E-book
20.48
drukowana A5
39.52
Pakt z aniołem

Bezpłatny fragment - Pakt z aniołem

Tom 1


Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8189-855-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.52

Człowiek zwykły,

jako, że dwa ramiona posiada,

wpół słucha głosu Diabła, wpół Anioła,

bo obie istoty w nim tkwią.

Błędami młodość wypełni on;

grzechami przez Pana spisanymi;

noce zaś wypełnione snami,

których owe są atramentem.
Narodzony w kraju,

którego ziemia rozdarta

zniknąć z map dwa razy była;

dnia pierwszego,

miesiąca dziewiątego

nadejdzie.

I choć on zwykłym

człowiekiem

nazywany być nie może,

to w zwykłości

niezwykłość jego

będzie rozpoznana.


I wiele zależeć

od niego

będzie.


— Proroctwo o. Maksyma

Obudzić się — Rozdział I

***

Obudził się z paskudnym bólem głowy. Krzywiąc się, uniósł się na łokciach.

Wyglądał i czuł się, jakby zależała od niego jakaś kosmicznie ważna decyzja. Coś, co wpłynie nie tylko na niego, ale wszystkich dookoła.

Ostatnie miesiące budził się tylko w ten sposób. Niemal przywyknął do tego dziwacznego ciążenia,

nieznośnego ucisku, sugerującego, że może to ewolucyjny proces człowieka, tej małpy nieowłosionej, jeszcze nie jest dokończony, a czaszka, ta jego własna czaszka, jakoby miałaby być elementem, którym zajęłaby się kolejna generacja genów całej rasy. Jej optymalizacja była konieczna, bo teraz… Teraz zwyczajnie pękała mu głowa.

I co zabawne — przynajmniej dla niego — tuż po tej pierwszej myśli, odczuciu, skojarzeniu, natychmiast wracał do niego dzień, w którym wyjechał z Polski.

***

— Eisenach — westchnął i zwlókł nogi z łóżka dotykając zimnych kafelek podłogi

***

Ta nazwa była nawet dla niego dziwna. Kojarzyła mu się z innym światem, a może nawet dwoma światami. To tam właśnie spotkał Andrzeja, który — gdy już jakiś czas przepracowali razem — zapoznał go z Maxem.

I co zabawne i Andrzej i Max zdawali się należeć do innych światów. Rzeczywistości, które choć się przecinają, to nigdy, ale to nigdy tak naprawdę nie należą do siebie.

Andrzej był bardziej podobny do niego samego, cóż, przynajmniej na początku. Wyjechał żeby zarobić. Jasne, bo niby po co innego wyjeżdżać? Ale Max… O, to była inna bajka. Szef narkotykowego półświatka.

Pamiętał pierwszą rozmowę, a potem… Potem się potoczyło z górki.

***

Diler, pomyślał, i jakby chcąc zaakcentować dziwne brzmienie tego słowa, powtórzył je pod nosem: — Diler. Wreszcie wstał. Przeciągnął się rozdziawiając usta w szerokim ziewie, i od razu poczuł ostre drapanie w gardle. Jak zwykle… Dragi, alkohol i cała reszta lubiła zostawiać swoje ślady na tkankach. Zwłaszcza na tkankach miękkich. Automatycznie ruszył przed siebie. Nie zastanawiał się nawet, gdzie jest

***

W Eisenach pracował co rusz dla innej firmy, a kiedy firmy w Eisenach się skończyły zaczął zatrudniać się dalej i dalej. Tylko po to, żeby nikt przypadkiem nie skojarzył go z jakąś podejrzaną działalnością. Max widział w nim potencjał, a on, cóż, nie zamierzał go marnować. Ani tego widzenia, ani potencjału. A już tym bardziej napływu gotówki, który odkąd sprzedał pierwszą działkę, zmieniał się coraz częściej w wartki strumień.

Dwa auta. Jedno na niemieckich blatach, drugie na polskich. Chociaż te na blachach ze znajomą białoczerwoną flagą częściej stało w garażu niż jeździło po drogach. Nie chciał przykuwać uwagi. Tym bardziej w miasteczku, w którym co bardziej okazałe psie gówno na ulicy mogło ją przykuwać.

Z bólem — Rozdział II

***

Powlókł się do łazienki.

Stojąc nad kiblem, czekając aż pierwsze krople moczu rozpoczną dźwięczną kanonadę walącą o porcelanową muszlę rozmyślał o tamtych czasach.

Wyjechał żeby nie widzieć jak na niego patrzą.

— Najbliżsi, kurwa… — jęknął czując jak gorący strumień z niego strzela do zabarwionej od niebieskiej domestosowej kostki wody.

***

Patrzyli na niego jak na czarną owcę. Odkąd tylko pamiętał.

Chciał zarabiać. Miał dość biedy. Jebał ją tak samo mocno jak ona próbowała wyjebać jego samego. Miał przykład. Matka wyjechała przed nim. I choć — już w Niemczech — zamieszkał ledwie dwie klatki dalej, to się nie widywali wcale często. Dzwoniła, jasne, ale to wszystko, co się działo w jego życiu… Cóż… Może część z tego, chociaż część, należało dopisać do matczynego rachunku.

Kiedy wyjechała coś w nim pękło. Nigdy nie był specjalnie dobrym gościem, takim, do którego chce się dzwonić, kiedy ma się ważny problem, ale kiedy matka wyjechała… Zwyczajnie stał się zły. Przestał chodzić do kościoła.

***

Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie tego, jak się denerwował w pierwszą niedzielę, kiedy odpuścił sobie mszę świętą. Jakby Lucyfer miał się zaraz objawić i nadźgać go na pal.

Strzepnął kilka ostatnich kropel do kibla i spuścił wodę.

— Piętnaście lat — westchnął. — Byłeś gówniarzem — dodał patrząc na swoje półżywe odbicie w lustrze.

***

To wtedy zaczął… grzeszyć.

Bo chociaż doskonale wiedział, że matka wyjechała żeby on — kilkaset kilometrów dalej — miał co jeść, to jakoś nie potrafił się z tym pogodzić. Czuł, że go zostawiła. I nawet babcia, która się nim zajmowała nic nie zmieniła. Starała się jak mogła, jasne, to trzeba jej przyznać, ale jego życie i tak było szare. Bez żadnych kolorów. Bez… Bez miłości.

Czasem miał wrażenie, że jedyni towarzysze, na których może liczyć to jego własne demony.

A potem…

Inaczej — Rozdział III

***

— Potem się zmieniło — wymamrotał pchając błyszczącą od mentolowej pasty szczoteczkę do ust.

***

To było już w Niemczech. Miał sen… Sen, który mimo upływu czasu pamiętał jak żywo. Jakby właśnie przestał go śnić.

Gadu-gadu. I rozmowa. Czat.

Z kobietą.

Nie wiedział skąd, ale doskonale zdawał sobie sprawę jak wygląda. Jakby wiedział kim jest. A po tym śnie… Zaczął jej szukać.

Znalazł.

Znalazł ją w maju. I co najdziwniejsze w tym wszystkim… Zdawało się, że akceptuje go.

Akceptuje go takim jakim jest.

Jeszcze zanim się umówili wiedział, że jest kimś wyjątkowym.

***

Odkręcił ciepłą wodę i czekał aż przezroczysta szklanka zrobiona ze słoiczka po Nutelli wypełni się po brzegi.

Wypłukał usta, odchylił głowę, próbując przepłukać gardło, ale tylko zebrało mu się na wymioty.

Zwinął się w sobie, a kiedy wyprostował się ponownie, w lustrze patrzył na niego już ktoś nieco bardziej wyraźny niż kilkanaście minut temu.

***

Spotkali się o osiemnastej. On i ta dziewczyna… kobieta.

Przyjechał swoją Mazdą, brązowym sedanem, który w tamtych czasach jeszcze potrafił przykuwać uwagę przechodniów.

Ale nie to było mu w głowie, bo kiedy ją zobaczył…

***

— O mało nie zemdlałem — westchnął wycierając twarz grubym ręcznikiem.

Ona — Rozdział IV

***

Miała skrzydła.

I albo mu się zdawało, albo ona sama o tym nie wiedziała, a kiedy o tym wspomniał zwyczajnie zbyła go uśmiechem.

Zamknęła z gracją drzwi brązowej Mazdy, i pojechali.

Konin.

Równoważnik jakiegoś niemieckiego wypizdowa.

Żadne Eindchowen, czy Berlin.

Zatrzymali się w galerii handlowej, wypili po szklance lemoniady, zjedli w MC’Donalsie i już praktycznie wsiadali z powrotem do auta, kiedy zadzwoniła jej matka. Nie słyszał ani przez sekundę głosu kobiety, ale doskonale wyczuł jej smutek. Może dlatego, że sam miał z tym uczuciem coraz więcej i więcej wspólnego. Ale nie tamtego dnia…

Nie wtedy.

***

Chociaż… — szepnął zastanawiając się.

***

A może i wtedy. Wtedy, gdy wracali. Tuż po 22-giej.

Nie chciała żeby odwoził ją pod dom.

Wolała wysiąść koło liceum, a on, nieprzyzwyczajony do okazywania innego uczucia niż smutek w mocno zresztą zaburzonych proporcjach, jakoś nie potrafił się powstrzymać i zwyczajnie ją objął.

Wtedy się rozpadało. A może nie wtedy? Nie, nie wtedy…

Rozlało się, kiedy się już pożegnali.


I od tamtego dnia padało zawsze, gdy się żegnali.

***

Pieprzona pogodynka, nie ma co — pokręcił głową przyglądając się swojemu odbiciu w tafli parującej od gorąca kawy.

***

Pojechał na cmentarz. Do dziadka.

Lubił z gościem gadać, tym bardziej, że często widział jego duszę.

Lubił go odwiedzać zwłaszcza w pełnię księżyca. Bo nawet ten dziad — księżyc, nie dziadek — był dla niego dziwaczny. Czerwonawy…

Krwisty jak niedopieczony stek.

Potem odwiedził babcię — cóż, jakaś równowaga musiała w końcu panować na świecie. Bo przy granitowych płytach nagrobków, które odbijały czerwone światło księżyca, gdy gawędził z dziadkiem, chata jego babci była…

***

Cóż…

***

To już sporo powiedzieć, że była.

Jakby tak o tym pomyśleć, wydawała się jeszcze bardziej umierająca niż babka.

Ziemia ogarem stojąca.

***

A potem ona napisała.

***

I znowu zapominał o tych dziwacznych sprawach na chwilę, i myślał tylko o niej, i czuł, że tylko nią…


Tylko dla niej żyje.

***

I znów się spotkali.

***

Minęło równe sześć dni, choć dzisiaj — i wtedy — wydawało mu się, że minęła wieczność razy sześćdziesiąt.

Chciała żeby był w tym samym miejscu, w którym ostatnio ją zostawił.

Więc był…

A kiedy zobaczył, jak się ucieszyła na widok zbliżającego się samochodu, wyskoczył zza kierownicy, ledwie pamiętając o tym by przerzucić automat na parkowanie.

***

Przytulili się do siebie.

Czas — Rozdział V

***

Chwilę potem gentlemeńskim gestem otworzył szeroko drzwi by mogła wejść do środka i pojechali.

Znów do Konina.

Miała ochotę na herbatę, a w tym mieście tylko w Ferio dawali coś co ją przypominało.

I kiedy już usiedli i zamówili… Czas znów się rozpłynął.

Mieli swój język. Patrzyli na siebie i rozmawiali. Rozmawiali i patrzyli na siebie. Nie było tematu, którego nie mógł przy niej poruszyć, nie było chwili, w której martwiłby się, że go wyśmieje, oleje, albo nie odpowie. I nawet nie wiedziała ile to dla niego znaczy.

I jedna filiżanka herbaty, kropla po kropli, gorzkie, bo oboje przejęci sobą zapomnieli dodać cukru, zamieniła się w cały wieczór. Cały wieczór, który znów nieubłaganie zbliżał się do momentu, w którym się rozstaną.

Zawiózł ją tam, gdzie ostatnio.

I już wtedy, w drodze, wyczuł, że coś jest nie tak.

Że coś się dzieje.

Coś, co być może wcale nie powinno się dziać.

Wydawała się nieobecna. Jakby coś jej chodziło po głowie, i chciało się wyrwać na zewnątrz, ale ściśnięte — być może przez nerwy, a może przez niepewność — gardło w tym przeszkadzało.

Dopiero, kiedy zapytał, przemogła się i odezwała.

— Czego oczekujesz… — niemal szepnęła. Nieśmiały głos, który go onieśmielał w ten cudowny sposób, który gwarantował, jak pewniak, że w końcu… Że w końcu i on doczeka spełnienia. — Wiesz, przyjaźń? — Uniosła brwi. — Koleżeństwo? Związek?

***

I wtedy go zobaczył.

***

Na skraju pola widzenia, jak rozgrzany asfalt w lipcowe południe na wielopasmówce.

Był tam, siedział, stał, nie był pewien. Migotał jak pieprzony kalejdoskop.

Sam nie był przekonany co to…

Raz zdawało mu się, że to anioł, innym razem zaś przeciwnie, że to demon z samych czeluści piekła.

Widział go, widział, że coś się dzieje… Że ta zjawa…

To coś, że manipuluje… Tuż przy jej sercu.

Gdzieś w środku czuł, że ta istota zamraża jej serce…

Jej serce!

Te serce, przy którym pierwszy raz poczuł ciepło.

***

Skurwysyn — parsknął pod nosem wrzucając na patelnię kilka plastrów bekonu. Gdyby nie pryskający we wszystkie strony rozgrzany olej w ogóle nie wrócił by ze swoich wspomnień do tej marniutkiej kuchni i śniadania.

***

Zapytała go co widzi, bo nie mogła nie zauważyć jak co rusz rzuca jej niespokojne spojrzenia.

Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, więc w końcu po chwili — i jak kilkukrotnie ugryzł się w język — powiedział jej prawdę.

Samochód akurat stanął przy krawężniku, tuż obok szkoły.

Patrzyła na niego nieco ciężej niż zwykle. Jakby nie wiedziała jak zareagować.

Jakby nie wiedziała, czy w ogóle mu wierzyć.

I zanim się zorientował wyskoczyła z samochodu, trzaskając za sobą drzwiami.

Ruszył za nią natychmiast, ale deszcz…

***

Pierdolony — westchnął przewracając przyrumieniony boczek.

***

Ale deszcz, który od godziny ledwo sipił, nagle zmienił się w ulewę, jakiej jeszcze nie widział nigdy w życiu.

Ciężkie, mokre krople zmieniły się w gradowe kule, a czując lód rozpryskujący się na nieosłoniętej głowie wlazł z powrotem do samochodu.

Chwycił telefon i już miał do niej dzwonić, ale…

***

Nie miałem numeru — roześmiał się pod nosem, a jego mina przez chwilę przyjęła prawdziwie paskudny wyraz.

***

Kilometry rwały się jeden za drugim i gubiły w dźwięku obrotów silnika.

Gadowskie Holendry. Babcia.

Mieszkanie. Dom…

Zorana ziemia.

Wypadł zza kierownicy i jeszcze zanim zdążył się wyprostować uniósł wzrok ku księżycowi.

***

A tamtej nocy skurwiel o dziwo był blady — stwierdził nagle, rozbijając przy tym dwa jajka na rozgrzaną patelnię.

***

I tam, wtedy, na tym przeklętym polu, patrząc w niebo jak Indianie widząc pierwszego satelitę, wrzasnął:

— Boże! Zabije Cię za to co zrobiłeś! Ja… Tak… — roześmiał się opętańczo. — Zabiję cię! Ja sam znajdę metodę… Znajdę sposób. Wyrwę ci serce i wetknę ludzkie ścierwo w ten krater. Zobaczysz, zobaczysz aniołeczku jak to jest być człowiekiem. Zobaczysz jak to jest być kimś kto pragnie kochać, kto pragnie być kochanym… Kto żałuje… Cały czas żałuje… Zobaczysz, jak to jest. Zobaczysz dlaczego nie powinieneś wtykać się w ludzkie uczucia. Zniszczę. Zniszczę cię.

Czuł, że łzy napływają mu do oczu. Wściekłe łzy, których nie potrafił powstrzymać, a może nawet nie chciał, podobnie zresztą jak tego krzyku, wrzasku zranionego człowieka. A księżyc, ten pieprzony księżyc, oczywiście musiał mu odpowiedzieć.

Wszystko wokół zniknęło nagle w ciemnościach. Jakby ktoś nagle zgasił całe światło we wszechświecie. I już się miał ruszyć, powlec przed siebie, kiedy nagły błysk oślepił go, i niemal zwalił z nóg. Piorun trzasnął tuż przed nim. Musiał, nie było innego wytłumaczenia na osmaloną kępkę zaschłej trawy i ten paskudny, wypełniony elektrycznością smród powietrza. I wszystko znów wróciło do normy… Księżyc był na miejscu, znów blady jak sam skurwysyn. A on, powlókł się do babki.


Kiedy otworzyła drzwi, w jego głowie plan już był niemal ukończony. Zabrał rzeczy, pocałował babkę w czoło, a kiedy wrzucał torbę do bagażnika rozdzwonił się telefon.

— Patryk — westchnął nad wspomnieniem zrzucając przy tym gotową jajecznicę na talerz.

Pytał co robi. Akurat teraz, gdy już się zbierał do wyjazdu.

Akurat gdy…

Zawahał się na moment, stając tuż przy odsuniętym od blatu stołu krześle.

***

— Miałem ochotę się z nim zobaczyć — powiedział przypominając sobie tamten dzień. — Cholera, znaliśmy się od dziecka. Jedyny gość, który…

***

Którego mógł nazywać przyjacielem, a w dodatku jego rodzice, Patryka, byli mu znacznie bliżsi niż jego własna rodzina. Jeżeli chodziło o ludzi, u których mógł liczyć na wsparcie, obojętnie, czy chodziło tylko o przyziemne sprawy, czy o coś głębszego.

Ich matki się przyjaźniły, nawet pomagały sobie, kiedy była taka potrzeba, więc i smarkacze od dziecka się znali. Jedna piaskownica.

Pojechał do Patryka, bo Niemcy… Nie uciekną.

Krzesło skrzypi, kiedy siada przy stole, a dźwięk ten przypomina mu obite bordową tapicerką drzwi w mieszkaniu rodziców Patryka.

Oczywiście, Patryk od razu zauważył, że coś jest nie w porządku. No, bardziej niż zwykle nie w porządku. Próbował coś z niego wyciągnąć, bo Patryk to…

***

Dobry kumpel — stwierdził mlaskając jajecznicą.

***

I prawie mu się udało, ale…

***

Wtedy napisała — stwierdził patrząc zamglonymi oczami na dzień ze swoich wspomnień.

***

Wymienili kilka wiadomości, a po tej pierwszej — od niej, każda wiadomość, którą napisał zdawała się coraz bardziej pełna desperacji.

A może…

***

Dezorientacji — kiwnął głową wbijając po raz kolejny widelec w jajecznicę.

***

Jej facebook’owy profil nagle zniknął, a ostatnia wiadomość w przerażająco chłodny sposób informowała, że nie mogą się dłużej spotykać.

Tak jakby jej serce rzeczywiście zostało potraktowane upiornym chłodem, zdolnym by je zmrozić.

Nagle.

***

Nagle — zawtórował głos w jego gardle.

***

Tak samo jak nagle on sam zerwał się z kanapy i ruszył do bordowej tapicerki drzwi.

— Mówiłem, że nie warto. Pewnie kosztowało cię to więcej niż gdybyś… — sarknął Patryk.

— Nie tylko kasa się liczy, kolego — uśmiechnął się lekko.

Pojechał pożegnać się z dziadkiem, na cmentarz.

I mimo że księżyc już nie był tak naturalnie czerwony, to i tak atmosfera była bardziej nienaturalna niż zwykle.

Jakby nie dość absurdalny był fakt, że oto on, złamany przez kilka słów istoty, którą widział ledwie dwa razy, rozmawia sobie w najlepsze z duszami siedząc na granitowych nagrobkach, no z duszą.

I Niemcy. Eisenach.

Parking na wprost kuchennego okienka, do którego musiał się schylać, by nie przyrżnąć głową w okap, kiedy jej wypatrywał.

Nie miał pojęcia, czemu to robi, zwyczajnie czuł jakby zaraz się miała tu pojawić.

Albo jakby już była…

***

Prysznic.

***

Kilka słów… może zdań na gadu-gadu. Już nie pamiętał.

Twarde łóżko z surowego drewna i materac, którego sprężyny odcisnęły się mu na plecach.

I zamknął oczy i wtedy…

***

— Czekaj, czekaj — uśmiecha się pod nosem celując widelcem, gdzieś w przestrzeń pomiędzy nim, a drugim końcem stołu.

***

Wtedy pierwszy raz…

Śmierć — Rozdział VI

***

— Umarłem.

***

Kąciki ust wędrują jeszcze mocniej w górę. Był przy niej.

Sobą…

Swoją esencją. Czuł ją.

I był prawie pewny, że ona go także czuła. Musiała.

W końcu po czwartym dniu tej dziwacznej martwoty zerwała się nagle z łóżka i odpisała na wiadomość migającą kolejną dobę w okienku komunikatora.

Czuła się źle.

Z tym wszystkim, a może mimo wszystko.

Pisała, że nie potrafi się odnaleźć, a on czuł jak jej palce wystukują klawisze.

Nie dziwił jej się. W końcu wisiał nad nią, przy niej, obok niej od początku tygodnia. Nie był nawet przekonany co się działo z jego własnym ciałem, czy umarło?

Nie, nie mogło. Serce ciągle biło.

Czuł je, chociaż czuł je tak bardzo inaczej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.52