E-book
29.93
drukowana A5
47.79
drukowana A5
Kolorowa
73.76
Ostatnia Zmiana Tom I

Bezpłatny fragment - Ostatnia Zmiana Tom I


Objętość:
212 str.
ISBN:
978-83-8467-493-2
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 47.79
drukowana A5
Kolorowa
za 73.76

Rozdział I

Wiosna przyszła do Moskwy niemal z dnia na dzień.

Mamy to:

Jeszcze tydzień wcześniej na skraju ulic leżały szare zwały śniegu, a chodniki rano pokrywała cienka warstwa lodu. Teraz śnieg zniknął prawie zupełnie, a między kamieniami i krawężnikami pojawiła się pierwsza, nieśmiała zieleń. Drzewa przy alejach wciąż były nagie, lecz na ich gałęziach można już było dostrzec drobne pąki.

Przez szerokie okna auli wpadało jasne, wiosenne światło.

Sasza stał przy jednym z nich i patrzył na miasto. Nie wyszedł jeszcze z auli wraz z innymi, ze świeżo odebranym tytułem inżyniera. Był zamyślony.

I co dalej? — myśli natrętnie krążyły mu po głowie.

Trzecie miejsce w rankingu.

Tylko co z tego?

Ile będę zarabiał? Czy więcej od mojego papy?

Oprócz dokumentów trzymał w ręku skierowanie do urzędu. Tam mogli wysłać go wszędzie. Nawet na Kamczatkę.

— Brrr…

Na samą myśl o tym poczuł chłód na skórze. Na przedramionach pojawiła się gęsia skórka.

Kamczatka…

Z wysokości uczelnianego gmachu Moskwa wydawała się ogromna i spokojna. Samochody płynęły szerokimi ulicami, tramwaje przesuwały się między budynkami, a nad dachami unosiła się lekka, niebieskawa mgła. Miasto budziło się do życia po długiej zimie.

Dyplom miał już w ręku, a jednak wciąż trudno mu było uwierzyć, że studia naprawdę się skończyły. Jeszcze rano był jednym z wielu studentów tej uczelni. Teraz miał przed sobą zupełnie inne życie.

— Sasza! — zawołał ktoś od drzwi. — Idziesz, czy będziesz tam stał do wieczora?

Odwrócił się.

W drzwiach stali jego koledzy.

Michaił trzymał pod pachą marynarkę, choć sam miał już rozpiętą koszulę. Aleksiej właśnie poprawiał krawat, który najwyraźniej przeszkadzał mu od samego rana, a Jurij uśmiechał się od ucha do ucha.

— Już idę.

Sasza jeszcze raz spojrzał przez okno.

Wszystko było właśnie takie, jakie powinno być.

Młodość miała dopiero przed sobą najlepsze lata. Studia były skończone. Praca czekała. Przed nimi otwierał się świat.

I każdy z nich był przekonany, że ma nad nim przynajmniej trochę władzy.

Nie musieli się spieszyć. Poczekali cierpliwie na windę. Kiedy znaleźli się na schodach przed gmachem, niemal jednocześnie obejrzeli się za siebie i parsknęli śmiechem.

— Mamy to! — krzyknęli jednocześnie.

Powietrze było chłodne, ale słońce grzało już wyraźnie. Na ulicach panował zwyczajny, wiosenny ruch. Kobiety chodziły już bez ciężkich zimowych płaszczy, mężczyźni przewieszali marynarki przez ramię, a przed kawiarniami pojawiały się pierwsze stoliki.

— Piwo — oznajmił Michaił.

— Zdecydowanie — odpowiedział Jurij.

— Jedno — powiedział Sasza.

Roześmiali się.

— Jedno? — Michaił spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Człowiek właśnie skończył studia, a ty chcesz wypić jedno piwo?

— Jestem inżynierem.

— Właśnie dlatego powinieneś wypić dwa.

Poszli do niewielkiego baru niedaleko uczelni.

Było w nim tłoczno, ale udało im się znaleźć wolny stolik przy ścianie. Zajęli miejsca, zamówili piwo i przez chwilę nikt się nie odzywał. Po drugiej stronie sali ktoś podniesionym głosem opowiadał o swojej niedoli.

Każdy chyba myślał o tym samym.

O tym, co będzie dalej.

— Ja chciałbym dostać przydział do Petersburga — powiedział w końcu Jurij. — Miejsce w biurze projektowym. To jest to.

— A ja chcę zostać w Moskwie — powiedział Michaił. — Mam rozmowę w przyszłym tygodniu. Wuj mi to obiecał.

Aleksiej wzruszył ramionami.

— Jeszcze nic nie wiem.

Spojrzeli na Saszę.

— A ty?

Sasza uniósł kufel.

— Niedługo zobaczę swoje szczęście…

Przez chwilę było cicho.

— Może Omsk? — niepewnie rzucił Jurij.

— Rafineria.

— Daleko.

— Wiem.

— I jedziesz?

Sasza uśmiechnął się.

— Oczywiście. A mógłbym nie pojechać?

Nie brzmiało to jak pożegnanie z Moskwą. Jeszcze nie.

Brzmiało jak początek.

Miał dwadzieścia kilka lat, dyplom inżyniera w teczce i skierowanie do urzędu. Nie był to jeszcze przydział do pracy. Najpierw musiał stawić się w urzędzie, gdzie zdecydują, dokąd go wysłać i gdzie przyjdzie mu rozpocząć dorosłe życie.

Wszystko było jeszcze możliwe.

Za oknami baru przesuwały się samochody, a nad ulicą wisiało jasne, czyste niebo.

Sasza podniósł kufel i spojrzał przez złotawy płyn na salę.

— Za nas.

— Za nas — powtórzyli pozostali.

Wypili.

A potem zaczęli rozmawiać o przyszłości.

Każdy z nich miał swoją.

I żadnemu nie przyszło do głowy, że przyszłość, o której właśnie mówili, może wyglądać zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażają.

Wieczór zdążył już ogarnąć miasto, lecz powietrze nadal miało w sobie zapach wiosny. Sasza szedł przez osiedle, mijając rzędy wysokich bloków o prostych, modernistycznych bryłach. Ich jasne elewacje w szarzejącym świetle wyglądały niemal jednakowo, a w wielu oknach paliły się już światła.

Jego blok miał dziewięć pięter. Na ostatnim piętrze znajdowało się mieszkanie rodziców — niewielkie, trzypokojowe, jakich w całym osiedlu były setki.

Przed wejściem nie było już prawie śladu po trawnikach. Samochody rozjeździły ziemię, tworząc między blokami szerokie koleiny. W zagłębieniach stała brudna woda, a przy każdym kroku spod butów pryskało błoto.

Sasza przystanął na chwilę przed wejściem do klatki. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o jasnych, krótko ostrzyżonych włosach i niebieskich oczach. Miał lekko kanciastą twarz. Golił się już regularnie, choć jego zarost był jeszcze słaby i wieczorem ledwie widoczny na policzkach i brodzie.

Spojrzał w górę.

Dziewiąte piętro.

Tam czekała na niego matka z obiadem. Pewnie już zimny. Ciekawe, co jest? — pomyślał.

To był jego dom.

Uśmiechnął się pod nosem i wszedł do klatki schodowej. Poczekał cierpliwie na windę. Wcisnął guzik i ze zdziwieniem usłyszał pracę silnika.

Nareszcie działa.

Musieli ją niedawno naprawić.

Drzwi windy rozsunęły się z cichym zgrzytem. Sasza wszedł do środka i nacisnął przycisk dziewiątego piętra.

Przed drzwiami mieszkania Sasza wyjął z teczki dyplom i skierowanie do urzędu. „Przepustka na życie” — pomyślał. Chciał jak najszybciej zmienić temat, zanim matka zdąży powiedzieć: „Śmierdzisz piwem”.

Nacisnął przycisk dzwonka umieszczony na ścianie obok drzwi.

Ciche ding-dong przerwało ciszę.

Po chwili w drzwiach pojawił się jego brat Piotr. Od razu, jeszcze w przedpokoju, położył Saszy rękę na ramieniu i przyłożył palec do ust.

— Cicho — wyszeptał. — Ojciec śpi.

Poszli do kuchni.

Pod oknem siedziała ich matka, krępa kobieta o zmęczonej twarzy. Gdy tylko Sasza usiadł przy stole, poderwała się i sięgnęła po garnek stojący na kuchence. Nalała mu do talerza podgrzaną zupę.

— Jedz, zanim znowu wystygnie — powiedziała cicho.

— Ojciec znowu pijany — odezwał się Piotr, zanim Sasza zdążył donieść pierwszą łyżkę do ust.

Wskazał ruchem głowy na matkę.

— Zobacz. Znowu ma siniak na twarzy. Jak tak można?

— A można, można, jak widać — odpowiedziała matka, a w jej głosie zabrzmiała gorycz.

— Moja Olga już na samym początku powiedziała, że jeśli będę pił, to ślubu nie będzie i będzie koniec z nami. I co? Piwem śmierdzisz — dodała, patrząc na Saszę.

Pokręciła głową.

— To już koniec. Nie ma żony i nie będzie. Co z was wyrośnie…

— Mamo, to tylko raz, na zakończenie — wtrącił Sasza. — Zobacz, trzecie miejsce. Za tydzień idę do urzędu po skierowanie do pracy.

Matka spojrzała na niego.

— Oby dobrej. Bo będziesz klepał biedę jak twój ojciec pijak.

Pożegnanie

Czekanie na swoją przyszłość ciągnęło się niemiłosiernie. W domu zapanowały ciche dni. Ojciec wychodził, wracał, siadał przy stole albo znikał w swoim pokoju. Nikt o nic nie pytał i nikt nie próbował rozpoczynać rozmowy. Nawet matka, która zwykle potrafiła znaleźć jakieś słowo na każdą okazję, milczała. Wszyscy jakby czekali na coś, czego nie potrafili jeszcze nazwać.

Sasza tymczasem korzystał z ostatnich dni przed wyjazdem. Wylegiwał się na kanapie, czytał, kiedy miał na to ochotę, wychodził na długie spacery. Odpoczywał, choć sam nie wiedział, czy wynikało to z ulgi, czy raczej z niepokoju przed tym, co miało nadejść. Wiedział przecież, że za kilka dni jego życie się zmieni. Nie wiedział tylko, jak bardzo.

Jeden z tych dni był jednak inny. Matka poprosiła, żeby poszedł z nią na zakupy.

Autobus toczył się powoli po dziurawej jezdni, wpadając co chwilę w głębokie koleiny. Siedzenia skrzypiały przy każdym większym wstrząsie, a za szybami przesuwały się identyczne, szare bloki z wielkiej płyty. Pomiędzy nimi stały od czasu do czasu samotne kioski, a obok nich przewrócone kosze na śmieci, jakby nikt już nie miał siły ich podnosić. Sasza siedział obok matki i patrzył przez okno, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół tej monotonnej dzielnicy.

Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu.

— Pewnie wyjedziesz? — zagadnęła w końcu matka.

Sasza odwrócił głowę.

— Tak, mamo. Muszę sam zadbać o siebie.

Matka spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Nic nie musisz. Piotr, chociaż starszy, nadal jest z nami.

Sasza spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, ale słowa, które od dawna nosił w sobie, same cisnęły mu się na usta.

— Może dlatego tata pije… — powiedział cicho. — Bo ma dwóch dużych synów, nieudaczników, i musi na nich pracować.

Matka gwałtownie odwróciła się w jego stronę.

— Nawet tak nie myśl! — ofuknęła go.

Jej głos był stanowczy, ale po chwili złagodniał.

— Ty będziesz inny.

Pochyliła się ku niemu. Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, a potem uśmiechnęła się tak, jak uśmiechała się do niego, kiedy był jeszcze małym chłopcem.

— Kupimy ci teraz plecak. I nową koszulę.

Sasza uśmiechnął się nieznacznie.

— Po co mi nowa koszula?

— Jak to po co? — zdziwiła się matka. — Przecież inżynier musi wyglądać porządnie.

W jej głosie pojawiła się duma. Nieudawana i szczera. Była z niego dumna naprawdę. W jej oczach Sasza nie był chłopakiem, który miał wyjechać z domu, żeby sam sobie radzić. Był jej synem, który właśnie zaczynał dorosłe życie. Kimś, komu uda się to, czego nie udało się innym.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

— Zobaczysz. Jeszcze będziemy z ciebie dumni.

Sasza nic nie odpowiedział. Patrzył przez szybę na mijane bloki, kioski i place zabaw. Przy piaskownicach kręciły się matki z małymi dziećmi, które bawiły się w piasku, choć drewniane obramowania były już stare i połamane, a na jednej z huśtawek brakowało siedziska. Zwyczajny widok osiedla, który znał od lat, nagle wydał mu się jakiś inny. Patrzył na niego uważniej, jakby chciał zapamiętać wszystko, co dotąd było dla niego tak oczywiste.

Myślał o tym, co czekało go za kilka dni.

Po raz pierwszy przyszłość nie wydawała mu się czymś odległym. Była już blisko. Czuł ją niemal na wyciągnięcie ręki.

A jednak, kiedy matka mówiła o nowym plecaku i koszuli, poczuł coś, czego się nie spodziewał. Żal.

Nie o dom. Nie o ojca. Nawet nie o to życie, które zostawiał.

Żal o matkę, która wierzyła w niego bardziej niż on sam.

Czas szybko mijał.

— Mamo, co takie zmartwienie?

— Nie zdążę ojcu nalać zupy, bo autobus się spóźnia. Będzie zły.

— Może nie będzie…

Kiedy otworzyli drzwi, ojciec już czekał przy stole.

— Gdzie jest obiad? — zapytał, nawet na nich nie patrząc.

Matka odstawiła siatki.

— Nie zdążyłam.

Ojciec podniósł głowę.

— Nie zdążyłaś?

— Byłam z Saszą na zakupach.

— To trzeba było wrócić wcześniej.

Sasza od razu poczuł, że zaczyna się to, czego wolałby uniknąć.

Matka zdjęła płaszcz.

— Jutro wyjeżdża. Muszę mu przygotować jedzenie na drogę.

— Jutro? — Ojciec spojrzał na syna.

— Więc jutro wyjeżdża?

— Tak.

— Chyba do Omska — wtrącił Sasza nieśmiało.

— Tak.

— I kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?

— Przecież właśnie ci mówi — odezwała się matka i zaczęła wyjmować z siatki kolejne rzeczy.

Ojciec zaklął i walnął ręką w stół.

— Nie. Ty mnie nie informujesz. Ty mnie zawiadamiasz, kiedy wszystko jest już postanowione.

— A co miałam postanawiać? Dostał pracę. Ma tam jechać.

— Sam zdecydował?

— Sam? A nie wiesz przypadkiem, że od tego mamy urząd?

Ojciec spojrzał na Saszę.

— A ty?

Sasza wzruszył ramionami.

— Jutro rano idę po skierowanie. To dobra praca. Tak mówią. Najnowocześniejsza rafineria.

— Dobra praca… — Ojciec pokiwał głową. — Nawet nie wiedziałem, że mój syn jest już inżynierem.

Matka odłożyła chleb na stół.

— Wiedziałeś, że kończy studia.

— Wiedziałem. Ale nie wiedziałem, że już skończył.

— Nie zaczynaj! Nie mogłeś wiedzieć, bo albo cię nie ma, albo śpisz.

— Ja zaczynam? — Ojciec pochylił się nad stołem. — Syn wyjeżdża na drugi koniec kraju, a ja dowiaduję się o tym dopiero wtedy, kiedy pytam, gdzie jest obiad. Nadal nie ma obiadu!

— Dopiero wróciłam z zakupów.

— Z zakupów dla niego.

Matka spojrzała ostro na męża.

— Tak. Dla niego.

Zapadła cisza.

Sasza stał przy stole i zaczął wkładać konserwy do plecaka.

— Zostaw — powiedział ojciec. — Sam sobie poradzę z tym, że nie ma obiadu.

— Nie o obiad chodzi.

— Właśnie że chodzi o wszystko. O to, że tutaj już niczego nie mogę się dowiedzieć od własnej rodziny.

Matka westchnęła.

— Gdybyś z nim rozmawiał, wiedziałbyś.

Ojciec spojrzał na syna.

— A ty ze mną rozmawiasz?

Sasza podniósł wzrok, ale nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Ojciec odsunął krzesło.

— Widzisz? Nawet teraz.

Matka stanęła między nimi.

— Daj mu spokój. Jutro wyjeżdża.

— Właśnie dlatego pytam. Bo jutro już go nie będzie.

Sasza zamknął plecak i go odstawił.

— Tato, ja nie wyjeżdżam przeciwko tobie.

Ojciec popatrzył na niego długo.

— Wiem.

Po raz pierwszy jego głos stracił złość.

— Tylko szkoda, że dowiaduję się o tym wszystkim, kiedy masz już spakowany plecak.

Sasza odwrócił wzrok.

Matka położyła przed nim ugotowane jajka.

— Schowaj je na rano. I chleba nie zapomnij.

Ojciec nic już nie powiedział.

Sasza zaczął pakować prowiant.

— Tato…

— Co „tato”? — Ojciec podniósł głos. — Dowiaduję się o wszystkim ostatni. Syn wyjeżdża na drugi koniec kraju, a ja dowiaduję się o tym przy pustym stole.

— Przestań — powiedziała matka. — Nie przy nim.

— A kiedy mam powiedzieć? Kiedy już wyjedzie?

Sasza nie odezwał się więcej.

Matka znowu zaczęła wyjmować rzeczy z siatki. Po chwili otworzyła kredens i wyjęła przygotowany wcześniej prowiant: szklankę wsuniętą w metalowy koszyczek, paczkę cukru w kostkach, pięć puszek z pasztetem drobiowym i trzy konserwy rybne w sosie pomidorowym.

— To powinno ci wystarczyć na początek — powiedziała.

Sasza popatrzył na stół.

— Mamo, przecież w pociągu można kupić jedzenie.

— Można. Ale swoje masz.

Nie odpowiedział.

Wziął pustą butelkę, nalał do niej wody i zakręcił nakrętkę.

— Wezmę jeszcze to. Na wszelki wypadek.

Matka skinęła głową.

Ojciec siedział przy stole i milczał.

Sasza wyjął telefon.

— Muszę jeszcze sprawdzić, jak rano dojadę na Jarosławski.

Odblokował ekran i otworzył aplikację. Wpisał adres urzędu, a potem Jarosławski Dworzec. Po chwili na ekranie pojawiła się cała trasa. Metro, przesiadka, czas przejazdu. Sasza przesunął palcem po mapie i jeszcze raz sprawdził godzinę odjazdu pociągu.

— O której wychodzisz? — zapytała matka.

— Wcześnie. Najpierw jadę do urzędu po skierowanie, potem metrem na dworzec.

— Zdążysz?

— Powinienem. Aplikacja pokazuje, że mam ponad godzinę zapasu.

Ojciec spojrzał na telefon w jego ręku.

— Kiedyś człowiek musiał pytać o drogę.

Sasza uśmiechnął się lekko.

— Teraz telefon wie.

— Telefon wie wszystko — mruknął ojciec.

Sasza schował telefon do kieszeni.

Matka zaczęła układać konserwy obok chleba.

— I rano zjesz śniadanie. Nie pojedziesz na pusty żołądek.

— Dobrze.

Ojciec nadal milczał.

Na stole między nimi leżał chleb, konserwy i przygotowany przez matkę prowiant. Jutro wszystko miało już wyglądać inaczej.

Budzik zadzwonił tak nagle, że Sasza aż podskoczył. Dźwięk zabrzmiał mu w głowie z niezwykłą siłą. Przez chwilę leżał nieruchomo, próbując dojść do siebie.

Chyba jestem przewrażliwiony. To pewnie stres — pomyślał, zrywając się z rozkładanej kanapy.

Na drugiej, ustawionej pod przeciwległą ścianą, Piotr właśnie się przeciągał.

— Odprowadzę cię. Zgoda?

— Dobra. Będę miał obstawę — zaśmiał się Sasza.

Piotr uśmiechnął się i zaczął się ubierać. Wkrótce obaj ruszyli do kuchni. Matka już tam była. W szlafroku krzątała się przy stole, przygotowując śniadanie i ostatnie rzeczy na drogę.

Poranek minął szybko. Obaj byli już gotowi, gdy w kuchni pojawił się ojciec.

Spojrzał na Saszę, potem na przygotowany plecak.

— Usiądźmy — powiedział.

Tak nakazywał zwyczaj przed podróżą. Choć wczorajsza kłótnia wciąż wisiała między nimi, nikt już do niej nie wracał.

Usiedli razem przy stole.

Przez chwilę panowała cisza. Matka poprawiła Saszy kołnierz kurtki, jakby wciąż był małym chłopcem. Ojciec siedział naprzeciwko i patrzył na syna z powagą. Chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie znalazł odpowiednich słów.

W końcu Sasza wstał.

— Pora na nas.

Ojciec również się podniósł. Uścisnął syna mocno, choć krótko. Sasza poczuł, że dłonie ojca przez moment zacisnęły się mocniej na jego ramionach.

Potem podszedł do matki. Przytuliła go i nie chciała puścić.

— Pisz listy — wyszeptała drżącym głosem.

— Będę.

Odsunęła się i jeszcze raz spojrzała mu w twarz, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół.

Sasza zarzucił plecak na ramię. Piotr czekał już przy drzwiach.

— No chodź — powiedział cicho.

Sasza spojrzał jeszcze raz na rodziców. Ojciec stał nieruchomo przy stole, a matka ocierała oczy.

Potem otworzył drzwi.

Jeszcze przez chwilę słyszał za sobą ich kroki. Później drzwi się zamknęły.

Do urzędu dotarli szybko. Nie byli pierwsi, choć siódma dopiero wybijała na ściennym zegarze. Światła leniwie zapalały się w kolejnych pomieszczeniach, gdy urzędnicy wchodzili do swoich biur i zajmowali miejsca przy okienkach.

Nad jednym z nich wisiała tablica z literami F–M. Sasza stanął w kolejce. Nie czekał długo. Wsunął teczkę z dokumentami przez wąską szczelinę.

— Pan Moroz?

Sasza podszedł bliżej.

Kobieta po drugiej stronie okienka popijała kawę i przeglądała jego dokumenty. Przesuwała wzrokiem po kolejnych stronach, od czasu do czasu zatrzymując się przy którejś z rubryk.

— Tak, to ja.

— Sasza Moroz?

— Tak.

— Inżynier?

— Tak.

— Tegoroczny absolwent?

— Tak.

Pytania padały jedno po drugim, choć odpowiedzi miała przecież zapisane w dokumentach. Najwyraźniej zadawała je z przyzwyczajenia.

Przewróciła kolejną kartkę.

— Mamy dla pana miejsce w stoczni w Petersburgu.

Sasza milczał.

— Tam czekają na młodych inżynierów — dodała, popijając kawę.

Petersburg.

Sasza udał, że nie dosłyszał.

Kobieta podniosła wzrok znad papierów.

— Petersburg — powtórzyła.

— A… czy muszę tam jechać? — zapytał ostrożnie. — Czy może być gdzie indziej?

Urzędniczka spojrzała na niego znad okularów.

— A gdzie by nasz uczony chciał pracować?

Sasza zawahał się.

— No? — ponagliła. — Gdzie?

— Może być Omsk?

Kobieta na chwilę odłożyła dokumenty.

— Omsk?

— Tak.

Westchnęła, ale po chwili na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

— Ja z dobrego serca proponuję Petersburg. Blisko, duże miasto, porządna stocznia. A pan chce Omsk?

— Jeśli można…

— Można. Dlaczego nie? — Wzruszyła ramionami. — Tam też potrzebują ludzi.

Sięgnęła po kolejny formularz.

— Nawet bardzo potrzebują. Rafineria ma przyjąć prawie tysiąc nowych pracowników.

Sasza poczuł, że pierwszy raz od rana może swobodniej odetchnąć.

— To może być Omsk.

— Dobrze. Skoro Omsk, to Omsk.

Urzędniczka wypełniła dokument, przybiła pieczęć i podpisała skierowanie. Potem wyjęła bilet kolejowy i przesunęła wszystko w stronę Saszy.

— Pociąg numer 010Н. Miejsce dwudzieste piąte, wagon z miejscami do spania. Przejazd opłacony w ramach skierowania.

Sasza wziął dokumenty. Wiedział, że przy skierowaniach do odległych miejsc pracy można było otrzymać zwrot albo pokrycie kosztów przejazdu. Właśnie dlatego Omsk wydał mu się dobrym wyborem. Nie chciał, żeby rodzice dokładali jeszcze do jego wyjazdu.

Spojrzał na bilet.

Oby tylko na dole, przy oknie — pomyślał, zaciskając skrzyżowane palce, jak niegdyś podczas dziecięcych zabaw.

— Proszę bardzo. Następny!

Sasza odsunął się od okienka.

— Piotr, jednak Omsk.

Wyciągnął rękę do brata. Przybili piątkę.

— To jedziemy — powiedział Piotr.

Na ulicę wyszli kilka minut po siódmej. Powietrze było chłodne, a nad dachami domów wisiało blade, wiosenne światło. Piotr szedł obok Saszy, niosąc jego mniejszą torbę. Plecak z najważniejszymi rzeczami Sasza trzymał sam.

Do wejścia do metra nie mieli daleko. Ulice dopiero budziły się do życia. Pojedyncze samochody przesuwały się po mokrym asfalcie, a ludzie spieszyli do pracy. Nad wejściem do stacji widniał znak metra.

— To tutaj — powiedział Piotr.

Zeszli schodami w dół. Już po kilku stopniach usłyszeli charakterystyczny pomruk nadjeżdżającego pociągu. Pod ziemią panował zupełnie inny świat. Jasne korytarze, szeregi lamp, schody ruchome i ludzie przemieszczający się we wszystkich kierunkach. Nikt nie zatrzymywał się bez potrzeby.

Przy wejściu znajdował się punkt kontroli bezpieczeństwa. Sasza przeszedł przez niego razem z plecakiem, a Piotr z torbą. Pracownik metra spojrzał na nich i skinął głową.

Kilka kroków dalej znajdowały się bramki. Sasza wyjął telefon i przyłożył go do czytnika. Rozległo się krótkie piknięcie, zapaliło się zielone światło i barierka otworzyła się przed nim.

— Działa — powiedział.

Piotr przyłożył swój bilet.

— Mówiłem, że zdążymy.

Zeszli na peron. Nadjeżdżający pociąg zahamował przy oznaczonym miejscu. Drzwi otworzyły się, najpierw wysiedli pasażerowie, a potem następni bez większego zamieszania weszli do wagonów.

Sasza spojrzał na telefon. Trasa była wyświetlona na ekranie, a przy nazwie kolejnej stacji pojawił się czas przyjazdu.

— Trzy stacje i przesiadka.

Schował telefon i wszedł do wagonu.

W środku było tłoczno, ale panował porządek. Sasza stanął przy drzwiach i chwycił uchwyt. Piotr znalazł miejsce obok.

Pociąg ruszył.

Za szybami kolejne stacje przesuwały się jedna po drugiej. Sasza od czasu do czasu zerkał na telefon. Aplikacja pokazywała trasę i przewidywany czas przejazdu.

— Jeszcze dwadzieścia minut — powiedział.

— Zdążymy.

Na kolejnej stacji wysiedli i ruszyli korytarzem do następnej linii. Sasza nie musiał pytać o drogę. Telefon prowadził ich od stacji do stacji.

Po kilku minutach ponownie znaleźli się na peronie.

— Jarosławski? — zapytał Piotr.

— Jeszcze jedna stacja.

Pociąg nadjechał. Drzwi otworzyły się i weszli do środka.

Sasza spojrzał na zegarek. Wszystko przebiegało niemal dokładnie tak, jak pokazywała aplikacja.

Kiedy wyszli na powierzchnię, Moskwa była już zupełnie inna niż przed godziną. Ulice wypełniały się ludźmi i samochodami.

Przed nimi znajdował się Jarosławski Dworzec.

Sasza zatrzymał się na chwilę.

— No to jesteśmy.

Piotr spojrzał na dworzec, potem na brata.

— Jeszcze tylko pociąg.

Sasza poprawił plecak.

— Właśnie.

Przed nimi wyrósł Jarosławski Dworzec.

Sasza widział go wcześniej na zdjęciach, ale dopiero teraz, stojąc przed jego fasadą z plecakiem na ramieniu, poczuł, jak wielka jest Moskwa i jak daleko naprawdę miał wyjechać. Ciemniejsza, ozdobiona wieżyczkami i łukami bryła dworca przypominała bardziej pałac niż miejsce, z którego odjeżdżają pociągi.

Przed wejściem panował ruch. Ludzie ciągnęli walizki, ktoś żegnał się z rodziną, inni spieszyli w stronę drzwi, spoglądając na zegarki i telefony. Samochody podjeżdżały pod dworzec i zaraz odjeżdżały, nie zatrzymując się na długo.

Piotr zatrzymał się obok Saszy.

— Duży.

Sasza uśmiechnął się.

— Stąd jeżdżą na Syberię.

Przez chwilę stali bez słowa.

Sasza wyjął telefon i sprawdził numer swojego pociągu.

010Н. Moskwa–Omsk.

Jeszcze było trochę czasu.

Przed wejściem do dworca ustawili się w krótkiej kolejce. Przed nimi przesuwały się osoby z walizkami i torbami. Przy wejściu czuwali pracownicy ochrony.

Piotr postawił torbę na taśmie urządzenia prześwietlającego. Sasza zrobił to samo z plecakiem. Przeszli przez bramkę wykrywacza metalu i zabrali swoje rzeczy z drugiej strony.

Pracownik ochrony spojrzał na nich i skinął głową.

Dopiero wtedy weszli do hali dworca.

Było tu znacznie tłoczniej niż przed wejściem. Nad głowami wisiały elektroniczne tablice odjazdów, na których co chwilę pojawiały się nowe informacje. Z głośników płynęły zapowiedzi kolejnych pociągów.

Sasza wyjął telefon.

— Jest. 010Н. Omsk.

— To chodźmy.

Ruszyli za znakami prowadzącymi na perony. Po drodze mijali podróżnych z walizkami, rodziny żegnające swoich bliskich i ludzi siedzących na ławkach z kubkami kawy. Sasza co chwilę zerkał na telefon.

Wreszcie dotarli do przejścia prowadzącego w stronę peronów. Dalej mogli przejść już tylko podróżni.

Sasza podał swój bilet pracownikowi kontroli.

Mężczyzna spojrzał na dokument, potem na Saszę.

— Wagon?

— Dwudziesty piąty.

Pracownik wskazał przejście.

— Tam.

Sasza ruszył, ale po kilku krokach obejrzał się na Piotra.

Ten zatrzymał się przy kontroli.

— Dalej już nie mogę — powiedział.

— Wiem.

Przez chwilę stali naprzeciwko siebie.

Piotr wyciągnął rękę.

— No to powodzenia, inżynierze.

Sasza uścisnął jego dłoń.

— Dzięki za obstawę.

— Jakby co, dzwoń.

— Będę.

Piotr poklepał go po ramieniu.

— I nie zgub biletu.

Sasza roześmiał się.

— Nie zgubię.

Odwrócił się i ruszył w stronę peronu.

Po kilku krokach obejrzał się jeszcze raz. Piotr stał przy przejściu i patrzył za nim. Podniósł rękę.

Sasza odpowiedział tym samym.

Potem odwrócił się i poszedł dalej.

Na peronie stał już pociąg. Ciemne wagony ciągnęły się daleko w obie strony, a przy każdym z nich krzątali się kolejarze i podróżni. Nad wejściem do jednego z wagonów widniał numer:

25.

Sasza zatrzymał się na moment.

Spojrzał na bilet, potem na wagon.

— No dobrze — powiedział cicho.

Wziął głęboki oddech, poprawił plecak i wszedł po schodkach do środka.

Przed nim zaczynała się droga do Omska, do jednego z największych zakładów przemysłowych w kraju. Czekała na niego praca, własne mieszkanie, pieniądze, podróże, a może kiedyś rodzina.


Inny świat — początek.


Aleksander odnalazł swoje miejsce i usiadł przy oknie. Plecak wsunął pod dolną półkę, a torbę postawił obok siebie. Przez chwilę siedział nieruchomo, rozglądając się po wagonie.

Płackart był już prawie pełny. Podróżni zajmowali swoje miejsca, układali bagaże na półkach i pod siedzeniami. Przez otwarte okna wpadało chłodne powietrze późnego popołudnia. Ludzie podawali sobie nawzajem duże bagaże przez okna, zamiast przeciskać się z nimi przez drzwi wagonu. Ktoś wychylał się jeszcze, w nadziei, że zobaczy swoich bliskich…

Z wagonu dochodził gwar rozmów, nawoływania i stukot przesuwanych bagaży.

Nagle rozległ się niski sygnał. Drzwi wagonów zatrzasnęły się, a pociąg szarpnął lekko i ruszył.

Koła zazgrzytały na szynach. Przez otwarte jeszcze okna hałas był znacznie większy. Metaliczny stukot kół mieszał się z pomrukiem lokomotywy i głosami ludzi. Wagon drżał coraz mocniej, gdy skład nabierał prędkości.

Aleksander odwrócił głowę w stronę okna.

Najpierw przesuwał się przed nim Jarosławski Dworzec. Potem budynki, magazyny i kolejowe zaplecze. Wszędzie widać było tory. Jeden obok drugiego, rozchodzące się i krzyżujące, prowadzące w różne strony. Między nimi stały semafory, słupy trakcyjne i urządzenia kolejowe. Wagony towarowe czekały na bocznych torach, a pracownicy kolei znikali między nimi.

Pociąg przyspieszał.

Tory migały za szybą, a metalowe szyny odbijały ciepłe światło zachodzącego słońca. Słupy przesuwały się coraz szybciej, aż z pojedynczych obrazów zamieniły się w rytmiczne błyski.

Miasto również zaczęło uciekać.

Za kolejowymi zabudowaniami pojawiły się hale, zakłady przemysłowe, wysokie kominy i plątanina rur. Z kominów unosiły się smugi dymu, które w niskim świetle zachodzącego słońca miały niemal rudawy odcień. Potężna infrastruktura Moskwy przesuwała się za oknem jak wielka, nigdy niezasypiająca maszyna. Raz po raz między budynkami pojawiały się kolejne składy, bocznice i rzędy kontenerów.

Aleksander patrzył na to wszystko w milczeniu.

Jeszcze kilka minut wcześniej był częścią tego miasta. Teraz oglądał je od strony torów, jakby po raz pierwszy.

Pociąg nabierał prędkości. Tory zaczęły znikać jeden po drugim. Najpierw zniknęły bocznice, potem odgałęzienia prowadzące do zakładów i magazynów. Z czasem zostały już tylko dwa równoległe tory.

Zabudowa stawała się coraz rzadsza. Wielkie hale ustępowały mniejszym zakładom, potem magazynom i niskim budynkom stojącym przy torach. Kominów było coraz mniej.

Wreszcie pojawiły się przedmieścia.

Domy stały dalej od siebie, między nimi ciągnęły się ogrody, nieużytki i puste działki. Nad dachami unosiły się cienkie smużki dymu. Z pojedynczych kominów wydobywał się dym, który niemal nieruchomo zawisał nad domami w spokojnym wieczornym powietrzu.

Miasto szybko zostawało za nimi.

Aleksander spojrzał przez szybę. W oddali został już tylko pas zabudowy Moskwy, nad którym unosiły się ostatnie słupy dymu. Przed pociągiem ciągnęły się pola i ciemniejący krajobraz.

Oparł czoło o szybę.

Moskwa zostawała za nim.

Przed nim była Syberia.

Aleksander przez jakiś czas patrzył przez okno, aż w końcu jego uwagę zaczęli przyciągać ludzie podróżujący razem z nim. Dopiero teraz miał czas przyjrzeć się im dokładniej.

Niektórzy wyglądali inaczej niż mieszkańcy Moskwy. Byli krępej budowy i niskiego wzrostu, mieli mocniejsze ramiona i ogorzałe twarze, na których trudniej było dostrzec ślady miejskiego życia. Wśród rozmów, które wcześniej zlewały się w jeden wagonowy gwar, zaczęły wyodrębniać się obce mu brzmienia. Twarde głoski, przeciągane samogłoski, słowa, których nie rozumiał.

Aleksander zerknął na siedzącego naprzeciwko starszego mężczyznę.

Mężczyzna zauważył jego spojrzenie.

— Pierwszy raz jedziesz na wschód?

Aleksander spojrzał na niego.

— Tak. Do Omska.

— Do pracy?

— Tak. Dostałem skierowanie do rafinerii.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.

— Rafineria… To będziesz miał zajęcie.

— Mam nadzieję.

Mężczyzna wyciągnął rękę.

— Iwan.

— Aleksander.

— Sasza? — upewnił się Iwan.

— Tak.

Iwan skinął głową, jakby właśnie tego się spodziewał.

— Ja jadę trochę dalej. Mam kilka spraw w terenie.

— Też związanych z pracą?

— Z pracą, a jakże. — Iwan uśmiechnął się. — Jestem antropologiem.

Aleksander spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Antropologiem?

— Naukowcem. Zajmuję się ludźmi, ich kulturą, historią. Ostatnio głównie tym, co zostało po dawnych mieszkańcach wschodnich ziem.

— Czyli wykopaliska?

— Czasem. Artefakty, stare przedmioty, narzędzia, ozdoby. To, co przetrwało po tych, którzy żyli tam przed nami.

Iwan mówił spokojnie, jak człowiek przyzwyczajony do opowiadania o swojej pracy, ale nie próbował robić z niej wykładu.

— Musi pan dużo podróżować.

— Muszę. Inaczej nie da się tego robić. Wschód jest ogromny. Czasem jeden przedmiot mówi więcej niż całe książki.

Aleksander uśmiechnął się lekko.

— A czego pan szuka?

Iwan przez chwilę patrzył przez okno.

— Śladów dawnych kultur. Szczególnie ludów, które żyły tam, gdzie dziś są miasta, drogi i zakłady. Niektóre z tych społeczności przetrwały do dziś.

— Tubylców?

— Tak. Rdzennej ludności.

Iwan chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz spojrzał na twarz Aleksandra i urwał.

Młody inżynier nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego. Słuchał grzecznie, ale jego wzrok znów powędrował ku oknu.

Iwan uśmiechnął się.

— Zostawmy to. Ty masz przed sobą ważniejszą podróż.

— Może jeszcze będę miał okazję zapytać.

— Na pewno.

Przez chwilę jechali w milczeniu.

Wagon kołysał się jednostajnie. Gdzieś dalej ktoś otworzył drzwi do korytarza, a po wagonie przeszedł zapach herbaty.

Kobieta siedząca obok Aleksandra od pewnego czasu wierciła się na swoim miejscu. Była w średnim wieku i co chwilę zaglądała do jednej z toreb. W końcu wyjęła zawinięte w papier kanapki.

— Zawsze jestem głodna w podróży — powiedziała, jakby usprawiedliwiała się przed nimi.

Iwan roześmiał się.

— To najważniejsza rzecz w długiej podróży.

Kobieta spojrzała na Aleksandra.

— Herbaty chcecie?

— Dziękuję, mam swoją szklankę — odpowiedział.

— To nic. I tak idę po gorącą wodę.

Wstała, poprawiła ubranie i sięgnęła po swoją szklankę w metalowym koszyczku.

— Przyniosę wam.

— Nie trzeba — powiedział Aleksander.

— Trzeba. Pociąg dopiero ruszył, a wy już siedzicie jak na pogrzebie.

Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę końca wagonu.

Aleksander spojrzał na Iwana.

— Wszyscy tutaj są tacy rozmowni?

— Nie — odpowiedział Iwan. — Tylko w długiej podróży człowiek szybko zaczyna rozmawiać z obcymi. Jeszcze zobaczysz. Przez kilka tysięcy kilometrów zdążysz poznać pół wagonu.

Aleksander po raz pierwszy od wyjazdu roześmiał się swobodniej.

Za oknem Moskwa zniknęła już całkowicie. Wagon jechał na wschód, a jego pasażerowie powoli zaczynali poznawać się nawzajem…

— Proszę poczekać. Idę z panią, tylko wyciągnę swoją szklankę.

Sasza pośpiesznie sięgnął do torby. Wyjął szklankę, paczkę cukru i postawił wszystko na stoliku przed sobą.

— No, teraz możemy iść.

Kobieta uśmiechnęła się.

— Jestem Anna — przedstawiła się po drodze. — A ty chyba pierwszy raz w pociągu?

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła korytarzem.

— Pokażę ci, jak się tutaj robi herbatę.

Na końcu wagonu znajdował się niewielki aneks z urządzeniem do przygotowywania gorącej wody. Stał tam elektryczny podgrzewacz z metalowym zbiornikiem, z którego można było nalać wrzątku. Nad nim paliła się kontrolna lampka, a z wnętrza dochodził cichy szum wrzątku.

Anna sięgnęła do kieszeni i wyjęła małą torebkę herbaty oraz swoją szklankę.

— Masz swoją?

Sasza skinął głową.

— To dobrze. Każdy ma swoją.

— Najpierw woda.

Nacisnęła przycisk. Z kranu popłynął cienki strumień wrzątku.

— Ostrożnie — powiedziała. — Nie śpiesz się. Tutaj nikt herbaty nie robi na wyścigi.

Sasza podstawił swoją szklankę. Wrzątek uderzył o dno i przez chwilę zaszumiało w całym szkle.

Wrócili na miejsce. Anna usiadła, a Sasza zanurzył torebkę herbaty we wrzątku.

Kobieta pokręciła głową.

— Nie tak.

Sasza spojrzał na nią zdziwiony.

— Co?

— Poczekaj.

Wzięła jego szklankę i delikatnie poruszyła torebką w wodzie.

— Nie trzeba jej męczyć. Niech sama odda smak.

Sasza uśmiechnął się.

— To aż takie ważne?

— Oczywiście.

Anna spojrzała na paczkę cukru.

— Przepraszam, mogę pożyczyć od ciebie cukier? Zapomniałam.

Lekko się uśmiechnęła i zamrugała długimi, sztucznymi rzęsami.

— Tak, proszę.

Sasza podał jej dwie kostki. Anna wrzuciła je do swojej szklanki, a Sasza dodał jeszcze jedną do swojej.

— I teraz czekamy.

— Na co?

Anna spojrzała na niego z powagą, po czym uśmiechnęła się.

— Na herbatę.

Iwan, który obserwował ich z sąsiedniego miejsca, parsknął śmiechem.

— Mówiłem ci, Sasza. W długiej podróży człowiek szybko poznaje zwyczaje innych.

Anna spojrzała na niego.

— To nie zwyczaj. To ceremonia.

Sasza uniósł brwi.

— Ceremonia?

— Właśnie. — Anna ujęła swoją szklankę obiema dłońmi. — W domu można zrobić herbatę w minutę. W pociągu trzeba ją wypić tak, żeby pamiętać, że się jedzie.

Sasza upił łyk.

— Rzeczywiście dobra.

— Widzisz?

Anna uśmiechnęła się z satysfakcją.

— Wrzątek z wagonowego podgrzewacza, szklanka, cukier i trochę czasu. I już masz coś, czego nie dostaniesz w żadnej kawiarni.

Sasza spojrzał na swoją szklankę, a potem na korytarz, skąd dochodził cichy szum urządzenia podgrzewającego wodę.

Pociąg kołysał się miarowo. Za oknem przesuwała się ciemniejąca równina.

— To rzeczywiście wygląda jak rytuał — powiedział.

Anna pokiwała głową.

— Bo jest. W tym pociągu będziesz miał jeszcze wiele takich rytuałów.

Po północy wagon wyraźnie ucichł. Rozmowy dawno przygasły, tylko od czasu do czasu ktoś poruszył się na swoim miejscu albo przeszedł korytarzem do toalety. Za oknami panowała zupełna ciemność. Jedynie odległe światła mijanych stacji pojawiały się na chwilę i zaraz znikały.

Aleksander rozejrzał się po wagonie. Coraz więcej podróżnych przygotowywało się do snu. Jedni rozkładali siedzenia, inni wyciągali z bagaży koce i poduszki. Na górnych półkach pojawiali się kolejni pasażerowie, którzy jeszcze przed godziną siedzieli i rozmawiali.

Aleksander wyjął z torby swoje rzeczy i przez chwilę zastanawiał się, co właściwie powinien zrobić. Próbował rozłożyć miejsce, ale mechanizm siedzenia nie chciał zadziałać tak, jak sobie wyobrażał.

Anna obserwowała go przez chwilę.

— Poczekaj, pomogę ci.

— Poradzę sobie.

— Wiem. Tylko niepotrzebnie się z tym męczysz.

Podeszła i jednym ruchem pokazała mu, gdzie nacisnąć.

— O, widzisz? Najpierw tutaj, potem opuszczasz.

Siedzisko zsunęło się na swoje miejsce.

— Proste — powiedział Aleksander.

— Teraz już tak.

— A poduszkę masz?

— Mam.

— To dobrze. Rozłóż sobie wszystko, zanim zrobi się naprawdę niewygodnie.

Aleksander zaczął przygotowywać miejsce.

— Nie musisz się wstydzić — powiedziała Anna. — Każdy kiedyś pierwszy raz jedzie takim pociągiem.

— Nie wstydzę się.

— Oczywiście, że nie. — Uśmiechnęła się. — Ja mam dwóch synów. Jeden jest prawie w twoim wieku. Jak gdzieś jedzie, też najpierw wszystko robi po swojemu, a dopiero potem pyta, jak powinien.

Aleksander uśmiechnął się lekko.

— To chyba normalne.

— Bardzo normalne. Dlatego nie patrzę na ciebie jak na dorosłego człowieka, tylko jak na chłopaka, który pierwszy raz jedzie tak daleko od domu.

— Nie jestem już chłopakiem.

— Wiem. — Anna poprawiła koc. — Ale dla matki syn ma chyba zawsze trochę mniej lat, niż naprawdę.

Aleksander przez chwilę milczał.

— Pani synowie są w domu?

— Tak. Obaj. Jeden pracuje, drugi jeszcze się uczy. Zostawiłam ich z ojcem. — Uśmiechnęła się. — Pewnie teraz siedzą w kuchni i zastanawiają się, co będzie na kolację.

— Na pewno sobie poradzą.

— Poradzą. Tylko matka zawsze myśli, że bez niej sobie nie poradzą.

Aleksander poprawił poduszkę.

— A twoi? — zapytała Anna. — Rodzice?

Zawahał się.

— Są.

— W Moskwie?

— Tak.

Anna spojrzała na niego uważnie.

— Pewnie ciężko zostawiać dom.

Aleksander wzruszył ramionami.

— Jakoś będzie.

Anna od razu zauważyła, że młodzieniec nie chce o tym mówić.

— Dobrze, dobrze. — Podniosła ręce w geście poddania. — Nie będę już pytać.

Aleksander spojrzał na nią i uśmiechnął się nieznacznie.

— Dziękuję.

— Śpij. Jutro też jest dzień.

Anna wróciła na swoje miejsce. Aleksander położył się, naciągnął koc i przez chwilę patrzył w ciemność nad sobą.

Pociąg kołysał się jednostajnie, a stukot kół szybko zamienił się w równy, monotonny rytm. Moskwa była już daleko za nim.

Ranek przyszedł niepostrzeżenie, jak każdy inny. Aleksander już od jakiegoś czasu nie spał, ale nie spieszył się ze wstawaniem. Leżał pod kocem i co pewien czas przez niewielką szczelinę spoglądał na wagon.

Najpierw poruszyli się ci z górnych półek. Potem zaczęły rozlegać się skrzypnięcia rozkładanych siedzeń, szelest ubrań i szuranie bagaży. Ktoś ziewnął głośno, ktoś inny przywitał się z sąsiadem.

Wagon budził się powoli.

Wkrótce przed toaletą ustawiła się kolejka. Druga, niewiele krótsza, pojawiła się przy urządzeniu z gorącą wodą. Ludzie stali z aluminiowymi kubkami i szklankami w dłoniach, jeszcze zaspani, ale już przyzwyczajeni do porannego rytmu podróży.

Kiedy większość pasażerów wróciła na swoje miejsca, wagon na chwilę znów się uspokoił.

Aleksander sięgnął do torby. Wyjął ugotowane jajka, bułkę oraz małe papierowe zawiniątko z solą i pieprzem. Położył wszystko przed sobą.

Rozejrzał się.

Przy kilku stolikach inni podróżni robili dokładnie to samo. Niemal każdy miał jajka. Jedni stukali jajkiem o krawędź stołu, inni obierali je powoli, odkładając łupiny na kawałek papieru.

Aleksander przez chwilę patrzył na nich z niedowierzaniem.

Nagle parsknął śmiechem.

Iwan, który siedział naprzeciwko, podniósł wzrok.

— Co cię tak bawi?

Aleksander wskazał na jajka.

— Wszyscy robią to samo.

Iwan spojrzał na sąsiednie miejsca, potem na Aleksandra.

— Oczywiście.

— Ale dlaczego?

Iwan uśmiechnął się szeroko.

— Bo to właśnie jest rytuał.

Aleksander pokręcił głową.

— Znowu?

— Znowu. — Iwan wziął swoje jajko i stuknął nim lekko o brzeg stołu. — Najpierw herbata, teraz jajko. Za kilka godzin zobaczysz następny.

Aleksander roześmiał się jeszcze raz i zaczął obierać swoje.

— Czyli w tym pociągu wszystko ma swój rytuał?

— Prawie wszystko.

Iwan oderwał kawałek skorupki.

— Człowiek może przejechać pół kraju i nawet nie zauważyć, że przez całą drogę robi dokładnie to samo, co wszyscy inni.

Aleksander spojrzał na wagon. Rzeczywiście, przy niemal każdym stoliku powtarzał się ten sam poranny obraz: jajka, pieczywo, sól, herbata i zaspane twarze.

Po raz pierwszy pomyślał, że ta długa podróż może być czymś więcej niż tylko drogą do nowego miejsca.

Po dwunastu godzinach podróży za oknem nie było już śladu Moskwy. Aleksander odsunął się od szyby i spojrzał na rozciągający się za nią krajobraz. Pociąg jechał przez szeroką, niemal bezkresną równinę. Po obu stronach torów ciągnęły się pola, miejscami jeszcze szare i przyprószone resztkami śniegu. Dalej pojawiały się zagajniki brzozowe, a między nimi pojedyncze drewniane zabudowania. Nie było wysokich bloków, hal ani kominów. Tylko tor, słupy trakcyjne i droga biegnąca gdzieś wzdłuż szlaku kolejowego. Pewnie wcześniej jej tu nie było. Zbudowali ją, żeby dowozić ziemię do budowy nasypu przez te mokradła — pomyślał Sasza.

Wyjął telefon. Przez chwilę patrzył na ekran, po czym napisał do brata: „Żyjesz?”

Odpowiedź przyszła po kilku minutach.

„Jeszcze. Tata się udobruchał. A ty?”

Aleksander uśmiechnął się i wystukał: „Też. Właśnie wciągnąłem puszkę sardynek na śniadanie.”

„Matka dała ci pół kuchni, jak znam życie.”

Aleksander spojrzał na torbę z prowiantem.

„Prawie.”

Przez chwilę trzymał telefon w dłoni. Za oknem pojawiła się niewielka stacja. Kilka niskich budynków, drewniana wiata i człowiek stojący samotnie przy peronie. Pociąg nawet nie zwolnił.

„Daleko jeszcze?” — napisał Piotr.

Aleksander zerknął na mapę.

„Bardzo.”

Po chwili dopisał:

„Ale krajobraz już się zmienił.”

Piotr odpowiedział niemal od razu:

„To dobrze. W końcu jedziesz na Syberię.”

Aleksander schował telefon i znów spojrzał przez okno. Przed nim rozciągała się przestrzeń, jakiej nigdy wcześniej nie widział. Pociąg sunął dalej na wschód, a za nim zostawała nie tylko Moskwa, lecz także wszystko, co dotąd znał.

Po śniadaniu wagon ogarnął leniwy spokój. Ktoś drzemał z głową opartą o szybę, ktoś czytał, inni rozmawiali półgłosem. Za oknem przesuwały się rozległe pola i pasma brzozowych zagajników. Od czasu do czasu pociąg zwalniał przed niewielką stacją albo przejazdem przez rozjazdy, po czym znów nabierał prędkości.

Iwan długo milczał, aż w końcu zamknął książkę.

— Wiesz, co jest najdziwniejsze w Syberii?

Aleksander oderwał wzrok od szyby.

— Co?

— Człowiek jedzie i jedzie, a krajobraz prawie się nie kończy. W pewnej chwili przestajesz patrzeć na kilometry. Zaczynasz patrzeć na przestrzeń.

— I to się panu nie nudzi?

Iwan uśmiechnął się.

— Mnie nie. Zajmuję się ludźmi, którzy przez całe życie żyli właśnie w takiej przestrzeni. Dla nich las, rzeka i góra były ważniejsze niż droga czy miasto.

Aleksander popatrzył przez okno.

— Trudno sobie wyobrazić takie życie.

— Bo wychowałeś się w mieście.

— W Moskwie trudno myśleć o czymś innym.

Iwan skinął głową.

— Właśnie dlatego warto czasem wyjechać.

Anna wróciła z gorącą wodą i postawiła szklankę na stoliku.

— Znowu filozofujecie?

— Iwan opowiada mi o Syberii.

— To niedobrze — odpowiedziała z uśmiechem. — Jak zacznie opowiadać, nie skończy do Omska.

Iwan roześmiał się.

Później pojawiła się kolejna herbata, potem kanapki wyciągnięte z toreb i wymiana drobnych uwag między pasażerami. Rozmowy zmieniały się bez pośpiechu. Jedni przysiadali się na chwilę, inni wracali do swoich miejsc.

Za oknem coraz rzadziej pojawiały się większe osady. Zamiast nich były lasy, pola i pojedyncze domy. Słońce przesuwało się po szybie, aż w końcu światło zaczęło padać z drugiej strony wagonu.

Aleksander zauważył, że Iwan po raz kolejny sięgnął po swoją książkę.

— I czego właściwie szuka pan w tych wszystkich miejscach? — zapytał.

Iwan spojrzał na niego znad okularów.

— Tego, czego inni już nie widzą.

Aleksander czekał na dalsze wyjaśnienie, ale Iwan tylko się uśmiechnął i wrócił do lektury.

Pociąg jechał dalej.

Przez długi czas nic się nie działo, aż pociąg zaczął zwalniać i po chwili zatrzymał się przy długim peronie. Na tablicy pojawiła się nazwa: Kirow.

Za oknem widać było dużą stację, kilka sąsiednich torów i niskie zabudowania kolejowe. Nad peronem ciągnęły się lampy, a dalej, za dworcem, majaczyły dachy miasta. Po długiej jeździe zatrzymanie pociągu wywołało w wagonie natychmiastowe poruszenie.

— Ile stoimy? — ktoś zapytał z korytarza.

— Piętnaście minut — odpowiedział głos.

Drzwi wagonów otworzyły się i pasażerowie zaczęli wychodzić na peron. Jedni rozprostowywali nogi, inni wyciągali papierosy. Kilka osób ruszyło w stronę dworca.

Pojawili się też sprzedawcy. Kobieta z dużą torbą oferowała gorące pierożki, ktoś inny miał słodycze, ciastka i butelki z napojami. Przy jednym ze stoisk piętrzyły się paczki suszonej ryby i inne przekąski.

Anna wyszła pierwsza.

— Chodź, Aleksander. Zobaczymy, co tu mają.

Iwan ruszył za nimi. Aleksander zrobił kilka kroków, po czym obejrzał się na wagon.

— A bagaże? — zapytał lekko ściszonym głosem. — Nie znikną?

— Spokojnie — uspokoił go Iwan.

Na peronie panował gwar, jakiego w wagonie nie było od dawna. Ludzie rozmawiali głośniej, śmiali się, nawoływali do siebie. Po kilku minutach Aleksander zauważył, że niemal każdy zerka na zegarek albo spogląda w stronę wagonów.

— Czas wracać — powiedział Iwan.

— Jeszcze nie — odpowiedziała Anna, kupując dwa pierożki. — Zostało parę minut.

Aleksander podszedł do kobiety sprzedającej jedzenie.

— Ile? Jednego dla spróbowania.

Sprzedawczyni wrzuciła mu do papierowej torby dwa.

— Masz. Jesteś duży, to zjesz dwa — powiedziała z uśmiechem.

Kiedy Aleksander się odwrócił, usłyszał długi gwizd.

Pasażerowie zaczęli wracać.

Jeszcze przed chwilą peron był pełen ludzi, teraz szybko pustoszał. Drzwi wagonów zamykały się kolejno, a ostatni spóźnieni wbiegali po schodkach.

Aleksander wszedł do wagonu razem z Anną i Iwanem.

Pociąg szarpnął lekko.

Kirow zaczął powoli odpływać za szybą. Najpierw zniknął peron, potem dworzec i stojące przy nim budynki. Zostały tory, słupy i coraz dalsze światła miasta.

Anna rozpakowała pierożka.

— No, zobaczymy, czy warto było.

Iwan spojrzał na nią.

— Warto. W podróży trzeba próbować wszystkiego.

Aleksander uśmiechnął się i spojrzał przez okno.

Pociąg znów jechał na wschód.

Po Kirowie kolejne stacje zaczęły zlewać się w jeden powtarzający się rytm. Pociąg zwalniał, koła przestawały stukać tak gwałtownie, a za oknami pojawiał się peron. Otwierały się drzwi, ktoś wychodził zapalić, ktoś wracał z butelką wody albo papierową torbą z jedzeniem. Czasem na peronie stał sprzedawca z koszem wyłożonym gazetami z plamami tłuszczu, a na nich leżały pierogi. Innym razem nie było nikogo poza kilkoma kolejarzami.

Potem gwizdek, zamykające się drzwi i lekkie szarpnięcie.

I znów jechali.

Perm. Krótki postój, herbata, kilka nowych twarzy w wagonie.

Jekaterynburg. Pasażerowie wychodzili na peron coraz szczelniej owinięci kurtkami. Aleksander zauważył, że nikt już nie zostawia otwartych drzwi na dłużej.

Za oknem krajobraz powoli się zmieniał. Pola ustępowały lasom, a brzozy i świerki pojawiały się coraz częściej. Śnieg, który wcześniej leżał tylko w zacienionych miejscach, zaczął pokrywać całe połacie ziemi.

Na kolejnych stacjach powtarzało się to samo.

Pociąg zatrzymywał się. Drzwi otwierały się. Ludzie wychodzili. Ktoś kupował jedzenie, ktoś nalewał wrzątku, ktoś wracał z papierosem w ustach do wagonu. Po kilku minutach rozlegał się gwizdek i wszyscy wracali do swoich miejsc.

Ten sam rytuał.

Tylko perony stawały się coraz chłodniejsze, a niekiedy nawet śliskie.

W końcu nawet na krótkich postojach nikt nie wychodził bez kurtki. Zamiast stać na zewnątrz, pasażerowie wyglądali przez szyby, obserwując kolejarzy stojących w czapkach naciągniętych głęboko na uszy.

Aleksander zaczął zauważać zmianę dopiero wtedy, gdy pewnego ranka szyba przy jego miejscu była oszroniona. Przesunął po niej paznokciem, zacierając skrzące się wzory wymalowane przez mróz.

Przetarł szybę dłonią.

Za oknem ciągnął się las, a między drzewami leżał śnieg.

Pociąg jechał dalej na wschód.

Aleksander coraz częściej spoglądał przez okno. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. Co chwilę poprawiał plecak, wstawał, siadał z powrotem, wyglądał na korytarz, jakby od tego miało zależeć, kiedy pociąg dojedzie do celu.

Za szybą krajobraz zaczął się zmieniać.

Najpierw pojawiły się pojedyncze domy, potem magazyny i hale. Tory rozgałęziały się coraz częściej, prowadząc do bocznic pełnych cystern i wagonów towarowych. W oddali wyrastały wysokie kominy, a nad nimi unosiły się jasnoszare smugi dymu. Dalej błyszczały w słońcu ogromne stalowe zbiorniki, połączone gęstą siecią rur poprowadzonych na estakadach. W pewnej chwili nad jedną z instalacji zamigotał płomień pochodni spalającej nadmiar gazu.

Aleksander domyślił się, że patrzy na rafinerię.

Od tej chwili niemal nie odrywał wzroku od okna.

Anna obserwowała go z uśmiechem.

— Już się nie możesz doczekać?

— Chyba widać.

— Widać aż za dobrze.

Iwan zamknął książkę.

— To normalne. Każdy przed pierwszym przyjazdem do nowego miejsca zachowuje się podobnie.

Aleksander poprawił kołnierz kurtki.

— Sam nie wiem, dlaczego się denerwuję.

— Bo wszystko będzie nowe — odpowiedział spokojnie Iwan. — Praca, ludzie, mieszkanie. To nie jest wycieczka. Teraz masz mnóstwo pytań i żadnej odpowiedzi. Ale to powoli się zmieni. Najpierw uznasz, że wszystko wiesz, a potem, że nic nie wiesz.

Anna zaśmiała się cicho.

— Spokojnie. Bez paniki. Omsk to nie Moskwa.

— To znaczy?

— Zobaczysz. Tutaj ludzie żyją wolniej. Jak porównasz przechodniów w Moskwie i tutaj, to w Moskwie chodzą z prędkością światła.

Iwan uśmiechnął się pod nosem.

— Coś w tym jest.

— A niektórzy tam… — Anna machnęła ręką. — ...chodzą na wysokości lamperii.

Aleksander spojrzał na nią zaskoczony.

— Na wysokości lamperii?

— Tak mawiał pewien oficer, którego kiedyś znałam. Mówił, że dobrze wyszkolony żołnierz nie chodzi po korytarzu, tylko mknie na wysokości lamperii.

Iwan roześmiał się.

— Albo jak wilk goniący zająca.

— Może i tak. — Anna uśmiechnęła się. — Ale jego wersja bardziej mi się podobała.

Przez chwilę wszyscy patrzyli przez okno.

Pociąg mijał kolejne bocznice. Na torach stały długie składy cystern, a między nimi powoli przesuwały się niewielkie lokomotywy manewrowe. Nad przemysłową częścią miasta unosiła się delikatna mgiełka dymu, a las kominów zdawał się nie mieć końca.

— Podobał się pani ten oficer? — zapytał nagle Aleksander.

Anna spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem.

— Nawet bardzo.

— I co się stało?

Wzruszyła ramionami.

— Nic. Wojsko ma to do siebie, że ludzie pojawiają się i znikają. Dostał przeniesienie. Najpierw były listy, potem coraz rzadsze, aż któregoś dnia przestały przychodzić. Takie życie.

— Żałuje pani?

Anna przez chwilę milczała.

— Nie. Żałuję tylko, że człowiek zawsze za późno dowiaduje się, które pożegnanie było ostatnim.

Aleksander spuścił wzrok.

Niepokój, który jeszcze przed chwilą nie pozwalał mu usiedzieć w miejscu, gdzieś zniknął. Słuchał Anny, patrzył na przesuwające się za oknem kominy i zbiorniki rafinerii. Coraz wyraźniej docierało do niego, że za kilka minut wysiądzie z pociągu i zacznie zupełnie nowe życie.

Koła pociągu coraz wolniej uderzały o złączenia szyn. Skład zwalniał, potem znów lekko przyspieszał, jakby wjeżdżał między perony ostrożnie i powoli. Aleksander poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.

Skład prawie stanął.

Przez chwilę wydawało się, jakby ciężka lokomotywa zastanawiała się, czy rzeczywiście dotarła tam, gdzie miała. Potem szarpnęła lekko i powoli potoczyła się jeszcze kilka metrów. Wreszcie rozległ się długi zgrzyt hamulców i pociąg zatrzymał się przy peronie numer trzy.

Przez chwilę wszystko ucichło. Jakby wszyscy czekali na potwierdzenie, że ta długa droga naprawdę dobiegła końca.

Za szybą pojawił się dworzec w Omsku. Nie przypominał ogromnych dworców Moskwy. Był niższy, spokojniejszy, z szeroką fasadą z jasnego kamienia i dużymi oknami, przez które wpadało zimne światło dnia. Nad wejściem od strony peronów widniał napis z nazwą miasta, a przed budynkiem przesuwały się pojedyncze sylwetki podróżnych. Nie było tego nieustannego pośpiechu, który znał z Moskwy.

Tutaj wszystko wydawało się wolniejsze.

Drzwi wagonu otworzyły się i do środka wpadło chłodne powietrze.

— No i jesteśmy — powiedział Iwan, zakładając płaszcz.

Aleksander wyjął plecak i torbę. Nagle poczuł, że kończy się coś, co przez ostatnie dni było jego małym światem. Wagon, rozmowy, herbata, jajka, żarty Anny i opowieści Iwana — wszystko zostawało za nim.

Na peronie zatrzymali się jeszcze na chwilę.

Iwan wyjął telefon.

— Zapisz mój numer.

Aleksander spojrzał na niego zaskoczony.

— Po co?

— Jakby co, dzwoń. Czasem łatwiej zapytać kogoś, kto już przeszedł kawałek drogi, która dopiero przed tobą.

Aleksander zapisał numer w telefonie.

— Dziękuję, Iwan.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.

— Dasz sobie radę, Sasza. Tylko pamiętaj, że człowiek najpierw przyjeżdża w nowe miejsce, a dopiero potem zaczyna je rozumieć.

Anna poprawiła pasek swojej torby.

— A ty kiedyś do Moskwy przyjedziesz?

Aleksander wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Może.

Anna powtórzyła jego słowa z uśmiechem.

— Może jeszcze kiedyś trafimy do jednego wagonu.

— Kto wie, kto wie — dodał Iwan.

Zaśmiali się.

Każdy zrobił krok w swoją stronę.

Anna pomachała mu ręką, a Iwan skinął głową, jakby żegnał nie tylko przypadkowego współpasażera, ale kogoś, kogo poznał lepiej niż wielu ludzi spotkanych wcześniej.

Aleksander został sam.

Przez chwilę stał jeszcze na peronie, patrząc, jak jego dawni towarzysze podróży znikają w tłumie.

Potem zarzucił plecak na ramię i ruszył w stronę wejścia.

Hala dworcowa nie była tak ogromna jak te, które znał z Moskwy, ale i tak przez chwilę poczuł się zagubiony. Ludzie szli w różnych kierunkach, nad głowami wisiały tablice informacyjne, ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś ciągnął walizkę po posadzce.

Zatrzymał się przy jednej z tablic.

Omsk

To słowo jeszcze kilka dni temu było tylko nazwą na skierowaniu. Teraz było miejscem, w którym miał zacząć nowe życie.

Czy dam radę?

Czy naprawdę wszystko będzie tak, jak sobie wyobrażałem?

Pomyślał o Moskwie, o mieszkaniu rodziców, o ojcu siedzącym przy stole i o matce pakującej mu jedzenie na drogę. Pomyślał o Piotrze i o tym, że teraz dzieliły ich tysiące kilometrów.

Przez chwilę poczuł ciężar tej odległości.

Potem poprawił plecak i ruszył dalej.

Nie znał miasta. Nie wiedział, gdzie jest wyjście, gdzie powinien się skierować i gdzie czekał transport do rafinerii.

Szedł trochę za szybko, bardziej kierując się przeczuciem niż znakami.

Nagle ktoś wyszedł mu naprzeciw.

Zderzyli się ramionami.

— Uważaj, jak chodzisz — rzucił młody mężczyzna.

Aleksander od razu się zatrzymał.

— Przepraszam. Nie zauważyłem.

Chłopak spojrzał na jego plecak i torbę.

— Pierwszy raz w Omsku?

— Tak.

— Turysta?

Aleksander pokręcił głową.

— Nie. Szukam wyjścia i transportu.

Mężczyzna spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

— Dokąd?

Aleksander zawahał się.

— Do pracy.

— Do pracy?

— Do rafinerii.

Na twarzy młodego człowieka pojawiło się zainteresowanie.

— Rafineria?

Przyjrzał mu się uważniej.

— To ty jesteś z tych nowych?

Aleksander skinął głową.

Chłopak wyciągnął rękę.

— No to chyba trafiliśmy na siebie. Też jestem nowy. Też mam tam trafić.

— Aleksander.

— Maksim.

Uścisnęli sobie dłonie.

— Wygląda na to — powiedział Maksim — że trafiliśmy do tej samej stajni naftowej.

Aleksander spojrzał na niego zaskoczony, ale po chwili uśmiechnął się pewniej.

Pierwszy raz od przyjazdu poczuł, że nie jest już całkiem sam.

Omsk nie wyglądał już tak obco.

Sasza i Maksim jeszcze przez chwilę stali przed dworcem, rozglądając się po szerokim placu pełnym autobusów, taksówek i ludzi ciągnących za sobą walizki. Powietrze było chłodne i rześkie. Zimny wiatr przemykał między budynkami, a przy krawężnikach i w zacienionych miejscach wciąż zalegały brudne płaty topniejącego śniegu. Nad miastem unosiła się lekka, szarawa mgiełka, przez którą z trudem przebijało się wiosenne słońce.

— Wiesz, czym można dojechać do rafinerii? — zapytał Sasza.

Maksim pokręcił głową.

— Nie. Pierwszy raz jestem w Omsku.

Spojrzeli po sobie i niemal jednocześnie zawrócili do budynku dworca. W hali było wyraźnie cieplej. Wysoki sufit i ściany potęgowały echo zapowiedzi kolejnych pociągów dobiegających z gęsto rozmieszczonych głośników. Kilka osób czekało przed niewielkim okienkiem informacji.

Odczekali swoją kolej. Za szybą siedziała kobieta w granatowym mundurze kolei. Nawet nie podniosła wzroku znad monitora.

— Przepraszam — odezwał się Sasza. — Jak dojechać do Omskiej Rafinerii?

Kobieta wystukała coś na klawiaturze, wcisnęła przycisk mikrofonu, a z głośnika wbudowanego w szybę z pleksiglasu popłynął spokojny, wyuczony głos:

— Autobus numer dwadzieścia. Odjeżdża z przystanku przed dworcem za około trzydzieści minut.

— Dziękujemy.

Wyszli z hali i usiedli na ławce stojącej niedaleko przystanku. Do odjazdu zostało jeszcze trochę czasu. Przed nimi przewijał się nieustanny strumień podróżnych. Jedni dopiero wysiadali z pociągów i szukali transportu, inni z pośpiechem znikali za drzwiami dworca. Sasza postawił plecak obok ławki i spojrzał na ulicę. Za niespełna pół godziny autobus miał zawieźć ich do miejsca, z którym obaj wiązali początek nowego etapu swojego życia.

Autobus numer dwadzieścia wtoczył się na przystanek punktualnie. Pasażerowie ruszyli do drzwi spokojnie, bez przepychania. Sasza i Maksim zajęli miejsca przy oknie, po lewej stronie. Kierowca zamknął drzwi z charakterystycznym sykiem pneumatyki i pojazd powoli ruszył.

Przez pierwsze minuty mijali okolice dworca. Po obu stronach ulicy ciągnęły się kilkupiętrowe kamienice pamiętające jeszcze czasy carskie. Między nimi wyrastały szare bloki z wielkiej płyty, sklepy spożywcze z kolorowymi szyldami i niewielkie pawilony handlowe. Na poboczach wciąż leżały brudne resztki śniegu, spływające strużkami do studzienek. Wiosna dopiero zaczynała odbierać miasto zimie.

— O, zobacz… — Maksim wskazał ręką za okno. — To sobór Uspieński. Mówią, że odbudowali go dopiero po upadku Związku Radzieckiego.

— Odbudowali? To ciekawe. — wtrącił Sasza.

Złote kopuły błysnęły na moment między drzewami, po czym zniknęły za szeregiem budynków.

— Ładny. Nie spodziewałem się czegoś takiego tutaj.

— Omsk potrafi zaskoczyć. Z daleka wszyscy myślą, że to tylko fabryki.

Autobus zatrzymał się na światłach. Obok przejechał nowoczesny trolejbus, a za nim sznur samochodów osobowych i dostawczych. Na szerokich chodnikach spieszyli ludzie w lekkich kurtkach i czapkach. Jedni nieśli zakupy, inni teczki lub plecaki, jakby zwyczajny dzień pracy niczym nie różnił się od tysięcy poprzednich.

— Jest większy, niż myślałem — powiedział Sasza, obserwując kolejne przecznice.

— Ponad milion mieszkańców — odparł Maksim z wyraźną dumą. — Jedno z największych miast Syberii. Można tu mieszkać całe życie i nie zobaczyć wszystkiego.

Autobus minął rozległy plac, na którym stał pomnik Lenina. Wokół rozciągały się masywne gmachy z jasnego kamienia, zbudowane jeszcze w czasach radzieckich. Szerokie aleje, rzędy topoli i długie szeregi bloków sprawiały wrażenie miasta zaplanowanego z rozmachem.

Sasza przyłożył czoło do chłodnej szyby. Omsk nie przypominał Moskwy, ale nie wyglądał też jak prowincjonalne miasto, którego się spodziewał. Było w nim coś surowego, a jednocześnie uporządkowanego. Zastanawiał się, czy właśnie tutaj spędzi najbliższe lata swojego życia.

— Połowa drogi za nami — powiedział Sasza, chowając smartfon do kieszeni.

— Tak, połowa drogi. Ale już chyba nikt więcej nie wejdzie do autobusu. Ci ludzie, tak jak my, jadą pewnie do rafinerii.

Sasza rozejrzał się po autobusie.

— I wszyscy niewiele starsi od nas. Wśród nich jest pewnie kierownik, brygadzista albo ktoś z naszego wydziału. Ciekawe, który to z nich.

Maksim uśmiechnął się.

— Za godzinę i tak będziemy ich wszystkich znali.

Im dalej autobus oddalał się od centrum, tym bardziej zmieniał się krajobraz za oknami. Szerokie aleje ustąpiły miejsca długim szeregom bloków mieszkalnych. Co jakiś czas między nimi pojawiały się magazyny, bocznice kolejowe i hale przemysłowe. Ruch na ulicach stawał się coraz mniejszy, za to coraz częściej nad dachami budynków wyrastały kominy i stalowe konstrukcje.

— Chyba się zbliżamy — powiedział Maksim, wskazując na wysokie kominy widoczne w oddali.

Sasza skinął głową. Nad horyzontem coraz wyraźniej rysował się gąszcz rur, estakad i kolumn destylacyjnych. W słońcu połyskiwały srebrzyste zbiorniki, a nad jedną z instalacji płonęła wysoka pochodnia gazowa.

— Wyobrażałem sobie, że rafineria będzie duża, ale nie aż tak — powiedział cicho.

— To prawie osobne miasto.

Autobus skręcił w szeroką ulicę prowadzącą wzdłuż ogrodzenia zakładu. Betonowe ogrodzenie ciągnęło się setkami metrów, a zza niego wystawały kolejne instalacje. Po kilku minutach autobus zwolnił i zatrzymał się na przystanku.

Większość pasażerów wstała niemal jednocześnie.

— To chyba tutaj — odezwał się Maksim.

— Też tak myślę. Najprościej będzie wysiąść razem z nimi.

Przecisnęli się do drzwi i chwilę później znaleźli się na chodniku. Kilkadziesiąt osób ruszyło pewnym krokiem w jednym kierunku.

— No dobrze — powiedział Sasza, poprawiając plecak. — Wysiedliśmy. A teraz?

— Idziemy za nimi.

— A jak się rozdzielą?

Maksim wzruszył ramionami.

— To zapytamy kogoś.

Po kilku minutach doszli do głównej bramy zakładu. Przed wejściem ustawiono kołowroty, a pracownicy przykładali przepustki do czytników i pojedynczo znikali za ogrodzeniem. Obok stała niewielka portiernia z dużymi szybami, a nad bramą widniał napis z nazwą rafinerii.

— Chyba czegoś nie przewidzieliśmy — mruknął Sasza.

— Nie mamy nawet przepustek.

— Właśnie…

Rozejrzał się i dostrzegł mężczyznę około pięćdziesiątki, ubranego w granatową kurtkę roboczą. Wyglądał na człowieka, który znał to miejsce od podszewki.

— Przepraszam — odezwał się Sasza. — Jesteśmy nowi. Gdzie najpierw mamy się zgłosić?

Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na nich z krótkim uśmiechem.

— Panowie, to nie tędy.

Obaj spojrzeli na bramę.

— Tu wchodzą tylko ci, którzy już pracują i mają przepustki. Wy musicie najpierw do dyrekcji.

Wskazał ręką wzdłuż ogrodzenia.

— Tam, w lewo. Jakieś dwieście metrów. Jest osobny budynek administracji. Nie da się go pomylić. Tam załatwią wam dokumenty i wydadzą przepustki.

— Dziękujemy.

Ruszyli we wskazanym kierunku. Po chwili zza drzew wyłonił się kilkupiętrowy budynek administracyjny o jasnej elewacji. Szerokie schody prowadziły do przeszklonego wejścia, nad którym widniało logo Gazprom Niefti. Przed budynkiem powiewały flagi Rosji i firmy, a po obu stronach wejścia rosły równo przycięte świerki.

W przeciwieństwie do surowych instalacji rafinerii gmach sprawiał wrażenie spokojnego i reprezentacyjnego. Tutaj trafiali wszyscy nowi pracownicy, zanim po raz pierwszy przekraczali bramę zakładu.

W budynku administracji panował zupełnie inny rytm niż przy głównej bramie. Nie było tutaj pośpiechu pracowników idących na zmianę ani odgłosu ciężkich butów na posadzce korytarzy. W jasnym holu słychać było głównie rozmowy, szuranie krzeseł i pojedyncze kroki odbijające się od ścian.

Sasza i Maksim podeszli do wskazanego okienka. Po sprawdzeniu dokumentów zostali skierowani do niewielkiej sali, gdzie czekało już kilkanaście osób. Większość z nich była w podobnym wieku. Młodzi mężczyźni z plecakami, torbami sportowymi i teczkami z dokumentami siedzieli osobno, zostawiając między sobą wolne miejsca. Niektórzy rozglądali się z ciekawością, inni wpatrywali się w telefony, jakby łatwiej było skupić uwagę na ekranie niż na obcych twarzach wokół.

Sasza zauważył, że wielu z nich wyglądało podobnie jak on. Świeżo po studiach albo szkole technicznej, trochę niepewni, ale próbujący tego nie pokazywać. Każdy przyjechał tutaj z własną historią, własnymi oczekiwaniami i obawami. Siedzieli w jednej sali, mieli rozpocząć tę samą pracę, a jednak każdy pozostawał jeszcze sam.

Po kilkunastu minutach do sali wszedł mężczyzna w roboczej kurtce z identyfikatorem przypiętym do piersi.

— Nowi pracownicy? — zapytał, choć odpowiedź była oczywista.

Kilka osób podniosło głowy.

— Tak.

— Dobrze. Najpierw stołówka. Później będziecie mieli instruktaż i przydziały.

Ludzie zaczęli powoli wstawać. Nikt specjalnie się nie odzywał. Nie było jeszcze żartów ani rozmów, które pojawiają się między ludźmi znającymi się od dawna. Każdy próbował odnaleźć się w nowej sytuacji i zachować spokój.

Kiedy wyszli na korytarz, Maksim pochylił się lekko w stronę najbliższego chłopaka.

— Nowi do pracy?

Mężczyzna spojrzał na niego i skinął głową.

— Nowi.

To wystarczyło. Bez dalszych pytań dołączyli do grupy.

Ruszyli za pozostałymi szerokim korytarzem w stronę stołówki. Sasza szedł obok Maksima i obserwował swoich przyszłych kolegów. Jeszcze rano nikogo z nich nie znał. Teraz wszyscy zmierzali w tym samym kierunku, do tego samego miejsca, z podobnym uczuciem niepewności. Byli razem, ale jeszcze nie tworzyli grupy.

W stołówce pachniało świeżym pieczywem i gorącą zupą. Przy długich stołach siedzieli już pracownicy z pierwszej zmiany. Rozmawiali głośno, śmiali się, przeglądali telefony. Dla nich rafineria była codziennością — miejscem, które znało ich od lat. Dla Saszy i pozostałych była jeszcze obcym światem, do którego dopiero próbowali znaleźć drogę.

Rozdział II

Reguły nowego świata

Sala odpraw i szkoleń była ogromna. Chociaż był dzień, świeciły się jarzeniówki, które co jakiś czas lekko migotały. Rzędy krzeseł ciągnęły się aż pod ścianę, a na ekranie rozwiniętym spod sufitu widniało logo zakładu. Nowi pracownicy siedzieli obok siebie, ale nadal bardziej przypominali grupę przypadkowych ludzi niż przyszłych kolegów.

Drzwi otworzyły się punktualnie. Do sali wszedł mężczyzna po pięćdziesiątce w ciemnej koszuli i roboczej kurtce. Nie spieszył się. Położył teczkę na biurku, spojrzał na zebranych i przez chwilę milczał.

— Dobra. Zaczynamy od rzeczy najważniejszej. Kto z was pali papierosy?

Kilka osób niepewnie podniosło ręce. Sasza zauważył, że było ich więcej, niż się spodziewał.

Instruktor skinął głową.

— Dobrze. To teraz zapamiętajcie jedną rzecz. Od dzisiaj zaczynacie pracę w zakładzie, w którym obowiązują zasady. Na terenie produkcji nie pali nikt. Żadnych wyjątków.

Wskazał stojący przy drzwiach kosz.

— Papierosy i zapałki proszę wyrzucić. Teraz.

Przez chwilę panowała cisza. Kilku chłopaków spojrzało po sobie. Jeden z nich, siedzący z tyłu, odezwał się:

— A zapalniczki też?

Instruktor spojrzał w jego stronę.

— Też.

Odczekał chwilę i dodał spokojnie:

— I jeszcze jedna rzecz. Jeśli ktoś będzie zadawał głupie pytania tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, to może wracać tam, skąd przyjechał. Rafineria to nie szkoła. Tutaj błędy kosztują więcej niż złą ocenę.

W sali zrobiło się cicho.

Po chwili mężczyzna otworzył teczkę, z której wyjął pilota, i rozpoczął szkolenie. Mówił o oznaczeniach, drogach ewakuacyjnych, środkach ochrony osobistej i zasadach poruszania się po terenie zakładu. Pokazywał zdjęcia instalacji, przy których nawet najmniejszy błąd mógł mieć poważne konsekwencje. Te newralgiczne miejsca zakreślał po kilka razy, co jakiś czas cofając slajd i wracając do najważniejszych punktów.

Po zakończeniu zajęć spojrzał na zegarek.

— Na dzisiaj wystarczy. Odprowadzi was do hotelu miła pani.

Uśmiechnął się lekko, pierwszy raz od początku szkolenia.

— Jutro o godzinie siódmej wszyscy mają być tutaj. Będzie lekarz zakładowy, rozmowa z psychologiem i pobranie ubrań roboczych. Później indywidualne rozmowy z kadrową i przełożonymi.

Zebrał teczkę ze stołu.

— Są pytania?

Nikt się nie odezwał.

Przez chwilę panowała zupełna cisza. Tak głęboka, że nawet mucha, która usiadła na blacie jednego ze stołów, najwyraźniej uznała, że nie jest to odpowiedni moment, żeby ją przerwać.

Po obiedzie, który zakład również zafundował nowym pracownikom, cała grupa zebrała się przed budynkiem administracji. Czekała już na nich kobieta w średnim wieku.

— Nazywam się Iryna. Jestem kierownikiem hotelu, w którym będziecie mieszkać — przedstawiła się krótko. — Chodźcie za mną.

Ruszyli za nią w kierunku osiedla znajdującego się niedaleko zakładu. W grupie kilku młodzieńców zaczęło po cichu żartować, naśladując chód kobiety. Inni tylko się uśmiechali. Iryna zapewne wiedziała, co dzieje się za jej plecami, ale nie zwracała na to uwagi. To było normalne i powtarzało się każdego roku.

Droga nie zajęła dużo czasu. Po kilku minutach między drzewami pojawił się długi, pięciopiętrowy budynek.

Hotel pracowniczy miał około stu metrów długości. Prosta bryła z szarą elewacją wyglądała bardziej jak blok mieszkalny z dawnych lat niż miejsce, które miało być czyimś domem. Nie było balkonów ani ozdobnych elementów. Równe rzędy okien, ciężkie drzwi wejściowe i betonowe schody przed budynkiem mówiły jasno, że wszystko zostało zaprojektowane przede wszystkim z myślą o funkcji.

Sasza spojrzał na telefon.

— Tysiąc dwieście metrów — powiedział cicho.

Uśmiechnął się lekko.

— Blisko.

Pomyślał, że rano ta krótka droga może stać się dobrym początkiem dnia. Kilkanaście minut spaceru pozwoli mu spokojnie dojść do siebie po przebudzeniu, zebrać myśli i przygotować się do pracy. W Moskwie na uczelnię miał znacznie dalej. Tam sam dojazd zabierał mu czasem ponad godzinę.

Przed budynkiem znajdowały się dwa główne wejścia. Z każdego prowadził dostęp do innych pięter — jedno obsługiwało piętra parzyste, drugie nieparzyste. Jedno było otwarte, drugie zamknięte. Na zamkniętych drzwiach wisiała metalowa tabliczka z napisem: „Wyjście ewakuacyjne”.

Iryna poprowadziła ich do środka.

Za wejściem znajdował się niewielki hol. Naprzeciwko umieszczono okienko portierni. Za szybą siedziała starsza kobieta, która pilnowała kluczy ułożonych w ponumerowanych przegródkach. Obok niej stał stary telefon i kilka zeszytów ze spisem mieszkańców.

Przy ścianie ustawiono stolik z czterema krzesłami. Na blacie stała popielniczka, a obok znajdowała się szafka przypominająca mały regał z książkami. Na półkach leżały stare czasopisma, kilka kompletów szachów ustawionych jeden na drugim, karty do gry i kilka innych planszówek. W rogu stał elektryczny czajnik, który najwyraźniej służył przede wszystkim portierni, a czasami — z dobrej woli — również mieszkańcom.

To miejsce nie wyglądało przytulnie, ale miało w sobie coś znajomego. Było widać, że przez lata przewinęły się tędy setki ludzi.

Sasza podszedł do portierni i podał dowód przez wąską szczelinę w okienku.

Starsza kobieta sprawdziła dokument, potem spojrzała na półki z kluczami.

— Niestety, tutaj już nie ma miejsc — powiedziała.

Sasza rozejrzał się po korytarzu.

Jeżeli nie tutaj, to wyżej — pomyślał.

Nad nim były jeszcze cztery piętra.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 47.79
drukowana A5
Kolorowa
za 73.76