OSTATNI ŁUK
DRUGI BIEG
Dedykacja
Dla Abramczyk Polonii Bydgoszcz — klubu, którego historia, charakter i niepowtarzalna atmosfera od lat tworzą jedno z najważniejszych miejsc na żużlowej mapie Polski.
Dla Prezesa Jerzego Kanclerza — za konsekwencję, pasję i pracę na rzecz bydgoskiego żużla, który dla wielu kibiców jest czymś znacznie więcej niż sportem.
Dla całego zespołu, zawodników, sztabu, pracowników klubu i wszystkich ludzi, którzy współtworzą ten świat od środka — z szacunkiem dla ich codziennego wysiłku, emocji, poświęcenia i wiary w to, że żużel w Bydgoszczy ma swoją duszę.
Oraz dla kibiców Polonii — za głos trybun, który potrafi nieść zawodników dalej, niż sięga ostatni łuk. Ewa Lewandowska- Siemiątkowska
Rozdział I — Prezentacja
Bydgoszcz w marcu miała w sobie szczególny rodzaj elektryczności. Cieplejsze powiewy wiatru wślizgiwały się przez uchylone okna razem z pierwszym, ostrym słońcem, a miasto budziło się z zimowego letargu z zupełnie nowym, przyspieszonym tętnem. Za kilka tygodni Heller Sokolnik miał zainaugurować sezon w Ekstralidze — najwyższej lidze żużlowej w Polsce.
Ostatnie lata, spędzone klasę niżej, nie były dla nich pasmem upokorzeń — ale też nie należały do łatwych. Walczyli; czasem brakowało niewiele, a awans wciąż się wymykał. Aż w końcu ten sezon złożył się inaczej — drużyna, skład, moment. Weszli na żużlowy Olimp nie jako ci, którym się to po prostu należało, ale jako ci, którzy w końcu to wywalczyli. Teraz jednak czekali na nich rywale, którzy nie zamierzali brać jeńców.
Ten marzec smakował inaczej.
Karl czuł to każdego ranka, wychodząc na taras swojego nowego apartamentu nad Brdą. Nowy sezon, Ekstraliga, potężne oczekiwania. Doskonale wiedział, czym jest najwyższy szczebel rozgrywek — spędził w elicie najlepsze lata swojej kariery, zanim wybrał Bydgoszcz i projekt, w który szczerze uwierzył. Ale powrót tam w roli kapitana drużyny, która właśnie wywalczyła awans, ważył znacznie więcej. Każda litera w słowie „kapitan” niosła teraz nową, potężną presję.
Wziął kurtkę z wieszaka i wyszedł na miasto. Zaczynał się teatr.
***
Ekskluzywny salon samochodowy przy śródmiejskiej pierzei pękał w szwach. Miejsce udostępnił jeden ze sponsorów klubu, przygotowując przestrzeń na to, co zarząd planował od tygodni. Błyski fleszy, ustawione w równych rzędach krzesła, kamery stacji sportowych wycelowane w centralny podest. Przez gigantyczne, przeszklone witryny wpadało blade, marcowe słońce, kładąc się na błyszczących karoseriach długimi, jasnymi pasami.
Ilka przyjechała z Martą. Miała na sobie ciemne jeansy i czarny, oversizowy sweter, który luźno opadał na jedno ramię. Bob z grzywką — elegancki, lekko asymetryczny — kołysał się przy każdym kroku. Żadnej krzykliwej biżuterii, tylko cienka, złota bransoletka na nadgarstku, której nie zdejmowała od zimy.
Zajęły miejsca z boku, z dala od największego zgiełku. Kilka metrów dalej, w otoczeniu działaczy, stał Henryk — mąż Marty i główny sponsor strategiczny Heller Sokolnika. Rozmawiał o czymś cicho z prezesem Zawadzkim, emanując spokojem człowieka, który sfinansował ten wielki powrót do elity.
Prezes Zawadzki stanął przed mikrofonem. Wyglądał na człowieka, który trzyma w ręku wszystkie asy i właśnie zamierza położyć je na stole.
— Kiedy rok temu przejmowaliśmy stery, wielu mówiło, że zaplecze elity to nasze stałe miejsce — zaczął, a w sali zapadła absolutna cisza. — Ale my tam nie pasowaliśmy. Pokazaliśmy dominację, wygraliśmy tę ligę jako lider i wróciliśmy tam, gdzie jest miejsce Sokolnika. Do elity. Wielu ekspertów twierdziło, że beniaminek na rynku transferowym dostanie tylko ochłapy. Że będziemy chłopcem do bicia. Dzisiaj zamierzam wam udowodnić, jak bardzo się mylili.
Zawadzki płynnie przeszedł do prezentacji składu. Błyski fleszy nasilały się z każdym nazwiskiem. Wywołał najpierw najmłodszą część zespołu, z Maxem Kowalskim na czele, którego ewidentnie zjadała presja kamer. Finn Brauer — dwudziestoletni, jasnowłosy chłopak o skupionym spojrzeniu — stanął spokojnie, jakby próbował udawać, że zna tu każdy kamień. Kacper Wroński wyprostował się z miną kogoś, kto bardzo stara się wyglądać na niestarającego się.
Damian Kruk — małomówny, trzydziestojednoletni weteran — wszedł bez gestu, skinął głową i stanął z boku. Ethan Cole wymienił kilka słów z Krukiem po angielsku, jakby konferencja była dla nich tylko kolejnym punktem planu dnia. Kiedy wywołano Lipka, ten z szerokim, bezczelnym uśmiechem wszedł na podest, puszczając oko do dziennikarzy.
Wreszcie padło nazwisko Karla.
Schmidt wszedł w ciemnej marynarce bez krawata, z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Chłodny, zdystansowany, profesjonalny. Skinął głową prezesowi, wymienił krótkie, porozumiewawcze spojrzenie z Henrykiem i stanął z boku.
— Mamy fundament, mamy wspaniałego kapitana — kontynuował Zawadzki, zawieszając głos na ułamek sekundy. — Ale w najwyższej lidze potrzebowaliśmy uderzenia, które wstrząśnie całą ligą. Przed państwem indywidualny mistrz świata, weteran i legenda, który od dziś będzie zdobywał punkty dla Bydgoszczy. Marcin Pawlikowski!
W salonie zawrzało. Dziennikarze rzucili się do przodu, szum głosów uderzył o szklane ściany. Bomba transferowa, o której nikt nie miał pojęcia, właśnie wybuchła.
Nikt — poza Ilką.
Znała tę tajemnicę od końca poprzedniego sezonu — od tej krótkiej, lakonicznej wiadomości od prezesa Zawadzkiego, która wylądowała w telefonie Karla po finale. Kontrakt podpisany, transfer w absolutnej tajemnicy aż do dziś. Przez całą zimę nosiła to w sobie jak coś ciężkiego i ostrego, czego nie można odłożyć, ale i dotykać nie sposób zbyt często.
Marcin Pawlikowski wszedł bez fanfar — i właśnie to sprawiało, że cała sala go poczuła. Nie szedł jak ktoś, kto chce zrobić wrażenie. Szedł jak ktoś, kto wrażenie robi niezależnie od tego, czy chce, czy nie. Czterdzieści trzy lata, ciemna koszula, spokojne, niebieskie oczy, które przesunęły się po sali z tym szczególnym rodzajem uwagi, jaki mają ludzie przyzwyczajeni do czytania przestrzeni, zanim wejdą w jej środek.
Ilka przyglądała mu się z fascynacją, która szybko przerodziła się w coś trudniejszego do nazwania. Dopiero w tym momencie wszystko zaczęło układać się w logiczną całość — wybór tego konkretnego salonu nie był przypadkiem ani kaprysem prezesa. Jego właściciel był prywatnym mecenasem Pawlikowskiego. Kiedy zawodnik stawał w błysku fleszy, Ilka patrzyła na niego i czuła, jak fascynacja miesza się z głębokim niepokojem.
Karl nigdy mu nie wybaczył. Kiedyś jeździli razem, byli jak bracia — aż do wyścigu, w którym Pawlikowski, kalkulując chłodno w walce o pozycję, wyciął Karla tak brutalnie, że wbił go w bandę i sprowadził na niego widmo końca kariery. Od tamtej chwili Karl wymazał go ze swojego życia. W jego opowieściach Pawlikowski jawił się jako ktoś, komu się nie wybacza.
Ale człowiek, który właśnie z powściągliwym uśmiechem witał się z prezesem, w ogóle nie pasował do tego obrazu. Nie było w nim cienia arogancji. Zachowywał się jak ktoś niesamowicie zrównoważony, o naturalnej klasie, której nie da się nauczyć. Jako zawodnik reprezentacji i mistrz świata nie musiał już nikomu niczego udowadniać — i to było w nim najbardziej niepokojące.
On nie wygląda jak wróg — pomyślała Ilka, czując dreszcz. — A to czyni go podwójnie niebezpiecznym.
Spojrzała na Karla. Stał z rękami wsuniętymi w kieszenie marynarki, ale ona widziała napięte do granic możliwości mięśnie jego karku. Czarną, lodowatą furię pulsującą w oczach, gdy patrzył na mężczyznę, który go zdradził. Schmidt zamienił się w pomnik z lodu, tocząc prywatną wojnę pod osłoną błysków fleszy.
Karl wyciągnął dłoń pierwszy. Pawlikowski uścisnął ją spokojnie. Mocno, krótko, bez gry.
— Cieszę się, że możemy zacząć od nowa — powiedział Marcin, nie za cicho, żeby brzmiało to jak sekret, i nie za głośno, żeby zabrzmiało jak deklaracja.
— Zobaczymy, jak to wyjdzie na torze — odpowiedział Karl z uśmiechem, który sięgał dokładnie tam, gdzie powinien sięgać w towarzystwie dziennikarzy i kamer.
Flesze poszły serią.
Marta pochyliła się do ucha Ilki.
— Obaj kłamią jak z nut — szepnęła. — I obaj robią to fantastycznie.
Ilka nic nie odpowiedziała. Patrzyła na Marcina Pawlikowskiego — na tę spokojną twarz, na dłonie opuszczone swobodnie wzdłuż ciała, na sposób, w jaki słuchał prezesa. Naprawdę słuchał, nie udawał. Stał i był — i to wystarczyło, żeby przyciągnąć uwagę całego pomieszczenia.
— Marta — odezwała się cicho.
— Hm?
— Nie mów nic.
— Nic nie mówiłam.
— Właśnie dlatego proszę, żebyś nie mówiła.
Marta upiła łyk kawy z miną absolutnie niewinnego świadka.
***
Wieczorem przenieśli się na stadion. Powietrze przy Sportowej wibrowało od krzyku kilku tysięcy gardeł. Choć była to tylko oficjalna prezentacja drużyny przed startem ligi, kibice wypełnili trybuny po brzegi. Wszędzie unosił się zapach żużlowej elektryczności, której nie da się z niczym pomylić.
Ilka i Marta siedziały wysoko, na miejscach, skąd widać było cały owal. Ilka miała na sobie granatową kurtkę klubową, którą Karl rzucił jej rano na łóżko — tę z małym logo na piersi.
— Żebyś nie zmarzła — powiedział wtedy.
Spiker wziął mikrofon.
— Drodzy kibice, witajcie na oficjalnej prezentacji składu Heller Sokolnik Bydgoszcz na sezon dwa tysiące dwudziesty szósty!
Trybuna odpowiedziała rykiem, który Ilka poczuła w klatce piersiowej.
Zawodnicy wychodzili jeden po drugim z parku maszyn i zajmowali miejsca przy swoich motocyklach ustawionych wzdłuż toru — każdy w nowym klubowym kevlarze na ten sezon. Jednolita baza barw, te same znaki sponsorskie, ale drobne, indywidualne detale, po których kibice od razu rozpoznawali swoich ludzi.
Finn Brauer — owacja ciepła, bo Bydgoszcz lubi młodych zawodników, nawet tych z zagranicy.
Max Kowalski — i stadion eksplodował, bo Max był swój, bydgoski, wychowany na tym torze od najmłodszych lat.
Kacper Wroński — owacja solidna, pełna szacunku.
Damian Kruk — trybuna zagrała głęboko, z pamięcią.
Ethan Cole — głośne brawa z sektora, gdzie stała grupka jego znajomych, którzy przyjechali aż z Gdańska.
Lipek — i wtedy trybuna przestała być trybuną, a stała się jednym wielkim, granatowo-złotym sercem, bijącym w rytmie jego imienia.
— Li-pek! Li-pek! — skandował tłum. Lipiński wyszedł, stanął przy swoim motocyklu i rozłożył ręce jak ktoś, kto właśnie wygrał wszystko i chce się tym podzielić. Stadion śpiewał.
Potem spiker zrobił krótką pauzę — tę celową, teatralną, po której pada ważne nazwisko.
— Marcin Pawlikowski!
Trybuna odpowiedziała długim, głębokim rykiem. Pawlikowski wyszedł spokojnie, stanął przy swoim motocyklu i uniósł rękę w stronę trybun — nie w triumfalnym geście, tylko w prostym pozdrowieniu. I w tej prostocie było coś, co trafiało prosto w żołądek.
A potem głośniki niemal eksplodowały.
— Przed państwem ten, który jako lider wprowadził nas do elity! Kapitan Heller Sokolnik Bydgoszcz — Karl Schmidt!
Karl wyszedł z parku maszyn. Szedł tak, jak zawsze chodził — jakby dokładnie wiedział, ile miejsca zajmuje i ile mu się należy. Stanął przy motocyklu, powiódł wzrokiem po trybunach spokojnie i bez tanich gestów. Skłonił głowę.
W tej surowości było coś, co trafiało prosto w trzewia. Trybuna, która przez ostatni rok nauczyła się czytać swojego kapitana, odpowiedziała jednym, ogłuszającym rykiem.
— Karl! Karl! Karl!
Ilka siedziała nieruchomo z dłońmi złożonymi na kolanach i patrzyła na niego — na tę sylwetkę w granatowo-złotym kevlarze, na ten spokój, który był siłą, a nie obojętnością. Pomyślała, że miłość to przedziwna sprawa. Możesz z kimś dzielić codzienność, spierać się o niedomknięte okno i ręcznik rzucony na podłogę — a potem widzisz go na torze, w świetle jupiterów, stającego przed tysiącami ludzi, i czujesz to uderzenie w piersi, jakbyś patrzyła na niego pierwszy raz w życiu.
— Dobrze? — zapytała Marta, trącając ją ramieniem.
— Tak — odpowiedziała cicho Ilka.
I wtedy na torze Karl i Marcin stanęli obok siebie. Spiker poprosił o wspólne zdjęcie. Dwóch liderów, dwie największe gwiazdy. Uścisnęli sobie dłonie — dla trybun, dla kamer, dla prezesa.
Eryk stał przy bandzie z rękami w kieszeniach i patrzył na nich obydwu. Ilka widziała go z góry. Widziała dokładnie to, co czytała na jego twarzy zawsze, gdy chciał powiedzieć coś ważnego — a nie powiedział nic.
Że się zaczęło.
I że nikt jeszcze nie wie, jak to się skończy.
Rozdział II — Korytarz
Mieszkanie nad Brdą było ciche.
Nie taką ciszą, która przynosi odpoczynek, lecz tą, która coś w sobie niesie. Karl po prezentacji wszedł do środka bez słowa. Zdjął kurtkę i powiesił ją zbyt starannie, jakby gorączkowo potrzebował zająć czymś ręce. Ilka siedziała na kanapie z kubkiem herbaty, która zdążyła już wystygnąć, i patrzyła na niego.
— Zjesz coś? — zapytała.
— Nie jestem głodny.
Poszedł do kuchni. Usłyszała, jak odkręca wodę, nalewa ją do szklanki i odstawia naczynie na blat. Wróciło to między nimi — ta konkretna, gęsta cisza, którą znała już z pierwszych tygodni. Cisza Karla, kiedy coś w sobie nosił i nie zamierzał tego wypuścić.
Usiadł naprzeciwko niej. Wziął jej kubek, wypił łyk zimnej herbaty i odstawił go bez komentarza.
— Dobrze poszło — powiedziała Ilka.
Nie było to pytanie. Raczej stwierdzenie, które zostawiało mu furtkę.
— Poszło — odpowiedział.
Więcej nie dodał. Ona też nie dopytywała. Przez chwilę siedzieli w tej ciszy, każde po swojej stronie, i oboje wiedzieli, że między nimi jest coś, czego żadne z nich nie chce ruszyć. Nie dziś. Nie po takim dniu.
Później, kiedy leżeli już w ciemności, a jego oddech wyrównał się zbyt szybko jak na kogoś, kto naprawdę śpi, Ilka patrzyła w sufit i myślała o tym spokojnym człowieku z niebieskimi oczami, który wszedł bez fanfar, a mimo to wypełnił sobą cały salon.
Zasnęła późno.
* * *
Rano zadzwoniła Marta.
— Muszę zawieźć papiery do prezesa od Henryka. Takie nudne rzeczy, nie będę ci tłumaczyć. Jedziesz ze mną czy siedzisz w domu i rozmyślasz o życiu?
— Jadę — powiedziała Ilka, zanim zdążyła się zastanowić.
— Wiedziałam. Będę za dwadzieścia minut.
Karl wyjechał wcześniej — trening indywidualny, coś z silnikiem, Eryk czekał od ósmej. Zostawił dla niej kawę w termosie i niedomknięte okno w sypialni, bo zawsze zapominał je zamknąć. Ilka domknęła okno, wypiła kawę i czekała na Martę.
W samochodzie Marta prowadziła i mówiła jednocześnie — talent, który opanowała do perfekcji przez lata małżeństwa z człowiekiem wymagającym ciągłej obecności, nawet kiedy sam milczał.
— No i jak ci się wydaje ten cały Pawlikowski? — rzuciła mimochodem, skręcając w Sportową.
— Spokojny — odpowiedziała Ilka.
— Spokojny — powtórzyła Marta z intonacją, która jasno dawała do zrozumienia, że to określenie jej nie wystarcza. — To tyle?
— To tyle.
Marta spojrzała na nią kątem oka i postanowiła nie drążyć. Na razie.
* * *
Budynek klubowy o tej porze był półpusty. Recepcjonistka skinęła głową, a Marta już pędziła korytarzem w stronę gabinetu prezesa z teczką pod pachą i miną kobiety, która ma tajną misję do wykonania. Ilka usiadła na ławce przy ścianie, naprzeciwko zamkniętych drzwi, i wyjęła telefon.
Korytarz był długi i cichy. Gdzieś w głębi budynku ktoś rozmawiał przez telefon — daleko, niewyraźnie. Na ścianie wisiały zdjęcia drużyny z poprzednich sezonów: Lipek w parku maszyn z uniesionymi rękami, Karl przy motocyku z Erykiem, Max w pierwszym klubowym kevlarze, jeszcze odrobinę za dużym na jego szczupłą sylwetkę.
Usłyszała kroki.
Zdecydowane, równe. Kroki kogoś, kto dobrze zna ten korytarz albo po prostu nie zwraca uwagi na nowe miejsca.
Marcin Pawlikowski wszedł od strony wejścia z kurtką przerzuconą przez ramię i spojrzał przed siebie. Kiedy ją zobaczył, zwolnił o pół kroku. Tylko tyle.
— Dzień dobry — powiedział. — Czeka pani na prezesa?
— Na koleżankę — odpowiedziała Ilka. — Która jest u prezesa.
Skinął głową. Stanął przy ścianie naprzeciwko, jakby rozważał, czy usiąść i czekać, czy zapukać od razu. Wybrał czekanie.
Przez chwilę było między nimi to, co bywa między obcymi ludźmi zamkniętymi w jednej małej przestrzeni — lekki, nijaki spokój, który zwykle kończy się nerwowym wyjęciem telefonu.
Marcin nie wyjął telefonu.
— Wczoraj była pani na konferencji — powiedział.
To nie było pytanie, ale też nie do końca stwierdzenie. Coś pomiędzy.
Ilka podniosła wzrok.
— Byłam.
— Widziałem — powiedział spokojnie. — Duże wydarzenie jak na konferencję prasową.
— Bydgoszcz traktuje żużel poważnie.
Uśmiechnął się lekko — tym samym uśmiechem co wczoraj, powściągliwym, bez nadmiaru.
— To dobrze — powiedział. — Lubię miasta, które wiedzą, czego chcą.
Ilka nie odpowiedziała od razu. Przyglądała mu się przez sekundę — spokojnej twarzy, oczom, które patrzyły bez natarczywości i bez taniej chęci zrobienia wrażenia. Człowiek, który już nic nie musi.
— Długo pan zostaje w Bydgoszczy? — zapytała, bo coś trzeba było powiedzieć.
— Przyjechałem wczoraj na stałe. — Urwał na moment. — Przynajmniej na sezon.
— To długo albo krótko. Zależy, jak będzie szło.
— Dokładnie tak — odpowiedział.
W jego głosie było coś, co mogło być humorem, ale tak subtelnym, że nie miała pewności.
Drzwi gabinetu otworzyły się z impetem. Marta wyszła z teczką pod pachą i wyrazem twarzy człowieka, który właśnie uratował świat i jest z siebie szalenie zadowolony. Spojrzała na Ilkę. Spojrzała na Marcina. W ciągu zaledwie sekundy jej twarz przemknęła przez co najmniej cztery stany emocjonalne: zaskoczenie, rozbawienie, ciekawość i coś, co można było nazwać wyłącznie Martą.
— Dzień dobry — powiedziała do Marcina z uśmiechem absolutnie niewinnym. — Prezes jest wolny.
— Dziękuję — odpowiedział Marcin i skierował się do drzwi.
Przy progu odwrócił się lekko.
— Miło było porozmawiać.
— Miło — odpowiedziała Ilka.
Drzwi się zamknęły.
Marta stała przy ścianie i patrzyła na Ilkę z tym swoim charakterystycznym wyrazem twarzy, który znaczył, że wie wszystko i może zaczekać z komentarzem, ale nie będzie czekać długo.
— Ani słowa — powiedziała Ilka.
— Nie powiedziałam nic.
— Właśnie dlatego.
Wyszły na parking w ciszy, która między nimi nigdy nie trwała zbyt długo.
* * *
— On nie wiedział — odezwała się Marta przy samochodzie, przekręcając kluczyk w stacyjce.
— Że co?
— Że jesteś z Karlem. Nie wiedział.
Ilka zapięła pas i patrzyła przed siebie.
— Wiem.
— I nie powiedziałaś mu.
— Nie było powodu.
Marta wyjechała z parkingu i przez chwilę prowadziła w milczeniu, co przy jej temperamencie było zjawiskiem wartym odnotowania.
— Ilka — powiedziała w końcu.
— Wiem — przerwała jej natychmiast.
— Powiesz Karlowi?
Ilka patrzyła na rzekę za szybą, na chłodną marcową wodę i na miasto, które budziło się powoli w tym dziwnym, naelektryzowanym tygodniu.
— Powiem — odpowiedziała.
Ale obie wiedziały, że to zdanie nie brzmiało tak pewnie, jak powinno.
Rozdział III — Kamizelka
Telefon zadzwonił, kiedy Ilka kończyła kawę.
Miała już kurtkę na ramionach — za dwadzieścia minut powinna być w galerii. Plan był, lista rzeczy do zrobienia była, nawet pogoda tego ranka wydawała się znośna.
— Kamizelka — powiedział Karl bez wstępu. — Jest w szafie, na górnej półce. Potrzebuję jej teraz.
— Dzień dobry tobie też.
Krótka pauza.
— Ilka.
— Już jadę — powiedziała i odstawiła kubek.
Wiedziała o tej kamizelce wszystko, co trzeba było wiedzieć: że Karl kupił ją po wypadku, że bez niej nie wsiada na motocykl i że to nie jest kwestia rozmowy ani kompromisu. Niektóre rzeczy człowiek robi po tym, jak życie czegoś go nauczy. Nie trzeba o tym mówić.
Wzięła kamizelkę z górnej półki i wyszła. Galeria mogła poczekać.
***
Ilka znała ten zapach od poprzedniego sezonu — metanol, guma, rozgrzany metal i coś ostrego, charakterystycznego, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Park maszyn żył własnym rytmem, oddzielonym od reszty świata: mechanicy skupieni przy maszynach, ciche rozmowy, szczęk narzędzi, silniki pracujące gdzieś w tle. Miejsce, do którego się albo należy, albo wchodzi się ostrożnie.
Ilka wchodziła ostrożnie — od roku.
Przy stanowisku Marcina, dwa boksy dalej od Karla, mechanik był akurat nieobecny. Marcin stał sam, z telefonem przy uchu. Głos miał niski i bardzo spokojny — tym spokojniejszy, im wyraźniej było słychać, że ta rozmowa go kosztuje.
— Agnieszka, powiedziałem, że zajmę się tym w tym tygodniu. — Pauza. — Wiem, że meble czekają. — Dłuższa pauza. — Nie teraz, jestem przed treningiem. — Jeszcze dłuższa. — Agnieszka. Słyszysz mnie? Nie teraz.
Urwał. Stał przez chwilę z telefonem w opuszczonej dłoni, wpatrzony przed siebie. Nieruchomy — jak ktoś, kto czeka, aż coś w nim wróci na właściwe miejsce.
Potem schował telefon, wziął kask i wyjechał na tor.
***
Eryk zobaczył Ilkę pierwszy — oczywiście, bo Eryk zawsze widział wszystko jako pierwszy. Wyszedł jej na spotkanie i tylko kiwnął głową w stronę stanowiska Karla.
Karl stał przy motocyklu. Wyraz jego twarzy zmienił się, kiedy ją zobaczył — nic wielkiego, tylko lekkie rozluźnienie. Trwało sekundę.
— Dzięki — powiedział.
— Nie zapomnij jej następnym razem.
— Nie zapomnę.
Eryk wziął kamizelkę, podał ją Karlowi, a Karl wsunął ją pod kevlar ze sprawnością kogoś, kto robi to od lat. Zapięcie, poprawienie, gotowe. Żadnego teatru.
— Długo jeszcze? — zapytała Ilka.
— Dwie godziny, może. — Karl spojrzał w stronę toru. — Kulpa chce powtórzyć start z Lipkiem.
— To jedź.
Wziął kask i wyjechał.
Ilka została chwilę. Eryk krzątał się przy narzędziach — normalny rytm pracy, który toczył się niezależnie od wszystkiego.
— Idę już — powiedziała.
Eryk kiwnął głową, nie odwracając się.
Szła w stronę wyjścia.
***
Przy otwartym froncie parku maszyn, tam gdzie kończył się dach i zaczynał tor, stał Marcin.
Zjechał właśnie z owalu — mechanik kucał przy jego motocyklu i sprawdzał coś bez słowa. Marcin trzymał kask w dłoni i patrzył przed siebie, na zawodników, którzy jeszcze jeździli. Był w tym jakiś spokój — nie odprężenie, ale ta konkretna cisza kogoś, kto właśnie odłożył jedną rzecz i jeszcze nie wziął następnej.
Usłyszał jej kroki.
Odwrócił się.
Sekundę patrzyli na siebie w milczeniu. Ilka poczuła to samo, co w korytarzu budynku klubowego — tę dziwną chwilę zawieszenia, której nie umiała nazwać i z której nie umiała się wytłumaczyć nawet przed sobą.
Kiwnął głową.
Ona kiwnęła głową.
I właśnie wtedy — w tej konkretnej sekundzie — wjechał Karl. Zjeżdżał z toru, wjechał w otwarty front parku maszyn, a jego wzrok padł prosto przed siebie: na Ilkę, na Marcina stojącego dwa kroki od niej, na tę sekundę, która jeszcze wisiała między nimi w powietrzu.
Trwało to moment. Może mniej.
Karl wjechał do swojego stanowiska. Eryk już przy nim był.
Ilka wyszła.
***
W galerii było o tej porze cicho.
Usiadła przy biurku, otworzyła faktury, które czekały od tygodnia, i zrobiła kawę. Pracowała — albo myślała, że pracuje. Bo pod tymi liczbami kręciło się coś, czego nie umiała do końca odłożyć. To spojrzenie w korytarzu klubu, to spojrzenie dzisiaj — i ta dziwna chwila zawieszenia, której nie rozumiała, a o której uparcie mówiła sobie, że nic nie znaczy.
Wypiła kawę i wróciła do liczb.
Karl wrócił wieczorem z tą konkretną energią po treningu — skupienie i zmęczenie razem, silnik, który jeszcze nie zdążył wyhamować. Ilka robiła makaron. Przez chwilę było normalnie: on pod prysznicem, ona przy kuchence, zapach czosnku i oliwy.
Usiedli przy stole.
Karl jadł przez chwilę w milczeniu. Ilka znała już to milczenie — wiedziała, że coś w nim pracuje.
— Widziałem — odezwał się w końcu. Spokojnie, bez wstępu.
Ilka podniosła wzrok.
— Jak na ciebie spojrzał — powiedział Karl. — I ty na niego.
Nie było w tym oskarżenia. Przynajmniej nie wprost. Ale był ton — ta konkretna, chłodna precyzja, której Ilka nauczyła się bać bardziej niż krzyku.
Coś się w niej zatrzymało.
Wiedziała, że musi mu teraz powiedzieć. Że nie ma wyjścia — jeśli nie powie teraz, potem będzie gorzej. To przemilczenie, które nosiła od korytarza, urośnie do czegoś, czym nie jest, jeśli Karl dowie się skądinąd.
— Karl — powiedziała spokojnie. — Spotkałam go wcześniej. W budynku klubowym, kiedy pojechałam z Martą do prezesa. Czekałam na korytarzu, on szedł do gabinetu. Zamieniliśmy kilka słów, nic więcej.
Karl nie powiedział nic. Patrzył na nią.
— Nie wspomniałam o tym, bo nie uznałam tego za nic znaczącego — ciągnęła. — Właściwie już o tym zapomniałam.
Cisza.
— Zapomniałaś — powtórzył Karl.
— To było przypadkowe spotkanie.
— Z Pawlikowskim.
— Z człowiekiem na korytarzu — powiedziała Ilka spokojnie. — Który akurat jest Pawlikowskim.
Karl wstał od stołu. Nie gwałtownie — po prostu wstał i podszedł do okna. Stał tam przez chwilę z rękami w kieszeniach, patrząc na rzekę za szybą.
— Kilka słów — powiedział w końcu.
— Kilka słów.
— O czym?
— O tym, że Bydgoszcz traktuje żużel poważnie — powiedziała Ilka. — Nic więcej, Karl. Naprawdę nic więcej.
Cisza była długa. Ilka patrzyła na jego plecy — na te napięte ramiona, na tę nieruchomość, która przy Karlu zawsze znaczyła więcej niż ruch.
— Dobrze — powiedział w końcu.
Ale Ilka znała już to „dobrze”. Wiedziała, że nic nie jest dobrze. Że Karl wziął te kilka zdań z korytarza — przypadkowe spotkanie, drobiazg, nic — i przepuścił je przez filtr wszystkiego, co czuł do Marcina Pawlikowskiego. I że po drugiej stronie tego filtra wyszło coś zupełnie innego niż to, co ona mu powiedziała.
— Karl — odezwała się cicho.
— Jestem zmęczony — powiedział. — Idę spać.
Wyszedł z kuchni.
Ilka siedziała przy stole z niedojedzonym makaronem i patrzyła na puste krzesło naprzeciwko.
Za oknem Brda płynęła spokojnie, obojętna na wszystko.
Rozdział IV — Zasady
Marcin zaczekał na niego przy wejściu do parku maszyn.
Nie przy boksie, nie na torze — przy wejściu. Jakby chciał mieć pewność, że Karl zobaczy go, zanim wejdzie w rytm dnia i zamknie się we własnej głowie. Stał z kawą w dłoni i patrzył na owal, spokojny jak zawsze, jakby miał przed sobą całe życie i nigdzie mu się nie spieszyło.
Karl dostrzegł go z daleka.
Zwolnił o pół kroku — odruch, który miał już pod kontrolą, ale nie do końca — i podszedł.
— Mam pięć minut — powiedział.
— Mnie wystarczą dwie — odpowiedział Marcin.
Przez chwilę żaden z nich nie mówił nic. Na torze mechanicy przygotowywali maszyny, gdzieś w głębi parku ktoś przekręcał silnik. Zwykły poranek, zwykły dzień — poza tym, że wcale nie był zwykły. I obaj doskonale o tym wiedzieli.
— Jesteśmy beniaminkiem — odezwał się Marcin. Spokojnie, bez wstępu, jakby kontynuował myśl, którą zaczął dawno temu. — Wszyscy czekają, żebyśmy się wyłożyli. Żebyśmy walczyli o utrzymanie i byli wdzięczni, że w ogóle jesteśmy w tej lidze.
Karl patrzył przed siebie.
— Ja tu nie przyszedłem walczyć o utrzymanie — ciągnął Marcin. — Przyszedłem po play-offy. I myślę, że ty też.
— Myślisz dobrze.
— To dobrze. — Marcin upił łyk kawy. — Bo żeby to wyszło, musimy działać jak drużyna. Nie jak dwóch facetów, którzy mają ze sobą przejścia.
Karl odwrócił się i spojrzał na niego. Pierwszy raz od prezentacji — naprawdę spojrzał. Bez filtra, bez tej lodowej kontroli, którą utrzymywał przy ludziach.
— Na torze działamy jak drużyna — powiedział. — Poza torem każdy żyje, jak chce.
Marcin kiwnął głową powoli.
— To mi wystarczy.
Wyciągnął rękę.
Karl uścisnął ją. Krótko, mocno, bez ciepła — ale i bez otwartej wrogości. Umowa zawarta. Zasady ustalone. Żadnych złudzeń po żadnej stronie.
Marcin odwrócił się w stronę swojego boksu.
— Pawlikowski — odezwał się Karl.
Marcin zatrzymał się.
— Play-offy — powiedział Karl. — Nie mniej.
Marcin przez sekundę patrzył na niego przez ramię. Na jego twarzy przemknęło coś — szybko, nieuchwytnie — i zniknęło.
— Nie mniej — odpowiedział spokojnie.
I poszedł.
* * *
Na torze działało.
Ilka widziała to wyraźnie podczas kolejnych treningów. Karl i Marcin jeździli razem bez zgrzytów, komunikowali się krótko i precyzyjnie, każdy wiedział, gdzie jest drugi. Lipek kwitł w tej atmosferze, Max uczył się od obu jednocześnie, a Eryk obserwował wszystko z boku i nic nie mówił, co przy Eryku znaczyło, że jest zadowolony.
W pracy grało.
W domu przestawało.
Karl wracał coraz później — nie dlatego, że trening trwał dłużej, lecz dlatego, że zostawał przy motocyklu, przy silniku, przy danych rozłożonych na laptopie w boksie. Ilka słyszała go, kiedy wchodził. Późno, cicho, jakby nie chciał jej budzić albo jakby nie chciał rozmawiać. Jedno i drugie naraz.
Jedli kolacje, które stygły.
Rozmawiali o rzeczach, które nie bolały.
Ilka uczyła się czytać jego milczenie coraz precyzyjniej. Wiedziała, kiedy był zmęczony, kiedy skupiony, kiedy znajdował się gdzieś indziej, choć siedział naprzeciwko niej.
Coraz częściej był gdzieś indziej.
* * *
Wystawa miała otworzyć się za trzy tygodnie.
Ilka wiedziała o tym od miesięcy. Planowała od miesięcy. Ale ostatnie tygodnie przed otwarciem zawsze były takie same — nagłe zmiany, dostawcy, którzy się spóźniają, oświetlenie padające w złym miejscu, artyści dzwoniący o jedenastej wieczorem z nowymi pomysłami. Galeria pochłaniała ją całkowicie, a Ilka pozwalała się pochłaniać, bo praca miała tę jedną zaletę: kiedy w niej byłaś, wszystko inne przestawało istnieć.
Tego wieczoru została dłużej, niż planowała.
Telefon zadzwonił o dwudziestej drugiej. Karl.
Odebrała po trzecim sygnale — miała ręce zajęte ramą obrazu i przez chwilę walczyła z klamrą.
— Hej — powiedziała.
— Gdzie jesteś?
Nie pytanie. Stwierdzenie z pytajnikiem schowanym gdzieś w środku.
— W galerii. Mówiłam ci rano, że zostanę dłużej. Mamy wystawę za…
— Wiem, kiedy masz wystawę.
Cisza.
— Zaraz kończę — powiedziała Ilka spokojnie. — Godzina, może mniej.
— Dobrze.
Rozłączył się.
Ilka stała przez chwilę z telefonem w dłoni i patrzyła na obraz, który wieszała. Piękny obraz — duży, olejny, pełen czerwieni i czerni. Artysta z Gdańska, którego ceny prac poszły w górę.
Odłożyła telefon i wróciła do pracy.
* * *
Wróciła po jedenastej.
Karl siedział przy stole z laptopem — dane z treningów, wykresy, jakieś tabele, których Ilka nie umiała czytać. Spojrzał na nią, kiedy weszła. Jego twarz była spokojna tym konkretnym spokojem, który nauczyła się rozpoznawać jako coś przeciwnego.
— Przepraszam — powiedziała. — Zostało mi więcej, niż myślałam.
— Godzina to były prawie dwie.
— Wiem. Zostało więcej.
Zamknął laptopa.
— Ciągle ta wystawa — powiedział. Nie do niej. Do przestrzeni między nimi.
Ilka zatrzymała się przy wieszaku.
— Tak — powiedziała spokojnie. — Ciągle ta wystawa. To moja praca, Karl.
— Wiem, że to twoja praca.
— Więc o co chodzi?
Nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do zlewu, nalał sobie wody. Stał przy oknie i patrzył na rzekę — ten gest, który znała już na pamięć.
— O nic — powiedział. — Tylko że cię nie ma.
— Jestem — powiedziała Ilka. — Wróciłam.
— Późno.
— Tak. Bo mam wystawę za trzy tygodnie i sto rzeczy do zrobienia. — Podeszła bliżej, ale nie za blisko. — Karl. Ty wracasz późno od tygodnia. Zostajesz przy torze, przy silniku, przy laptopie. Wchodzisz, kiedy już śpię. I ja ci z tego powodu nie robię wyrzutów, bo rozumiem, że to twoja praca i że masz przed sobą trudny sezon.
Cisza.
— Nie rób tego porównania — powiedział Karl.
— Właśnie to zrobiłam — odpowiedziała Ilka. — Bo jest uczciwe.
Karl odwrócił się od okna. Patrzył na nią przez chwilę — tym wzrokiem, który umiał być bardzo zimny, kiedy chciał.
— To nie to samo — powiedział.
— Nie — zgodziła się Ilka. — Twoje jest ważniejsze. Tak?
— Nie powiedziałem tego.
— Ale tak myślisz.
Milczał. I w tym milczeniu było wystarczająco dużo, żeby Ilka zrozumiała, że trafiła w coś prawdziwego. Coś, czego Karl nie powiedziałby wprost, bo już powiedział to milczeniem.
Poczuła zmęczenie. Nie złość — zmęczenie, które jest gorsze od złości, bo nie daje się z nim walczyć.
— Idę spać — powiedziała.
Tym razem to ona wyszła z kuchni.
Karl został przy oknie z nietkniętą szklanką wody w dłoni i patrzył na rzekę, która płynęła spokojnie za szybą, obojętna na wszystko.
W mieszkaniu było cicho.
Ale nie tą ciszą, która jest odpoczynkiem.
Rozdział V — Wiadomość
Marta zadzwoniła w środę rano z propozycją kawy, której nie dało się odrzucić — to znaczy, teoretycznie dało się, ale Ilka znała ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że odmowa tylko przesunie tę rozmowę o jeden dzień.
Usiadły przy oknie w kawiarni przy Długiej. Marta zamówiła flat white i croissanta, którego nie ruszyła. To znaczyło, że ma coś ważnego do powiedzenia i nie zamierza rozpraszać się jedzeniem.
— No — powiedziała Marta.
— No — odpowiedziała Ilka.
— Jak jest?
— Dobrze.
Marta patrzyła na nią przez chwilę z tym swoim wyrazem twarzy, który oznaczał, że usłyszała odpowiedź, przetworzyła ją i odrzuciła jako niewystarczającą.
— Ilka — powiedziała.
— Marta — odparła Ilka.
— Henryk mówi, że Karl jest ostatnio ciężki na treningach. Zamknięty, spięty, że…
— Karl zawsze jest zamknięty.
— Bardziej niż zwykle.
Ilka wzięła kubek w obie dłonie i spojrzała na ulicę za szybą. Bydgoszcz w marcu. Ludzie w kurtkach, mokry chodnik, pierwsze oznaki tego, że zima wreszcie odpuszcza.
— Mamy trudny czas — powiedziała w końcu. — Ja mam wystawę, on ma przed sobą ligę. Takie rzeczy się zdarzają.
— Takie rzeczy się zdarzają — powtórzyła Marta bez przekonania. — I tyle?
— I tyle.
Marta wzięła croissanta, odłamała kawałek i odłożyła go z powrotem na talerz. Przez chwilę patrzyła na okruchy, jakby szukała w nich właściwego sposobu, żeby wejść w temat.
— Ten Pawlikowski — odezwała się.
— Co Pawlikowski?
— Karl, kiedy go widzi, to…
— Karl sobie z tym radzi — przerwała Ilka spokojnie. — Na torze wszystko gra. Sam mi mówił.
— A poza torem?
Ilka nie odpowiedziała.
Marta kiwnęła głową powoli — nie jako potwierdzenie, raczej jako przyjęcie informacji, której nie dostała wprost, ale dostała inaczej.
— Dobra — powiedziała. — Jestem tu, kiedy będziesz chciała pogadać.
— Wiem — odpowiedziała Ilka. — Dziękuję.
Wypiły kawę. Marta w końcu zjadła croissanta. Rozmawiały o wystawie, o nowym artyście z Trójmiasta, o tym, że Henryk chce w tym roku pojechać na Sardynię. Normalna rozmowa. Normalna środa.
Ale przy wyjściu Marta zatrzymała się na chwilę i spojrzała na Ilkę z tym konkretnym wyrazem twarzy — nie litości, nie troski, tylko czegoś twardszego i bardziej prawdziwego.
— Nie znikaj w tej galerii za bardzo — powiedziała cicho.
Ilka otworzyła usta.
— Wiem, że to twoja praca — uprzedziła ją Marta. — Wiem. Ale on cię potrzebuje, nawet jeśli nie umie tego powiedzieć. A może właśnie dlatego.
Wyszła, zanim Ilka zdążyła odpowiedzieć.
***
Finn zobaczył wiadomość we wtorek wieczorem.
Siedział w wynajętym pokoju w centrum Bydgoszczy z telefonem w dłoni i bez celu przewijał Insta — nawyk, który miał od zawsze i z którego nie umiał wyjść. Nowe miasto, nowa drużyna, za oknem Polska, której jeszcze nie znał.
Powiadomienie. Nowa wiadomość prywatna.
Konto bez zdjęcia profilowego — tylko inicjały R.B. Kilka postów, wszystkie prywatne. Zero obserwujących, kilka obserwowanych profili — w tym jego własne konto, które śledziła od tygodnia.
Hej. Wiem, że to dziwne, że piszę do obcej osoby. Mam na imię Rebeka. Byłam kiedyś bardzo blisko Karla Schmidta — znam go jeszcze z Niemiec. Widziałam, że jesteś teraz w jego drużynie. Straciłam z nim kontakt i zależy mi, żeby wiedział, że o nim myślę. Czy mógłbyś mu przekazać, że Rebeka Beckewald pozdrawia? To by dla mnie dużo znaczyło. Dziękuję.
Finn przeczytał wiadomość dwa razy.
Bardzo blisko. Straciła kontakt. Zależy jej.
Był dwudziestoletnim Niemcem daleko od domu i ta wiadomość zabrzmiała dla niego zwyczajnie, ciepło, bez żadnych sygnałów ostrzegawczych. Pomyślał, że może to jakaś dawna historia. Może zwykła sprawa. Może Karl będzie rad.
Okej, przekażę.
***
Nazajutrz po treningu, kiedy Karl szykował się do wyjścia z parku maszyn, Finn dogonił go przy bramie.
— Karl — powiedział. — Dostałem wczoraj wiadomość na Insta. Od jakiejś kobiety, Rebeki Beckewald. Pisze, że cię zna, że byliście sobie bliscy. Prosiła, żebym ci przekazał, że pozdrawia.
Karl zatrzymał się.
Finn patrzył na niego i widział, jak coś w twarzy Karla — tej zawsze kontrolowanej, zawsze spokojnej twarzy — zmienia się przez sekundę. Coś zgasło albo zatrzasnęło się za drzwiami. Trudno było powiedzieć, co dokładnie.
— Dziękuję — powiedział Karl po chwili. Spokojnie. Neutralnie. — Nie musisz odpowiadać na takie wiadomości.
— Przepraszam, nie wiedziałem, że…
— Nic się nie stało — przerwał Karl. — Następnym razem po prostu usuń.
Finn kiwnął głową.
Karl wyszedł z parku maszyn.
***
Jechał do domu dłużej niż zwykle.
Nie dlatego, że były korki. Dlatego, że skręcił w złą ulicę i przez chwilę jechał przed siebie bez celu, patrząc na miasto, które znał już wystarczająco dobrze, żeby zgubić się w nim świadomie.
Rebeka Beckewald.
Myślał, że to się skończyło. Że tamten sezon — jej pojawienie się w parku maszyn, tamta rozmowa, to, co powiedział, czego żałował i czego jednocześnie nie żałował — został zamknięty. Zablokował ją wszędzie. Myślał, że to wystarczy.
Rebeka zawsze była sprytna. Zawsze wiedziała, jak wejść przez drzwi, które zamknął.
Zaparkował przy Brdzie i siedział jeszcze przez chwilę w samochodzie.
W mieszkaniu paliło się światło. Ilka była w domu.
Pomyślał, że powinien jej powiedzieć. Że to uczciwe, że to właściwe. Że ona powiedziała mu o Marcinie, nawet jeśli mogła tego nie robić.
Pomyślał o tym przez długą chwilę.
Potem wziął kurtkę i wszedł do środka.
***
Ilka siedziała na kanapie z laptopem i katalogiem wystawy rozłożonym obok. Spojrzała na niego, kiedy wszedł.
— Hej — powiedziała.
— Hej — odpowiedział.
Poszedł do kuchni, nalał wody, wrócił. Usiadł w fotelu naprzeciwko. Ilka wróciła do katalogu, Karl wziął telefon — i przez chwilę siedzieli w tej ciszy, która ostatnio towarzyszyła im zbyt często.
Ale tym razem była inna.
Ilka tego nie wiedziała — siedziała spokojnie, przeglądała zdjęcia artysty z Gdańska, poprawiała coś ołówkiem. Nie wiedziała, że Karl siedzi naprzeciwko z czymś w środku, o czym jej nie powiedział.
Tak jak ona wcześniej siedziała przy kolacji z czymś w środku, o czym nie powiedziała jemu.
Dwa milczenia w jednym mieszkaniu.
Karl patrzył na nią przez chwilę — na spokojny profil, na grzywkę opadającą na czoło, kiedy pochylała głowę, na ołówek obracany w palcach, gdy myślała — i poczuł coś trudnego do nazwania. Nie winę. Nie strach. Coś pomiędzy. Coś między nimi, co nie miało jeszcze nazwy.
— Dobrze ci idzie z wystawą? — zapytał.
Ilka podniosła głowę. Przez sekundę patrzyła na niego, jakby sprawdzała, czy to pytanie jest prawdziwe.
— Tak — powiedziała. — Już prawie gotowe.
— Dobrze.
Wróciła do katalogu.
Karl wrócił do telefonu.
Za oknem Brda płynęła w ciemności, cicha i niewidoczna — obecna tylko jako odblask świateł po drugiej stronie.
Rozdział VI — Pierwszy bieg
Kwiecień przywitał ich zimnym wiatrem i pełnymi trybunami.
Bydgoszcz czekała na ten dzień od jesieni — od finałowego meczu, który dał im awans, od tamtego ryku trybun, który Ilka zapamiętała jako coś niemal fizycznego: doznanie, które przeniknęło przez skórę i zostało z nią na zawsze. Teraz najwyższa liga wracała do miasta po latach, a ono czuło to w każdym detalu: w kolejkach do bramek, w poddenerwowanych rozmowach przy kasach i w tym szczególnym napięciu, które gęstniało w powietrzu przed czymś wielkim.
Warta Gorzów przywiozła pełen skład i pewność siebie klubu, który zjadł zęby na tej lidze. Gorzowianie nie byli faworytem, ale z pewnością nie przyjechali tu z pokorą.
***
W parku maszyn panowała nienaturalna cisza.
Nie była to zwykła koncentracja przed treningiem, lecz gęsta, naładowana atmosfera. Mechanicy pracowali w skupieniu, bez zbędnych słów, a zawodnicy siedzieli przy maszynach, każdy zamknięty we własnym świecie. Lipek krążył wokół swojego stanowiska z miną kogoś, kto ma w sobie za dużo energii i za mało miejsca, by ją rozładować.
— Przestań chodzić — rzucił Damian Kruk, nie odrywając wzroku od motocykla.
— Nie mogę. Tak już mam.
— Wiem, jak masz. Denerwujesz innych.
— Kogo? Karla? Karl jest zawsze napięty. Marcina? Marcin nigdy nie jest zdenerwowany. Maxa?
— Mnie — uciął Kruk.
Lipek przystanął, rozważył to przez sekundę i usiadł.
Karl stał przy swoim motocyklu, wymieniając ciche uwagi z Erykiem: ustawienia, tor, który po zimie zachowywał się inaczej niż zwykle, detale pierwszego łuku. Eryk notował wszystko w swoim małym, wysłużonym zeszycie.
Obok, na ławce, siedział Marcin i patrzył przed siebie. Zachowywał spokój, którego nie mącił przedmeczowy stres; jako człowiek, który odjechał w karierze dziesiątki takich spotkań, był odporny na atmosferę debiutu. Karl rzucił mu szybkie, ledwie dostrzegalne spojrzenie i odwrócił się do mechanika.
Eryk to zauważył, ale nie skomentował.
***
Ilka i Marta zajęły miejsca w sektorze przy linii startu, skąd rozpościerał się widok na cały owal.
Stadion wypełniał się powoli, a granatowo-złote barwy klubu dominowały wszędzie. Ilka patrzyła na tłum i uświadamiała sobie, jak wielka to zmiana w porównaniu z zeszłym rokiem — ta skala, ten ogłuszający poziom hałasu i oczekiwanie, które zawisło nad stadionem niczym naelektryzowana chmura.
— Henryk mówi, że Warta ma świetnego Szweda — szepnęła Marta. — Twierdzi, że będzie z nim problem.
— Henryk zawsze twierdzi, że będzie problem.
— I zawsze ma rację.
Spiker wziął mikrofon. Marta odruchowo ścisnęła ramię Ilki.
***
Początek meczu był jak zimny prysznic.
Warta jechała precyzyjnie, bez emocji, z chłodną skutecznością drużyny, która doskonale zna swoje rzemiosło. Ich Szwed faktycznie potwierdził słowa Henryka — był szybki, bezwzględny na wejściu w łuk i punktował z wyrachowaniem godnym mistrza. Sokolnik odpowiadał — Karl w swoim pierwszym wyścigu wyjechał pewnie i wygrał — ale reszta zespołu gubiła punkty w sytuacjach, w których nie powinna.
Drugi bieg należał do juniorów.
Max i Kacper wyjechali razem. Obaj byli młodzi i czuli, że ta liga to zupełnie inne wyzwanie niż poprzedni sezon. Kacper jechał zdeterminowany, Max nieco zbyt asekuracyjnie. Wygrali wyścig, ale Ilka z trybun widziała, jak Kulpa przy bandzie kręci głową z dezaprobatą.
— Co się dzieje? — zapytała Marta.
— Nie wiem, ale Kulpa nie jest zadowolony.
— On nigdy nie jest zadowolony.
— Dziś ma ku temu powód.
Na trybunach narastało zniecierpliwienie. Heller Sokolnik prowadził, ale przewaga była zbyt krucha, by ktokolwiek mógł czuć się bezpiecznie.
***
W połowie meczu Karl i Marcin wyjechali razem po raz pierwszy.
Ilka obserwowała, jak Karl wybiera łuk — pewnie, bez zawahania. Marcin jechał za nim przez okrążenie, analizując tor. Przy wejściu w drugi łuk zaatakował: płynnie, z wyczuciem, po zewnętrznej — i wyprzedził Karla, czego Ilka zupełnie się nie spodziewała. Wpadł na metę jako pierwszy, tuż przed nim.
Ilka zamarła. Karl był drugi.
Marta przez moment milczała, po czym zapytała cicho:
— To dobrze czy źle?
— Wygrali bieg pięć do jednego — odpowiedziała Ilka.
— Ale Karl jest drugi.
— Wiem.
Stadion wahał się między radością z wyniku a niepokojem. Ilka jednak patrzyła na park maszyn, gdzie Karl zjeżdżał z toru z tą swoją charakterystyczną, nieruchomą twarzą, którą nauczyła się już czytać jak otwartą księgę.
***
W ostatnim, piętnastym biegu nominowanym spotkali się najmocniejsi zawodnicy obu ekip.
Karl obrał tor inaczej — szerzej, agresywniej, próbując odciąć Marcinowi każdą linię ataku i jednocześnie nie zostawić miejsca liderowi Warty. Przez dwa okrążenia jechali ramię w ramię; żaden nie odpuszczał. Na trzecim Karl wysunął się o pół koła i utrzymał tę minimalną przewagę do końca.
Wjechał pierwszy.
Trybuny oszalały. Końcowy wynik: 49:41.
Nie było w tym zwycięstwie euforii, lecz powaga kogoś, kto zrozumiał stawkę. Każdy na stadionie wiedział: Ekstraliga to inna jakość, punkty kosztują tutaj znacznie więcej, a przed nimi wyjątkowo długi sezon.
***
W parku maszyn po meczu Karl zdjął kask i podszedł do Marcina.
— W tym biegu pojechałeś poza planem — rzucił cicho. — Wziąłeś zewnętrzną bez sygnału.
Marcin patrzył na niego spokojnie.
— Czytałem tor. Twoja ścieżka była zamknięta, więc otworzyłem sobie inną.
— To moja decyzja, co jest zamknięte, a co nie.
— Na torze każdy jedzie własną głową — odpowiedział Marcin bez cienia prowokacji. — Wygraliśmy wyścig.
— W mojej drużynie obowiązuje plan.
Marcin znów spojrzał na niego z tą swoją spokojną uwagą, która irytowała Karla bardziej niż otwarty konflikt.
— Dobry mecz, Karl — uciął, po czym odwrócił się do mechanika.
Karl stał ze zaciśniętą szczęką. Lipek przy sąsiednim boksie nagle zaczął bardzo uważnie studiować swój kask, a Eryk nie patrzył w tamtą stronę, co w jego przypadku oznaczało, że słyszał absolutnie wszystko.
***
Ilka czekała przy wyjściu.
Karl zbliżył się do niej z torbą na ramieniu, wyglądając na kogoś, z kogo uszło powietrze, ale napięcie pozostało. Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc, jak stadion pustoszeje.
— Dobry mecz — powiedziała.
— Wygraliśmy.
— Wiem. Dobrze wyglądałeś na torze.
Karl spojrzał na nią. W jego oczach tliło się coś, czego nie umiała zdefiniować — nie czysta złość, raczej napięcie szukające ujścia.
— Ekstraliga to inna liga — powtórzył.
— Widać.
— Musimy być lepsi.
— Będziecie — odparła Ilka.
Karl ważył w pamięci jej słowa, po czym ujął ją za rękę i ruszyli ku parkingowi. Ilka jednak wciąż widziała przed oczami moment, w którym Marcin wyjechał przodem, płynnie i bez wahania, oraz to, jak Karl śledził jego linię jazdy przez całe spotkanie.
Wiedziała jedno: ten sezon będzie bardzo długi.
Rozdział VII — Wernisaż
Galeria wyglądała tego wieczoru inaczej niż na co dzień.
Nie dlatego, że była inna — te same ściany, to samo światło, które Ilka ustawiała przez tygodnie centymetr po centymetrze, te same obrazy, które znała już na pamięć. Ale kiedy wpuszcza się do środka ludzi, kiedy przestrzeń zaczyna oddychać głosami, krokami i zapachem perfum, coś się zmienia. Galeria staje się czymś żywym.
Ilka stała przy wejściu i przyjmowała gości z tym spokojnym skupieniem, które miała tylko tutaj — w swojej przestrzeni, przy swojej pracy. Czarna sukienka, złota bransoletka, włosy zaczesane do tyłu. Karl przy niej — ciemna marynarka, to samo skupienie co ona, tylko skierowane gdzie indziej. Patrzył na wchodzących ludzi, kiwnął głową Henrykowi, wymienił kilka słów z Martą, która zdążyła już zdobyć kieliszek prosecco i zajęła strategiczną pozycję przy głównej ścianie, skąd widziała całą salę.
Tomasz Bryk — artysta z Gdańska, czterdzieści kilka lat, siwe skronie, dżinsy i marynarka, którą założył wyraźnie na specjalną okazję — stał przy swoich pracach z miną człowieka, który jest dumny, ale stara się tego nie pokazać. Ilka podeszła do niego na chwilę, powiedziała coś cicho, a on roześmiał się szczerze, nieoczekiwanie głośno jak na tę przestrzeń, i pokiwał głową.
Sala wypełniała się powoli.
Prace Bryka były duże, olejne, pełne napięcia między kolorem a formą — czerwień, która prawie krzyczała, czerń, która pochłaniała, i gdzieś między nimi coś nieuchwytnego, coś, co każdy widz musiał nazwać sam. Ilka wybrała je po długich rozmowach z artystą. Była z tego wyboru dumna, bo to była dobra sztuka. Nie tylko ładna.
***
Prezes Zawadzki wszedł o dwudziestej pierwszej z żoną u boku, przywitał się głośno i serdecznie jak zawsze, po czym odwrócił się do drzwi gestem kogoś, kto wie, że najważniejsze dopiero wchodzi.
Marcin Pawlikowski wszedł za nim.
Ciemna koszula, spokojne oczy, ten sam wyraz twarzy co zawsze — człowiek, który wchodzi w nowe miejsca bez potrzeby zaznaczania swojej obecności. Przy nim Agnieszka — wysoka, z ciemnymi włosami upiętymi surowo, elegancka w tym chłodnym, klinicznym sensie, który mówił więcej o kontroli niż o guście. I Aleksander — dwanaście lat, jasne oczy ojca, garniturek, który najwyraźniej go uwierał, i ciekawość, która nie umiała być dyskretna.
Karl zobaczył ich od razu.
Ilka, stojąca przy artyście, poczuła, jak zmienia się powietrze przy jej ramieniu — ten konkretny sposób, w jaki Karl nieruchomiał, nauczyła się rozpoznawać, zanim jeszcze do końca wiedziała, co on oznacza.
Prezes Zawadzki podszedł do niej z wyciągniętą dłonią i szerokim uśmiechem.
— Pani Ilko — powiedział. — Pięknie tu. Naprawdę pięknie.
— Dziękuję, panie prezesie. Cieszę się, że pan przyszedł.
— Miałem do pani sprawę. — Lekko obniżył głos, jakby mówił o czymś delikatnym. — Jest jeden chłopiec. Syn naszego kibica, Mateuszek, osiem lat. Choruje od roku, ciężka sprawa. Rodzice są z Bydgoszczy, całe życie z Sokolnikiem. Chciałbym zorganizować dla niego aukcję — gadżety klubowe, podpisane kevlary, coś od zawodników. Potrzebuję kogoś, kto poprowadzi to z klasą. Pomyślałem o pani.
Ilka patrzyła na niego przez chwilę.
— Kiedy?
— Zrobimy osobne wydarzenie — powiedział. — Eleganckie, klubowe. Coś, na czym będzie warto być.
— Zorganizuję — powiedziała.
Zawadzki uśmiechnął się — tym razem bez kalkulacji, po prostu.
— Wiedziałem, że się pani zgodzi.
***
Marcin przy wejściu rozmawiał chwilę z Karlem.
Ilka obserwowała ich z dystansu — dwa metry, może trzy, wystarczająco, żeby widzieć, ale nie słyszeć. Karl mówił coś krótko, Marcin kiwnął głową. Agnieszka stała obok z kieliszkiem wody mineralnej i patrzyła gdzieś w bok — nie na obrazy, nie na ludzi. Po prostu gdzieś. Aleksander kręcił się niespokojnie i co chwilę szarpał ojca za rękaw, pokazując coś na ścianie.
Marcin za każdym razem się odwracał i patrzył tam, gdzie pokazywał syn. Zawsze.
Po chwili odszedł od Karla i zaczął chodzić po galerii sam — Aleksander przy nim, Agnieszka osobno, jakby to była reguła, którą wszyscy troje znali i od dawna przestali kwestionować.
Ilka wróciła do gości.
Minęło może dwadzieścia minut.
Stała przy Tomaszu Bryku, który rozmawiał z kolekcjonerem z Warszawy. Tłumaczyła coś o technice i o tym, jak powstawała seria, kiedy poczuła, że ktoś zatrzymał się za jej plecami — nie przy głównych pracach, ale przy ścianie bocznej, przy małym obrazie, który powiesiła prawie bez zastanowienia, bo czuła, że powinien tam wisieć, chociaż nigdy do końca nie umiała wytłumaczyć dlaczego.
Odwróciła się.
Marcin Pawlikowski stał przy tym obrazie i patrzył na niego.
Nie tak, jak patrzą ludzie na wystawach — przelotnie, grzecznie, z kieliszkiem w dłoni. Stał nieruchomo, z rękami luźno opuszczonymi przy bokach, i patrzył jak ktoś, kto coś rozpoznaje.
Aleksander szepnął coś obok niego. Marcin pokręcił głową — nie teraz — i chłopiec usiadł na ławce przy ścianie z cierpliwością dziecka, które nauczyło się czekać na ojca.
Ilka podeszła.
— To nie jest z tej serii — powiedziała cicho, bo tak się mówiło przy obrazach, zawsze trochę ciszej. — To wcześniejsza praca. Bryk namalował ją dziesięć lat temu, jeszcze przed tym, co robi teraz.
Marcin nie odwrócił się od razu.
— Widać — powiedział. — Tu jeszcze szuka. W tych dużych już wie.
Ilka spojrzała na obraz — niewielki, szaroniebieski, prawie ascetyczny przy tamtych krzykliwych czerwieniach — i poczuła coś dziwnego. Ten człowiek powiedział jednym zdaniem to, co ona myślała przez trzy tygodnie, zanim zdecydowała się go powiesić.
— Skąd pan wie? — zapytała. Nie z uprzejmości. Naprawdę.
Marcin odwrócił się do niej.
— Mój ojciec był malarzem — powiedział spokojnie. — Amatorsko, ale poważnie. Dorastałem między płótnami. — Urwał na chwilę. — Rothko mówił, że obraz żyje z wrażliwości tego, kto go widzi. Myślę, że w tym jest coś prawdziwego.
Ilka patrzyła na niego.
— Pan zna twórczość Rothko — powiedziała. To nie było pytanie.
— Znam — odparł Marcin po prostu. Bez demonstrowania, bez czekania na reakcję.
Tomasz Bryk, który stał dwa metry dalej i skończył właśnie rozmowę z kolekcjonerem, odwrócił się — może usłyszał nazwisko, może coś go przyciągnęło — i spojrzał na Marcina przy swoim obrazie.
Podszedł.
— Podoba się panu? — zapytał wprost, bo Bryk zawsze mówił wprost.
— Ten bardziej niż tamte — odpowiedział Marcin, wskazując głową na małe płótno.
Bryk zmrużył oczy.
— Większość ludzi woli tamte — powiedział. — Są ładniejsze.
— Wiem. Ten jest prawdziwszy.
Bryk przez sekundę patrzył na niego tą konkretną uwagą artysty, który spotyka kogoś nieoczekiwanego, i wyciągnął rękę.
— Tomasz Bryk.
— Marcin Pawlikowski.
— Żużlowiec — powiedział Bryk. Nie z zaskoczeniem, raczej z rozbawieniem.
— Żużlowiec — potwierdził Marcin.
— I zna pan twórczość Rothko.
— I znam twórczość Rothko.
Bryk roześmiał się — tym samym szczerym, nieoczekiwanie głośnym śmiechem co wcześniej — i zaczął mówić o obrazie, o tym, co chciał nim powiedzieć, co wyszło inaczej i dlaczego właśnie to, co wyszło inaczej, okazało się lepsze. Marcin słuchał uważnie, zadawał pytania krótkie i precyzyjne; Aleksander przy ławce podniósł głowę i zaczął słuchać razem z ojcem.
Ilka stała między nimi i myślała, że Karl opowiadał jej o kimś bezwzględnym i zimnym. O kimś, kto jedzie po ludziach, kto kalkuluje, kto zdradza.
A człowiek, który stał teraz przy małym, szaroniebieskim obrazie i rozmawiał z artystą o Rothko, o szukaniu i o tym, co wychodzi inaczej, niż się chciało — ten człowiek nie pasował do tamtego obrazu w żaden sposób.
***
Karl stał przy oknie z kieliszkiem wody i patrzył na salę.
Marta pojawiła się przy nim bezszelestnie, jak zawsze.
— Twoja dziewczyna świetnie sobie radzi — powiedziała.
— Wiem.
— Bryk ją uwielbia. Słyszałam, jak mówił Henrykowi, że to najlepsza kuratorka, z jaką pracował.
— Dobrze.
Marta upiła łyk prosecco.
— Pawlikowski zna się na sztuce — powiedziała mimochodem. — Kto by pomyślał.
Karl nie odpowiedział.
— Karl — odezwała się Marta po chwili, trochę ciszej.
— Co?
— Nic — powiedziała. — Nic nie mówiłam.
Odeszła z kieliszkiem w stronę Henryka.
Karl rzucił wzrokiem na salę. Na Ilkę przy obrazie, na Marcina obok niej, na Bryka, który gestykulował coraz szerzej i śmiał się coraz głośniej. Na Aleksandra, który zszedł z ławki i podszedł bliżej, bo najwyraźniej rozmowa wciągnęła go bardziej, niż udawał. Na Agnieszkę, która stała przy przeciwnej ścianie z kieliszkiem wody i patrzyła w tym samym kierunku co Karl.
Przez chwilę ich spojrzenia się spotkały — przypadkowo, przez salę, ponad głowami gości.
Agnieszka odwróciła wzrok pierwsza.
Karl też.
***
Jechali do domu po ciemnym mieście. Bydgoszcz za szybami powoli gasła, Brda migała między budynkami.
Ilka patrzyła przed siebie.
Karl prowadził.
Przez długą chwilę żadne nie mówiło nic — nie była to napięta cisza, którą znali z ostatnich tygodni, raczej coś innego, trudniejszego do nazwania.
— Dobry wieczór — powiedział w końcu Karl.
— Tak — odpowiedziała Ilka.
— Prezes zadowolony.
— Zdaje się.
Kolejna chwila ciszy.
— Zorganizujesz tę aukcję? — zapytał.
— Tak. Dla tego chłopca. Mateuszka.
Karl kiwnął głową.
Więcej nie powiedział. Ilka też nie powiedziała więcej — nie powiedziała, że Marcin Pawlikowski zna Rothko, że ojciec Marcina był malarzem i że Marcin patrzył na ten jeden mały obraz tak, jak ona patrzyła na niego przez trzy tygodnie, zanim zdecydowała się go powiesić.
Nie powiedziała, że pomyślała przy nim — przy tym człowieku, którego Karl nienawidzi — dokładnie to samo, co zawsze myśli przy ludziach, którzy widzą.
Nie powiedziała nic.
Karl skręcił w ulicę przy Brdzie i zaparkował.
Siedzieli przez chwilę w nieruchomym samochodzie z wyłączonym silnikiem.
— Chodźmy — powiedział Karl.
Weszli do środka.
Rozdział VIII — Odblokowane
Maj przyszedł niepostrzeżenie.
Liga toczyła się swoim rytmem — mecz za meczem, wyjazd za wyjazdem, tabela, która zmieniała się co tydzień i wymagała coraz więcej. Heller Sokolnik wygrywał, kiedy powinien wygrywać, i tracił punkty tam, gdzie nie powinien ich tracić — jak każdy beniaminek, który odkrywa, że najwyższa liga nie jest już wyłącznie kwestią talentu. Jest kwestią konsekwencji. A tej wciąż trzeba się było uczyć.
Karl po każdym meczu siedział z Erykiem dłużej, niż było to konieczne. Analizował, poprawiał, szukał dziesiątych części sekundy, które w Ekstralidze potrafiły oddzielać zwycięstwo od porażki. Lipek kwitł w tej lidze naturalnie, jakby od zawsze do niej należał. Marcin zbierał punkty spokojnie i precyzyjnie, bez niepotrzebnych błędów, bez spektakularnych gestów — po prostu jeździł i wygrywał. I może właśnie to irytowało Karla najbardziej: Pawlikowski nie wyglądał, jakby musiał cokolwiek udowadniać. Ta liga była dla niego tylko kolejną ligą w długim ciągu lig.
Na torze trzymali się zasad. Poza torem każdy żył po swojemu.
Ilka prowadziła galerię, rozmawiała z prezesem Zawadzkim o aukcji dla Mateuszka, jeździła na mecze z Martą i wracała do mieszkania, w którym Karl był albo skupiony, albo nieobecny. Nauczyła się dawać mu przestrzeń nie dlatego, że tego chciała, lecz dlatego, że widziała, jak bardzo jej potrzebuje. Sezon był ciężki. Ekstraliga była ciężka. Pawlikowski był ciężki — nawet kiedy nie robił nic, żeby taki być. Po prostu był.
Między nimi było inaczej niż na początku roku. Nie źle. Inaczej. Jakby oboje nauczyli się chodzić ostrożniej po tym samym mieszkaniu.
***
Była środa. Późno.
Ilka zasnęła przed dziesiątą — zmęczona po długim dniu w galerii i po kolacji, którą zjadła sama, bo Karl wrócił wtedy, gdy ona już kończyła. Zasnęła na jego ramieniu i nie usłyszała, kiedy wstał.
Karl siedział w fotelu przy oknie z telefonem w dłoni.
Za szybą Bydgoszcz była cicha, a Brda znikała w ciemności. Jutro mieli trening. Pojutrze wyjazd do Lublina — miasta, które wciąż niosło dla niego własny ciężar: nie żal, nie tęsknotę, raczej tę szczególną ciszę miejsc, w których człowiek kiedyś był kimś innym i których nie potrafi całkiem z siebie wykreślić.
Otworzył ustawienia konta. Wszedł w zablokowane kontakty.
Jej imię było tam od tamtego meczu w poprzednim sezonie — od słów wypowiedzianych w parku maszyn przy Ilce, od sceny, której się wstydził. Nie dlatego, że był niesprawiedliwy, bo nie był. Dlatego, że przekroczył granicę między prawdą a okrucieństwem.
Odblokował ją.
Czekał chwilę.
Potem napisał.
Po co zaczepiałaś Finna Brauera?
Odpowiedź przyszła po dwóch minutach — jakby czekała.
Wiedziałam, że mi nie odpiszesz bezpośrednio. Finn był jedyną drogą.
Dlaczego w ogóle szukasz drogi?
Bo chciałam wiedzieć, że żyjesz. I że ci dobrze. I żeby pogratulować — Ekstraliga, kapitan. Dobrze wyglądasz w tej roli.
Karl patrzył na te słowa przez chwilę. Rebeka zawsze wiedziała, jak trafić — niekoniecznie w czułe miejsca, bo czułych miejsc przy niej już w sobie nie znajdował. Raczej w miejsca prawdziwe.
Dziękuję.
Przepraszam za tamto. Za to, co powiedziałam do Ilki w parku maszyn. Byłam zazdrosna i powiedziałam rzeczy, których nie powinnam była mówić. Nie powinnam tak. Wiem o tym.
Karl siedział nieruchomo.
Rebeka przepraszała rzadko. Kiedy to robiła, robiła to tak, że człowiek nie wiedział, czy bardziej jej wierzyć, czy bardziej się strzec. Bo Rebeka, przepraszając, zawsze zostawiała drzwi uchylone. I oboje o tym wiedzieli.
Przepraszam za to, co powiedziałem przy parku maszyn. Nie powinienem był używać takich słów. Niezależnie od wszystkiego.
Długa przerwa.
Nie spodziewałam się tego.
Bo nie spodziewałaś się, że przeproszę, czy dlatego, że nie spodziewałaś się, że zasługujesz na przeprosiny?
Jeszcze dłuższa przerwa.
Obu rzeczy chyba.
Karl zamknął oczy. Ta rozmowa nie powinna trwać tak długo. Nie powinna w ogóle być taka — cicha, pozbawiona ostrości, bez tej elektryczności, którą Rebeka potrafiła wytwarzać między sobą a każdym człowiekiem w pobliżu.
Napisała, zanim zdążył odpowiedzieć.
Cieszę się, że masz kogoś. Naprawdę. Ilka dobrze na ciebie patrzy — widziałam to tamtego dnia.
Karl patrzył na ekran.
Nie wiedział, co z tym zrobić. Z tą Rebeką, która gratulowała, przepraszała i mówiła, że cieszy się z jego szczęścia. Ta Rebeka nie pasowała do żadnego obrazu, który miał w głowie. A jednak coś w tej rozmowie było mu potrzebne i nie umiał powiedzieć, co dokładnie. Może to, że ktoś powiedział mu, że dobrze wygląda w tej roli. Może to, że ktoś, kto znał go bardzo dobrze i bardzo źle jednocześnie, powiedział mu, że Ilka dobrze na niego patrzy.
Może po prostu to, że przez dwadzieścia minut nie myślał o torze.
Wziął telefon, żeby napisać „do widzenia” i zablokować ją ponownie.
Odłożył go.
Napisał tylko:
Dbaj o siebie, Rebeka.
Ty też, Karl.
Zamknął aplikację.
Siedział z telefonem w dłoni i patrzył w ciemność za oknem. Myślał, że powinien powiedzieć Ilce. Że to uczciwe, właściwe. Że ona powiedziała o Marcinie.
Myślał o tym przez długą chwilę.
Potem odłożył telefon na stolik. Nie zablokował Rebeki ponownie. Sam nie wiedział dlaczego.
Zamknął oczy.
***
Rano Ilka wstała przed szóstą.
Karl siedział przy stole z kawą — nieświeżą, sądząc po tym, jak trzymał kubek; zimną od jakiegoś czasu. Patrzył przed siebie z wyrazem twarzy, który znała aż za dobrze: skupiony, nieobecny, gdzie indziej.
— Nie spałeś? — zapytała cicho.