E-book
7.88
drukowana A5
50.46
Ostatnia rewizja

Bezpłatny fragment - Ostatnia rewizja


Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8467-932-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 50.46

Rozdział 1. Lot 607

Mateo Alvarez po raz trzeci sprawdził, czy córka ma zapięty pas.

— Tato.

— Co?

— Jest zapięty.

— Wiem.

— To czemu sprawdzasz?

Mateo pociągnął jeszcze raz za klamrę.

— Bo jestem ojcem.

Siedząca przy oknie Elena przewróciła oczami.

— To podobno nie jest choroba.

— Lekarze są podzieleni.

Lucía parsknęła śmiechem. Miała osiem lat i od kilku miesięcy uważała, że większość rzeczy, które mówił jej ojciec, należy komentować westchnieniem albo przewracaniem oczami. Mateo przyjmował to bez protestu. Jeszcze niedawno budziła go w nocy, bo pod łóżkiem coś się ruszało. Teraz potrafiła przez pół dnia nie odezwać się do niego, ponieważ powiedział przy jej koleżance, że lubi naleśniki.

Samolot zaczął kołować, a za oknem przesuwały się światła lotniska w Bogocie. Dalej, za pasami i zabudowaniami, miasto wspinało się po ciemnych zboczach. Elena przyłożyła czoło do szyby.

— Będę tęsknić za tym widokiem.

Mateo spojrzał na nią.

— Lecimy na dziesięć dni.

— Mogę tęsknić przez dziesięć dni.

— Możesz.

— Dziękuję.

— Proszę.

Lucía wcisnęła się między nich.

— A ja mogę tęsknić za babcią?

— Za babcią musisz — powiedziała Elena.

— A za szkołą?

Mateo pokręcił głową.

— Tego ci nie zrobię.

Telefon Eleny zawibrował, więc spojrzała na ekran.

— Mama.

— Odbierz, zanim stewardesa zobaczy.

— Już napisała trzy razy.

— To odbierz cztery.

Elena przesunęła palcem po ekranie.

— Mamo, jesteśmy już w samolocie.

Mateo słuchał jednym uchem, bo znał tę rozmowę. Czy zabrali paszporty. Czy Lucía ma sweter. Czy Mateo pamiętał lekarstwa. Czy hotel na pewno jest ten sam, który rezerwowali. Stewardesa przechodziła między rzędami i sprawdzała schowki.

— Proszę już przełączyć telefon w tryb samolotowy.

Elena uniosła dłoń.

— Już kończę.

Do telefonu powiedziała:

— Zadzwonię po lądowaniu. Kocham cię.

Rozłączyła się. Mateo spojrzał na zegarek. 21:17.

Lot Andina 607 do Limy miał trwać trochę ponad trzy godziny. Rano mieli przesiąść się na samolot do Santiago. Tam czekał hotel, którego Elena wybierała przez trzy tygodnie, oraz basen, o którym Lucía mówiła od miesiąca. Silniki zwiększyły obroty. Lucía złapała ojca za rękę.

— Nie boję się.

— Ja też nie.

— Ty zawsze się boisz podczas startu.

— Oczerniasz mnie.

Samolot ruszył. Przyspieszenie wcisnęło ich w fotele. Światła pasa zamieniły się w dwie szybko cofające się linie, a kilka sekund później miasto było już pod nimi. Palce Lucíi zacisnęły się mocniej na dłoni Mateo.

— Już — powiedział.

— Co już?

— Najgorsze.

— Przecież lądowanie jest gorsze.

Spojrzał na nią.

— Kto ci to powiedział?

— Ty.

Elena roześmiała się, gdy samolot skręcał łagodnie w lewo. Minęła minuta, może dwie. Mateo później nie potrafiłby powiedzieć, ile dokładnie. Fotel zadrżał pod nim krótko i wyraźnie, inaczej niż podczas zwykłego wznoszenia. Elena odwróciła głowę od okna.

— Czułeś?

— Tak.

Z przodu kabiny ktoś przestał mówić. Drżenie wróciło, tym razem mocniej. Potem nastąpił huk. Nie przypominał niczego, co Mateo znał. Cała prawa strona samolotu uderzyła czymś w powietrze. Nad głowami otworzyło się kilka schowków i jedna z toreb wypadła na przejście. Ktoś krzyknął. Lucía puściła jego rękę i zakryła uszy. Za oknem pojawił się błysk. Pomarańczowy, potem biały. Elena patrzyła przez szybę.

— Mateo…

Obrócił się. Za skrzydłem ciągnął się ogień. Samolot przechylił się gwałtownie, a część świateł zgasła. Z głośników odezwał się głos, ale pierwszych słów nie dało się zrozumieć. Maski tlenowe wypadły z paneli. Ktoś z tyłu wołał dziecko. Stewardesa krzyczała, żeby zostać na miejscach. Mateo złapał maskę Lucíi i przycisnął ją do jej twarzy.

— Oddychaj.

— Tato…

— Patrz na mnie.

Samolot szarpnął ponownie, kiedy Elena próbowała założyć maskę, ale ręce jej drżały. Mateo pomógł jej.

— Co się dzieje?

— Nie wiem.

Tym razem nie próbował jej uspokajać. Silnik po prawej stronie nie brzmiał już jak silnik. Dochodził stamtąd nieregularny metaliczny łoskot, jakby coś dużego uderzało o konstrukcję. Potem dźwięk ustał. Został szum powietrza. Samolot zaczął opadać. Lucía płakała. Mateo rozpiął swój pas na tyle, na ile pozwalała klamra, i pochylił się nad nią.

— Tato, ja nie chcę.

— Wiem.

— Zrób coś.

To były ostatnie słowa córki, które usłyszał wyraźnie. Kabina znów się przechyliła, a Elena złapała go za przedramię i przez kilka sekund patrzyli na siebie. Mateo objął córkę. Samolot spadał przez chmury.

Rozdział 2. Hangar

Trzydzieści dwa dni później Valentina Rojas zatrzymała się przed fragmentem prawego skrzydła. Hangar był dawnym obiektem wojskowym położonym poza Bogotą. W środku panował chłód, mimo że na zewnątrz temperatura przekraczała dwadzieścia stopni. Na betonowej podłodze leżało tyle samolotu, ile udało się znaleźć. Elementy oznaczono numerami. Większe fragmenty kadłuba ustawiono zgodnie z ich pierwotnym położeniem. Mniejsze spoczywały na stołach i metalowych regałach. Każdy miał kartę, miejsce odnalezienia, datę oraz nazwisko osoby, która go zabezpieczyła. Valentina pracowała przy katastrofach od jedenastu lat.

Przyzwyczaiła się jedynie do procedur. Mężczyzna idący za nią zatrzymał się kilka kroków wcześniej. Richard Hall miał pięćdziesiąt sześć lat, siwe włosy i marynarkę, która źle wyglądała w hangarze. Przyleciał ze Stanów jako przedstawiciel Novaris Aerospace, a na identyfikatorze miał napisane:

DORADCA TECHNICZNY

Valentina nie lubiła tego określenia. Oznaczało tyle, że producent miał prawo patrzeć jej przez ramię, gdy badała rzecz, za którą producent mógł później odpowiadać.

— Tutaj — powiedziała.

Hall podszedł. W poszyciu skrzydła widniało nieregularne rozdarcie, które nie wyglądało jak przecięcie. Metal został wypchnięty od dołu. Valentina wskazała otwór.

— Kierunek?

Hall pochylił się.

— Od silnika.

— Zgadza się.

— Macie fragment?

— Kilka.

Podeszli do stołu. Na białej tkaninie leżał kawałek metalu długości może trzydziestu centymetrów. Ciężki, poszarpany, ciemny od temperatury. Hall założył rękawiczki.

— Można?

Valentina skinęła głową. Wziął fragment do ręki i obracał go ostrożnie między palcami.

— Rotor?

— Najprawdopodobniej dysk wysokiego stopnia turbiny.

Hall odłożył część.

— Potrzebuję zdjęć powierzchni przełomu.

— Dostanie pan raport.

— Chciałbym zobaczyć surowe zdjęcia.

— Raport będzie zawierał wszystkie istotne fotografie.

Spojrzał na nią.

— Pani Rojas…

— Doktor Rojas.

Hall poprawił identyfikator.

— Doktor Rojas, Novaris chce pomóc.

— Wiem.

— Produkujemy komponenty do tych silników od ponad trzydziestu lat.

— Też wiem.

— Nie mamy historii podobnych awarii.

Valentina spojrzała na fragment leżący między nimi.

— Teraz macie.


Tego samego popołudnia Valentina połączyła się ze Szwajcarią. Daniel Frei odebrał z małego biura zespołu technicznego. Miał czterdzieści dziewięć lat i od pierwszych minut nie interesowały go komunikaty producenta, tylko numer fragmentu, kierunek wyrzutu i powierzchnia przełomu.

— Jeśli potwierdzicie rodzinę części, chcę surowe zdjęcia przed czyszczeniem i pełny łańcuch numerów — powiedział.

— Hall prosił o to samo.

— Hall reprezentuje producenta. Ja chcę wiedzieć, gdzie metal był robiony i według jakiej wersji.

Valentina przesłała mu fragment oznaczenia.

— Dwa zakłady — powiedziała. — Ohio albo Szwajcaria.

— Jeśli wyjdzie Szwajcaria, mam człowieka, którego możemy wprowadzić do środka.

— Audytora?

— Nie. Audyty zapowiadają. Potrzebuję kogoś, kto zobaczy zwykły wtorek.

Valentina zapamiętała zdanie. Daniel nie brzmiał jak człowiek szukający winnego. Brzmiał jak ktoś, kto nie zamierzał uznać dokumentu za dowód wyłącznie na podstawie podpisu. Hall nie odpowiedział. Do stołu podszedł Julio Herrera z laboratorium metalurgicznego. Miał w ręku przezroczysty worek.

— Mamy coś jeszcze.

Położył na stole worek, w którym znajdował się mniejszy fragment. Valentina pochyliła się.

— Skąd?

— Z ziemi, około czterystu metrów przed głównym polem szczątków.

— Czyli oddzielił się przed uderzeniem.

— Tak.

— Numer?

Herrera odwrócił worek, odsłaniając część oznaczenia na fragmencie.

R7—08…

Dalsza część została zniszczona. Hall zrobił zdjęcie telefonem.

— Proszę je usunąć.

— Mam autoryzację.

— Na fotografowanie dokumentacji udostępnionej przez komisję. To nie zostało jeszcze udostępnione.

Hall zawahał się, po czym skasował zdjęcie.

— Zadowolona?

— Tak.

Herrera poczekał, aż odsunie się od stołu.

— Mamy też pierwsze wyniki.

Valentina zobaczyła, że Hall zwolnił.

— Jakie?

Herrera podał jej tablet. Na ekranie znajdowało się zdjęcie powierzchni przełomu pod powiększeniem. Valentina nie była metalurgiem, ale przez lata nauczyła się rozpoznawać podstawowe rzeczy.

— To nie wydarzyło się podczas uderzenia.

Herrera pokręcił głową.

— Pęknięcie rozwijało się wcześniej.

Hall wrócił do stołu.

— Jak długo?

— Tego jeszcze nie wiemy.

— Zmęczenie?

— Jest taka możliwość.

— Inicjacja gdzie?

Herrera powiększył zdjęcie.

— Tutaj.

— Potrzebujemy materiału do własnego laboratorium.

Valentina odłożyła tablet.

— Dostaniecie próbkę po podziale materiału.

— To potrwa.

— Tak.

— W Stanach możemy zrobić pełną analizę w kilka dni.

— My też.

Hall zacisnął szczękę. Valentina znała ten etap: najpierw wszyscy chcieli pomóc, a potem zaczynało chodzić o to, kto pierwszy zobaczy wynik.

— Richard — powiedziała spokojniej. — Dwieście czterdzieści siedem osób nie żyje. Nie przyspieszymy procedury z powodu lepszego laboratorium pańskiej firmy.

— Nie o to chodzi.

— To o co?

— Jeżeli problem dotyczy komponentu naszej produkcji, musimy wiedzieć natychmiast.

Valentina zamknęła notes i wróciła do fragmentów ułożonych na stole.

Rozdział 3. Waszyngton

Spotkanie rozpoczęło się o 7:30 czasu wschodniego. W sali na jedenastym piętrze centrali Novaris Aerospace w Waszyngtonie siedziało siedem osób. Richard Hall był na ekranie. W Bogocie dzień dopiero się zaczynał. Za plecami Halla była hotelowa ściana i fragment obrazu przedstawiającego konie. Margaret Cole, szefowa działu prawnego koncernu, przeglądała dokumenty.

— Richard, podaj tylko to, co możemy dziś wpisać do protokołu bez późniejszego odkręcania. Co dokładnie znaleźli?

Hall westchnął.

— Fragment rotora został wyrzucony przed uderzeniem. Na powierzchni przełomu są cechy, które mogą wskazywać, że pęknięcie rozwijało się jeszcze przed katastrofą. To nie jest na razie przypisanie przyczyny.

Victor Shaw, wiceprezes do spraw operacyjnych, odsunął kubek. Nikt nie wszedł mu w słowo.

— Jeśli ślad istniał wcześniej, chcę wiedzieć, czy patrzymy na problem seryjny, czy na jeden egzemplarz — powiedział Shaw.

— Za wcześnie. Nie mamy jeszcze łańcucha od przełomu do procesu produkcyjnego.

— Materiał został wykluczony?

— Nie wykluczony. Laboratorium nie potwierdziło wady materiałowej, a to jest różnica.

— Historia eksploatacji daje nam coś użytecznego?

— Sprawdzamy cykle, naprawy i wcześniejsze wskazania. Na dziś nie mam niczego, co pozwalałoby zrzucić przyczynę na obsługę.

Margaret uniosła wzrok.

— Czyli na dziś możemy powiedzieć: awaria wirnika, ślad pęknięcia sprzed rozpadu i brak podstaw do wskazania źródła. Nic więcej — podsumowała Margaret.

Hall oparł łokcie o stół po swojej stronie.

— Jest jeszcze jedna rzecz. Wiemy, że dysk rozpadł się w locie, a część pęknięcia nie powstała w ostatniej sekundzie.

— Tę różnicę wpiszemy, kiedy laboratorium poda stopień pewności.

— I mamy fragment oznaczenia części. Nie pełny numer, ale wystarczający, żeby zacząć zawężać produkcję.

— Fragmentaryczny numer nie jest identyfikacją. Traktujmy go jako trop.

Shaw odwrócił się do siedzącego obok dyrektora jakości.

— Ilu naszych zakładów może dotyczyć ta rodzina części, jeśli numer się potwierdzi?

— Dwa.

— Gdzie?

— Szwajcaria i Ohio.

— Szwajcaria?


W tym samym czasie nazwisko Daniela Freia pojawiło się w korespondencji między zespołem badającym wypadek a europejskim nadzorem. Miał prowadzić szwajcarski trop techniczny. Novaris dostał tylko informację o zewnętrznej weryfikacji procesu. Nie dostał nazwiska człowieka, który miał wejść na halę.

— Tak.

Shaw pokiwał głową.

— Ten zakład, który kupiliśmy sześć lat temu?

— Tak.

Margaret zamknęła dokument.

— Nie pytam, czy audyty były dobre. Chcę wiedzieć, co w nich faktycznie znaleziono i co zamknięto na papierze.

Dyrektor jakości otworzył laptop.

— Według raportów — dobrze.

— Co znaczy dobrze?

— Bez poważnych niezgodności przez ostatnie trzy lata. W poprzednim cyklu dwie drobne. Obie zamknięte.

— A Sri Lanka? — zapytał Hall.

Dyrektor jakości zamknął raport.

— Cztery lata temu. Przerwany start w Kolombo. Rozpad turbiny. Bez ofiar śmiertelnych.

— Ten sam typ silnika?

— Ta sama rodzina. Przyczyny nie przypisano produkcji.

— Część była ze Szwajcarii?

— Jedna z części pochodziła z naszego zakładu. Sprawę zamknięto po audycie.

— Wyślij mi raport z Kolombo razem z załącznikami, nie samo podsumowanie — powiedział Hall.

— Dostaniesz.

Margaret zamknęła długopis.

— Nie budujmy jednego zdarzenia na drugim, zanim nie zobaczymy wspólnego mechanizmu — powiedziała Margaret.

— Nie łączę — odpowiedział Hall. — Chcę wiedzieć, co wtedy sprawdziliśmy.

Hall odezwał się z ekranu.

— Jeśli numer wskaże Szwajcarię, chcę tam pojechać po powrocie. Nie potrzebuję prezentacji, tylko danych źródłowych.

— Jeśli numer się potwierdzi, dostaniesz dostęp. Wcześniej nie uruchamiamy zakładu bez potrzeby — odpowiedziała Margaret.

Margaret uniosła dłoń.

— Zaczekajmy na numer.

— Richard?

— Słucham.

— I jeszcze jedno: nie kontaktuj się z zakładem w sprawie konkretnego numeru, dopóki nie będziemy go pewni.

— Dlaczego?

— Bo każdy telefon z hasłem „katastrofa” zmienia zachowanie ludzi. Chcę zobaczyć stan zastany, nie zakład przygotowany pod nasze pytania.

— Mogliby zabezpieczyć dane.

— Mogliby też zacząć porządkować historię tak, żeby wyglądała lepiej niż wczoraj.

Shaw odchylił się w fotelu.

— Margaret.

— Co?

— To nasz zakład.

— Wiem.

— Mówisz, jak ktoś, kto spodziewa się problemu.

— Spodziewam się normalnej reakcji obronnej. Kierownictwo będzie zabezpieczać własne decyzje, prawnicy język, produkcja terminy. To nie jest zarzut, tylko powód, żeby najpierw zabezpieczyć dane.

Hall uśmiechnął się krótko.

— Rozumiem.

Margaret zignorowała ton.

— Do potwierdzenia numeru żadnych poleceń, które mogłyby wyglądać na uznanie związku produkcji z katastrofą. Zabezpieczamy informacje, nie budujemy wersji wydarzeń.

— A jeżeli związek istnieje? — zapytał Hall.

— Wtedy będziemy reagować na fakty.

Shaw otworzył prezentację, której pierwszy slajd przedstawiał logo szwajcarskiego zakładu.

NOVARIS AEROSPACE — ZAKŁAD SZWAJCARSKI.

Pod spodem:

DOSKONAŁOŚĆ PRZEZ CIĄGŁE DOSKONALENIE

— Jak duży jest zakład?

Dyrektor jakości odpowiedział:

— Około sześciuset pięćdziesięciu. Przed przejęciem zakład był znacznie większy; przez lata zatrudniał blisko dwa tysiące osób.

— Rentowny. I to jest powód, dla którego zarząd długo nie chciał go ruszać — odpowiedział Shaw.

Shaw prychnął.

— Bardzo.

— Przed przejęciem większość decyzji operacyjnych była na miejscu?

— Tak. Dyrekcja zakładu, część zakupów, technologia i kierownictwo produkcji siedziały tutaj. Po przejęciu część funkcji przeniesiono do centrali i usług wspólnych w Stanach.

— Czyli centrala widzi zakład głównie przez raporty?

— Przez raporty, budżety i audyty.

— A ile z tej rentowności wróciło w nowe obrabiarki po przejęciu? — zapytał Hall.

Przy stole nikt nie kwapił się z odpowiedzią.

— Jeśli pytasz o duże inwestycje w park maszynowy, mniej, niż chciał lokalny zakład — odpowiedział Shaw. — Jeśli pytasz o systemy i koszty pośrednie, znacznie więcej.

— To nie jest teraz temat.

— Pytam.

Dyrektor jakości przewinął dokument.

— Automatyzacja przepływu, informatyka, programy szczupłego zarządzania i nowe systemy raportowania.

— Obrabiarki?

— To powiedzmy to jasno. Co kupiliśmy: nowoczesny zakład czy kontrakty, zatwierdzone procesy i maszyny, które miały jeszcze pracować? — zapytał Hall.

— Kupiliśmy zakład z klientami i procesami, których nie trzeba było od razu certyfikować od zera — odpowiedział Shaw. — Plan był finansowy: obniżyć koszty stałe, wykorzystać istniejący park, a duże inwestycje przesunąć. Po kilku latach zarząd miał zdecydować, czy modernizować, czy sprzedać.

— Czyli oszczędność była widoczna od razu, a utrata wiedzy i koszt obejść rozeszły się po innych kolumnach.

— Tak wyglądały arkusze — odpowiedział Shaw. — I przez kilka lat wszystkim to odpowiadało.

— Richard — odezwała się Margaret. — Wróćmy do katastrofy.

Hall ponownie otworzył plik dotyczący katastrofy.

Rozdział 4. Novaris

Simon Keller zjawił się przy bramie o 5:43. Na parkingu było jeszcze ciemno. Zakład Novaris Aerospace leżał na obrzeżach niewielkiego szwajcarskiego miasta, pomiędzy linią kolejową a pasmem niskich wzgórz. Dziś zatrudniał około sześciuset pięćdziesięciu osób. Kilkanaście lat wcześniej, zanim przyszły redukcje, outsourcing i amerykańskie przejęcie, pracowało tu blisko dwa tysiące ludzi. Od strony drogi widać było szkło, stal i duże logo NOVARIS na fasadzie.

Telefon zawibrował, zanim Simon wysiadł. Daniel.

— Ostatnia rzecz — powiedział Frei. — Nie jesteś tam po to, żeby wygrać dyskusję z kierownikiem.

— Wiem.

— Masz zobaczyć proces takim, jaki jest bez komisji przy drzwiach. Numery, wersje, podpisy, rzeczywisty przebieg. Jeśli coś zacznie wyglądać źle, wychodzisz i dzwonisz.

— A jeśli będzie wyglądało bardzo źle?

— Tym bardziej wychodzisz. Nie potrzebuję bohatera. Potrzebuję człowieka, który wróci z tym, co zobaczył.

Simon znał Daniela od trzech lat. Pracowali razem przy dwóch postępowaniach jakościowych, ale pierwszy raz Daniel wysyłał go pod przykryciem zwykłego pracownika procesu.

— Przyjąłem.

— Simon.

— Tak?

— Nie próbuj mnie uspokajać, jeśli coś się stanie.

— Ty też.

Daniel rozłączył się pierwszy. Pod nim hasło:

PRECYZJA DLA BEZPIECZNIEJSZEGO ŚWIATA

Po dwukrotnym przeczytaniu dokumentów Simon wszedł do środka. Pracownik ochrony obejrzał dokumenty.

— Pierwszy dzień? — zapytał ochroniarz, porównując twarz Simona ze zdjęciem na ekranie.

— Tak.

— Produkcja?

— Weryfikacja zgodności. Będę chodził między produkcją a kontrolą.

Mężczyzna skrzywił się na słowa „weryfikacja zgodności”.

— W takim razie powodzenia. Ludzie z produkcji będą uważać, że jesteś z jakości, a jakość, że jesteś z produkcji.

— Aż tak źle?

— Nic nie powiedziałem.

Oddał dokument. Simon przeszedł przez bramkę. Po drugiej stronie czekał na niego niski mężczyzna około pięćdziesiątki. Czarne włosy, mocno cofnięta linia czoła, granatowa koszulka polo z logo firmy.

— Keller?

— Tak.

— Arben Krasniqi.

Uścisnęli dłonie.

— Ja jestem kierownikiem obszaru. Pokażę ci wszystko.

Arben mówił po niemiecku płynnie, ale z mocnym akcentem. Ruszyli korytarzem.

— Pracowałeś wcześniej przy lotnictwie czy tylko przy precyzyjnej obróbce? — zapytał Arben.

— Przy precyzyjnej obróbce. Dokumentacja lotnicza nie jest dla mnie nowa.

— Tutaj papieru jest więcej niż metalu, a czasu mniej niż papieru. Przyzwyczaisz się.

— Jak?

Kiedy Arben otworzył drzwi hali, Simona od razu uderzył hałas. Wentylacja, silniki, pompy, alarm cofającego wózka.

— Tutaj wszystko jest trudniejsze — powiedział Arben.

Simon spojrzał na pierwszą maszynę. Była większa, niż się spodziewał. Lakier nosił ślady wielu napraw. Przy podstawie ktoś ustawił metalową tacę na olej. Z boku znajdowała się tabliczka producenta. 1996.

— Rocznik dziewięćdziesiąty szósty. Mam zgadywać, że to jedna z nowszych? — zapytał Simon.

Arben roześmiał się.

— Mam ci powiedzieć, że jest stara? Jest. Dopóki trzyma wymiar i robi plan, nikt jej nie wyrzuci.

W tym momencie maszyna zatrzymała się, a na panelu zapaliło się czerwone światło. Operator zaklął.

— Jak mówiłem. Działa.

Poszli dalej. Cztery centra obróbcze stały w jednej linii, a obok znajdowało się stanowisko pomiarowe. Na paletach leżały półfabrykaty łopatek. Simon zatrzymał się przy jednej.

— Odkuwki?

— Tak.

— Skąd?

Arben wzruszył ramionami.

— Z różnych miejsc.

— Kto podpisuje kontrolę wejściową tych odkuwek?

— Kontrola materiałowa. Masz ich stanowisko po drugiej stronie hali.

— Pytam o odpowiedzialnego człowieka. Jeśli wyjdzie brak materiału, do kogo wraca partia?

Arben wskazał ręką gdzieś w głąb hali.

— Do jakości wejściowej, a potem do zakupów. Nazwisko zależy od zmiany. Nie musisz pierwszego dnia znać całej książki telefonicznej.

Simon ruszył dalej, zapamiętując pierwsze zdanie. Na zapisanie go przyjdzie czas. Przy następnej maszynie operator mocował część w starym przyrządzie. Simon pochylił się. Jeden ze zderzaków miał wyraźny ślad zużycia.

— Masz numer wersji tego przyrządu? — zapytał Simon operatora.

— Numer wersji? Tego nie podam z głowy. Ten przyrząd był tutaj, kiedy zaczynałem.

— Przyrządu.

— Ten.

— Chodzi mi o dokumentację. Po czym wiesz, że ten zderzak nadal odpowiada zatwierdzonej wersji?

Mężczyzna popatrzył na Arbena. Arben uśmiechnął się.

— Simon, pierwszy dzień — przerwał Arben. — Najpierw zobacz, jak pracujemy, potem rób z tego audyt.

— Pytam.

— Stary jest, to fakt — powiedział operator. — Ale jak pytasz o numer, muszę otworzyć kartę przyrządu.

— Jak stary?

— To otwórzmy ją, kiedy będziesz miał chwilę. Chcę wiedzieć, czy „stary” znaczy sprawdzony, czy tylko znany.

Operator się roześmiał, a Simon dołączył do niego, zanim przeszli do stanowiska kontroli. Simon podniósł rysunek leżący na stole. Kartka A4. W rogu ledwo widoczne oznaczenie formatu źródłowego.

A0.

— To naprawdę jest rysunek roboczy przy stanowisku?

— Tak — odpowiedział stojący obok pracownik.

Simon przybliżył kartkę do twarzy.

— Macie wyciąg stanowiskowy z wymiarami, które operator ma sprawdzić?

— To jest to, co dostajemy z systemu — odpowiedział pracownik.

— Czyli pełny rysunek konstrukcyjny zmniejszony z A0 do A4.

Mężczyzna wyciągnął z szuflady lupę.

— Jak chcesz przeczytać drobny zapis, weź lupę. Leży tu od lat i nikt się jej nie wstydzi.

Arben wzruszył ramionami.

— Ten wydruk jest używany od lat — dodał Arben. — Sprawdź najpierw, jak działa cały proces.

— Rysunek?

— System.

Simon odłożył kartkę.

— Dobrze. To zacznijmy od wersji. Która rewizja obowiązuje dla tej partii?

— F. Tak pokazuje karta zlecenia.

— A program maszyny jest powiązany z tą kartą czy operator wybiera go z katalogu?

— Muszę otworzyć zlecenie i sprawdzić, co zostało przypisane.

— To samo z programem kontroli?

— Tak. Program pomiarowy też jest przypisany osobno.

— I ktoś porównuje oba numery rewizji przed każdą partią?

Mężczyzna zerknął na Arbena.

— Powinno się zgadzać. Jeśli system pokazuje błąd, zatrzymujemy zlecenie — odpowiedział pracownik, tym razem ostrożniej.

Arben skinął głową.

— Masz odpowiedź — powiedział Arben. — Kontrola jest w systemie i w jakości.

Simon patrzył jeszcze chwilę na rysunek. W prawym dolnym rogu widniało:

REWIZJA F.

W zakładowym języku rewizja oznaczała kolejną zatwierdzoną wersję dokumentacji. Litera F była nowsza od E; od dnia jej wejścia starsza wersja nie powinna już wracać do produkcji. Na ekranie starego terminala przy stanowisku otwarty był katalog programów. Jedna z nazw kończyła się:

_REV_E_FINAL. Simon zamknął katalog i przeszedł do następnego stanowiska.

Rozdział 5. Pierwsza zmiana

Po odprawie Arben zostawił Simona z Peterem Huberem. Huber miał sześćdziesiąt dwa lata, okulary w cienkich oprawkach i sposób chodzenia człowieka, który znał na pamięć wszystkie nierówności podłogi. Pracował w Novarisie od trzydziestu sześciu lat, a do emerytury brakowało mu czterech miesięcy.

— Weryfikacja zgodności? — zapytał, kiedy zostali sami.

— Tak.

— Sam wybrałeś taką robotę?

Simon uśmiechnął się.

— Jeszcze nikt.

— Jeszcze zdążą.

Huber podał mu identyfikator do systemu i wskazał komputer stojący przy końcu stanowiska. Obudowa i monitor były nowe, ale program uruchomiony na ekranie wyglądał dużo starzej.

— Tu masz zlecenie. Numer części, operacja, materiał, rewizja. Jak system ma dobry dzień, znajdziesz wszystko.

— A jak ma zły?

— Masz telefon.

— Do kogo?

— To zależy, czego szukasz.

Na pierwszej palecie leżało dwanaście łopatek turbiny, każda z własną kartą przebiegu. Simon wziął pierwszą.

— Rysunek?

Huber wysunął szufladę. W środku leżał plik kartek A4. Każda była złożona na pół i włożona do przezroczystej koszulki.

— To wszystko?

— Do tej rodziny tak.

Simon wyjął jedną kartkę. Oznaczenia były tak małe, że odruchowo przybliżył ją do twarzy. Huber podał mu lupę.

— Żartujesz.

— Chciałbym. Na tym stanowisku operator dostaje pełny rysunek i ma z niego wyłuskać to, co dotyczy jego operacji.

— Nie ma wyciągu operacyjnego z samymi cechami dla tej maszyny?

— Był projekt. Skończył się na prezentacji i dwóch wersjach roboczych.

— Kiedy go odłożono?

Huber zastanowił się.

— Dwóch dyrektorów temu.

Simon przesunął lupę po tabeli zmian.

— Rewizja F.

— Jeśli tak napisali, to F.

— A program kontroli?

Huber wskazał komputer.

— Szukaj.

Simon wpisał numer części. Pojawiło się kilka wersji plików: dwie oznaczone jako końcowe, jedna stara, jedna testowa i jedna bez opisu.

— Który jest aktualny?

— Ten, którego używają.

— To nie jest odpowiedź.

— Tutaj często tak się kończy rozmowa.

Simon otworzył właściwości plików. Najnowszy program był starszy od aktualnego rysunku o rok.

— To się nie zgadza.

Huber wzruszył ramionami.

— Możliwe, że program nie wymagał zmiany.

— Kto to potwierdził?

— Technologia.

— Gdzie jest zapis?

— Pytasz mnie jak człowieka, który pierwszy dzień widzi tę halę.

Huber oparł się o blat.

— Keller, ja ci pokażę, jak to działa. Ty zdecydujesz, ile chcesz z tego rozumieć.

Przeszli do maszyny pomiarowej. Operator umieścił łopatkę w uchwycie, zamknął osłonę i uruchomił program. Sonda ruszyła. Dotykała metalu w kolejnych punktach, zatrzymywała się na ułamek sekundy i przechodziła dalej. Na ekranie pojawiły się wartości, z których dwie były czerwone. Operator zaklął.

— Co teraz? — zapytał Simon.

— Jeszcze raz.

— Dlaczego?

— Czasami źle siada.

Operator otworzył osłonę, poprawił część i uruchomił pomiar ponownie. Jedna wartość przeszła na zielono. Druga pozostała poza tolerancją.

— I?

Operator poruszył myszką.

— Korekta.

Simon zobaczył, że mężczyzna otwiera inne okno.

— Co korygujesz?

— Bazę.

— Na podstawie czego?

Operator spojrzał na Hubera. Huber milczał.

— Przecież widzisz — odpowiedział operator. — Po zamocowaniu część siedzi przesunięta względem starego położenia.

— Chcę wiedzieć, co się przesunęło: część przez zły bazowy punkt czy sam przyrząd przez zużycie.

— Dla mnie ważne jest, czy po korekcie przejdzie pomiar.

— Czyli korygujesz ustawienie, ale nie wiesz, skąd bierze się błąd bazowania?

— Jak przejdzie pierwsza sztuka, robię serię.

Simon podszedł bliżej.

— A jak nie przejdzie?

Operator uśmiechnął się.

— Wtedy wołam kogoś z biura.

Po trzecim pomiarze ekran zaświecił się na zielono, a część otrzymała status zgodnej. Simon zapisał numer w pamięci. Przy następnym stanowisku zobaczył dwa przyrządy. Jeden miał aluminiową tabliczkę z numerem, drugi tylko stary napis wykonany markerem. Na obudowie maszyny pomiarowej Simon zauważył świeżą naklejkę z nazwą AlpMet Calibration GmbH i datą kolejnego sprawdzenia.

— Producent ją sprawdza? — zapytał.

— Nie. Lokalna firma — odpowiedział Huber. — Robią to od lat.

— Ten też jest w systemie? — zapytał.

— Z tym przyrządem lepiej zaczekaj, aż sprawdzimy kartę.

— Pytam poważnie.

— Ja też.

Simon przykucnął. Na jednym ze zderzaków widział ślad ręcznego szlifowania.

— Kto szlifował ten zderzak?

— Nie pamiętam nazwiska. Ktoś ze starej zmiany, jeszcze przed moim przeniesieniem.

— Jest data albo karta naprawy?

— Jeśli była, to nie przy przyrządzie.

— Chcę ją znaleźć. Ręczna poprawka bazy bez dokumentacji zmienia cały punkt odniesienia.

Huber poprawił okulary.

— Wiesz, co będzie twoim największym problemem?

— Co?

— Że ty naprawdę będziesz chciał znaleźć odpowiedź.

Przez następne dwie godziny Simon obserwował przepływ części. Cztery centra obróbcze pracowały nierówno. Jedno stało przez czterdzieści minut z alarmem osi, drugie czekało na ustawienie, a trzecie wykonywało cykl. Przy czwartym dwóch operatorów dyskutowało z mechanikiem. Mimo tego tablica wyników przy wejściu do hali pokazywała:

EFEKTYWNOŚĆ 84,7% Simon zatrzymał się.

— To z dzisiaj?

Huber nawet nie spojrzał.

— Wczoraj. Tablica zmienia się codziennie po zamknięciu zmiany.

— Jak liczą osiemdziesiąt osiem procent, jeśli dwie maszyny stoją?

— Tak, żeby na spotkaniu liczba wyglądała lepiej niż hala.

— Peter, serio. Co wyłączają z mianownika?

— Nie mam formuły. Wiem tylko, że planowany postój, brak materiału i część serwisu potrafią zniknąć z czasu dostępnego.

— I nikt nie prosi o surowe czasy pracy maszyn?

Huber wsunął ręce do kieszeni.

— Kierownictwo pyta głównie, czy wynik jest lepszy niż miesiąc temu.

Pod koniec zmiany na hali pojawił się Gianni Bellini, dyrektor zakładu. Simon znał go ze zdjęcia przy wejściu do administracji. Włoch pracował w Novarisie od kilku miesięcy. Nie szedł sam: obok był jego zastępca Stefan Maurer i Arben, który mówił przez całą drogę od schodów.

Bellini zatrzymał się przy maszynie stojącej z alarmem osi. Zamiast pytać Arbena, zwrócił się do operatora.

— Od kiedy stoi?

— Czterdzieści pięć minut.

— Co zrobiłeś?

— Trzy resety. Za trzecim wrócił ten sam alarm. Czekam na serwis.

Arben wszedł w rozmowę.

— Mamy zgłoszony planowy serwis.

— W raporcie z szóstej była awaria osi — powiedział Bellini. — Planowy serwis to coś innego.

Poprosił operatora, żeby pokazał alarm i ostatnie korekty. Stał przy pulpicie kilka minut, zadawał krótkie pytania, a Maurer zapisywał odpowiedzi.

— Od poniedziałku każdy przestój dłuższy niż dwadzieścia minut omawiamy przy stanowisku. Plan, wykonanie, sprawdzenie, poprawa. Cztery kroki, które w firmowych materiałach nazywają PDCA. Jeśli problem wraca, wracamy do maszyny, operatora i danych.

— I jeszcze jedno. Kierownicy zmian i Vorarbeiterzy mają być przy produkcji. Nie chcę prowadzących zespoły zamkniętych pół dnia w biurach, kiedy operator czeka na decyzję.

Arben odpowiedział, że po redukcjach część obowiązków administracyjnych spadła na tych samych ludzi. Bellini przyjął argument, ale nie odstąpił od zasady: dokumentację można podzielić, odpowiedzialności za proces nie da się prowadzić zza biurka. Arben skrzyżował ręce.

— Przy tej produkcji nie możemy zatrzymywać ludzi do każdego problemu.

— Teraz zatrzymujemy maszynę trzy razy i nie wiemy, czemu alarm wraca. To też kosztuje czas.

— Na prezentacjach mamy ciągłe doskonalenie. Chcę je zobaczyć tutaj, a nie na slajdzie.

Bellini przeszedł do tablicy z wynikiem 84,7 procent.

— Dwie maszyny pracują, jedna czeka na serwis, przy czwartej stoi mechanik. Skąd bierze się ta liczba?

— System ją liczy — odpowiedział Arben.

— Jutro chcę definicję wskaźnika i surowe czasy pracy każdej maszyny. Bez prezentacji.

Arben powiedział, że przygotuje dane. Bellini wrócił do tematu modernizacji.

— Po urlopie chcę zamknąć plan wymiany dwóch maszyn. Do tego jeden serwer z zatwierdzonymi programami i aktualnymi wersjami dokumentacji. Stare wersje mają być archiwum, nie czymś, co można przypadkiem uruchomić na produkcji.

— Wdrożenie zatrzyma linię — odpowiedział Arben. — Nie mamy ludzi, żeby robić to teraz.

— Od trzech lat wnioskujecie o nowe maszyny. Gdy pojawia się możliwość zakupu, problemem staje się wdrożenie. Gdy pytam o obsadę, potrzebujecie następnych ludzi. Chcę to policzyć od początku.

— Człowiekiem nie zastąpi pan zużytej osi ani starego sterowania — dodał Bellini. — Jeżeli do tej samej pracy dokładamy kolejnych ludzi, to nie jest poprawa wydajności.

Bellini zapowiedział też czasowe zamrożenie nowych przyjęć w obszarze do czasu sprawdzenia obciążenia, nadgodzin i pracy ludzi z agencji. Do przeglądu miały trafić również umowy na sprzątanie, drobne naprawy, narzędzia, materiały eksploatacyjne, lokalny serwis i zewnętrzne sprawdzanie urządzeń pomiarowych. Chciał zobaczyć ceny, konkurencyjne oferty i nazwiska osób zatwierdzających zakupy.

Kiedy Bellini odszedł, Peter stał jeszcze przy tablicy.

— Bellini długo tak chodzi po hali i pyta ludzi o postoje? — zapytał Simon.

— Odkąd przyszedł. Najpierw chciał liczby z raportu, potem odkrył, że raport nie odpowiada na pytanie, czemu maszyna stoi.

— To brzmi jak normalna robota dyrektora produkcji.

— Na hali tak. W biurach ludzie jeszcze uczą się, że może przyjść bez zapowiedzi.

— I co robi, kiedy odpowiedź z raportu nie zgadza się z maszyną?

— Jutro Bellini jedzie na urlop do Włoch. Arben od tygodnia wie, ile godzin zostało.

Rozdział 6. Ludzie Arbena

Bellini wyjechał rano na zaplanowany dwunastodniowy urlop do Włoch. Bieżące obowiązki dyrektora przejął jego zastępca, Stefan Maurer. O dziewiątej Arben wezwał Simona do biura. Pomieszczenie znajdowało się nad jego obszarem produkcyjnym. Z okna można było zobaczyć cztery centra szlifierskie, stanowisko pomiarowe, kontrolę oraz część strefy wykańczania i obróbki powierzchniowej. Żaluzje były opuszczone do połowy. Przy stole siedziało czterech mężczyzn.

— Moi zastępcy — powiedział Arben. — Żebyś wiedział, do kogo iść.

Pierwszy wstał Dritan Gashi, odpowiedzialny za obróbkę. Był szeroki w ramionach, miał ręce operatora i drogi zegarek.

— Jak masz problem z maszyną, przychodzisz do mnie.

— A jak mam problem z programem?

— Też do mnie.

Drugi, Milan Petrovic, odpowiadał za pomiary i kontrolę. Mówił cicho i bardzo poprawnym niemieckim.

— Każda niezgodność musi przejść przez nas.

Simon skinął głową.

— Ile osób ma uprawnienia do końcowego zwolnienia części?

Milan zwlekał z odpowiedzią:

— Wystarczająco.

— Ile?

Arben wszedł mu w słowo.

— Simon, poznajesz ludzi. Pytania proceduralne później.

Trzeci, Besnik Leka, odpowiadał za operacje wykończeniowe i przygotowanie części do dalszego montażu. Nie uścisnął Simonowi ręki. Skinął tylko głową. Czwarty nazywał się Dragan Markovic i odpowiadał za przepływ materiału, palety i planowanie międzyoperacyjne. W przeciwieństwie do pozostałych wyglądał na zmęczonego. Arben usiadł za biurkiem.

— Każdy z nich zna ten zakład lepiej niż dokumentacja.

— Dokumentacja też powinna to wiedzieć — powiedział Simon.

Dritan się roześmiał.

— Nowy.

Arben również się uśmiechnął.

— Simon ma doświadczenie. Będzie nam pomagał.

— Przy czym? — zapytał Besnik.

— Przy zgodności.

Besnik popatrzył na niego pierwszy raz dłużej.

— Z czym?

— Z dokumentacją — odpowiedział Simon.

— Aha.

Nie było w tym zainteresowania. Arben oparł dłonie na biurku.

— Jedna rzecz. Tutaj mamy swoją organizację. Jak czegoś nie wiesz, pytasz. Jak widzisz problem, najpierw przychodzisz do nas. Nie biegasz z tym od razu na górę.

— Dlaczego miałbym biegać na górę?

— Dobrze. To się rozumiemy.

Simon zauważył, że Milan przez całą rozmowę prawie na niego nie patrzył. Kiedy wyszli, Dritan dogonił go na schodach.

— Nie przejmuj się Arbenem. Każdego pierwszego dnia straszy.

— Nie wyglądał na człowieka, który chciał mnie straszyć.

— Tym bardziej dobrze.

Na hali Dritan zatrzymał się przy jednej z maszyn.

— Masz rodzinę tutaj czy jeszcze poza Szwajcarią?

— Tutaj. Jedną córkę.

— Ile ma lat?

— Jedenaście. Jest na etapie, kiedy jeszcze uważa, że wiem prawie wszystko.

— To dobry okres. Za kilka lat ci przejdzie.

— Masz doświadczenie?

— Trzech synów. Jeden już tutaj pracuje.

— W Novarisie?

— W logistyce. Pozostali są jeszcze w szkole.

— Też chcą tu przyjść?

Dritan uśmiechnął się.

— Jeden mówi, że nie. Zobaczymy, co powie po pierwszym rachunku za mieszkanie.

— A drugi?

— Jeszcze nie wie, co chce robić.

— Arben pomaga rodzinom dostać się do zakładu?

— Pomaga ludziom, których zna. Czasem to rodzina, czasem sąsiad, czasem ktoś od znajomego.

Dritan powiedział to lekko. Kilka minut później przy stanowisku pomiarowym Simon spotkał młodego Gashiego. Na identyfikatorze miał imię Leart. Niedługo potem poznał brata Milana, który pracował na magazynie. Szwagra Besnika na kontroli wejściowej. Kuzyna Arbena przy planowaniu. Do obiadu przestał pytać, czy ktoś jest z kimś spokrewniony.

Peter Huber zauważył jego minę.

— Widzisz już drzewo?

— Jakie drzewo?

— Kto z kim jest rodziną.

Usiedli przy stoliku w końcu stołówki.

— Tak było od początku?

Huber rozpakował kanapkę.

— Nie. Kiedy zaczynałem, zakład miał prawie dwa tysiące ludzi. Dyrektorzy, zakupy, technologia i kierownicy produkcji byli na miejscu. Stara kadra, głównie szwajcarska i niemiecka, znała halę i liczby. Jak chciałeś nową agencję albo dostawcę, kilka osób pytało po co i za ile.

— Potem przyszło przejęcie przez Amerykanów?

— Najpierw stary właściciel policzył, co go czeka. Szwajcarskie płace były wysokie, szczególnie dla inżynierów, technologów, majstrów i utrzymania ruchu. Do tego park maszynowy wchodził w wiek, w którym trzeba było wydać duże pieniądze na wymianę. Sprzedali, zanim musieli zrobić jedno i drugie.

— A Novaris kupił zakład z tymi samymi maszynami?

— Z kontraktami, klientami i certyfikatami. Na początku łatwiej było ciąć koszty stałe niż wydać miliony na nowe centra. Najdroższe stanowiska znikały, część ludzi odchodziła bez następców, a maszyny miały pracować dalej.

— I brak ludzi uzupełnili agencją?

— Z czasem. Gdy brakowało rąk, lokalnie łatwiej było zamówić dwudziestu pracowników tymczasowych niż wywalczyć inwestycję i odbudować technologię. Tyle że dodatkowy operator nie naprawi zużytej osi i nie zastąpi człowieka, który umie rozwiązać problem.

— Nie z dnia na dzień. Najpierw redukcje i outsourcing, potem część decyzji pojechała za ocean. Starzy kierownicy zaczęli odchodzić na emerytury. Z każdym wakatem robiło się więcej miejsca dla ludzi, których ktoś już znał.

— Jak to wyglądało wcześniej? — zapytał Simon.

Peter odsunął talerz. — Nad produkcją był kierownik, niżej majstrowie, pod nimi Vorarbeiterzy. Majster miał formalne kwalifikacje i odpowiadał szerzej za ludzi, jakość i organizację. Vorarbeiter siedział na hali. Znał maszyny, ustawienia, operatorów i zmianę. Kiedy coś stawało, szedł do stanowiska zamiast wysyłać maila.

— I awansował na majstra?

— Jeśli był dobry, firma potrafiła wysłać go do szkoły. Wielu majstrów zaczynało przy maszynach. Potem zaczęły się cięcia. Jednego majstra nie zastąpili, drugiego stanowisko połączyli z innym. Vorarbeiterów posadzili przy komputerach, bo ktoś musiał robić grafiki, raporty i zamówienia. Nazwy zostały, robota się przesunęła.

— Kto prowadził zmianę?

— Coraz częściej kierownik zmiany. Czasem fachowiec z doświadczeniem, czasem człowiek wybrany głównie za lojalność. Majster, który wcześniej stał między halą a kierownikiem obszaru, zniknął z wielu zmian.

— Arben też tak awansował?

Peter przez kilka sekund układał papier po kanapce. — Zaczynał przy produkcji. Potem był Vorarbeiterem i na tym poziomie znał robotę. Miał wypadek z nogą, przenieśli go tymczasowo do biura. Jeden majster odszedł, wakatu nie obsadzili. Arben przejął część papierów i planowania. Następna reorganizacja zrobiła z tymczasowego rozwiązania stanowisko. Później został kierownikiem zmiany, zastępcą, w końcu dostał cały obszar.

— Bez szkoły majstra?

— Firma uznała doświadczenie wewnętrzne. Sam awans nie był przestępstwem. Problem zaczął się później, kiedy ten sam sposób stał się regułą i ludzie kompetentni przestali być wygodni.

— I Arben miał kandydatów.

— Zawsze. Czasem dobrych, czasem słabych. Wielu pracuje normalnie i nie ma z układem nic wspólnego. Problem zaczął się wtedy, gdy ważniejsze od kwalifikacji stało się to, kto człowieka poleca.

— A kto to kontrolował?

Huber odłożył kanapkę na papier.

— Coraz rzadziej ktoś spoza jego własnego pionu.

— A kiedy operator ma problem, którego sam nie umie rozstrzygnąć?

Peter oparł przedramiona o stół.

— Kiedyś szedł do Vorarbeitera. Jeśli sprawa była większa, wchodził majster. Jeden znał proces od podszewki, drugi miał kwalifikacje i brał odpowiedzialność za decyzję. Teraz prowadzący bywa w biurze, majstra nie ma, a kierownik zmiany czasem zna stanowisko gorzej niż człowiek przy maszynie.

— I co robią?

— To, co najmniej boli na zmianie. Powtarzają pomiar, poprawiają ustawienie, dzwonią do kogoś, kto pamięta stary sposób. Zatrzymanie części oznacza papier, przestój i pytania. Przepuszczenie jej dalej często oznacza spokój do końca dnia.

— Brzmi jak proszenie się o kłopoty.

— Kiedyś problem miał właściciela. Teraz często ma kolejnego odbiorcę.

— A ludzie techniczni po redukcjach? Kto został między operatorem a biurem?

— Część odeszła, część przenieśli do planowania, kilku zostało na zmianach bez formalnej funkcji.

— Czemu pozwolili odejść ludziom, którzy znali maszyny?

— Zapytaj tych, którzy liczyli etaty. Hala dostała potem odpowiedź w postaci większej obsady.

— Peter pamięta ten okres najlepiej?

Huber westchnął.

— Jak ktoś wiedział więcej niż kierownik, miał dwa wyjścia. Udawać, że nie wie, albo znaleźć inną pracę.

— Ty zostałeś.

— Mam dom siedem kilometrów stąd i jestem leniwy.

Simon uśmiechnął się.

— Nie wyglądasz.

— Przyzwyczaiłem się.

W drzwiach stołówki pojawił się mężczyzna w skórzanej kurtce. Nie miał ubrania roboczego. Odbił kartę na czytniku, podszedł do automatu z kawą i usiadł przy stoliku obok okna. Simon spojrzał na zegarek. 10:18.

— Kto to?

— Bekim.

— Jaki dział?

— Dobre pytanie numer dwa.

Bekim wypił kawę, przez dziesięć minut rozmawiał przez telefon, po czym wyszedł tą samą drogą, którą przyszedł.

— Przerwa?

Huber złożył opakowanie po kanapce.

— Simon.

— Tak?

— Naprawdę powinieneś czasem pić kawę bez zadawania pytań.

Rozdział 7. Lista obsady

Drugiego dnia Simon dostał listę obsady. W obszarze Arbena figurowało sto dwadzieścia sześć osób. Około stu dwóch miało stałe etaty, pozostałych dwudziestu czterech przysyłała agencja pracy tymczasowej. Cztery centra szlifierskie były tylko rdzeniem procesu; dochodziły pomiary, kontrola, obróbka powierzchniowa, powłoki, przygotowanie narzędzi, logistyka i prace międzyoperacyjne. Niemal wszyscy pracownicy tymczasowi przychodzili przez tę samą agencję. Simon zestawił obsadę z rzeczywistą produkcją.

Nie potrzebował firmowego systemu. Godziny pracy maszyn były dostępne na terminalach. Liczba ukończonych części wisiała na tablicy. Po połowie zmiany wynik był gorszy niż poprzedniego dnia. Dwie maszyny pracowały, jedna czekała na mechanika, a czwarta stała z rozebranym osłonięciem osi. Przy kawiarce spotkał Learta Gashiego.

— Dużo ludzi jak na ten wolumen — powiedział Simon.

Leart dolał mleka.

— To nie tylko szlifowanie. Jest wykańczanie, kontrola, powłoki i logistyka.

— Wiem.

— Kontrola.

— Też wiem.

Leart uśmiechnął się.

— To po co pytasz?

— Bo chcę zrozumieć.

— Tu się nie da.

Młody człowiek powiedział to bez złości. Wyglądał na dwadzieścia kilka lat.

— Długo pracujesz?

— Siedem miesięcy.

— Dritan to twój ojciec?

Leart spojrzał na niego.

— Tak. Nie jest źle, jeśli nie próbujesz rozumieć wszystkiego naraz.

— A sama praca ci pasuje?

— Płacą regularnie, mam stałą zmianę i do domu dziesięć minut. To już sporo.

— Pytam, czy ją lubisz.

— Lubić można hobby. Praca ma się zgadzać z życiem.

— To bardziej odpowiedź, niż dostałem wcześniej.

— W Szwajcarii wystarczy.

Leart zabrał kubek i odszedł. Kilka minut później Simon zobaczył Bekima. Mężczyzna odbił kartę przy wejściu, wszedł do stołówki i usiadł przy tym samym stoliku co dzień wcześniej. Wypił kawę, przejrzał telefon i wyszedł. Po jedenastej Simon sprawdził grafik. Bekim Hoxha. Operator produkcji. Zmiana 06:00—14:00. Simon spojrzał na godzinę pierwszego odbicia: 06:02. Nigdzie go rano nie widział. Pod koniec zmiany Bekim pojawił się ponownie. O 13:57 przeszedł przez bramkę wyjściową. Osiem godzin. Fizycznie może czterdzieści minut. Peter podszedł od tyłu.

— Znalazłeś już tego ducha z listy?

— Jednego człowieka nie widziałem ani razu. Pytanie, ilu takich jest.

— Nie wiem. I nie zamierzam ci robić spisu pod nazwisko.

— Jak można nie wiedzieć, kto pracuje na własnym obszarze?

— Bardzo łatwo, jeśli masz etat na papierze, wejścia przez różne bramy i kierownika, który rozlicza wynik, nie twarz.

— Czyli nikt nie porównuje obsady z realną obecnością?

Simon odsunął się od terminala.

— I nikt nic z tym nie robi?

— Bekim ma umowę. Ma przełożonego. Ma odbicia. System mówi, że pracuje.

— A człowiek?

— System nie pyta człowieka.


Tego samego popołudnia Simon zobaczył coś jeszcze. Nowy pracownik czekał przy szatni na Dritana. Miał świeży identyfikator i czyste ubranie robocze. Rozmawiali cicho, a kiedy młody człowiek wyjął kopertę, Dritan schował ją do kieszeni spodni. Simon przeszedł obok bez zwalniania. Wieczorem znalazł nazwisko nowego. Arlind Berisha. Zatrudniony trzy dni wcześniej. Na rozmowę kwalifikacyjną rekomendował go Dritan Gashi. Simon nie wiedział, co było w kopercie. Mógł to być zwrot pożyczki, pieniądze za samochód, cokolwiek.


Następnego dnia Arlind zapytał go przy maszynie:

— Wiesz, gdzie jest bankomat?

— Przy dworcu.

— Tutaj nie ma?

— Nie widziałem.

Arlind zaklął pod nosem.

— Coś pilnego?

— Nic.

Simon wrócił do swojej pracy. Godzinę później Arlind opuścił halę i wrócił po trzydziestu minutach. Przy szatni czekał już Milan Petrovic. Simon zobaczył tylko przekazanie złożonych banknotów. Tym razem nie było koperty. Wieczorem zadzwonił do Daniela, korzystając z prywatnego telefonu. Wsiadł do samochodu, wyjechał z parkingu i zatrzymał się przy małej stacji benzynowej kilka kilometrów dalej. Daniel odebrał po drugim sygnale.

— Jak po pierwszym tygodniu? Masz coś poza bałaganem jakościowym? — zapytał Daniel.

— Zatrudnienie rośnie szybciej niż praca. Część ludzi prawie nie dotyka produkcji.

— To jeszcze może być nieudolne zarządzanie, nie przestępstwo.

— Widziałem też gotówkę przekazywaną po wypłacie ludziom związanym z kierownictwem.

— To już inny trop, ale nadal potrzebuję mechanizmu. Za co płacą?

— Nie wiem. Nowi mówią o „wdzięczności” za wejście i dobre zmiany, ale nikt nie powie tego przy nazwisku.

— Widziałeś przekazanie i znasz osobę, która brała pieniądze?

— Widziałem dwa przekazania. Nie mam dowodu, za co.

— Więc na razie zapisujesz fakt, nie interpretację. Nie mieszamy korupcji z R7, dopóki nie mamy punktu wspólnego.

— Wiem, że dwie osoby zrobiły to w dwa dni.

— Simon, twoim zadaniem jest produkcja i kontrola jakości.

— Ludzie kontrolują produkcję i jakość.

— Nie zmieniaj zakresu.

— Mam sto dwadzieścia sześć osób w obszarze, który przy podobnym wolumenie jeszcze niedawno miał mniejszą obsadę. Maszyny stoją, wynik na tablicy rośnie, a kierownik chce następnych etatów. Dwudziestu czterech ludzi przyszło z jednej agencji.

— Zapisz. Nie dotykaj pieniędzy.

— Dobrze.

— To nie zabrzmiało jak dobrze.

— Bo nie było.

Daniel westchnął.

— Masz coś jakościowego?

Simon przypomniał sobie czerwony pomiar, który po trzech próbach stał się zielony. Daniel poprosił, żeby po zmianie Simon przesłał mu numery części i zdjęcia.

Rozdział 8. R7—084

W piątek rano Daniel zadzwonił pierwszy. Simon był już w samochodzie przed zakładem.

— Możesz mówić?

— Tak.

— Kolumbia potwierdziła fragment numeru.

Simon wyprostował się.

— Mów.

— Mam numer, którego nie wpisujesz do żadnego firmowego systemu — powiedział Daniel. — R7—084.

— To rodzina rotora?

— Tak. To rodzina rotora. Oficjalny pełny numer nie trafił jeszcze do Novarisu, więc nie dawaj im powodu, żeby zaczęli go szukać razem z tobą.

— Skąd go masz?

— Z materiału komisji, do którego nie powinieneś mieć dostępu. Tyle ci wystarczy.

— Dobrze.

— Sprawdzasz wyłącznie, czy ta rodzina przechodziła przez Novaris i przez jaki obszar. Bez pytań o katastrofę i bez wpisywania numeru w centralną wyszukiwarkę.

— Rozumiem.

Simon spojrzał na bramę zakładu.

— Jeśli nie mogę użyć wyszukiwarki, zostaje mi chodzenie po starych listach i pytanie ludzi.

— I tego potrzebuję. System pokaże ci wersję oficjalną. Ludzie pokażą, jak naprawdę pracowali.

Połączenie się zakończyło. Przez pierwsze dwie godziny Simon nie zrobił nic. Pracował przy zwykłych partiach, sprawdzał dokumentację i odpowiadał na pytania. Poszedł z Peterem po kawę. Dopiero kiedy Arben wyjechał na spotkanie, a Dritan zniknął przy serwisie jednej z maszyn, Simon poszedł do Dragana.

— Potrzebuję starej listy rodzin części.

— Jak starej?

— Pięć, może sześć lat. Szukam, jak zmieniały się rewizje w starszych rodzinach.

— Po co ci aż taki zakres?

— Mam kilka numerów z różnych okresów. Chcę sprawdzić, czy po migracji wszystko trafiło do nowego systemu.

— Jakie?

Simon położył przed nim kartkę z kilkoma prawdziwymi numerami, których używał tego dnia. Między nimi zapisał R7—084. Dragan wpisał pierwsze dwa.

— Te są tutaj.

Przy trzecim zatrzymał się.

— R7? Tego nie widziałem od dawna.

— Tak.

— Tego numeru od lat już tutaj nie robimy.

— Pamiętasz mniej więcej kiedy skończyliście?

— Nie z głowy. Przed ostatnią reorganizacją na pewno.

— Gdzie?

— Zespół rotora składano tutaj. Część wcześniejszych operacji robił dostawca.

— A R7—084 przechodziło przez ten obszar czy tylko przez montaż?

Dragan kliknął kilka razy.

— Linia cztery. Potem element szedł do montażu rotora. To pamiętam, bo zawsze były problemy z kolejnością operacji.

Mięśnie karku Simona stężały.

— Masz historię zleceń albo chociaż stare trasy technologiczne?

— System powinien mieć. Pytanie, czy ja to jeszcze widzę.

— Pokaż.

Dragan odsunął się.

— Do starych zleceń jakościowych nie mam uprawnień. Po migracji zabrali nam część dostępu.

— Kto został z pełnym dostępem?

— Milan i kilka osób z jakości. Jeśli pytasz o stare raporty, idź do niego.

Simon wstał.

— Dzięki.

Dragan złapał go za rękaw.

— Keller.

Simon odwrócił się.

— Co?

— Jeśli porównujesz rewizje, trzymaj się swoich zleceń. Stare rodziny potrafią przyciągać uwagę.

— To ostrzeżenie czy rada?

Dragan puścił materiał koszuli.

— Rada. Taniej wychodzi.

— Wiesz coś o R7, czego nie ma w systemie?

— Wiem, że już tego nie robimy. Resztę pytaj tych, którzy podpisywali jakość.

— To nie było pytanie.

Dragan odwrócił się do monitora.

— Idź do Milana.

Simon nie poszedł. Wrócił do weryfikacji. Dopiero po południu, kiedy Milan był na spotkaniu, usiadł przy starym terminalu obok stanowiska pomiarowego. Nie wpisał numeru R7. Otworzył katalog programów ręcznie. Rodziny części były zapisane według dawnego podziału, sprzed migracji do nowego systemu. Foldery miały nazwy, które rozumieli tylko ludzie pracujący tu od lat.

Znalazł R7. W środku były cztery podkatalogi. 084. Simon otworzył. Programy obróbcze. Programy pomiarowe. Archiwum. W folderze obróbki znajdował się plik:

R7_084_REV_F_FINAL

Data sprzed dziewięciu lat. Drugi:

R7_084_REV_G_TEST

Trzeci:

R7_084_NEW_FINAL2

Bez numeru rewizji. Simon otworzył właściwości. Plik powstał sześć lat wcześniej. Potem wszedł do dokumentacji konstrukcyjnej. Ostatnia obowiązująca rewizja w czasie końcowych partii:

J.

Simon siedział bez ruchu. Kiedy ktoś przeszedł za jego plecami, zamknął okno, a po kilku sekundach otworzył program pomiarowy. Nazwa:

R7_084_J

Data utworzenia była późniejsza niż produkcja części z jednej z archiwalnych partii. Simon sprawdził ponownie i upewnił się, że się nie pomylił. Część została formalnie zmierzona programem, który według systemu jeszcze wtedy nie istniał. Zrobił dwa zdjęcia ekranu i usłyszał kroki. Milan stanął w przejściu.

— Co robisz przy tym terminalu?

Simon odsunął telefon od monitora.

— Szukam historii starego programu. Na nowym systemie nie mam pełnego archiwum.

— Do jakiej rodziny?

— Do tej, której rewizje się nie zgadzają.

— Mówiłem ci, że stare programy nie są twoim zakresem. Masz bieżące partie.

— Jeśli bieżący raport odwołuje się do starego programu, staje się moim zakresem.

Milan podszedł bliżej.

— Kto ci kazał sprawdzać R7?

Pierwszy raz ktoś wypowiedział ten numer przed nim.

— Skąd wiesz, że siedzę akurat w R7? Nie widziałeś ekranu.

Milan zatrzymał się. Przez kilka sekund żaden z nich się nie odezwał. Z hali dochodził szum wentylacji i odległe uderzenia metalu.

— Widziałem folder, kiedy podchodziłem.

— Widziałeś nazwę rodziny czy tylko katalog archiwum?

— Keller, nie rób ze mnie świadka we własnej rozmowie.

Simon schował telefon do kieszeni.

— To ty podałeś numer, którego ja nie wypowiedziałem.

Milan cofnął się o krok.

— Zamknij archiwum. Jeśli masz problem z bieżącą partią, zgłoś go normalnie. Starych plików nie ruszasz.

— Zgłoszę bieżący problem, kiedy ustalę, z jakiej wersji naprawdę pracuje maszyna.

Kiedy Milan wyszedł, Simon odczekał jeszcze dwie minuty. Nie otworzył już programu. O 14:12 wyszedł z zakładu i pojechał prosto do miejsca, z którego zwykle dzwonił do Daniela. Tym razem nie czekał, aż silnik samochodu ostygnie.

— Mam potwierdzenie. R7—084 przechodziło przez Novaris i przez linię czwartą.

— Z którego okresu?

— Kilka lat produkcji. Nie mam jeszcze pełnej listy partii.

— A źródło? System czy człowiek?

— Oba. Trasa w starym systemie i potwierdzenie od logistyki.

Daniel wypuścił powietrze.

— Co nie pasuje?

— Daty i wersje programów. Jeden raport twierdzi, że część została zmierzona programem, który według systemu utworzono później.

— Masz zdjęcia właściwości pliku i raportu z numerem partii?

— Mam oba. Wyślę z bezpiecznego telefonu.

— Wyślij.

Simon zawahał się.

— Milan już zorientował się, że grzebię przy R7. Sam wypowiedział numer.

— Ty go nie podałeś?

— Nie. I to jest część problemu.

— Kto jeszcze widział, że masz ten numer?

— Dragan na liście. Milan wie więcej, ale nie wiem skąd.

Daniel mówił teraz wolniej.

— Od poniedziałku nie dotykasz R7 bez mojego potwierdzenia. Jeśli ktoś już cię obserwuje, nie dokładamy mu wzoru zachowania.

— Jeśli nagle przestanę, też dostaną wzór.

— To ryzyko biorę na siebie. Ty masz wrócić z dowodem, nie udowadniać im odwagi.

Simon patrzył na ruch samochodów przy głównej drodze.

— Daj mi weekend. Chcę sprawdzić jedną rzecz poza systemem.

— Konkretnie.

— Czy daty są skutkiem bałaganu po migracji, czy ktoś poprawiał historię po produkcji.

— Jaką?

Simon przypomniał sobie program pomiarowy z datą późniejszą niż partia.

— Chcę odróżnić zwykły bałagan od zmian robionych po fakcie.

— Do poniedziałku rano. Potem kończymy ten etap i siadamy nad tym razem.

— Dobrze.

— I jeszcze jedno, Simon.

— Tak?

— Po zmianie nie zostajesz tam sam. Żaden terminal nie jest wart tego, żebyś zniknął z kamer.

14:18.

— Nie zamierzałem.


Po weekendzie Simon wrócił do R7—084. W dokumentacji tej części litera J oznaczała ostatnią zatwierdzoną wersję. J wymagała głębszego gwintu i dłuższego elementu montażowego. Obowiązywała od trzech lat. Simon zmierzył trzy kolejne elementy R7—084 i stwierdził, że wszystkie odpowiadały starszej wersji. Zawołał operatora.

— Jaka rewizja jest wpisana na zleceniu tej partii?

— J. Przynajmniej tak pokazuje karta.

— A głębokość gwintu robisz z programu czy czytasz z rysunku?

Operator podał wartość z pamięci. Simon pokazał mu rysunek.

— Tu jest więcej.

Operator przybliżył kartkę.

— Gdzie?

Simon dał mu lupę. Mężczyzna odnalazł zapis.

— Tego zapisu wcześniej nie widziałem. Program prowadzi mnie na starą wartość.

— Rewizja J obowiązuje od trzech lat. Jeśli program prowadzi inaczej, trzeba wyjaśnić, skąd bierze wymiar.

— Ja nie ustawiam technologii. Dostaję program, robię pierwszą sztukę i lecę dalej.

— Wiesz, kiedy ten program był ostatnio zatwierdzany?

— Nie. Zmiana programu przychodzi z biura. My widzimy nazwę i numer zlecenia.

— Kto na zmianie ma to sprawdzić, jeśli rysunek i program się rozchodzą?

Operator wzruszył ramionami.

— Dritan. Albo majster, gdybyśmy jeszcze mieli majstra na tej zmianie.

Dritan pojawił się po kilku minutach.

— Co zatrzymało robotę? — zapytał Dritan, kiedy podszedł.

Simon położył trzy części obok siebie.

— Trzy sztuki mają starą głębokość gwintu, a zlecenie jest na J.

Dritan spojrzał na rysunek.

— Tak to robimy od dawna. Co z wynikiem pomiaru?

— Rysunek wymaga głębszego gwintu. Wynik pomiaru nie sprawdza tej cechy automatycznie.

— Pokaż.

Simon wskazał wpis. Dritan użył lupy.

— To dopisek technologii. Takich zmian mamy dziesiątki.

— To zatwierdzona rewizja, nie notatka technologa.

— I części wracają z montażu?

— Nie o to pytam. Pytam, czy robimy zgodnie z J.

Dritan odłożył kartkę.

— Te części od lat trafiają dalej. Gdyby nie pasowały, montaż by je zwracał.

— Chcę sprawdzić, z jakim elementem je montują. Jeśli używają starego osprzętu, wszystko może do siebie pasować i nadal być niezgodne.

— Bo montują.

— Jaką długość śruby bierzecie do R7—084? — zapytał Simon, kiedy dotarli do Besnika.

— Zależy od wersji. Pokaż numer zlecenia.

Poszli razem do Besnika. Na stanowisku leżały pojemniki ze śrubami. Simon podał mu numer, a Besnik bez patrzenia wyciągnął właściwy pojemnik. Simon zmierzył śrubę, która okazała się krótsza.

— Macie jeszcze dłuższy wariant przewidziany dla J?

Besnik wskazał zamkniętą szafę.

— Mamy. Leży osobno, bo przy większości tych korpusów nie da się go wkręcić do końca.

— Czyli wiecie, że dłuższa śruba nie pasuje.

— Wiemy, że na hali są części, do których nie pasuje. Jak przychodzi taka sztuka, bierzemy krótszą i montaż idzie dalej.

— Dłuższa zatrzymuje się na końcu starego gwintu. To znaczy, że problem nie jest w śrubie, tylko w wykonaniu części.

— Możliwe. Mnie rozliczają z gotowego montażu, nie z historii rysunku.

— Zmiana obowiązuje od trzech lat.

— To trzy lata ktoś powinien był zdecydować, co robić z częściami, które przychodzą stare.

— A wy przez ten czas używaliście krótszych śrub.

Besnik odłożył klucz.

— Te zespoły latają od lat — powiedział Besnik. — Jeśli chcesz je teraz zatrzymać, powiedz, kto podpisze decyzję.

— Nie proszę cię o zatrzymanie floty. Chcę, żeby ta część wyszła z hali zgodnie z dokumentacją.

— To idź z dokumentacją do jakości. My składamy to, co dostajemy.

— I jakość podpisuje zgodność.

— W takim razie masz problem z jakością, nie ze mną.

— On każdemu robi taki dzień? — zapytał Besnik Dritana.

— Jest nowy. Jeszcze wierzy, że każde pole na rysunku ma właściciela — odpowiedział Dritan.

Simon zabrał trzy części do kontroli. Milan siedział przy komputerze.

— Te trzy numery mają zamkniętą kontrolę?

Milan wpisał pierwszy.

— Tak. Wszystkie zwolnione.

— Głębokość gwintu jest gdzieś mierzona automatycznie?

— Nie. Ta cecha nie siedzi w programie pomiarowym.

— Więc kto potwierdza ją ręcznie?

— Jest pole w raporcie. Masz podpis kontrolera.

ZGODNA.

Simon przesunął palcem po ekranie.

— Kto podpisał tę sztukę?

— L. Kelmendi. Nazwisko masz przy polu.

Nazwisko: L. Kelmendi.

— Jest dziś na zmianie?

— Ma wolne.

— Potrzebuję jego zapisu z pomiaru, nie samego pola „zgodna”.

— Przy ręcznym sprawdzeniu ten raport jest zapisem. Nie ma osobnego pliku z maszyny.

— Czyli jeśli wpisano „zgodna”, nie mamy już niczego, co pokaże, jaka wartość została zmierzona.

Milan przyglądał mu się bez słowa.

— Przy tej cesze nie. Jest wynik i podpis.

— Czyli zostaje tylko wpis.

— Tak.

Simon otworzył kolejną partię. Sprzed roku.

ZGODNA.

Następną.

ZGODNA.

Potem cofnął się do pierwszej partii po wprowadzeniu rewizji J.

ZGODNA.

— Macie zachowaną pierwszą sztukę albo próbkę po wprowadzeniu J?

— Jeśli coś zostało, jest w archiwum wzorców. Po co ci to teraz?

— Chcę zobaczyć, czy pierwsze wdrożenie zrobiono prawidłowo, a problem wrócił później.

Milan poruszył myszką.

— To trzy lata temu. Nikt ci tego nie znajdzie w pięć minut.

— Wiem.

— I nie oczekuję pięciu minut. Chcę wiedzieć, czy taki wzorzec istnieje.

— Ta zmiana została wprowadzona z konkretnego powodu. Chcę zobaczyć, czy pierwsza partia naprawdę ją miała.

— Skąd wiesz, że powód był istotny dla bezpieczeństwa?

— Nie wiem. Wiem tylko, że konstrukcja zatwierdziła zmianę i produkcja miała ją wykonać.

Milan odchylił się na krześle.

— Keller, ty traktujesz rysunek jak źródło każdej odpowiedzi.

— Nie. Traktuję go jak warunek, na który firma się zgodziła, zanim część trafiła dalej.

— A jeśli stara wersja przez lata działała?

— To nadal nie daje hali prawa do wybierania własnej wersji.

Milan przestał się uśmiechać. Po raz pierwszy od początku rozmowy zrobiło się cicho.

— Nie używaj tutaj argumentu z pasażerami. Ludzie mają i tak dość nerwów.

— Nie używam go do straszenia. Produkujemy części do silników i to jest fakt.

— Wszyscy na hali to wiedzą.

— W takim razie łatwiej powinno być zatrzymać niezgodność, a nie trudniej.

— Wszyscy wiemy, co produkujemy.

Simon zamknął raport.

— Wygląda na to, że nie wszyscy.


Tego wieczoru zrobił zdjęcie tabeli zmian, numerów partii i raportów. Nie zabrał żadnego dokumentu. Daniel odebrał późno.

— Mam zmianę konstrukcyjną sprzed trzech lat, której produkcja seryjna nie wdrożyła konsekwentnie.

— Wiesz już, czy R7—084 jest elementem krytycznym dla wirnika?

— Jeszcze nie. Mam tylko rodzinę, trasę i zmianę mocowania.

— To rozdziel te rzeczy. Niezgodność jest faktem. Związek z katastrofą dopiero sprawdzamy.

— Wiem.

— Nie będę zgadywał. Chcę tylko, żebyś zobaczył skalę procesu.

Simon siedział w samochodzie na parkingu supermarketu.

— J wymaga głębszego gwintu i dłuższego elementu mocującego. Na hali robią starą głębokość, kontrola wpisuje zgodność, a montaż sięga po krótszy element, bo dłuższy nie pasuje. To nie wygląda na pojedynczą pomyłkę.

Daniel milczał.

— Ile partii przeszło tak od wejścia J?

— Jeszcze nie mam liczby.

— Najpierw liczba i daty. Bez nich nie wiemy, czy patrzymy na trzy sztuki, trzy partie czy trzy lata całej produkcji.

— Jeśli ślad powtarza się w archiwum, mogą być setki.

— Ustal, zanim użyjesz tej liczby przy kimkolwiek poza mną.

— Daniel, jeśli tak prostą różnicę dało się przeoczyć przez lata, co jeszcze mogło przejść tą samą drogą?

— Tego nie szukaj od razu. Najpierw zamknij R7. Jedna udowodniona rzecz jest więcej warta niż dziesięć podejrzeń.

— Chciałem usłyszeć, czy myślisz o tym samym.

— Myślę. I z tego powodu masz nie rozszerzać sprawy bez danych.


Dwa dni wcześniej Simon czekał przed biurem planowania na podpis pod kartą dostępu. Drzwi do małej salki rekrutacyjnej były niedomknięte. W środku siedziała Sara Kovač, dwudziestodziewięcioletnia techniczka z sześcioletnim doświadczeniem w kontroli wejściowej. Besnik Leka przeglądał jej dokumenty bez pośpiechu.

— Kwalifikacje masz — powiedział. — Kandydatów też mamy.

— Przyszłam na stanowisko w jakości, nie po przysługę.

Besnik zamknął teczkę i nie oddał jej od razu.

— Czasem trzeba pokazać, że człowiek naprawdę chce zostać.

Sara siedziała nieruchomo. — Mam jeszcze coś pokazać poza kwalifikacjami?

Besnik odpowiedział ciszej. Simon nie usłyszał słów, tylko zobaczył, jak twarz kobiety twardnieje. Sara wstała i odebrała mu teczkę. — Jeśli o to chodzi, proszę wpisać, że nie spełniam wymagań. Wyszła. Besnik pojawił się w drzwiach chwilę później.

— Czekasz na mnie?

— Na podpis.

Besnik podpisał kartę.

— Nie każda rozmowa kończy się zatrudnieniem.

— Ta chyba skończyła się wcześniej niż rozmowa.

Besnik oddał mu kartę. — Pilnuj swoich spraw, Keller. Simon zapamiętał nazwisko kandydatki. Nie wiedział, jak często podobne propozycje padały w tym biurze. Wiedział tylko, że kobieta wyszła z kwalifikacjami w teczce i bez pracy.

Rozdział 9. Kandydat

W poniedziałek rano na tablicy przy szatni wisiało ogłoszenie.

SPECJALISTA DO SPRAW PROCESU PRODUKCYJNEGO

Simon przeczytał je w drodze na halę. Firma szukała osoby z wykształceniem technicznym, doświadczeniem w obróbce precyzyjnej, znajomością rysunku konstrukcyjnego, systemów jakości oraz prowadzenia dokumentacji zmian. Mile widziane studia inżynierskie. Wymagana była bardzo dobra znajomość niemieckiego. Pod spodem dopisano, że Novaris wspiera rozwój wewnętrzny i w pierwszej kolejności rozpatruje kandydatury osób już zatrudnionych.

Peter Huber stanął obok.

— Znowu szukają specjalisty? — zapytał Peter, kiedy zobaczył ogłoszenie.

— Co w tym dziwnego?

— Nic. Ogłoszenie jest świeże. Kandydat zwykle bywa starszy.

— Mówisz, że stanowisko jest już ustawione?

— Mówię, że specjaliści są przydatni, szczególnie kiedy wcześniej wiedzą, że nimi zostaną.

Huber przeczytał ogłoszenie.

— Kto według ciebie dostanie tę funkcję?

— Zapytaj za kilka dni. Oficjalnie dopiero zbierają zgłoszenia.

— Brzmisz, jak ktoś, kto zna wynik.

— Mam za sobą więcej takich konkursów niż ty lat w tym zakładzie.

— Jestem tu krótko, ale mam trzydzieści sześć lat.

Na zmianie Simon poznał Markusa Vogla. Wcześniej widywał go przy jednym z centrów obróbczych. Markus miał czterdzieści kilka lat, szczupłą twarz i ręce zawsze brudne od chłodziwa, mimo że przy maszynie używał rękawic. Mówił mało. Kiedy coś się psuło, wołali go częściej niż mechaników.

Tego dnia pracował przy ustawieniu części, która po drugim zamocowaniu uciekała z wymiaru. Simon zatrzymał się przy stanowisku.

— Co poprawiasz?

Markus nie odwrócił głowy.

— Nic.

— Widzę, że coś robisz.

— Przywracam stan, w którym maszyna udaje, że jest sprawna.

Simon parsknął. Markus poluzował mocowanie, sprawdził zderzak i wyjął cienką blaszkę.

— To było pod spodem?

— Było.

— W dokumentacji też?

— Ty jesteś ten nowy od pytań?

— Podobno.

— To dobrze. Peter już się nudzi.

Wyczyścił powierzchnię, ponownie ustawił część i uruchomił pomiar kontrolny.

— Masz wykształcenie techniczne? — zapytał Simon.

— Technik mechanik. Potem szkoła inżynierska wieczorowo. Obróbka i metrologia.

Simon wskazał głową tablicę przy szatni.

— Widziałeś ogłoszenie?

— Widziałem.

— Składasz?

Markus zamknął osłonę.

— Złożyłem papiery w piątek — powiedział Markus.

— Ogłoszenie na zewnątrz pojawiło się dziś. Skąd wiedziałeś wcześniej?

— Wewnętrznie wisiało kilka dni. Ludzie z działu dostali informację przed publikacją.

— Masz doświadczenie wymagane do tej funkcji?

— Dziewięć lat na tych procesach i kurs technologiczny.

— A formalne wykształcenie?

— Mam. Brakuje mi tylko jednego szkolenia, które firma może zrobić po awansie.

— A mimo to zakładasz, że stanowisko pójdzie gdzie indziej.

Maszyna rozpoczęła cykl. Markus oparł się plecami o obudowę.

— Trzy razy próbowałem.

— Na to samo stanowisko?

— Na podobne. Raz do technologii, raz do jakości, raz na prowadzącego zmianę.

— I?

— Za pierwszym razem potrzebowali kogoś z większym doświadczeniem. Za drugim kogoś lepiej znającego produkcję. Za trzecim uznali, że brakuje mi doświadczenia w kierowaniu ludźmi.

— Kto dostał?

Markus uśmiechnął się krzywo.

— Za pierwszym kuzyn Besnika. Za drugim brat Milana. Za trzecim Dritan.

— Dritan ma doświadczenie w kierowaniu?

— Od dnia, kiedy dostał stanowisko.


Po południu ogłoszenie zniknęło. Simon zauważył to przy wyjściu na przerwę.

— Szybko zamknęli konkurs — powiedział Simon do Petera.

— Zamknęli? Dopiero wczoraj mówiłeś, że zbierają kandydatów.

— Na tablicy już jest nazwisko specjalisty.

— To pokaż. Ciekawi mnie, czy los bywa aż tak przewidywalny.

— Adem Kelmendi.

— No proszę. Los znowu znał numer telefonu Arbena.

Simon znał nazwisko, ale nie potrafił przypisać go do twarzy.

— Który to?

— Kelmendi. Pracuje przy pakowaniu i przepływie materiału.

— Ma wykształcenie techniczne?

Huber włożył ręce do kieszeni.

— Ma doświadczenie wewnętrzne.

— Pytam o wykształcenie.

— A ja odpowiadam językiem firmy.

Simon znalazł Adema przy końcu hali. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat i pracował przy oznaczaniu palet. Simon widział go wcześniej kilka razy, ale nigdy przy maszynie. Adem przyjął gratulacje od dwóch osób, poklepał jedną po ramieniu i poszedł do biura Arbena. Markus pracował dwadzieścia metrów dalej. Nie spojrzał w tamtą stronę.


Dwa dni później Adem Kelmendi zszedł na halę bez ubrania roboczego. Miał jasną koszulę, ciemne spodnie i półbuty. Na szyi wisiał nowy identyfikator. W miejscu, gdzie jeszcze tydzień temu było napisane „pracownik logistyki”, pojawiło się „specjalista procesu”. Simon zobaczył, jak Adem zatrzymuje operatora linii czwartej.

— Co zatrzymało maszynę tym razem? — zapytał Simon operatora.

— Alarm osi Z. Po resecie wraca.

— Serwis podał czas?

— Mówią czterdzieści minut, ale Dritan chce uruchomić wcześniej.

— Nie uruchamiaj, dopóki nie wiadomo, czemu pozycja ucieka. Reset nie usuwa przyczyny.

— Czekam na serwis.

— Zresetuj.

— Resetowałem trzy razy.

Adem sprawdził, kto stoi najbliżej i słucha rozmowy.

— Nie może stać.

Operator wzruszył ramionami.

— Powiedz jej.

Adem odszedł. Przy następnym stanowisku wziął do ręki kartę przebiegu części.

— Czemu to jest zatrzymane?

Kontroler odpowiedział:

— Pomiar nie przeszedł.

— Dużo?

— Cztery setne.

— To mało.

Simon stał kilka kroków dalej.

— W tej tolerancji to dużo.

Adem odwrócił głowę.

— Pytałem jego.

— A ja słyszałem.

— Cztery setne to nic.

— Zależy od wymagania.

Adem podszedł bliżej.

— Pracuję tu osiemnaście lat.

— Wiem.

— Tak robiliśmy zawsze.

— Jaką tolerancję ma ta cecha?

Adem popatrzył na kartę.

— Nie o to chodzi.

— O to pytam.

— Jak będziemy złomować wszystko, co maszyna pokaże na czerwono, zamkniemy produkcję.

Kontroler udawał, że sprawdza coś na monitorze. Simon wziął rysunek.

— Tolerancja wynosi dwie setne.

Adem poruszył głową.

— Najpierw trzeba sprawdzić pomiar.

— Zgoda.

— To po co robisz problem?

— Jeszcze żadnego nie zrobiłem.

Adem wyciągnął rękę po kartę.

— Daj to Milanowi.

Kontroler natychmiast mu ją podał. Simon nie powiedział nic więcej, a godzinę później część miała już status zgodnej. Nie znalazł żadnego dodatkowego pomiaru. W czasie obiadu usiadł naprzeciw Markusa.

— Gratulowałeś?

Markus przeżuwał zupę.

— Komu mam oddać tę kartę do zatwierdzenia?

— Ademowi. Od dziś jest specjalistą procesu.

— Nie podpiszę mu wyniku, którego sam nie sprawdziłem.

— Obrazi się. Teraz bardzo pilnuje nowej funkcji.

— Przeżyjemy obaj.

Simon nalał sobie wody.

— Widziałem dziś, jak tłumaczył operatorowi tolerancje.

— To szybko się nauczył.

— W piątek pracował przy paletach.

Markus odłożył łyżkę.

— Wiesz, co jest najlepsze?

— Co?

— Teraz będzie podpisywał moje rozwiązania.

— Jakie rozwiązania?

— Jak masz problem z procesem, robisz analizę, dobierasz mocowanie, parametry, sprawdzasz pomiar. Ja mu przygotuję wszystko. On pójdzie na spotkanie i opowie dyrektorowi.

— Czemu ty nie pójdziesz?

Markus rozejrzał się po stołówce.

— Mam ubranie robocze.

— To kryterium?

— Tutaj czasem wygląda jak najważniejsze.

Przy sąsiednim stoliku Adem siedział z Arbenem i Milanem. Koszulę miał rozpiętą pod szyją, kubek z kawą trzymał obiema rękami i niczego nie jadł. Markus zauważył spojrzenie Simona.

— W poniedziałek dostaniesz koszulę, we wtorek zapomnisz, jak wygląda maszyna. W piątek tłumaczysz ludziom przy maszynie, że muszą pracować szybciej.

— Kiedyś Vorarbeiter miał siedzieć przy produkcji — dodał Markus. — Majster brał odpowiedzialność za zmianę, a prowadzący znał problem, zanim ktoś z góry o niego zapytał. Po redukcjach zabrali majstrów, Vorarbeiterom dołożyli biura, a kierowników zmian zaczęto dobierać tak, żeby nie kłócili się z Arbenem.

— Czyli tytuły zostały, tylko szczeble zniknęły.

— I wiedza przestała iść razem ze stanowiskiem.

— Zawsze jesteś taki pogodny?

— W domu jestem gorszy.

Simon uśmiechnął się.

— Czemu jeszcze tu pracujesz?

— Hipoteka.

— Peter powiedział to samo, tylko inaczej.

— Peter ma cztery miesiące. Ja dziewiętnaście lat.

Na końcu stołówki ktoś przesunął krzesło. Markus ściszył głos.

— I jeszcze jedno. Nie rób z Adema idioty.

— Nie robię.

— On wie, czego nie wie. To dużo.

— Tacy ludzie nie muszą znać procesu — dodał Markus. — Muszą wiedzieć, komu oddać pytanie i czyje nazwisko wpisać na końcu.

— Czyli jest przydatny.

— Arbenowi wystarcza, że wykonuje polecenia i nie otwiera sporów.

Rozdział 10. Oszczędność

Simon poszedł do działu personalnego pod pretekstem brakującego szkolenia. Biura zajmowały osobny budynek połączony z halą przeszklonym korytarzem. Było tam cicho. Na ścianach wisiały fotografie pracowników w kaskach, wykresy dotyczące bezpieczeństwa i plansza z wartościami firmy.

SZACUNEK. ODPOWIEDZIALNOŚĆ. JAKOŚĆ

Przyjęła go Claudia Meier. Miała około czterdziestu lat, mówiła szybko i bez zbędnych uprzejmości.

— Brakuje szkolenia z procedury zwalniania części — powiedział Simon.

Claudia sprawdziła komputer.

— Masz przypisane na przyszły czwartek.

— Dobrze. Przy okazji mogę zapytać o coś jeszcze?

— Jeśli krótko.

— Jak wygląda obsadzanie stanowisk technicznych wewnątrz firmy?

Claudia przestała pisać.

— W jakim sensie chcesz sprawdzać wymagania na stanowiska? — zapytał Daniel.

— Widziałem konkurs na specjalistę procesu. Człowiek, który wygrał, nie spełnia tego, co było wpisane jako wymagane.

— Sam kandydowałeś?

— Nie. Interesuje mnie, kto zmienił zasady po wyborze.

— To sprawdź dokumentację konkursu, nie plotkę z hali.

— Chcę wiedzieć, jak firma ocenia kwalifikacje. W mojej pracy mam współpracować z tymi ludźmi.

Claudia odsunęła krzesło.

— Jest profil stanowiska. Przełożony zgłasza potrzebę, my publikujemy nabór, sprawdzamy kandydatów, potem jest rozmowa z przełożonym.

— W ogłoszeniu wykształcenie techniczne było wymagane, nie tylko mile widziane.

— W procedurze działu wykształcenie techniczne jest opisane jako preferowane.

— W ogłoszeniu dla kandydatów było „wymagane”. Mam zdjęcie.

— Czytasz ogłoszenia dokładniej niż część HR.

— Czytam to, co firma pokazuje ludziom jako warunki wejścia.

— Tylko pamiętaj, że ogłoszenie nie jest jeszcze procedurą kwalifikacyjną.

— Jeśli firma wymaga czegoś od kandydatów, a po wyborze przestaje wymagać, to warto wiedzieć czemu.

Kącik ust Claudii drgnął.

— Co naprawdę chcesz wiedzieć?

— Czemu stanowisko dostał człowiek z logistyki, skoro kandydował inżynier z doświadczeniem przy maszynach?

Claudia złożyła ręce.

— Nie rozmawiam o indywidualnych decyzjach personalnych.

— Ogólnie.

— Ogólnie doświadczenie zdobyte w firmie może zastępować część formalnych wymagań.

— Szkolenie ma uzupełnić całe brakujące przygotowanie techniczne?

— To zależy od roli. Nie każdy kierownik musi być technologiem.

— Przy stanowisku, które zatwierdza decyzje procesowe, ktoś musi rozumieć proces.

— Kandydat ma plan wdrożenia i szkolenia. Tak jest zapisane.

— Kto będzie go szkolił, skoro warstwa techniczna została wcześniej wycięta?

Claudia westchnęła.

— Simon, jeżeli masz problem z konkretną decyzją, idź do swojego przełożonego.

— To on podjął decyzję.

— Więc masz odpowiedź.

Simon podniósł się.

— Jeszcze jedno. Często zatrudniacie nowych ludzi, kiedy kogoś przesuwacie wewnętrznie?

— Oczywiście, jeśli powstaje wakat.

— Czyli po awansie Adema ktoś zajmie jego miejsce.

— Zapewne.

— Jedna osoba?

— Nie wiem.

— Bo widziałem dwa nowe nazwiska na planie wdrożeń.

Tym razem milczała dłużej.

— Skąd masz dostęp do planu wdrożeń?

— Jest wywieszony przy wejściu na szkolenia.

Claudia odchyliła się w fotelu.

— To są dwa różne stanowiska.

— Oba w obszarze Arbena.

— Produkcja rośnie.

— Liczba gotowych części spada.

Jej twarz stwardniała.

— Dział personalny nie odpowiada za wyniki produkcji.

— Wiem.

— W takim razie wróćmy do twojego szkolenia.

Simon skinął głową.

— Czwartek.

Przy drzwiach Claudia go zatrzymała.

— Keller.

Odwrócił się.

— Masz dobre pytania. Uważaj, komu je zadajesz.

— To rada z działu personalnego?

— Nie. Prywatna.

Po wyjściu Simon jeszcze tego samego dnia porównał obsadę z poprzednim rokiem. Dokument znalazł w zwykłym folderze prezentacji działu. Arben chwalił się tam ograniczaniem kosztów osobowych. Średnie wynagrodzenie na stanowisku rzeczywiście spadło. Liczba pracowników wzrosła o siedemnaście procent. Produkcja wzrosła o dwa.

W tym samym folderze Simon znalazł prezentację podpisaną nazwiskiem Belliniego. Nie wyglądała jak materiał przygotowany na spotkanie z centralą. Był to roboczy przegląd produktywności zakładu. Bellini zestawiał liczbę roboczogodzin, przestoje, nadgodziny, pracowników tymczasowych i liczbę gotowych części. Zakład liczył wtedy około sześciuset pięćdziesięciu pracowników. Kilkanaście lat wcześniej było ich prawie dwa tysiące. Po restrukturyzacjach, outsourcingu i przejęciu przez amerykańskiego właściciela załoga stopniała, a część decyzji, które dawniej zapadały kilka pomieszczeń od hali, przeniosła się do centrali i usług wspólnych w Stanach. Trzon produkcji tworzyły trzy duże obszary: wytwarzanie łopatek turbin, frezarska obróbka gniazd i elementów wirnika oraz montaż wirników. Każdy miał własnego kierownika; Arben odpowiadał za pierwszy z nich.

W starszych zestawieniach Bellini zaznaczył jeszcze jedną zmianę. Za poprzedniego właściciela dyrekcja zakładu i większość kierownictwa technicznego pracowały na miejscu. Wraz z odejściem starej kadry, głównie Szwajcarów i Niemców, oraz przeniesieniem części kontroli do USA powstała luka: centrala dostawała liczby, a coraz mniej ludzi z góry widziało, jak te liczby powstają.

Na jednym ze slajdów zestawił dwa schematy organizacyjne. W starszym pomiędzy kierownikiem produkcji a operatorem byli majster i Vorarbeiter. W aktualnym większość tych pól zastępowały ogólne funkcje kierownika zmiany, prowadzącego albo specjalisty. Przy kilku nazwiskach brakowało informacji o kwalifikacjach technicznych. Bellini dopisał obok: „Redukcja warstw nie usunęła odpowiedzialności. Usunęła ludzi, którzy potrafili ją przejąć”. Obszar Arbena liczył nieco ponad sto stałych etatów oraz zmienną grupę ludzi z agencji. Bellini zaznaczył go na czerwono: zatrudnienie rosło szybciej od produkcji, większość pracowników tymczasowych pochodziła z jednego źródła, a te same lokalne firmy wracały przy sprzątaniu, narzędziach, drobnych naprawach i sprawdzaniu urządzeń pomiarowych i serwisie.

Na ostatniej stronie Bellini dopisał: „Sprawdzić na miejscu. Dane z prezentacji nie wyjaśniają różnicy”. Simon zrobił zdjęcie tylko tej strony. Po raz pierwszy zobaczył, że ktoś z kierownictwa zakładu policzył ten sam problem, na który on trafił od strony hali. Simon liczył jeszcze raz. Nie musiał być ekonomistą. Na każdym slajdzie pokazywano koszt jednego etatu. Nigdzie nie było kosztu wykonania jednej części. Wieczorem wysłał Danielowi trzy liczby. 17%. 2%.

— 6%.

Daniel zadzwonił po kilku minutach.

— Co dokładnie widzisz w tych danych? — zapytał Daniel.

— Zatrudnienie rośnie, produkcja rośnie wolniej, a średni koszt pracownika spada.

— I podejrzewasz, że ktoś celowo pompuje obsadę?

— Na prezentacji dla centrali pokazują głównie spadek średniego kosztu. Wzrost liczby ludzi jest w innym miejscu.

— Masz dane źródłowe czy slajdy?

— Zestawienie firmowe z miesięcy, nie prezentację.

— Sam wzrost zatrudnienia może mieć sens przy zmianie asortymentu albo ręcznych obejściach starych maszyn.

— Wiem. Te obejścia chcę zobaczyć.

— Sprawdź czasy operacji, nadgodziny i przestoje. Jeśli ludzie zastępują inwestycje, liczby powinny to pokazać.

— Mam już część danych. Bellini patrzył na to samo.

— A automatyzacja i zmiana miksu części?

— Jeśli masz pomysł, jak automatyzacja zwiększa zatrudnienie o siedemnaście procent, chętnie posłucham.

Daniel milczał kilka sekund.

— Rozszerzasz sprawę na zatrudnienie, awanse, dostawców i organizację. To może być prawdziwe, ale łatwo zgubić R7.

— R7 nie istnieje poza ludźmi. Ktoś uruchamia program, ktoś zwalnia część, ktoś decyduje, że niezgodność nie zatrzyma produkcji.

— Naszym zadaniem jest najpierw ustalić mechanizm dotyczący części.

— A moim problemem jest to, że ten sam sposób obchodzenia reguł pojawia się wszędzie.

— Masz jeszcze dwa dni na zebranie tego, co łączy się z R7. Potem kończymy wejście pod przykryciem.

— To samo mówiłeś przed weekendem.

— W piątek nie wiedziałem, że ktoś na miejscu zna numer, którego oficjalnie nie powinien znać.

Simon zacisnął dłoń na telefonie.

— Chcesz mnie wyciągnąć, bo robi się ciekawie?

— Chcę cię wyciągnąć, zanim zrobi się głupio.

— To różnica?

Daniel zakończył rozmowę dopiero, kiedy Simon potwierdził godzinę wyjścia z zakładu.

Rozdział 11. Markus

Markus sam zaproponował spotkanie poza zakładem. Nie użył słowa „spotkanie”. Przy zmianie narzędzia powiedział tylko:

— Jeździsz czasem nad rzekę?

— Czasem.

— Jest tam bar przy starym moście. Dobra kiełbasa.

— Brzmi jak reklama.

— Jutro, osiemnasta.

Odwrócił się do maszyny. Simon nie pytał więcej. Bar był niewielki, drewniany, prawie pusty. Markus siedział już przy stoliku na tarasie. Przed nim stała woda mineralna.

— Nie pijesz? — zapytał Simon.

— Samochód.

— Rozsądnie.

— Nie przyzwyczajaj się.

Zamówili jedzenie i przez pierwsze kilka minut rozmawiali o pogodzie, korkach i cenach mieszkań. Markus czekał, aż kelnerka odejdzie.

— Pytasz o rewizje. Widziałem, jak wracasz do tych samych numerów, nawet kiedy nikt cię o to nie prosi.

— Chciałem zapytać, czy widziałeś podobny problem wcześniej.

— Co widziałeś?

— Trzy lata temu. Ta sama rodzina, inna atmosfera. Wtedy jeszcze wszystkim się wydawało, że da się to zamknąć jedną aktualizacją.

Simon położył widelec.

— Chodzi o gwinty z rewizji J?

— Czyli już dotarłeś do tej zmiany.

— Do zmiany i do tego, że program jej nie trzymał.

— Tak. I to nie zaczęło się od operatora, który źle przeczytał rysunek.

— Byłeś przy pierwszej próbie po zmianie?

— Robiłem ją. Nowy rysunek przyszedł z dłuższym gwintem, nowym elementem mocującym i terminem, którego nikt nie przesunął.

— Pierwsza partia była już na J?

— Miała być. Na papierze wszystko było przygotowane lepiej niż na maszynie.

Simon czekał. Markus upił wody.

— Technologia zmieniła głębokość gwintu. Przyszedł nowy rysunek, nowa śruba, wszystko jak trzeba. Zrobiliśmy pierwszą partię i okazało się, że program nie ma tej zmiany.

— Otworzyliście formalną niezgodność, kiedy program nie miał zmiany?

— Ja ją otworzyłem. Wpisałem numer programu, numer części i różnicę na rysunku.

— Co wróciło z technologii?

— Że aktualizacja jest w przygotowaniu i mamy nie blokować planu dłużej, niż to konieczne.

— Czy produkcja została zatrzymana do czasu aktualizacji?

Markus roześmiał się bez humoru.

— Nie. Mieliśmy wysyłkę. Dritan zebrał ludzi i powiedział, że zrobimy starą wersję, a technologia poprawi program później.

— Czyli stara wersja poszła świadomie.

— Tak. Miała być przejściowa, jedna partia.

— A później?

— Później każda następna partia była łatwiejsza do wytłumaczenia, bo poprzednia już wyszła.

Simon zaczął układać wydarzenia we właściwej kolejności.

— Kontrola złapała pierwsze sztuki od razu czy problem wyszedł później?

— Złapała od razu.

— I mimo tego partia została zwolniona?

— Pierwsze sztuki wróciły z pomiaru jako niezgodne. Wtedy przyszli Milan i Dritan, technolog był na telefonie.

— Co ustalili?

Markus spojrzał w stronę rzeki.

— Padło, że stara długość działała od lat, montaż nie zgłasza problemów, a zmiana ma zwiększyć zapas. Partię zwolniono warunkowo i wpisano, że program zostanie zaktualizowany.

— Masz gdzieś podstawę tego warunkowego zwolnienia?

— Miałem mail i notatkę ze spotkania. Nie pamiętam numeru decyzji.

— Mail był na starym koncie?

— Tak. Konto sprzed migracji. Dostęp zniknął razem z częścią archiwum.

— A następne partie miały już przejść po nowym programie?

— Taki był plan.

— Tylko że nie przeszły.

— Nie. Po kilku tygodniach wszyscy zaczęli traktować temat jako zamknięty.

— I ten stan trwał trzy lata.

— Co najmniej tyle, ile widzisz w partiach. Ja po pewnym czasie przestałem mieć dostęp do wszystkich.

— Trzy lata.

Markus przytaknął. Simon odsunął talerz.

— Czemu po pierwszym zgłoszeniu nie poszedłeś wyżej?

— Poszedłem. Drugi raz, potem trzeci. Za czwartym wezwał mnie Arben.

— I co ci powiedział?

— Że jestem dobry technicznie, ale nie rozumiem produkcji. To był początek rozmowy.

— A koniec?

— Firma potrzebuje ludzi, którzy rozwiązują problemy, a nie ludzi, którzy je mnożą. Potem dostałem nowy grafik.

— Tyle?

— Nie. Potem dorzucił, że mam szukać rozwiązań, nie problemów.

Simon oparł się o krzesło.

— Brzmi jak slajd z prezentacji.

— To był jego ulubiony tekst.

Kelnerka przyniosła drugą butelkę wody. Markus poczekał, aż odejdzie.

— Dwa miesiące później złożyłem papiery do technologii. Miałem doświadczenie i brakujący kurs już zrobiony.

— Stanowisko dostał ktoś z mniejszym doświadczeniem?

— Tak. Człowiek, którego Arben znał od lat.

— Myślisz, że to była kara za zgłoszenia?

— Nie mam papieru, który to potwierdza.

— Ale tak to odebrałeś.

Markus wzruszył ramionami.

— Po tylu latach nie próbuję zgadywać intencji. Patrzę na grafik.

— Grafik?

— Gorsza zmiana. Mniej nadgodzin. Sobota, kiedy inni mają wolne. Przeniesienie na maszynę, której nikt nie chce. Wszystko zgodne z regulaminem.

— Tu nikt cię nie wyrzuci za to, że masz rację — ciągnął Markus. — To byłoby za łatwe. Zrobią tak, żebyś sam uznał, że lepiej odejść.

— Peter mówił podobnie.

— Peter pamięta więcej ode mnie.

— Czemu mówisz to mnie, skoro przez trzy lata milczałeś?

Markus długo patrzył na wodę.

— Bo mój syn pracuje przy silnikach w Zurychu.

Simon zmarszczył brwi.

— Jest pilotem?

— Mechanikiem. W Zurychu. Pracuje przy silnikach.

Po raz pierwszy głos Markusa się zmienił.

— Jak widzę, co tu wychodzi z hali, czasem patrzę na jego grafik.

Simon nie znalazł dobrej odpowiedzi. Markus odsunął krzesło.

— Chcesz ode mnie jeszcze jednej rady?

— Tak.

— Zostaw Bekima poza pytaniami na hali.

— Czemu?

— Bo Arben jest twoim problemem w pracy. Bekim może być problemem poza pracą.

— Co konkretnie robi poza firmą?

— Tego ci nie powiem, bo nie wiem. Wiem, kogo zna i jak szybko potrafi załatwić rzeczy, które normalnie trwają dni.

— Peter odpowiada podobnie.

— Bo ludzie tutaj wiedzą fragmenty. Dwa lata temu policja weszła do mieszkania jednego chłopaka z naszego działu. Zanim jego rodzina dowiedziała się o zatrzymaniu, Bekim miał już dla niego adwokata.

— Rodzina ci to powiedziała?

— Tak. I od tamtej pory nie pytam Bekima, skąd ma numery telefonów.

— Arben jest częścią tego samego układu?

Markus potrząsnął głową.

— Nie wrzucaj ich do jednego worka. Arben lubi kontrolować ludzi, etaty i pieniądze. Bekim ma kontakty, których Arben sam nie ma.

— A etat Bekima w Novarisie?

— Daje mu pensję, ubezpieczenie i papier, że pracuje. Ile faktycznie robi na hali, sam widziałeś.

— Kto pozwala, żeby to trwało?

Markus dopił wodę.

— Pytałeś, czemu siedzimy przy rzece zamiast w stołówce. Odpowiedź jest ta sama: nie chcę sprawdzać, kto pozwala.

Simon przytaknął.

— To masz odpowiedź.


Następnego ranka Simon nie mógł otworzyć starego archiwum. Terminal przy stanowisku pomiarowym przyjął jego identyfikator, ale katalog R7 zniknął. Sprawdził drugi komputer, lecz wynik był taki sam, więc poszedł do działu informatycznego. Młody pracownik w okularach poprosił o numer identyfikacyjny.

— Masz zmieniony profil dostępu.

— Kiedy?

— Wczoraj o siedemnastej trzydzieści osiem.

— Przez kogo?

Mężczyzna kliknął kilka razy.

— Wniosek przełożonego.

— Którego?

— Nie widzę nazwiska. Jest kod obszaru.

Simon znał kod. Arben.

— Mogę dostać kopię wniosku?

— Musisz poprosić przełożonego.

— Czyli człowieka, który ograniczył mi dostęp.

Informatyk uśmiechnął się nerwowo.

— Ja tylko mówię, co pokazuje system.

Simon wrócił na halę. Arben czekał przy jego stanowisku.

— Byłeś w informatyce. Widzę, że szybko znalazłeś drogę.

— Tak. Zniknął mi dostęp do archiwum i chciałem wiedzieć, czy to błąd systemu.

— Nie błąd. Do bieżącej pracy nie potrzebujesz starych katalogów.

— To twoja decyzja?

— Moja. Odpowiadam za ten obszar i za to, czym ludzie zajmują się na zmianie.

— Mam w zakresie zgodność rewizji. Bez historii nie da się sprawdzić, co było wdrożone.

— Masz sprawdzać bieżące partie. Jeśli widzisz problem, zgłaszasz go przełożonemu, a nie urządzasz własne dochodzenie.

— Kto ci powiedział, że sprawdzam stare partie?

— Simon, chodzisz po całej hali i pytasz ludzi o rzeczy sprzed lat. Nie trzeba czytać twojego ekranu.

— Pytam o proces, który nadal produkuje.

— Wszyscy widzą, co robisz. I zaczynają się zastanawiać, po co nowy człowiek interesuje się starymi nazwami programów.

— To nadal nie wyjaśnia, czemu zabrałeś mi dostęp.

— Bo pracujesz tu trzy tygodnie, a zachowujesz się jak człowiek, który przyszedł rozliczać tych, którzy są tutaj od dwudziestu lat.

— Staż pracy nie zmienia wersji rysunku.

— I tu jest twój problem. Myślisz, że zakład działa według jednej kartki.

— Nie. Myślę, że jeśli karta jest zatwierdzona, ktoś musi umieć powiedzieć, czemu robimy inaczej.

— Pytasz o zatrudnienie, stare programy, rodzinne powiązania i ludzi, których nawet nie ma na zmianie. To nie wygląda jak zwykła weryfikacja.

— O rodzinne powiązania nie pytałem. To ludzie sami je dopowiadają.

— Bo wiedzą, dokąd prowadzą twoje pytania.

Simon prawie się uśmiechnął.

— A dokąd według ciebie prowadzą?

Arben zrobił krok bliżej.

— Do miejsca, w którym przestajesz być człowiekiem od zgodności, a zaczynasz być problemem dla całego działu.

Hałas maszyny obok zagłuszył kilka sekund rozmowy. Simon poczekał.

— Jeśli mam być problemem, wystarczy pokazać mi zgodny proces.

— Nie prowokuj mnie. Przyszedłeś pracować, więc pracuj.

— Robię to, za co mi płacą.

Arben skinął głową.

— W takim razie trzymaj się bieżącej produkcji i nie każ mi drugi raz odcinać ci dostępu.

Odwrócił się i odszedł. Peter obserwował wszystko z drugiego końca stanowiska. Po kilku minutach podszedł.

— Gratuluję. Trzy tygodnie i Arben już mówi do ciebie pełnymi zdaniami.

— To rekord?

— Blisko. Zwykle zaczyna od grafiku.

— Co teraz?

— Prawie.

— Teraz sprawdzimy, czy ciekawość masz większą od instynktu samozachowawczego.

Peter poprawił okulary.

— Teraz zobaczymy, czy jesteś głupi, czy tylko ciekawy.

Simon wrócił do pracy i przez resztę zmiany nic się nie wydarzyło. Milan nie rozmawiał z nim. Dritan przechodził obok kilka razy. Adem raz poprosił go o podpis pod kartą, której Simon nie sprawdzał.

— Nie podpiszę.

— Wszyscy podpisują.

— Nie sprawdzałem.

Adem zabrał kartę.

— Trudny jesteś.

— Podobno.

O czternastej Simon poszedł do szatni. Jego szafka była zamknięta. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie: bluza wisiała na haczyku, buty stały na dole, a plecak leżał z boku. Dopiero kiedy wyjął telefon służbowy, zauważył kartkę. Złożona na pół. Bez nazwiska. Otworzył. Jedno zdanie.

ZOSTAW STARE PROGRAMY

Simon przeczytał je dwa razy. Był to zwykły papier, wydruk z biurowej drukarki. Schował kartkę do kieszeni. Nie pokazał Peterowi. Na parkingu obszedł samochód. Nic. Wsiadł i ruszył. Po kilkuset metrach zapaliła się kontrolka ciśnienia w oponach. Zjechał na pierwszą zatoczkę. Lewe tylne koło wyglądało dobrze. Prawe również. Z przodu, po stronie pasażera, opona była wyraźnie niższa. Przykucnął. W bieżniku nie zobaczył gwoździa. Dotknął zaworu. Nakrętki nie było. Rdzeń zaworu siedział luźno. Simon wyjął telefon. Zadzwonił do Daniela.

— Mówiłem, że ten etap się kończy. Co się stało?

— Dostałem kartkę w szafce i mam problem z kołem.

— Wiem po twoim głosie.

Simon patrzył na koło.

— Na kartce jest jedno zdanie: „Zostaw stare programy”.

— Tylko tyle?

— Masz ją przy sobie?

— Tak. Schowałem do kieszeni.

— Dotykałeś papieru gołymi rękami?

— Tak. Nie zakładałem, że będę zabezpieczał własną szafkę jak miejsce zdarzenia.

— Dobra, tego już nie cofniemy. Co z kołem?

— Ktoś poluzował zawór. Nie widzę przebicia.

— Jesteś jeszcze przy zakładzie?

— Kilkaset metrów od bramy, na zatoczce.

— Nie wracaj tam. Zrób zdjęcia koła i kartki, napompuj oponę na stacji i jedź do domu.

— Daniel, może to być głupi żart.

— Głupi żart nie zna numerów programów, których szukasz. Na dziś kończysz.

— Jeśli jutro nie przyjdę, dostaną potwierdzenie, że trafili.

— A jeśli wrócisz bez planu, dostaną ciebie. To gorsza wymiana.

Simon milczał.

— Jutro rano decydujemy po rozmowie z policją. Sam niczego nie ustalasz.

— Mam tam jeszcze jednego człowieka, który pamięta pierwszą partię po J.

— Markus?

Simon odsunął telefon od ucha i popatrzył na ekran.

— Skąd znasz jego nazwisko?

Z miejsca, w którym stał, widział tylko górną część budynku i logo Novarisu.

— Nie przez telefon. Wyślę ci miejsce spotkania i wtedy ci wyjaśnię.

Simon znieruchomiał. Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

— Daniel?

— Wyślę ci adres. Spotkamy się dziś wieczorem.

Połączenie się zakończyło. Simon został przy samochodzie. Pytanie o Markusa przestało być tylko jego pytaniem; Daniel znał nazwisko i nie zamierzał wyjaśniać przez telefon, skąd.

Rozdział 12. Pierwsze ostrzeżenie

Daniel czekał w małym hotelu przy drodze do Lucerny. Nie wybrał kawiarni ani restauracji. Simon dostał numer pokoju w wiadomości, którą miał skasować po przeczytaniu. Zapukał dwa razy i Daniel od razu otworzył. Daniel miał siwe pasma przy skroniach i twarz człowieka, który od dawna sypiał krócej, niż powinien. Nigdy wcześniej nie spotykali się w hotelu. Na stoliku leżała teczka.

— Skąd znałeś Markusa?

Daniel zamknął drzwi.

— Usiądź.

— Najpierw odpowiedz.

— Cztery lata temu doszło do awarii silnika na Sri Lance. Samolot rozpędzał się do startu w Kolombo. Załoga przerwała start. Silnik się rozpadł, wybuchł pożar. Kilka osób ucierpiało przy ewakuacji. Nikt nie zginął.

Simon usiadł.

— Novaris?

— Jedna z części wirnika pochodziła z waszego zakładu.

Daniel otworzył teczkę. Na pierwszym zdjęciu widać było samolot stojący na pasie. Strażacy otaczali prawe skrzydło. Osłona silnika była rozerwana. Drugie zdjęcie zrobiono w hangarze. Fragmenty silnika leżały na białych stołach.

— Co ustalili?

— Oficjalnie? Nie wykazano wady systemowej produkcji. Uszkodzenie zmęczeniowe. Początek pęknięcia trudny do jednoznacznego ustalenia. Producent wykazał zgodność procesu.

— Czyli Novaris wyszedł czysty.

— Tak.

Daniel wyjął kilka kartek.

— A tego nie było w materiale przekazanym komisji.

Simon wziął pierwszą stronę. Nazwisko zobaczył niemal od razu: MARKUS VOGEL.

— Jego raport?

— Zgłoszenie z hali. Dwa tygodnie po incydencie. Później przejął je Martin Schuler z technologii i włączył do szerszej analizy procesu. Vogel był człowiekiem, który pierwszy napisał, że dokumenty i część nie opowiadają tej samej historii.

— I wcześniej nie powiedziałeś mi, że go znasz?

— Znałem nazwisko, nie człowieka. Gdybym podał ci je pierwszego dnia, od razu poszedłbyś prosto do niego.

— Może oszczędziłbym trzy tygodnie.

— Albo spalił źródło po trzech godzinach. W tej sprawie jedno i drugie jest możliwe.

Simon czytał krótkie uwagi. Niespójne rewizje programu. Brak potwierdzenia aktualności przyrządu. Różnica między raportem pomiarowym a stanem części.

— Stąd znałeś nazwisko.

— Tak.

— I nic mi nie powiedziałeś.

— Chciałem zobaczyć, czy sam do niego trafisz.

Simon odłożył kartki.

— To był test?

Daniel pokręcił głową.

— Nie. Chciałem zobaczyć, czy system sam doprowadzi cię do tych samych ludzi. Doprowadził.

— Markus nie wie, kim jestem.

— I dobrze.

Simon spojrzał na dokument ponownie.

— Co zrobili z jego zgłoszeniem?

Daniel podał mu następną stronę. Na dole widniało: ZAMKNIĘTE.

— Uznano, że nie ma związku z incydentem na Sri Lance.

— Kto zamknął?

— Lokalna jakość i ówczesny dyrektor zakładu. Centrala dostała podsumowanie.

— Pełny raport?

— Tego nie wiem.

Simon przewrócił kartkę.

— A audyt?

— Przyjechał zespół z centrali. Trzy dni.

— I nic nie znaleźli.

— Dwie drobne niezgodności dokumentacyjne.

Simon parsknął.

— Oczywiście.

Daniel wskazał kartkę znalezioną w jego szafce.

— Teraz porozmawiajmy o tym.

Simon wyjął ją z woreczka, do którego włożył ją po powrocie do domu. Daniel przeczytał.

— Kto wiedział, że grzebiesz w starych programach?

— Milan. Arben. Dragan mógł się domyślić. Pewnie pół hali po rozmowie z Arbenem.

— A Markus?

— Wie, że sprawdzam rewizje. Nie zna R7.

Daniel położył kartkę na stole.

— Jutro nie wracasz.

— Jeśli zniknę z dnia na dzień, spalę Markusa.

— Markus żyje z tym cztery lata.

— Teraz rozmawiał ze mną poza zakładem.

Daniel zacisnął usta.

— Powiedział ci coś jeszcze?

Simon opowiedział o pierwszej partii po rewizji J. O zbyt krótkich gwintach. O zgłoszeniach. O rozmowie z Arbenem. O tym, że stara wersja była wykonywana przez trzy lata. Daniel słuchał bez przerywania.

— Masz zdjęcia elementów i oznaczeń partii?

— Tak. Kilka kadrów z hali i numery z raportów.

— A źródłowe raporty pomiarowe?

— Tylko to, co widziałem w systemie. Nie mogę ich legalnie wynieść.

— W takim razie potrzebujemy człowieka albo kopii, którą później można włączyć do materiału bez tłumaczenia, skąd się wzięła.

Simon podniósł wzrok.

— Czyli mam wrócić.

— Tego nie powiedziałem.

— Bez wejścia do środka nie dostaniesz nic więcej.

Daniel podszedł do okna i sprawdził parking.

— Jedna zmiana — powiedział. — Wchodzisz rano, wychodzisz z pierwszą zmianą. Żadnego zostawania po godzinach. Żadnych rozmów z Bekimem. Żadnego śledzenia pieniędzy. R7 tylko wtedy, jeśli dostęp pojawi się sam.

Simon wstał.

— I Markus?

— Nie naciskasz.

— Jeśli sam przyjdzie?

— Słuchasz.

Daniel podał mu zdjęcie z Kolombo.

— Popatrz na silnik.

Simon przyjrzał się rozerwanej osłonie.

— Co mam zobaczyć?

— Na razie nic. Zapamiętaj.

— Po co?

— Bo ludzie z komisji w Kolumbii zaczęli zadawać to samo pytanie.


Valentina Rojas dostała archiwalne zdjęcia o szóstej rano. Julio Herrera czekał już w hangarze. Na stole leżały fotografie z incydentu sprzed czterech lat na Sri Lance, gdzie samolot zatrzymał się na pasie. Prawy silnik rozerwany od środka. Valentina położyła obok zdjęcie z lotu 607.

— Podobne?

Julio długo nic nie mówił.

— Za wcześnie.

— Pytam o obraz.

— Obraz jest podobny.

Podał jej fotografię fragmentu wirnika ze Sri Lanki.

— Tam też znaleźli pęknięcie przed rozpadem.

— W tym samym miejscu?

— Nie mam jeszcze pewności. Dokumentacja jest słaba. Część materiału badano u producenta, część na miejscu. Nie wszystkie zdjęcia mają skalę.

Valentina przewróciła następną stronę.

— Dlaczego sprawa została zamknięta?

— Samolot nie wystartował. Załoga przerwała start. Nie było ofiar.

— Pytam o przyczynę.

Julio wskazał ostatnią stronę.

— Nie ustalono jej jednoznacznie. Zapisano, że dostępne dane nie pozwalają wskazać wady produkcyjnej.

— Czyli nie znaleźli przyczyny.

— Tak.

— To nie to samo co brak wady produkcyjnej.

— W raporcie brzmi podobnie.

Richard Hall wszedł do hangaru kilka minut później. Zobaczył zdjęcia na stole i zatrzymał się.

— Skąd to macie?

— Archiwum komisji ze Sri Lanki — odpowiedziała Valentina.

Hall podszedł.

— Ten przypadek był badany.

— Wiem.

— Nie wykazano związku z produkcją.

— Też wiem.

Valentina przesunęła ku niemu dwa zdjęcia.

— Chcę pełną dokumentację części z obu silników.

Hall nie dotknął fotografii.

— To będą tysiące stron.

— Nie szkodzi.

— Tamten incydent dotyczył innego egzemplarza.

— Potrzebuję numerów.

— Valentina, podobny wygląd zniszczenia nie oznacza tej samej przyczyny.

— Zgoda.

— Więc nie róbmy z tego historii, której jeszcze nie ma.

Valentina odsunęła krzesło.

— Ja nie robię historii. Mam dwie rozerwane turbiny.

— Macie pełny numer fragmentu z 607?

Valentina odpowiedziała:

— Mamy więcej niż wczoraj.

— Ile?

— Wystarczająco, żeby wysłać formalne żądanie do Novarisu.

Hall zamknął oczy na sekundę.

— Kiedy?

— Poszło godzinę temu.

— Mogłaś mi powiedzieć.

— Teraz wiesz.

Hall wyjął telefon.

— Muszę zadzwonić do Waszyngtonu.

— Oczywiście.

Odwrócił się.

— Richard.

Spojrzał na nią.

— W tamtej sprawie Novaris dostał część do własnych badań?

— Tak.

— Chcę wiedzieć, co z nią zrobiono.

— Jest w raporcie.

— Nie pytam, co napisano w raporcie.

Hall patrzył na nią kilka sekund.

— Sprawdzę.

Kiedy wyszedł, Julio położył na stole powiększone zdjęcie przełomu z lotu 607.

— Valentina.

Pochyliła się.

— Co?

Wskazał cienką linię przy krawędzi powierzchni.

— Jeśli to, co widzę, się potwierdzi, pęknięcie zaczęło się długo przed ostatnim lotem.

— Ile długo?

— Nie wiem. Ale wystarczająco długo, żeby ktoś miał szansę je znaleźć.


Tego samego tygodnia, po siedemnastej, Arben pojechał do biura HelveticStaff w Sursee. Agencja dostarczała większość pracowników tymczasowych do jego obszaru. Właścicielka, Mira Vuković, miała czterdzieści sześć lat i prowadziła firmę od kilkunastu. Novaris należał do jej największych klientów. Na stole położyła kartkę z liczbami. Obok trzynastu nazwisk miała wyliczoną wartość czterech miesięcy kontraktu.

— Dwanaście osób od przyszłego miesiąca. Mogę dać piętnaście, jeśli potwierdzisz do piątku.

— Jeśli Bellini otworzy przetarg, wejdą dwie większe agencje. Potrzebuję przedłużenia teraz, nie po jego powrocie.

— Czyli nie przyjechałem tu tylko na kawę.

— Na kawie nie buduje się kwartału.

— Bellini chce ograniczać tymczasowych.

— Bellini jest na urlopie.

— Wróci.

Mira obeszła biurko i zatrzymała się blisko niego. Znali tę odległość. Arben nie cofnął się.

— Ty też kiedyś mówiłeś, że wrócisz do pracy przy maszynach. Ludzie mówią różne rzeczy.

Arben położył dłoń na jej biodrze. Mira odsunęła ją i wskazała kartkę. — Najpierw liczby.

— Dziesięć.

— Czternaście.

— Dwanaście i żadnych nowych stawek.

— Trzynaście.

— Dwanaście.

Mira złożyła kartkę. — Uparty jesteś.

— Za to mi płacą.

— Nie tylko za to.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 50.46