Od autora
Wena Twórcza dopadła mnie tak naprawdę dopiero na początku XXI wieku. Wcześniej zdarzało mi się coś zrymować, ale nie wpadłem na to, żeby to zapisywać. Najbardziej płodny okres rozpoczyna rok 2003. Wena opętała mnie do tego stopnia, że budziła mnie w nocy z gotowym utworem i wiedziałem, że nie da mi wrócić do łóżka dopóty, dopóki nie usiądę i nie zapiszę rymów na byle chusteczce czy innym skrawku papieru. Miała rację. Rano, bez zerknięcia na zapis, nie potrafiłem przytoczyć Jej słów. Tak — Jej — bo bez Weny byłbym niczym.
Usłyszałem kiedyś, że Juliusz Słowacki — klasyk, mistrz,
chapeau bas i w ogóle — potrafił zmieniać swoje dzieła nawet już po ich wydrukowaniu. Niedościgniony wzór. Mnie się to rzadko zdarza właśnie dlatego, że Wena daje mi „gotowce”. Najbardziej zapadł mi w pamięci Tren dla Mamy, który powstał 5 grudnia 2011 roku, dosłownie w kwadrans po tym, jak dotarła do mnie smutna wiadomość o Jej przegranej walce z ciężką chorobą. Zaraz potem powstał nierymowany efekt żałoby — Tryptyk tajemnic.
Jestem poetą (dumne słowo) głównie rymującym. W toku swojej twórczości nasłuchałem się sporo krytyki od podobnych do mnie składaczy rymów. Ktoś nawet trafnie uznał (w 2019 roku gdzieś na Dolnym Śląsku powstała muzyka do dwóch moich wierszy), że część utworów pasuje bardziej na teksty piosenek niż stanowi wiersze. Uznano, że za dużo w nich rytmu. Jak zwykle powtarza się też zarzut pójścia na łatwiznę i stosowania prostych, nieambitnych rymów. Trudno, tak już musi zostać. Taki mam styl.
Jednak mam tę satysfakcję, że na wieczorkach literackich, na których moje wiersze recytowała na przykład młodzież z kółka teatralnego, wiersze białe innych twórców były odczytywane z kartek. To spora różnica. Kiedy możesz się nauczyć na pamięć czegoś, co masz wyrecytować, możesz lepiej przygotować swoją interpretację utworu (zwłaszcza, że celowo część wierszy nie ma znaków przestankowych na końcu wersów). Jesteś jak aktor na deskach teatru. Jakże pięknie jest zobaczyć wtedy łzy w oczach co bardziej wrażliwych odbiorców! Mnie podobała się zawsze — inna niż moja, podprogowa — interpretacja moich dziełek. Trudno mi z kolei było zrozumieć brawa po wysłuchaniu utworów odczytanych z kartek. Oczywiście wypada klaskać. Tylko czy odbiorca miał szansę zrozumieć utwór? Chyba nie. Widać to zresztą było nieraz po liczbie pytań zadawanych autorom w kuluarach. Żeby było jasne — bardzo szanuję również wiersze białe (i ich autorów), ale osobiście, aby je zrozumieć muszę je przeczytać co najmniej kilka razy (albo porozmawiać z twórcami).
Moja Wena czasem podrzuca mi coś nierymowanego, ale to tylko Jej kaprysy. Ona w ogóle jest kapryśna. Na początku była bardzo płodna. Miałem sporo materiału, z którego raptem kilka sztuk trafiło do almanachu Grupy Twórczej „Brzoza” pt. „Życie nasze codzienne”, wydanego dzięki staraniom Fundacji Kultury Jana Kochanowskiego w Radomiu, w 2004 roku. Później nachodziła mnie tylko wtedy, kiedy akurat miała ochotę.
Wybór utworów w tym tomiku to wypadkowa ponownego pochylenia się nad treścią. Fraszki i erotyki stanowią rozdziały. Chronologia powstawania rymów nie ma znaczenia.
Były takie etapy w mojej twórczości, które obfitowały w rymy mocno nasycone bieżącą sytuacją społeczno-polityczną. Takie utwory od razu odsiałem. Niech leżą w szufladzie. Pisałem też sporo rymowanych dedykacji, życzeń, czy bardzo prywatnych wersów. Te zostaną dla tych, dla których były przeznaczone.
Wydanie własnego tomiku to dla mnie bardzo duże wydarzenie. Pozwoli Wenie wrócić do mnie, bo powstanie miejsce na nowe natchnienia.
Przyjemnej lektury!
Krzysztof Kapturski
Radom, styczeń 2026
Co w duszy gra
Bezwzględny względny czas
Wiadukt zawieszony nad autostradą
Widok z niego taki sobie
Ot, setki pojazdów się mijają
Razem z nimi ludzi mrowie
A ja stoję, patrzę na nie
I choć bieżą w dwie strony
To przecież widać stąd ładnie
Ten pęd życia jakże szalony
Tak chyba na nas patrzą
Potężne, tysiącletnie drzewa
W których koronach pod zamczyska basztą
Kolejne pokolenie ptaków śpiewa
Dla drzew tych żadna różnica
Czy dziś przeminie ktoś, czy ty
Że dziś deszcz, a jutro śnieżyca
Jak co ranek rosa z mgły
Ruiny starożytnych miast
Miliony nas przetrwały
I choć porośnie je dżungla czy chwast
Jam na to wszystko za mały
Zakopane, 16 kwietnia 2005 r.
Doli swojej
Nie bierz tego do siebie,
Ale rzec to muszę.
Kiedy patrzę na ciebie,
Coś rani mą duszę.
Masz coś w sobie takiego,
Co wręcz mnie przeraża.
Spojrzysz na kogo obcego,
A ten już się obraża.
Słów nawet nie używasz
(Po co wulgaryzmy?).
Tak dzień po dniu przeżywasz,
Zufall według Dyzmy.
Zmień czym prędzej siebie!
To nie tędy droga.
Ja zaklinam ciebie —
Dolo moja droga.
Radom, 12 listopada 2003 r.
Niewzruszona Topola
Cienka pośród pól nitka drogi
Pobocza uzbrojone w strzeliste topole
Facet w samochodzie nieprzyzwoicie drogim
Trzyma kurczowo pedał gazu w dole
Niebo pozbywa się wilgoci nadmiaru
Słońce nie widzi akcji poprzez chmury
Wydaje się, że deszcz nie ma dziś umiaru
Woda opuszcza przepełnione w asfalcie dziury
A tam, nieopodal, na zakrętu łuku
Stoi dumnie ona — Niewzruszona Topola
Przyzwyczajona do łamiącej się blachy huku
Bo taka to już drzewa przydrożnego dola
Strugi deszczu obmywają podrapaną korę
Spływają po daszku pamiątkowej kapliczki
Dziś kolejny facet na śmierć wybrał porę
Nowy krzyż stanie, ktoś zapali świeczki
Spogląda Topola spod liści zalotnie
Jak facet w łuk drogi wchodzi
Nawet nie zdążył jej dostrzec w oknie
Choć prosto w objęcia jej wchodził
Strugi deszczu obmyją kolejne zadrapania
Topola stać będzie dumnie, niewzruszona
A ten dzień już się skłania do zmierzchania
Gaśnie świeczka w kapliczce, wypalona
Radom, 20 stycznia 2007 r.
Bilet w jedną stronę
A ludzie dalej odchodzą,
Jedni w światło, inni w mrok.
A uczeni wciąż dochodzą
Jak Kostuchy odwrócić wzrok.
Ten kurczowo się trzyma
Tego padołu łez,
Tamten jeno się zżyma —
Już by dał temu kres.
Kto wie co kim kieruje,
Życiu nadaje sens,
Że jeden przyszłość buduje,
Drugiemu dość i chleba kęs.
Dziwne losu koleje,
Niepojęty cały świat.
Czy ktoś nad nami boleje,
Czy już nas wpisał do strat?
Radom, 20 września 2004 r.
Bezsenność
Patrzyłem dziś przez okno
na bezkresny czas;
Myślałem o tych miejscach,
w których nie ma nas.
Słuchałem głuchej ciszy,
mówiłem bez słów.
Za chwilę nowy dzionek
miał nastać znów.
Ty we śnie pogrążona
już drugi zmieniałaś bok,
Zawsze ciężkie powieki zamykasz,
gdy tylko zapada zmrok.
Ja zaś w sufit wpatrzony
przez myśli niesfornych tłum,
I wnet ukojenie —
deszczu za oknem szum.
Spadały krople wartko
jak całe stada łez,
Na okno, parapet, balkon
i ten pod blokiem bez.
Przyjemny, rytmiczny odgłos
wysyłał myśli w cień.
Nareszcie spać się zachciało —
cóż z tego? — już nastał dzień.
Radom, 16 maja 2004 r.
Codzienny dzień
Dnieje. Dzień wstał.
Promyk przez okno wpada.
Na wsi kur by zapiał,
A tutaj autostrada.
Woła już miejski gwar.
Jeszcze tylko buty.
Powietrze jak stary smar.
W nowy dzień wkraczasz wypluty.
Praca taka jak wczoraj.
W przerwie trzeba coś zjeść.
Z robotą się szybko uporaj —
Osiem godzin i cześć!
Zakupy, dom, kolacja,
Serial w telewizorze.
A, jeszcze rodzina — racja!
Długo tak jeszcze możesz?
Radom, 2 lutego 2004 r.
Dziad
Dotąd jakoś trwasz,
Nadzieję na lepsze masz,
Ale obawa przyszłości
Przenika do szpiku kości.
Brak zaufania, wiary,
I nagle jesteś już stary,
Spoglądasz przez ramię za siebie:
„Może lepiej będzie w niebie?”
Teraz rozpamiętujesz,
Jeszcze gorzej się czujesz:
„Tyle uczynić mogłem!”-
Znów gadasz na jedną modłę.
Tak, teraz za późno już,
Druga noga nad grobem wznieca kurz,
Po chwili do niego wpada…
Kto zapamięta dziada?
Radom, 10 grudnia 2003 r.
List pojednania
Dzwoniłem dziś do Ciebie,
Rzuciłaś słuchawką.
W planach miało być jak w niebie,
Dziś tylko odbija się czkawką.
Ten dzień, gdy Cię spotkałem,
Trudno to zapomnieć.
Nadzieję spędzić z Tobą życie miałem,
Dziś przyszło oprzytomnieć.
Kiedy się psuć zaczęło?
Jakoś nie pamiętam.
Co na drodze szczęścia stanęło,
Gdzie chemia, gdzie mięta?
Nie można przecież kilku lat
Rzucić w bezdenny niebyt.
Odwrócić do góry nogami świat —
Czy to logiczne? — Niezbyt.
Zacznijmy wszystko od początku,
Jeszcze raz ułóżmy puzzle rozrzucone.
Nie traćmy mozolnie snutego życia wątku,
Nie wszystko jeszcze stracone.
Złość, nerwy — to wszystko minie,
Każdy kryzys przetrwamy.
Po co ciągle mówić o winie? —
Ważne tylko, że siebie mamy.
Pióro odkładam, zaklejam kopertę,
A w niej te błagalne słowa.
Przyjmij proszę moją ofertę —
Twoja gorsza połowa.
Radom, 13 stycznia 2007 r.
Modlitwa
Pozwól mi Panie uwierzyć,
Że wszystko można przeżyć,
Że ból i cierpienie
Miną na skinienie,
Że wszystko, co złe,
Wnet odejdzie we mgłę.
I dodaj mi, Panie, wiary,
Bym, gdy będę już stary,
Życia swego nie żałował,
Wstydu do grobu nie chował.
Radom,
8 października 2003 r.
Tryptyk tajemnic
1. Tajemnica Życia
Człowiek żyje po to, aby zrozumieć dlaczego się narodził. To, jak żyje, zależy w pierwszym rzędzie od tego, jak bardzo opęta go dążenie do poznania Tajemnicy Życia.
2. Tajemnica Śmierci
Śmierć przychodzi, kiedy uzna, że minął twój czas na zrozumienie Tajemnicy Życia.
3. Tajemnica Nagłej Śmierci
Nagła Śmierć jest bliźniaczą siostrą Śmierci, tyle że bardzo niecierpliwą i niezważającą na grafik.
Radom, 5 grudnia 2005 r. — w dniu śmierci Mamy
Tren dla Mamy
Za oknem dziś niebo zapłakało
Jakby smutne wieści spotęgować chciało
Przeleciały przez mokre powietrze fale
„Halo, informujemy z żalem…”
Elektryczny dreszcz przeszywa ciało
Bo tego życia ciągle przecież mało
Tylko że kruche — na kostuchy uciechę
A nam obietnica Raju na pociechę
Byle chociaż odejść w snu spokojności
Bez bólu, cierpienia, i nie w samotności
A siebie pozostawić we wdzięcznej pamięci
By znicz zapalili kiedy Wszyscy Święci
Nie będziesz już Mamo z nami latoś kolędować
Prezentów pod choinkę nie będziemy chować
Niech dusza Twoja uwolniona z okowów ziemskiej powłoki
Choć od czasu do czasu spojrzy na nas przez obłoki
Lepiej tam będzie Tobie, gdzie Anieli śpiewają
Gdzie tylko uśmiech i miłość wszystkim rozdają
Odpoczywaj sobie za lata udręki
A za Twój żywot z nami stokrotne Ci dzięki!
Mamie, w dniu odejścia na wieczny odpoczynek,
5 grudnia 2011 r.
Budujemy przyszłość
Święto dzisiaj w mieście mają
Nowy biurowiec oddają
Szkło, stal, trochę cegły
Ostatnie drzewa w parku poległy
Wstęga już prawie przecięta
Impreza na ostatni guzik zapięta
Będzie szampan i życzenia
Nie będzie tylko wyrzutów sumienia
Czynimy sobie ziemię poddaną
Wszerz i wzdłuż eksplorowaną
I tylko tlenu coraz mniej
Z własnej głupoty się człeku śmiej
Chcesz w niebo spojrzeć? — Próżny trud
Wszak wszędzie smogu zasłona, brud
Majówka nad wodą? — Tylko ściek
Nie znajdziesz czystej choćbyś się wściekł
W telewizji dzisiaj mecz
Zmartwienia niech idą precz!
Fotel, popcorn, puszka… tlenu —
Jedna dziennie przysługuje każdemu
Radom, 12 lipca 2007 r.
Filozofia szczęścia pijaczego
Wiesz, ścieżkę do szczęścia
dywan z róż wyściela.
Orgią barw zaprasza,
zapachem odurza.
Więc idziesz czym prędzej,
jak do dawno niewidzianego przyjaciela.
Twarz rozpromieniasz, lecz zapominasz,
że nie z samych płatków róża.
Stajesz zatem nagle
z żałosnym grymasem.
Stopy do krwi pokłute
nie chcą nieść cię dalej.
Łza bólu po policzku spływa,
chciałbyś łutu szczęścia czasem.
Dziś jednak kolejne rozczarowanie,
do twarzy w lustrze mówisz: „nalej!”
Radom, 14 listopada 2008 r.
Jutro Zaduszki
Listopad przyszedł — czas zadumy
Idą z kwiatami i zniczami tłumy
Przeciskają się w wąskich alejkach cmentarzy
Wśród grobowców licznych jak letników na plaży
Przeszłość z teraźniejszością się wita
Ktoś dawno niewidzianego krewnego spotyka
Na wizyty u siebie się umawiają
Po chwili już zapominają
Znicz zapalić, wieniec złożyć
Ponarzekać, że „mógł jeszcze pożyć”
I wrócić do codzienności
Obłudy, zwątpienia, czasem radości
Za chwilę nowa klepsydra
Jak jaka lernejska hydra
Dopadnie Bogu ducha winnego
Czyjegoś znajomego, bliskiego
Z nastaniem kolejnego listopada
Problem będzie nie lada
Bo grób, gdzie go pochowali
W mogił nekropolii zniknie gali
Ledwo znaczył horyzont mógłbyś przysiąc
Cóż, kiedy nowych postawili tysiąc
Radom, 10 listopada 2008 r.
Miasto
Spójrz na to ludzkie mrowie,
Czy ktoś choć „dzień dobry” ci powie?
Każdy we własnym świecie zamknięty,
Pod ciężarem życia ugięty.
Mijają się bezładnie, trącają łokciami,
Myśli spowite mają amerykańskimi snami.
Tylko czerwień na zebrach ich czasem zatrzyma,
I już nic więcej takiej mocy nie ma.
I dokąd tak gnają w tym owczym pędzie?
Jeszcze wciąż marzą, że im lepiej będzie?
A gdzie w tym wszystkim człowiek zatracony?
Jego już nie ma — przez miasto wchłoniony.
Radom, 25 listopada 2003 r.
Natchnienie
Pióro, kartka papieru,
Pisanie zamiast spaceru.
I wśród myśli splątanych tysiąca
Ta jedna, prosta i lśniąca.
Przykładam długopis do kartki,
Ruch dłoni płynny i wartki,
Czasem tylko skreślenie,
Tak, to jest właśnie natchnienie.
I już wokół co tylko bądź,
Choćby i harmider wszcząć.
Nieważne, ja w innym wymiarze,
Natchnienie tylko uwagą darzę.
Jak hipnotyczny trans.
Dotrzeć do mnie nie ma szans.
Całkiem natchnieniem zniewolony,
Aż nowy wiersz ukończony.
Radom, 27 września 2003 r.
Nocne rozważania
Nocy, nocy gwieździsta,
Atmosfero przezroczysta —
Co w swych czeluściach kryjecie?
Czy zło, czy dobro niesiecie?
Czy w tym pięknym gwiazdozbiorze
Jest gdzieś może szumiące morze?
Czy bawią się tam gdzieś dzieci,
A słonko pięknie im świeci?
Zdradź tajemnicę nocy kochana,
Jam jest cierpliwy … poczekam do rana.
Radom, 7 czerwca 2003 r.
Wiosna 2013
Szła Wiosna do Polski po nierównej drodze
Tu zaspa, tam opłotki — strudziła się srodze
A na tronie dalej siedzi Zima — dumna, bladolica
Mróz witraże dla niej maluje, soplami oko zachwyca
Myśli Wiosna „nic tu po mnie, wrócę w kwietniu może”
I, choć utęskniona ogromnie, umknęła w bezkresne przestworze
Radom, 22 marca 2013 r.
Wskrześ ciszę
Wskrześ ciszę,
Zbyt głośno tu.
Niech słyszę
Tylko spokój swego snu.
Odpocząć na polanie ciszy,
W hipnotycznym śnie.
I niech nikt mnie nie usłyszy,
Gdy tak błogo śnię.
Cisza mnie wypełnia, zadowolenie.
Pod powieką zimowy obraz gór.
Piękny to już jest obraz szalenie,
A jeszcze słońce wychodzi zza chmur.
Obudzić się, czy tak trwać?
Trudny wybór ten.
Przecież jeszcze chcę spać,
Cudowny, nierealny sen.
Radom, 7 marca 2004 r.
Byle do wiosny
Tu, gdzie przed chwilą były kolorowe liście,
teraz tylko jemioły robią pasożytniczy tłok.
Dzień za dniem coraz bardziej chłodzi,
ciąży w cięższym obuwiu każdy krok.
Smutniejsza na co dzień smutna ulica,
mżawkę wwiewa pod kaptury wiatr.
Próżno dziś szukać piękna w mieście,
lepiej przenieść się między szczyty Tatr.
Czekają dzieci z utęsknieniem zimy,
która białym puchem przykryje brud.
Rok temu zabrakło takiej pierzyny,
łyżwy znały tylko sztuczny lód.