E-book
15.75
drukowana A5
45.86
Pacynka

Bezpłatny fragment - Pacynka


Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8440-767-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 45.86

Początek

Stojący na stanowisku biało-niebieski Autosan z ogromnym trudem łapał mroźne powietrze. Od czasu do czasu pokasływał i trząsł się, jakby miał gorączkę. Wokół szalała zima stulecia i wielu zgromadzonych na dworcu ludzi zmagało się z dziesiątkami różnych infekcji. Tyle tylko, że oni chodzili w ciepłych ubraniach, a biedny autobus nie miał na sobie żadnego okrycia.

Małej dziewczynce, która ściskała w dłoni szmacianą pacynkę, zrobiło się go żal. Była przekonana, że autobus najzwyczajniej w świecie się przeziębił. Miała jednak nadzieję, że mimo choroby uda mu się bezpiecznie dowieźć babcię do Wielkiego Miasta.

Tatuś dziewczynki cierpliwie czekał, aż długi wąż pasażerów zniknie wreszcie we wnętrzu pojazdu. Zielona bileterka z cichym szumem drukowała bilety, które kierowca podawał podróżnym. Kiedy ostatni z nich otrzymał swój paragon, do akcji wkroczył tatuś. Ślizgając się na oblodzonym peronie wtaszczył do środka babciną walizkę, po czym dziarskim krokiem opuścił pokład autobusu.

Dziewczynka została na stanowisku i przyglądała się, jak kolejne siedzenia zapełniają się pasażerami. Bardzo chciała pomachać babci Poli na pożegnanie. Niestety wszystkie miejsca po prawej stronie były już zajęte i babcia zmuszona była usiąść po lewej.

Dziewczynka postanowiła więc przebiec na drugą stronę autobusu. Skręciła w lewo i znalazła się tuż przed maską rozkasłanego Autosana. Nad jego zderzakiem dostrzegła niewielki czarny koszyk.

— Po co autobusowi taki brzydki koszyk? — przemknęło jej przez myśl.

Nie zastanawiała się jednak długo. Przygotowała się do kolejnego skrętu i wtedy…

Peron nagle uciekł spod jej nóg. Chwilę później ukryte w wełnianych rękawiczkach dłonie zatrzymały się na czarnym koszyku.

Wszystkiemu winna była niewielka, zamarznięta kałuża. To na niej rozjechały się zimowe buciki dziewczynki. Wytrącona z równowagi poleciała prosto na przednią maskę pojazdu. Osunęła się po niej jak po szklanej ścianie i niewiele brakowało, by rozbiła sobie głowę o stalowy zderzak.

Na szczęście był tam koszyk.

— Teraz już rozumiem, po co tu jesteś — szepnęła z ulgą — Dziękuję ci, czarny koszyku.

Babcia siedziała przy oknie mniej więcej w połowie autobusu. Najwyraźniej nie zauważyła przygody swojej wnuczki, bo w zaparowanej szybie pojawił się jej szeroki, pogodny uśmiech.

Chwilę później autobus drgnął. Dziewczynka pomachała obiema rękami, wesoło przy tym podskakując. Autosan powoli wycofał ze stanowiska i przy akompaniamencie kaszlącego silnika opuścił teren dworca. Machająca wnuczka nagle zamarła. Spojrzała na swoje rękawiczki. A potem jej duże, czarne oczy zaszkliły się od łez.

.

Zwykły, letni dzień

Mimo, że na ulicach Wielkiego Miasta na dobre zagościł upał, w klimatyzowanym pokoju lekarskim panował przyjemny chłód. Doktor Zoriana popijając czarną kawę patrzyła przez okno. Z rozrzewnieniem obserwowała niewielkie stadko baraszkujących wesoło gołębi, które na miejsce swych harców wybrały dach znajdującego się naprzeciw budynku. Wiele dałaby za to, by móc teraz pobawić tak jak one, w pięknym słońcu lipcowego dnia. Niestety czasy beztroskich zabaw dawno minęły, a w ich miejsce pojawiły się poważne obowiązki.

Gorące przedpołudnie upływało dość spokojnie, a niewinne podglądanie bawiących się gołębi działało na kobietę odprężająco i pomagało uspokoić myśli. Zoriana była bardzo przejęta, gdyż ordynator oddziału ortopedii — doktor Lipowicz — zaproponował jej asystę przy poważnej operacji wszczepienia endoprotezy biodra. Sam zabieg nie był zbyt trudny, ale biorąc pod uwagę ogólny stan zdrowia pacjentki, jak również jej podeszły wiek operacja mogła być nie lada wyzwaniem. Fakt ten lekko Zorianę stresował, ale świadomość zdobycia bezcennego doświadczenia pod okiem najlepszego w mieście specjalisty nieco równoważyła jej niepokój. Od samego rana pilnie studiowała dokumentację medyczną operowanej pacjentki. Wszystkie wyniki badań znała już właściwie na pamięć. Do zabiegu została niecała godzina, a na dnie kubka ostatni łyk kawy. Stado gołębi, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zerwało się do lotu, a sekundę później na biurku zadzwonił telefon.


— Pacjent, lat trzydzieści siedem. Złamanie otwarte stawu skokowego — pielęgniarka z izby przyjęć beznamiętnym tonem wyrzucała z siebie krótkie komunikaty — Już do was jedzie. Dokumentację wysłałam mailem.

— Dziękuję — odpowiedziała doktor Zoriana i odłożyła słuchawkę. Dziesięć minut później na oddziale pojawił się młody mężczyzna z zabandażowaną lewą nogą. Siedział na wózku, którym z ogromną wprawą kierowała ubrana w oliwkowy kostium pielęgniarka. Chłopak wyglądał dużo młodziej niż wynikało ze szpitalnej karty przyjęć. Miał czarne, artystycznie rozczochrane włosy, jego młoda, niemal chłopięca twarz promieniowała szczerością, a niebieskie oczy z dziecięcą ciekawością skanowały twarz lekarki.

— Dzień dobry — rzekła kobieta i uprzejmym tonem — Nazywam się Zoriana Iwańczuk i mam przyjemność przyjąć pana na nasz oddział.

— Brzozowski — szepnął mężczyzna nie spuszczając wzroku z lekarki — Leszek Brzozowski — poprawił już bardziej pewnym siebie głosem — Cała przyjemność po mojej stronie.

— Cieszę się, że jest pan optymistą. Niewielu znam ludzi, którzy będąc na pana miejscu odczuwaliby przyjemność.

— Staram się być dobrej myśli — jego oblicze zabłysło szczerym uśmiechem — Zdaje mi się, że ten wypadek był najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie dziś spotkać — mówiąc te słowa patrzył prosto w czarne jak noc oczy lekarki.

— No dobrze… — rzekła lekko speszona Zoriana — Teraz pielęgniarka zawiezie pana do sali, a ja dokładnie zapoznam się z wynikami pana badań. Za jakiś czas do pana zajrzę. Teraz proszę odprężyć się przed zabiegiem.

Leszek otworzył usta, by coś jeszcze powiedzieć, lecz niespodziewanie w korytarzu pojawił się ordynator Lipowicz.

— Widzę, że zapoznanie z nowym pacjentem ma pani już za sobą — rzekł doktor ciepłym barytonem, a następnie zwrócił się do chłopaka — Pani doktor poskłada panu ten staw skokowy. Za godzinę wjeżdża pan na stół.

— Za godzinę? — spytała zdezorientowana lekarka — Przecież mam asystować przy pana operacji doktorze.

— Poradzę sobie pani doktor — uśmiechnął się Lipowicz — Myślę, że złamanie kostki przyśrodkowej będzie dla pani lepszym doświadczeniem niż kolejna endoproteza. Tym bardziej, że mamy przy okazji zerwany mięsień i ścięgno.

Głowę Zoriany momentalnie ogarnęła panika.

SZYCIE!!! TYLKO NIE TO!!!


Zoriana wpatrując się w ekran komputera przeglądała wyniki badań młodego pacjenta. Do operacji pozostało niewiele czasu, a chciała jeszcze porozmawiać z Leszkiem o szczegółach operacji. Złamanie kostki przyśrodkowej wymagało zastosowania zespolenia w postaci niewielkiej śrubki. Sam zabieg był w miarę prosty. Problemem było zerwanie mięśnia i ścięgna, które wymagały dość precyzyjnego szycia. No właśnie… Szycia…

— No jak tam pani doktor? — głos ordynatora wyrwał Zorianę z zamyślenia — Gotowa do zabiegu?

— Kończę przeglądać wyniki badań. Na moje oko wszystko w normie.

— To już połowa sukcesu — uśmiechnął się Lipowicz — Ma pani już pomysł jak naprawić naszego pacjenta?

— Samo złamanie nie jest zbyt skomplikowane. Ustawię kostki i zastosuję zespolenie. Na koniec gips, a później sześć tygodni rekonwalescencji. Zabieg wykonam w znieczuleniu podpajęczynówkowym.

— Doskonale pani Zoriano — ucieszył się ordynator — Mam nadzieję, że nie ma pani do mnie żalu?

— Pyta pan o moją asystę przy endoprotezie?

— Nie. Chodzi o ten egzamin, który właśnie pani zrobiłem — uśmiechnął się lekarz.

Doskonały ortopeda, doktor Lipowicz był przy okazji niezłym wykładowcą. Spod jego ręki wyszła nie tylko rzesza zdrowych i zadowolonych pacjentów, ale przede wszystkim wielu dobrych lekarzy. Zoriana była jedną z jego studentek i jako najzdolniejsza z całej grupy otrzymała szansę doskonalenia się pod czujnym okiem swego mentora.

— Wyczuwam, że coś jest nie tak… — Lipowicz uważnie spojrzał na swą podwładną. Zoriana odwróciła wzrok w kierunku okna. Nie miała odwagi przyznać się ordynatorowi do największej zmory jaka ją trapiła.

— No śmiało pani doktor. Każdy ma jakieś słabości. Ja również.

Za szybą świeciło słońce, a dach sąsiedniego budynku ponownie nawiedziły gołębie. Nie było to już tak liczne stadko jak poprzednio. W oddali, za szpitalnym ogrodzeniem dało się zauważyć fragment ulicy, po której co i rusz przejeżdżał jakiś pojazd. Dźwiękoszczelne okna nie dopuszczały jednak do pokoju najmniejszego nawet szmeru z zewnątrz.

— Boję się szycia — szepnęła Zoriana nie odwracając głowy od okna. Chwilę później poczuła na swym ramieniu ciepło dłoni ordynatora.

— Proszę opowiedzieć mi o swym problemie — jego ciepły baryton sączył się do jej uszu niczym kojący balsam.

Zoriana drgnęła i szybko zwróciła twarz w kierunku Lipowicza. Jego oblicze było spokojne. Jedynie w kącikach ust igrał ledwie dostrzegalny uśmieszek.

— Po prostu nie posiadam biegłości w szyciu — wydusiła zawstydzona.

Lipowicz spojrzał w jej oczy. Były czarniejsze niż kawa, którą jeszcze przed chwilą piła. Milczał dość długą chwilę. W głowie Zoriany kłębiło się od nadmiaru myśli. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był szum pracującej w pokoju klimatyzacji.

— Pani Zoriano — ton ordynatora był ciepły, niemal ojcowski — Chciałbym coś pani opowiedzieć…

Kobieta milczała, co lekarz zinterpretował jako zachętę.

— Bardzo dawno temu, jeszcze jako początkujący ortopeda umówiłem się z pewną dziewczyną w kawiarni. Ponieważ chciałem zrobić na niej dobre wrażenie postanowiłem ubrać najlepszą koszulę jaką wówczas miałem. Pech chciał, że przeciągnął mi się dyżur i nie chcąc się spóźnić ubierałem się w pośpiechu. Niestety w tym romantycznym amoku nieopatrznie urwałem rękaw.

Na twarzy pani doktor odmalowało się zdziwienie. Lipowicz kontynuował:

— Jakimś cudem znalazłem igłę z odpowiednim kolorem nici jednak pojawił się problem. Nie bardzo wiedziałem jak zabrać się do szycia. Czas mijał, ja się denerwowałem… no sama pani rozumie?

Zoriana odruchowo kiwnęła głową. Wprawdzie nie rozumiała do czego Lipowicz zmierza, jednak poczuła się zaintrygowana. Tymczasem ordynator opowiadał dalej:

— Koniec końców doszedłem do wniosku, że przyszyję go tak jak umiem. Niestety, nie wyszło to najlepiej, a do tego spóźniłem się na randkę.

— I przez głupi rękaw nie spotkał się pan z tą dziewczyną? — zmartwiła się Zoriana.

— Wprost przeciwnie pani doktor — odparł ordynator nie kryjąc satysfakcji — Gdy wpadłem zdyszany do kawiarni ona czekała na mnie przy stoliku.

— Więc przygoda skończyła się szczęśliwie… — bardziej stwierdziła niż spytała lekarka — Tylko nie rozumiem, co ta opowieść ma wspólnego ze mną?

— Zaraz pani zrozumie — uśmiechnął się lekarz — Rękaw udało mi się wprawdzie przyszyć, lecz jakość szwu pozostawiała wiele do życzenia. Miałem nadzieję, że dziewczyna tego nie zauważy. Niestety okazałem się niezłym naiwniakiem.

— Zauważyła?

— Żeby tylko… — Lipowicz sprawiał wrażenie, że owo wspomnienie sprawia mu ogromną przyjemność — Nie dość, że od razu zwróciła uwagę na ten szew, to jeszcze w tejże kawiarni, przy ludziach zdjęła ze mnie koszulę, odpruła ten nieszczęsny rękaw, po czym przyszyła go z powrotem. Najlepsze było to, że po jej zabiegu koszula wyglądała lepiej niż nowa.

— Ale przygoda… — Zoriana ożywiła się na chwilę — Tylko mam wrażenie, że pan doktor ją trochę podkolorował.

— Ani trochę — zaprotestował Lipowicz — Było dokładnie tak jak powiedziałem.

— I jak to się skończyło? — lekarka była coraz bardziej zaintrygowana.

— No właśnie, że się nie skończyło — doktor był wyraźnie rozbawiony — Ta dziewczyna została moją żoną i jest nią po dziś dzień.

— To bardzo piękna historia, doktorze — rzekła po chwili Zoriana — Tylko nie bardzo rozumiem, co ona ma wspólnego z moim problemem? Przecież ja nie będę przyszywać rękawa do piżamy, tylko zszywać mięsień i ścięgno pacjenta.

— Droga Zoriano — lekarz pozwolił sobie na poufały ton — Była pani najbardziej błyskotliwą ze wszystkich studentek, które przyszło mi uczyć. Doprawdy dziwię się, że nie potrafi pani zrozumieć mojego przesłania…

Widząc zawstydzenie podwładnej ordynator przerwał, po czym najłagodniej jak tylko umiał wyłożył Zorianie sens opowieści.

— Nikt z nas nie jest idealny i często zdarza nam się zmagać z własnymi ułomnościami. Opowiadając tę historię chciałem uzmysłowić pani, że nie wszystko musimy potrafić. Czasem lepiej jest zostawić przerastające nas zadanie komuś, kto zrobi to lepiej.

— Że niby powinnam zostawić to szycie? — spytała zdezorientowana lekarka.

— Proszę skoncentrować się na prawidłowym ustawieniu i należytym zespoleniu kości — odparł Lipowicz.

— A szycie?

— Szycie proszę zostawić pani Krystynie. Ma spore doświadczenie i niejednego pacjenta już szyła.

Twarz Zoriany wyrażała ogromne zaskoczenie.

— Pani mnie nie docenia, Zoriano — uśmiechnął się lekarz — Nie chcę się chwalić, ale jestem dobrym obserwatorem. Pani naprawdę myślała, że można cokolwiek przede mną ukryć? Znam panią lepiej niż się pani wydaje. Oczywiście mam na myśli sprawy czysto zawodowe. Prawda jest taka, że specjalnie przydzieliłem pani ten zabieg. Dodatkowo zaangażowałem panią Krystynę, żeby pani pomogła. Wytłumaczy pani jak szyć, a w razie problemów dokończy za panią. Gdybym nie wierzył, że podoła pani zadaniu za kwadrans podawałaby mi pani narzędzia przy tej nieszczęsnej endoprotezie.

Jakby na potwierdzenie swoich słów Lipowicz spojrzał na wiszący nad biurkiem zegar.

— Musimy już iść na blok operacyjny, ale proszę mieć w pamięci moją opowieść — rzucił ordynator i dodał tajemniczo — Zwłaszcza zakończenie tej historii…

— A można by trochę jaśniej doktorze? — rzuciła Zoriana z lekkim wyrzutem. Od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że Lipowicz traktuje ją jak małą dziewczynkę i nie było to zbyt przyjemne uczucie.

— Wydaje mi się, że wpadła pani w oko temu chłopakowi — wypalił ordynator z niewinnym uśmiechem — I on również nie jest pani obojętny.

Twarz Zoriany momentalnie obsypała się pąsem, ale tego Lipowicz nie mógł już zobaczyć. Ostatnie zdanie wypowiedział bowiem już na korytarzu.

Nieoczekiwany zwrot

Operacja udała się znakomicie. Rokowania Leszka były nad wyraz dobre i wszystko wskazywało na to, że w ekspresowo szybkim tempie chłopak wróci do pełni zdrowia. Doktor Zoriana poświęcała swemu pacjentowi sporo uwagi, lecz mając na względzie wścibstwo ordynatora starała się nie przekraczać ustalonych zawodowo granic. Uważała, że szpital nie powinien być miejscem flirtów, a już na pewno nie lekarza z pacjentem. Wysyłała jednak delikatne sygnały i obserwowała rozwój sytuacji, nie zapominając przy tym, że najważniejsze jest zdrowie pacjenta.

Zdrowie Leszek miał naprawdę niezłe. Kości były dobrze zespolone, szwy trzymały mocno, a rany goiły się znakomicie. Po czterech dniach pobytu w szpitalu mężczyzna mógł już opuścić oddział. Zorianie zrobiło się trochę przykro. Przyzwyczaiła się do jego obecności, do rozmów z Leszkiem, do jego uśmiechu i żartów… Nic jednak nie trwa wiecznie i ta świadomość nie napawała jej zbytnim optymizmem. Niewielkim, ale jednak pocieszeniem była dla niej perspektywa spotkań z chłopakiem w trakcie jego wizyt kontrolnych w szpitalnej przychodni. Wprawdzie odbywać się miały dwa razy w miesiącu, ale cóż było począć? Lepszy taki kontakt niż żaden. Kobieta nie była pewna, czy jest już zakochana, czy tylko zauroczona młodym mężczyzną. Było w nim coś, co nie pozwalało jej pozostać obojętną, dlatego postanowiła dać sobie czas i przestrzeń, aby uczucie mogło się zdrowo rozwijać.

— Czy wypis pana Brzozowskiego jest już gotowy? — spytała Zoriana siedzącą w sekretariacie młodą brunetkę.

— Tak, pani doktor — rzekła sekretarka — Właśnie drukuję recepty.

— W takim razie poczekam. Akurat idę w tamtą stronę, więc sama zaniosę dokumenty.

W pomieszczeniu panowała cisza, którą mącił jedynie szum pracującej drukarki. Na brzegu biurka leżały ułożone w stos dokumenty. Nieco dalej czekały ustawione w równym szeregu pieczątki. Ekran monitora jarzył spokojnym, niebieskim światłem, a nieopodal białej klawiatury stała maleńka, bladoróżowa filiżanka. Była do połowy wypełniona kawą i spoczywała na okrągłym spodeczku w tym samym kolorze. Siedząca za biurkiem brunetka rzuciła w kierunku Zoriany ironiczne spojrzenie.

— Mam kilka uwag do pacjenta… — zawstydzona lekarka odruchowo zaczęła się tłumaczyć.

Sekretarka zebrała wydrukowane recepty i wsunęła je do foliowej koszulki z dokumentacją medyczną Leszka.

— Proszę wypis pani doktor — rzekła beznamiętnym tonem, a gdy Zoriana opuściła sekretariat sięgnęła po różową filiżankę i upiła łyk kawy. Na jej wargach igrał perfidny uśmieszek.


Chłopak leżał na łóżku, obok którego spoczywała spakowana torba i oparte o szpitalną szafkę kule. Widząc wchodzącą Zorianę uniósł się na łokciu.

— Przyniosłam panu wypis — rzekła podając mężczyźnie dokumenty.

— Miło panią widzieć, pani doktor — uśmiechnął się Leszek lekko przesuwając się na łóżku — Proszę usiąść.

— Nie siadam na łóżku pacjenta — odparła Zoriana.

— Proszę się nie bać. Ja nie gryzę.

— Takie mam zasady — wyjaśniła kobieta — Ale jeśli pan nalega to mogę usiąść na taborecie.

Chłopak sięgnął po stojący przy łóżku metalowy mebel, lecz kobieta okazała się szybsza.

— Tak bardzo chce pan u nas zostać? — spytała podtrzymując niebezpiecznie wychylone ciało mężczyzny.

— Chciałem podać pani taboret.

— Ryzykując upadek z łóżka i kolejne złamanie? — roześmiała się Zoriana.

— Wygrała pani — spasował Leszek — Są lepsze miejsca na spotkanie niż sala operacyjna.

— Ma pan rację — podjęła wątek lekarka — O ile gabinet w szpitalnej przychodni można nazwać lepszym miejscem? Za dwa tygodnie zapraszam pana na pierwszą wizytę kontrolną.

— A już myślałem, że na pierwszą randkę — wypalił Leszek bez zastanowienia.

— Ma pan specyficzne poczucie humoru — rzekła lekko zmieszana Zoriana. Oprócz Brzozowskiego w sali leżało jeszcze dwóch pacjentów. Obaj usiłowali sprawiać wrażenie, że w ogóle nie słyszą ich rozmowy. Jednak lekarka mogła iść o zakład, że dobrze słyszeli każde słowo. Przy okazji musieli mieć niezły ubaw, lecz to akurat ją w ogóle nie obchodziło. Tymczasem Leszek ponownie wychylił się na łóżku i sięgnął do stojącej przy nim torby. Tym razem okazał się szybszy od lekarki. Chwilę później w jego dłoniach pojawiło się małe, kolorowe pudełeczko. Chłopak podał je Zorianie.

— Mam dla pani prezent — uśmiechnął się.

— Nie rozumiem… — kobieta wyglądała na zaskoczoną.

— Proszę przyjąć — nalegał Leszek — Jako dowód wdzięczności. Za udaną operację i troskliwą opiekę.

— Nie mogę tego przyjąć — rzekła zażenowana Zoriana — Leczenie pacjentów to moja praca i otrzymuję za nią wynagrodzenie. Poza tym przyjmowanie korzyści jest surowo zabronione.

— To nie jest żadna korzyść, pani doktor. Proszę zajrzeć do środka.

Zoriana zawahała się. Nie byli w sali sami. Prezent wprawdzie wyglądał niewinnie, lecz mógł sprawić wiele kłopotów. Dwaj sąsiedzi Leszka, jakby zorientowali się w sytuacji. Wymienili miedzy sobą spojrzenia i jak na komendę wstali ze swych łóżek. Po chwili już ich nie było. Leszek odruchowo rzucił okiem na opustoszałe łóżka i momentalnie zrozumiał swój błąd.

— Postawił mnie pan w kłopotliwej sytuacji — Zoriana jakby czytała w jego myślach.

— Przepraszam — sumitował się mężczyzna — Nie pomyślałem. Ale skoro tamci dwaj wyszli, to może zajrzy pani do tego pudełeczka?

Chłopak miał taką minę, że lekarka mimowolnie odkryła wieczko. Zajrzała do środka i momentalnie zamarła. Poczuła jak serce nagle przyspiesza swój bieg, a jej mózg z prędkością błyskawicy wyświetla dawno zapomniany film.

Na dnie kolorowego pudełeczka leżała mała, szmaciana pacynka. Była dość stara i chyba nie jedno w swym pacynkowym życiu widziała. Minęła naprawdę spora chwila zanim kobieta opanowała gwałtowne kołatanie serca.

— Skąd pan ją ma? — pytanie lekarki było mimowolne, wręcz odruchowe. Jednak ton jej głosu w połączeniu z wymalowaną na twarzy ekscytacją jasno sugerował, że prezent zrobił na niej ogromne wrażenie. Wprawdzie próbowała ukryć emocje, lecz nie na wiele się to zdało.

— To bardzo długa i zawiła historia pani doktor… — obserwujący ją mężczyzna coraz bardziej upewniał się, że intuicja go nie zawiodła.

— Bardzo chciałabym ją usłyszeć — odparła z trudem hamując emocje. Jej serce powoli zaczęło się uspokajać, lecz ciekawość zżerała ją do cna.

— Obawiam się, że nie mamy tyle czasu, ale… — chłopak zrobił teatralną pauzę.

— Ale…? — podchwyciła Zoriana.

— Jeśli pani doktor pozwoli mogę opowiedzieć ją w trakcie wizyt kontrolnych.

Twarz kobiety zastygła jak gipsowa maska. Zoriana zastanawiała się, czy pacjent stroi sobie z niej żarty, czy mówi poważnie. Za jego niewinnym uśmiechem mogło kryć się wszystko.

— Zapewniam, że nie będzie pani żałować. Ponoć mam dryg do opowieści — kusił Leszek.

Rozum lekarki zalecał daleko idącą ostrożność jednak serce nalegało na ryzyko. Kobieta delikatnie wyjęła pacynkę z pudełka.

— Dobrze — odparła kładąc opakowanie na łóżku — Zgadzam się. Ale muszę dostać coś na zachętę. Chociaż fragment…

— Teraz? — zdziwił się Leszek.

— Teraz.

***

Czas na lodowisku płynął szybko. Na tyle szybko, że dwunastoletni chłopiec miał wrażenie, że dopiero, co zasznurował łyżwy. Tymczasem powoli zapadał już zmrok i nadeszła pora powrotu do domu. Lekki śnieżek, który zaczął delikatnie prószyć dodawał całej zabawie magicznej aury tajemniczości. Tata śmigał na łyżwach niczym mistrz olimpijski Brian Boitano, którego chłopiec oglądał w telewizji. Ech… Gdyby tatuś potrafił wykonywać takie salta jak Brian lub choćby skoczył przynajmniej jednego, potrójnego Axla… Niestety, tata nie był amerykańskim mistrzem łyżwiarstwa figurowego. Ale mimo to na łyżwach radził sobie doskonale. Jeździł o wiele lepiej niż inni rodzice, niewątpliwie dlatego, że w młodości uprawiał hokej.

Chłopiec zdjął łyżwy i niespiesznie opuszczał taflę. Delikatny śnieżek niczym zwiewna firanka otulał wszystko wokół. Kształty osób jeżdżących po lodzie zacierały się jak w zwolnionym filmie. Jednak w tym magicznym złudzeniu było coś, co nie pasowało do baśniowego klimatu. Coś, co delikatnie zakłócało magię tego miejsca. Jedyny, naprawdę dynamiczny element tej historii, który z zawrotną prędkością zbliżał się do granicy lodowej tafli. Zaskoczony chłopiec zanim zrozumiał, co się dzieje poczuł gwałtowne uderzenie, a sekundę później leżał już w miękkim śniegu. W przelocie spostrzegł jedynie dziewczęcą postać, która potoczyła się kawałek dalej, a następnie spoczęła w podobnej do niego pozie. Postać ubrana była w czerwoną kurteczkę i sama była nie lada zaskoczona tym, co się właśnie stało. Na szczęście cała sytuacja skończyła się szczęśliwie, a jedynymi skutkami ubocznymi wypadku były chwila strachu i mokre ubrania. Rodzice sprawnie pozbierali swoje pociechy, mama dziewczynki przeprosiła za niefortunny incydent, po czym wraz z córką wróciły na lodowisko, a chłopiec z ojcem udali się do domu. Niemal całą drogę zajęła im analiza zaistniałej na lodowisku kolizji. Zaaferowany chłopiec snuł coraz to nowsze teorie i nawet nie zauważył, że stoi już przed swoim blokiem. Przekroczywszy próg mieszkania gromkim głosem poinformował swoją mamę o karkołomnej przygodzie. Opowiadał barwnie nie szczędząc szczegółów i nie zapominając rzecz jasna o własnym bohaterstwie. Mama chłopca cierpliwie wysłuchała relacji na temat wypadku. Obaj jej mężczyźni byli w doskonałych humorach, a jedynym kłopotem była przemoczona odzież tego młodszego.

— Zdejmuj tę kurtkę — zakomenderowała mama, po czym ściągnęła z dłoni syna mokre rękawiczki i rzuciła je na podłogę w łazience. Chłopiec spojrzał na dwa mokre kłęby i nagle uświadomił sobie coś, co umknęło mu w trakcie powypadkowej gorączki.


— To wszystko jej wina! — pieklił się chłopiec — Gdyby umiała jeździć na łyżwach to by we mnie nie uderzyła, ja bym się nie przewrócił i nie…!

— To był wypadek synku — przerwał mu tata — Ta dziewczynka nie zrobiła tego specjalnie.

— Ale gdyby jej tam nie było to nie byłoby tej draki i nie zgubiłbym…! — malec nie dawał za wygraną.

— To niestety tak nie działa — ojciec był spokojny i opanowany — Jeśli nie byłoby jej znalazłby się ktoś inny.

— Gadanie… — chłopiec skrzywił usta w grymasie dezaprobaty.

— A słyszałeś o czymś takim jak przeznaczenie?

— Przeznaczenie? A cóż to takiego?

— Widzisz synku… — tata wziął głębszy oddech — Każdy z nas ma swój własny plan życia. W tym planie są rzeczy, które muszą nam się zdarzyć. I to bez względu na to czy tego chcemy czy nie. To właśnie nazywamy przeznaczeniem.

Chłopiec zamyślił się. Nie do końca był pewien, czy dobrze rozumiał, co tata ma na myśli.

— Chcesz mi powiedzieć, że to, co stało się na lodowisku jest moim przeznaczeniem?

— Tego nie wiem, ale jest to możliwe.

— Tato, pomyśl… Jeśli to jest moim przeznaczeniem, to szukanie tej dziewczynki nie ma już sensu. Przecież nie mogę oddać jej czegoś, czego nie mam.

Chłopiec rozumował bardzo logicznie, co wywarło na ojcu nie lada wrażenie.

— Poniekąd masz rację. Ale musisz pamiętać, że przeznaczenie jest sprawą wielowymiarową.

— A co to znaczy?

— Że coś, co z pozoru wydaje nam się bez sensu zdarza się w konkretnym celu. Takie wydarzenie często wyzwala całą lawinę zdarzeń, które krok po kroku prowadzą człowieka do celu.

— A nie da się prościej?

— Jesteś już dużym chłopcem, więc powiem ci prawdę. W życiu nie ma prostych dróg. Często trzeba się sporo nachodzić, a im bardziej zawiła droga tym jest ona ciekawsza. Życie to naprawdę wielka przygoda i warto ją przeżyć w całej pełni. Zaufaj przeznaczeniu i spróbuj odnaleźć tę dziewczynkę.

***

Zoriana niespokojnie poruszyła się na taborecie. Zbliżało się południe, a na korytarzu słychać było odgłosy wydawanego właśnie obiadu. Dwaj sąsiedzi Leszka niecierpliwie oczekiwali pod drzwiami. Co kilka chwil zaglądali na zmianę do wnętrza sali, lecz widząc, że lekarka nadal siedzi przy łóżku chłopaka nie ośmielali się przekroczyć progu.

— Coś się stało pani doktor? — spytał Leszek z troską w głosie.

— Nie, wszystko w porządku — odparła kobieta.

— Jakoś niewyraźnie pani wygląda.

— Pięknie pan opowiada — rzekła wstając — Już nie mogę się doczekać pana pierwszej wizyty.

— Wobec tego zapraszam panią na kolejny odcinek.

Zoriana wsunęła pacynkę do kieszonki swego uniformu,

— To ja pana zapraszam — poprawiła chłopaka — Przypominam, że to pan ma przyjść do przychodni, a nie przychodnia do pana.

Kleo

Opowieść pierwsza

Równo dwa tygodnie później młody mężczyzna przekroczył progi szpitalnej przychodni. Z niewielkim, acz jednak trudem, podpierając się na kulach przecisnął się przez wąskie gardło mikroskopijnego korytarza i zajął miejsce pomiędzy dwiema oczekującymi w kolejce emerytkami. Obie kobiety, stosownie do swego wieku, co i rusz utyskiwały na swój stan zdrowia i trapiące je boleści. Zdawać by się mogło, że każda z nich starała się za wszelką cenę mieć więcej dolegliwości niż jej konkurentka. Leszek słuchając narzekań obu swych sąsiadek złapał się na tym, że i on zaczyna odczuwać jakieś bóle. Owe bóle bardzo często przemieszczały się po całym jego ciele i w końcu dotarło do niego, że boli go wszystko tylko nie kostka lewej nogi, która w istocie boleć go powinna. Jedynym sposobem na uniknięcie dalszych dolegliwości było odcięcie się od niezdrowych bodźców. Toteż, rad nie rad wcisnął w uszy słuchawki i zaczął słuchać muzyki. Po kilku taktach bóle cudownie minęły, a on mógł już spokojnie oczekiwać na spotkanie z doktor Zorianą. Po około półgodzinie doczekał się wreszcie i obijając się o ściany i futryny zamknął za sobą drzwi lekarskiego gabinetu.

Po rutynowych badaniach i krótkim medycznym wywiadzie wizyta była właściwie zakończona.

— No dobrze panie Leszku… — rzekła lekarka kładąc przed mężczyzną druk zwolnienia lekarskiego — Ja już swoje powiedziałam. Teraz pańska kolej. Mam nadzieję, że pamięta pan o swojej opowieści?

— Oczywiście, że pamiętam — uśmiechnął się chłopak.

Zoriana sięgnęła do kieszeni lekarskiego kitla. Wydłubała zeń szmacianą laleczkę, którą następnie położyła na biurku. Spojrzała zalotnie w oczy Leszka i rozsiadła się wygodnie w fotelu.

— W takim razie zamieniam się w słuch.

***

Głód dokuczał niemiłosiernie, lecz o znalezieniu jakiegokolwiek pożywienia mogła co najwyżej pomarzyć. Nawet jeśli pozostały jakieś resztki, to padający przez całą noc śnieg skutecznie ukrył je pod miękką pierzyną. Przekopanie się przez niezliczone białe usypiska byłoby szaleństwem. Kleo nie miała jednak wyboru. Na posłaniu w piwnicy czekał na nią wymizerowany kociak i choćby ze względu na niego musiała podjąć trud znalezienia czegoś, co nadawałoby się do jedzenia. Kleo była odpowiedzialną matką i zawsze stawiała dobro swych kociąt nad swoim.

— „Od czego tu zacząć”? — pomyślała i w tym momencie poczuła silny skurcz w żołądku. Nie mając innego wyboru rozejrzała się po okolicy i stwierdziła, że najlepszym miejscem na poszukiwania będą najbliższe rejony lodowiska. Jeśli gdzieś leżą ukryte pod śniegiem resztki jedzenia, to najszybciej będą one w pobliżu przyprószonej śniegiem tafli. Wiele nie myśląc pobiegła w tamtym kierunku. Skurcze w jej brzuchu stawały się nie do wytrzymania. Na szczęście śnieg w pobliżu tafli był nietknięty.

— „Doskonale” — błysnęło jej w głowie — „Nikt tu jeszcze nie szukał. Może będę miała szczęście”?

Bez zbędnych ceregieli zabrała się do pracy i już po chwili udało jej się wydobyć niedojedzoną kanapkę. Nie była nawet mocno zmarznięta. Zachęcona zdobyczą kocica wytężyła siły i szukała dalej. Niestety, poza kilkoma śmieciami niczego więcej nie znalazła.

— Trudno, nie mam dziś szczęścia — mruknęła do siebie — Najważniejsze, że kociak się naje. Dla siebie znajdę coś na śmietniku.

Pozostałość kanapki wzięła w pyszczek i już miała odejść, gdy nagle jej łapka wyczuła coś miękkiego. Rozgarnęła nieco śniegu i jej oczom ukazała się szmaciana laleczka. Była wielkości małej myszy.

— A co to takiego? — spytała samą siebie obwąchując znalezisko. Laleczka nie poruszyła się, ani nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Zupełnie jakby była martwa. Kleo zastanowiła się chwilę. Jeszcze niedawno miała przy sobie czworo kociąt. Trzy z nich szybko się usamodzielniły i kilka dni temu opuściły przytulne gniazdko. Pozostał jedynie ostatni. Najmniejszy i najsłabszy. Właściwie, to ledwie przeżył. Wprawdzie podrósł trochę, ale na naukę polowania był jeszcze za słaby i całe dnie spędzał sam w piwnicy.

— Już wiem — rzekła Kleo — Zabiorę to coś i dam mojemu dziecku do zabawy. Przynajmniej nie będzie się nudził, gdy będę wychodzić na polowania.

Położyła laleczkę na niedojedzonej kanapce, całość chwyciła w pyszczek i ruszyła w kierunku swojego lokum.


Ulice były puste. Była niedziela i nikomu o tej porze nie chciało się spacerować. Do tego ten śnieg… Jeszcze wczoraj nikt by nie pomyślał, że tak szybko wróci zima. Kleo weszła do bramy, za którą rozciągało się podwórko typu „studnia”. W pierwszym na lewo skrzydle kamienicy znajdowało się wybite okienko, które służyło jej jako wejście do piwnicy. Dochodziła do wylotu bramy, gdy nagle poczuła dreszcze na grzbiecie. Chwilę później wyrosło przed nią cielsko najbardziej obleśnego w mieście kocura. Był to najgorszy pod słońcem koci gangster. Mówili na niego Korsarz, bo w jednej z licznych, podwórkowych bijatyk nieopatrznie stracił oko. Stał teraz na wprost Kleo i lustrował ją niedbale pustym oczodołem. Tuż za nim stanęli dwaj jego kumple — Kulas i Kaskader. Pierwszy z nich zawdzięczał swoją ksywę wypadkowi, skutkiem którego doznał paraliżu tylnej łapy. Drugi, podczas ucieczki zaczepił ogonem o płot. Niestety był na tyle głupi, że zamiast zatrzymać się i go odczepić wolał uciekać. Dlatego zostawił swój ogon na ogrodzeniu.

— Kogo moje piękne oczy widzą? — zamiauczał Korsarz — Cóż za miłe i całkowicie przypadkowe spotkanie.

Kleo poczuła jak trzęsą jej się łapy. Widok trzech łobuzów działał na nią niezwykle stresująco.

— Co to za jedna Szefie? — spytał Kaskader zachrypniętym głosem. Był najgłupszym kotem z całej trójki dlatego Korsarz kazał mówić mu do siebie „Szefie”.

— Słowiańska księżniczka głupolu — odparł „Szef” wlepiając swe ślepia w kocicę.

— Prawdziwa księżniczka Szefie? — nie dowierzał Kaskader.

— Najprawdziwsza — zarechotał Korsarz, któremu momentalnie zawtórował Kulas.

Kaskader spojrzał na kumpli tępym wzrokiem, po czym dołączył do kakofonii kocich śmiechów. Wprawdzie sam nie wiedział z czego się śmieje, lecz kompletnie mu to nie przeszkadzało. Rechotał najgłośniej z całej trójki, a jego gardłowy chichot poniósł się głośnym echem po wnętrzu bramy.

— Jeśli już ustaliliśmy kim jesteś, to zachowaj się z godnością księżniczki — Korsarz ponownie zwrócił się do Kleo. Wykrzywiony w ironicznym uśmiechu pysk kocura jasno dawał do zrozumienia, że ma on niezłą zabawę — Połóż na ziemi to, co trzymasz w pysku i zrób trzy kroki w tył.

Przerażona kocica zawarczała ostrzegawczo. Jej puszysta, biała sierść zjeżyła się tak bardzo, że można było odnieść wrażenie, że stała się ona dwa razy większa niż w rzeczywistości. Nie mogła dać się sprowokować, więc zaczepki Korsarza puszczała mimo uszu. Choć wcale nie było jej łatwo.

— No dalej… — kocur nie dawał za wygraną — Oddaj zdobycz, bo tracę cierpliwość.

Kleo ani drgnęła i tylko ona wiedziała, że ten brak reakcji wcale nie jest wynikiem jej odwagi. Była przerażona. Prawdę mówiąc nie bardzo wiedziała, co robić. W piwnicy czekał na nią głodny kociak, banda zwyrodniałych kocurów trzymała ją w szachu, a ona nic nie mogła zrobić. Jedyne na co mogła się w tej chwili zdobyć, to czekanie. Napastnicy byli o krok. Wpatrywali się w nią nienawistnymi spojrzeniami. Czas płynął i nic nie wskazywało na to, że coś się może zmienić. Kolejne analizy sytuacji nie napawały Kleo optymizmem. Banda kocich łobuzów też najwyraźniej miała dość tego impasu. Herszt bandy aż trząsł się ze złości. Nie w smak mu było, że delikatna kocica pogrywa sobie z nim jak z podrzędnym kociakiem. Musiał koniecznie coś wymyślić zanim kompletnie starci swój zbójecki autorytet. Skupił całą swoją kocią inteligencję i po chwili na jego pysku zamajaczył kolejny perfidny uśmiech. Przecież to takie proste. Czym najlepiej zastraszyć kocicę?

— Posłuchaj mnie biała damo — w jego słowach aż kipiało od ironii — Myślisz, że jesteś taka mocna? To ja ci pokażę, że jednak nie jesteś.

Zrobił pauzę, po czym ciągnął wątek dalej.

— Tam w piwnicy czeka na ciebie twój głodny kociak. To, że jest głodny, to teraz jego najmniejszy problem, bo za chwilę przejdą się do niego Kulas i Kaskader. Nie muszę chyba dodawać, że nie pójdą się z nim bawić, choć zabawę z pewnością będą mieli przednią. Więc masz ostatnią szansę. Oddasz nam to, co masz w pysku i znikamy. Chyba, że wolisz, żeby z twojego dziecka zostało tylko poszarpane futerko. Wybór zostawiam tobie.

— Nie zrobisz tego bandyto! — krzyknęła Kleo i w tym momencie resztka kanapki wraz z laleczką znalazły się na posadzce bramy. Korsarz okazał się dobrym psychologiem. Użył argumentu, który dla kochającej matki nigdy nie pozostaje obojętny. Zagrożenie życia własnego dziecka zmusiło kocicę do reakcji, a tą było nieopatrzne otwarcie pyska. Sposób stary jak świat.

Cała akcja trwała ułamki sekund, toteż Korsarz umiejętnie wykorzystał ten moment. Jednym susem znalazł się przy Kleo, złapał pyskiem zdobycz i… zamarł. W głuchej ciszy niedzielnego poranka rozległo się nieprzyjemne warczenie, które poniosło się głośnym echem po czeluściach bramy. Na zagrzybiałej ścianie przesunął się groźny, ciemny cień, a chwilę później odezwał się chrapliwy głos.

— Zostaw to i odsuń się od kocicy!

Głos był na tyle sugestywny, że Korsarz wypuścił z pyska zdobycz i potulnie wrócił do swych kumpli. Sierść miał tak zjeżoną jakby poraził go prąd.

— A teraz zabieraj swoich kolesi i wynocha stąd! — głos wydał kolejny nie dający kocurom wyboru rozkaz.

Chwilę później dało się tylko dostrzec smugi kocich ciał i brama nagle opustoszała.

— Kim jesteś? — spytała Kleo, gdy nieco ochłonęła po dopiero co zakończonej przygodzie.

— Nieważne kim jestem — odparł zachrypiały głos — Ważne, że w porę przybyłem. Bierz, co swoje i idź do dziecka.

— Dziękuję ci — szepnęła kocica — Uratowałeś moje dziecko. I mnie również.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 45.86