ROZDZIAŁ 1
Wiadomość z własnego numeru
Marek Wolski lubił porządek. Nie uważał tego za obsesję ani szczególną cechę charakteru. Po prostu czuł się lepiej, kiedy wiedział, co wydarzy się za godzinę, wieczorem albo następnego dnia. Miał czterdzieści trzy lata, stabilną pracę, żonę Annę i córkę Julię. Jego życie nie było pełne wielkich zwrotów ani niespodziewanych przygód i właśnie to w nim cenił. Rachunki opłacał przed terminem, samochód serwisował z wyprzedzeniem, a przed wyjazdem do pracy sprawdzał pogodę i ruch na trasie. Anna czasem żartowała, że gdyby mógł, rozpisałby sobie cały tydzień z dokładnością do pięciu minut. Marek odpowiadał wtedy, że przynajmniej dzięki temu człowiek nie traci czasu na niepotrzebne problemy.
Tego wieczoru wszystko również wyglądało zwyczajnie. Była środa, kilka minut po dwudziestej pierwszej. Za oknem padał lekki deszcz, a światła samochodów odbijały się w mokrym asfalcie. W salonie grał cicho telewizor. Anna siedziała na kanapie z laptopem na kolanach, Julia była w swoim pokoju, a Marek kończył porządki w kuchni. Włożył ostatni kubek do zmywarki, zamknął drzwiczki i zerknął na zegar na piekarniku.
21:07.
— Jedziesz jutro normalnie? — zapytała Anna z salonu.
— Normalnie.
— Mówiłeś coś o spotkaniu.
— O dziewiątej trzydzieści. Zdążę.
— Podobno rano znowu ma padać.
Marek wytarł ręce w kuchenny ręcznik.
— Sprawdzałem. Do siódmej powinno przejść.
Anna wychyliła głowę zza laptopa.
— Oczywiście, że sprawdzałeś.
Marek uśmiechnął się. Takie rozmowy były między nimi codziennością. Anna dobrze wiedziała, że przed snem Marek i tak sprawdzi pogodę jeszcze raz, a rano przed wyjściem spojrzy przez okno, niezależnie od tego, co pokaże aplikacja.
Telefon leżał na blacie obok ekspresu do kawy. Zawibrował krótko, tylko jeden raz. Marek spojrzał na ekran, ale nie sięgnął po urządzenie od razu. O tej porze zwykle przychodziły reklamy, informacje od operatora albo automatyczne powiadomienia. Dopiero po chwili wziął telefon do ręki.
Na ekranie widniała wiadomość.
„Nie jedź jutro do pracy.”
Marek przeczytał ją raz, potem drugi. Nie było podpisu, powitania ani żadnego dodatkowego wyjaśnienia. Przez chwilę zastanawiał się, kto mógł ją wysłać. Pomyślał o Piotrze z pracy, który lubił głupie żarty, ale treść nie pasowała do jego stylu. Spojrzał więc na numer nadawcy i zmarszczył brwi.
Numer wydał mu się znajomy.
Po kilku sekundach zrozumiał dlaczego.
To był jego numer.
Marek nacisnął szczegóły wiadomości i porównał cyfry z numerem zapisanym w ustawieniach telefonu. Nie było pomyłki. Ten sam prefiks, ten sam ciąg cyfr, ten sam numer, który od lat podawał w pracy, banku, przychodni i firmom kurierskim.
— Co jest? — zapytała Anna.
Marek nie odpowiedział od razu. Nadal patrzył na ekran.
— Marek?
— Dziwna wiadomość.
Podszedł do salonu i podał jej telefon.
Anna przeczytała SMS.
— „Nie jedź jutro do pracy.” Kto to?
— Spójrz na numer.
Anna spojrzała wyżej, potem ponownie na Marka.
— To twój?
— Mój.
Przez chwilę oboje milczeli. Anna weszła w szczegóły wiadomości i jeszcze raz sprawdziła numer.
— Faktycznie.
Oddała mu telefon.
— Pewnie jakiś błąd.
— Operatora?
— Może. Albo ktoś podrobił numer.
Marek skinął głową. Sam pamiętał, że czytał kiedyś o oszustwach, w których telefon pokazywał numer banku albo innej instytucji, mimo że połączenie pochodziło z zupełnie innego miejsca. Skoro można było sfałszować numer banku, równie dobrze ktoś mógł ustawić jako nadawcę jego własny numer.
— Pewnie jakiś głupi żart — powiedział.
— Też tak myślę.
Marek wrócił do kuchni i jeszcze raz przeczytał wiadomość. Sama treść nie była szczególnie groźna. Nie zawierała linku, żądania pieniędzy ani pogróżek. Gdyby przyszła z przypadkowego numeru, prawdopodobnie skasowałby ją po kilku sekundach. To, co go niepokoiło, nie znajdowało się jednak w treści, tylko nad nią.
Jego własny numer.
Postanowił zadzwonić.
Nacisnął ikonę połączenia przy nadawcy wiadomości i przyłożył telefon do ucha. Przez moment panowała cisza, po czym odezwał się automatyczny komunikat informujący, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Marek rozłączył się i spróbował ponownie. Rezultat był identyczny.
Anna spojrzała na niego znad laptopa.
— Do kogo dzwonisz?
— Do siebie.
Na jej twarzy pojawiło się rozbawienie.
— I nie odbierasz?
Marek uśmiechnął się mimo woli.
— Najwyraźniej jestem zajęty.
Żart na chwilę rozładował napięcie. Marek odłożył telefon i usiadł obok Anny. Próbował skupić się na telewizji, ale po kilku minutach zorientował się, że nie pamięta ani jednego zdania wypowiedzianego przez prowadzącego. Myślami wracał do wiadomości i coraz bardziej irytowało go to, że pięć prostych słów zaczęło zajmować mu wieczór.
Nie jedź jutro do pracy.
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej banalne wydawało mu się to zdanie. Ktoś mógł wiedzieć, że następnego dnia pracuje. Nie było w tym nic niezwykłego. Był czwartek, a Marek od lat pracował w stałych godzinach. Każdy znajomy mógł wysłać podobną wiadomość i liczyć na to, że wywoła w nim niepokój.
Po kilkunastu minutach wstał i usiadł przy komputerze. Nie chciał wdawać się w techniczne szczegóły. Wpisał tylko kilka prostych haseł dotyczących wiadomości wysyłanych z fałszywego numeru. Szybko znalazł informacje o podszywaniu się pod nadawców i metodach zmiany numeru wyświetlanego odbiorcy. To mu wystarczyło.
— No i? — zapytała Anna.
— Da się.
— Czyli ktoś robi sobie żarty.
— Najprawdopodobniej.
— To skasuj wiadomość.
Marek spojrzał na telefon.
— Zostawię.
— Po co?
— Jakby to był Piotr, jutro mu pokażę.
Anna pokręciła głową.
— Ty naprawdę nie umiesz odpuścić czegoś, czego nie rozumiesz.
— Umiem.
— Właśnie widzę.
Marek odłożył telefon na stolik. Starał się już do niego nie wracać. Około dwudziestej drugiej trzydzieści Julia wyszła ze swojego pokoju po wodę. Zobaczyła ojca siedzącego w salonie i zapytała, dlaczego wpatruje się w telefon.
Marek podał jej urządzenie.
— Sprawdź nadawcę.
Julia przeczytała wiadomość i spojrzała na numer.
— To twój.
— Wiem.
— Dziwne.
— Da się tak zrobić?
Julia wzruszyła ramionami.
— Pewnie. Są jakieś aplikacje albo bramki.
— Bardzo konkretna odpowiedź.
— Nie jestem informatykiem.
— Wiem.
Oddała mu telefon.
— Ktoś cię po prostu trolluje.
— Też tak myślę.
— To nie odpowiadaj.
— Nie mam zamiaru.
Julia nalała sobie wody i wróciła do pokoju. Dla niej sprawa najwyraźniej była zakończona. Marek pomyślał, że może właśnie tak powinien do tego podejść. Jako do kolejnej cyfrowej sztuczki, która przez kilka minut wydaje się dziwna, a potem zostaje zapomniana.
Przed dwudziestą trzecią Anna poszła spać, a Marek jeszcze przez chwilę został w salonie. Sprawdził służbową pocztę, pogodę i ruch drogowy na następny poranek. Nie znalazł niczego niepokojącego. Trasa do pracy wyglądała normalnie, prognoza nie przewidywała niczego nadzwyczajnego, a w kalendarzu miał zwykły dzień. Wstał więc, zgasił telewizor i poszedł do sypialni, zabierając ze sobą telefon.
Kiedy położył się obok Anny, jeszcze raz odblokował ekran. Wiadomość nadal tam była.
„Nie jedź jutro do pracy.”
Przeczytał ją po raz ostatni i powiedział sobie, że rano wszystko wróci do normy. Wstanie, wypije kawę, pojedzie do pracy i po kilku godzinach będzie się dziwił, że poświęcił tej sprawie tyle uwagi. Nie było żadnego racjonalnego powodu, żeby robić cokolwiek innego.
Odłożył telefon ekranem do dołu i zgasił lampkę. Przez kilka minut leżał w ciemności, słuchając spokojnego oddechu Anny i odległego szumu samochodów za oknem. Raz jeszcze pomyślał o wiadomości, ale tym razem nie sięgnął po telefon.
To był błąd operatora albo głupi żart. Nic więcej. Z tą myślą zamknął oczy.
ROZDZIAŁ 2
Droga, której nie wybrał
Marek obudził się kilka minut przed budzikiem i przez chwilę nie pamiętał, dlaczego od razu spojrzał w stronę telefonu. Dopiero po paru sekundach wróciło do niego zdanie z poprzedniego wieczoru: „Nie jedź jutro do pracy.” Telefon leżał na szafce nocnej, ekran miał ciemny i nie pojawiło się na nim nic nowego. Marek poczuł lekką irytację na samego siebie. Jeszcze przed snem uznał całą sprawę za błąd operatora albo głupi żart, a mimo to pierwszą myślą po przebudzeniu była właśnie ta wiadomość.
O szóstej zadzwonił budzik. Marek wyłączył go, wstał i zaczął szykować się do pracy jak każdego dnia. Wziął prysznic, ogolił się, ubrał, a potem przeszedł do kuchni i uruchomił ekspres do kawy. Wszystkie czynności wykonywał automatycznie, lecz przez cały czas miał wrażenie, że gdzieś z tyłu głowy trwa osobna rozmowa. Jedna część jego umysłu powtarzała, że nie ma żadnego powodu, żeby zmieniać plany, druga zaś wracała do pięciu słów zapisanych na ekranie.
Kiedy kawa była gotowa, Marek otworzył aplikację z ruchem drogowym. Trasa do pracy wyglądała normalnie. Nie było żadnych wypadków, zamkniętych dróg ani poważniejszych korków, a przewidywany czas dojazdu różnił się od zwykłego o zaledwie kilka minut. Sprawdził też pogodę. Deszcz miał ustać przed siódmą, widoczność była dobra, żadnych ostrzeżeń pogodowych nie wydano. Im więcej sprawdzał, tym bardziej absurdalna wydawała mu się decyzja o pozostaniu w domu.
Anna weszła do kuchni, kiedy Marek siedział już przy stole z kubkiem w dłoni. Spojrzała na niego, potem na telefon leżący obok.
— Nic nowego? — zapytała.
— Nie.
— To chyba dobrze.
— Chyba.
Anna nalała sobie wody i usiadła naprzeciwko niego. Przez chwilę patrzyła, jak Marek po raz kolejny zerka na ekran telefonu.
— Nadal o tym myślisz.
— Trochę.
— Marek, przecież sam wczoraj sprawdziłeś, że da się podrobić numer.
— Wiem.
— No właśnie.
Marek skinął głową, ale nie odpowiedział. Wiedział, że Anna ma rację. Gdyby został w domu tylko dlatego, że ktoś wysłał mu anonimowego SMS-a, oznaczałoby to, że pozwolił obcemu człowiekowi wpłynąć na swoje zachowanie. Nie podobała mu się sama myśl o tym. Lubił podejmować decyzje na podstawie faktów, a tutaj fakt był prosty: nic nie wskazywało na to, że powinien zostać.
— Jadę normalnie — powiedział.
— I dobrze.
Dopił kawę, wstał od stołu i zaczął przygotowywać się do wyjścia. Włożył portfel do kieszeni, zabrał klucze, sprawdził, czy ma służbowy telefon, a potem założył kurtkę. Kiedy jednak stanął przy drzwiach, poczuł nagle coś, czego nie potrafił nazwać. Nie był to strach w pełnym znaczeniu tego słowa, raczej opór przed wykonaniem zwykłego ruchu, który wykonywał niemal codziennie. Jeszcze raz sięgnął po telefon i otworzył wiadomość.
„Nie jedź jutro do pracy.”
Patrzył na nią dłużej niż powinien. Potem wygasił ekran i wsunął telefon do kieszeni.
— Idziesz? — zapytała Anna z kuchni.
— Tak.
Marek wyszedł z mieszkania, zamknął drzwi i zszedł na dół. Na zewnątrz było chłodno, ale deszcz rzeczywiście ustał. Samochód stał na swoim miejscu. Marek otworzył drzwi, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. Przez chwilę wszystko wyglądało tak, jak powinno: kontrolki zgasły, radio odezwało się cicho, a nawigacja pokazała zwykłą trasę do pracy.
Marek wrzucił bieg, ale nie ruszył. Zamiast tego siedział nieruchomo, patrząc przez przednią szybę. W głowie zaczął wyobrażać sobie drogę, którą znał na pamięć. Pierwsze skrzyżowanie, wjazd na obwodnicę, długi odcinek między dwoma węzłami, potem zjazd w stronę pracy. Jeździł tamtędy setki razy i nigdy wcześniej nie zastanawiał się, ile rzeczy może wydarzyć się w ciągu kilkudziesięciu minut.
Wyłączył silnik.
Przez chwilę poczuł ulgę, a zaraz potem złość na siebie. Wiedział, że jeśli teraz wróci do domu, będzie musiał przyznać przynajmniej przed sobą, że wiadomość jednak na niego wpłynęła. Mimo to nie uruchomił silnika ponownie. Zamiast tego wyjął telefon i zadzwonił do przełożonego.
Robert odebrał po kilku sygnałach.
— Halo?
— Cześć. Przepraszam, że tak rano.
— Coś się stało?
Marek zawahał się tylko przez chwilę.
— Źle się czuję. Wezmę dziś wolne.
— Coś poważnego?
— Nie, raczej nie. Chyba coś żołądkowego.
— Jasne. Odpoczywaj. Spotkanie przełożymy.
— Dzięki.
Marek rozłączył się i przez kilka sekund patrzył na telefon. Kłamstwo przyszło mu łatwiej, niż się spodziewał, ale nie czuł się z tym dobrze. Jednocześnie wiedział, że decyzja już zapadła. Wysiadł z samochodu i wrócił do mieszkania.
Anna spojrzała na niego zaskoczona.
— Zapomniałeś czegoś?
— Nie jadę.
— Do pracy?
— Wziąłem wolne.
Przez chwilę milczała.
— Przez tę wiadomość?
Marek zdjął kurtkę i odłożył klucze.
— Nie tylko. Jestem zmęczony.
Anna spojrzała na niego tak, jakby oboje wiedzieli, że nie mówi całej prawdy.
— Jasne.
Nie ciągnęła tematu. Po kilkunastu minutach sama zaczęła szykować się do wyjścia, a Marek usiadł przy stole i próbował przekonać siebie, że zrobił po prostu coś rozsądnego. Jeden dzień wolnego nie miał żadnego znaczenia. Miał niewykorzystany urlop, w pracy nic pilnego się nie działo, a czasem człowiek mógł po prostu zostać w domu. Nie musiał tłumaczyć tej decyzji jedną głupią wiadomością.
Kiedy Anna wyszła, w mieszkaniu zrobiło się cicho. Marek zrobił sobie drugą kawę i włączył telewizor, ale nie potrafił skupić się na żadnym programie. Przez pierwszą godzinę zerkał na telefon co kilka minut. Później zaczął się z tego śmiać. Nic się nie działo. Nie przychodziły żadne nowe wiadomości, nikt do niego nie dzwonił, w telewizji nie pojawiało się nic nadzwyczajnego.
Koło dziewiątej Marek był już niemal pewien, że dał się nabrać. Pomyślał nawet, że powinien pojechać do pracy z opóźnieniem, ale szybko odrzucił ten pomysł. Skoro już wziął wolne, postanowił zostać w domu. Posprzątał kilka rzeczy w kuchni, przejrzał dokumenty, które od dawna odkładał, i sprawdził prywatną pocztę. Z każdą kolejną minutą wiadomość z poprzedniego wieczoru traciła znaczenie.
O 10:18 zadzwonił telefon.
Na ekranie pojawiło się imię Piotra.
Marek odebrał.
— No?
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.
— Ty dzisiaj nie przyjechałeś?
— Nie. Wziąłem wolne.
— Jesteś w domu?
Ton Piotra był inny niż zwykle. Marek od razu to wyczuł.
— Tak. Co się stało?
— Nic ci nie jest?
— Nie. Dlaczego?
W tle było słychać kilka głosów i jakiś odległy hałas.
— Na obwodnicy był wypadek.
Marek wyprostował się.
— Gdzie?
Piotr podał nazwę węzła.
Marek znał to miejsce doskonale.
— Co dokładnie się stało?
— Ciężarówka przebiła bariery i wjechała na przeciwny pas. Kilka samochodów rozbitych. Podobno są ciężko ranni. Droga jest całkowicie zablokowana.
Marek poczuł, jak robi mu się zimno.
— O której?
— Koło siódmej. Może chwilę po.
Marek spojrzał na zegar w kuchni. Przez chwilę nic nie mówił. Gdyby wyjechał o zwykłej porze, właśnie wtedy byłby na tym odcinku drogi.
— Marek?
— Jestem.
— Masz cholerne szczęście.
Marek nie odpowiedział.
Po zakończeniu rozmowy od razu otworzył aplikację z ruchem drogowym. Fragment trasy był całkowicie czerwony, a część drogi oznaczona jako zamknięta. Powiększył mapę i poczuł, jak napięcie wraca ze zdwojoną siłą. Miejsce wypadku znajdowało się dokładnie na jego codziennej trasie.
Wszedł na lokalny portal informacyjny. Pojawiła się już krótka wiadomość o zderzeniu samochodu ciężarowego z kilkoma autami osobowymi. Na miejscu działały służby ratunkowe, a droga została zamknięta w obu kierunkach. W pierwszej wersji artykułu nie podano jeszcze liczby poszkodowanych, ale autor wspominał o bardzo poważnym zdarzeniu.
Marek odświeżył stronę kilka razy. Po kilkunastu minutach pojawiła się aktualizacja. Wypadek miał miejsce o 7:06.
Przez chwilę patrzył na tę godzinę bez ruchu.
Znał swoją codzienną trasę na tyle dobrze, że nie potrzebował żadnych obliczeń. Gdy wyjeżdżał z domu około 6:45, mniej więcej dwadzieścia minut później docierał właśnie w okolice tego węzła. Czasem kilka minut wcześniej, czasem później, w zależności od świateł i natężenia ruchu.
7:06.
Marek wstał od stołu i podszedł do okna. Na zewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie. Ludzie szli chodnikiem, samochody zatrzymywały się na światłach, autobus podjechał na przystanek. Świat nie zmienił się nawet odrobinę, a jednak Marek miał wrażenie, że coś w jego własnym świecie właśnie pękło.
Próbował znaleźć rozsądne wyjaśnienie. Przypadek był najprostszym. Każdego dnia dochodziło do wypadków, a on po prostu miał szczęście, że został w domu. To, że ktoś poprzedniego wieczoru wysłał mu dziwną wiadomość, nie musiało mieć z tym nic wspólnego. Dwa niezależne zdarzenia mogły się na siebie nałożyć.
Problem polegał na tym, że im dłużej Marek powtarzał sobie to wyjaśnienie, tym mniej w nie wierzył.
Wrócił do stołu i wziął telefon do ręki. Otworzył wiadomość z poprzedniego wieczoru.
„Nie jedź jutro do pracy.”
Jeszcze wczoraj widział w tych słowach żart. Teraz po raz pierwszy potraktował je jak ostrzeżenie.
ROZDZIAŁ 3
Zadzwoń do matki
Następnego dnia Marek obudził się wcześniej niż zwykle. Tym razem nie potrzebował budzika ani powodu, by od razu sięgnąć po telefon. Przez kilka sekund leżał nieruchomo, patrząc na ekran, jakby spodziewał się, że w nocy pojawiła się kolejna wiadomość. Niczego jednak nie było. Odetchnął z ulgą, choć szybko zorientował się, że to uczucie nie było wcale przyjemne. Jeszcze dwa dni wcześniej zwykły brak SMS-a nie miałby dla niego żadnego znaczenia. Teraz sprawdzał telefon tak, jakby od tego zależało coś ważnego.
Wypadek na obwodnicy nie dawał mu spokoju. Wczoraj wielokrotnie wracał do lokalnego portalu i czytał kolejne aktualizacje. Wiedział już, że kilka osób zostało ciężko rannych, a jeden z samochodów znajdował się dokładnie na pasie, którym zwykle jechał do pracy. Nie potrafił określić, czy znalazłby się właśnie w tym miejscu, gdyby nie został w domu, ale sama możliwość wystarczyła, żeby wiadomość z własnego numeru przestała być dla niego głupim żartem.
Anna nie wracała już do tematu. Wieczorem zapytała tylko, czy Marek zamierza następnego dnia iść do pracy. Odpowiedział, że oczywiście tak. Nie chciał, żeby jedna wiadomość zaczęła rządzić jego życiem. W głębi duszy wiedział jednak, że coś się zmieniło. Gdyby tego ranka przyszedł kolejny SMS, nie potrafiłby już potraktować go tak lekko jak pierwszego.
Wstał, ubrał się i poszedł do kuchni. Zaparzył kawę, przygotował kanapki do pracy i kilka razy zerknął na telefon leżący na stole. Nic się nie wydarzyło. Julia weszła na chwilę do kuchni, zabrała jogurt z lodówki i rzuciła ojcu szybkie spojrzenie.
— Znowu patrzysz na telefon.
— Sprawdzam godzinę.
— Masz zegarek.
Marek spojrzał na nadgarstek.
— Rzeczywiście.
Julia uśmiechnęła się i wyszła, a Marek przez chwilę patrzył za nią. Nie chciał przyznać nawet przed samym sobą, że córka miała rację. Od wczoraj zachowywał się inaczej. Każde powiadomienie zwracało jego uwagę, a każdy krótki dźwięk telefonu wywoływał napięcie.
Do pracy pojechał inną trasą.
Nie planował tego. Kiedy rano wsiadł do samochodu, początkowo ustawił nawigację tak jak zawsze. Dopiero przed wjazdem na obwodnicę skręcił wcześniej i pojechał przez miasto. Tłumaczył sobie, że droga nadal może być zakorkowana po wczorajszym wypadku, choć wiedział, że utrudnienia dawno usunięto. Nie chciał po prostu przejeżdżać przez miejsce, w którym dzień wcześniej mogło stać się coś, czego być może uniknął tylko dzięki pięciu słowom wysłanym z własnego numeru.
W pracy zachowywał się normalnie. Przynajmniej tak mu się wydawało. Odpowiadał na wiadomości, uczestniczył w spotkaniach i nadrabiał to, czego nie zrobił poprzedniego dnia. Piotr kilka razy żartował, że Marek miał wyjątkowe szczęście, ale nie wiedział nic o SMS-ie. Marek nawet nie rozważał, by mu powiedzieć. Sam jeszcze nie wiedział, co właściwie miałby wyjaśnić.
Po południu wrócił do domu później niż zwykle. Anna przygotowywała kolację, Julia siedziała przy stole i coś pisała. Przez kilka minut rozmawiali o zwyczajnych rzeczach. Julia opowiadała o szkole, Anna narzekała na koleżankę z pracy, a Marek słuchał ich z poczuciem, że właśnie tak powinien wyglądać normalny wieczór. Telefon leżał w kieszeni i przez dłuższy czas nie zwracał na niego uwagi.
Dopiero kiedy poszedł do kuchni po wodę, urządzenie zawibrowało.
Marek zatrzymał się.
Nie sięgnął po telefon od razu. Stał przez chwilę przy zlewie i czuł, jak wraca znajome napięcie. Mógł to być bank, operator, reklama albo zwykła wiadomość od kogoś z pracy. Mimo to jeszcze zanim zobaczył ekran, wiedział, czego się obawia.
Wyjął telefon. Nowy SMS. Nadawca: jego własny numer.
Marek poczuł, jak robi mu się sucho w ustach. Otworzył wiadomość.
„Zadzwoń dziś do matki. Nie odkładaj.”
Przeczytał zdanie kilka razy. Tym razem nie próbował się śmiać ani szukać technicznego wyjaśnienia. Po wypadku z poprzedniego dnia nie potrafił już spojrzeć na wiadomość tak samo jak wcześniej.
Jego matka miała siedemdziesiąt lat i mieszkała sama kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Marek dzwonił do niej regularnie, ale nie codziennie. Ostatnio rozmawiali trzy dni wcześniej. Nic nie wskazywało na to, żeby działo się coś niepokojącego.
Wrócił do salonu z telefonem w dłoni. Anna spojrzała na niego i od razu zauważyła zmianę w jego twarzy.
— Co się stało?
Marek zawahał się, ale tym razem nie próbował niczego ukrywać.
— Przyszła następna.
Anna odłożyła widelec.
— Wiadomość?
— Tak.
— Z tego samego numeru?
Marek podał jej telefon.
Anna przeczytała treść i spojrzała na niego poważnie.
— Zadzwoń.
Nie musiał pytać, dlaczego. Jeszcze dwa dni wcześniej zapewne powiedziałaby, żeby zignorował dziwny SMS. Teraz oboje pamiętali o wypadku.
Marek wybrał numer matki.
Odebrała po kilku sygnałach.
— Halo?
Sam dźwięk jej głosu sprawił, że poczuł ulgę.
— Cześć, mamo.
— Marek? Coś się stało?
— Nie. Dlaczego?
— Bo zwykle nie dzwonisz o tej porze.
Marek spojrzał na zegar. Było po dziewiętnastej.
— Pomyślałem, że zadzwonię.
— To dobrze. Już myślałam, że coś z dziećmi.
— Z Julią wszystko dobrze.
— A Anna?
— Też.
Przez pierwsze minuty rozmowa wyglądała zupełnie zwyczajnie. Matka opowiadała o sąsiadce, która znowu pomyliła terminy wywozu śmieci, o rachunku za prąd i o tym, że w pobliskim sklepie zmienili godziny otwarcia. Marek słuchał, od czasu do czasu odpowiadając krótkimi zdaniami, ale cały czas czekał na coś, co uzasadniłoby wiadomość.
Nic takiego się nie pojawiało.
Po kilku minutach zaczął czuć się głupio. Może tym razem SMS naprawdę nie znaczył niczego szczególnego. Może ktoś po prostu bawił się jego reakcjami. Wypadek mógł być przypadkiem, a wiadomość o matce kolejną próbą wpłynięcia na niego.
Marek już miał zakończyć rozmowę, kiedy matka niespodziewanie zmieniła temat.
— Wiesz, Marek, ostatnio dużo myślę o twoim ojcu.
Zamilkł.
Ojciec nie żył od wielu lat. Matka wspominała go od czasu do czasu, ale rzadko mówiła o nim wprost.
— Dlaczego akurat teraz? — zapytał.
— Nie wiem. Chyba człowiek na starość wraca do różnych rzeczy.
Marek oparł się o krzesło. Anna i Julia rozmawiały cicho przy stole, ale ich głosy jakby oddaliły się na drugi plan.
— Co ci się przypomniało?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Że nie wszystko zdążyłam mu powiedzieć.
Marek nie odpowiedział od razu.
— Co masz na myśli?
— Człowiek całe życie myśli, że będzie jeszcze czas. Że jutro porozmawia, jutro przeprosi, jutro powie coś ważnego. A potem któregoś dnia tego jutra nie ma.
Marek poczuł lekkie ukłucie niepokoju.
— Mamo, wszystko w porządku?
— Tak. Dlaczego miałoby nie być?
— Mówisz jakoś inaczej.
— Po prostu się starzeję.
Zaśmiała się cicho, ale Marek nie odpowiedział uśmiechem.
— Byłaś u lekarza ostatnio?
— Byłam w zeszłym miesiącu.
— I?
— Wszystko w normie. Jak na mój wiek.
Marek próbował się uspokoić, ale słowa matki nadal brzmiały mu w głowie. Nie wszystko zdążyłam mu powiedzieć.
— Mamo?
— Tak?
— A jest coś, czego mnie nie powiedziałaś?
Po drugiej stronie znów zapadła cisza.
Tym razem dłuższa.
— Pewnie dużo rzeczy.
— Na przykład?
Matka westchnęła.
— Marek, nie wiem, dlaczego o to pytasz.
— Po prostu pytam.
— Zawsze byłam z ciebie dumna.
Marek zamilkł.
Nie spodziewał się tego.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Nigdy ci tego prawie nie mówiłam.
Marek poczuł, jak coś zaciska mu się w gardle. Jego matka rzeczywiście nie należała do ludzi, którzy często mówili o uczuciach. Kiedy był dzieckiem, troskę okazywała jedzeniem, czystymi ubraniami i pytaniem, czy nie jest mu zimno. Nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz powiedziała mu coś podobnego.
— Nie musisz teraz…
— Muszę. Właśnie o to chodzi. Zawsze człowiek mówi, że nie musi.
Marek przestał patrzeć na Annę i Julię. Wpatrywał się w ciemne okno, w którym odbijała się kuchnia.
— Byłeś dobrym synem — powiedziała matka. — Nawet wtedy, kiedy ci tego nie ułatwiałam.
— Mamo…
— Pozwól mi skończyć.
Marek milczał.
— Wiem, że czasem byłam trudna. Po śmierci twojego ojca szczególnie. Zostałam sama i chyba za długo byłam zła na cały świat. Na ciebie też, chociaż niczemu nie byłeś winny.
Marek pamiętał tamte lata. Nie rozmawiali o nich od bardzo dawna. Były kłótnie, tygodnie ciszy, wzajemne pretensje i słowa, których oboje później żałowali.
— To było dawno.
— Dawno nie znaczy, że nie trzeba o tym powiedzieć.
Marek poczuł, że rozmowa zaczyna go niepokoić w zupełnie inny sposób niż wiadomość.
— Przepraszam cię za tamten czas — powiedziała matka.
Zamknął oczy.
— Ja też nie byłem łatwy.
— Byłeś młody.
— Miałem ponad dwadzieścia lat.
— Dla matki to nadal młody.
Marek uśmiechnął się lekko.
Rozmawiali jeszcze prawie godzinę. Po raz pierwszy od wielu lat wrócili do rzeczy, których oboje unikali. Do śmierci ojca, do pierwszych miesięcy po pogrzebie, do kłótni, która sprawiła, że Marek przez kilka tygodni nie odwiedzał domu. Matka opowiedziała mu o swoim strachu, którego wtedy nie potrafiła nazwać. Marek powiedział jej, że przez lata uważał, iż była na niego zła, choć teraz rozumiał, że po prostu nie umiała poradzić sobie ze stratą.
Kiedy rozmowa zbliżała się do końca, oboje byli już zmęczeni. Matka zażartowała, że od tak poważnych rozmów człowiek szybciej się starzeje, a Marek odpowiedział, że w takim razie następnym razem będą rozmawiać wyłącznie o pogodzie.
— Dzwoń czasem bez powodu — powiedziała.
— Będę.
— Nie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujesz.
— Dobrze.
— Obiecujesz?
Marek spojrzał na telefon, choć matka oczywiście nie mogła tego zobaczyć.
— Obiecuję.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
— Kocham cię, synku — powiedziała.
Marek poczuł, jak serce uderza mu mocniej.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz usłyszał od niej te słowa.
— Ja ciebie też, mamo.
Pożegnali się kilka minut później. Marek odłożył telefon na stół i przez chwilę nic nie mówił. Anna spojrzała na niego pytająco.
— Wszystko dobrze?
— Tak.
— Na pewno?
Marek skinął głową.
— Po prostu dawno tak nie rozmawialiśmy.
Nie powiedział nic więcej. Nie wiedział jeszcze, czy wiadomość miała jakiekolwiek znaczenie. Matka była zdrowa, przynajmniej według niej. Rozmowa okazała się ważna, ale równie dobrze mogła być zwykłym przypadkiem. Mimo to Marek tego wieczoru nie próbował już przekonywać siebie, że ktoś tylko robi sobie żarty.
Następnego dnia był w pracy, kiedy zadzwoniła Anna. Odebrał od razu.
— Marek?
Już po pierwszym słowie wiedział, że coś jest nie tak.
— Co się stało?
— Dzwoniła twoja ciotka. Twoja mama jest w szpitalu.
Marek poderwał się z krzesła.
— Co?
— Rano źle się poczuła. Podobno straciła przytomność w sklepie. Karetka ją zabrała.
Przez chwilę nie potrafił zebrać myśli.
— Do którego szpitala?
Anna podała nazwę. Marek nie pamiętał później, czy coś odpowiedział. Wiedział tylko, że kilka minut później siedział już w samochodzie.
Droga do szpitala minęła mu jak we mgle. Nie zwracał uwagi na radio ani na innych kierowców. W głowie wciąż słyszał słowa matki z poprzedniego wieczoru.
„Zawsze byłam z ciebie dumna.”
„Przepraszam cię za tamten czas.”
„Kocham cię, synku.”
Kiedy dotarł na miejsce, dowiedział się, że matka jest przytomna, ale lekarze podejrzewają problemy z sercem i zostawiają ją na obserwacji. Dopiero wtedy Marek poczuł, że może swobodniej oddychać.
Usiadł na korytarzu i wyjął telefon. Przez chwilę patrzył na listę wiadomości. Pierwsza ostrzegła go przed drogą. Druga kazała zadzwonić do matki.
Jeszcze dwa dni wcześniej potrafił znaleźć dla wszystkiego rozsądne wyjaśnienie. Błąd operatora, fałszywy numer, głupi żart, przypadek. Teraz te wyjaśnienia nadal istniały, ale przestały mu wystarczać.
Otworzył drugą wiadomość.
„Zadzwoń dziś do matki. Nie odkładaj.”
Gdyby ją zignorował, być może zadzwoniłby dopiero po informacji ze szpitala. Nie odbyliby tej rozmowy. Nie usłyszałby przeprosin, na które nigdy świadomie nie czekał. Nie powiedziałby matce, że ją kocha.
Marek siedział na szpitalnym korytarzu i po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, której jeszcze wczoraj nie chciał nawet rozważać.
Ktoś wiedział. Nie wiedział kto. Nie wiedział jak. Ale ktoś wiedział wcześniej.
ROZDZIAŁ 4
Nie podpisuj
Po wydarzeniach związanych z matką Marek zaczął patrzeć na telefon inaczej. Nie sprawdzał go już wyłącznie z przyzwyczajenia. Za każdym razem, gdy ekran się rozświetlał, czuł krótki skurcz w żołądku. Wiedział, że większość powiadomień nadal będzie zwyczajna, ale dwie wiadomości z własnego numeru wystarczyły, żeby przestał traktować ten telefon jak neutralne urządzenie. Teraz stał się czymś więcej — źródłem ostrzeżeń, których Marek nie rozumiał, ale których coraz trudniej było mu ignorować.
W pracy wszystko wróciło pozornie do normalnego rytmu. Matka pozostawała pod obserwacją, lekarze uspokajali, że jej stan jest stabilny, a Anna namawiała go, żeby przynajmniej przez kilka dni nie próbował analizować wszystkiego, co się wydarzyło. Marek obiecał, że spróbuje. Sam jednak wiedział, że to niemożliwe. Wypadek i rozmowa z matką układały się w ciąg, którego nie potrafił odrzucić jako zwykłego przypadku.
Tego dnia około południa jego przełożony poprosił go do gabinetu. Robert wyglądał na zadowolonego i od razu dał Markowi do zrozumienia, że rozmowa nie dotyczy żadnego problemu. Na biurku leżała teczka z dokumentami, a obok niej kubek kawy i kilka wydruków.
— Mam dla ciebie dobrą wiadomość — powiedział Robert.
Marek usiadł naprzeciwko niego.
— Brzmi podejrzanie.
— Tym razem nie. Zarząd zatwierdził zmianę struktury projektu. Chcą, żebyś przejął większą odpowiedzialność za wdrożenie.
Marek uniósł brwi.
— Co dokładnie znaczy „większą odpowiedzialność”?
Robert przesunął w jego stronę teczkę.
— Nowe stanowisko, wyższa premia i większy wpływ na decyzje. Formalnie będziesz koordynował część projektu po naszej stronie.
Marek otworzył dokumenty. Warunki wyglądały dobrze. Wynagrodzenie rosło, premia była wyraźnie wyższa, a zakres obowiązków nie wydawał się szczególnie ryzykowny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
— I co jest haczykiem? — zapytał.
Robert uśmiechnął się.
— Zawsze musi być haczyk?
— Zwykle jest.
— Tym razem nie. Chcą to zamknąć szybko, bo od przyszłego tygodnia rusza kolejny etap.
Marek zaczął czytać dokument. Nie znał się na wszystkich zapisach prawnych, ale większość brzmiała standardowo. Zakres odpowiedzialności był szeroki, jednak nic nie sugerowało problemów. Robert tłumaczył, że chodzi głównie o formalne uporządkowanie tego, co Marek i tak już częściowo robi.
— Możesz zabrać dokument do domu — powiedział. — Ale szczerze mówiąc, zależy im, żebyśmy podpisali to dzisiaj.
Marek spojrzał na niego.
— Dlaczego taki pośpiech?
— Procedury. Zarząd chce mieć wszystko zamknięte przed końcem tygodnia.
To wyjaśnienie było logiczne, ale po ostatnich wydarzeniach Marek przestał ufać sytuacjom, które wyglądały zbyt prosto. Mimo to nie miał żadnego konkretnego powodu, żeby odmówić. Wręcz przeciwnie. Nowe stanowisko oznaczało więcej pieniędzy, większą stabilność i coś, na co wcześniej czekał.
— Daj mi chwilę — powiedział.
Robert skinął głową.
— Jasne. Przeczytaj spokojnie.
Marek wrócił do swojego biurka z teczką pod pachą. Położył dokument przed sobą i zaczął czytać od początku. Tym razem wolniej. Zatrzymywał się przy każdym zapisie, który dotyczył odpowiedzialności, kosztów, terminów i zatwierdzania zmian. Nic nie wyglądało jednoznacznie źle, ale kilka sformułowań było na tyle szerokich, że zaczęły go drażnić.
Właśnie wtedy telefon zawibrował.
Marek zamarł.
Nie sięgnął po niego od razu. Przez kilka sekund patrzył na urządzenie leżące obok klawiatury, jakby samym spojrzeniem mógł opóźnić to, co zobaczy. W końcu odblokował ekran.
Nowa wiadomość.
Z jego własnego numeru.
„Nie podpisuj tej umowy.”
Marek poczuł, że robi mu się gorąco. Tym razem nie było żadnej wieloznaczności. Wiadomość odnosiła się dokładnie do tego, co leżało przed nim. Nie do dnia, nie do miejsca, nie do kogoś z rodziny. Do konkretnego dokumentu, który właśnie miał podpisać.
Przeczytał SMS kilka razy.
Potem spojrzał na umowę.
Jeszcze kilka dni wcześniej uznałby to za kolejny żart. Teraz nie potrafił już tego zrobić. Pierwsza wiadomość poprzedziła wypadek. Druga — pobyt matki w szpitalu i rozmowę, która okazała się ważniejsza, niż mógł przewidzieć. Trzecia pojawiła się dokładnie wtedy, gdy miał podjąć decyzję.
Marek odłożył telefon i spróbował myśleć racjonalnie. Przecież ktoś mógł wiedzieć o umowie. Robert, kadry, zarząd, może ktoś z działu prawnego. Ale skąd ktoś miałby znać numer, podszyć się pod niego i wysłać wiadomość właśnie teraz? A jeśli to nie był nikt z firmy, to skąd wiedział o dokumencie?
Ta myśl była bardziej niepokojąca niż sam SMS.
Marek wrócił do gabinetu Roberta.
— I jak? — zapytał przełożony.
Marek położył teczkę na biurku.
— Nie podpiszę tego dzisiaj.
Robert spojrzał na niego zaskoczony.
— Dlaczego?
— Chcę to jeszcze przeanalizować.
— Mówiłem, możesz przeczytać, ale warunki są dobre.
— Wiem.
— To w czym problem?
Marek zawahał się.
Nie mógł powiedzieć prawdy.
— Za duża odpowiedzialność jak na coś, co mam podpisać od ręki.
Robert westchnął.
— Marek, to nie jest pułapka. Sam wiesz, jak działa projekt.
— Właśnie dlatego chcę mieć pewność.
— Zarząd może to odebrać jako brak zdecydowania.
— Trudno.
Robert patrzył na niego przez chwilę, jakby próbował ocenić, czy Marek mówi poważnie.
— Rezygnujesz z podwyżki?
— Nie mówię, że rezygnuję. Mówię, że nie podpiszę tego dzisiaj.
— A jeśli jutro będzie za późno?
Marek pomyślał o wiadomości.
— To będzie za późno.
Robert odchylił się w fotelu.
— Nie poznaję cię.
Marek uśmiechnął się słabo.
— Sam siebie ostatnio trochę nie poznaję.
Wrócił do biurka bez dokumentów. Przez resztę dnia próbował pracować normalnie, ale myślami cały czas wracał do umowy. Czuł, że być może odrzucił szansę, na którą czekał od miesięcy. Wiedział też, że zrobił to nie dlatego, że znalazł w dokumencie oczywisty błąd, lecz dlatego, że posłuchał telefonu.
To nie podobało mu się najbardziej.
Pierwsza wiadomość mogła uratować mu życie. Druga dała mu szansę na ważną rozmowę z matką. Trzecia zaczynała wpływać na jego pracę i pieniądze.
Granica przesunęła się dalej.
Przez następne dwa dni nic się nie wydarzyło. Robert zachowywał się chłodno, ale nie wracał do tematu. Marek zaczął podejrzewać, że przesadził. Być może odmówił bez powodu, a ktoś tylko wykorzystał przypadkową wiedzę o sytuacji w firmie.
Trzeciego dnia rano atmosfera w biurze była jednak wyraźnie inna. Ludzie rozmawiali ciszej, kilka osób zostało wezwanych na spotkanie, a Robert zniknął na ponad godzinę. Kiedy wrócił, wyglądał na zmęczonego.
Marek od razu wiedział, że coś się stało.
— Możemy porozmawiać? — zapytał.
Robert zamknął drzwi gabinetu.
— Mamy problem.
— Jaki?
— Duży.
Usiadł ciężko za biurkiem i przez chwilę milczał.
— Wyszły niezgodności w projekcie. Poważne.
— Jakie niezgodności?
— Koszty. Rozliczenia. Część zamówień została zatwierdzona bez właściwej dokumentacji.
Marek poczuł, jak robi mu się zimno.
— I co to ma wspólnego ze mną?
Robert spojrzał na niego.
— Z tobą nic.
Zawiesił głos.
— Gdybyś podpisał umowę, miałbyś formalną odpowiedzialność za część zatwierdzeń.
Marek nic nie powiedział.
— Nie twierdzę, że ktoś chciał cię wrobić — dodał Robert szybko. — Ale sytuacja wygląda źle. Bardzo źle. Prawnicy już to sprawdzają.
Marek czuł, jak serce zaczyna bić szybciej.
— Ktoś podpisał zamiast mnie?
— Tak.
— Kto?
Robert podał nazwisko.
Marek znał tę osobę.
Przez kilka sekund patrzył na biurko, próbując zrozumieć skalę tego, czego właśnie uniknął.
— Jak duża jest odpowiedzialność? — zapytał.
— Jeszcze nie wiadomo. Ale może chodzić o naprawdę poważne pieniądze.
Marek wyszedł z gabinetu i wrócił na swoje miejsce. Usiadł, nie uruchamiając komputera. Telefon leżał obok klawiatury.
Po chwili wziął go do ręki.
Otworzył wiadomość.
„Nie podpisuj tej umowy.”
Przeczytał ją kilka razy. Tym razem nie próbował znaleźć innego wyjaśnienia. Nie zastanawiał się nad operatorem, żartem ani przypadkiem. Pierwsza wiadomość dotyczyła drogi. Druga matki. Trzecia umowy. Za każdym razem instrukcja była krótka. Za każdym razem pojawiała się przed wydarzeniem. I za każdym razem była właściwa.
Marek odłożył telefon, ale po chwili znów po niego sięgnął. Po raz pierwszy nie czuł wyłącznie lęku. Pojawiło się coś jeszcze. Zaufanie. I właśnie to przestraszyło go najbardziej.
ROZDZIAŁ 5
Pierwsze pytanie
Przez kilka kolejnych dni Marek próbował zachowywać się tak, jakby wszystko wróciło do normy. Chodził do pracy, odwiedzał matkę, która po krótkiej obserwacji wróciła do domu, i starał się nie wracać myślami do trzech wiadomości. Nie było to jednak łatwe. Każda z nich pojawiła się przed wydarzeniem, którego sam nie mógł przewidzieć, a każda instrukcja okazała się trafna. Im dłużej o tym myślał, tym mniej prawdopodobne wydawało mu się, że ma do czynienia z serią przypadków.
Nie mówił o tym nikomu poza Anną. Nawet z nią rozmawiał ostrożnie, jakby samo wypowiedzenie pewnych rzeczy mogło nadać im większą wagę. Anna nadal próbowała szukać racjonalnych wyjaśnień. Powtarzała, że ktoś może mieć dostęp do informacji, których Marek nie zna, że przypadki czasem układają się w niepokojące wzory i że człowiek ma skłonność do zapamiętywania tych zdarzeń, które pasują do historii. Marek słuchał jej, ale coraz trudniej było mu się z nią zgodzić.
Najbardziej niepokoiło go to, że nie wiedział, czego oczekiwać. Wiadomości pojawiały się bez ostrzeżenia, zawsze krótkie i konkretne, jakby nadawca nie miał ani czasu, ani potrzeby tłumaczyć czegokolwiek. Marek nie wiedział, czy następny SMS przyjdzie za godzinę, tydzień czy miesiąc. Nie wiedział też, czego będzie dotyczył. Ta niewiedza zaczęła działać na niego silniej niż sama treść wiadomości.
W środę po południu siedział przy biurku i bez większego skupienia przeglądał raport. Telefon leżał obok klawiatury. Od kilku godzin nic się na nim nie działo, a mimo to Marek co jakiś czas zerkał na ekran. W końcu odłożył dokumenty i otworzył historię wiadomości. Trzy krótkie SMS-y wyglądały niemal absurdalnie skromnie wobec wszystkiego, co się przez nie wydarzyło.
Pierwszy ostrzegł go przed drogą.
Drugi kazał zadzwonić do matki.
Trzeci powstrzymał go przed podpisaniem umowy.
Marek patrzył na te zdania i po raz pierwszy pomyślał nie o tym, co jeszcze może dostać, ale o tym, że sam przecież może coś wysłać.
Ta możliwość była oczywista, a jednak do tej pory jej nie wykorzystał. Za pierwszym razem próbował tylko zadzwonić pod własny numer. Później był zbyt zaskoczony kolejnymi wydarzeniami, by myśleć o odpowiedzi. Teraz jednak pytanie dojrzewało w nim od kilku dni.
Kim jesteś?
Otworzył pole odpowiedzi i wpisał dwa słowa.
„Kim jesteś?”
Patrzył na ekran dłuższą chwilę. Palec spoczywał nad przyciskiem wysyłania. Nagle poczuł się głupio. Wysyłał wiadomość na własny numer, do kogoś, kto być może w ogóle nie istniał. Może SMS-y były efektem jakiegoś błędu technicznego, a on właśnie zachowywał się tak, jakby prowadził korespondencję z nieznanym człowiekiem.
Skasował tekst.
Po kilku sekundach wpisał go ponownie.
„Kim jesteś?”
Tym razem nacisnął „Wyślij”.
Wiadomość zniknęła z pola tekstowego i pojawiła się w historii rozmowy. Marek poczuł dziwne napięcie. Przez kilka minut patrzył na telefon, jakby spodziewał się natychmiastowej odpowiedzi. Nic się jednak nie wydarzyło.
Po dziesięciu minutach wrócił do pracy.
Po pół godzinie sprawdził telefon.
Bez zmian.
Po godzinie również.
W porze obiadowej zaczął się zastanawiać, czy wiadomość w ogóle gdzieś dotarła. W historii wyglądała jak zwykły wysłany SMS, ale skoro numer należał do niego, nie miał pojęcia, co właściwie się z nią stało. Czy system przekazał ją gdziekolwiek? Czy ktoś po drugiej stronie mógł ją odebrać? A może po prostu zapisała się lokalnie i nigdy nie opuściła telefonu?
Próbował nie myśleć o tym do końca dnia. Nie udało się.
W drodze do domu sprawdzał ekran na każdych światłach. Wiedział, że to bezsensowne, a mimo to robił to automatycznie. Kiedy telefon zawibrował w kieszeni podczas jazdy, serce uderzyło mu mocniej. Okazało się, że to zwykłe powiadomienie z aplikacji pogodowej.
W domu Anna od razu zauważyła, że Marek jest bardziej spięty niż zwykle.
— Coś się stało? — zapytała.
— Nie.
— W pracy?
— Też nie.
Anna spojrzała na niego uważniej.
— Przyszła wiadomość?
Marek zawahał się.
— Nie.
— To o co chodzi?
Usiadł przy stole i wyjął telefon.
— Napisałem do niego.
Anna przez chwilę nie zrozumiała.
— Do kogo?
— Do tego, kto wysyła wiadomości.
Jej twarz spoważniała.
— Co napisałeś?
— Zapytałem, kim jest.
— Odpowiedział?
— Nie.
Anna usiadła naprzeciwko niego.
— Może to dobrze.
— Dlaczego?
— Bo jeśli ktoś naprawdę się tobą bawi, to właśnie pokazałeś mu, że reagujesz.
Marek wiedział, że ma rację. Sam myślał o tym przez całe popołudnie. Odpowiedź była pierwszym aktywnym ruchem z jego strony. Do tej pory tylko wykonywał lub ignorował instrukcje. Teraz dał nadawcy sygnał, że nie jest już biernym odbiorcą.
— Chcę wiedzieć, kto to jest — powiedział.
— A jeśli się dowiesz?
Marek nie odpowiedział.
To pytanie było gorsze niż wszystkie poprzednie.
Wieczór mijał powoli. Julia oglądała coś w swoim pokoju, Anna czytała książkę, a Marek siedział w salonie i udawał, że interesuje go film lecący w telewizji. Co kilka minut sprawdzał telefon. O dwudziestej nie było odpowiedzi. O dwudziestej pierwszej również.
Po dwudziestej drugiej zaczął tracić nadzieję, choć sam nie wiedział, czy właściwym słowem jest „nadzieja”. Czekał na coś, czego jednocześnie się bał. Każda minuta ciszy uspokajała go i drażniła zarazem.
W końcu odłożył telefon ekranem do dołu.
— Idę spać — powiedziała Anna.
— Zaraz przyjdę.
Został sam w salonie. Telewizor był wyłączony. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana tylko odległym szumem ulicy i odgłosem wody w rurach. Marek spojrzał na zegar.
22:47.
Minęło prawie osiem godzin od chwili, gdy wysłał pytanie.
Pomyślał, że nic z tego nie będzie. Może odpowiedź nigdy nie nadejdzie. Być może cały mechanizm działa tylko w jedną stronę. Być może nadawca nie może odbierać wiadomości. A może po prostu nie chce odpowiadać.
Telefon zawibrował. Marek zesztywniał. Przez chwilę nie ruszał się z miejsca. Potem powoli odwrócił urządzenie ekranem do góry. Nowa wiadomość. Z jego własnego numeru. Otworzył ją.
„Wiem, że właśnie o to zapytasz.”
Marek przeczytał zdanie kilka razy.
Najpierw pomyślał, że nadawca po prostu odpowiada na jego pytanie. Dopiero po chwili dotarło do niego, że treść jest inna, niż powinna być. Nie brzmiała: „Wiedziałem, że o to zapytasz.”
Brzmiała:
„Wiem, że właśnie o to zapytasz.”
Jakby pytanie nie zostało jeszcze zadane.
Jakby dla kogoś po drugiej stronie wciąż należało do przyszłości.
Marek poczuł chłód na plecach. Otworzył historię rozmowy i spojrzał na godziny wysłania. Jego pytanie nadal było tam zapisane. Nie było żadnego błędu.
„Kim jesteś?”
Wysłane: 14:51.
Odpowiedź przyszła o 22:47.
A jednak ktoś napisał, że wie, co Marek dopiero zapyta.
Przez kilka minut siedział bez ruchu. Próbował znaleźć inne znaczenie tego zdania, jakiś błąd językowy albo sposób, w jaki można je logicznie wyjaśnić. Nie znalazł żadnego, który naprawdę by go przekonywał.
Po chwili wszedł do sypialni. Anna jeszcze nie spała.
— Odpisał — powiedział.
Odłożyła książkę.
— Co napisał?
Marek podał jej telefon.
Anna przeczytała wiadomość. Potem przeczytała ją ponownie.
— Może źle to sformułował.
— Może.
— Albo specjalnie chce cię przestraszyć.
— Może.
Anna oddała mu telefon.
Marek usiadł na brzegu łóżka. Przez chwilę oboje milczeli.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytała w końcu.
Marek spojrzał na ekran.
Jeszcze kilka dni temu chciał tylko wiedzieć, kto wysyła wiadomości. Teraz pojawiło się pytanie znacznie bardziej niepokojące.
Nie „kto”.
„Skąd wie?”
Położył telefon na szafce nocnej, ale długo nie mógł od niego oderwać wzroku. Po raz pierwszy dopuścił do siebie możliwość, że nadawca nie tylko wie o wydarzeniach, zanim się wydarzą.
Być może wie również, co Marek zrobi, zanim sam Marek podejmie decyzję.
ROZDZIAŁ 6
Życie zaczyna się układać
Po wiadomości, która zdawała się wyprzedzać jego własne pytanie, Marek przestał szukać prostych wyjaśnień. Nie oznaczało to, że nagle uwierzył we wszystko bez zastrzeżeń, ale granica między przypadkiem a czymś trudniejszym do pojęcia została przekroczona. Coraz częściej łapał się na tym, że zamiast zastanawiać się, kto wysyła wiadomości i jak to robi, skupiał się na czymś zupełnie innym: czy powinien ich słuchać. Do tej pory każda rada okazała się korzystna. Ostrzeżenie przed drogą mogło uratować mu życie, rozmowa z matką dała mu coś, czego długo brakowało, a odmowa podpisania umowy uchroniła go przed poważnymi problemami w pracy.
Przez następne dni wiadomości zaczęły pojawiać się częściej. Nadal były krótkie i konkretne, ale nie wszystkie dotyczyły rzeczy ważnych. Czasem chodziło o drobiazgi, które w innych okolicznościach Marek zignorowałby bez zastanowienia.
„Wyjedź dziś dwadzieścia minut wcześniej.”
Dostał tę wiadomość rano, kiedy kończył kawę. Przez chwilę patrzył na ekran, po czym po prostu założył kurtkę i wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Dopiero w samochodzie pomyślał, że tym razem nie miał żadnego powodu, by podporządkować się instrukcji. Mimo to zrobił to bez większego oporu.
Kilka kilometrów dalej zobaczył korek tworzący się na przeciwległym pasie, a później dowiedział się, że na jego zwykłej trasie doszło do awarii samochodu ciężarowego. Gdyby wyjechał o normalnej porze, spędziłby ponad godzinę w zatorze. Zamiast tego przyjechał do pracy wcześniej, spokojnie wypił kawę i zaczął dzień bez pośpiechu.
Innym razem wiadomość przyszła w południe.
„Nie idź dziś na spotkanie z Pawłem.”
Marek znał Pawła od lat. Pracowali w tej samej firmie, choć w różnych działach. Tego dnia mieli porozmawiać o niewielkim konflikcie dotyczącym podziału obowiązków. Marek nie miał ochoty odwoływać spotkania bez powodu, ale ostatecznie wysłał krótką wiadomość, że nie zdąży i proponuje przełożyć rozmowę na następny dzień.
Wieczorem dowiedział się, że Paweł pokłócił się z jednym z kierowników. Rozmowa skończyła się krzykami i oficjalną skargą. Następnego dnia, kiedy emocje opadły, spotkanie z Markiem przebiegło spokojnie. Ustalili wszystko w niecałe pół godziny.
Marek coraz częściej zauważał, że wiadomości nie tyle ratowały go przed katastrofą, ile wygładzały codzienność. Unikał korków, niepotrzebnych kłótni i drobnych błędów. Raz dostał SMS, żeby nie kupować nowego telewizora, który właśnie zamierzał zamówić w promocji. Dwa dni później cena spadła o kilkaset złotych, a dodatkowo pojawił się lepszy model w podobnej cenie.
Innym razem wiadomość brzmiała:
„Nie jedź dziś do centrum.”
Marek miał tam załatwić jedną sprawę po pracy. Zrezygnował i wrócił prosto do domu. Później okazało się, że w centrum doszło do awarii sieci energetycznej i przez kilka godzin nie działały światła, część sklepów oraz parkingów. Nic groźnego, ale tłum ludzi i chaos skutecznie zepsułyby mu popołudnie.
Z czasem Marek przestał traktować każdą wiadomość jak ostrzeżenie przed katastrofą. Zaczął patrzeć na nie jak na wskazówki. Były czymś w rodzaju niewidzialnej mapy, na której ktoś zaznaczał mu przeszkody, zanim sam zdążył do nich dotrzeć.
To uczucie było zaskakująco przyjemne.
Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że świat staje się bardziej przewidywalny. Rzeczy, które wcześniej wymykały się spod kontroli, teraz można było ominąć. Nie musiał wiedzieć, dlaczego korek pojawi się na trasie. Wystarczyło, że wcześniej skręci gdzie indziej. Nie musiał przewidywać, że rozmowa zakończy się awanturą. Wystarczyło ją przełożyć.
Marek zawsze lubił kontrolę, ale wcześniej budował ją na planowaniu. Teraz ktoś podawał mu gotowe rozwiązania.
Anna początkowo cieszyła się z tego, że po nerwowych dniach Marek znów jest spokojniejszy. Nie wiedziała o wszystkich wiadomościach. Po pierwszych kilku przestał opowiadać jej o każdej kolejnej. Nie robił tego świadomie. Po prostu część SMS-ów wydawała mu się zbyt błaha, żeby o nich mówić.
Kiedy pewnego dnia wrócił do domu wcześniej, Anna była zaskoczona.
— Myślałam, że będziesz później.
— Ja też.
— Nie miałeś jechać po coś do centrum?
— Zmieniłem plany.
Anna spojrzała na niego.
— Przez wiadomość?
Marek zawahał się na ułamek sekundy.
— Tak.
— I co tym razem?
— Napisał, żebym nie jechał.
— I po prostu nie pojechałeś?
— W centrum była awaria. Dobrze zrobiłem.
Anna usiadła przy stole.
— Marek, a gdyby nic się nie stało?
— Ale się stało.
— Nie o to pytam.
Marek nie odpowiedział od razu. Wiedział, do czego zmierza.
— Gdyby nic się nie stało, najwyżej przełożyłbym sprawę na jutro.
— Czyli już nie potrzebujesz powodu.
— Mam powód.
— Wiadomość?
— Skoro do tej pory miał rację…
Urwał.