E-book
15.75
drukowana A5
79.2
Osoba obsługująca latarnię

Bezpłatny fragment - Osoba obsługująca latarnię


Objętość:
552 str.
ISBN:
978-83-8440-398-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 79.2

„Kiedy tak fantazjowałem, wydało mi się nagle, że za daleko zabrnąłem, że okradam Puszkina, że tu wszystko odbyło się pewnie zupełnie inaczej.”

Fiodor Dostojewski „Opowieści fantastyczne”

— ) 001

Świętując Nowy Rok i odpoczywając po Sylwestrze odkryłam nową zabawę internetową. Siedziałam przy biurku zapatrzona w ekran monitora. Stojące obok głośniki jakoś chrypiały, więc je wyłączyłam. Popijając aromatyczna kawę z żółtej filiżanki od mojego najlepszego serwisu, na którym napalony artysta plastyk wymalował ledwie widoczne liście marihuany, przeglądałam sobie listę najczęściej odwiedzanych stron internetowych. Kto układa takie listy i po co nie mam pojęcia, aczkolwiek myślę, że maczają w tym paluchy wszędobylscy reklamodawcy, którym najbardziej podobają się strony najczęściej i najliczniej odwiedzane. Na czele listy złotych stron była ta z zabawą o nazwie Znajdź swoją klasę.

Zakłada się swój profil, wstawia zdjęcia rodzinne, a potem wysyła zaproszenia do dowolnych ludzi z propozycją aby zostali znajomymi. Można w ten sposób bardzo szybko zyskać wielu interesujących znajomych. Niektórzy potrafią wpisywać swoim znajomym bardzo ładne pozdrowienia, prawdziwe arcydzieła, które chociaż składają się z liter i znaków pisanych z klawiatury, to tworzą piękne obrazki. A niektóre fotografie to normalne dzieła sztuki. Jeszcze niezbyt mi idzie to surfowanie po infostradzie (Niektórzy tak to nazywają. Fajnie, prawda?), ale czynię postępy i bardzo szybko nabieram wprawy. Lada dzień, a będę prawdziwą webmasterką. Mam już pierwszych znajomych i do tego ponad sto wysłanych zaproszeń. Nie wiem tylko po co ta ściema z klasą, skoro zaprasza się nie do klasy tylko do własnych znajomych.

Przypomniały mi się styczniowe rocznice. Nowy Rok to dla wszystkich kolejny początek i nadzieja na lepszą przyszłość. Stary rok się skończył, a nowy przed nami. „Umarł król! Niech żyje król!” Tak więc przed 140 laty w Pelplinie ukazał się pierwszy numer „Pielgrzyma”, który odegrał poważną rolę w utrzymywaniu ducha narodowego na Pomorzu. Potem miała miejsce 88 rocznica ukazania się pierwszego numeru dziennika „Głos Pomorski”. Oprócz tego jeszcze 58 rocznica powstania w Gdyni Polskich Linii Oceanicznych, największego polskiego armatora, którego statki niosły naszą banderę na cały świat, na wszystkie morza i oceany.

— ) 002

Po nocnej zmianie spałam do południa. Po obiedzie poszłam na cmentarz zapalić świeczkę na grobie księdza Stefańskiego. To jego 62 rocznica śmierci. Potem musiałam przysiąść w domu nad kalendarium wydarzeń ubiegłego roku. Tradycyjnie już w redakcji zlecili to zadanie mnie. Rocznice i wszelkie minione wydarzenia stają się powoli moją specjalnością. Zobaczymy ile z tych wysupłanych przeze mnie z archiwalnych numerów gazety wydarzeń zostanie wykreślonych z powodu braku miejsca.

Zazwyczaj fotografie są ważniejsze od tekstu, ale to przecież tekst odróżnia poważną gazetę od gazetki ściennej. Z drugiej strony doskonale rozumiem, że fotografia, lub ogólnie obraz, jest w informacji bardzo ważny. Gdy przychodzą do nas w gości znajomi bądź przyjaciele, to najwygodniej jest im pokazać zdjęcia, gdy chce się czymś pochwalić, albo wspólnie powspominać dobre, stare, coraz starsze czasy. Nikt nie ma wtedy ochoty na czytanie długich artykułów. Poczytać można sobie w samotności, natomiast w gronie znajomych, pomiędzy jednym kieliszkiem wódki a drugim, najlepsze są fotografie.

Oglądałam telewizyjny program informacyjny. Informowano o pogodzie i stanie dróg. Drogi były bardzo ważnym składnikiem informacji, a nawet można by wysnuć wniosek, że najważniejszym, albowiem jak informowały nas wszystkie serwisy informacyjne właśnie rozpoczął się niezwykle skomplikowany pod względem organizacyjnym proces migracji ludności na terenie całego kraju związany z powrotami licznych grup społecznych, a zwłaszcza tych zamożniejszych, czyli najbardziej wpływowych, z sylwestrowych imprez do domów. Wiadomo, iż w Nowy Rok niektórzy kontynuowali zabawę, a inni często byli zmuszeni przez swój ułomny organizm do zapijania dokuczliwego, uciążliwego, paskudnego, świńskiego i wrednego kaca. Ekstremalne sytuacje wymagają wyjątkowego potraktowania.

Dlatego jeden jedyny dzień po Nowym Roku to stanowczo zbyt mało czasu na właściwe zregenerowanie organizmu, a zwłaszcza na odzyskanie mistrzowskich umiejętności kierowania pojazdami mechanicznymi. W naszym kochanym kraju, w którym niezwykle dba się o bezpieczeństwo obywateli, nikt nie dostanie prawa jazdy dopóki nie opanuje umiejętności pomyślnego zdawania egzaminu do perfekcji. Dlatego jeden dzień po Nowym Roku bardzo wielu czcigodnych i dostojnych prezesów, kierowników, naczelników, dyrektorów i innych z naczialstwa doskonale radziło sobie z zasypanymi śniegiem, tudzież oblodzonymi drogami wszędzie tam gdzie były one zasypane i oblodzone.

Jednakowoż na całe szczęście, jak informowali z ulgą dziennikarze, większość dróg była czarna, odśnieżona i posypana piaskiem. Wszystkie drogi w naszym kochanym kraju były bezpieczne, więc po sylwestrowych zabawach można było bezpiecznie wracać do domu. Reporterzy z zadowoleniem informowali, iż nawet żadnej stłuczki nie było na niezwykle zatłoczonej „zakopiance”, gdzie korek sięgał czterdziestu kilometrów, bowiem kierowcy niezwykle cierpliwie czekali aż się coś ruszy na tej drodze ku pięknemu miastu Kraka.

Już zamierzałam wyłączyć telewizor i zabrać się do gotowania obiadu gdy nagle moją uwagę przykuł cienki pasek informacyjny u dołu ekranu, na którym z rosnącym niedowierzaniem czytałam, że na Półwyspie Helskim doszło do tragicznego w skutkach wypadku drogowego, w którym dwie osoby poniosły śmierć, a dwie kolejne odwieziono do szpitala. Nie mogłam w to uwierzyć. Jakże to, w całym kraju jest bezpiecznie na drogach, a tylko u nas giną ludzie? Jakim prawem? Dlaczego? Kto na to pozwolił? Kto do tego dopuścił? Kto za to odpowiada? Czy to znowu wina tej paskudnej zimy? Wrednego mrozu? Czy tylko u nas zabrakło soli i piasku?

Potem zadzwoniła Ola z informacją, że to Dorotka ze swoim tatą wracała z towarem dla sklepu. Potem zadzwoniła Zosia i powiedziała, że to Ela z Danką jechały tym drugim samochodem. Jeszcze kilka dni temu widziałam je obie spacerujące sobie ścieżką rowerową dla zdrowia, jak same mówiły. To było zaledwie kilka dni temu. Kilka dni. To straszne.

— ) 003

Dorotka i jej tata już podobno są w domu. Jeżeli to prawda, że nic im się nie stało, to mieli dużo szczęścia. W takich sytuacjach szczęście jest bardzo potrzebne. Wiem o tym bardzo dobrze. Szkoda tylko pani Eli i pani Danki. Chyba będę musiała zapisać się na dodatkową wizytę do mojego psychoterapeuty. Inaczej nie wiem jak zdołam z tym wszystkim sobie poradzić. Przez cały dzień trzęsły się mi ręce. Przekładałam rzeczy z kąta w kąt. Próbowałam układać swoje książki, ale szybko dałam temu spokój. Kładłam się na kanapie, siadałam w fotelu, by zaraz znowu spacerować po pokoju.

Za oknem zima nie daje za wygraną. Gałęzie drzew w ogrodzie są obrośnięte, obklejone grubymi białymi igłami. Siatka ogrodzeniowa wygląda jakby była zrobiona na szydełku. Gdyby to tak zostało, na przykład skamieniało, to ten płot byłby bardzo solidny. Wiem jednak doskonale, że wystarczy go poruszyć, by owa misternie rzeźbiona przez mróz struktura zawaliła się, rozpadła, lub rozwiała pod byle podmuchem, byle chuchnięciem. Czuję, że też tak jestem ukształtowana. Obawiam się dezintegracji osobowości, upadku morale, rozwiania ducha bojowego, załamania psychiki, zaniku rozsądku, oraz wielu innych równie groźnych katastrof.

— ) 004

Wzięłam aparat fotograficzny, ciepło się ubrałam i wyruszyłam na poszukiwanie ciekawych tematów do uwiecznienia ich, zatrzymania w kadrze, przechowania dla potomnych, uratowania przed zapomnieniem. Bardzo lubię fotografować.

Czytam,

Fotografuję,

Próbuję pisać,

Słowami maluję.

To by było na tyle,

Dziękuję.

Ten krótki wierszyk umieściłam na Naszej Klasie w moim profilu. Myślałam, że nikt tego nie zauważy i będzie to mogło być moją słodką tajemnicą, ale zaraz posypały się komentarze od znajomych. Ten Internet to rzeczywiście bardzo szybkie medium informacyjne.

No więc poszłam w teren w poszukiwaniu obiektów do fotografowania. Nie musiałam iść daleko, gdyż na pobliskim bagrowanym, czyli po polsku miejscu pogłębionym, tworzącym małą przystań dla rybackich łodzi, znalazłam skute lodem wraki łodzi, sterczące z lodu i śniegu żebra prehistorycznego dinozaura, baśniowego smoka, a może pozostałości po okręcie wikingów, którzy przypłynęli tu z nadzieją łatwych zdobyczy i szybkiego wzbogacenia się.

Sterczące z lodu szczątki były pokryte białym, siwym i srebrzystym szronem starości. Na jednej z belek usiadło kilka ptaków. Pewnie odpoczywały po wyczerpującym locie nad zamarzniętą pustynią, na której panowała niepodzielnie Królowa Śniegu. Nieco dalej coś się poruszyło. To pewnikiem niedźwiedź polarny zakrywał swój czarny nos łapami aby go ukryć przed wzrokiem nieostrożnych pingwinów, fok, lub ptaków. Początkowo zamierzałam pospacerować sobie po lodzie z aparatem fotograficznym w dłoni i zrobić kilkaset interesujących fotek, ale w obliczu tak poważnego zagrożenia zrezygnowałam z tego zamiaru. W pobliżu brzegu było stanowczo bezpieczniej.

Skupiłam się wiec na owych resztkach łodzi. Mróz unieruchomił je i usztywnił. Inaczej pewnie pod byle dotknięciem fragmenty desek i belek rozpadły by się w proch. Tego prochu widać było zresztą pełno wszędzie wkoło. A to sęk, który wypadł z deski, a to gwóźdź zardzewiały sterczał z odłupanego kawałka deski, a to znowu płat farby zamarł na moment przed odpadnięciem od burty statku. Wraz z odwilżą odpłynie w dal.

— ) 005

Od samego początku roku nastały siarczyste mrozy. Anioły pozakładały na siebie grube kożuchy, kurtki, płaszcze i co kto tam jeszcze miał nadającego się na izolację termiczną. Właściwe odizolowanie organizmu od niekorzystnych warunków zewnętrznych jest podstawą przyszłych sukcesów zawodowych. Naukowcy udowodnili doświadczalnie, że chudzi są bardziej odporni na gorąco od grubych, natomiast znacznie mniej odporni na zimno. Gdyby anioły mogły być grube, przynajmniej niektóre, to można by zorganizować prace niebieskie w taki sposób, aby wyspecjalizować oddziały mrozoodporne, oraz ciepłolubne. Podział obowiązków upodobniłby jednak nację skrzydlatych do rodzaju ludzkiego, co nie zostało zapisane w dokumentach założycielskich Nieba. Akt fundacyjny milczy na ten temat jak zaklęty. Tymczasem anioły musza być szczupłe, zgrabne i powabne, co ma ułatwiać im bycie natchnieniem dla poetów, tudzież pieśniarzy. Z wrodzonej skromności nie wspomnę o poetkach i pieśniarkach, albowiem sama się za takową uważam.

Jeden z aniołów przybrał postać białego niedźwiedzia i pod jego grubym futrem ukryty zasiadł sobie na dryfującej po morzu krze z butelką piwa w dłoni. Obok siebie umieścił na lodzie całą skrzynię pełną butelek piwa. Miało ono służyć jako kamuflaż w przypadku napotkania statku rybackiego, których na tych wodach pełno pływało w pogoni za szybkimi ławicami śledzia. Samotny biały niedźwiedź dryfujący na krze mógłby wzbudzić w nich podejrzenia. Natomiast widok piwa powinien rozwiać ewentualne wątpliwości w kwestii dziwnego zachowania się niedźwiedzia. Ludzie już przyzwyczaili się do widoku dzikich zwierząt, które w cyrku zachowują się dokładnie tak samo jak ich treserzy. Każdy niedźwiedź z butelką piwa w dłoni zostaje natychmiast uznany za uciekiniera z cyrku lub ogrodu zoologicznego. Takiemu biednemu zwierzęciu nikt nie zagląda za kołnierz w poszukiwaniu ukrytych pod futrem skrzydeł, co mogłoby mieć niezwykle tragiczne skutki dla całej mitologii wpajanej z wielkim uporem i znawstwem ludzkim społecznościom, niezależnie od poziomu ich rozwoju.

— ) 006

Wszystkie remonty dróg zawsze robią u nas jesienią i zimą, żeby nie przeszkadzać tymi robotami wczasowiczom. Takie miejscowości letniskowe jak nasza żyją z turystów i wczasowiczów. Mieszkańcy wynajmują pokoje, czasami wszystkie, budują pensjonaty, hotele, zajazdy, karczmy, wille, lub po prostu dobudowują pokoje gościnne. Sklepy zwiększają sprzedaż. Również te, których właściciele każdego roku narzekają, że sezon był nieudany. Muszą tak mówić, aby nie podpaść urzędnikom skarbowym, którzy podczas kontroli stwierdzają ze zdziwieniem spadek obrotów pomimo wzrostu cen.

Człowiek uczy się przez całe życie, a i tak niektórzy twierdzą, że pomimo tej nauki nadal pozostaje głupcem do śmierci. Większość kawiarni, smażalni, barów i restauracji jest czynna tylko w sezonie. Dla tych, którzy lubią inne pory roku niż lato jest to bardzo niewygodnym mankamentem. Bywa tak, że przyjadą, pooglądają sobie, zwiedzą co trzeba, a potem szybko uciekają, bo tu nie ma gdzie zjeść obiadu.

No ale czasami bywa inaczej. Właśnie zakończyła się przebudowa promenady, skrzyżowania i montaż sygnalizacji świetlnej. Miasto uroczyście świętowało zakończenie tego etapu inwestycji. Uroczystość zorganizowano w restauracji „Domino”. Jako poważna dziennikarka lokalnej prasy byłam również zaproszona. Przed lokalem ustawił się tłum notabli. Żeby zrobić zdjęcie musiałam wejść na stojącą obok ławkę. Prezes Mietek szarmancko podał mi dłoń. Gdy inni to zauważyli zaraz kilka innych osób również zaoferowało mi swoją pomoc przy zejściu. Ktoś nawet zauważył, że tą ławkę to pewnie specjalnie dla mnie tam ustawiono. Potem częstowano szampanem. Wypiłam kilka w pośpiechu, bo trzeba było mieć oko na urzędników i co chwilę pstrykać fotki.

— ) 007

W „Domu Zdrojowym” zorganizowano Sejmik Rybacki. Organizatorem jest urząd miasta, a właściwie chyba burmistrz miasta. Budynek jest miejską własnością, więc nie było potrzeby wynajmowania innych obiektów, co znacznie ułatwiło podjęcie decyzji o organizacji imprezy. Wystarczyło zaproponować kilku osobom przygotowanie i zaprezentowanie referatów o tematyce związanej z problemami rybaków. Znani w środowiskach lokalnych naszych terenów nadmorskich działacze regionalni podjęli się tego zadania. Był więc temat historyczny o merkach rybackich, czyli znakach służących do znakowania sieci i sprzętu rybackiego przez poszczególne maszoperie (inaczej mówiąc: rodziny, klany rybackie); był też referat prezentujący stan zdrowia rybaków i zachodzące w nim zmiany na przestrzeni lat.

Była również nieskrępowana dyskusja, w której rybacy krytycznie wypowiadali się o dotychczasowych poczynaniach władz, o nieprawidłowych praktykach państwowych przedsiębiorstw, dla których sprawozdawczość była ważniejsza od realnych problemów trapiących brać rybacką.

Mnie jednak zajęła gorąca sprawa porannej nieudanej próby kradzieży samochodu. Około czwartej rano taksówką przyjechali do naszego miasteczka nieznani sprawcy. Taksówka była im najprawdopodobniej potrzebna do zmylenia ewentualnych świadków. Gdyby nawet ktoś zapisał lub zapamiętał numery samochodu, to właściciel taksówki zawsze może się wyprzeć znajomości ze złodziejami. Przecież on tylko zawozi pasażerów tam gdzie sobie życzą, a celu podróży nie zna. To bardzo wygodny i przydatny środek transportu.

No więc owi sprawcy wysiedli z taksówki i zabrali się do otwierania jednego z garaży przy ulicy Ogrodowej. Właściciel garażu oraz stojącego w nim samochodu usłyszał hałasy, więc wyszedł z mieszkania sprawdzić co się dzieje. Zobaczył, po czym uzbroił się w siekierę, a następnie ruszył w kierunku nieznanych sprawców. Widzieli to sąsiedzi, rybacy, którzy wstawali tak wcześnie, aby się udać do portu i wypłynąć na morze. Zatrzymali przejeżdżający ulicą samochód ciężarowy z dostawą pieczywa do sklepów spożywczych, przy pomocy którego zablokowali taksówkę nieproszonych gości. Nieznanym sprawcom pozostała tylko ucieczka do lasu.

Wezwano policję. Sąsiedzi musieli już udać się do pracy, bo zrobiło się późno. Samochód z pieczywem też pojechał dostarczyć chrupiące bułeczki do sklepów. Policja powiadomiła prokuraturę o wydarzeniu i wróciła do wypełniania swoich obowiązków na posterunku. Gdy przyjechał prokurator okazało się, że taksówki na ulicy już nie ma. Nieznani sprawcy po prostu wrócili z lasu, wsiedli do swojego samochodu i odjechali w nieznanym kierunku.

Tym czasem rybacy jeszcze długo dyskutowali o problemach swojego środowiska. Burmistrz miasta wyraził nadzieję, iż organizacja sejmików rybackich będzie odtąd tradycją naszego miasta. Ten był trzeci z kolei, ale sprawy związane z gospodarką morską są tak ważne, a zarazem tak skomplikowane, że sejmików z całą pewnością będzie jeszcze wiele.

Podczas obrad sejmiku na sali cały czas był obecny sztandar rybacki. W skład pocztu sztandarowego wchodził mój kolego z rocznika i tej samej klasy podstawówki, który był też właścicielem jednego z kutrów. Gdy wyszedł na papierosa szybko podążyłam za nim. Zapaliliśmy oboje. Rozmawialiśmy o obojętnych sprawach. On wspomniał, że cisną go buty, które ubrał po raz pierwszy. Ja powiedziałam, że na tego typu uroczystości nigdy nie zakładam nowych butów, żeby nie odciągały mojej uwagi od tego co dzieje się w lokalnej społeczności. Ze śmiechem przyznał mi słuszność. Ta swobodna rozmowa nieco nas zbliżyła.

On jest wysoki, mocno zbudowany, barczysty, silny, męski, przystojny, aż zrobiło mi się gorąco od tych wrażeń i jego uroku. Przez chwilę miałam nawet ochotę polizać go w policzek, kiedy nachylił się ku mnie i szeptem o czymś żartował. Krew uderzyła mi do głowy. Nie rozumiałam co mówi, ale rozkoszowałam się tym jak mówi. Co za facet!!! Wszyscy rybacy mogą być dumni z takiego przedstawiciela, reprezentanta, delegata, czy kogo tam jeszcze. Poznałam też burmistrza Władysławowa. Z niego też jest niezły kawał chłopa. Przypomina mi pewnego znajomego z Sierakowic, którego kiedyś znałam, no ale to dawne dzieje.

— ) 008

Podobno Marysia ma kochanka. Ola widziała ich razem w trójmieście. Szli ulicą trzymając się za ręce. Cóż za romantyczny obrazek. Ponoć tak sobie zaglądali do oczu, że o mało nie zderzyli się z uliczną latarnią. Nic dziwnego, że latarnie mają nadwerężoną reputację, skoro przy każdej okazji i niemal w każdym miejscu pod latarniami tyle bab się łajdaczy. Już lepiej niech sobie stoją przy autostradach, bo tam przynajmniej nikomu nie przeszkadzają, a w centrach miast to powinniśmy pójść za przykładem rozwiniętych państw i umieścić wszystkie osoby lekkich obyczajów, w tym również mężczyzn, no bo przecież mamy równouprawnienie, w pokoikach z dużymi oknami wychodzącymi na ulicę. Obok owego dużego okna wystarczy umieścić zwykle drzwi balkonowe, a wtedy nie będzie się nikomu przeszkadzać na ulicy ani nawet niepokoić współlokatorów gośćmi rozbijającymi się pod drzwiami na korytarzu lub klatce schodowej. To byłoby bardzo praktyczne rozwiązanie.

Widziałam w swoim życiu wiele takich pokoi i muszę przyznać, że wszystkie one były bardzo gustownie urządzone. Najczęściej ich lokatorki decydowały się na meble w stylu retro, bo to podobno wpływa uspokajająco na mężczyzn, którzy w staromodnie urządzonych wnętrzach czują się jak u babci. Większość ludzi odczuwa miły sentyment na widok starych fotografii, szydełkowanych bądź wyszywanych obrusów, skarpet z prawdziwej owczej wełny, puchowych pierzyn i poduszek na łóżku, świątobliwych obrazów na ścianach. Nie bez powodu wracają do mody podłogi z prawdziwych desek, lub ubrania z naturalnych materiałów. To nie zawsze, lub też nie tylko ekologia.

— ) 009

Moja koleżanka krawcowa, do której zanoszę wszystkie spodnie do skrócenia, wszystkie spódnice do poszerzenia, eee…, to znaczy do zwężenia, wszystkie garsonki do poprawienia, no i tak dalej, wiadomo o co chodzi, prawda? Otóż ta moja koleżanka krawcowa ostatnio przekazała mi najnowsze wiadomości na temat sytuacji małżeńskiej Ulki i Mirka. Ula odeszła od niego, wyobraźcie sobie, po to by zacząć chodzić ze swoja sąsiadką Moniką. Kto by pomyślał, że takie coś może się przytrafić biednemu Mirkowi.

Widziałam go parę dni temu, nawet zamieniliśmy kilka zdawkowych uprzejmości, ale on nie dał po sobie niczego poznać. Gdybym ja wtedy wiedziała, że on jest już znowu wolny, to nasza rozmowa mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Że też człowiek nigdy nie zna dnia ani godziny swojej najważniejszej rozmowy, najważniejszego spotkania, które mogłoby całe życie odmienić. Potem pozostają już tylko łzawe wspomnienia i bezowocne marzenia o księciu z bajki, albo chociaż zwariowanym kapeluszniku, jednym z bliźniaków, lub… kocie.

— ) 010

Ponieważ nawaliło śniegu jak nigdy, to znaczy jak już od wielu lat nie było, trzeba było odśnieżać drogę przed dyżurką i ścieżkę prowadząca do latarni. Chociaż tak właściwie dopóki latarnia świeci to nie ma potrzeby wchodzenia na górę. Wystarczyłoby w zupełności odsypać śnieg sprzed drzwi, żeby było dojście do dyżurki. Ten śnieg kiedyś stopnieje, więc po co się tak trudzić z jego przesypywaniem z jednego miejsca na drugie. No ale Leon by mi dał popalić, gdybym niczego nie zrobiła. Wcale nie mam na myśli papierosów. Chociaż odrobinkę wypada popracować na swojej zmianie.

Najpierw pracowałam w rękawicach, ale dłonie mi się spociły, a do tego takie posługiwanie się ciężką szuflą ze śniegiem w niewygodnych rękawicach jest bardzo nieprzyjemne. Zdjęłam rękawice. Od razu poszło o wiele lepiej. Dopiero po chwili poczułam, że mam dłonie zmarznięte na kość. Ledwie zdołałam otworzyć drzwi i wejść do dyżurki. Na całe szczęście tam było ciepło. Usiadłam w fotelu przy grzejniku i tajałam.

— ) 011

Zastanawiam się często nad skomplikowanym zagadnieniem rozumienia mowy ptaków. Gdyby go można było wykorzystać na szeroką skalę to rozwiązałoby się wiele problemów informacyjnych. Dziennikarze nie musieli by już zdawać się na zawodne urządzenia techniczne, tylko zwyczajnie wysyłaliby wróbla lub wronę do redakcji z pilną wiadomością z ostatniej chwili. Właściwie, tak samo jak Alicja, nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego, że potrafię zrozumieć kraczące wrony, ale większość ludzi mi nie wierzy, więc miałabym bardzo poważne problemy z udowodnieniem swojej wiarygodności przed najjaśniejszym, nieskazitelnie pięknym obliczem jej wysokości Redakcji.

Zażądano by dostarczenia owej wrony w celu przeprowadzenia profesjonalnej konfrontacji z udziałem profesora translatologa, doktora ornitologa, docenta komunikacji społecznej oraz inżyniera łączności. Być może, a nawet bardzo prawdopodobne, iż w takowej konfrontacji zechcieliby wziąć udział wysocy przedstawiciele wojska i tajnych służb. Równie prawdopodobne jest, że zdołał by się wkręcić jakiś tajny agent, lub współpracownik jednego z sąsiednich mocarstw. Już i tak są niemal w każdej rodzinie, a na pewno w każdej dzielnicy, więc nie mieliby zbytnich problemów, co najwyżej dokonano by zmiany pisowni imienia i nazwiska. Ciekawe, czy by mnie tylko przesłuchiwali, czy też może posunęliby się do elektrowstrząsów. Kra, kra. Brrr.

— ) 012

Siedziałam sobie przy oknie i podglądałam jak Ewa i Zuzia plotkowały sobie o naszych sąsiadach. Usiadły sobie na ławce w ogrodzie i najwyraźniej sądziły, że nikt ich nie widzi ani nie słyszy. Inaczej z całą pewnością nie byłyby aż tak szczere i bezpośrednie. Początkowo nie zwracałam na nie uwagi podziwiając niezwykłe piękno nieba. Te wszystkie małe chmurki tworzyły na niebie najprawdziwsze przedstawienie, wręcz balet do jakiejś skocznej muzyki, którą grał im wiatr na gałęziach i gałązkach okolicznych drzew. Lampy oświetleniowe zostały użyte jako organy pneumatyczne, na których wiatr wygrywał melodię, gałązki posłużyły jako skrzypce, gałęzie wcieliły się w rolę bardziej poważnych instrumentów dętych, a dyrygentem została bandera narodowa łopocząca rytmicznie na jednej z latarń ulicznych, gdzie ją umieszczono z okazji święta Nowego Roku. To było zachwycające widowisko.

W pewnym momencie jednak usłyszałam jak Ewa mówi do Zuzi, że jestem wredna, bo nie pozwalam jej na zabawę w moim ogródku, i dlatego może do niego przychodzić tylko wtedy gdy jestem w pracy, lub śpię po nocnej zmianie. Pomyślałam sobie, że to bezczelność z jej strony, a poza tym to ona przecież właśnie w moim ogródku była i nikt jej nie przeganiał, na nią nie wyzywał ani nie skarżył. Przecież nie byłam w pracy, tylko w domu, nie spałam po nocnej zmianie, tylko siedziałam w oknie i było mnie widać z ogrodu, więc gdyby tylko się obejrzała do tyłu, to by mnie zobaczyła. Co za wściekła wrona! Cóż za fałszywa małpa! Przed koleżanka robi ze mnie potwora. Rozwścieczyło mnie to tak bardzo, że natychmiast wybiegłam z domu do ogrodu i te obie wyleniałe kury natychmiast przegoniłam. Uciekały, aż się za nimi kurzyło.

— ) 014

Zgodnie ze znaną już i utrwaloną w świadomości mieszkańców nadmorskich miejscowości tradycją w okresie jesienno-zimowym odwiedzają nas liczne sztormy na Bałtyku. W prognozach pogody podawanych w radiu i telewizji mówią wtedy, że na Bałtyku panuje sztorm. Zapominają o ludziach mieszkających w strefie brzegowej, czyli blisko morza. Sztormowe wiatry rozwijają nad morzem największe prędkości, ale nad lądem nie przestają nagle wiać, nie cichną bez powodu ani nawet z powodu wielkiej miłości do ludzi. Dlatego zawsze się boję gdy zapowiadają sztorm na Bałtyku. Przetrwałam ich wiele, ale wciąż boję się tego żywiołu.

Pamiętam dzień 14 stycznia w połowie lat dziewięćdziesiątych. Woda w zatoce podniosła się wtedy tak wysoko, że zrównała się z wałami przeciwpowodziowymi, a każda fala chlupała sobie odrobinę wody na drugą stronę. Kilka lat wcześniej, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły, to woda wlała się do miasta. Po łące przed domem można było pływać łodzią. Może dlatego mam takiego bzika na punkcie łodzi. Ulice były zalane, więc po zakupy chodziło się lasem, górkami, bo tam woda nie dotarła. To dlatego usypano owe wały przeciwpowodziowe. Podobnie było na całym wybrzeżu.

Styczeń był zawsze najgorszy. W styczniu mieszkańcy Jastrzębiej Góry powołali do istnienia Towarzystwo Ratowania Klifu, bo wtedy zimowe sztormy były dla brzegu najgroźniejsze. Dobrze o tym wiedzą mieszkańcy Łeby, którym morze zalało miasto 11 stycznia 1558 roku, a gdy po dwunastu latach fale ponowiły swój atak, to mieszkańcy Łeby przenieśli swoją osadę na drugi brzeg rzeki, gdzie byli bardziej bezpieczni. Znowu te daty i rocznice mi się tu wpychają.

— ) 015

Szanowna Dyrekcjo.

Zwracam się z uprzejmą prośbą o wpłynięcie na podwładnych pracowników Urzędu, którzy zajmują się gospodarką magazynową, a zwłaszcza magazynem ubrań roboczych. Zadaniem każdego pracownika jest takie wypełnianie swoich obowiązków aby macierzysty zakład pracy osiągał dzięki tej pracy najbardziej optymalne wyniki. Oznacza to, że trzeba rozważyć co przyniesie większe korzyści firmie. Można zaoszczędzić kilka złotych na ubraniach roboczych dla pracowników, albo zarobić dużo więcej na wydajnej pracy załogi, która nie musi się martwić zniszczeniem swoich prywatnych ubrań. Z tego samego powodu lepiej jest przydzielić pracownikowi nowe ubranie robocze nawet wtedy, gdy dla starego ubrania nie minął jeszcze termin użytkowania. Jeżeli pracownik ofiarnie pracuje nawet kosztem uszkodzenia ubrania roboczego, nie może to oznaczać karania go za taką pracę. Nie twierdzę wcale, by należało rozrzucać środki ochrony wszystkim na prawo i lewo, ale każdy pracownik musi mieć pewność, że przystępując do pracy nie naraża tym samym ani swojego zdrowia, ani majątku. Wręcz przeciwnie, praca powinna bogacić zarówno pracodawcę jak i pracownicę. Tylko wtedy oboje będą mieli motywacje do zwiększania wydajności pracy.

Dlatego nieporozumieniem wydaje się być stanowisko pracowników wydziału administracyjno-gospodarczego, którzy każą mi czekać dwa miesiące na minięcie okresu użytkowania starego ubrania roboczego zanim pozwolą mi wydać nowe. Liczę na natychmiastową interwencję Szanownej Dyrekcji w tej sprawie.

Bardzo proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

— ) 016

Dostałam zaproszenie na uroczyste posiedzenie Rady Miasta. W programie posiedzenia przewidziano głosowanie nad udzieleniem wotum zaufania Zarządowi Miasta za wykonanie ubiegłorocznego budżetu, a także przyznanie burmistrzowi tytułu honorowego członka stowarzyszenia, oraz przyznanie medalu „zasłużony dla miasta” kilku znamienitym osobom „w uznaniu ich zasług dla rozwoju i pomyślności lokalnej społeczności”. Bardzo ładnie się to organizatorom zrymowało, więc jako wrażliwa dusza postanowiłam na owo posiedzenie się udać.

Dwa dni wcześniej wybrałam się na zakupy do trójmiasta, żeby kupić sobie stosowne na taką okazję ubranie. Praca dziennikarki nie wymaga wprawdzie strojenia się w pawie piórka, ale stosowny i przyzwoity ubiór zawsze jest mile widziany, albowiem świadczy o szacunku dla odwiedzanych osób. Bez wzajemnego szacunku moi rozmówcy nie zechcieliby się ze mną podzielić tymi najważniejszymi, a często także najdelikatniejszymi, najbardziej wrażliwymi informacjami. Zdecydowałam się na ładną sukienkę z marynarką w kolorach brązowym i białym. Sukienka bardziej brązowa, natomiast marynarka zdecydowanie jasna.

Sesję zaplanowano na godzinę dziesiątą, ale doskonale wiedziałam, że najważniejsze osoby pojawią się wcześniej. No więc i ja pojawiłam się wcześniej, żeby nie czuli się samotnie. W takich sytuacjach niezwykle przydatne okazują się protokoły posiedzeń. „Och, gdybym była poetką! Oczywiście, co najmniej tej miary co Homer czy Puszkin — z mniejszym talentem nie należy pchać się między wieszczów.” Nie wspomnę już o wspaniałym talencie poetyckim naszej kochanej noblistki Wisławy Szymborskiej, bo to już takie wyżyny geniuszu, że chyba tylko upartym alpinistom uda się wdrapać na te wysokości. „Gdybym miała chociaż ułamek talentu, to drodzy czytelnicy, odmalowałabym niezawodnie przepięknymi kolorami i z wielkim rozmachem cały ów nader uroczysty dzień.”

„Jednakże nie rozpoczęłabym swojego poematu od opiewania obiadu, lecz skupiłabym się na początku głównie na owej wzbudzającej podziw, a zarazem podniosłej chwili, w której” zgromadzone dostojne osoby poczęły były wchodzić na salę obrad i zajmować miejsca za długimi stołami. Wchodziły powoli, z wielką dystynkcją, doskonale znając swoje wysokie stanowisko zajmowane zasłużenie na owej drabinie jakubowej wszelkich publicznych funkcji dzięki wieloletniej pracy, a tylko czasami koligacjom rodzinnym, ale nawet wtedy dzięki takoż ciężkiej pracy rodziców i dziadków. Zacne grono radnych, kierowników miejskich przedsiębiorstw oraz komórek organizacyjnych Urzędu Miasta stopniowo napełniało salę posiedzeń, przynosząc ze sobą do tego barokowego wnętrza wonny powiew władzy, tak że nawet energooszczędne żarówki w kryształowych żyrandolach jakby nagle mocniej zajaśniały, dając mi tym samym doskonałą sposobność do fotografowania. Byłam zachwycona panującym tam nastrojem, a chwilami to nawet zdawało mi się, że widzę w powietrzu nad głowami zajmujących miejsce osób przelatujące błyskawice spojrzeń, rozlewające się powoli fale ukłonów, zdawkowych uśmiechów, czasami nawet mrugnięć, co zupełnie wyraźnie świadczyło o zawiązaniu się większościowej koalicji.

„Odmalowałabym państwu słowami przede wszystkim twarze owych gości, którzy zatopiwszy się w milczeniu i trwając w pełnym szacunku oczekiwaniu, byli dzięki tej głuchej ciszy bardziej przekonywujący niż krasomówstwo samego Demostenesa.” Oprócz natchnionego poety przydałby się tu nam również artysta rzeźbiarz, który by był potrafił docenić te marsowe czoła, te spiżowe lica, tamte groźne brwi, łuki loków we fryzurze pani radnej, deseń na krawacie pana kierownika, wcięcie w talii po miesięcznej kuracji, wydepilowane łydki, wygolone brody, zaczesane grzywki dla zamaskowania powiększającej się łysiny, zestaw nowych pierścionków i sygnetów, któren powiększa się z sesji na sesję z taką sumiennością, iż po liczbie ich można by rozpoznawać porę roku i ilość kadencji.

„Następnie sportretowałabym, jako najdostojniejszego z gości, mającego nawet pewne prawo do pierwszeństwa”, owego dostojnika słusznej postury, który gdy wstał, to wystawał ponad innych, a gdy pozwolił był sobie usiąść i położyć dłonie na stole, to stół aż się ugiął początkowo z nadmiaru ciążącej na nim odpowiedzialności, ale się rychło zreflektował, że to nie przystoi, więc czym prędzej wytężył wszystkie siły, zaparł się wszystkimi czterema o podłogę, głęboko nabrał powietrza pod zielony obrus, a następnie z wysiłkiem wyprostował się dumnie, może nawet zawadiacko, no i utrzymywał poziom już do końca uroczystości.

„Pokazałabym państwu również innych gości”, gdybym miała wystarczająco dużo zdolności i samozaparcia. Zdaje się, że również artysta malarz mógłby się tu przydać, aby owocnie współpracować przy rzetelnym naświetleniu sceny, odmalowaniu sytuacji, zarysowaniu napięcia. Napięcie bowiem rosło z każdą sekundą. Zapewne wszyscy pamiętacie takie chwile ze swojego życia, w których jedna niepotrzebna iskra mogłaby spowodować niewyobrażalny w skutkach pożar. Trwa to bardzo krótko, ale potem pamięta się o tej chwili przez całe życie. Wobec tego nie muszę już trudzić się opisywaniem takiej chwili.

No wiec „odmalowałabym ponadto dla państwa niezapomniana chwilę, w której uroniwszy najpierw łzę z powodu wzruszenia,” przewodnicząca witała wszystkich zebranych. Witała ich bardzo skrupulatnie, na podstawie wcześniej przygotowanej listy gości. Właśnie z powodu wcześniejszego przygotowania listy dostojnych gości było mi bardzo przykro, albowiem nie znalazłam się w gronie tych światłych osób, które zostały przywitane. No cóż, zawód dziennikarki ma tę wadę, że wszędzie cię oczekują, wszędzie na ciebie czekają, zawsze obracają się do ciebie tą korzystniejszą stroną gdy fotografujesz, zawsze wtedy się do ciebie uśmiechają, zadzierają do góry głowy, poprawiają kanty w spodniach, dopinają guziki, wciągają brzuchy, wypinają piersi, poprawiają fryzury, a czasami również makijaż, ale nigdy, naprawdę nigdy nie chcą okazać jak bardzo się cieszą z twojej obecności. Dziennikarstwo to bardzo niewdzięczne zajęcie. Już znacznie przyjemniej być latarniczką.

„Muszę jednak przyznać, że nie potrafiłabym odmalować słowami wyjątkowej podniosłości owej chwili, w której” wszyscy radni rozpoczęli głosowanie nad udzieleniem absolutorium za wykonanie ubiegłorocznego budżetu. Głosowano przez podniesienie ręki. Jaki to wspaniały sposób zabierania głosu w tak ważnej sprawie, albo raczej oddawania głosu bez zabierania głosu. Nie ujmując nic zdolnościom oratorskim wszystkim przedstawicielom mieszkańców w tej najwyższej wszak władzy miejskiej, owo podejmowanie decyzji przy zachowaniu milczenia jest ucieleśnieniem i realizacją bardzo mądrej starej zasady dyplomatycznej, która głosi, iż milczenie jest złotem, czyli największą wartością, najwartościowszą zaletą.

Drogocenne dłonie niczym sztaby złota padały na wagę, to znaczy podnosiły się do góry. Najpierw jedna, potem zaraz druga, następnie z widocznym wahaniem trzecia, później nerwowo czwarta, z drżeniem piąta, z ociąganiem się szósta, uszczęśliwiona siódma, radosna ósma, rozsądna dziewiąta, podlizująca się dziesiąta, a za nimi reszta. „Pąsowa niczym wiosenna róża, rumieniąc się ze szczęścia i zażenowania” twarz burmistrza wyrażała jego satysfakcję z odniesionego zwycięstwa. „Nie potrafiłabym również, naprawdę nie potrafiłabym przedstawić państwu tego walnego porywu serc, jaki ogarnął wszystkich w owej chwili.” Poczęto wstawać z miejsc i w postawie stojącej oklaskiwać wynik głosowania. Główny księgowy rozpiął z ulgą guzik pod szyją i poluzował krawat. Siedząca obok urzędniczka podała mu papierową serwetkę, aby mógł otrzeć sobie spocone czoło.

Moi drodzy czytelnicy. Wiem doskonale, że brak mi zdolności aby właściwie opisać tak ważne wydarzenie, dlatego jestem niezmiernie wdzięczna drogiemu mi mistrzowi literatury, który tak piękne słowa zapisał był już około roku 1846 w Petersburgu. Bez jego wydatnej pomocy nie poważyłabym się podejmować tego zadania. Dziękuję Fiodorze. (Słowa w cudzysłowie cytuję za: Fiodor Dostojewski „Białe noce. Sobowtór”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2005, str. 106—108)

— ) 017

Postanowiłam zrobić sobie wycieczkę do Torunia. Telefonicznie zarezerwowałam pokój w hotelu „Pod Czarną Różą”. Cóż za romantyczna nazwa. Hotelik okazał się bardzo przyjemny, jednakowoż położony w samym centrum starego miasta, przy bardzo wąskiej uliczce, więc nie było mowy o zaparkowaniu samochodu w pobliżu hotelu. Trzeba było zostawić pojazd pod mostem. Dosłownie. Właśnie pod mostem zorganizowano durzy, płatny parking. Było na nim mnóstwo samochodów i turystycznych autokarów, wiec uznałam, że jest to wystarczająco bezpieczne miejsce.

Kolejnym mankamentem okazały się bardzo wąskie i strome schody, zwłaszcza prowadzące aż na trzecie piętro. Takie są właśnie uroki starej, by nie powiedzieć bardzo starej zabudowy. O windzie nie było mowy. Z moją tuszą musiałam sporo się nasapać zanim wdrapałam się na trzecią kondygnację. Potem chwila odpoczynku na krześle ustawionym w małym korytarzyku chyba w tym celu aby zmęczeni goście nie upadli na podłogę przed wejściem do pokoju. W takim wypadku żaden klient nie zgodziłby się zapłacić za pokój, do którego nie zdążył by nawet wejść przed odwiezieniem do szpitala. Jak już wejdzie do pokoju, to może sobie tam robić co zechce, włącznie z padaniem na pysk.

Wszystkie moje wcześniejsze cierpienia i rozterki odeszły w mroki niepamięci z chwilą gdy weszłam do hotelowego pokoju. Zobaczyłam przepięknie urządzony pokoik z dużym łożem małżeńskim. Na ścianie nad łóżkiem powieszono dwa obrazy z pięknymi makami. Po obu stronach łóżka dwa nocne stoliki, oraz dwie nocne lampki. Wymarzone miejsce dla zakochanej pary na kilkudniowe ukrywanie się przed natarczywymi znajomymi.

Okno wychodziło na wąską uliczkę przed hotelem, po której ruch samochodów z całą pewnością nie odbywał się zbyt często ani zbyt głośno. Jaka szkoda, że byłam sama. Ten pokój aż prosił się o namiętnych kochanków. Szczelnie zasłoniłam okno firanami. Jeżeli ktoś patrzył z przeciwka, to niech sobie wyobraża niestworzone rzeczy o tym co dzieje się w tym pięknym pokoiku. Brakowało mi tylko biurka, przy którym można by wygodnie długo pisać, a wtedy nigdy nie zechciałabym wyjechać z tego magicznego miasta. W to, iż jest magiczne nie wątpię.

Osiemnastego stycznia 1920 roku wojska dowodzone przez gen. Józefa Hallera wkroczyły do Torunia podczas swojej drogi ku Bałtykowi. W tym roku mamy osiemdziesiątą dziewiątą rocznicę tamtych wydarzeń. Zdarza się ludziom dożywać do dziewięćdziesięciu lat, ale pamiętać tamtego czasu już nikt nie pamięta. Nie da się już niczego potwierdzić na podstawie wywiadu z uczestnikami. Teraz już tylko studiowanie dokumentów pozostało, a czego w nich nie zapisano, nie uwieczniono, nie uratowano od zapomnienia, to już przepadło. Czasami się zastanawiam ile przetrwa informacji o nas do czasów naszych prawnuków. Jeszcze możemy o to zadbać, żeby przetrwało jak najwięcej, ale pośród codziennych spraw i problemów któż ma czas, a zwłaszcza chęci aby się tym zajmować.

W sklepie przy ulicy Żeglarskiej nakupowałam pierników. W końcu Toruń słynie w świecie piernikami. Będę miała na prezenty, a i dla siebie też będzie sporo. Trzeba mieć coś do wygryzania gdy nie ma nic ciekawego do roboty. Żeby nie dźwigać tych wszystkich pakunków na raz to systematycznie zanoszę je do bagażnika samochodu zaparkowanego pod mostem. Od tej pory będę miała zupełnie nowe skojarzenia związane z wyrażeniem „pod mostem”. Stoją tam takie fury, że długo jeszcze nie będzie mnie na podobne stać. No chyba żeby napaść na bank. Jest tu kilka banków, z tego co zauważyłam, a sprawców pewnie by szukali wśród miejscowych. Trzeba to jeszcze rozważyć.

— ) 018

Hotel nie prowadzi swojej restauracji, ale przygotowuje na śniadanie „szwedzki stół”. Pieczywa jest pod dostatkiem, kawy też, a produktów tyle do wyboru, że można się nie tylko najeść do syta, ale nawet „nażreć”. Po sześciu kromkach chleba zrobiło mi się wstyd, bo inni goście patrzeli na mnie i szturchali się łokciami, więc wyszłam z jadalni. Prosto ze śniadania wyruszyłam na zwiedzanie miasta. Zaliczyłam dom Mikołaja Kopernika, katedrę św. Janów, ruiny zamku krzyżackiego, planetarium i ratusz staromiejski. Mówiąc szczerze, to najbardziej podobała mi się wystawa grafik wykonanych przez dzieci w różnym wieku, którą oglądałam w ratuszu.

Potem wzięłam taksówkę i pojechałam do Lulkowa, niedaleko Torunia, aby zobaczyć gdzie urodził się ppłk dr Konrad Ciechanowski, historyk ruchu oporu na Pomorzu, autor monografii „Ruch oporu na Pomorzu 1939—45”. Piątego stycznia minęła 86 rocznica urodzin pana pułkownika. Niestety, nie żyje już od trzynastu lat.

Wieczór spędziłam w sąsiedniej restauracji. Na kolacje zamówiłam sobie kaczkę, a potem przy białym i słodkim Martini czytałam sobie o historii Torunia. Dzięki temu dowiedziałam się, że właśnie mija 81 rocznica wydania pierwszego numeru „Dziennika Pomorza”, a także niedługo minie 89 rocznica wydania pierwszego numeru „Głosu Robotnika”. Oba te fakty miały miejsce w Toruniu. Z tej okazji poprosiłam o kolejne wino. Całą duszą czułam, że tu w tym miejscu, zwłaszcza w tym miejscu, jestem prawdziwą dziennikarką zgłębiającą dzieje pomorskiego dziennikarstwa.

No a skoro o dziennikarskich rocznicach mowa, to można jeszcze wspomnieć o 73 rocznicy wydawania przez „Gazetę Kartuską” dodatku „Kaszuby”. Dużo w nim było historii i kultury. Kiedyś rozumiano co jest ważne. Natomiast teraz kulturalne dodatki prasowe znikają jeden po drugim, kulturalne programy telewizyjne są zdejmowane z anteny, lub przesuwane na coraz późniejsze godziny. Rośnie nam więc społeczeństwo coraz dalsze od jakiejkolwiek kultury, nie wspominając już nawet o kulturze narodowej. Trzeba nam brać przykład z Amerykanów, Rosjan, Żydów i Niemców, abyśmy dzięki temu też tacy zamożni byli. Nie można budować bogactwa materialnego na duchowym ubóstwie.

— ) 019

Po pysznym śniadaniu znowu wyruszyłam na łowy w ulice Torunia. Trochę padało, więc musiałam często chować aparat fotograficzny do torebki. Aż tu za którymś razem chowam aparat starając się przy tym osłonic go od deszczu kapturem kurtki i widzę pod nogami dziwne znaki, jakieś tajemnicze symbole wmurowane w płyty chodnika. Bardzo przypominały mi nasze kaszubskie i rybackie znaki robione na sprzęcie rybackim, które nazywano merkami. Działacze lokalni doprowadzili do emisji lokalnego pieniądza o nominałach 3 merki i 7 merków.

Widzę, że te znaki ciągną się długim szeregiem wzdłuż chodnika, więc zaczynam je fotografować. Są podpisane dawnymi imionami i nazwiskami. Byli tam więc Johannes Blandor, co od razu przywiodło mi na myśl takie magiczne słowa jak Gondor i Blendor, a także Alwin Blumenrot, Johannes Canel, czy Danieln Conitz. Nie dopatrzyłam się żadnej kobiety. Wstyd. Po prostu dyskryminacja. Gdy doszłam wreszcie do początku tej galerii imion przedwiecznych bohaterów to wszystko się wyjaśniło. Wyjaśnienie też leżało pod nogami, wmurowane w chodnik: „Znaki Handlowe Kupców Toruńskich XIV—XV Wiek”. No i wszystko jasne. Całość nazwano Aleją Gmerków. No i nie mówiłam, że podobne?

— ) 020

Naniosło się błoto do dyżurki na wykładzinę, więc trzeba było posprzątać. Zamiatanie niewiele pomagało, bo ten piasek lepił się i rozmazywał. Rozrobiłam mydliny we wiaderku. Teraz poszło już lepiej, ale w miejscach wyszorowanych szczotką pozostawały jakieś dziwne białe plamy. Gdy skończyłam sprzątanie to wykładzina była znacznie czyściejsza niż wcześniej, a w każdym razie była znacznie bardziej biała. Dopiero gdy wylałam mydliny z wiaderka wyszło szydło z worka. Na dnie wiadra była gruba warstwa zastygłej białej farby emulsyjnej. Szorowałam wykładzinę świeżymi mydlinami trzy razy, ale co była biała to była. Nie czekałam aż Leon przyjdzie na swoja zmianę. Uciekłam do domu wcześniej.

— ) 021

Uwielbiam ten fragment powieści Thomasa Christophera Greene „Jezioro lustrzane”, który zacytuję z pamięci:

Pssst, uciszyła mnie delikatnym szturchnięciem palca pod żebra, które pomimo tego, a może ze złośliwej przekory, miłym ciepłem rozlewało się po moim ciele znacznie skuteczniej niż gdybym wypił cały dzbanek gorącego grogu, czyli mieszaniny herbaty, miodu i spirytusu.

Te domowe sposoby rozgrzewania się zawsze mnie pasjonowały. Kiedyś bardzo dużo eksperymentowałem z przetworami. Robiłem sobie mieszanki różnych napojów, sałatek, albo lodów. Próbowałem też różnych alkoholi na rozgrzewkę. Pamiętam, że wiele emocji wywoływała u mnie herbata z rumem, ponieważ byłem wtedy w wieku zapalonego czytelnika opowieści pirackich. Beczka rumu i kufer pełen złotych monet to najważniejsze symbole mojego życia. O ile ze złotymi monetami był pewien problem żeby je zdobyć, to rum był dostępny w każdej knajpie. Dlatego monety rozgrzewały tylko moją wyobraźnię, natomiast rum wielokrotnie palił mi gardło i żołądek, co było niepodważalnym dowodem jego rozgrzewających właściwości.

Ileż to nasłuchałem się opowieści o mężach i ojcach wracających z morza, często przemoczonych i przemarzniętych, albo zapracowanych do utraty tchu podczas wyciągania sieci z wody, patroszenia ryb, którzy w drodze z portu do domu nieodmiennie wchodzili do gospody i dla rozgrzewki zamawiali herbatę z podwójną porcją spirytusu. Po takiej „herbatce” często ciężko im było potem podnieść się zza stołu, więc zamawiali kolejną „herbatkę”. Dla właściciela gospody rybacy byli najlepszymi klientami, dlatego często zgadzał się na kredytowanie ich posiedzeń. Później, po wypłacie należna gotówka wpływała mu do kasy, bo każdy z rybaków doskonale wiedział, iż wiele jeszcze razy będzie wracał zmarznięty z portu, więc głupotą by było czynienie sobie wroga z dobroczyńcy rybaków.

Rodziny widziały tą sprawę w nieco innym świetle, zwłaszcza wtedy gdy nie było za co kupić węgla na zimę, lub ziemniaków, bo cała pensja wędrowała do kieszeni karczemnego krwiopijcy. Wszystkie matki i żony z miasteczka przeklęły go po wielokroć. Nic sobie jednak nie robił z utyskiwań, a nawet z przekleństw obcych kobiet, ponieważ jego własna baba była niezwykle zadowolona z mężowskich dochodów, bo dzięki nim mogła sobie pozwolić na kupowanie najmodniejszych ciuchów sprowadzanych z zagranicy. Gdy na niedzielną mszę żony rybaków wyjmowały z szaf modne sukienki z Wistuli czy innych polskich zakładów włókienniczych, to ona zakładała sukienkę z Londynu, Paryża lub Wiednia. Ileż to było rumieńców zazdrości podczas wchodzenia do kościoła, ileż błyskawic miotanych z oczu podczas kazania, ileż fochów podczas przystępowania do komunii.

— ) 022

Od jakiegoś już czasu trwały prace w porcie przy budowie nowej przystani dla łodzi za zachodnim nabrzeżem portowym. Do tej pory była tam mała zatoczka, w której rybacy cumowali swoje łódki. Niektórzy przywiązywali łodzie do grubej belki biegnącej wzdłuż mola, która znajdowała się w połowie wysokości pomiędzy burtami łodzi a molem. Belka ta stanowiła swoisty stopień ułatwiający wejście na górę i zejście do łodzi. Teraz pobudowano tam prawdziwą przystań, z pomostami, barierkami, schodami i tak dalej. Ful wypas. Wszystko byłoby piękne, tylko że rybacy każdego roku na zimę wyciągają swoje łodzie z wody na brzeg, bo rosnąca podczas mrozu pokrywa lodowa mogłaby te łodzie zmiażdżyć. Wobec tego chociaż nowa przystań wygląda ładnie, elegancko, nowocześnie, to po zakończeniu sezonu rybacy będą zmuszeni stawiać swoje łodzie w innym miejscu i gdzie indziej je wyciągać na piasek. Z władzami to tak jest zawsze: chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle. No ale fotografii podczas kończących się robót modernizacyjnych napstrykałam całą masę. Będzie pamiątka. Natomiast wszystkie wcześniejsze fotografie tego pięknego miejsca, których również miałam pełno, stały się teraz dokumentami historycznymi ukazującymi jak to było dawniej i jak się wszystko zmienia.

— ) 023

Dzisiaj przypadają urodziny pana Antoniego Piepera, naszego kaszubskiego poety i pisarza. Każde miasto powinno pamiętać o swoich autorach, ponieważ gdy zapomną o nich ci najbliżsi sąsiedzi, to czegóż można wymagać od obcych. Dlatego często nadaje się ulicom imiona ludzi, którzy po nich kroczyli, aby te imiona przetrwały. Nie bez powodu poeta napisał, że kamienie krzyczeć będą gdy ludzie zapomną. Pan Antoni miałby teraz dziewięćdziesiąt dwa lata, gdyby żył.

Zima nie zamierza odpuszczać. Od wschodu wielki wyż dmucha nam w twarz mroźnym powietrzem. Śnieg ciągle pada tworząc coraz wyższe zaspy i pryzmy wzdłuż dróg, ogrodzeń, lub zarośli. Trzeba częściej rozpalać ogień w piecach, a także więcej opału do paleniska kłaść. Kilka razy dziennie trzeba odśnieżać przejścia wokół domu i do drogi, bo inaczej zasypało by nas na amen.

— ) 024

Nadeszła pora wietrzenia i wyklepywania pierzyn, aby wszelkie robactwo żyjące w pierzu od nadmiaru powietrza i przestrzeni doznało zawrotów głowy i pomyliło strony świata, pomieszało kierunki, a zataczając się na boki raz odleciawszy na kilka metrów nie zdołało już wrócić w domowe pielesze pod zacisze ciepła pierzyny. Więc układano pierzyny śnieżnobiałe na balustradach balkonów i tarasów, a gdzie nie było takowych wieszano puchem napęczniałe pierzyny na sznurkach rozwieszonych pomiędzy drzewami owocowymi w ogrodzie. Wszelkie mole, pchły, muchy i komary, a także różnorodne żuki, tudzież żuczki powyłaziły z zaszewek pościeli czując zapach świeżej trawy wychodzącej spod śniegu, oraz młodych pączków rozwijających się na gałązkach drzew. Jeszcze nie pora na wiosnę, aczkolwiek te wszystkie robaczki już poczuły jej zew.

Anioły intensywnie rozpoczęły trzepanie pościeli, żeby tą najbardziej oporną i leniwą cześć przychówku wygonić ze swoich łóżeczek. Dosyć już miały ciągłego swędzenia i drapania. Poszły w ruch trzepaczki i trzepały tak intensywnie, aż posypało pierzem i puchem. Żadne poszewki nie są na tyle szczelne aby zatrzymać biały puch w sobie. Tumany piór wzbiły się w powietrze, zawirowały, połaskotały nieco kilka anielic płochliwych, po czym kołyszącym ruchem zaczęły opadać ku dołowi. Na dole, to znaczy na ziemi wyglądało to całkiem zwyczajnie, jakoby śnieg padał, co o tej porze roku nie było niczym dziwnym.

— ) 025

Pan Bolesław zaczepił mnie na ulicy pytając czy nie mielibyśmy na latarni morskiej dla niego pracy. Byłam zdziwiona tym pytaniem ponieważ sadziłam, że pan Boleś pracuje na kolei. Okazało się, iż owszem, pracuje na kolei, ale szykują się tam zwolnienia grupowe w związku ze sprzedażą dużej ilości małych dworców, których utrzymanie dla firmy jest nieopłacalne, a dla prywaciarza może być okazją do rozwinięcia działalności handlowej, lub nawet rozrywkowej, bo w okolicy dworca ruch klientów trwa cała dobę. Pan Bolesław jednakże doszedł do słusznego skądinąd wniosku, że jest już za stary na rozpoczynanie kariery zawodowej w nowym zawodzie, dlatego wolałby pozostać stróżem aż do osiągnięcia wieku emerytalnego.

Musiałam wyjaśnić temu biednemu człowiekowi, że na latarni morskiej nie pracuje żaden stróż, tylko wykwalifikowani pracownicy z odpowiednimi uprawnieniami Urzędu Regulacji Telekomunikacji oraz Stowarzyszenia Elektryków Polskich. Uzyskanie owych uprawnień jest uwarunkowane spełnieniem wymogów związanych z wykształceniem i pomyślnym zdaniem stosownych egzaminów przed Państwową Komisją Egzaminacyjną.

Niemłody już i najwyraźniej schorowany pan Bolesław najpierw poczerwieniał na twarzy, a potem zaczął się zataczać. Przestraszona uchwyciłam go pod ramię i zaprowadziłam do pobliskiej kawiarni „Maleńka”, gdzie posadziłam go przy stoliku. Poprosiłam panią Norę o wodę, a pana Bolesia zapytałam czy zażywa jakieś lekarstwa. Wtedy wyszarpnął trzęsącymi się rękami z kieszeni marynarki woreczek foliowy pełen najróżniejszych leków i położył go na stoliku. Nie było innej rady jak wzywać doktora Antoniego. Z przychodni miał blisko więc pojawił się zaraz po telefonie. Spojrzał na pacjenta, wyjął z jego woreczka jedno opakowanie leków, z którego podał panu Bolesławowi dwie tabletki i kazał dużo popić wodą.

— ) 026

Weszłam na latarnię popatrzeć sobie z góry na świat. Było jeszcze bardzo wcześnie, więc miasteczko uśpione leżało u moich stóp. Powietrze było nadzwyczaj przezroczyste. Widziałam domy wystające ponad lasem, dalej cały port rozłożył się jakby na mapie położonej na stole. Kutry stały sobie przy nabrzeżu, a obok przycupnęły cichutko łodzie motorowe i wiosłowe. Po zamarzniętej powierzchni portu spacerowały stada kaczek, mew, a i kilka łabędzi też tam było. Było mroźno więc nikomu nie chciało się latać, bo to tylko niepotrzebnie wystawiało organizm na działanie niskiej temperatury. Światła wejściowe do portu już wygasły, ale doskonale wiedziałam, że oba nabieżniki nadal mrugają sennie swoimi pomarańczowymi okami niczym dwa cyklopy stojące na straży portu. Z tej strony ich spojrzenia nie były widoczne, bo patrzyli wprost na tor podejściowy do portu rybackiego.

— ) 027

W styczniu obchodzimy rocznicę rozpoczęcia ofensywy styczniowej z linii Wisły pod koniec drugiej wojny światowej, czyli w czterdziestym piątym roku, która doprowadziła do wyzwolenia zachodnich i północnych ziem polskich, oraz do zakończenia drugiej wojny światowej. Dwunastego rozpoczęła się ofensywa, dwudziestego dziewiątego przystąpiła do działań 1 Armia Wojska Polskiego, a trzydziestego pierwszego weszła do akcji Pierwsza Dywizja Piechoty, czyli tak zwani „Kościuszkowcy”.

Trochę mnie ta rocznica dziwi, bo przecież do linii Wisły te kochane wojska wyzwoleńcze dotarły już latem czterdziestego czwartego roku. To by znaczyło, że przez pół roku odpoczywali nad Wisłą, zażywali kąpieli słonecznych, nabierali sił, napychali żołądki polskimi produktami spożywczymi, chędożyli polskie dziewczęta i kobiety w każdym wieku. To musiało być straszne, wbrew pozorom. Właśnie w taki sposób tamte lata opisywała mi babcia gdy jeszcze żyła, a ja byłam wtedy jeszcze bardzo mała, ale te babcine opowieści niezwykle mocno utkwiły w mojej pamięci. Gdy z innymi dziećmi bawiłam się nad rzeką i często zbierałyśmy na łące kwiaty aby upleść z nich wianki, to potem zmuszałam wszystkie koleżanki do poświęcenia swoich wianków ku czci poległych w obronie ojczyzny żołnierzy. Czasami tak długo wrzeszczałam na całe gardło aż koleżanki zgodziły się wrzucić wianki do rzeki. Tłumaczyłam potem cierpliwie, iż czekający w zaświatach bohaterowie doznają ulgi w cierpieniu gdy otrzymają w darze wianek od niewinnego dziecka, dzięki czemu będą mogli odejść na zasłużona wachtę. W tych moich rojeniach o bohaterach było mnóstwo pomieszanych ze sobą opowieści zasłyszanych od dorosłych.

— ) 028

Kochani Czytelnicy. Doskonale wiecie, że pracuję społecznie jako dziennikarka w naszej lokalnej gazecie. Wielu spośród Was jest moimi stałymi czytelnikami. Dziękuję Wam gorąco za ta wierność. W gazecie jednak nie starcza miejsca dla wszystkich problemów trapiących nas. Czasami też Szanowny Wydawca (i bardzo mi drogi) nie zgadza się na publikację niektórych materiałów. Dlatego postanowiłam kilka listów od czytelników przekazać Państwu za pośrednictwem tego pamiętnika. Oto jeden z nich.

Droga Redakcjo.

Zdecydowałam się do Państwa napisać ten list, ponieważ straciłam już wszelką nadzieję na skuteczność innych sposobów załatwienia mojej sprawy. Jestem wykwalifikowaną i doświadczoną pielęgniarką, która pracuje w szpitalu powiatowym. Pełnię w tym szpitalu dyżury, niosąc pomoc, wsparcie, oraz opiekę chorym pacjentom. Wielokrotnie byłam nagradzana za rzetelną pracę, wyróżniana z grona wszystkich pielęgniarek, stawiana za przykład do naśladowania. Przełożeni lekarze zawsze byli zadowoleni z wykonywanej przeze mnie pracy. Bardzo często lekarze wyrażali życzenie abym to właśnie ja asystowała im podczas dokonywania zabiegów, lub wykonywania badań. Śmiało możecie Państwo założyć, że leczone, lub operowane w szpitalu wasze dziecko, bądź inny krewny, było szyte, pielęgnowane i doglądane przeze mnie.

Do pracy w szpitalu dojeżdżam z terenu półwyspu. Oczywistym jest, że pracując na zmiany muszę dojeżdżać o różnych porach dnia, a nawet nocy. Przychodzi mi więc jechać do pracy bardzo wczesnym rankiem, a innym razem późnym wieczorem. Oczywistym jest również, że muszę dojechać do pracy również podczas złej, niesprzyjającej pogody, niezależnie od tego czy akurat pada deszcz, lub śnieg, czy wieje wiatr, lub praży słońce. Wiecie Państwo doskonale, iż w naszym kochanym zakątku kraju panuje bardzo specyficzny klimat, tworzą się wyjątkowe w skali europejskiej warunki niemożliwe do sztucznego odtworzenia nigdzie indziej.

Droga Redakcjo. Moja praca w szpitalu daje mi wiele satysfakcji, dlatego pomimo różnych drobnych niedogodności pragnę ją nadal kontynuować. Jest jednak pewien problem, który przynosi mi wiele zmartwień. Do pracy muszę stawiać się punktualnie, bowiem pacjenci nie mogą pozostać bez opieki. Sami przecież wiecie, że nie chcielibyście pozostawić waszego chorego dziecka, albo ciężko chorej matki bez opieki. Dlatego dojeżdżam z półwyspu własnym samochodem. Niestety, samochód to nie jest to samo co samolot. Samochód musi, bowiem korzystać z ulic. Właśnie w sprawie ulic piszę ten list do Państwa. Pisałam już wielokrotnie do zarządców drogi krajowej biegnącej przez nasz powiat, do marszałka województwa, do wojewody, do starosty, do radnych powiatowych, burmistrzów miast położonych przy tej drodze, radnych gminnych, urzędów zajmujących się komunikacją, a nawet do kilku ministerstw. Wszystkie moje listy pozostawiono bez odpowiedzi. Niechby nawet nie odpowiadano, ale gdybyż załatwiono sprawę, to byłabym ukontentowana. Myślę, że usatysfakcjonowani byliby również wszyscy inni użytkownicy tej drogi publicznej. Zauważyłam bowiem, że wszyscy na nią narzekają, ale nikt się nie wychyla, bo boi się narazić na nieprzychylność kogoś ważnego i wpływowego. Nikt nie wie kto odpowiada za tą drogę, ale wszyscy myślą, że jest to ktoś ważny. Inaczej przecież już dawno problem zostałby rozwiązany.

Otóż, droga Redakcjo, chodzi o utrzymanie drogi w stanie nadającym się do jazdy po niej w okresie zimowym. Jak się okazuje jest to bardzo trudny i skomplikowany problem. Przez całą zimę na tej feralnej drodze zdarza się bardzo dużo wypadków i stłuczek. W tych zdarzeniach rannych zostaje wiele osób i równie wiele samochodów zostaje zniszczonych, bądź uszkodzonych. Gdy postanowiłam uzyskać dostęp do informacji statystycznych z tymi wypadkami związanych spotkałam się z odmową powiatowych struktur policji. Oświadczono mi, że nie jestem osobą uprawnioną do otrzymywania informacji. Pal licho ustawę o dostępie do informacji. Mnie, zwykłą osobę można zlekceważyć. Właśnie dlatego piszę do Państwa. Przecież redakcji lokalnej prasy policja nie będzie mogła ignorować.

Najważniejszym problemem związanym z ta piekielną drogą przez półwysep jest jej stan w okresie zimowym. Gdy tylko zacznie padać śnieg to wszyscy użytkownicy owej diabelskiej drogi zaczynają kląć na czym świat stoi. Oczywiste jest, iż diabły niezmiernie się z tej ludzkiej przypadłości cieszą. Dla unaocznienia sobie tego problemu wystarczy jeden raz przejechać się samochodem z Gdańska do Helu, a będzie się miało kompleksowy obraz sytuacji. W Gdańsku z chwilą gdy zaczyna padać śnieg to na drogi wyjeżdżają samochody ciężarowe z pługami, które zgarniają z ulicy śnieg i błoto pośniegowe, oraz piaskarki, które posypują jezdnię mieszaniną piasku i środków powodujących topnienie lodu oraz śniegu. W Gdańsku o każdej porze roku drogi są czarne.

W Sopocie, pewnie dlatego, że położony jest blisko Gdańska, a jak wiadomo dobry przykład wywiera pozytywny wpływ na sąsiadów i bliskich znajomych, drogi wyglądają bardzo podobnie. Natomiast w Gdyni, pewnie z powodu bliskości obu wspomnianych wcześniej miast, rzecz przedstawia się podobnie. Reasumując: w Sopocie i Gdyni, również niezależnie od pory roku drogi są czarne.

Teraz nadchodzi pora na opuszczenie trójmiasta. Wyjeżdżając z Gdyni w kierunku na Małe Trójmiasto Kaszubskie jedziemy w równym rzędzie wielu pojazdów. Nawet jeżeli jest wtedy zima, oraz nawet wtedy gdy pada śnieg, to ilość pojazdów na tej drodze wcale nie maleje. Tysiące pojazdów jadących w obie strony wiezie tysiące osób o bliżej nieokreślonej ważności w hierarchii urzędniczej wszystkich szczebli. Taka masa osób to bardzo poważny argument dla urzędnika dowolnego szczebla. Prawdopodobnie właśnie dlatego i tylko dlatego droga z Gdyni ku Wejherowu o każdej porze dnia i roku jest czarna. No, ale jedźmy dalej. W Redzie skręcamy w drogę wiodącą nas do zaprawdę morskiego Pucka, które to miasto powiatową jest perełką polskiego wybrzeża, niemal dorównującą rangą Sopotowi, Ustce, Łebie, Helowi, Kołobrzegowi, Krynicy Morskiej, Szczecinowi, Międzyzdrojom, a także wielu innym równie pięknym kurortom, uzdrowiskom, tudzież letniskom. Piękny Puck jest naszym powiatowym portem i przystanią pomorskiego jachtingu. Prawie wszystko na p. (piątka, pięć, prawda, prosto, prostolinijność, prościuteńko, jak by powiedział pan Czesio.)

Tak więc, droga Redakcjo, jadąc z Gdyni do Pucka o każdej porze dnia i roku zastajemy drogę czarną. Nawet jeżeli opadom śniegu towarzyszy silny wiatr, co powoduje nawiewanie śniegu z okolicznych pól na drogę, a tym samym powstawanie zasp śnieżnych, to na owej trasie widzi się wtedy jadące zazwyczaj parami piaskarki z pługami, które zgarniają błoto, a ulicę na całej szerokości posypują odpowiednimi środkami chemicznymi. Nawet wtedy gdy postanowimy nie wjeżdżać do Pucka i ominiemy miasto drogą krajową, kierując się wprost na Władysławowo, to nie zauważymy żadnej zmiany w wyglądzie ulicy. Ruch tam zdecydowanie mniejszy, a mimo tego nawierzchnia ulicy nadal jest czarna. Trzeba to bezstronnie przyznać, że mieszkańcy Władysławowa potrafią zadbać o odpowiedni standard drogi wiodącej do ich miasta.

No więc, droga Redakcjo, przyszła wreszcie pora wjechać na teren półwyspu. Już z daleka widać gdzie zaczyna się półwysep. Pługi śnieżne i piaskarki zawracają na parkingu za stacją benzynową. To właśnie w tym miejscu kończy się świat cywilizowany, kończy się Europa, kończy się posypywanie drogi, po prostu kończy się wszystko. Na tym końcu Polski, „krowim ogonie” jak go zwą, kończy się wszelka akcja zimowa służb komunalnych, oraz wszelkich innych służb. Dalej wiedzie droga nastrojowo przyprószona dwudziestoma centymetrami lodu i zmarzniętego śniegu. Gdy trochę powieje, to aby przejechać niektóre odcinki trzeba zawczasu wziąć rozpęd, aby nie utknąć w zaspach. Jak kończy się branie rozpędu na oblodzonej drodze nie będę opisywała.

Dlaczego ta droga wygląda inaczej od wszystkich innych dróg? Oto jest pytanie. Prawdopodobnie chodzi o pieniądze. Gdy nie wiadomo o co chodzi, to najpewniej chodzi o pieniądze. Odśnieżanie dróg przecież kosztuje. Posypywanie piaskiem i chemikaliami również kosztuje. Zwłaszcza owe chemikalia. No a roboczogodziny pracowników, sprzętu, amortyzacja, części zamienne? Toć to kosztuje. W mojej ocenie wszystko zależy od tego ile ważnych i wpływowych osób korzysta z danej drogi, oraz jak to się ma do koniecznych nakładów finansowych. Czasami bardziej opłacalne jest zaniechanie.

Przypomina mi się pewna impreza urodzinowa u wójta pośrodku zasypanej śniegiem wioski. Żeby goście wójta mogli dojechać na urodziny drogi do tej wioski miały tego dnia pierwszą kolejność odśnieżania. Trzeba by chyba zacząć myśleć o organizowaniu zimowych przyjęć urodzinowych, imieninowych, karnawałowych, sylwestrowych, weselnych, świątecznych, adwentowych spotkań modlitewnych, spotkań opłatkowych i innych tego typu uroczystości dla vipów, samorządowców, zwłaszcza tych wojewódzkich, oraz dla posłów i senatorów. Ma się rozumieć, że wszystkie te imprezy trzeba organizować koniecznie na Helu. Patronat mógłby objąć pan prezydent, ponieważ posiada tu swoją wypoczynkową siedzibę. Proponuję Państwu pod rozwagę ten pomysł.

— ) 029

Rozpoczęłam kolekcjonowanie aniołków na Naszej Klasie. One są takie słodziutkie. Wysłałam już kilkaset zaproszeń do różnych aniołów i aniołków. Jedna z mam kilkuletniego aniołka przysłała mi wiadomość, że powinnam się wstydzić, bo takiej starej babie nie wypada wysyłać zaproszeń do obcych dzieci. Musiałam jej odpisać, że po prostu kolekcjonuję anioły, wtedy w imieniu swojego dziecka przyjęła zaproszenie.

Za to teraz odczuwam zmęczenie tym klikaniem i patrzeniem w ekran monitora, a tu jeszcze cały nocny dyżur na latarni przede mną. Będzie konieczna mocna kawa.

— ) 030

Sama widziałam jak Marysia z tym swoim przyjacielem obściskiwała się w pociągu. Nie zwracali żadnej uwagi na innych pasażerów. Żadnego wstydu ta zdzira nie miała. A do tego co za paskudna bluzka. Gdybyście ją widziały, to pękałybyście ze śmiechu. Widać było wyraźne plamy wyblakłego koloru od wybielacza. Kolczyki miała chyba nie do pary, bo jeden był krótszy od drugiego. No chyba że ma krzywo rozmieszczone uszy. Może ją mamuśka w dzieciństwie za te uszy szarpała. Wcale nie byłabym zdziwiona. O jej butach nie wspomnę, bo były tak zdarte, że już chyba prosto w nich iść nie było można. Że też jej zimno w tych buciorach nie było. Zresztą taka lafirynda to pewnie tylko ciągle w wagonach kolejowych przesiaduje, żeby się obściskiwać na oczach porządnych ludzi.

— ) 031

Takich mrozów to już bardzo długo nie było. Nocami temperatura spadała dwadzieścia stopni poniżej zera. Całe szczęście, że na dworze, bo w środku miałam cieplutko. Ustawiłam sobie piec od centralnego ogrzewania na ciągłe grzanie. Przez nieszczelne okna wiatr wdmuchiwał do środka cienkie smużki śniegu. Jednakże już po chwili robiły się z nich najprawdziwsze zaspy śnieżne, wiec trzeba je było szufelką wysypywać na zewnątrz zanim stopniały. Inaczej mielibyśmy w dyżurce powódź. Najważniejsze, że rury nie pozamarzały w tych mrozach, bo wtedy byłaby prawdziwa Syberia.

— ) 032

Marian wpadł na niezły pomysł i na skrzyżowaniu, a właściwie na rozwidleniu ulic, albo raczej obok, bo przecież nie na ulicy, ustawił łódź rybacką z masztem. Łódź była stara, nie nadawała się do wypływania na morze, aczkolwiek doskonale nadawała się do postoju na lądzie. Na rozpiętym żaglu Marian umieścił nazwę swojego hotelu i w ten sposób ten tradycyjny obiekt historyczny przyciągający uwagę i wzrok turystów, tudzież wczasowiczów, stał się wspaniałą reklamą Hotelu. Łódź co prawda nie poraża nowością, ale to przecież jest właśnie największa zaleta obiektów historycznych, muzealnych zabytków. Podziwiamy je dla ich starości, dla ich próchna. Szanujemy je dzięki robakom, które je toczą i pomalutku zjadają.

— ) 033

Mam nową przyjaciółkę. Nazywa się tak pięknie, filmowo, że z całego serca jej zazdroszczę. Ma na imię Vanesa. Mieszka w Stanach Zjednoczonych, bo jej tato jest dyplomatą. Takie życie musi być wspaniałe. Z całą pewnością poznaje różnych ważnych ludzi, wybitne osobistości, polityków, aktorów, przedsiębiorców, muskularnych ochroniarzy i innych facetów ze szczytu listy towarzyskiej. Ona to dopiero widzi piękno współczesnego świata.

Przysłała mi pozdrowienia z Nowego Jorku (NY). Dołączyła piękny rysunek Manhattanu. Chciałem go od razu przesłać innym znajomym z N-K, ale w porę zrozumiałam, że skoro nie mieszkam w USA, to bez sensu jest wysyłanie takiego obrazka. Vanesa ma sobie dobrze. A jakich ona ma znajomych, to aż oczy się śmieją do tych gwiazd z pierwszych stron kolorowych gazet i informacyjnych kanałów telewizyjnych.

— ) 034

Spacerując lasem zobaczyłam, że w „Domu Zdrojowym” odbywa się wielka akcja demontażu urządzeń i wyposażenia. Wszystko było wywożone w niewiadome miejsce. Wynoszono ze środka i ładowano na samochody stoły i krzesła. Nikt niczego nie pilnował ani nie liczył. Pracownicy po prostu robili swoje. Robili to co im kazano. Któryś z nich powiedział mi, że będą rozbierać cały budynek. Pomyślałam sobie wtedy z ironią coś o tym człowieku, czego tu wolałabym nie powtarzać.

Nie zatrzymywana przez nikogo obeszłam sobie wszystkie pomieszczenia. Tam gdzie ekipa pracowników już skończyła swoją pracę pozostały gołe ściany. Nawet niektóre szyby w oknach były porozbijane. Widocznie robotnicy musieli się śpieszyć i nie przywiązywali nadmiernej wagi do wyglądu opuszczanych sal.

Na dole była kiedyś restauracja, a na górze kawiarnia. Oba lokale zostały połączone nie tylko schodami, ale również wyciętym w suficie dużym okręgiem. Wokół niego w kawiarni poustawiane były stoliki, a siedzący przy nich goście mogli sobie patrzeć na znajdujący się pod spodem parkiet do tańczenia w restauracji. Owe dwa pomieszczenia tworzyły więc nierozerwalnie powiązane ze sobą przestrzenie jednego wspólnego lokalu gastronomicznego o wspólnej nazwie „Dom Zdrojowy”.

Za czasów komuny był to ekskluzywny lokal gastronomiczny kategorii S, czyli pewnie SUPER, bo innego wytłumaczenia tej literki nie potrafię znaleźć. Przyjeżdżali tu i doskonale się bawili goście z tej najwyższej półki. Kiedy byłam małą dziewczynką to lubiłam tu przychodzić z koleżankami na spacer. Każda z nas zabierała swój wózek z lalką, poprawiała sobie wstążkę we włosach, a następnie wolnym i dumnym krokiem obchodziłyśmy ten wspaniały budynek dookoła. Był on tak pięknie położony, że z całą pewnością nie było innego takiego nigdzie w znanym nam wtedy świecie. Trochę wysiłku kosztowało nas zawsze pokonywanie wózkami schodów wiodących na tarasy położone na wydmach, z których rozciągał się wspaniały widok na plażę i morze.

Lubiłam też z koleżanką spacerować przed „Wopami”. „Wopi” to oczywiście żołnierze odbywający służbę w Wojskach Ochrony Pogranicza. Słyszałam często od dorosłych, że dziewczyny chodzą na podryw do „wopistów”, no więc też chciałam tam chodzić. Udało mi się namówić koleżankę na te spacery. Ona zawsze we wszystkim mnie słuchała, więc z tym nie było żadnego kłopotu. Gorzej natomiast było z odnalezieniem owych mitycznych dla mnie „Wopów”. Zamiast iść w kierunku koszar wojskowych, poszłyśmy ku stojącej na wydmach wieży obserwacyjnej, no bo ona przecież też była wojskowa. Spacerowałyśmy długą chwilę w tę i spowrotem, ale kiedy żaden wojak do nas nie przyszedł, że o podrywaniu to nawet nie wspomnę, znudzone i okropnie zawiedzione musiałyśmy wracać do domu.

Stałam na tarasach pomiędzy plażą a restauracją, skąd był piękny widok na plażę, a równocześnie można było przyglądać się ludziom dewastującym budynek. To było bardzo smutne przeżycie. Czy to mogli być ludzie? Może to byli jacyś kosmici, albo mutanty powstałe po wybuchu supernowej. Już lepiej by było gdyby zamiast ludzi wielkie mrówki przewracały mury, zabierając co ładniejsze ich fragmenty do budowy mrowiska. Piękny symbol przewracania muru dzielącego ludzi został w tym przypadku sprofanowany, zepchnięty do jakże żałosnej roli obiektu wysiłków ekipy sprzątającej, czyli roli zawadzającego wszystkim śmiecia, niechcianego brudu. Prędzej czy później taki los czeka wszystko. Na tym właśnie polega owa upragniona modernizacja, wyczekiwana nowoczesność, chwalona rozbudowa, pożądany rozwój. Chyba zaczynam robić się stara, skoro nachodzą mnie tego typu refleksje.

— ) 035

Poszłam o świcie na plażę popatrzeć sobie na wschód słońca. Zaraz obok wejścia na plażę ustawiono dwie ławeczki. Doskonałe miejsce do odpoczynku i rozmyślania o świecie, albo o życiu. Wszystko jedno o czym. Niebo zrobiło się pomarańczowe z lekkim odcieniem czerwieni. Pomalowało sobie usta, a te rumiane policzki to pewnie od mrozu. Wiatr jak zwykle dmuchał od zachodu, wiec można się było na niego wypiąć i spokojnie czekać na słoneczko. Wrednemu wietrzysku to się jednak nie podobało. Wiał coraz mocniej podnosząc z plaży i wydm drobiny piasku, mikroskopijne kryształki lodu, ostre jak brzytwa szpilki lodowe i połamane kawałki płatków śniegu, które na mrozie stawały się coraz twardsze, coraz bardziej kłujące.

— ) 036

Zdzisia pytała się mnie o możliwość zatrudnienia w Urzędzie Morskim. Najlepiej by było gdyby mogła pracować razem ze mną na latarni morskiej. Tak powiedziała. Była przekonana o konieczności zatrudnienia jeszcze jednej osoby po to, by możliwa była całodobowa obsada latarni. Jak stwierdziła, zaostrzają się międzynarodowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa żeglugi, a jest to związane z naszym wejściem do Unii Europejskiej. Ponadto, jak przekonywała Zdzisia, zaostrzenie się konfliktu o wpływy gospodarcze pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią musi wkrótce doprowadzić do eskalacji działań strategicznych, a zwłaszcza do zaostrzenia dyrektyw i wytycznych Komisji Europejskiej w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa na morzu oraz strefie brzegowej. Te wywody brzmiały bardzo poważnie i profesjonalnie, ale musiałam ją zmartwić. Nie potrzebowaliśmy nowych pracowników.

— ) 037

Szanowna Dyrekcjo.

Zwracam się z uprzejmą prośbą o zwiększenie przydziału służbowej herbaty i cukru dla pracowników pracujących na terenie portów morskich. Piszę tą prośbę nie tylko w imieniu swoim własnym, ale również w imieniu wszystkich pracowników Urzędu, którzy w ramach wykonywania swojej pracy mają obowiązek nadzorować stan morza, poziom wody, siłę wiatru, wyładunek i załadunek towarów, bądź ryb z jednostek połowowych, usuwać awarie instalacji elektrycznych na terenie portu, zwłaszcza oświetlenia nawigacyjnego, sygnalizacyjnego, czy też innego, a także sprzątać, lub odśnieżać nabrzeża, oraz konserwować wszelkie urządzenia techniczne znajdujące się na terenach portów morskich.

Piszę ten wniosek albowiem doskonale rozumiem, że przełożeni pomimo najlepszych swoich chęci i dobrej woli załatwienia sprawy pozytywnie potrzebują tak zwanej podkładki, czyli wniosku pisemnego ze strony osoby zainteresowanej aby móc rozpocząć procedury związane z podejmowaniem decyzji, dla których moje pismo będzie uzasadnieniem wymaganym procedurami administracyjnymi. Okazuje się bowiem, że pisanie norm dotyczących świadczeń socjalnych dla pracowników pracujących w trudnych warunkach przez urzędników w ciepłych i przytulnych pomieszczeniach biurowych nie zawsze skutkuje powstaniem właściwych zapisów owych norm.

Okazuje się, iż czasem oprócz zdrowego rozsądku i dobrej woli urzędnika potrzebne jeszcze jest stosowne doświadczenie. Praca na deszczu i chłodzie, zwłaszcza podczas zimy, w rejonie nabrzeży portowych, gdzie nieustannie mamy do czynienia z falowaniem wody, bryzgami lodowatych fal, oblodzeniem nie tylko nabrzeża, ale także barierek, ławek, urządzeń, lamp, lin cumowniczych, przyrządów pomiarowych i wszystkiego co znajduje się w zasięgu marznącej wilgoci jest niezwykle wymagającą dla każdego pracownika. Po godzinie pracy w tak ekstremalnych warunkach konieczna jest przerwa w ciepłym pomieszczeniu i picie gorących napojów, które zmarzniętemu pracownikowi mogą przywrócić energię do dalszej pracy. W innym wypadku każdy dzień pracy może skończyć się utratą zdrowia.

To dlatego proszę uprzejmie o zajęcie się tym problemem i jak najszybsze zwiększenie nam przydziałów herbaty i cukru. Gdyby jeszcze wziąć pod uwagę opinię wielu wybitnych lekarzy, to dobrze byłoby oprócz herbaty i cukru przydzielić również pewną ilość cytryn, bowiem zawarta w nich witamina C bardzo pomaga w utrzymaniu zdrowia.

Bardzo proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

— ) 038

Moja koleżanka ze stacji paliw dała mi po cichu do zrozumienia, że szykuje się bardzo poważna podwyżka cen paliw w związku z powiększającym się wciąż kryzysem gospodarczym. Jak mi powiedziała, ceny będą rosły aż do lata, bo wtedy jest największe zapotrzebowanie na paliwa w związku z sezonem urlopowym i wyruszającymi w trasę tabunami żądnych wypoczynku obywatelami naszego kraju, a także przyjeżdżającymi wtedy do nas turystami zza granicy. Ma się rozumieć, dodała protekcjonalnym tonem, chodzi o granice unijne. Gdy ona szeptała mi te wiadomości do ucha przez cały czas uśmiechałam się ze zrozumieniem, patrząc bezczelnie wprost w oczy młodziutkiego kasjera, który usiłował podliczyć moje zakupy, ale mu to nie wychodziło, wciąż się mylił, poprawiał, sprawdzał, aż wielkie krople potu wystąpiły mu na czoło. Coraz bardziej pochylał głowę zawstydzony swoimi brakami w wyszkoleniu. Myślę, że odbywał tam praktykę, pewnie dopiero się uczył, wyglądał na gimnazjalistę, no może licealistę, ale miał taki piękny, męski podbródek, który zapowiadał w nim na przyszłość prawdziwego łamacza kobiecych serc i niszczyciela dziewczęcych marzeń o niewinnej, czystej miłości.

— ) 039

Cała Ziemia wygląda z góry jak śnieżka. Taką wizją zmian klimatycznych straszą naukowcy. Trudno już zrozumieć, czy oni nam grożą ociepleniem klimatu, czy też raczej ochłodzeniem i zbliżającym się podobno nieuchronnie kolejnym zlodowaceniem. Wszystkie anioły były zmuszone pozakładać gogle z filtrami chroniącymi oczy przed promieniowaniem ultrafioletowym. Wszystko dlatego, że od tego zmarzniętego śniegu doskonale odbijają się promienie słoneczne. Z tego powodu niebieskie przestworza znalazły się pomiędzy dwoma źródłami promieniowania elektromagnetycznego, więc niczym w mikrofalówce, albo na ruszcie podczas pieczenia kiełbasek. Trzeba było szukać sobie jakiegoś ratunku przed utratą wzroku. Sama temperatura nie jest dla aniołowatych groźna, potrafią wytrzymać znacznie bardziej ekstremalne warunki, ale o wzrok to trzeba bardzo dbać, bo bez niego nie da się oddzielać ziaren od plew.

Ponadto jaskrawy blask słońca, gdy się na niego patrzy, natychmiast wyciska z oczu wielkie łzy. Ten aspekt anielskiej natury prowadzi do nadmiernego wzrostu ilości drogocennych pereł na dnie mórz i oceanów, gdzie upadają anielskie łzy. O ile dla świata podwodnej roślinności nie ma to żadnych negatywnych skutków, o tyle dla ludzi przynosi skutki katastrofalne, albowiem wywołuje powstawanie chorobliwej chciwości, pożądliwości, zachłanności, nienawiści i wielu jeszcze innych przykrych wad. Ludzka natura zbyt jest uległa wszelkim pragnieniom bogactwa, a perły osiągają na ludzkich targowiskach niezwykle wysoką cenę.

Poczęły więc anioły masowo nosić specjalne gogle na oczach, które zmniejszały ilość promieniowania dziesięciokrotnie. Wzrok doznawszy tak wielkiej ulgi mógł się teraz jeszcze bardziej wyostrzyć, a wyostrzywszy się odpowiednio mógł był dostrzec w tłumie wrednych plew, zbrukanych łupin, brudnych myśli i zbereźnych spojrzeń najdrobniejsze nawet, najmniejsze i najdelikatniejsze ziarenka przyzwoitości, dobra lub miłości, które przy odpowiednim potraktowaniu wyrosnąć mogą na piękne okazy zdrowia psychicznego i urody moralnej.

— ) 040

O wschodzie słońca byłam na plaży z aparatem fotograficznym. Bardzo lubię fotografować wschody słońca. Banalne zachody wszyscy fotografują, ale na wschód trzeba wcześniej wstać, a po nocnych hulankach, szaleństwach i libacjach alkoholowych nie każdemu się chce wychodzić z przytulnego łóżka. Dlatego fotografie wschodu słońca mają dla mnie znacznie większą wartość. Nie muszę zrywać się z łóżka o nieprzyzwoitej porze, bo najczęściej fotografuję wschody słońca podczas swojego nocnego dyżuru na latarni morskiej. Letnie noce są bardzo krótkie, więc zaraz po zakończeniu emisji kona nocnego w telewizji biorę aparat fotograficzny i idę na plażę. Mam wtedy wspaniałą możliwość dokumentować na błonie fotograficznej, a ostatnio coraz częściej na karcie pamięci, ów cudownie piękny, a zarazem kosmicznie dostojny proces zamieniania się nocy w dzień, stawania się dnia, narodzin dnia naszego powszedniego.

Niebo powoli zmienia barwę z czarnego na granatowy, by w chwilę później granat przeistoczyć w niebieski. Od tego niebieskiego atramentu lejącego się z nieba wszystko staje się niebieskie. Sprawdźcie sami. Przed wschodem słońca piasek na plaży jest niebieski, a w każdym razie w jego barwie wyraźnie dominuje ten odcień. Potem na niebie zaczynają pojawiać się krwiste smugi. To na pamiątkę wielkiej bitwy zbuntowanych aniołów z zastępami niebieskimi. Owa niebiańska krew zalewa coraz większe obszary nieba, farbując zwłaszcza wszystkie puszyste chmurki, jakby ich puszystość i miękkość przeszkadzała tam w niebie mistrzowi ceremonii, albo inżynierowi oświetlenia. Nadworny malarz widząc te niekonsekwencje w traktowaniu kolorów stara się wszystkimi siłami i dostępnymi sobie farbami tuszować owe rozpasanie kolorystyczne dolewając coraz więcej świetlistej bieli do palety z farbami, którymi posługuje się codziennie od zarania świata nasz ukochany Stwórca.

— ) 041

Zorganizowali nam szkolenie w zakresie przepisów energetycznych i wymogów komisji egzaminacyjnej Stowarzyszenia Elektryków Polskich jako przygotowanie do egzaminu na uprawnienia w zakresie eksploatacji instalacji i urządzeń elektroenergetycznych o napięciu znamionowym do jednego kilowolta, czy jakoś tak. Powariowali ostatnio z tymi szkoleniami. Przecież normalny człowiek pracujący sobie spokojnie gdzieś w zapadłej dziurze z daleka od państwa profesorów, doktorów i docentów nie ma zielonego pojęcia o żadnych przepisach, normach, wytycznych czy innych ustaleniach dostojnych gremiów, które za to główkowanie dostają płacone przyzwoite pensje, a nie takie żałosne drobniaki jakie my tu otrzymujemy na wysuniętych placówkach najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Nie dość, że się pracuje na końcu świata i wszędzie jest za daleko, zwłaszcza jak trzeba nam przyznać podwyżkę wynagrodzenia, lub premię, to jeszcze potem się nam każe jechać z tego końca świata na szkolenia i egzaminy. Na całe szczęście egzaminator był całkiem przystojny, więc się miło go słuchało. Można też było robić notatki. Potem przed egzaminem uznałam, że mała „powtórka” nigdy nie zaszkodzi, podobnie zresztą jak uważała Alicja, wiec przez całą przerwę nie odrywałam nosa od swojego zeszytu z notatkami. No i jak przystało na wzorową latarniczkę zdałam egzamin celująco.

— ) 042

Uwielbiam ten fragment powieści Virginii Woolf „Pani Dalloway”:

Wtedy rozpoczęła się, jak każdego tygodnia, widziana poprzez drzwi wykonane z dębowego drewna prze miejscowego stolarza o zasłużonej renomie, oszklone kryształowymi szybami z ledwie widocznym na nich wytłaczanym, bądź szlifowanym wzorem, który z obrazu widocznego przez szybę czyni przepiękna mozaikę, niezwykle teatralna, zachwycająca krzątanina, jakby gra aktorek najętych przez królową do niedzielnego przedstawienia z okazji przyjazdu jego królewskiej mości.

Gdy usiądzie się w wygodnym fotelu na tarasie i zostawi szeroko otwarte drzwi do pokoju, tak aby móc słyszeć wszystkie dźwięki dochodzące z wnętrza, a także móc zerkać do środka nadzorując od niechcenia poczynania służby, równocześnie rozkoszować się każdym promykiem słońca, każdą kroplą ciepła spadającą na ziemię z tego kosmicznego ogniska rozpalonego nad naszymi głowami przez wszechmocnych bogów, to można podziwiać piękno krajobrazu, chłonąć w siebie te linie falujące jakby w tańcu drzew i krzewów skutych lodowymi kajdanami.

Powstaje wtedy ta niezwykła iluzja, to złudzenie optyczne, które wprowadza w błąd nie tylko wzrok, ale również wszystkie inne zmysły, to nasilające się, nachalnie cisnące się do przodu, wystawiające palec ku górze, krzyczące na całe gardło, nieomal wciskające się do mózgu i do podświadomości wrażenie, niejako poparte odwiecznym doświadczeniem rodów panujących, że jedzenie spada z nieba w darze od łaskawych bogów, że stół sam się nakrył napełnionymi kieliszkami i srebrem pełnym mięsiwa, misami pełnymi czerwonych truskawek, różowych malin, słonecznie żółtych bananów i cytryn, pomarańczowych mandarynek, lub mandarynkowych pomarańczy. Skąd się to wszystko bierze o tej porze roku trudno było zgadnąć, a nawet trudno było rozważać.

— ) 043

Cały port rybacki jest pokryty grubym lodem. Gdy rybacy zamierzają wypłynąć na morze, to pierwszy rusza kuter o stalowych burtach, który łamie lód w obrębie portu, a potem płynie przodem przecierając szlak dla następnych jednostek. Za nim wypływają kutry drewniane, a dopiero na samym końcu małe, drewniane łodzie rybackie. Silny mróz może zmrozić wodę w ciągu jednej nocy, dlatego rybacy utrzymują na swoich jednostkach dyżury, czyli wachty. Co jakiś czas trzeba wokół burt połamać lód, żeby zamarzając, a przy tym rozszerzając się, nie zmiażdżył łodzi i kutrów.

Z tych przerębli, ostatnich skrawków nie zamarzniętego portu bardzo chętnie korzystają dzikie kaczki. Używają burt kutrów jako osłony przed mroźnym wiatrem. Być może, że ich taplanie się w wodzie, majtanie nóżkami, które mielą nieustannie wodę, opóźnia zamarznięcie wody, a tą cienką jak szyba skorupkę kruszy, dzięki czemu te kaczki zmarznięte pomagają rybakom w bezpiecznym przetrwaniu zimy. Jednoczą swoje siły, pomagają sobie wzajemnie. To dlatego rybacy nie przepędzają ptaków od swoich kutrów i łodzi.

— ) 044

Kiedy znowu poszłam zobaczyć co dzieje się z „Domem Zdrojowym”, to okazało się, że ów głupi robol miał całkowitą rację. Rozwalano restaurację. Z restauracji pozostała już tylko kupa gruzu. Co chwilę podjeżdżała wielka wywrotka, a wtedy brygada robotników wrzucała na nią pokruszone kawałki murów, cegły, resztki tynków i wszystko co im wpadało w dłonie. Tylko złom i drewno odrzucali na bok. Złom pewnie będzie do sprzedania, a drewno zostanie przeznaczone na opał dla brygadzisty. Pokroi sobie na pile tarczowej deski z sufitów i podłóg, to będzie miał opału na cały rok. Gdy napełniona wywrotka odjeżdżała, to na jej miejsce natychmiast podjeżdżała następna. Szło to bardzo szybko i sprawnie.

Zauważyłam, że przy rozbiórce pracuje między innymi kilku miejscowych bezrobotnych. Zapytałam czy dostali pracę na stałe. Powiedzieli, że nie. To było do przewidzenia. Duża firma oszczędza na kosztach robocizny i świadczeniach socjalnych zatrudniając pracowników pod budką z piwem. Skacowani i bez grosza w kieszeni zgodzą się pracować za najniższą stawkę, plus woda mineralna na kaca, no i perspektywa codziennej wypłaty za każdy przepracowany dzień. To im daje możliwość codziennego upijania się. Nie do pogardzenia jest też okazja do przywalenia pięciokilowym młotem w wielkie okno, a potem tłuczenia ściany tak długo aż się rozpadnie. Sama widziałam i słyszałam te wiwaty na widok upadającego muru.

Stałam na pięknych tarasach, wokoło rosły krzaki dzikiej róży, morze z lekka pofalowane kołysało się cicho, na plaży zimny i mokry o tej porze roku piasek przeglądał się w chmurach jak w lustrze, od czasu do czasu nad nami przelatywała samotna mewa wypatrując jakiegoś żeru, słaby wiaterek przynosił mi w podarunku zapach morskich wodorostów, a tuż obok umierała restauracja, padał lokal, gwałcona była kawiarnia, bezczeszczona duma naszego miasta. Tak umierają tylko gwiazdy: w huku, hałasie i tumanach kosmicznego pyłu. Kiedyś wszyscy staniemy się częścią tego pyłu, częścią kosmosu.

— ) 045

Dziesiątego lutego obchodzimy rocznicę przełamania Wału Pomorskiego w 1945 roku, chociaż niektóre książki historyczne opisują, że nastąpiło to dopiero dwudziestego lutego, albo pierwszego marca, a nawet jakoby siódmego marca dopiero droga do morza była wolna. Zapewne każdego z tych dni wyzwalano kolejne miejscowości na Pomorzu.

Najważniejszym jednak wydarzeniem, które wspomina się dziesiątego lutego były zaślubiny Polski z morzem dokonane przez generała Józefa Hallera w Pucku w roku 1920, a powtórzone w marcu 1945 roku w Mrzeżynie i Kołobrzegu. Ostatnimi laty owe zaślubiny są uroczyście świętowane w Pucku, Wejherowie, a także z całą pewnością innych pomorskich miastach. Nie bez powodu przecież ulica 10 Lutego istnieje na przykład w Gdyni.

Gdy byłam na tych uroczystościach w Wejherowie, podczas wizyty u księdza Tadeusza, to miałam okazję obejrzeć sobie oddział rekonstrukcyjny kawalerii konnej. Młodzi i przystojni chłopcy siedzieli na koniach. Siedzieli tak wysoko, że przez całą uroczystość zastanawiałam się czy oni przypadkiem nie spadną w najbardziej podniosłej chwili. Składano wieńce i wiązanki kwiatów pod tablicą upamiętniającą historyczne wydarzenia. Wszyscy uczestnicy brali udział we mszy świętej, a ksiądz dziekan był jednym z inicjatorów, a zarazem organizatorów uroczystości.

— ) 046

Szyby na górze latarni, przez które światło powinno biegnąć lotem błyskawicy w kierunku płynących po morzu statków, pokryła gruba warstwa lodu. Trzeba było usunąć lód, ale nie uszkodzić przy tym szyb. Zabrałam się do tego przy pomocy noża. Drapałam i drapałam. W końcu zacięłam się w palec. Po zamarzniętych szybach popłynęła strużka krwi. Można by kręcić horror, albo chociaż thriller. Promienie słoneczne mogłyby załamać się na kropli krwi i rozjarzyć wnętrze latarni wszystkimi kolorami tęczy. Słońca jednak nie było widać zza grubej warstwy szaroburych chmur.

Zrobiłam sobie przerwę w drapaniu i zeszłam na dół napić się ciepłej herbaty. Potem znowu wdrapałam się na górę. Drapanie szyb nie było zbyt przyjemną pracą. Palce szybko drętwiały od zimna. Wydmuchiwana przeze mnie para osiadała na szybie zwiększając grubość lodu. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Znowu zeszłam na herbatkę z cytrynką. Cóż za przyjemność.

Zbliżała się pora zapalenia światła latarni, a ja po ośmiokrotnym pełznięciu na górę miałam dość. Wszystko mnie bolało. Włącznie z duszą. Pobiegłam do sklepu i kupiłam odmrażacz do szyb samochodowych. To było rewelacyjne rozwiązanie. Musiałam tylko jeszcze jeden raz wleźć na czubek „blizy”, a potem to już samo poszło. Trzeba było tak od razu, a nie skąpić parę złotych. Mam nadzieję, że wiecie doskonale, iż „bliza” to znaczy latarnia morska. Wyjaśniam tylko gwoli formalności.

— ) 047

Droga Redakcjo. Dostrzegając wielkie zalety płynące dla społeczności naszego miasta z faktu istnienia na terenie gminy lokalnej prasy, która jakże często porusza tematy najistotniejsze dla mieszkańców miasta i gminy, zdecydowałem się skierować do Państwa ten list. Ponieważ bardzo często czytaliśmy wszyscy w naszej drogiej gazecie o różnych problemach i kłopotach, niech mi będzie wolno tym razem podzielić się z Państwem, a za Waszym pośrednictwem również z mieszkańcami naszego kochanego miasta, radością związaną z jakże dobroczynnym dla nas wszystkich funkcjonowaniem Urzędu Miasta. Jestem już starym człowiekiem, a do tego osobą niepełnosprawną, wiec bardzo często potrzebuję pomocy innych osób. W swoim długim życiu zwiedziłem kawał świata, poznałem wielu ludzi. Wszędzie gdzie byłem rzucało się w oczy to straszne, wręcz nieludzkie traktowanie osób starych, chorych, a często również niedołężnych przez jakże wielu urzędników państwowych. Właśnie dlatego wielką radością napawa mnie owo profesjonalne, miłe, wręcz miłością przepojone traktowanie interesantów, które zastaję i z wielką ulgą spotykam podczas mojej każdorazowej bytności w tutejszym Urzędzie Miasta. Pragnę wyrazić tu swoją wdzięczność panu burmistrzowi, a równocześnie złożyć serdeczne gratulacje za tak znakomity, mądry i rozsądny dobór swoich współpracowników, a zwłaszcza doskonały wybór podległych sobie pracowników. Serce rośnie w człowieku gdy widzi te miłe, uśmiechnięte twarze, te wrażliwe serca, te piękne oczy, oraz te delikatne, czułe dłonie. Szczerze się człowiek raduje rozmową z tak miłymi urzędnikami, którzy w każdej chwili gotowi są nieść pomoc obywatelowi w potrzebie. Zwłaszcza drogie panie z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej zasługują na najwyższe uznanie, zasługują na wyróżnienie, na nagrodę, czego z całego serca im życzę. No a pani Basia i pani Marylka to już zaiste wcielenia dobroci, anielska cierpliwość, święta wyrozumiałość. Dziękuję również serdecznie pani Krysi, pani Zosi, pani Oli, pani Matyldzie, oraz paniom Kindze, Izie, Mirce, Ani, Grażynie i Bożence, a także paniom Luizie, Monice, Róży, Marcie, Gabrysi, Marzenie, Dorocie, Wandzie, Dominice, Krysi, no i wszystkim pozostałym paniom. Muszę powoli kończyć ten list, albowiem moi kochani, serce mi tak bić poczęło, tak bardzo się wzruszyłem, że obawiam się zawału, gdybym tak jeszcze przez chwile pozwalał sobie na te cudowne wspomnienia. Bardzo proszę o wydrukowanie mojego listu, aby wszyscy mieszkańcy naszego miasta, a zwłaszcza wszyscy czytelnicy naszej kochanej gazety mogli dowiedzieć się o tej radości jaką przynosi mi, a myślę, że innym mieszkańcom również, cały Urząd Miasta, wszyscy pracujący tam urzędnicy. Pozdrawiam serdecznie i z góry dziękuję.

— ) 048

Wanda wyrzuciła z domu swojego męża. Musiał wrócić pod opiekuńcze skrzydła kochanej mamusi. Że też on się na to zgodził. Przecież to on pobudował dom na długo przed ślubem, więc z całą pewnością był na niego zapisany. Będę musiała zapytać Marylkę o to. Niech sprawdzi u koleżanek z nieruchomości na kogo dom figuruje. Tak czy inaczej niezła z niej musi być hetera. Jemu zostawiła stary, rozklekotany samochód, a sobie wzięła dom z dwudziestoma pokojami z łazienkami i klimatyzacją do wynajmowania przez cały okrągły rok. Lepszego interesu nie mogła na tym ślubie zrobić. Od razu było podejrzane jak się pobierali. On z daleka pachniał chłopem z chałupą, a ona wyglądała na gołą latawicę. Teraz za to obnosi się z futrami i naszyjnikami niemal do ziemi. Pewnie po to by zakamuflować cycki, które też prawie do ziemi sięgają. Ani toto figury nie ma, ani twarzy, ani nawet włosów żadnych, a zachowanie takie, że szkoda gadać. Wstyd się z nią pokazywać na mieście. Ostatnio jak mnie wołała u rzeźnika, to udawałam głuchą. Aż się Marta z Dorotą roześmiały na cały głos, a ta głupia Wandziula jeszcze nie kapowała, że nie mam ochoty z nią rozmawiać.

— ) 049

Kochani panowie z Koła Emerytów i Rencistów zorganizowali swoim paniom, w zasadzie też emerytkom lub rencistkom, chociaż były chlubne wyjątki, uroczyste spotkanie z okazji Dnia Kobiet. Odbyło się ono w sali bankietowej „Eksplorisu”. Tak między nami, to szefowa koła też z całą pewnością maczała palce w organizacji tej imprezy, ale mniejsza o to. Kilka kobiet przybyło z małżonkami, ale stanowiłyśmy na sali wyraźną większość. Piszę stanowiłyśmy, bo też byłam zaproszona. Oczywiście, nie z racji wieku, tylko dlatego aby robić zdjęcia podczas uroczystości. Okazało się, że pracując jako fotografka, jestem bezkonkurencyjnie najtańsza, wobec czego dostojne panie i zacni panowie w sile wieku z naszego miasta najchętniej właśnie mnie widzą na swoich bankietach, biegającą z aparatem fotograficznym od stolika do stolika. Inni są zbyt drodzy. Z etycznego punktu widzenia nasi drodzy staruszkowie mają całkowita rację, bo na emerytach, a zwłaszcza rencistach, nie powinno się zarabiać. Niewidzialna ręka rynku niech sobie działa wśród młodszych i bardziej zasobnych mieszkańców.

Tak więc było całkiem przyjemnie. Na początku panowie z zarządu wręczali każdej pani po kwiatku. Potem podawano kawę lub herbatę, wedle życzenia. Na stołach stały półmiski z ciastem i owocami. Skrupulatnie robiłam fotografie w taki sposób, aby każdy znalazł się przynajmniej na dwóch. Na koniec zaplanowałam zdjęcia grupowe. Zgodnie z długą tradycją tego grona osób znalazło się kilka chętnych pań do opowiadania dowcipów. Było więc bardzo milo i wesoło. Czas zabawy szybko minął. Po powrocie do domu stwierdziłam, że wykonałam siedemdziesiąt fotografii. Tym razem to nie był rekord. Odbitki zamówiłam przez Internet, żeby nie jeździć ciągle w tą i z powrotem.

— ) 050

W tawernie „Beczka rumu” spotkałam Benka. Przyszedł zaraz po mnie, taszcząc na plecach swoją ciężką torbę z częściami elektronicznymi i narzędziami przydatnymi przy naprawie telewizorów. Był bardzo zmęczony, więc musiał iść z daleka. Usiadł przy pierwszym wolnym stoliku i poprosił o wodę mineralną. Dosiadłam się do niego prosząc o radę w sprawie mojego telewizora. Nie byłam pewna czy warto go jeszcze naprawiać, czy też lepiej dołożyć i kupić sobie nowy telewizor. Pani Tereska podała nam kawę i powiedziała, że to na koszt firmy. Bardzo miło z jej strony.

— ) 051

Przyszły zdjęcia z Dnia Kobiet. Ponumerowałam wszystkie fotki, ułożyłam w albumie fotograficznym wraz z numerami, żeby każdy mógł w łatwy sposób zamówić sobie te zdjęcia, które wybierze. Potem tak przygotowany album zaniosłam panu Stefanowi, żeby zajął się odwiedzaniem poszczególnych osób. Zarząd właśnie jemu powierzył to odpowiedzialne zadanie. Przekonali się, że to wcale nie taka prosta sprawa. Trzeba zanotować numery zamawianych fotografii, potem podliczyć ilość każdej z nich i zsumować wszystkie razem. W przypadku pomyłki dla kogoś zabraknie zamówionego zdjęcia. No i spróbuj tu starszej, znerwicowanej, schorowanej osobie wytłumaczyć dlaczego zabrakło zdjęcia akurat dla niej. Tylko spróbuj się podczas tego tłumaczenia uśmiechnąć, a wyjdziesz na złośliwą, źle wychowaną, smarkatą małpę.

— ) 052

Usłyszałam w sklepie wiadomość, że kursy wielkich samochodów ciężarowych wywożących gruzy z rozbiórki „Domu Zdrojowego” zostały zakończone. Podobno mieszkańcy domów stojących przy ulicy Zdrojowej protestowali w gminie i domagali zaprzestania kursowania tych ciężarówek, ponieważ owa ulica nie była dostosowana do ruchu tego typu pojazdów, a z powodu powstających podczas transportu nierówną droga drgań we wszystkich okolicznych domach pękały mury.

Nie dało mi to spokoju. Musiałam pójść tam i zobaczyć na własne oczy co się stało. No i poszłam. Gdy tylko wyszłam zza drzew to stanęłam w miejscu jak zaczarowana. Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć. Z całego budynku pozostał tylko malutki kawałek ściany o wymiarach może metr na metr. Na tej resztce muru była zamocowana skrzynka energetyczna z kablami doprowadzającymi energię elektryczną. Dokoła tej skrzynki tylko kupa piachu. Nie pozostało nic więcej.

Miejsce gdzie niedawno stał „Dom Zdrojowy” wyglądało jak piaskownica. Można by pomyśleć, że przed chwilą dziecko bawiło się tu wiaderkiem i łopatką lepiąc babki z piasku. W kącie piaskownicy leżały pozostawione przez inne dzieci zabawki. Była tam kolorowa koparka na wielkich kołach, żółty spychacz, oraz czerwona wywrotka. Spychacz błyszczał czystością i nowością. Tylko te okropne gąsienice były brudne i zardzewiałe. Wywrotka nie była taka nowa, bo wszędzie miała plamy farby, które najwyraźniej maskowały ubytki lakieru, albo wykwity rdzy. Z daleka nie było tego widać, gdy jednak podeszło się bliżej to wywrotka starzała się w oczach, aż z nowego samochodu pozostawał już tylko rozsypujący się wrak, który lada chwila rozpadnie się na ulicy podczas transportu kolejnej porcji gruzu, lub ziemi. Wtedy dopiero właściciel samochodu doświadczy nieopłacalności kiepskiej konserwacji po najniższych kosztach.

— ) 053

Olenia pytała się mnie o możliwość zatrudnienia w Urzędzie Morskim. Miała już dosyć sprzątania pokoi wynajmowanych wczasowiczom przez różnych właścicieli pensjonatów i hoteli. Taka praca jest dobra wtedy gdy wiadomo z góry ile pokoi czeka na wysprzątanie, ile kompletów pościeli jest do wyprania, oraz ile za tą ciężką i wyczerpującą pracę się otrzyma pieniędzy. Natomiast wtedy gdy niczego nie można zaplanować z góry, gdy właściciel pensjonatu dzwoni z wiadomością, że trzeba sprzątnąć cztery pokoje, bo tego życzą sobie goście, którzy w tym czasie pójdą na plażę, a zaraz potem dzwoni właściciel hotelu z wiadomością, iż koniecznie teraz trzeba wyprać cztery komplety pościeli antyalergicznej, ponieważ przyjechała rodzina z bardzo poważnymi dolegliwościami, która jest gotowa zapłacić za hotel podwójnie, pod warunkiem jednakże zapewnienia warunków absolutnej izolacji od alergenów wywołujących katar sienny, duszności, oraz uciążliwą wysypkę. Bądź tu mądra i podejmij właściwą decyzję, którego z pracodawców obsłużyć w pierwszej kolejności. Nawet jak zdążysz, argumentowała Ola, to potem tygodniami czekasz na swoje ciężko zarobione pieniądze. Niech oni sami spróbują kilka razy posprzątać te wszystkie swoje pokoje, domki, apartamenty, namioty, czy co tam jeszcze mają, zasugerowałam pomysłowe rozwiązanie Oleni, ale ona uznała, że nie jest to najszczęśliwszy pomysł.

O ile w sezonie letnim jakoś sobie radzi, to przez resztę roku jest bez pracy. Nawet dorywcza praca w restauracji „Domino” przy okazji wesel, przyjęć, lub pogrzebów dawała zajęcie tylko przez kilka dni w roku. No a ceny, jak wiadomo, pomału ale systematycznie idą do góry, argumentowała Ola. Niestety musiałam jej przekazać złą wiadomość. Urząd nie potrzebował nowych pracowników.

— ) 054

Poszłam na spacer do portu rybackiego i zobaczyłam jak wygląda namaczanie łodzi. O namaczaniu bielizny przed praniem wszyscy słyszeli, ale o namaczaniu łodzi pewnie nie. Otóż rybacy łodziowi, czyli właściciele łodzi rybackich wyciągają je na zimę z wody na brzeg, żeby zamarzająca woda w porcie podczas silnych mrozów nie uszkodziła im ich jednostek. W większości łodzie rybackie są wykonane z drewna. Po wyciągnięciu z wody drewno zaczyna wysychać i kurczyć się. Wszyscy doskonale ten proces rozumieją. Drewniane deski, z których są zbudowane łodzie rybackie też wysychają, też się kurczą, w związku z czym łodzie stają się nieszczelne, a po wypłynięciu na głębszą wodę mogłyby zatonąć. Dlatego spycha się je do wody, ale pozostawia na płytkiej wodzie przy brzegu i nalewa do nich tyle wody, żeby osiadły na dnie. Tam mogą bezpiecznie się moczyć i czekać aż deski burt znowu napuchną, napęcznieją w wodzie i znowu staną się szczelne. Wtedy wodę się ze środka łodzi wybierze i wyleje za burtę, a łódź będzie się doskonale nadawała do pływania. To właśnie jest namaczanie łodzi. Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem kilkunastu zdjęć. Prawdziwa fotografka ma zawsze aparat fotograficzny w domu. To żart, oczywiście. Prawdziwa fotografka ma zawsze aparat fotograficzny przy sobie.

— ) 055

Z samego rana wybrałam się na spacer do portu rybackiego. Uwielbiam ten widok kutrów i łodzi oświetlanych promieniami nisko położonego słońca. Wtedy kolor całego świata jest znacznie cieplejszy, przyjemniejszy. Nie trzeba mrużyć oczu podczas przyglądania się powierzchni wody w basenie portowym. Gdy słońce wjedzie już wyżej na swoim rydwanie to promienie odbite od wody nie pozwalają patrzeć. Poza tym wtedy wszystko robi się srebrzystoszare, jaskrawe i wściekle kłujące. Może mam uczulenie na słońce?

W każdym bądź razie z rana w porcie jest bardzo ładnie. Tylko o tej porze dnia można zrobić fotografie zachodniego nabrzeża z budynkiem bosmanatu w tle. Dla wszystkich rybaków ten widok jest właśnie esencją portu rybackiego. Dla żeglarzy natomiast przeciwnie, nabrzeże wschodnie jest najważniejsze, bo tam cumują jachty i żaglówki, no i z tej samej strony jest położony Ośrodek Szkolenia Morskiego, oraz chale do garażowania i remontowania jachtów. Tą stronę portu najlepiej fotografować wieczorem.

— ) 056

W marcu są rocznice wyzwolenia wielu okolicznych miast. Dwunastego marca jest rocznica wyzwolenia między innymi Pucka i Wejherowa. Zaraz potem wojska radzieckie dotarły do Gdyni. Dwunasty marzec zapamiętałam dokładnie, ponieważ to dzień moich urodzin. Tego dnia otrzymuję mnóstwo życzeń od bliskich, ale także na Naszej Klasie. Półwysep Helski nie został wtedy wyzwolony, ponieważ bronił się aż do końca wojny. Półwysep był rejonem umocnionym, na którym stacjonowały duże ilości wojska. To dlatego nie został zdobyty ani przez Rosjan w czterdziestym piątym, ani przez Niemców w trzydziestym dziewiątym. Wojska okupacyjne każdorazowo zajmowały go dopiero po zakończeniu działań wojennych.

Dwadzieścia jeden,

Cyfra magiczna

I tylko ja wiem

Jaka jest śliczna.

To zapisałam w swoim notesie gdy miałam dwadzieścia jeden lat. Jakaż byłam wtedy młoda. Piękne wspomnienia. Z okazji tej miłej mi rocznicy otrzymuję zawsze piękne bukiety kwiatów. Jednocześnie jednak kwiaty te są dla mnie informacją, że znowu jestem o kolejny rok starsza, o kolejne zmarszczki brzydsza, o kolejne kilogramy mniej zgrabna, o kolejne rozmiary ubrań bardziej puszysta i o kolejne opakowania proszków psychotropowych bliższa rozstroju nerwowego.

— ) 057

Dziewczyny z mojej klasy liceum zorganizowały spotkanie klasowe. Kilka organizatorek nawiązało kontakty z całą klasą, rozsyłając zaproszenia do wszystkich, dzwoniąc i ustalając szczegóły. Zarezerwowały odpowiednio pojemny lokal gastronomiczny w Gdyni, niedaleko portu, bardzo ładnie położony. Dokonały wyboru menu, pobrały od każdego stosowne opłaty, czyli zrzutkę, zamówiły i opłaciły co trzeba.

Początek był bardzo interesujący. Większość dziewczyn i kolegów widziałam po raz pierwszy od zakończenia nauki. Nie było żadnego wyjątku, wszyscy się bardzo poważnie posunęli w wieku, albo raczej przesunęli z grupy młodzieżowej, poprzez wiek dorosły, dojrzały, poważny, zaawansowany, słuszny, aż do starszego. Przed nami została perspektywa wieku starego, bardzo starego i starczego.

Ponieważ obchodziłam swoje urodziny wszystkie koleżanki były dla mnie bardzo serdeczne, składały mi życzenia, a kilka z nich miało nawet przygotowane dla mnie drobne prezenty. Koledzy natomiast jak tylko usłyszeli o moich urodzinach to wymusili na mnie postawienie wszystkim wódki. Nie zostawili mi wyboru, bo nawet zamówienie złożyli w moim imieniu. Teraz już wiem po co im są potrzebne te wszystkie spotkania klasowe. Po nic innego tylko po to by się urżnąć.

— ) 058

Szanowna Dyrekcjo.

Jestem długoletnią pracownicą Urzędu. Przez wiele lat oprócz pracy zawodowej pracowałam również naukowo studiując anatomiczne uwarunkowania organizmu ludzkiego podczas pracy w specyficznych warunkach, ze szczególnym uwzględnieniem pracy w godzinach nocnych oraz pracy w systemie zmianowym. Swoją pracę naukową podpierałam bogatym doświadczeniem praktycznym wynikającym z długoletniego pozostawania w stosunku pracy na stanowisku wymagającym zarówno pracy w godzinach nocnych jak i pracy w systemie zmianowym. Efekty mojej pracy naukowej publikowałam wielokrotnie w periodykach specjalistycznych, wydawnictwach ministerstwa pracy i polityki socjalnej, wydawnictwach uniwersyteckich największych i najbardziej renomowanych uczelni krajowych, a także kilku uczelni zagranicznych. Efektem mojej pracy naukowej jest również niezłomne przekonanie o dalszej konieczności prowadzenia powyższych badań, albowiem tylko regularne i długookresowe badania mogą doprowadzić do rozpoznania wszystkich czynników zewnętrznych i wewnętrznych, a także organizacyjnych mających wpływ na higieniczny tryb życia i pracy pracowników zatrudnionych w nocnych godzinach oraz w systemie pracy zmianowej.

Nie zamierzam zanudzać Szanownej Dyrekcji specjalistycznym żargonem prawniczym czy naukowym, ponieważ nie jest to celem mojego podania. Natomiast bardzo proszę przy podejmowaniu decyzji o branie pod uwagę mojego doświadczenia naukowego, które ma tu pierwszorzędne znaczenie i zastosowanie. Nie bez znaczenia dla wizerunku Urzędu, jego Szanownej Dyrekcji, a także całej kadry kierowniczej ma też wydźwięk społeczny podejmowanego przeze mnie zagadnienia. Trzeba bowiem pamiętać o wielkiej liczbie ludzi zatrudnionych w całym kraju na różnorodnych stanowiskach pracy wymagających podejmowania pracy w trudnych warunkach, a bardzo często określanych również jako warunki szkodliwe dla zdrowia.

Słabnący z każdym rokiem i coraz bardziej ograniczany przez ustawodawcę sprzyjającego pracodawcom ruch związkowy przestał już być w naszym kraju równoważnym partnerem dla pracodawcy. Obecnie coraz częściej i w coraz szerszym zakresie takim partnerem staje się naukowiec uzbrojony „w szkiełko i oko”, jak to pięknie określił poeta. Dlatego to właśnie bardzo proszę o poważne potraktowanie mojego wniosku, co będzie leżało w obopólnym interesie tak Szanownej Dyrekcji jak i moim. Mianowicie chodzi nie o nic innego jak tylko o przydział kawy dla pracowników pracujących w nocnych godzinach. Naukowcy już dawno udowodnili skuteczność kofeiny w zwalczaniu skłonności organizmu ludzkiego do zaśnięcia. Mając na uwadze dobro zakładu pracy i konieczność zagwarantowania ciągłości ruchu w portach morskich, a także bezpieczeństwa żeglugi na morskich szlakach komunikacyjnych uważam pozytywne rozpatrzenie mojego podania niemal za konieczność dziejową i historyczną. Czysto ludzki aspekt problemu ma tu również niebagatelne znaczenie.

Bardzo proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

— ) 059

No i nie dość im było jednego szkolenia, to jeszcze nam dołożyli drugie, tym razem z bhp. Przez cały kurs siedziałam przy ostatnim stoliku i nie słyszałam ani jednego słowa z prelekcji miłej pani. Wszyscy latarnicy oraz kilku przystojniaków z serwisu siedzieli przy sąsiednich stolikach i dość głośno komentowali najnowsze wydarzenia polityczne w naszym kraju. Co chwilę ktoś wychodził z pokoju pod pozorem konieczności załatwiania niecierpiących zwłoki spraw służbowych w biurach urzędu. Inni grali w kółko i krzyżyk, rozwiązywali krzyżówki, dyskutowali o problemach związanych z eksploatacją i konserwacją samochodów osobowych.

Mogłam sobie spokojnie rozmyślać o zawiłościach ludzkiego życia, zupełnie tak samo jak owa mała dziewczynka. Gdy padało pytanie o to czy rozumiemy, kiwałam potakująco głową i robiłam mądrą minę. Potem mogłam rozmyślać dalej. Po kilku przerwach, podczas których pstrykaliśmy sobie wszyscy pamiątkowe fotki, rozdano nam testy sprawdzające nasza wiedzę. Muszę przyznać, iż pytania były często podchwytliwe, a czasami niezrozumiałe. Jak oni nas szkolą, do jasnej cholery! No ale zajrzałam przez ramię do testu pana Stanisława i wszystko poszło dobrze. Zaliczyłam 95 procent poprawnych odpowiedzi. Toż to był mój rekord! Czemu nie, mogę częściej jeździć na szkolenia, tylko żeby nam zwracali koszty podróży i wliczali kursy do czasu pracy. Nigdy nie jest zbyt późno na naukę, prawda?

— ) 060

Uwielbiam ten fragment powieści Williama Faulknera „Absalome, Absalome…”:

Ledwie szarość płocha, strachliwa jakby i drżąca wraz z każdym liściem na przydrożnej brzozie, wspinała się powoli na niebo nad rozległymi pastwiskami środkowego zachodu. Jasność z góry wciąż jeszcze płynęła od chmury do chmury, od żagla do żagla, od fali do fali płynącej przez nieboskłon, rozlewała się po świecie chcąc jeszcze zabłysnąć przed wieczornym odejściem. Szarość już ją poganiała, poszturchiwała do pośpiechu, skrobała marchewki. Za nimi zbierała się już do drogi przez świat ich granatowa siostrzyczka, niemal bliźniaczka, która uciekała wciąż przed czarnymi ciemnościami.

Nie ściemniało się jeszcze na tyle, żeby Kewin mógł wyruszyć w drogę niezauważony przez innych, choć krąg słoneczny dawno już był schował się za pobliskimi górami. W kryształowym powietrzu można by go zauważyć z wielu mil, a ciągnący się za nim tuman siwego kurzu wskazywał by wszystkim gdzie go mają wypatrywać. Kewin to doskonale wiedział, bowiem nie jeden już raz przebywał tą drogę w pełnym galopie, zmieniając konie na stacjach pośrednich, przesiadając się niemal w biegu po zrzuceniu na ziemię paczki z listami, o ile nie było potrzeby odebrania potwierdzenia odbioru. Życzliwi mu pracownicy firmy kurierskiej czekali wtedy na niego z koniem wypoczętym i przygotowanym do jazdy, z termosem gorącej kawy wsuniętym do sakwy, oraz dobrze zawiązaną rzemieniem paczką listów czekających na wysłanie.

— ) 061

Nastała gorąca wiosna. Zmarznięta do tej pory ziemia mogła wreszcie odetchnąć pełną piersią. No i faktycznie, jej piersi aż zafalowały od tego oddechu. Anioły okulary pogubiły z wrażenia. Nad całą ziemią niósł się ciepły i wilgotny oddech obudzonej ze snu natury. Jeszcze się przeciągała leniwie w swoim łożu, jeszcze ziewała przeciągle, a już zgrabne uda wysuwa spod pierzyny, już stopy kształtne stawia na zimnej podłodze, już nocną koszulinę swoją zdejmuje szybkim ruchem i niespodziewanym, że się anioły czerwienią, w popłochu uciekają do swoich zajęć, aby nikt nie został przez przypadek oskarżony o podglądanie.

Cała przyroda ożywiła się. Karłowate sosny na półwyspie tuliły swoje pokrzywione reumatyzmem kręgosłupy do gorących promyków słonecznych. Stara sosna Eugenia, która na zboczu wydmy mieszkała od lat stu osiemdziesięciu i co roku bardziej się pochylała pod ciężarem lat, wiatrów zachodnich i deszczów wypłukujących jej ziemię spomiędzy korzeni, uśmiechnęła się na wspomnienie równie ciepłych dni marcowych z lat jej młodości. Z prawdziwą przyjemnością otwierały się jej szyszki łaskotane ciepłymi pazurkami promyków, wysypywały ze swoich spódnic, zaszewek, zakamarków falbanek i fartuszków małe nasionka, życząc im wilgotnego podłoża, żyznego mieszkania, oraz zacisznego kąta na nowej drodze życia.

Obok sosny na piaskach wydmy zalęgły się maleńkie źdźbła trawy, które tu nie mieszkały od wielu lat. Śniegi napoiły wydmę tak obficie, że mogła karmić rośliny i zapomnieć o nękających ją ostatnimi laty koszmarnych snach o wysychaniu. Naukowcy wciąż nas straszą ociepleniem klimatu, a tu zimy tak mroźne przychodzą, jakich najstarsi ludzie nie pamiętają. Ach, ci naukowcy. Czasami mi ich żal. Wszyscy domagają się od nich mądrych prognoz, a gdy te się nie potwierdzają, to wyzywają ich od szarlatanów, lub wróżbitów. Natomiast gdy przewidywania naukowców sprawdzają się, to najłatwiej oskarżać ich o spisek, czy uzgadnianie wyników badań.

— ) 062

Moja koleżanka z kolonii letnich w Ustroniu, w której zakochałam się bez pamięci, a nie wiedziałam jeszcze wtedy, że powinnam się kochać w facetach, została asystentką pani minister edukacji. Zrobiła piękną karierę. W tak młodym wieku, zważywszy na wiek większości ministrów i dyrektorów departamentu, można uznać, iż otworzyły się przed nią drzwi do dalszej pracy na eksponowanych stanowiskach, co wiąże się nierozerwalnie z odpowiednio wysokimi zarobkami, oraz rozpoznawalnym publicznie wizerunkiem, co z kolei niezwykle pomaga przy podejmowaniu próby rozpoczęcia jakiejkolwiek działalności gospodarczej, czy chociażby twórczości artystycznej. Książki znanych nazwisk są chętnie publikowane przez każde wydawnictwo, a czasami wręcz wydawcy walczą o palmę pierwszeństwa pomiędzy sobą. To byłaby wymarzona sytuacja dla każdej autorki.

Widziałam w telewizji relacje z uroczystości wręczania nominacji ministrom, na której Iwonka również była obecna. Stała grzecznie u boku przełożonej, trzymała w dłoniach zielony skoroszyt, z którego wyjęła i podała szefowej we właściwym momencie treść jej przemówienia. Byłam bardzo dumna z mojej przyjaciółki. Pamiętam, jak pomagałyśmy sobie wzajemnie podczas wspinaczki na Czantorię. Tak się chyba ta góra nazywała.

— ) 063

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 79.2