E-book
31.5
drukowana A5
54.1
Pamięć starsza niż krzyż

Bezpłatny fragment - Pamięć starsza niż krzyż

Objętość:
129 str.
ISBN:
978-83-8440-427-0
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 54.1

Pamięć nie ginie, nawet gdy świat próbuje ją spalić.

Czas wraca do tych, którzy potrafią go usłyszeć.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być kopiowana, powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora.

Wszelkie podobieństwa do wydarzeń, osób lub miejsc mogą być przypadkowe lub symboliczne — ta księga jest opowieścią mitopoetycką, a nie dokumentem historycznym.

Dedykacja

Dla tych, którzy czują, że pamięć jest starsza niż słowa.

Dla tych, którzy słyszą szept lasu, nawet gdy świat mówi, że to tylko wiatr.

Dla tych, którzy pamiętają — choć nigdy ich tego nie uczono.

Słowo od autora

Człowiek nie rodzi się pusty.

Rodzi się z pamięcią, która nie należy do niego — lecz do ziemi, z której wyrósł.

Ta księga nie jest próbą odtworzenia historii ani jej poprawiania.

To podróż w głąb pamięci, która przetrwała ogień, zakazy, wojny, kalendarze i milczenie.

Nie piszę jej po to, by kogokolwiek przekonać.

Piszę ją po to, by przypomnieć, że każdy z nas nosi w sobie dwa światy:

ten, którego nas nauczono, i ten, który pamiętamy.

Jeśli podczas lektury coś w tobie drgnie — to znaczy, że pamięć zaczęła wracać.

A pamięć wraca wtedy, kiedy człowiek jest gotów ją przyjąć.

I wtedy pojawia się pytanie, które otwiera drzwi:

Co by było, gdyby Polska — zanim przyjęła chrzest — pozostała sobą?

Nie jako mit.

Nie jako fantazja.

Lecz jako możliwość, która wciąż oddycha w nas.


Od autora — zapis dla tych, którzy pójdą dalej

W tej księdze są miejsca, których nie ma w podręcznikach.

Jedno z nich — opisane w Rozdziale VII — leży w środku pola, ale prowadzi dalej niż mapa.

To tam ziemia zaczyna mówić własnym językiem, a czas zmienia głębokość.

Są tu fragmenty, które nie są tylko opowieścią — są wejściem w pamięć.

Szczególnie Rozdział VII, w którym krajobraz odsłania warstwy sprzed czterech tysięcy lat.

To nie jest rozdział o historii.

To jest rozdział o pamięci, która przetrwała.

A w środku tej księgi jest miejsce starsze niż słowo.

Jeśli chcesz — znajdziesz je.

Włodzimierz Dzięgielewski

Narodziny w ciszy

Dzień, w którym człowiek się narodził,

czy tak naprawdę nikogo nie obchodził.

A jednak w ciszy, gdzieś człowiek wspaniały

zapalił się płomyk — maleńki, nieśmiały.


Dzień, w którym człowiek się narodził —

czy w nim nic nie było, gdy się urodził?

Świat biegł jak zawsze — w pośpiechu, bez tchu,

nie zauważając istnienia w porastającym mchu.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

przez świt, co w mroku śnił i boso chłodził.

I choć nikt go nie witał fanfarą ni śpiewem,

on niósł w sobie drogę, którą nazwał zbawieniem.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

choć nikt nie pytał, po co się zrodził.

Początek każdy — los, który splatał —

sam go wydeptał, sam go rozplatał.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

on w sobie zna ciszę — z gwiazdą się pogodził.

I nawet jeśli w świecie nic nie drgnęło,

to życie — uparte — i tak się zaczęło.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

choć jego los drżał i boso chłodził.

I szedł przed siebie — czas nie znał granic,

przez świt, co w mroku trwał, by walki miał za nic.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

a los mu w drogę dawne boje ułożył.

Choć szedł i walki miał za uwielbienie,

to każda z nich była jego wcieleniem.


Dzień, w którym człowiek się narodził —

bo nie te bitwy, które świat mu spłodził,

lecz te, co w środku — gdy strach się odrodzi —

on słyszy sercem, choć mrok je ochłodził.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

a świat wciąż pytał, po co się zrodził.

Lecz on strzegł w sobie własnego daru,

którego żaden cień nie odebrał czaru.


Dzień, w którym człowiek się narodził,

wcześniej w ciszy swoje plany modził.

I choć wokoło nic się nie zmieniło,

to w jego sercu nowe pokolenie się stworzyło.

Prolog

Zanim powstały kroniki, zanim zapisano pierwsze słowo, zanim nazwano bogów i podzielono czas na miesiące — istniał świat, który oddychał razem z ludźmi dawnych epok.

Świat, w którym pamięć była starsza niż krzyż, a czas był kręgiem, nie linią.

Ten świat nie zniknął.

Zszedł pod ziemię — tak jak bogowie, tak jak pieśni, tak jak rytuały, które przetrwały w cieniu.

Przez tysiąc lat próbowano go wymazać, nadpisać, zastąpić.

Ale pamięć nie znika, gdy rzucasz na nią światło.

Pamięć schodzi w cień — i tam rośnie.

Ta księga jest drogą do tego cienia.

Do miejsca, w którym współczesny człowiek przestaje wybierać między światłem a mrokiem, między historią a pamięcią, między tym, co widzialne, a tym, co ukryte.

Bo człowiek nie jest stworzony do rozdarcia.

Człowiek jest stworzony do jedności.

A jedność zaczyna się wtedy, gdy człowiek odważy się zapytać:


Co by było, gdyby Polska — zanim przyjęła chrzest — pozostała sobą?


Co by było, gdybyśmy dziś potrafili usłyszeć to, co przetrwało w nas mimo tysiąca lat milczenia?


Nie w sensie politycznym, lecz w sensie pamięci:

co w nas przetrwało, choć miało zniknąć?

co w nas śpi, choć nigdy nie umarło?

co w nas wraca, choć nikt nas tego nie uczył?


To pytanie nie jest o przeszłość.

To pytanie jest o nas.

Odpowiedź nie znajduje się w kronikach.

Nie znajduje się w księgach.

Nie znajduje się w historii, którą nam opowiedziano.

Odpowiedź zaczyna się tam, gdzie zaczyna się pamięć.

Tam, gdzie człowiek staje przed światem, który był przed krzyżem — i który wciąż oddycha pod naszymi stopami.

I właśnie tam prowadzi pierwszy rozdział tej księgi.


Bo aby zrozumieć pamięć, która przetrwała tysiąc lat milczenia, trzeba wrócić do miejsca, w którym wszystko się zaczęło — do świata sprzed krzyża.

Rozdział I — Pamięć starsza niż krzyż

Zanim Polska przyjęła chrzest, istniała inna Polska — starsza, dziksza, pełna ognia, kamienia i krwi.

To był świat, w którym człowiek nie klękał przed krzyżem, lecz przed Dębem.

Nie modlił się w murach, lecz pod niebem, w cieniu świętych gajów.

Bogowie Słowian byli bliscy: obecni w deszczu, ogniu i błyskawicy.

Każdy wiatr miał imię, każdy płomień duszę.

To była wiara przodków — prosta, ale głęboka.

Nie znano wtedy pojęcia grzechu.

Nie było nieba ani piekła.

Był tylko świat żywych i umarłych, spleciony jak korzenie dębu.

Ludzie składali ofiary bogom nie z przymusu, lecz z wdzięczności.

Wierzyli, że świat nie jest walką dobra i zła, lecz równowagą, którą trzeba chronić.

Wtedy nikt nie mówił o jedynym Bogu.

Był Perun — pan burzy i ognia.

Była Mokosz — matka ziemi, płodności i losu.

Był Weles — strażnik podziemi, pamięci i przodków.

Był Świętowit — czterotwarzowy władca cykli i obfitości.

Każdy z nich miał swoje miejsce, swój czas, swój rytm.

To był świat, który oddychał razem z człowiekiem.

A jednak ten świat nie zniknął całkowicie.

Czasem wraca — nie w księgach, lecz w doświadczeniu.


Pamiętam, kiedy pojechałem do Płocka, podczas jesiennych Dziadów.

Jechałem tam sam, drogą prowadzącą przez mgłę i ciemność, jakby ktoś wołał mnie z miejsca, które znałem wcześniej niż własne imię.

Nie była to rekonstrukcja ani folklor.

To było spotkanie z pamięcią, która wciąż żyje pod ziemią.

W kręgu ognia ludzie milczeli, a cisza była głębsza niż słowa.

Kiedy stanąłem jako strażnik, trzymając w dłoniach symboliczny wieniec, a później pochodnię dla trzynastu poległych, poczułem, że nie jestem w tym sam.

Jakby dłonie przodków położyły się na moich dłoniach.

A jednocześnie czułem ich obecność na plecach, na barkach i na klatce piersiowej — nie fizyczny dotyk, lecz ciężar energii, która tam pozostała.

Poczułem ten ciężar tak wyraźnie, że w oczach pojawiły się łzy wzruszenia, kiedy stałem w tym polu energetycznym.

Jakby ogień, który płonął przede mną, był tym samym ogniem, który płonął tysiąc lat temu w świętych gajach.

Wtedy zrozumiałem, że pamięć nie jest opowieścią o przeszłości.

Co by było, gdybyśmy wszyscy potrafili poczuć pamięć tak, jak czuje ją ciało?

Pamięć jest doświadczeniem, które wraca wtedy, gdy człowiek jest gotów je unieść.

I że świat, który oddychał z naszymi przodkami, wciąż oddycha — tylko ciszej.

Była jeszcze jedna chwila, której nie potrafię zapomnieć.

Podczas ceremonii na placu w Płocku — tam, gdzie kiedyś stała synagoga — powietrze było inne.

Gęstsze. Cichsze. Jakby niosło w sobie oddech tych, którzy nie odeszli.

Nie widziałem ich.

Nie słyszałem.

Ale czułem obecność — nie ciężką, nie straszącą, tylko czekającą.

Jakby przez lata ktoś stał w progu i nie mógł przejść dalej, bo nikt nie zapalił dla niego ognia.

Kiedy później stanęliśmy w kręgu, a płomień uniósł się nad ziemią, poczułem, że coś się poruszyło.

Jakby miejsce odetchnęło po raz pierwszy od dawna.

Jakby pamięć, która była zamknięta pod kamieniami i popiołem, wreszcie mogła wypłynąć na powierzchnię.

Co by było, gdybyśmy naprawdę słuchali miejsc, które pamiętają więcej niż księgi?

Nie wiem, ilu ich było.

Nie wiem, jak długo czekali.

Wiem tylko, że tamtego dnia ogień był nie tylko dla nas.

Był także dla tych, którzy nie mieli już komu opowiedzieć swojej historii.

I wtedy zrozumiałem, że pamięć nie dotyczy tylko przodków sprzed tysiąca lat.

Pamięć dotyczy także tych, którzy odeszli niedawno — i tych, którzy nigdy nie zostali odprowadzeni.

Strażnik to nie ten, który stoi przy ogniu jak żołnierz na warcie.

Strażnik to ten, który słyszy to, co chce zostać usłyszane.

Ten, który jest obecny — naprawdę obecny.

Podczas tej ceremonii nie zakładałem maski zwanej Karboszki.

Wiele osób zakłada taką maskę tylko podczas ceremonii — jako ochronę, jako zasłonę, by duchy, demony czy zabłąkane energie ich nie rozpoznały. Na co dzień nikt jej nie nosi.


W tradycjach europejskich maski pojawiały się także na balach karnawałowych — tam jednak pełniły zupełnie inną funkcję.

Zakładano je po to, by ukryć twarz, zmienić tożsamość, wejść w rolę kogoś innego, czasem nawet po to, by zmylić lub oszukać drugą osobę.

Maska była tam zabawą, grą, chwilowym oderwaniem od codzienności.

Nie miała nic wspólnego z dawnymi tańcami towarzyskimi, z polonezem czy tradycją — była jedynie kostiumem, chwilową zasłoną.

Ja jednak jej nie założyłem.

Jako terapeuta, jako medium, jako ktoś pracujący z percepcją pozazmysłową, prekognicją i odbiorem subtelnych pól — wiedziałem, że zasłanianie się przed tym, co chcę poczuć, byłoby sprzeczne z moją drogą.

Byłoby zaprzeczeniem tego, kim jestem.

Maskę zrobiłem wcześniej, tak jak inni — był czas, była możliwość.

Wielu ludzi ją wykonało, także osoby z mojego kręgu.

Ale kiedy przyszła chwila ceremonii, zrozumiałem, że nie założę jej na twarz.

Bo po co miałbym to robić?

Czego miałbym się bać?

Demonów, duchów, diabłów — których nie uznaję i które nie istnieją w moim świecie?

Chciałem być obecny w pełni.

Chciałem czuć to pole, odbierać je bez filtrów, bez zasłon, bez ochrony, która oddziela człowieka od doświadczenia.

Strażnik bez maski — słucha, odbiera, pozwala, by pamięć mogła do niego przemówić.

Dlatego stanąłem tam bez Karboszki.

Nie z lęku, lecz z gotowości.

Z otwartością, która jest darem, a nie słabością.

Strach ma wielkie oczy, ale to trzeba inaczej dostrzegać — nie poprzez mechanizm, jaki został nam narzucony, lecz poprzez dar, jaki otrzymaliśmy w tym odrodzeniu.

Podziemia, które nie zgadzają się z historią

Są miejsca na mapie Polski, w których pamięć nie mieści się w księgach.

Miejsca, gdzie liczby przestają być logiczne, a ziemia — i to, co w niej — mówi więcej niż archiwa.

W jednej z takich miejscowości, małej i niepozornej, podziemia kryją coś, czego nie da się wytłumaczyć prostym rachunkiem.

Wchodzisz tam nie tylko fizycznie, lecz także w przestrzeń energetyczną.

I widzisz nie tyle czaszki czy kości, ile ślady obecności — ciężar energii pozostawionej przez tych, którzy tam byli.

Takich miejsc i pozostałości śladów energetycznych jest wiele, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Nie ma dokumentacji, nikt o tym nie mówi.

A kto miałby o nich wspominać, skoro w pewnych okresach — nazwijmy to wojny — księgi zostały spalone, zniszczone?

Mówiono, że wojna to wszystko dokonała.

Czy tylko wojna to wszystko niszczyła?

Jest wiele miejsc, które zna tylko miejscowa ludność — znają to, co zostało im przekazane.

Ale co naprawdę kryło to miejsce?

I co wciąż kryje?

Czasami jest potrzeba bycia uważnym na to, co się pisze i o czym.

Nie wszystko da się zapisać.

Brakuje słów.

Czasami potrzebna jest zmysłowość i otwartość na to samemu.

A wygląda to tak, jak warstwa na warstwie — jakby ktoś układał je przez wieki, bez przerwy, bez świadków.

A przecież niektóre z tych miejscowości nigdy nie miały tylu mieszkańców.

Nie było tu takiej ludności, nie było takich liczb.

Historia mówi jedno, a ziemia mówi coś zupełnie innego.

Skąd więc te pozostałości energetyczne?

Skąd miejsca przypominające kapliczki, zamknięte przestrzenie, do których nie mamy dostępu, przestrzenie składanych kości — nieopisane, niezarejestrowane, nieodprowadzone?

Dlaczego jest ich tak wiele, skoro nie ma po nich żadnych dokumentów?

Przeszukiwałem archiwa i wyglądało to tak, jakby ktoś celowo wymazał ślady.

Ale to, co było pod ziemią, przetrwało.

Nie spalone.

Nie zniszczone.

Po prostu — obecne.

Patrząc na te podziemia, miałem wrażenie, że to nie jest zwykła tablica poległych czy krypta upamiętniająca to miejsce.

Nie jest to tylko zbiorowy pochówek.

To raczej odwrócona mapa — plan miasta, które kiedyś istniało, ale nie przetrwało w żadnym zapisie.

Jakby pod ziemią trwało echo życia, o którym nikt nie chciał pamiętać.

Może były to ofiary epidemii, o której nikt nie pisał.

Może osadnicy korzystający z łaźni — miejsca oczyszczenia i przejścia przez tak zwany próg — pozostawili po sobie ślad energetyczny, tak subtelny i tak stary, że nie sposób ująć go w słowa.

Może transporty ludzi, których nigdy nie zarejestrowano.

Może dzieci, które zniknęły z dokumentów, ale nie z ziemi.

Może całe grupy, które nie miały imion — tylko los.

Nie wiem.

Wiem tylko, że liczba pochówków w niektórych miejscach jest tysiąc razy większa niż liczba żyjących.

A liczba tej pozostawionej energii świadczy o jeszcze większym zgromadzeniu.


To oznacza, że historia tej miejscowości jest większa, ciemniejsza i starsza, niż ktokolwiek przypuszcza.

I że pamięć, która tam leży, nie zgadza się z oficjalną historią.


Jakby ziemia mówiła:

To, czego nie zapisaliście, ja zachowałam.

Połączenie z Płockiem — i pamięć miejsca

To doświadczenie przypomniało mi tamten dzień w Płocku, podczas jesiennych Dziadów.

Niosłem wieniec dla trzynastu poległych, a powietrze na placu było ciężkie — nie od smutku, lecz od pozostałości, śladów pozostawionej energii.

Dopiero później zrozumiałem, że niedaleko, przy ulicy Synagogalnej, znajdowała się kiedyś mykwa żydowska.

Miejsce oczyszczenia, przejścia, codziennego na tamte czasy rytuału mycia — takiej niby codziennej toalety.

Czy na pewno?

I choć nie było tam kości, była tam pozostawiona energia po oczyszczaniu — radiestezyjna pozostałość, energetyczny cień ludzi, którzy przez to miejsce przechodzili.

Każdy przedmiot, każde miejsce, każda istota zostawia po sobie ślad.

Czasem mocniejszy niż zapis w księdze.

Czasem trwalszy niż historia.


A tam, gdzie pamięć przodków wciąż oddycha, tam budzą się także ci, których imiona próbowano zgasić — bogowie, którzy nigdy nie odeszli.

Rozdział II — Bogowie, którzy śpią

Wydawało się, że dawni bogowie odeszli na zawsze.

Że spłonęli na stosach razem z czarownicami.

Że zamilkli w lasach i jeziorach, które poświęcono nowej wierze.

Że ich imiona zniknęły z pamięci, a ich świątynie z ziemi.

Ale bogowie nie umierają.

Bogowie śpią.

A kiedy nadejdzie czas — zaczynają mówić znowu.

Co by było, gdyby bogowie nigdy nie zasnęli — tylko my przestaliśmy słuchać?

Pierwsze szepty powrotu słychać było w epoce romantyzmu.

Po wiekach milczenia poeci, malarze i myśliciele zaczęli szukać duszy narodu.

I odnajdywali ją nie w Rzymie, nie w Bizancjum, nie w teologii, lecz w pradawnych borach, w legendach, w pieśniach, w obrzędach, które przetrwały w cieniu.

Mickiewicz, Słowacki, Norwid — każdy z nich sięgał po symbole dawnych bogów, duchów i mocy natury.

„Dziady” nie są tylko dramatem.

To nie „pogański rytuał”, jak próbowano to później nazywać.

To zapis dawnej słowiańskiej ceremonii — żywej praktyki łączności z przodkami, która przetrwała w literaturze, gdy w rzeczywistości próbowano ją wymazać.

Rytuał to tylko gest, czynność, pojedynczy element.

Ceremonia jest całością — przestrzenią, intencją, obecnością.

I właśnie to przetrwało w „Dziadach”: nie rytuał, lecz ceremonia pamięci, której nie dało się zniszczyć.

Romantyzm był pierwszym przebudzeniem.

Nie politycznym — duchowym.

To wtedy narodziła się nowa idea Polski:

nie jako królestwa mieczy i koron,

lecz jako świętej ziemi, w której duch nigdy nie ginie.

Naród stał się mitem.

A mit stał się modlitwą.

Mogę przytoczyć tu jeszcze jedno wspomnienie — nie z dawnych czasów, lecz z naszej współczesności.

Pamiętam sytuację, gdy jeden z przedstawicieli władzy zwrócił się do człowieka stojącego z boku słowami: „spieprzaj, dziadu”.

Takie słowa, wypowiedziane publicznie, przez osobę pełniącą funkcję państwową, mówią więcej o stanie ducha niż o polityce.

Bo jeśli ktoś, kto ma reprezentować naród, posługuje się językiem pogardy, to trudno mi wyobrazić sobie, by był zdolny prowadzić kraj, instytucję czy choćby własny cień odpowiedzialności.

W XX wieku historia znów przyniosła ogień i krew.

Wojny, powstania, niewola — wszystko to sprawiło, że ludzie modlili się nie tylko do Boga, ale do ziemi, do przodków, do siły, która dawała im przetrwanie.

Święty Krzyż i pogański znak słońca często wisieli obok siebie.

Nie w sprzeczności — w równowadze.

Bo w chwilach próby człowiek wraca do tego, co najstarsze.

Do tego, co w nim niezniszczalne.

W okopach, w lasach, w obozach, w piwnicach bombardowanych miast ludzie szeptali modlitwy, które nie miały imion.

Modlitwy do życia.

Do pamięci.

Do siły, która nie ma dogmatu, ale ma korzenie.

To było drugie przebudzenie.

A dziś — po tysiącu lat — dawne tradycje znów się budzą.

Nie w formie buntu.

Nie w formie wojny.

Nie w formie odrzucenia.

W formie tęsknoty.

Coraz więcej ludzi szuka korzeni dawnych obrzędów, zwyczajów, znaczenia natury.

Noc Kupały znów rozświetla ognie.

Woda i ziemia znów stają się święte.

Nie chodzi już o kult ani o wiarę w sensie religijnym.

Chodzi o pamięć dziedziczoną — o tradycję, która przetrwała w ciele, w języku, w intuicji.

O świadomość, że w nas wciąż płynie ta sama krew, co w ludziach, którzy modlili się do słońca i drzew.

Że nasze ciała pamiętają ogień, którego nie widzieliśmy.

Że nasze sny pamiętają pieśni, których nigdy nas nie uczono.

Powrót bogów to nie rewolucja.

To powrót do równowagi.

Do świata, w którym duch i natura nie są wrogami, lecz jednym.

Bo choć przez tysiąc lat próbowano nas oderwać od ziemi — ona wciąż w nas jest.

I kiedy staniemy nad ogniem, gdy spojrzymy w niebo, coś w środku nas przypomni sobie dawną pieśń.

I wtedy zrozumiemy, że Polska nie narodziła się w chwili chrztu.

Narodziła się dużo wcześniej — w szeptach lasu, w kamieniach, w wietrze, w mowie przodków.

A bogowie?

Bogowie tylko czekali, aż ich usłyszymy.

Jest jednak coś jeszcze, o czym rzadko się mówi, a co ma ogromne znaczenie.

Słowa same w sobie nie wystarczą.

Tradycja dziedziczona, pamięć przodków, szepty bogów — to wszystko wymaga czystości przekazu.

Jeśli osoba, która opowiada o dawnych obrzędach, ceremoniach czy bogach, sama jest w zaburzonej przestrzeni, jeśli niesie w sobie złość, lęk, chaos albo niską wibrację, to każde jej słowo będzie skażone tym, w czym przebywa.

Może mówić o miłości, o świetle, o tradycji, ale jej głos będzie niósł to, co naprawdę w niej jest.

Bo człowiek nie przekazuje tylko treści — przekazuje pole, w którym żyje.

Co by było, gdyby każdy człowiek mówił tylko z miejsca, które jest w nim naprawdę czyste?

Woda jest nośnikiem.

Powietrze jest nośnikiem.

Słowo jest nośnikiem.


Jeśli źródło jest zaburzone, zaburzone będzie wszystko, co z niego wypływa.

Dlatego nie każdy może mówić o intuicji, świadomości czy pamięci przodków.

Nie każdy ma prawo opowiadać o bogach, którzy śpią.

Bo aby mówić o tym, co czyste, samemu trzeba być czystym — choćby w intencji, choćby w obecności, choćby w gotowości do prawdy.

I właśnie dlatego potrzebne jest trzecie przebudzenie — powrót do natury, do pierwotnej równowagi, do tego, co nie zostało zapisane w księgach, lecz w ciele, w ziemi i w pamięci.

O tym będzie kolejny rozdział.

Zapraszam — nie przez modlitwę ani kazanie, lecz przez doświadczenie.

Nie przez narzucone programy, inicjacje czy mechanizmy, które mają prowadzić człowieka tam, gdzie sam nie czuje.

Zapraszam przez to, co jest prawdziwe: przez własne odczucie, przez kontakt z naturą, przez pamięć, która budzi się w ciszy, a nie w doktrynie.

A kiedy człowiek zaczyna słyszeć to, co było zagłuszone, pojawia się coś, czego nie da się zatrzymać — przebudzenie.

Rozdział III — Trzecie przebudzenie — powrót do natury

Dziś, po tysiącu lat, dawne tradycje znów się budzą. Nie w formie buntu. Nie w formie wojny. Nie w formie odrzucenia. W formie tęsknoty. Coraz więcej ludzi czuje, że coś w nich zostało przerwane. Że coś zostało nadpisane. Że coś zostało zabrane — nie przez wojnę, nie przez miecz, ale przez czas, który próbował zapomnieć sam siebie. I dlatego wracają do natury. Nie jako do dekoracji. Nie jako do hobby. Jako do domu.

Noc Kupały znów rozświetla ognie.

Ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o dawnych bogach, tańczą przy płomieniach tak, jakby robili to od zawsze.

Woda i ziemia znów stają się święte — nie dlatego, że ktoś tak powiedział, ale dlatego, że ciało to pamięta.

Nie chodzi już o kult.

Chodzi o pamięć.

O świadomość, że w nas wciąż płynie ta sama krew, co w ludziach, którzy modlili się do słońca i drzew.

Że nasze sny pamiętają pieśni, których nigdy nas nie uczono.

Że nasze dłonie wiedzą, jak rozpalić ogień, choć nigdy ich tego nie uczono.

To nie jest powrót religii.

To jest powrót równowagi.

Co by było, gdybyśmy przestali szukać sensu w doktrynach, a zaczęli w naturze?

Współczesny człowiek jest zmęczony światem, który oddzielił ducha od natury.

Zmęczony życiem, które nie ma rytmu.

Zmęczony czasem, który nie ma cyklu.

Zmęczony światem, który zapomniał, że jest częścią czegoś większego.

Dlatego ludzie szukają korzeni.

Szukają sensu w przesileniu zimowym, choć nie znają jego historii.

Szukają znaczenia w równonocy, choć nie znają jej imienia.

Szukają mocy w lesie, choć nie wiedzą, dlaczego czują się tam jak w świątyni.

To jest trzecie przebudzenie.

Nie takie, które widać w księgach.

Takie, które widać w oczach ludzi, którzy stoją nad rzeką i czują, że woda mówi.


W ludziach, którzy dotykają kamienia i czują, że kamień pamięta.

W ludziach, którzy patrzą w niebo i czują, że niebo patrzy na nich.


Współczesność nie jest powrotem do pogaństwa.

Nie jest odrzuceniem chrześcijaństwa.

Nie jest rewolucją.

Jest uzdrawianiem.

Jest próbą pogodzenia dwóch światów, które przez tysiąc lat walczyły o duszę człowieka.

Świata modlitwy w kościele i świata szeptu w lesie.

Świata dogmatu i świata intuicji.

Świata nieba i świata ziemi.

Bo człowiek nie jest stworzony do rozdarcia.

Człowiek jest stworzony do jedności.


Dlatego dziś, kiedy stajemy nad ogniem, kiedy patrzymy w wodę, kiedy dotykamy ziemi, kiedy słuchamy wiatru — coś w nas budzi się jak bogowie, którzy śpią.


Coś mówi:

„Pamiętaj.

Nie jesteś tylko tym, czego cię nauczono.

Jesteś tym, co pamiętasz.

Nawet jeśli nie wiesz, że pamiętasz.”

I wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że powrót bogów nie jest powrotem religii.

Jest powrotem pamięci.

Pamięci, która jest starsza niż krzyż.

Starsza niż historia.

Starsza niż słowa.

Pamięci, która wraca, kiedy człowiek jest gotów ją usłyszeć.

A jednak są chwile, kiedy to przebudzenie staje się czymś więcej niż metaforą.

Pamiętam ceremonię Szczodrych Godów w Płocku — moment, w którym światło i ciemność spotykają się jak dwa oddechy tego samego świata.

Pojechałem tam na zaproszenie, nie wiedząc, czego się spodziewać, ale czując, że powinienem tam być.

Krąg był zamknięty, jakby ktoś narysował granicę między tym, co codzienne, a tym, co święte.

Ogień płonął w środku, a jego blask odbijał się na twarzach ludzi, którzy przyszli nie po widowisko, lecz po pamięć.

Moim zadaniem było stać na granicy — pilnować, by krąg pozostał szczelny, by nic z zewnątrz nie przerwało rytmu, który dopiero się rodził.

Nie była to rola strażnika w sensie fizycznym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 54.1