome, że za chwilę wyruszy na dwunastodniową pieszą pielgrzymkę. Patrzyłam na to dziecko i myślałam: ty jedno masz rację. Śpij. Śpij, jak długo się da.
I w końcu — rano, w lipcu, na placu przed kościołem — zobaczyłam księdza Marka.
Muszę poświęcić mu osobny akapit. Muszę, bo nie da się opisać tego człowieka w jednym zdaniu, tak jak nie da się opisać w jednym zdaniu pejzażu, który zapiera dech w piersiach — trzeba go rysować powoli, element po elemencie, kolor po kolorze, aż całość złoży się w obraz, który albo zachwyca, albo przeraża, albo jedno i drugie naraz. Ksiądz Marek Sobczak był wysoki. Bardzo wysoki — metr osiemdziesiąt pięć, może metr dziewięćdziesiąt, trudno ocenić, bo stał wśród ludzi, którzy byli od niego niżsi, i wystawał ponad ich głowy jak wieża kościoła ponad dachy okolicznych bloków. Miał ciemne włosy — gęste, lekko falowane, z pojedynczymi srebrnymi nitkami przy skroniach, które nie postarzały go, lecz nadawały mu wygląd kogoś, kto przeszedł przez życie i wyszedł z niego wzmocniony. Twarz opalona — nie wakacyjnie, nie solarnie, ale w sposób, który sugerował, że ten człowiek spędza dużo czasu na dworze, w drodze, pod gołym niebem. Oczy ciemne, głębokie, z czymś na dnie, czego nie potrafiłam od razu zidentyfikować — serdeczność? intensywność? uwaga? Coś, co sprawiało, że kiedy na ciebie patrzył, czułaś się widziana. Nie obserwowana, nie oceniana, nie prześwietlana — widziana. Jakbyś przez całe życie stała za szybą, niewidzialna, a ten człowiek nagle podszedł i zapukał w szybę i powiedział: widzę cię, jesteś.
Miał na sobie — i to mnie zaskoczyło — nie sutannę, nie koloratkę, lecz zwykłą czarną koszulkę polo i ciemne spodnie turystyczne, i buty trekkingowe podobne do moich, tylko bardziej znoszone, z zarysowaną podeszwą i wyblakłym kolorem. Jedynym znakiem kapłaństwa był mały krzyżyk na szyi — srebrny, prosty, bez ozdób, wiszący na cienkim łańcuszku. Krzyżyk, który wyglądał, jakby przeszedł te same drogi co jego właściciel — wytarty, ale wciąż na miejscu.
Kiedy go zobaczyłam — a raczej kiedy on zobaczył mnie, bo zauważyłam, że patrzył w moim kierunku, zanim ja zdążyłam go dokładnie obejrzeć — uśmiechnął się. I ten uśmiech. Muszę o nim napisać, bo był kluczowy. Ludzie uśmiechają się na sto sposobów — z uprzejmości, z przyzwyczajenia, z zakłopotania, z wyższości, z litości, ze złośliwości. Uśmiech księdza Marka nie był żadnym z tych uśmiechów. Był uśmiechem rozpoznania. Tak, jakby mnie znał. Jakby czekał na mnie. Jakby wiedział, że przyjdę, i że przyjdę z tym pomarańczowym plecakiem, i z tą bladą twarzą, i z tymi oczami pełnymi niepewności, i z tym sercem, które biło za szybko pod koszulką z krótkim rękawem.
Podszedł do mnie. Dwa duże kroki — miał długie nogi i poruszał się z tą swobodą, jaką mają ludzie, dla których ciało nie jest przeszkodą, lecz narzędziem.
— Pani Iwona? — powiedział. Głos. Ten głos, który słyszałam przez telefon, teraz brzmiał jeszcze głębiej, jeszcze cieplej, jak gdyby fale dźwiękowe potrzebowały otwartej przestrzeni, żeby rozwinąć się w pełni. Głos, który niósł się nad głowami jak uderzenie dzwonu — nie głośny, nie krzykliwy, ale rezonujący, wibrujący w powietrzu jeszcze długo po tym, jak słowa zostały wypowiedziane.
— Tak. Dzień dobry, księże — powiedziałam i podałam mu rękę, i natychmiast poczułam się głupio, bo nie wiedziałam, czy księżom podaje się rękę, czy raczej całuje się w pierścień, czy może kłania się z daleka. Ale on wziął moją dłoń w obie swoje i ścisnął ją — mocno, konkretnie, ciepło — i powiedział:
— Witamy w rodzinie pielgrzymkowej, pani Iwono. Pan Bóg panią tu przyprowadził i Pan Bóg panią poprowadzi dalej. Niech się pani niczego nie boi.
— Będę się starać — odpowiedziałam, co było najgłupszą rzeczą, jaką mogłam powiedzieć, ale on się roześmiał — krótkim, serdecznym śmiechem — i poszedł dalej, do następnej osoby, i następnej, i następnej, i każdemu podawał rękę, i każdemu mówił coś indywidualnego, coś, co brzmiało, jakby znał tę osobę od lat, jakby każdy pielgrzym na tym placu był jedynym na świecie, jedynym, na którego czekał, jedynym, który się liczy.
Patrzyłam na niego i myślałam: to jest charyzma. Słowo, którego używamy za często i za łatwo, które przyczepiamy do polityków, celebrytów, trenerów personalnych i sprzedawców używanych samochodów, ale które w swoim pierwotnym, greckim znaczeniu oznacza dar łaski. Charyzma. Dar. Łaska. Ksiądz Marek miał ten dar — dar sprawiania, że ludzie wokół niego czuli się ważni, potrzebni, widziani, kochani. I dopiero dużo później, wiele dni później, kiedy wszystko się rozpadło, zrozumiałam, że ten dar może być też przekleństwem, bo ludzie, którzy czują się kochani, przestają pytać, przez kogo.
O szóstej piętnaście ksiądz Marek stanął na schodach kościoła, twarzą do grupy, i uniósł rękę. Gwar ucichł natychmiast — nie stopniowo, nie z oporami, lecz natychmiast, jakby ktoś nacisnął przycisk „mute” na pilocie świata. Nawet młodzież przestała gadać. Nawet dziecko w wózku nie pisnęło.
— Kochani — powiedział ksiądz Marek, i to jedno słowo, „kochani,” brzmiało w jego ustach nie jak zwrot grzecznościowy, lecz jak wyznanie, jak deklaracja, jak obietnica. — Kochani, za chwilę wyruszymy w drogę. Drogę, która ma dwieście kilkadziesiąt kilometrów i dwanaście dni, ale której tak naprawdę nie mierzy się w kilometrach ani w dniach. Mierzy się w modlitwach. W krokach. W pęcherzach na piętach i w łzach, które popłyną, bo popłyną, zapewniam was. Każdy krok, który postawicie, jest modlitwą. Każdy oddech jest modlitwą. Każda kropla potu jest modlitwą. Droga jest modlitwą nóg. Zapamiętajcie to: droga jest modlitwą nóg.
Stałam w tłumie i słuchałam, i czułam, jak po plecach przechodzą mnie ciarki, i nie umiałam powiedzieć, czy te ciarki są od piękna tych słów, czy od porannego chłodu, czy od strachu, że za chwilę postawię pierwszy krok i nie będzie już odwrotu.
— Oddajmy tę drogę Matce Bożej — ciągnął ksiądz Marek. — Oddajmy jej nasze intencje, nasze bóle, nasze radości, nasze wątpliwości. Tak, wątpliwości też. Matka Boża nie boi się naszych wątpliwości. Ona wie, że droga do wiary prowadzi czasem przez ciemność. I idzie z nami przez tę ciemność, trzymając nas za rękę, nawet kiedy myślimy, że jesteśmy sami.
Przeżegnał nas. Przeżegnaliśmy się. Ktoś zaczął śpiewać — starsza kobieta z przodu grupy, głosem cienkim, ale czystym, głosem, który znał tę pieśń od dziesięcioleci:
Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko…
I ruszyliśmy.
—
Pierwszy kilometr był łatwy. Szliśmy ulicami Kielc — przez Szydłówek, przez centrum, przez osiedla, które znałam z okien autobusu linii trzydzieści cztery, ale które wyglądały zupełnie inaczej z poziomu chodnika, z poziomu stóp, w tempie czterech kilometrów na godzinę zamiast czterdziestu. Ludzie na przystankach patrzyli na nas — czterdzieści osób z plecakami, śpiewających pieśni maryjne o siódmej rano we wtorek — z mieszanką zaciekawienia i zakłopotania. Samochody zwalniały. Jakiś kierowca opuścił szybę i krzyknął coś, czego nie dosłyszałam, ale co brzmiało jak zachęta albo jak kpina, trudno powiedzieć. Starszy mężczyzna na ławce przed sklepem spożywczym zdjął czapkę i przeżegnał się, kiedy nas mijaliśmy. Dziecko w wózku prowadzonym przez młodą matkę pomachało nam rączką. Miasto żegnało nas na swój sposób — obojętnie, z przebłyskami ciepła.
Drugi kilometr był trudniejszy, bo skończyło się miasto. Za ostatnimi blokami, za ostatnim przystankiem, za ostatnią latarnią uliczną — zaczęła się droga. Polna, gruntowa, z koleinami po traktorach, z kurzem, który unosił się przy każdym kroku i osadzał się na butach, na spodniach, na łydkach, na skórze. Słońce, które o szóstej rano było jeszcze łagodne, o ósmej zaczęło pokazywać pazury. Powietrze gęstniało. Upał wkradał się powoli, od dołu, od rozgrzanej ziemi, i owijał się wokół nóg jak kot, którego nikt nie chce, a który nie daje się przegonić.
Trzeci kilometr. Stopy zaczęły mówić. Nie boleć — jeszcze nie, to przyjdzie później — ale mówić. Każdy krok był komunikatem: jesteśmy tu, pamiętasz o nas? Ta podeszwa jest za twarda. Ten kamyk dostał się pod piętę. Ta skarpeta marszczy się przy małym palcu. Ciało, które przez trzydzieści lat nosiłam jak ubranie — bezmyślnie, automatycznie, nie zastanawiając się nad nim, dopóki nie zachorowało — nagle stało się obecne. Każdy mięsień, każdy staw, każda kość. Byłam ciałem idącym przez pole, i to ciało miało swoje zdanie na temat tego pomysłu, i to zdanie nie było entuzjastyczne.
Po dwóch godzinach marszu — było koło ósmej trzydzieści, słońce prażyło już otwarcie, bez ceregieli — moja lewa stopa zaczęła boleć. Nie dramatycznie, nie ostro, ale uporczywie, jak alarm, który włączył się na niskim poziomie i który będzie narastał, jeśli go zignorujesz. Piętą. Coś między piętą a podeszwą, jakiś punkt, o którego istnieniu nie wiedziałam do tej chwili, a który teraz domagał się uwagi z natarczywością dziecka ciągnącego matkę za rękaw. Próbowałam iść inaczej — stawiać stopę bardziej na palce, mniej na piętę — ale to tylko przenosiło ból w inne miejsce, jak gra w trzy kubki, pod którymi chowa się kulka cierpienia.
I wtedy, gdzieś między czwartym a piątym kilometrem, kiedy pot ciekł mi po skroniach i plecak ciążył jak worek kamieni, usłyszałam obok siebie głos:
— Stopa, tak?
Odwróciłam głowę. Obok mnie szła kobieta, którą wcześniej zauważyłam w grupie starszych pań — ale ta była inna. Nie dlatego, że wyglądała inaczej — wyglądała tak samo: koło sześćdziesiątki, siwe włosy spięte w kok, kwiecista bluzka, spódnica za kolano, sandały ortopedyczne (sandały! nie buty trekkingowe, nie adidasy, sandały, w których ja nie przeszłabym dwóch przecznic bez pęcherzy). Inna była dlatego, że miała w oczach coś, czego nie widziałam u innych — spokój, ale nie ten bierny, rezygnacyjny, nie ten spokój ludzi, którzy pogodzili się ze światem. Spokój aktywny. Spokój kogoś, kto wie, dokąd idzie, i nie potrzebuje nikogo, kto by mu to potwierdził.
— Tak — przyznałam. — Lewa piętą. Od dwudziestu minut.
— Pierwsza pielgrzymka?
— Tak.
Kobieta uśmiechnęła się. Uśmiechem, który mówił: wiem. Byłam tam. Pamiętam.
— Genowefa — powiedziała i podała mi rękę, nie zwalniając kroku. — Ale mów mi Gienia, bo Genowefa brzmi jak z kalendarza liturgicznego.
— Iwona.
— Iwonka. Ładnie. Słuchaj, Iwonka, mam dla ciebie jedną radę i jedną informację. Rada: nie walcz z bólem. Nie próbuj go obejść, nie próbuj go oszukać. Pozwól mu być. Ból na pielgrzymce to nie wróg, to towarzysz. Przywitaj się z nim, powiedz mu „cześć, wiem że jesteś, idziemy dalej.” Informacja: to jest moja dwunasta pielgrzymka i boli mnie dokładnie tak samo jak za pierwszym razem.
Parsknęłam śmiechem — krótkim, mimowolnym, zaskakującym mnie samą, bo nie śmiałam się od dawna, a już na pewno nie w sytuacji, w której bolała mnie stopa i pot zalewał mi oczy.
— Dwunasta? — powtórzyłam. — Dwanaście razy szłaś na pielgrzymkę?
— Dwanaście. Od czternastu lat. Co roku, czasem dwa razy. Częstochowa, Licheń, Kalwaria, Niepokalanów. Byłam nawet w Santiago de Compostela, ale to inna historia. Długa. Opowiem ci, jak będziemy szły, bo szły będziemy długo.
— Dwanaście razy — powtórzyłam jak echo, tak jak Andrzej powtarza słowa, które go zaskakują. — I za każdym razem boli?
— Za każdym razem. Pierwsze trzy dni ciało protestuje. Buntuje się. Krzyczy: „Zawróć, wariatko, co ty robisz, wracaj na kanapę, włącz telewizor, zdejmij te buty!” Ciało jest mądre na swój sposób, ale na swój sposób jest też tchórzliwe. Nie chce cierpieć. A pielgrzymka jest cierpieniem — takim małym, kontrolowanym, dobrowolnym cierpieniem, które oczyszcza jak ogień. I po trzech dniach — trzeciego dnia albo czwartego — ciało się poddaje. Zamyka buzię. I wtedy dusza przejmuje dowodzenie.
— Dusza — powtórzyłam i od razu poczułam się dziwnie, wymawiając to słowo, bo słowo „dusza” nie należy do mojego codziennego słownika, tak jak słowa „transcendencja” albo „absolut” nie należą do języka, którym rozmawiam z Dorotą w pokoju dwieście czternaście.
— Dusza — potwierdziła Genowefa z takim spokojem, jakby mówiła o czymś równie oczywistym jak pogoda. — Każdy ją ma. Większość o niej zapomina. Pielgrzymka jest po to, żeby sobie przypomnieć.
Szłyśmy obok siebie. Genowefa opowiadała — o swoich pielgrzymkach, o ludziach, których spotkała, o deszczach, upałach, burzach, o tym, jak raz spała w rowie przy drodze, bo nie było innego miejsca, i obudziła się z żabą na piersi, i nie krzyknęła, bo żaba patrzyła na nią tak spokojnie, jakby też pielgrzymowała. O mężu Kazimierzu, który umarł wiele lat temu na raka trzustki, i pierwsza pielgrzymka była właśnie w jego intencji, a potem kolejna, i kolejna, bo „jak się zacznie, to się nie da przestać, jak z paleniem, tylko zdrowe.” O córce Agnieszce, która mieszka w Anglii i nie rozumie, po co matka „drepce po polach jak za cara,” ale co roku dzwoni z Londynu i pyta, czy doszła, i w jej głosie słychać coś, co mogłoby być dumą, gdyby Agnieszka pozwoliła sobie na tak nieanglosaski sentyment.
Słuchałam i szłam, i ból w lewej stopie nie zniknął, ale zszedł na dalszy plan, bo Genowefa miała rację — nie trzeba z nim walczyć, trzeba go wpuścić i iść dalej. I szłam dalej. Kilometr za kilometrem. Pole za polem. Kurz za kurzem.
—
Litania. Nie pamiętam, kto ją zaczął — chyba jedna z tych starszych pań z przodu grupy, a może sam ksiądz Marek — ale nagle, gdzieś na prostej polnej drodze między niczym a niczym, rozległ się śpiew. Litania do Matki Bożej. „Święta Maryjo — módl się za nami. Święta Boża Rodzicielko — módl się za nami. Matko Chrystusowa — módl się za nami.” Czterdzieści głosów — różnych, nierównych, jedne czyste, inne chropowate, jedne wysokie, inne niskie — czterdzieści głosów złączonych w jedno. I choć nie znałam wszystkich wezwań, choć przy niektórych musiałam nasłuchiwać tekstu od sąsiadów, choć mój głos był cichy i niepewny — śpiewałam. I coś się stało. Coś, czego nie potrafię opisać inaczej niż tak: ciężar zmniejszył się o połowę. Nie plecak — plecak ważył tyle samo. Ale coś innego, coś w środku, jakiś ciężar, który nosiłam od dawna, tak długo, że zapomniałam o jego istnieniu, tak jak zapomina się o tykaniu zegara. Ten ciężar nagle stał się lżejszy. Nie zniknął. Ale pękł, jak zbyt ciasny pasek, i mogłam oddychać głębiej.
Po litanii był różaniec. Po różańcu cisza. Po ciszy znowu pieśń. Godziny płynęły. Krajobraz się nie zmieniał — pola, pola, pola, czasem las na horyzoncie, czasem wieś w oddali, z kościelną wieżą sterczącą ponad drzewami jak palec wskazujący Boga. Słońce stało wysoko i prażyło bez litości. Piliśmy wodę — z bidonów, z butelek, z plastikowych kubków, które ktoś napełniał z bańki nieskończonej jak wdowi grosz. Jedliśmy w marszu — suchy chleb, jabłka, batony zbożowe. Nikt nie narzekał. Nikt nie pytał: daleko jeszcze? Bo pytanie „daleko jeszcze” nie ma sensu na pielgrzymce, tak jak nie ma sensu pytanie „po co” — idziesz, bo idziesz, i droga sama powie ci, dokąd prowadzi.
Pod wieczór, kiedy słońce zaczęło schodzić ku horyzontowi i powietrze gęstniało od zapachu skoszonego siana, dotarliśmy do wsi. Mała wieś pod Końskimi — dwadzieścia domów, kościółek, sklep, remiza strażacka, i wszechobecne psy, które szczekały na nas z podwórek jak komitet powitalny. Ksiądz Marek porozmawiał z kimś — z sołtysem? z proboszczem? nie wiem — i po chwili ogłosił, że nocujemy w stodole u pana Władysława. Pan Władysław — rolnik, sześćdziesiąt lat, twarz jak ziemniak, ręce jak łopaty, uśmiech, w którym brakowało trzech zębów, ale który był tak szczery, że aż bolało patrzeć — stał przy bramie swojego gospodarstwa i machał na nas jak na krewnych wracających z dalekiej podróży.
— Wchodźcie, wchodźcie, stodoła czysta, siano świeże, a kobita zaraz przyniesie mleko!
Kobita — żona pana Władysława, pani Władysławowa, której imienia nie poznałam, ale której twarz pamiętam do dziś: okrągła, czerwona, spocona od gotowania, z oczami tak jasnoniebieskimi, że wyglądały jak kawałki nieba wstawione w twarz z ciasta — przyniosła nie tylko mleko, ale też garnek kartoflanki, chleb z pieca i ogórki z własnego ogórda. Jedliśmy na podwórku, siedząc na ławkach, na kamieniach, na trawie, na czymkolwiek, i ta kartoflanka była najlepszą zupą, jaką jadłam w życiu. Nie mówię tego dla efektu literackiego — dosłownie najlepszą. Bo głód jest najlepszym kucharzem, jak mawiała moja babcia, a po trzydziestu kilometrach marszu w upale głód jest absolutny, totalny, apokaliptyczny.
—
Stodoła. Muszę opisać tę stodołę, bo to w niej, wieczorem, leżąc w śpiworze na sianie, otworzyłam ten zeszyt i zaczęłam pisać — i od tamtej pory nie przestałam.
Stodoła pana Władysława była stara — drewniana, z bali, z dachem krytym blachą, która w kilku miejscach rdzewiała. W środku pachniało sianem — nie tym delikatnym, perfumeryjnym zapachem siana, o jakim piszą poeci, ale prawdziwym, ostrym, trawiastym zapachem suchej trawy zmieszanej z kurzem i z ledwo wyczuwalną nutą końskiego łajna, bo stodoła służyła kiedyś również jako stajnia. Siano było ułożone w bele — wielkie, prostokątne bloki, na których można było siedzieć jak na fotelach — i rozsypane na podłodze w grubej warstwie, wystarczającej, żeby rozłożyć śpiwór i nie czuć twardej ziemi pod plecami. Światło wpadało przez szpary między deskami — smużki złotego wieczornego słońca, które rysowały na sianie i na naszych twarzach ukośne linie, jak gdyby ktoś kreślił je linijką.
Leżałam w śpiworze. Obok mnie Genowefa — już z zamkniętymi oczami, z różańcem w ręku, z ustami poruszającymi się bezgłośnie. Modliła się. Nie demonstracyjnie, nie na pokaz, ale tak naturalnie, jak się oddycha — modlitwa była dla niej czynnością fizjologiczną, tak jak jedzenie, spanie, chodzenie. Po drugiej stronie, trzy metry dalej, leżała grupka młodzieży — nie modlili się, gadali przyciszonymi głosami, chichocząc co kilka sekund, i od czasu do czasu rozlegało się ciche pikanie telefonu. Ksiądz Marek przeszedł między nami, zatrzymując się przy każdym na chwilę — nie mówił nic, tylko kładł rękę na ramieniu albo na głowie, krótki dotyk, ciepły, ojcowski, a kiedy przyszedł do młodzieży, stanął nad nimi i popatrzył. Tylko popatrzył. I oni umilkli. Nie dlatego, że się bali — nie miał w oczach grozy, nie miał gniewu, miał coś innego, jakiś spokojny autorytet, który nie potrzebował słów, bo słowa były zbędne, kiedy patrzyły na ciebie te oczy. Telefony zniknęły w śpiworach. Szmery ucichły. Cisza.
I w tej ciszy, w tej stodole pachnącej sianem i kurzem, w złotym świetle zachodzącego słońca sączącym się przez szpary w deskach, otworzyłam zeszyt w kratkę za trzy pięćdziesiąt i zaczęłam pisać.
Napisałam datę: 15 lipca, wtorek. Napisałam: „Pierwszy dzień.” Napisałam: „Trzydzieści jeden kilometrów.” I potem nie wiedziałam, co pisać dalej, bo za dużo się wydarzyło i jednocześnie nic się nie wydarzyło — bo cóż się wydarzyło? Szłam. Nic więcej. Szłam od punktu A do punktu B, stawiając jedną stopę przed drugą, i to, co się wydarzyło, wydarzyło się nie na drodze, lecz wewnątrz mnie, a to jest trudniejsze do opisania niż jakiekolwiek wydarzenie zewnętrzne.
Zamiast opisywać, co czuję — bo nie umiałam — zapisałam słowa pieśni. Pieśni, którą śpiewaliśmy po południu, gdzieś na prostej drodze przez pole pszenicy, kiedy słońce było najwyżej i cień nie istniał, i jedynym schronieniem był ten śpiew, ten wspólny głos, który tworzył dach nad głowami skuteczniejszy od jakiegokolwiek dachu z dachówek. „Barka.” Pieśń, którą znałam od dzieciństwa — śpiewaliśmy ją w kościele, na lekcjach religii, na rekolekcjach szkolnych. „Pan kiedyś stanął nad brzegiem, szukał ludzi gotowych pójść za Nim, by łowić serca słów Bożych prawdą.” Znałam te słowa. Znałam melodię. Ale nigdy — przysięgam, nigdy — nie usłyszałam ich tak, jak tamtego dnia.
Zostaw swe sieci, swoją łódź, na brzegu zostaw swe troski.
Zostaw swe sieci. Zostaw swoją łódź. Zostaw swoje troski. Zostaw biurko w pokoju dwieście czternaście, zostaw ekspres przelewowy, zostaw autobus linii trzydzieści cztery, zostaw zegar na ścianie kuchni, zostaw trzydzieści centymetrów pustego materaca między sobą a mężem, zostaw. Zostaw i idź. Idź za głosem, który mówi: chodź. Idź za ciągnięciem w klatce piersiowej. Idź za bólem w lewej stopie, bo ten ból jest prawdziwszy niż cokolwiek, co czułaś w ostatnich pięciu latach.
Zapisałam słowa tej pieśni w zeszycie, starannie, literka po literce, jakby sam akt zapisywania był formą modlitwy, formą zapamiętywania, formą powiedzenia: to się wydarzyło, byłam tam, słyszałam, czułam.
A potem, na dole strony, zapisałam krótką modlitwę. Nie formułę, nie „Zdrowaś” i nie „Ojcze nasz.” Własne słowa. Moje. Pierwsze moje własne słowa skierowane do Boga — a może do ciemności, a może do siana, a może do tego czegoś, co ciągnęło mnie za niewidzialną nić w klatce piersiowej i co przyprowadziło mnie tutaj, do tej stodoły, do tego siana, do tego zeszytu, do tych słów.
Napisałam: „Boże, nie wiem, czego szukam. Ale idę.”
Zamknęłam zeszyt. Schowałam długopis. Zamknęłam oczy.
Przez szpary w deskach wpadało ostatnie światło dnia. Genowefa szeptała różaniec. Gdzieś daleko szczekał pies. Siano szeleściło pod ciałami czterdziestu pielgrzymów, którzy — każdy na swój sposób, każdy ze swoim bólem, swoim pytaniem, swoim pragnieniem — układali się do snu po pierwszym dniu drogi.
I po raz drugi od bardzo dawna zasnęłam szybko. Nie w pięć minut jak Andrzej, nie jak maszyna zaprogramowana na sen. Zasnęłam jak dziecko, które nabiegało się po podwórku i które wie — nie rozumem, nie logiką, ciałem — że jutro znowu będzie biegać, i że to jest dobre, i że nic więcej nie trzeba.
Zasnęłam i nie słyszałam żadnego zegara.
Rozdział 4
Rytm drogi
Drugiego dnia obudziło mnie muczenie krowy. Nie budzik, nie zegar, nie tykanie — krowa. Gdzieś za ścianą stodoły, może trzy metry od mojej głowy, krowa stała i muczała z taką regularnością i z takim przekonaniem, jakby odprawiała własną poranną liturgię. Muuuu. Pauza. Muuuu. Pauza. Leżałam w śpiworze, z twarzą w sianie, z włosami pełnymi źdźbeł trawy, z ciałem, które przy pierwszej próbie ruchu zakomunikowało mi, że ma do mnie poważne zastrzeżenia.
Wszystko bolało. Nie tak, jak bolała wczoraj lewa piętą — punktowo, lokalnie, możliwe do zignorowania. Nie. Wszystko bolało jednocześnie, kompleksowo, demokratycznie, każdy mięsień po równo, od szyi po palce u stóp, jakby ktoś w nocy zamienił moje ciało na ciało osiemdziesięcioletniej kobiety i zapomniał mnie uprzedzić. Łydki bolały. Uda bolały. Plecy bolały — od plecaka, od tej nieustannej presji pasków na ramiona. Stopy bolały — obie, nie tylko lewa, bo prawa poczuła się dyskryminowana i dołączyła do protestu w nocy. Biodra bolały. Mięśnie brzucha bolały, chociaż nie robiłam żadnych brzuszków, ale najwyraźniej sam akt chodzenia przez osiem godzin angażuje mięśnie, o których istnieniu nie ma pojęcia żadna urzędniczka z wydziału geodezji.
Usiadłam na sianie i jęknęłam. Cicho, żeby nie obudzić innych, ale nie na tyle cicho, bo Genowefa — która najwyraźniej nie spała albo spała z jednym okiem otwartym jak kot — odezwała się z ciemności po mojej lewej stronie:
— Drugi dzień jest najgorszy. Zapamiętaj to, Iwonka. Nie pierwszy, bo pierwszy jest za krótki, żeby ciało zrozumiało, co się dzieje. Nie trzeci, bo trzeci jest już przełomem. Drugi. Drugi jest dnem.
— Pocieszające — mruknęłam.
— To nie ma być pocieszające. To ma być prawdziwe. Wstawaj. Msza o szóstej.
Wstałam. Każdy ruch był negocjacją z ciałem — kolana mówiły „nie”, plecy mówiły „absolutnie nie”, stopy mówiły coś, czego nie da się powtórzyć w przyzwoitym towarzystwie. Ale wstałam, bo wokół mnie wstawali inni, i w tym wspólnym wstawaniu było coś, co niosło — nie fizycznie, duchowo. Nie byłam sama w swoim bólu. Czterdzieści osób wstawało z siana z tym samym jękiem, z tym samym grymasem, z tą samą heroiczną determinacją ludzi, którzy podjęli decyzję i nie zamierzają się z niej wycofać, choćby nogi miały odpaść.
Wyszłam ze stodoły. Poranek. Piąta czterdzieści. Świat wyglądał jak akwarela malowana drżącą ręką — mgła nad polem, rosa na trawie, niebo w kolorze perły, słońce jeszcze za horyzontem, ale zapowiadające się jasnością na wschodzie. Powietrze pachniało — i tu muszę się zatrzymać, bo zapach tego poranka był czymś, czego nie zapomnę do końca życia. Pachniało sianem, rosą, ziemią, mlekiem — gdzieś w pobliżu ktoś doił krowy i zapach świeżego mleka mieszał się z zapachem mokrej trawy i tworzyło się coś, co nie ma nazwy w żadnym perfumeryjnym katalogu, ale co powinno mieć, bo jest piękniejsze niż cokolwiek, co zamykają w szklanym flakonie za dwieście złotych.
Msza polowa. Ksiądz Marek rozłożył na beli siana biały obrus, postawił kielich i patenę, i odprawił mszę na łące, za stodołą pana Władysława, z krową muczącą w tle jak organistka, która nie zna nut, ale daje z siebie wszystko. Staliśmy w kręgu — czterdzieści osób na mokrej trawie, z rosą na butach, z parą oddechu w chłodnym powietrzu — i kiedy ksiądz Marek podniósł hostię i powiedział „Oto Baranek Boży,” ta krowa za ścianą zamuczała tak donośnie, że kilka osób parsknęło śmiechem, a ksiądz Marek uśmiechnął się i powiedział:
— Widzicie? Nawet zwierzęta chwalą Pana.
I nikt nie wątpił, że mówi poważnie, i nikt nie wątpił, że żartuje, i to było właśnie w nim fascynujące — ta zdolność do bycia jednocześnie poważnym i lekkim, głębokim i zabawnym, kapłanem i człowiekiem. Jakby te dwie rzeczy nie były sprzeczne, jakby świętość i humor mieszkały w tym samym pokoju i dobrze się ze sobą czuły.
Po mszy — śniadanie. Chleb z wczoraj, resztki kartoflanki pani Władysławowej odgrzane na kuchence turystycznej, herbata z termosu. I kawa. Rozpuszczalna, z kubka plastikowego, z wodą, która nie zdążyła się zagotować do końca, więc granulki pływały na powierzchni jak brązowy plankton. Najgorsza kawa, jaką piłam w życiu. I jednocześnie najlepsza, bo piłam ją na łące, w mgle, wśród ludzi, z którymi wczoraj przeszłam trzydzieści jeden kilometrów i z którymi za chwilę ruszę w następne trzydzieści. Smak jest kwestią kontekstu, nie chemii.
Ruszyliśmy o siódmej.
—
I wtedy zaczął się rytm.
Bo pielgrzymka jest rytmem — nie marszem, nie wyprawą, nie podróżą, ale rytmem. Odkryłam to drugiego dnia i trzeciego dnia to odkrycie się potwierdziło, i od tamtej pory wiem, że nie da się zrozumieć pielgrzymki, jeśli nie zrozumie się rytmu. Pobudka o piątej trzydzieści — zawsze, niezależnie od pogody, od zmęczenia, od tego, czy spałaś na sianie w stodole, czy na trawie pod lasem, czy na podłodze remizy strażackiej. Msza o szóstej — polowa, bo każdy kawałek pola może być katedrą, jeśli się na nim stanie i podniesie oczy ku niebu. Śniadanie o szóstej czterdzieści pięć — to, co jest, bo nie ma menu, nie ma wyboru, jest chleb i jest wdzięczność za chleb, i to wystarcza. Wymarsz o siódmej — pierwszy krok, który jest najtrudniejszy, bo ciało pamięta wczorajszy ból i nie chce go powtarzać, ale nogi idą same, ciągnięte przez grupę, przez śpiew, przez coś silniejszego niż ból. Marsz do południa — pięć godzin, dwadzieścia kilometrów, z przerwami na wodę, na modlitwę, na złapanie oddechu. Postój na obiad o dwunastej, trzynastej — gdziekolwiek, przy drodze, pod drzewem, na przystanku autobusowym, na podwórku życzliwego gospodarza. Marsz po południu — krótszy, lżejszy, bo ciało już wie, że wieczór nadejdzie, i ta wiedza daje siłę. Różaniec o szesnastej — wszystkie cztery części, dwadzieścia tajemnic, dwieście Zdrowaś Mario, idąc, krok za krokiem, perełka za perełką. Wieczór — dotarcie na nocleg, jedzenie, mycie się jak się da i czym się da, konferencja duchowa prowadzona przez księdza Marka, cisza, sen.
Rytm. Jak bicie serca. Jak oddech. Jak tykanie zegara, z tą różnicą, że ten rytm nie odmierza pustki — odmierza pełnię.
—
Krajobraz drugiego dnia był inny niż pierwszego — albo ja byłam inna, bo patrzyłam inaczej. Szliśmy na północ, w stronę Końskich, a potem dalej, przez świętokrzyskie wioski, przez pola, które ciągnęły się po horyzont jak morze z kłosów. Pszenica — dojrzewająca, złota, kołysząca się leniwie pod lekkim wiatrem, który przynosił zapach ziarna i kurzu i czegoś jeszcze, czegoś gorzkiego i słodkiego zarazem, co jest zapachem polskiego lata, zapachem, którego nie poczujesz w żadnym mieście, w żadnym biurze, w żadnym mieszkaniu na trzecim piętrze bloku na Szydłówku.
Przy drewnianych płotach stały malwy. Muszę o nich napisać, bo malwy były jak znaki drogowe na tej pielgrzymce — pojawiały się przy każdej wsi, przy każdym gospodarstwie, rosły pod płotami i pod ścianami domów, wysoko, dwa metry, różowe, białe, ciemnoczerwone, z liśćmi jak wielkie dłonie i z kwiatami jak pomarszczone jedwabne chusteczki. Moja babcia hodowała malwy. Pamiętam je z dzieciństwa — stały pod płotem jej domu pod Jędrzejowem, i jako dziewczynka zrywałam ich kwiaty i robiłam z nich sukienki dla lalek, i babcia udawała, że jest zła, a tak naprawdę się cieszyła, bo kwiaty po to rosną, żeby je ktoś zrywał i żeby ktoś z nich robił coś pięknego. Teraz, idąc między malwami, czułam się, jakbym wracała do czegoś — nie do dzieciństwa, nie do babci, ale do jakiegoś stanu, w którym świat był prosty i piękny i nie wymagał wyjaśnień.
Na słupach elektrycznych, przy drogach, w koronach starych drzew — bocianie gniazda. Wielkie, potargane, zbudowane z gałęzi i ze sznurków i z plastikowych torebek, bo bociany nie są wybredne w kwestii materiałów budowlanych. W gniazdach stały bociany — dorosłe, dumne, z długimi czerwonymi dziobami i z oczami, które patrzyły na nas z góry z wyrazem łagodnej wyższości, jakby mówiły: my tu mieszkamy od wieków, wy przechodzicie. Niektóre gniazda miały młode — widać było wystające z gniazda głowy, pokryte jeszcze puchem, ruszające się niespokojnie, czekające na rodziców z jedzeniem. Genowefa powiedziała, że bocian na trasie pielgrzymki to dobry znak.
— Moja babcia mówiła, że bocian niesie szczęście — powiedziała Genowefa.
— Moja też — odpowiedziałam. — I dzieci.
— No, na to chyba za późno — zaśmiała się Genowefa i poklepała się po brzuchu, który był okrągły i miękki jak poduszka. — Ale szczęście zawsze w porę.
I lipy. Lipy kwitły. Lipiec — miesiąc lip, etymologia nie kłamie — i lipy stały przy drogach, w alejach, na skrajach wsi, i kwitły z taką intensywnością, że powietrze było gęste od ich zapachu. Zapach lipowego kwiatu — słodki, ciężki, prawie oszałamiający, zapach, który wchodzi do nosa i zostaje w głowie jak muzyka, która gra jeszcze długo po tym, jak orkiestra przestała grać. Szłam w tym zapachu jak w tunelu z aromatu i myślałam, że gdyby ktoś kazał mi opisać Polskę jednym zapachem, powiedziałabym: lipy w lipcu. I nic więcej by nie trzeba.
—
Drugiego dnia zaczęłam poznawać ludzi. Nie tych, których zauważyłam na placu przy kościele — twarze, sylwetki, pierwsze wrażenia — ale ludzi. Z historiami. Z imionami. Z powodami, dla których szli.
Władek podszedł do mnie koło południa, przy postoju na obiad. Siedzieliśmy pod lipą — jak na ironię — na skraju wsi, jedząc kanapki z twardniejącym serem i pomidorami, które rozgrzały się w plecaku do temperatury zupy. Władek usiadł obok mnie na trawie, ciężko, z sapnięciem, i wyciągnął nogi w znoszonych adidasach. Miał pięćdziesiąt lat, może pięćdziesiąt dwa — trudno powiedzieć, bo jego twarz była jednocześnie młoda i stara, jakby życie postanowiło go zestarzeć nierównomiernie: czoło gładkie, ale kąciki oczu poorane zmarszczkami, włosy gęste, ale siwe na skroniach, ręce silne, ale z żyłami wystającymi jak korzenie starego drzewa. Był z Radomia. Pracował w fabryce — jakiej, nie powiedział, a ja nie pytałam, bo na pielgrzymce ludzie mówią tyle, ile chcą, i nie wypytuje się o resztę.
— Pierwszy raz? — zapytał, podając mi plastikowy kubek z wodą, której nie prosiłam, ale której potrzebowałam.
— Tak. Widać?
— Widać — uśmiechnął się. Miał miły uśmiech, trochę smutny, jak uśmiech ludzi, którzy nauczyli się uśmiechać pomimo czegoś, nie dzięki czemuś. — Idziesz sztywno. Jakbyś się bała, że ziemia ci ucieknie spod nóg.
— Może ucieknie.
— Nie ucieknie. Ziemia jest cierpliwa.
Milczeliśmy chwilę. Władek jadł kanapkę powoli, metodycznie, jak człowiek, który nauczył się, że jedzenie jest przywilejem, nie prawem.
— A ty? — zapytałam. — Dlaczego idziesz?
Nie odpowiedział od razu. Dokończył kanapkę. Wypił wodę. Wytarł usta wierzchem dłoni. A potem powiedział, patrząc nie na mnie, lecz gdzieś w dal, na pole pszenicy za drogą, na horyzont, który w upale falował jak woda:
— Żona choruje. Rak piersi. Trzeci rok. Była operacja, była chemia, było wszystko, co medycyna umie. Teraz czekamy na wyniki. Idę, bo nie umiem czekać w domu. Bo w domu siedzę i patrzę na nią, i widzę, jak chudnie, jak słabnie, jak włosy jej wypadły i rosną z powrotem, ale inne, cieńsze, i ona udaje, że jest silna, a ja udaję, że jej wierzę, i to udawanie jest gorsze niż rak. Więc idę. Idę w jej intencji. Nie wiem, czy to pomoże. Ale przynajmniej nogi bolą zamiast serca.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Są sytuacje, w których słowa są jak plastry na złamaną kość — nie pomogą, ale trzeba coś zrobić, żeby nie stać bezczynnie. Powiedziałam:
— Będę się modlić za nią.
— Dzięki, Iwonka — powiedział Władek, i po raz pierwszy użył mojego zdrobnienia, jakby te kilka zdań, które wymieniliśmy, wystarczyło, żeby przejść od „pani Iwono” do „Iwonka.” Na pielgrzymce odległości między ludźmi kurczą się szybciej niż w normalnym życiu. Może dlatego, że idziemy obok siebie, nie naprzeciwko.
—
Martę i Zosię poznałam tego samego dnia, po południu, kiedy marsz wlókł się w upale i rozmowa była jedynym sposobem na niepomyślenie o stopach. Szły za mną — słyszałam ich od godziny, zanim się odwróciłam, bo były głośne w sposób, który jest przywilejem dwudziestopięciolatek nieobciążonych jeszcze wystarczającą ilością życia, żeby wiedzieć, kiedy być cicho.
Marta — wysoka, ciemnowłosa, z opalenizną, która wyglądała na solarium, nie na pole, w legginsach i w koszulce z napisem „Just Do It,” co na pielgrzymce brzmiało jak motto teologiczne. Zosia — niższa, bledsza, okrąglejsza, w okularach przeciwsłonecznych tak dużych, że zakrywały pół twarzy, z plecakiem, na którym wisiały kolorowe breloczki, dyndające przy każdym kroku jak dzwoneczki u koziego łba. Koleżanki ze studiów — obie kończyły zarządzanie we Wrocławiu, obie pracowały w korporacjach, obie miały chłopaków, którzy „nie rozumieli,” i obie traktowały pielgrzymkę — jak szybko zrozumiałam — mniej jako duchową podróż, a bardziej jako przygodę, doświadczenie, coś, o czym będzie można opowiedzieć na Instagramie i przy winie ze znajomymi.
— Hej, jesteś Iwona, nie? — Marta dopadła mnie od tyłu i zrównała krok. — My jesteśmy Marta i Zosia. Ty też idziesz po raz pierwszy?
— Tak.
— My też! Zosia mnie namówiła. Zosia jest wierząca. Znaczy, taka wierząca normalnie, nie fanatycznie, wiesz, o co chodzi.
— Ja jestem wierząca normalnie — potwierdziła Zosia z tyłu, lekko zadyszana. — Ale Marta jest tu głównie dla wrażeń.
— Nieprawda! — oburzyła się Marta. — Ja też jestem wierząca. Po prostu lubię wrażenia. Jedno nie wyklucza drugiego. Poza tym, widziałaś tego księdza? Marek? Boże, gdyby nie był księdzem…
— Marta! — syknęła Zosia.
— Co „Marta”? Mam oczy. I on ma oczy. I nogi. I ogólnie wygląda jak z reklamy outdoorowej, nie jak ksiądz z mojej parafii, który ma sto dwadzieścia kilo i dyszy po wejściu na ambonę.
Nie mogłam się nie roześmiać. Marta była — nie ma innego słowa — bezpruderyjnie szczera. Mówiła to, co myślała, bez filtra, bez autocenzury, bez tego wewnętrznego redaktora, który u większości z nas siedzi w głowie i skreśla zdania zanim dotrą do ust. To było odświeżające i przerażające jednocześnie, jak otwarte okno na trzydziestym piętrze — świeże powietrze, ale lepiej nie wyglądać w dół.
Zosia była jej przeciwieństwem — spokojna, zamyślona, z oczami, które patrzyły na świat z lekkim smutkiem, jakby świat nie spełniał jej oczekiwań, ale nie była na niego zła, tylko rozczarowana. Wierzyła — naprawdę wierzyła, nie z przyzwyczajenia jak ja, lecz z wyboru, z przekonania, z czegoś głębokiego, co czasami przebłyskiwało w jej słowach jak światło przez szparę w drzwiach.
— Ja idę za kogoś — powiedziała Zosia cicho, kiedy Marta pobiegła do przodu, bo zobaczyła coś, co chciała sfotografować. — Za tatę. Nie żyje od dwóch lat. Rak płuc. Palił czterdzieści lat. Mama mówi, że sam sobie winien, ale ja myślę, że nikt nie jest sobie winien takiego umierania. Trzy miesiące leżał, chudy jak patyk, z rurkami, z maszyną, która oddychała za niego. Idę, żeby mu powiedzieć, że mu wybaczyłam. Nie wiem, czy słyszy. Ale idę.
Patrzyłam na nią i czułam, że ta dziewczyna — dziesięć lat młodsza ode mnie, z breloczkami na plecaku i z korporacyjnym życiorysem — niesie w sobie coś cięższego niż mój plecak, cięższego niż moje pytania i moja nuda, cięższego niż wszystko, co ja uważałam za ciężkie. I szła. Z tym ciężarem. Krok za krokiem. I to było piękne w sposób, który nie potrzebował słów, więc nie powiedziałam nic. Tylko szłam obok niej i milczałam, i to milczenie było więcej warte niż jakakolwiek rozmowa.
—
A potem był Janusz.
Janusz nie podszedł do nikogo. Nikt nie podszedł do Janusza. Janusz szedł sam — zawsze z tyłu grupy, trzy, cztery metry za ostatnią osobą, jakby był częścią pielgrzymki i jednocześnie nie był, jakby szedł tą samą drogą, ale w innym wymiarze. Miał może czterdzieści pięć lat, może więcej, może mniej — trudno ocenić, bo jego twarz była z tych twarzy, które nie zdradzają wieku, zamknięte, nieruchome, jak twarz wyryta w kamieniu. Szczupły, prawie chudy, z włosami ostrzyżonymi krótko, z zarostem, który nie był brodą i nie był gładkością, lecz czymś pośrednim, jakby Janusz nie dbał o to, jak wygląda, ale nie aż tak, żeby nie dbać zupełnie. Ubrany w ciemną koszulę z długimi rękawami — w trzydziestostopniowym upale, w długich rękawach — i w dżinsy, i w buty robocze, ciężkie, ze stalowymi noskami. Nie miał plecaka. Miał torbę sportową, starą, brudną, z pękniętym zamkiem, niesioną na ramieniu.
Zauważyłam go pierwszego dnia, ale dopiero drugiego dnia zobaczyłam jego ręce. Szedł przede mną przez chwilę — bo akurat wyprzedził grupę młodzieży, która się zatrzymała — i podwinął rękaw, żeby wytrzeć pot z czoła. I zobaczyłam. Na wewnętrznej stronie przedramienia, od nadgarstka do łokcia, ciągnęły się blizny. Cienkie, białe, równoległe, jak kreski narysowane linijką. Dużo kresek. Bardzo dużo. Szybko opuścił rękaw, jakby poczuł mój wzrok, jakby wiedział, że patrzę, choć stałam za jego plecami i nie mógł mnie widzieć.
Nikt o nim nic nie wiedział. Nikt nie znał jego nazwiska, nie wiedział, skąd jest, po co idzie, co niesie w tej brudnej torbie sportowej. Genowefa powiedziała mi trzeciego dnia:
— Ten Janusz to dziwny. Nie mówi, nie śpiewa, nie modli się z nami. Idzie i idzie. Jak maszyna.
— Może ma swoje powody — powiedziałam.
— Każdy ma swoje powody, Iwonka. Ale większość ludzi chce się nimi podzielić. On nie chce. I to mnie niepokoi. Nie dlatego, że jest niebezpieczny. Dlatego, że jest sam. A człowiek, który jest sam na pielgrzymce, jest sam wszędzie.
Patrzyłam na Janusza i czułam wobec niego coś, co nie było ani ciekawością, ani litością, ani strachem, lecz czymś pośrednim, czymś, co mogłabym nazwać rozpoznaniem. Bo ja też byłam sama. Nie tak jak on — nie z bliznami na rękach i nie z milczeniem tak grubym, że nie mogły go przebić żadne słowa. Ale sama na swój sposób, sama wewnątrz, sama pod powierzchnią, sama pod tą beżową kołdrą normalności, pod którą leżałam od lat. I może dlatego nie podeszłam do niego, żeby zagadać, żeby spytać, jak ma na imię, skąd jest, po co idzie. Bo rozumiałam, że czasami samotność jest jedynym schronieniem, jakie człowiek ma, i wdzieranie się do tego schronienia bez zaproszenia jest okrucieństwem, nie dobrocią.
—
Wieczorem drugiego dnia nocowaliśmy w gospodarstwie pod Przysuchą — u rodziny, która przyjmowała pielgrzymów od lat i miała na to przygotowaną stodołę: podłoga wyłożona słomą, koce, miska z wodą do mycia, kibel chemiczny za rogiem. Luksus. Po kolacji — zupa z garnka, chleb, kompot z jabłek — ksiądz Marek poprosił o ciszę i rozpoczął konferencję duchową.
Konferencja duchowa to takie kazanie, ale nie z ambony i nie w kościele. To rozmowa. Ksiądz Marek siedział na beli siana, my siedzieliśmy wokół niego na ziemi, na kocach, na śpiworach, w kręgu, jak uczniowie wokół nauczyciela, jak — i to porównanie przyszło mi do głowy dopiero później, dużo później — jak uczniowie wokół Jezusa na wzgórzu nad Morzem Galilejskim. Było ciemno — jedynym światłem była świeca, którą ktoś postawił na odwróconym wiadrze obok księdza Marka, i ta świeca oświetlała jego twarz od dołu, rzucając cienie do góry, nadając mu wygląd kogoś z ikony, kogoś nie całkiem z tego świata.
— Chcę wam dzisiaj opowiedzieć o miłosierdziu — powiedział. Głos miał cichy, ale niosący się, bo cisza wokół była tak głęboka, że nawet szept rozbrzmiewałby jak krzyk. — Miłosierdzie to słowo, którego używamy za często i rozumiemy za rzadko. Myślimy, że miłosierdzie to litość. Że miłosierdzie to wybaczanie. Że miłosierdzie to bycie dobrym dla biednych. To wszystko prawda, ale to nie jest cała prawda. Miłosierdzie to jest coś więcej. Miłosierdzie to jest zdolność zobaczenia w drugim człowieku tego, czego on sam w sobie nie widzi. Zobaczenia w złodzieju — człowieka, który kiedyś był dzieckiem. Zobaczenia w alkoholiku — człowieka, który kiedyś miał marzenia. Zobaczenia w kobiecie, która zabłądziła — kobiety, która szukała miłości i nie wiedziała, gdzie jej szukać.
Zapisywałam. Długopisem z logo Urzędu Miasta Kielce, w zeszycie w kratkę za trzy pięćdziesiąt, na kolanach, po ciemku, więc litery wychodziły krzywe i nachodzące na siebie. Ale zapisywałam, bo czułam, że te słowa są ważne, że są adresowane do mnie, że muszę je zatrzymać, zanim wyparują w nocne powietrze.
— Bóg jest obecny w codzienności — mówił dalej ksiądz Marek. — Nie tylko w kościele, nie tylko na mszy, nie tylko w wielkich momentach. Bóg jest w kanapce, którą dzielisz się z nieznajomym. W kubku wody podanym zmęczonemu. W uśmiechu, który dajesz komuś, kto go potrzebuje. Bóg jest na tej drodze, po której idziecie. W kurzu pod waszymi stopami. W pęcherzach na waszych piętach. W bólu, który czujecie. W zmęczeniu. W tym, że wstaliście dzisiaj rano, choć ciało krzyczało „nie wstawaj.” W tym wszystkim jest Bóg. Bo Bóg nie mieszka na niebie. Bóg mieszka w tym, co robicie.
Patrzyłam na niego w świetle świecy i myślałam: ten człowiek albo jest święty, albo jest geniuszem retoryki. I nie wiedziałam, która opcja jest bardziej prawdopodobna, i nie wiedziałam, czy to ma znaczenie, bo słowa były piękne niezależnie od tego, kto je wypowiadał. Słowa mają swoją własną prawdę, oddzielną od prawdy tego, kto je mówi. Przynajmniej tak myślałam wtedy. Trzeciego dnia. W stodole. W świetle świecy.
—
Trzeciego dnia stało się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć.
Genowefa miała rację — trzeci dzień był przełomem. Ciało nie przestało boleć, ale ból zmienił charakter. Przestał być protestem, a stał się tłem — jak szum morza, który na początku słyszysz i który cię drażni, ale po godzinie stajesz się jego częścią i nie wyobrażasz sobie ciszy bez niego. Stopy bolały, ale szły. Plecy bolały, ale niosły. Nogi bolały, ale stawiały krok za krokiem, automatycznie, jak gdyby należały do kogoś innego, do kogoś silniejszego, do kogoś, kto wie, dokąd idzie, choć ja nie wiedziałam.
Szliśmy przez las. Pierwszy las na trasie — bukowy, stary, z drzewami tak wysokimi, że ich korony tworzyły sklepienie jak w katedrze, z światłem sączącym się przez liście w zielonych smugach, z ciszą, która była inna niż cisza pola, głębsza, bardziej zamknięta, jakby las miał własny czas i własne prawa. Pod nogami szeleściły suche liście — zeszłoroczne, brązowe, kruche jak pergamin. Powietrze pachniało grzybami i wilgocią i czymś jeszcze, czymś pierwotnym, co jest zapachem samej ziemi, zapachem, który był tu, zanim pojawili się ludzie, i który będzie tu, kiedy ludzie znikną.
Ksiądz Marek szedł na czele grupy i nie mówił. Nie modlił się na głos. Nie śpiewał. Szedł w ciszy, a za nim szli inni, w ciszy, i ta cisza nie była pusta — była pełna, gęsta, jakby coś w niej dojrzewało, jakby coś zbierało się jak chmura przed burzą. I w pewnym momencie — nie wiem, o której godzinie, bo w lesie czas się rozpuszcza jak cukier w wodzie — ksiądz Marek zatrzymał się.
Stanął na polanie. Małej, okrągłej polanie otoczonej bukami, z trawą po kolana, z jednym starym pniakiem pośrodku, z niebem widocznym przez dziurę w koronach drzew jak przez okno w dachu katedry. Odwrócił się do nas. Powiedział:
— Klęknijmy.
Klęknęliśmy. Czterdzieści osób, na trawie, na polanie w lesie, w środku dnia, w środku Polski, w środku lata. Klęknęliśmy i ksiądz Marek zamknął oczy i powiedział:
— Nie módlcie się. Nie mówcie nic. Tylko bądźcie. Bądźcie tu. Z Bogiem. I słuchajcie.
Klęczałam na trawie, z zamkniętymi oczami, z rękami złożonymi na kolanach, z twarzą zwróconą ku niebu, którego nie widziałam, ale które czułam — ciepło słońca na powiekach, lekki wiatr na policzkach. Słuchałam. Szum liści. Bzyczenie owada. Oddech ludzi obok mnie. Tuk-tuk mojego serca. I pod tym wszystkim — pod szumem, pod bzyczeniem, pod oddechem, pod tukaniem — coś jeszcze. Coś, czego nie da się usłyszeć uszami, co słyszy się czymś innym, czymś głębszym, jakimś organem, którego nie ma na mapie anatomicznej ciała, ale który istnieje równie realnie jak serce, jak płuca, jak mózg.
Cisza.
Ale nie zwykła cisza. Cisza, która ma ciężar. Cisza, która ma kształt. Cisza, która ma temperaturę — ciepła, łagodna, jak dłoń położona na czole gorączkującego dziecka. Cisza, która mówi: jestem tu. Cisza, która mówi: nie bój się. Cisza, która mówi: wiem o tobie. Wiem o twoim zegarze na ścianie, o twoim ekspresie przelewowym, o twoim autobusie linii trzydzieści cztery, o twoim biurku przy oknie na parking, o twoich trzydziestu centymetrach pustego materaca. Wiem i nie osądzam. Jestem tu. Byłam tu zawsze. Czekałam, aż przyjdziesz.
Poczułam spokój.
Nie spokój w zwykłym sensie — nie relaksację, nie odprężenie, nie ulgę po wysiłku. Spokój absolutny. Totalny. Bezwarunkowy. Spokój, który nie zależy od niczego zewnętrznego — nie od pogody, nie od zdrowia, nie od pieniędzy na koncie, nie od tego, czy mąż mnie kocha, nie od tego, czy szefowa zaakceptuje wniosek urlopowy, nie od niczego. Spokój, który jest. Po prostu jest. Jak ziemia pod nogami. Jak niebo nad głową. Jak powietrze w płucach. Jest i nie potrzebuje powodu.
I wtedy popłynęły łzy.
Nie ze smutku. Nie z radości. Nie z bólu. Nie z żadnej emocji, którą znam i potrafię nazwać. Łzy płynęły same, jak woda ze źródła — bez wysiłku, bez decyzji, bez pozwolenia. Płynęły po policzkach i kapały na złożone ręce, i kapały na trawę, i wsiąkały w ziemię, i były ciepłe i słone, i były najlepszymi łzami, jakie kiedykolwiek płakałam, bo nie były łzami bólu ani łzami radości, lecz łzami rozpoznania. Jakbym po trzydziestu latach życia wreszcie spotkała kogoś, na kogo czekałam, nie wiedząc, że czekam. Jakbym wreszcie dotarła gdzieś, dokąd szłam, nie wiedząc, że idę.
Klęczałam i płakałam i byłam cicha i pełna, i nie chciałam, żeby ten moment się kończył, i wiedziałam, że się skończy, bo wszystko się kończy, ale wiedziałam też, że coś z tego momentu zostanie we mnie na zawsze, jak blizna, ale piękna blizna, blizna po czymś dobrym, blizna, która nie boli, lecz przypomina.
Nie wiem, jak długo klęczeliśmy. Może pięć minut. Może kwadrans. Kiedy otworzyłam oczy, ksiądz Marek stał na polanie i patrzył na nas, i na jego twarzy był uśmiech — nie ten charyzmatyczny, nie ten duszpasterski, nie ten, którym witał nas na placu przed kościołem. Inny uśmiech. Cichy. Prywatny. Jakby on też coś poczuł i jakby to, co poczuł, było tajemnicą między nim a kimś, kogo nie było widać.
— Wstańmy — powiedział cicho.
Wstaliśmy. Otrzepaliśmy kolana z trawy. Ruszyliśmy dalej.
Nikt nie mówił. Przez następną godzinę szliśmy w absolutnej ciszy, i ta cisza była najgłośniejszą modlitwą, jaką kiedykolwiek słyszałam.
—
Wieczorem trzeciego dnia nocowaliśmy w stogach siana na polu za wsią, bo rolnik, u którego mieliśmy spać, niespodziewanie odmówił — ktoś powiedział, że boi się kradzieży, ktoś inny, że żona się nie zgodziła. Nie miało to znaczenia. Ksiądz Marek powiedział, że będziemy spać pod gwiazdami i że to najpiękniejszy nocleg, jaki może być. I miał rację. Leżałam w śpiworze na sianie, pod niebem tak wielkim i tak pełnym gwiazd, że kręciło mi się w głowie od samego patrzenia. Droga Mleczna szła przez niebo jak rzeka światła, i gwiazdy migotały, i gdzieś między nimi — między jedną a drugą, w tej ciemnej przestrzeni, która nie jest pustką, lecz tajemnicą — gdzieś tam było to, co poczułam na polanie w lesie. Ta cisza. Ten spokój. To dotknięcie.
Otworzyłam zeszyt. Zapalałam czołówkę i pisałam na kolanach, zamknięta w śpiworze jak w kokonie.
Zapisałam fragmenty konferencji duchowej księdza Marka — te, które zapamiętałam, te, które wydawały mi się najważniejsze. O miłosierdziu. O Bożej obecności w codzienności. O tym, że Bóg nie mieszka na niebie, lecz w tym, co robimy. Słowa, które jeszcze rano wydawałyby mi się pustą retoryką, a teraz — po tym, co poczułam na polanie — brzmiały jak prawda. Nie prawda naukowa, nie prawda logiczna, nie prawda dająca się udowodnić i powtórzyć w laboratorium. Prawda inna. Głębsza. Starsza. Prawda, którą zna ciało, zanim zna ją umysł.
Na końcu wpisu, na samym dole strony, napisałam jeszcze jedno zdanie. Nie modlitwę — coś mniejszego niż modlitwa i większego zarazem. Zdanie, które było podsumowaniem tych trzech dni, tych dziewięćdziesięciu kilku kilometrów, tych pęcherzy i bólów, tych pieśni i różańców, tej kartoflanki i tego sera, który twardniał w plecaku, tych malw przy płotach i bocianów na słupach i lip pachnących lipcem. Zdanie, które było odpowiedzią na pytanie, z którym wyjechałam z Kielc — albo początkiem odpowiedzi, bo na takie pytania nie odpowiada się jednym zdaniem, tak jak nie buduje się domu jedną cegłą, ale każdy dom zaczyna się od jednej cegły.
Napisałam: „Jestem we właściwym miejscu.”
Zamknęłam zeszyt. Zgasiłam czołówkę. Zamknęłam oczy. Genowefa obok mnie szeptała różaniec — ostatnią tajemnicę, ostatnie dziesięć, ostatnie Zdrowaś. Gwiazdy świeciły. Siano pachniało. Gdzieś daleko, na końcu wsi, szczekał pies — jeden, samotny, uporczywy pies, który szczekał w ciemność jak ktoś, kto zadaje pytanie i nie dostaje odpowiedzi, ale nie przestaje pytać.
Zasnęłam z uśmiechem na twarzy. Pierwszy raz od lat — z uśmiechem. Nie dlatego, że coś śmiesznego przyszło mi do głowy. Dlatego, że było mi dobrze. Po prostu dobrze. I to wystarczyło.
Rozdział 5
Pierwsza rysa
Obudziło mnie coś, czego nie powinno być. Śmiech.
Nie głośny, nie hałaśliwy, nie taki śmiech, który wybucha i napełnia sobą całe pomieszczenie jak fajerwerk. Cichy śmiech. Zduszony. Kontrolowany. Śmiech ludzi, którzy wiedzą, że nie powinni się śmiać, i właśnie dlatego śmieją się mocniej, bo zakazany śmiech jest jak zakazany owoc — słodszy od każdego innego. Śmiech dochodzący zza ściany, zza drewnianej ściany obory, w której spałam razem z grupą kobiet na sianie rozrzuconym po betonowej podłodze. Śmiech, który wcisnął się w moją ciemność, w mój sen, w mój spokój i podniósł mnie z posłania jak ręka, która szarpie za kołnierz.