E-book
16.38
drukowana A5
27.54
drukowana A5
kolorowa
50.97
Pamiętnik andrychowski

Bezpłatny fragment - Pamiętnik andrychowski


Objętość:
101 str.
ISBN:
978-83-8126-272-9
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 27.54
drukowana A5
kolorowa
za 50.97

Wstęp, czyli kIlka słów od autorki

Andrychów — nasze miasto — to nie tylko historia, miejsce, budynki, ulice, sklepy, restauracje, basen i park… Miasto przede wszystkim tworzymy my: ludzie, mieszkańcy…
Codziennie spotykamy się w różnych miejscach, mijamy na ulicy, czasem zatrzymujemy się na chwilę rozmowy. Kreujemy rzeczywistość, tworzymy atmosferę, lokalną społeczność, nasz wspólny, mały świat…

Nie urodziłam się w Andrychowie, mieszkam tutaj od kilku lat. Jednak połączyło mnie z naszym miastem życie, o czym piszę w dalszej części tej książki. Bardzo cenię sobie to miejsce, a szczególnie fascynują mnie tutaj ludzie i to, co kryją ich wspomnienia. Każdy z nas przecież ma jakąś historię…

Nie jest to książka historyczna w sensie naukowym. Jednak na początku przytoczyłam istotne fakty historyczne dotyczące miasta, ponieważ ważne są korzenie, źródła, z których wyrastamy. Zawarłam w tej książce historie ludzi, mieszkańców, osób, które tutaj mieszkały lub mieszkają. Dzisiaj, tak jak mówią sami bohaterowie książki, życie odbywa się w szybkim tempie i brakuje czasu na… wspomnienia.

A wspomnienia są częścią nas samych. Najczęściej nasz umysł zachowuje te piękne, dobre, czy też zabawne — takie starałam się spisać w ciągu ostatnich miesięcy. Ale są też cierpkie, one nas nauczają, dają ważne wskazówki.

Historie tutaj zebrane opisują życie mieszkańców w minionych latach. Powracają czasy dzieciństwa czy młodości. Powracają miejsca, które kiedyś istniały w Andrychowie.

Część wspomnień zatarł już czas, niektóre być może są tylko miejskimi mitami. Ale warto było je spisać. Starsze pokolenie odchodzi, a razem z nim wspomnienia o Andrychowie z tamtych lat.

Koncepcję i ostateczny format tej książki zmieniałam kilka razy, właściwie zmieniali to kolejni bohaterowie, szczególni, cudowni ludzie, których poznałam podczas pracy nad pamiętnikiem. Dotarłam — dzięki przyjaznym osobom — również do wspomnień tych, których już dzisiaj z nami nie ma. Jest to wspólne dzieło — także spotkanych przeze mnie osób. Ja tylko poukładałam słowa i zdjęcia, a później starałam się jak najlepiej spiąć je w całość.

Pielęgnujmy w nas to, co piękne, jak najdłużej…

Datownik, czyli troszeczkę historii…

Na podstawie książki: A. Zwoliński, „Miasto Ankwiczów. Z dziejów Andrychowa”, Drukarnia Akcydensowa, Kraków 1993.


Początki Andrychowa sięgają XIV w. Prawdopodobnie wychodźcy z Moraw, przypuszczalnie z okolic Klattawy, założyli małą wioskę Indrzychów. Miało to miejsce za panowania Wacława I, księcia zatorskiego.

W wykazie świętopietrza z 1344 r. wioska ta figuruje pod przypuszczalnie zniekształconą nazwą Henrychów. Taką pierwotną nazwę Andrychowa sugeruje Liber Beneficiorum Jana Długosza, który około 1440 r. używa nazwy „Gendrzychów”…

Około 1443 r. przez Andrychów przechodził Dersław (Dzierżek) z Rytwin, udający się zdobyć i złupić Zator, z zebranym po drodze pieszym i konnym motłochem. Przyłączyła się do niego większość mieszkańców ówczesnego Andrychowa. Liczne rozboje i niepokoje, których świadkiem był Andrychów, przyczyniły się do wyludnienia osady.

Za panowania Zygmunta I właścicielami osady byli Silingowie z Wissenburga. Następny właściciel — Franciszek Czerny — sprowadził do osady tkaczy, a jego córka Salomea wyszła za mąż za Stanisława Ankwicza z Posławic i wniosła w dom Ankwiczów andrychowskie dobra. Stanisław Ankwicz podjął uwieńczone sukcesem starania przekształcenia części wsi Andrychów w prywatne miasteczko Ankwiczów.

Po śmierci Stanisława Ankwicza jego dobra zostały podzielone między synów Józefa i Tadeusza, któremu przypadł Andrychów. W XIX w. Andrychów został sprzedany rodzinie hr. Bobrowskich.

Prawa lokacyjne:

Podstawę prawną urządzenia miasta Andrychowa stanowiły dwa przywileje — dokument królewski wydany przez Stanisława Augusta dnia 24 października 1767 r. oraz przywilej Stanisława Ankwicza, ówczesnego właściciela Andrychowa, z 8 maja 1768 r., który wprowadzał w życie postanowienie królewskie.

Pod zaborami:

Latem 1772 r. Andrychów został zajęty przez wojska austriackie — w wyniku zaborów znalazł się na terenie Austrii. Władze austriackie wprowadziły wówczas niemiecką, urzędową nazwę miasta — Andrichau. W 1823 r. Andrychów potwierdza swoje prawa miejskie, otrzymując przywilej c.k. kancelarii w Wiedniu.

Koniec XVIII w. przyniósł znaczny rozwój tkactwa — miejscowy cech liczy 700 warsztatów tkackich. Wyroby andrychowskich chłopów były znane w kraju i za granicą.

W 1791 r. została założona pierwsza szkoła w Andrychowie.

W latach 30. XIX w. miasto przeżyło rewolucję przemysłową. Zmalało zapotrzebowanie na wyroby lniane, a wzrosło na wyroby bawełniane. Sprowadzaniem nowego rodzaju przędzy i jej rozprowadzaniem wśród tkaczy zajmowali się przedsiębiorcy. Powstał system nakładczy.

Na początku XIX w. wzrasta liczba ludności żydowskiej. Najbogatsi z nich są posiadaczami farbiarni, magli. Często są również nakładcami. Pod koniec XIX w. powstaje gmina żydowska — kahał.

W 1852 r. powstała czytelnia żydowska.

W 1873 r. zlikwidowano izraelicką szkołę wyznaniową i żydowskie dzieci zaczęły uczęszczać do 3-klasowej szkoły polskiej.

W 1879 r. założono szkołę żeńską.

W 1885 r. zbudowano murowaną synagogę (w stylu niemieckich synagog postępowych) w miejscu wcześniejszej — drewnianej. Posiadała ona 600 miejsc siedzących.

27 czerwca 1886 r. rada wsi i miasta podjęła decyzję o połączeniu się Andrychowa w jeden organizm miejski. W tym czasie Andrychów był siedzibą magistratu, sądu grodzkiego (od 1855 r.), ekspedycji pocztowej, urzędu miar i wag, kwatermistrzostwa wojska i notariatu. Już od 1807 r. istniał szpital dla ubogich.

W 1888 r. Andrychów uzyskuje połączenie kolejowe.

20 czerwca 1893 r. duży pożar strawił znaczną część miasta. Przed całkowitym zniszczeniem uchroniła je obfita ulewa.

Na początku XX w. uruchomiono pierwszą dużą fabrykę wyrobów tekstylnych. Właścicielami byli bracia Czeczowiczka.

I wojna światowa spowodowała znaczne zmniejszenie liczby mieszkańców miasta.

5 listopada 1918 r. doszło do antyżydowskich rozruchów.

Andrychów w międzywojennej Polsce:

W 1926 r. nastąpiła elektryfikacja miasta, a w latach 1934—1939 rozszerzono sieć kanałów, poprawiono miejskie drogi i chodniki. Głównymi inwestycjami tego okresu były basen pływacki i stadion sportowy. W mieście działały kluby sportowe: KS Beskid, Andrychovia, Orzeł i Makkabi. Uruchomiono drugie kino (pierwsze istniało przy zakładach braci Czeczowiczka). Od 1926 r. kursowały autobusy na trasach do Krakowa i Białej, a od 1929 r. funkcjonowała stacja benzynowa. W 1936 r. zmotoryzowano straż pożarną.
II wojna światowa: 4 września 1939 r. do Andrychowa wkroczyły niemieckie wojska. Andrychów (Andrichau) znalazł się w III Rzeszy. Władze okupacyjne zaczęły niszczyć przejawy kultury polskiej, zamknęły andrychowskie szkoły.

24 listopada 1939 r. hitlerowcy spalili synagogę żydowską.

26 września 1941 r. utworzyli oni getto w Andrychowie. Ponieważ getto było miejscem, które pokazywano komisjom Czerwonego Krzyża, Niemcy dbali, aby było czyste i schludne. Nie zdarzały się tu epidemie. Uwięzionych Żydów zmusili do regulacji Wieprzówki. Hitlerowcy regularnie organizowali transporty do Auschwitz (dwa największe transporty miały miejsce 3 lipca 1942 r. i 15 września 1942 r.). Wkrótce getto stało się gettem rotacyjnym — zwożono tu Żydów z całej okolicy.

14 kwietnia 1943 r. w Zagórniku koło Andrychowa doszło do egzekucji dziewięciu mężczyzn. Hitlerowcy uruchomili w zakładach produkcję na potrzeby wojska. Ruch oporu w tych rejonach nie miał większego znaczenia.

2 listopada 1943 r. nastąpiła całkowita likwidacja getta w Andrychowie.

26 stycznia 1945 r. Rosjanie zaatakowali rejon Andrychów. Niemcy po kilkunastogodzinnych walkach musieli się wycofać. Odchodząc, wysadzili mosty i podpalili magazyny i fabryki. Miasto zostało wyzwolone 27 stycznia 1945 r.

Po wojnie, w latach PRL-u odbudowano w Andrychowie zniszczone fabryki. Miasto rozwinęło się i nadal rozwija jako ośrodek przemysłowy, kulturalny i ciekawy region turystyczny.

Lubię to miejsce

Lubię to miejsce

drzewa zielenią promieniujące

ruch ulicy kolorem pisany

ptaki zawsze powracające

krajobraz budynków i parku

kochany

I lubię ludzi spotkanych tutaj

uśmiechy i ciepło

spojrzeń mi danych

Andrychów miejsce utkane

z ulic, fabryk i sklepów

atrakcji i dobrych ludzkich relacji

Zapisane to wszystko

w myślach, wspomnieniach

ocalić warto

od zapomnienia


Andrychowska biblioteka — grafika autorstwa Ewy Partyki

Andrychowski chłopak, czyli skąd się tu wzięłam…

Wspomnienia autorki

Pierwszy raz usłyszałam o Andrychowie w podstawówce — na lekcji geografii. Pani powiedziała nam wtedy, że jest takie miasto, w którym znajdują się Zakłady Przemysłu Bawełnianego, i kiedy na farbiarni farbowane są tkaniny, rzeka Wieprzówka, która płynie przez miasto, ma taki kolor, jakiego aktualnie używa się do farbowania. I faktycznie, spotkałam później ludzi, którzy potwierdzili słowa nauczycielki.

Kolejny raz Andrychów pojawił się, gdy byłam w VIII klasie szkoły podstawowej. Pojechaliśmy na wycieczkę klasową do Oświęcimia, to był 1991 r. Zwiedzaliśmy wtedy Muzeum Auschwitz i w drodze powrotnej, gdy przejeżdżaliśmy przez Andrychów nasz autokar złapał gumę. Kierowca zjechał na parking, żeby wymienić koło. I mieliśmy długi postój. Jak się okazało, parking znajdował się obok andrychowskiego stawu, przy ulicy Garncarskiej. Była jesień, zrobiło się ciemno. Wychowawczyni pozwoliła nam wysiąść. No i zwiedzaliśmy andrychowski park po ciemku.

Nigdy jednak nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę mieć tak silne więzi z Andrychowem. W 1996 r., będąc w klasie maturalnej, poznałam chłopaka. Z Andrychowa. Zaprosiłam go na studniówkę, a potem przyszła miłość, która trwa do dzisiaj. Parę razy przyjechałam do niego do Andrychowa, bo zazwyczaj to on jeździł do mnie. Ale mam w pamięci tamten Andrychów. Wysiadałam wtedy na dworcu autobusowym, który mieścił się na Placu Mickiewicza. Było tam bardzo ciasno.
Jak to młodzi ludzie — lubiliśmy zabawy, więc zwiedziłam istniejące w latach 90. andrychowskie kluby i dyskoteki. Pamiętam Vegas przy ulicy Beskidzkiej, Maxim na Krakowskiej czy istniejący do dzisiaj Bar u Edka przy ulicy Szewskiej. To były czasy beztroskiej zabawy. To w Andrychowie byłam na koncercie zespołu Easy Rider w Klubie 69. Z ciepłym sercem wspominam romantyczne spacery po parku i Pańskiej Górze. Andrychów nie był wtedy taki zatłoczony. Nie było supermarketów oprócz Savii — spożywczej i meblowej — przy ulicy Włókniarzy.

I pamiętam dobrze smak placków ziemniaczanych w barze Frykas, niezmienny do dzisiaj!
No i to tutaj poznałam wielu wspaniałych ludzi.
W Andrychowie odbyło się także ważne wydarzenie mojego życia. 31 lipca 1998 r. zawarłam z moim andrychowskim chłopakiem związek małżeński. Niestety, nie zamieszkaliśmy w Andrychowie od razu. Najpierw był Nowy Targ, później Kęty, aż w końcu Andrychów stał się naszym miejscem na Ziemi. I mieszkamy tutaj już trochę…

Narodziny

Wspomnienia Stefanii Fiszebrandt

Młodsze pokolenia pewnie już tego nie pamiętają, lecz kiedyś w Andrychowie istniała przy ulicy Krakowskiej Izba Porodowa, która została założona 1 maja 1964 r. z inicjatywy władz Powiatowego Wydziału Zdrowia w Wadowicach. Aby jednak poznać historię Izby Porodowej, pracy pani Stefanii oraz tego, jak Andrychowianie przychodzili na świat, musimy cofnąć się trochę w czasie. Pani Stefania powraca do wspomnień z ciepłym uśmiechem na twarzy:


Był 1960 r., zaraz po ukończeniu dwuletniej, pomaturalnej szkoły dla położnych i pielęgniarek w Krakowie dostałam, jako jedna z wzorowych uczennic, skierowanie do pracy na oddziale położniczym w Specjalistycznym Szpitalu im. Gabriela Narutowicza w Krakowie. Ja jednak bardzo chciałam pracować na prowincji, na wsi lub w jakimś niedużym miasteczku. Dlatego, że w Krakowie warunki mieszkaniowe były wtedy dla mnie ciężkie. Uprosiłam kierownika i karierę położnej rozpoczęłam w niedalekiej od Andrychowa miejscowości Lanckorona. Jednak tutaj było bardzo ciężko — chałupa, w której przyszło mi zamieszkać, była położona na odludziu, nie było telefonu, więc dyżury pełniłyśmy we dwie położne, razem jeszcze z salową. Bałyśmy się pełnić dyżur pojedynczo. Po całym tygodniu dyżuru miałyśmy dwa tygodnie wolnego. W tamtym czasie doszły mnie słuchy, że w Rzykach jest nieobsadzone stanowisko położnej. I ja wzięłam ten rejon i tak się tam przyzwyczaiłam, że przepracowałam 10 lat. Uzyskałam z gminy wszelkie możliwe wsparcie. Główny Inspektor Położnictwa dał mi potrzebne do pracy wyposażenie, a przez pierwszy rok pracy w Rzykach dołożył mi nawet drugą pensję, abym mogła się tam zagospodarować. To, jak pracodawca cenił pracownika, będę zawsze pamiętać. Okres pracy w Rzykach to najpiękniejszy okres pracy, to moja młodość tuż po ukończeniu Państwowej Szkoły Położnych w Krakowie. To konfrontacja wiedzy z praktyką, to moje zaangażowanie w szerzenie oświaty zdrowotnej wśród prostych ludzi, zapracowanych na roli i w fabrykach AZPB i WSW. Ich szczerość i dobroć, a także wzajemność, których często doświadczałam, mobilizowały mnie do pracy.


Na początku swojej pracy napotkałam jednak pewne trudności, nie miałam zbyt wielu porodów, ponieważ w Rzykach zajmowała się tym tak zwana „babka” — to taka akuszerka, lecz bez specjalistycznego wykształcenia. Ona konkurowała z każdą położną, która rozpoczynała pracę. Dlatego w tamtych czasach tyle położnych odeszło z pracy na placówce w Rzykach. Ja też przez jej działalność — przez pierwsze cztery miesiące — nie odebrałam żadnego porodu. Dla ludzi byłam taką „panicką z Krakowa” i na początku nie wzbudzałam ich zaufania. W końcu jednak miejscowi zaczęli się do mnie przyzwyczajać i darzyć mnie szacunkiem. Stało się to za sprawą owej „babki”, która pewnego razu przyszła po mnie, gdy zaczęła rodzić jej córka. W oczach mieszkańców z „krakowskiej panicki” stałam się osobą uczoną. W tamtych czasach, oprócz odbierania porodów, zajmowałam się szerzeniem wiedzy. Mieszkałam wtedy u gospodyni i ludzie przychodzili po mnie, jak zaczynał się poród. Telefon był tylko w szkole i w nocy trzeba było czasem dzwonić po karetkę. Najpierw jednak trzeba było obudzić dyrektora, aby otworzył szkołę i zadzwonił na pogotowie. Pamiętam noc, gdy odbierałam trzy porody. Po wsi przemieszczałam się na rowerze, a później na motorowerze marki Komar. Bywało również tak, że zimą, gdy musiałam iść pod Potrójną, siedziałam tam nawet po trzy dni, gdyż pogoda nie pozwalała na powrót. Pamiętam, że w lutym 1963 r. odebrałam ponad 20 porodów w miejscowościach Rzyki, Zagórnik i Sułkowice. Opowiem również taki fakt: w zimie woził mnie jeden pan (Sordyl) z iniekcjami na Potrójną, było tak z 10 razy. Był duży mróz. Po kilku przejażdżkach zauważyłam, że mnie jest dosyć ciepło, zwłaszcza w nogi. Zapytałam dlaczego, a on na to: „Bo ja panicce zawsze grzeję w piecu cegły i wkładam do sań, aby panicka nie zmarzła”.


1 maja 1964 r. powstała w Andrychowie Izba Porodowa, która mieściła się w budynku przy ulicy Krakowskiej. Pełniłam w niej funkcję położnej oddziałowej, przy czym jednak normalnie pełniłam dyżury. Na stanowisko powołał mnie doktor Błachowski, który był ordynatorem w szpitalu w Wadowicach. Jego argumentem było to, że podczas mojej pracy nigdy nie posłałam na oddział do szpitala zaniedbanej pacjentki czy noworodka. I faktycznie — za swój ogromny sukces zawodowy uważam fakt, iż przez 35 lat mojej pracy nie umarła żadna matka ani tym bardziej żaden noworodek. Do pracy w Izbie Porodowej bardzo przygotowały mnie doświadczenia zdobyte w pracy w Rzykach. Dały mi duże poczucie własnej wartości i przede wszystkim nauczyły mnie szacunku do drugiego człowieka.

Fragment kroniki Izby Porodowej

Izba Porodowa liczyła 15 łóżek oraz jedną izolatkę. Jak na tamte czasy to była spora izba. Sala noworodków liczyła również 15 łóżeczek. W izbie rodziły nie tylko mieszkanki Andrychowa, często wadowicki szpital podsyłał nam pacjentki z powodu braku miejsc. Wśród nich znajdowały się mieszkanki okolicznych miejscowości, czasem odległych — jak Tomice, Zator czy Kalwaria.

Personel Izby Porodowej

Dobrałam sobie zgrany zespół pielęgniarek i położnych, uczyłam je poszanowania godności pacjentki oraz empatii, zwracałam uwagę na ludzkie podejście do pacjentki. Moja szefowa z wadowickiego szpitala żartowała, że zabrałam jej lepszy personel. Izba nie miała lekarza dyżurnego. Ginekolog-położnik dochodził w razie potrzeby. Był to doktor Iciek, wspaniały, ciepły człowiek. Mieszkał niedaleko Izby i w nagłym przypadku potrafił przybiec nawet w samych skarpetkach.

W Izbie funkcjonowała normalna kuchnia — z kucharką, pomocą kuchenną i intendentką. Oficjalnie nie było kuchni mlecznej (noworodkowej). Nie było na to osobnego pomieszczenia. Czasem jednak zdarzały się sytuacje, że trzeba było dokarmiać noworodka, więc mleko i butelki miałyśmy pochowane w szafkach w normalnej kuchni. W czasach działalności Izby nie było takiej dostępności środków higienicznych jak dzisiaj. Używałyśmy pieluch tetrowych, których praniem zajmowały się — zatrudnione na etatach — dwie praczki. A pieluchy suszyły się na sznurkach rozwieszonych w ogrodzie na tyłach budynku. A później praczki je normalnie prasowały. Wszystko jednak było tak zorganizowane, że Izba chodziła jak w zegarku.

Położna oddziałowa — Stefania Fiszebrandt


Praczki podczas rozwieszania pieluch w ogrodzie

Często kontrolował nas sanepid, najpierw wadowicki, później przeszliśmy pod Bielsko. Mogę wręcz powiedzieć, że dręczyli nas tymi kontrolami. Podczas kontroli pobierano rozmazy z pieluch, kubłów, smoczków, butelek. Jednak za każdym razem wyniki wychodziły prawidłowe, czym nie mógł się pochwalić żaden szpital w województwie. Raz przyszła kontrola, która kontrolowała poprzednią — to taki paradoks tamtych czasów. Przyjechali dyrektorzy sanepidu z Wadowic, Bielska-Białej oraz Krakowa. Kontrolująca z Bielska-Białej pobrała rozmazy i podczas oglądania pralni, która znajdowała się na piętrze, zarzuciła mi, że mamy jedną drogę (jedne schody) do wnoszenia i znoszenia prania brudnego i czystego. Ja zapytałam ją: a jak macie w Bielsku-Białej? Bo dobrze wiedziałam, że tam też mają jedną drogę transportu prania.

Pralnia na piętrze


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 27.54
drukowana A5
kolorowa
za 50.97