E-book
7.88
drukowana A5
29.56
Ot, Wena twórcza

Bezpłatny fragment - Ot, Wena twórcza


Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8440-483-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 29.56

Od autora

Wena Twórcza dopadła mnie tak naprawdę dopiero na początku XXI wieku. Wcześniej zdarzało mi się coś zrymować, ale nie wpadłem na to, żeby to zapisywać. Najbardziej płodny okres rozpoczyna rok 2003. Wena opętała mnie do tego stopnia, że budziła mnie w nocy z gotowym utworem i wiedziałem, że nie da mi wrócić do łóżka dopóty, dopóki nie usiądę i nie zapiszę rymów na byle chusteczce czy innym skrawku papieru. Miała rację. Rano, bez zerknięcia na zapis, nie potrafiłem przytoczyć Jej słów. Tak — Jej — bo bez Weny byłbym niczym.

Usłyszałem kiedyś, że Juliusz Słowacki — klasyk, mistrz,
chapeau bas i w ogóle — potrafił zmieniać swoje dzieła nawet już po ich wydrukowaniu. Niedościgniony wzór. Mnie się to rzadko zdarza właśnie dlatego, że Wena daje mi „gotowce”. Najbardziej zapadł mi w pamięci Tren dla Mamy, który powstał 5 grudnia 2011 roku, dosłownie w kwadrans po tym, jak dotarła do mnie smutna wiadomość o Jej przegranej walce z ciężką chorobą. Zaraz potem powstał nierymowany efekt żałoby — Tryptyk tajemnic.

Jestem poetą (dumne słowo) głównie rymującym. W toku swojej twórczości nasłuchałem się sporo krytyki od podobnych do mnie składaczy rymów. Ktoś nawet trafnie uznał (w 2019 roku gdzieś na Dolnym Śląsku powstała muzyka do dwóch moich wierszy), że część utworów pasuje bardziej na teksty piosenek niż stanowi wiersze. Uznano, że za dużo w nich rytmu. Jak zwykle powtarza się też zarzut pójścia na łatwiznę i stosowania prostych, nieambitnych rymów. Trudno, tak już musi zostać. Taki mam styl.

Jednak mam tę satysfakcję, że na wieczorkach literackich, na których moje wiersze recytowała na przykład młodzież z kółka teatralnego, wiersze białe innych twórców były odczytywane z kartek. To spora różnica. Kiedy możesz się nauczyć na pamięć czegoś, co masz wyrecytować, możesz lepiej przygotować swoją interpretację utworu (zwłaszcza, że celowo część wierszy nie ma znaków przestankowych na końcu wersów). Jesteś jak aktor na deskach teatru. Jakże pięknie jest zobaczyć wtedy łzy w oczach co bardziej wrażliwych odbiorców! Mnie podobała się zawsze — inna niż moja, podprogowa — interpretacja moich dziełek. Trudno mi z kolei było zrozumieć brawa po wysłuchaniu utworów odczytanych z kartek. Oczywiście wypada klaskać. Tylko czy odbiorca miał szansę zrozumieć utwór? Chyba nie. Widać to zresztą było nieraz po liczbie pytań zadawanych autorom w kuluarach. Żeby było jasne — bardzo szanuję również wiersze białe (i ich autorów), ale osobiście, aby je zrozumieć muszę je przeczytać co najmniej kilka razy (albo porozmawiać z twórcami).

Moja Wena czasem podrzuca mi coś nierymowanego, ale to tylko Jej kaprysy. Ona w ogóle jest kapryśna. Na początku była bardzo płodna. Miałem sporo materiału, z którego raptem kilka sztuk trafiło do almanachu Grupy Twórczej „Brzoza” pt. „Życie nasze codzienne”, wydanego dzięki staraniom Fundacji Kultury Jana Kochanowskiego w Radomiu, w 2004 roku. Później nachodziła mnie tylko wtedy, kiedy akurat miała ochotę.

Wybór utworów w tym tomiku to wypadkowa ponownego pochylenia się nad treścią. Fraszki i erotyki stanowią rozdziały. Chronologia powstawania rymów nie ma znaczenia.

Były takie etapy w mojej twórczości, które obfitowały w rymy mocno nasycone bieżącą sytuacją społeczno-polityczną. Takie utwory od razu odsiałem. Niech leżą w szufladzie. Pisałem też sporo rymowanych dedykacji, życzeń, czy bardzo prywatnych wersów. Te zostaną dla tych, dla których były przeznaczone.

Wydanie własnego tomiku to dla mnie bardzo duże wydarzenie. Pozwoli Wenie wrócić do mnie, bo powstanie miejsce na nowe natchnienia.

Przyjemnej lektury!

Krzysztof Kapturski

Radom, styczeń 2026

Co w duszy gra

Bezwzględny względny czas

Wiadukt zawieszony nad autostradą

Widok z niego taki sobie

Ot, setki pojazdów się mijają

Razem z nimi ludzi mrowie


A ja stoję, patrzę na nie

I choć bieżą w dwie strony

To przecież widać stąd ładnie

Ten pęd życia jakże szalony


Tak chyba na nas patrzą

Potężne, tysiącletnie drzewa

W których koronach pod zamczyska basztą

Kolejne pokolenie ptaków śpiewa


Dla drzew tych żadna różnica

Czy dziś przeminie ktoś, czy ty

Że dziś deszcz, a jutro śnieżyca

Jak co ranek rosa z mgły


Ruiny starożytnych miast

Miliony nas przetrwały

I choć porośnie je dżungla czy chwast

Jam na to wszystko za mały

Zakopane, 16 kwietnia 2005 r.

Doli swojej

Nie bierz tego do siebie,

Ale rzec to muszę.

Kiedy patrzę na ciebie,

Coś rani mą duszę.


Masz coś w sobie takiego,

Co wręcz mnie przeraża.

Spojrzysz na kogo obcego,

A ten już się obraża.


Słów nawet nie używasz

(Po co wulgaryzmy?).

Tak dzień po dniu przeżywasz,

Zufall według Dyzmy.


Zmień czym prędzej siebie!

To nie tędy droga.

Ja zaklinam ciebie —

Dolo moja droga.

Radom, 12 listopada 2003 r.

Niewzruszona Topola

Cienka pośród pól nitka drogi

Pobocza uzbrojone w strzeliste topole

Facet w samochodzie nieprzyzwoicie drogim

Trzyma kurczowo pedał gazu w dole

Niebo pozbywa się wilgoci nadmiaru

Słońce nie widzi akcji poprzez chmury

Wydaje się, że deszcz nie ma dziś umiaru

Woda opuszcza przepełnione w asfalcie dziury

A tam, nieopodal, na zakrętu łuku

Stoi dumnie ona — Niewzruszona Topola

Przyzwyczajona do łamiącej się blachy huku

Bo taka to już drzewa przydrożnego dola

Strugi deszczu obmywają podrapaną korę

Spływają po daszku pamiątkowej kapliczki

Dziś kolejny facet na śmierć wybrał porę

Nowy krzyż stanie, ktoś zapali świeczki

Spogląda Topola spod liści zalotnie

Jak facet w łuk drogi wchodzi

Nawet nie zdążył jej dostrzec w oknie

Choć prosto w objęcia jej wchodził

Strugi deszczu obmyją kolejne zadrapania

Topola stać będzie dumnie, niewzruszona

A ten dzień już się skłania do zmierzchania

Gaśnie świeczka w kapliczce, wypalona

Radom, 20 stycznia 2007 r.


Bilet w jedną stronę

A ludzie dalej odchodzą,

Jedni w światło, inni w mrok.

A uczeni wciąż dochodzą

Jak Kostuchy odwrócić wzrok.

Ten kurczowo się trzyma

Tego padołu łez,

Tamten jeno się zżyma —

Już by dał temu kres.

Kto wie co kim kieruje,

Życiu nadaje sens,

Że jeden przyszłość buduje,

Drugiemu dość i chleba kęs.

Dziwne losu koleje,

Niepojęty cały świat.

Czy ktoś nad nami boleje,

Czy już nas wpisał do strat?

Radom, 20 września 2004 r.

Bezsenność

Patrzyłem dziś przez okno

na bezkresny czas;

Myślałem o tych miejscach,

w których nie ma nas.


Słuchałem głuchej ciszy,

mówiłem bez słów.

Za chwilę nowy dzionek

miał nastać znów.


Ty we śnie pogrążona

już drugi zmieniałaś bok,

Zawsze ciężkie powieki zamykasz,

gdy tylko zapada zmrok.


Ja zaś w sufit wpatrzony

przez myśli niesfornych tłum,

I wnet ukojenie —

deszczu za oknem szum.


Spadały krople wartko

jak całe stada łez,

Na okno, parapet, balkon

i ten pod blokiem bez.


Przyjemny, rytmiczny odgłos

wysyłał myśli w cień.

Nareszcie spać się zachciało —

cóż z tego? — już nastał dzień.

Radom, 16 maja 2004 r.

Codzienny dzień

Dnieje. Dzień wstał.

Promyk przez okno wpada.

Na wsi kur by zapiał,

A tutaj autostrada.


Woła już miejski gwar.

Jeszcze tylko buty.

Powietrze jak stary smar.

W nowy dzień wkraczasz wypluty.


Praca taka jak wczoraj.

W przerwie trzeba coś zjeść.

Z robotą się szybko uporaj —

Osiem godzin i cześć!


Zakupy, dom, kolacja,

Serial w telewizorze.

A, jeszcze rodzina — racja!

Długo tak jeszcze możesz?

Radom, 2 lutego 2004 r.

Dziad

Dotąd jakoś trwasz,

Nadzieję na lepsze masz,

Ale obawa przyszłości

Przenika do szpiku kości.


Brak zaufania, wiary,

I nagle jesteś już stary,

Spoglądasz przez ramię za siebie:

„Może lepiej będzie w niebie?”


Teraz rozpamiętujesz,

Jeszcze gorzej się czujesz:

„Tyle uczynić mogłem!”-

Znów gadasz na jedną modłę.


Tak, teraz za późno już,

Druga noga nad grobem wznieca kurz,

Po chwili do niego wpada…

Kto zapamięta dziada?

Radom, 10 grudnia 2003 r.

List pojednania

Dzwoniłem dziś do Ciebie,

Rzuciłaś słuchawką.

W planach miało być jak w niebie,

Dziś tylko odbija się czkawką.


Ten dzień, gdy Cię spotkałem,

Trudno to zapomnieć.

Nadzieję spędzić z Tobą życie miałem,

Dziś przyszło oprzytomnieć.


Kiedy się psuć zaczęło?

Jakoś nie pamiętam.

Co na drodze szczęścia stanęło,

Gdzie chemia, gdzie mięta?


Nie można przecież kilku lat

Rzucić w bezdenny niebyt.

Odwrócić do góry nogami świat —

Czy to logiczne? — Niezbyt.


Zacznijmy wszystko od początku,

Jeszcze raz ułóżmy puzzle rozrzucone.

Nie traćmy mozolnie snutego życia wątku,

Nie wszystko jeszcze stracone.


Złość, nerwy — to wszystko minie,

Każdy kryzys przetrwamy.

Po co ciągle mówić o winie? —

Ważne tylko, że siebie mamy.


Pióro odkładam, zaklejam kopertę,

A w niej te błagalne słowa.

Przyjmij proszę moją ofertę —

Twoja gorsza połowa.

Radom, 13 stycznia 2007 r.

Modlitwa

Pozwól mi Panie uwierzyć,

Że wszystko można przeżyć,

Że ból i cierpienie

Miną na skinienie,

Że wszystko, co złe,

Wnet odejdzie we mgłę.

I dodaj mi, Panie, wiary,

Bym, gdy będę już stary,

Życia swego nie żałował,

Wstydu do grobu nie chował.

Radom,
8 października 2003 r.

Tryptyk tajemnic

1. Tajemnica Życia

Człowiek żyje po to, aby zrozumieć dlaczego się narodził. To, jak żyje, zależy w pierwszym rzędzie od tego, jak bardzo opęta go dążenie do poznania Tajemnicy Życia.

2. Tajemnica Śmierci

Śmierć przychodzi, kiedy uzna, że minął twój czas na zrozumienie Tajemnicy Życia.

3. Tajemnica Nagłej Śmierci

Nagła Śmierć jest bliźniaczą siostrą Śmierci, tyle że bardzo niecierpliwą i niezważającą na grafik.

Radom, 5 grudnia 2005 r. — w dniu śmierci Mamy

Tren dla Mamy

Za oknem dziś niebo zapłakało

Jakby smutne wieści spotęgować chciało

Przeleciały przez mokre powietrze fale

„Halo, informujemy z żalem…”


Elektryczny dreszcz przeszywa ciało

Bo tego życia ciągle przecież mało

Tylko że kruche — na kostuchy uciechę

A nam obietnica Raju na pociechę


Byle chociaż odejść w snu spokojności

Bez bólu, cierpienia, i nie w samotności

A siebie pozostawić we wdzięcznej pamięci

By znicz zapalili kiedy Wszyscy Święci


Nie będziesz już Mamo z nami latoś kolędować

Prezentów pod choinkę nie będziemy chować

Niech dusza Twoja uwolniona z okowów ziemskiej powłoki

Choć od czasu do czasu spojrzy na nas przez obłoki


Lepiej tam będzie Tobie, gdzie Anieli śpiewają

Gdzie tylko uśmiech i miłość wszystkim rozdają

Odpoczywaj sobie za lata udręki

A za Twój żywot z nami stokrotne Ci dzięki!


Mamie, w dniu odejścia na wieczny odpoczynek,

5 grudnia 2011 r.

Budujemy przyszłość

Święto dzisiaj w mieście mają

Nowy biurowiec oddają

Szkło, stal, trochę cegły

Ostatnie drzewa w parku poległy


Wstęga już prawie przecięta

Impreza na ostatni guzik zapięta

Będzie szampan i życzenia

Nie będzie tylko wyrzutów sumienia


Czynimy sobie ziemię poddaną

Wszerz i wzdłuż eksplorowaną

I tylko tlenu coraz mniej

Z własnej głupoty się człeku śmiej


Chcesz w niebo spojrzeć? — Próżny trud

Wszak wszędzie smogu zasłona, brud

Majówka nad wodą? — Tylko ściek

Nie znajdziesz czystej choćbyś się wściekł


W telewizji dzisiaj mecz

Zmartwienia niech idą precz!

Fotel, popcorn, puszka… tlenu —

Jedna dziennie przysługuje każdemu

Radom, 12 lipca 2007 r.

Filozofia szczęścia pijaczego

Wiesz, ścieżkę do szczęścia

dywan z róż wyściela.

Orgią barw zaprasza,

zapachem odurza.


Więc idziesz czym prędzej,

jak do dawno niewidzianego przyjaciela.

Twarz rozpromieniasz, lecz zapominasz,

że nie z samych płatków róża.


Stajesz zatem nagle

z żałosnym grymasem.

Stopy do krwi pokłute

nie chcą nieść cię dalej.


Łza bólu po policzku spływa,

chciałbyś łutu szczęścia czasem.

Dziś jednak kolejne rozczarowanie,

do twarzy w lustrze mówisz: „nalej!”

Radom, 14 listopada 2008 r.

Jutro Zaduszki

Listopad przyszedł — czas zadumy

Idą z kwiatami i zniczami tłumy

Przeciskają się w wąskich alejkach cmentarzy

Wśród grobowców licznych jak letników na plaży


Przeszłość z teraźniejszością się wita

Ktoś dawno niewidzianego krewnego spotyka

Na wizyty u siebie się umawiają

Po chwili już zapominają


Znicz zapalić, wieniec złożyć

Ponarzekać, że „mógł jeszcze pożyć”

I wrócić do codzienności

Obłudy, zwątpienia, czasem radości


Za chwilę nowa klepsydra

Jak jaka lernejska hydra

Dopadnie Bogu ducha winnego

Czyjegoś znajomego, bliskiego


Z nastaniem kolejnego listopada

Problem będzie nie lada

Bo grób, gdzie go pochowali

W mogił nekropolii zniknie gali


Ledwo znaczył horyzont mógłbyś przysiąc

Cóż, kiedy nowych postawili tysiąc

Radom, 10 listopada 2008 r.

Miasto

Spójrz na to ludzkie mrowie,

Czy ktoś choć „dzień dobry” ci powie?

Każdy we własnym świecie zamknięty,

Pod ciężarem życia ugięty.


Mijają się bezładnie, trącają łokciami,

Myśli spowite mają amerykańskimi snami.

Tylko czerwień na zebrach ich czasem zatrzyma,

I już nic więcej takiej mocy nie ma.


I dokąd tak gnają w tym owczym pędzie?

Jeszcze wciąż marzą, że im lepiej będzie?

A gdzie w tym wszystkim człowiek zatracony?

Jego już nie ma — przez miasto wchłoniony.

Radom, 25 listopada 2003 r.

Natchnienie

Pióro, kartka papieru,

Pisanie zamiast spaceru.

I wśród myśli splątanych tysiąca

Ta jedna, prosta i lśniąca.


Przykładam długopis do kartki,

Ruch dłoni płynny i wartki,

Czasem tylko skreślenie,

Tak, to jest właśnie natchnienie.


I już wokół co tylko bądź,

Choćby i harmider wszcząć.

Nieważne, ja w innym wymiarze,

Natchnienie tylko uwagą darzę.


Jak hipnotyczny trans.

Dotrzeć do mnie nie ma szans.

Całkiem natchnieniem zniewolony,

Aż nowy wiersz ukończony.

Radom, 27 września 2003 r.

Nocne rozważania

Nocy, nocy gwieździsta,

Atmosfero przezroczysta —

Co w swych czeluściach kryjecie?

Czy zło, czy dobro niesiecie?

Czy w tym pięknym gwiazdozbiorze

Jest gdzieś może szumiące morze?

Czy bawią się tam gdzieś dzieci,

A słonko pięknie im świeci?

Zdradź tajemnicę nocy kochana,

Jam jest cierpliwy … poczekam do rana.

Radom, 7 czerwca 2003 r.

Wiosna 2013

Szła Wiosna do Polski po nierównej drodze

Tu zaspa, tam opłotki — strudziła się srodze

A na tronie dalej siedzi Zima — dumna, bladolica

Mróz witraże dla niej maluje, soplami oko zachwyca

Myśli Wiosna „nic tu po mnie, wrócę w kwietniu może”

I, choć utęskniona ogromnie, umknęła w bezkresne przestworze

Radom, 22 marca 2013 r.

Wskrześ ciszę

Wskrześ ciszę,

Zbyt głośno tu.

Niech słyszę

Tylko spokój swego snu.


Odpocząć na polanie ciszy,

W hipnotycznym śnie.

I niech nikt mnie nie usłyszy,

Gdy tak błogo śnię.


Cisza mnie wypełnia, zadowolenie.

Pod powieką zimowy obraz gór.

Piękny to już jest obraz szalenie,

A jeszcze słońce wychodzi zza chmur.


Obudzić się, czy tak trwać?

Trudny wybór ten.

Przecież jeszcze chcę spać,

Cudowny, nierealny sen.

Radom, 7 marca 2004 r.

Byle do wiosny

Tu, gdzie przed chwilą były kolorowe liście,

teraz tylko jemioły robią pasożytniczy tłok.

Dzień za dniem coraz bardziej chłodzi,

ciąży w cięższym obuwiu każdy krok.


Smutniejsza na co dzień smutna ulica,

mżawkę wwiewa pod kaptury wiatr.

Próżno dziś szukać piękna w mieście,

lepiej przenieść się między szczyty Tatr.


Czekają dzieci z utęsknieniem zimy,

która białym puchem przykryje brud.

Rok temu zabrakło takiej pierzyny,

łyżwy znały tylko sztuczny lód.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 29.56