E-book
6.83
drukowana A5
36.25
opowieści z krainy mrocznej…

Bezpłatny fragment - opowieści z krainy mrocznej…

NIEDOSTĘPNE DLA CZYTELNIKÓW PONIŻEJ 18 ROKU ŻYCIA…


Objętość:
197 str.
ISBN:
978-83-8104-631-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.25

Bliźnięta

Niewielka miejscowość w Bieszczadach, której nazwa nic wam nie powie, od dawna nie gościła ekipy dochodzeniowo — śledczej z udziałem prokuratora oraz medyka sądowego. Lasy, góry, bezdroża, kilka chatynek na krzyż oto sceneria, która towarzyszy tej opowieści. Wstępna informacja mówiła o tajemniczym zgonie dwóch węglarzy w niewielkim domku z bali pod lasem. Ciała mężczyzn, ujawniono przy stole w głównym i jednym pomieszczeniu. Piotr Król siedział na krześle bliżej drzwi i opierał głowę na stole, zaś Paweł Król siedział na przeciwko niego, tylko on z kolei był odchylony do tyłu, tak iż jabłko Adama sterczało ostro do góry. Piotr Król kurczowo ściskał w prawej ręce srebrny imbryk do herbaty z podobizną królowej Wiktorii, piękna angielska robota. Bez dwóch zdań obaj nie żyli od co najmniej dwunastu godzin. O dziwo w pomieszczeniu było bardzo schludnie, na ścianach znajdowały się proste ale solidne półki uginające się od książek z zakresu teologii, fizyki nuklearnej, filozofii, historii, biologii, neurologii, fantastyki naukowej, a na małym biureczku w rogu stał całkiem jeszcze nowy laptop z modem umożliwiającym dostęp do sieci internetowej. Na stole w centralnej części pomieszczenia znajdowały się częściowo puste, częściowo pełne butelki z białego szkła z porcelanowym korkiem, z zawartością białej cieczy. Poznanie organoleptyczne pozwoliło wysnuć wstępny wniosek, iż jest to alkohol, ale czy etylowy, czy metylowy, to miała wykazać w niedalekiej przyszłości ekspertyza z zakresu badań fizyko — chemicznych. Wykonano szczegółowe oględziny, z dużą ilością fotografii, lekarz częściowo obnażył ciała i dokładanie przyjrzał się denatom. Prokurator Tomasz Kempka zasięgnął wstępnej informacji o zmarłych u miejscowego kierownika komisariatu.

— Panie Kierowniku to mi nie wygląda na melinę, jak widać po rysach zmarli musieli być braćmi, co pan jako miejscowy może o nich więcej powiedzieć? — zapytał śledczy funkcjonariusza Policji.

— Panie Prokuratorze bracia Piotr i Paweł Król byli bliźniakami. Ich historia jest niesamowita, ja też nie mogłem w nią na początku uwierzyć, ale zweryfikowałem ją i potwierdziła się w stu procentach. Otóż bliźniacy pochodzili ze stolicy i niech pan teraz tego posłucha...byli profesorami państwowej uczelni, Piotr był filozofem, a Paweł teologiem. Kilka lat temu jednemu z nich, już nie wiem któremu, zmarła żona, bardzo to przeżył i uciekł w Bieszczady, zdziwaczał, nie minął miesiąc a pojawił się jego brat bliźniak, który zamieszkał w chacie obok. Obaj zamieszkali na odludziu i zostali sąsiadami. Z tego co wiem to strasznie się kłócili, bo Piotr był niewierzący, a Paweł był bardzo wierzący, prowadzili sobie takie tak naukowe dysputy… Dwóch dziwaków… — rzeczowo wyjaśnił kierownik Ignaczak.

— A z czego żyli ci naukowcy… –indagował prokurator.

— Obaj nie powiem, nie gardzili robotą fizyczną, krzepę jeszcze mieli, byli węglarzami, wypalali drewno na węgiel drzewny, tu co drugi z tego żyje, ale ja wiem, dowodów nie miałem, ale jeszcze trochę i bym ich zgarnął… Piotr hodował w lesie na polanach marihuanę, może tylko sam ją palił, a może komuś sprzedawał, tego już się od niego nie dowiemy, w popielniczce na stole jest kilka skrętów, dam głowę że jak to pójdzie do ekspertyzy to wykryją dziewięć — delta — tetrakannabinole. Paweł to z kolei produkował bimber, ponoć jeden z najlepszych w okolicy. Jak się tak spotkali, to każdy brał to co najlepsze, czyli skręty i wódę, siadywali przy tym stole i toczyli te swoje moim zdaniem jałowe gadki, panie to taka mowa trawa, kogo to obchodzi, czy Bóg jest czy go nie ma, ważne żeby do pierwszego starczyło, no nie.- prostacko zakończył kierownik Ignaczak.

— Panie doktorze no i co możemy wstępnie wysnuć, jest tu zabójstwo, przepraszam dwa zabójstwa, czy ich nie ma…, żona tam na mnie czeka, mam imieniny i trochę rodziny się zjechało, a ten dyżur zdarzeniowy to tak jak zadra w tyłku, rozumie pan… –zapytał Kempka.

— Przesłanek do obawy ja tu nie widzę. Mając na uwadze brak jakichkolwiek obrażeń zewnętrznych, ja tu nie widzę przesłanek wskazujących na udział osób trzecich w śmiertelnym zejściu tych panów… ten tego no...Króli, zdaje się Piotra i Pawła… Zresztą w pomieszczeniu panuje porządek, nikt nie zabrał laptopa, ewentualny motyw rabunkowy zatem odpada. Więcej powiem na pewno po autopsji, bo trzeba pobrać wycinki do badań histopatologicznych, zrobić wiadomo ten tego no… kompleksową toksykologię, żeby nikt się nie przyczepił i nie powiedział, że nasza robota to ch…, dupa i kamieni kupa… — zarechotał ubawiony doktor Lenarciak a zebrani zawtórowali mu.

— W każdym bądź razie — kontynuował Lenarciak — ja przesłanek do wyrokowania o zbrodni nie widzę i to jest primo, a duo to ja stawiam na niewydolność krążeniowo — oddechową spowodowaną toksycznym działaniem alkoholu, raczej etylowego, spożytego w nadmiernej ilości. Mówiąc krótko dla tych panów do był taki alkoholowy złoty strzał. Ciekawi mnie jaką moc miało to co pili, bardziej mi to trąci denaturatem niż koniakiem araratem oraz jaki mieli wynik, tak od siebie obstawiłbym u bukmachera na siedem promili… — konfidencjonalnym tonem oznajmił doktor Lenarciak.

— Dobra panowie zbieramy się, przewozówka już zajechała po bliźniaki. Mnie wódka w domu stygnie, a goście imieninowi czekają, żona tam świeci oczami… a jeszcze jedno bo bym zapomniał… czy da się temu denatowi wyjąć ten imbryk z dłoni, co on się tak do niego przyssał, miał dla niego jakieś znaczenie, cholera wie, jakiś sentymentalny bibelot… — podsumował dywagacje prokurator Kempka.

— Na chwilę obecną trzyma stężenie pośmiertne i raczej nie wyjmę mu imbryka z dłoni, ale mógłbym to zrobić, łamiąc mu nadgarstek, tylko po co, żeby mnie rodzina później po sądach ciągała, na sekcji się pomalutku, powolutku wyjmie… — powiedział doktor Lenarciak.


**********


Dwadzieścia cztery godziny wcześniej

23 czerwca był bardzo upalnym dniem. Obaj bracia Królowie pracowali tego dnia bardzo ciężko. Pot spływał po ich ciałach. Swoją robotę węglarzy wykonywali bardzo sumiennie. Od kilku dni nie rozmawiali ze sobą, pokłócili się. Pracowali w milczeniu. W końcu, przed zachodem słońca Paweł pierwszy wyciągnął rękę na zgodę i zaprosił brata na zakrapianą kolację. Od wielu lat ich stosunek do siebie był ambiwalentny, raz się nienawidzili, by zaraz w zgodzie spędzać czas. Piotr poszedł do swojej chaty z drewnianych bali, umył się przed domkiem w nagrzanej przez cały dzień wodzie z cebrzyka, założył prostą, ale czystą białą koszulę, pogrzebał na strychu skąd wyciągnął kapciuch z najlepszą marihuaną w Bieszczadach i poszedł do brata. Paweł właśnie rozścielił na stole biały, płócienny obrus, postawił jako przystawkę pokrojony w plastry wędzony w przyprawach kozi ser, marynowane grzybki, własnoręcznie wypieczony chleb. Obok na ruszcie grilowały się powoli polędwiczki ze skłusowanej kilka dni wcześniej sarny. Wkrótce na stole pojawiły się szklanki z grubego szkła oraz bimber własnej produkcji, najlepszy po tej stronie gór. Przy trzech destylacjach Król osiągał osiemdziesiąt dziewięć procent mocy, produkował z grochu zaprawianego morelą, dla zabicia posmaku. Słońce już zaszło za wierzchołki drzew, gdy zasiedli do później kolacji. Jedli w milczeniu przeżuwając powoli każdy kęs. Po posiłku Piotr zrobił skręty, zapalili, atmosfera rozluźniła się, w szklankach pojawił się zacny trunek godny bogów…

— Nawet jeśli przyjąć, że teraźniejszość już się kiedyś wydarzyła, albo powiem inaczej, że już została ustalona, a my tylko odgrywamy rolę zgodnie ze scenariuszem, bez możliwości odstępstwa, bez możliwości że tak to nazwę...improwizacji, to gdzie tu jest miejsce na wolną wolę...do której przykładasz tak wielką rolę, religia chrześcijańska zresztą też, no bo są sytuacje kiedy znamy przyszłość dzięki proroctwom, dzięki jasnowidzom… to z czego ci ludzie czerpią, z boskiego natchnienia, czy może z Globalnej Świadomości, o której tyle mówi Roger Nelson. Teraz sięgnę do przykładu z twojego ulubionego,,Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa, oto Woland wie co się stanie z Berliozem, Anuszka kupiła już olej i już go rozlała, on to co się ma wydarzyć widzi, wie że odcięta przez dzielną konsomołkę głowa Berlioza potoczy się po bruku. Czy Berlioz miał jakiś wybór, czy mógł jeszcze skutecznie uniknąć śmierci i dlaczego znając przyszłość nie uniknął śmierci. Tutaj też rodzi się pytanie, czy dla Globalnej Świadomości istnieje coś takiego jak przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, a może Globalna Świadomość to jedna wielka teraźniejszość, do której dostęp mają osoby z jakimś niosącym nadludzki pierwiastek defektem pozwalającym im na dostęp do Globalnej Świadomości jak do księgi z której czytają, te fragmenty im jawne, a przed nami jeszcze nie odkryte… — zaczął Piotr.

— Tak to w istocie rzeczy, sam swego czasu intensywnie zgłębiałem teorię zbiorowej nieświadomości Junga, tak zbieżnej z teorią Globalnej Świadomości. Ostatnio widziałem dość interesujący film pt.,,Ładunek 200” o profesorze katedry...ateizmu...na uniwersytecie zdaje się leningradzkim, który dziwnym splotem wydarzeń trafia, do dziwnego miejsca, bimbrowni, gdzie toczy z prostym chłopem rozmowy o Bogu, udaje mu się opuścić to straszne jak się później okaże miejsce, bo tam w okolicy grasuje psychopatyczny morderca będący nomen omen naczelnikiem wydziału kryminalnego milicji w mieście o ile się nie mylę Lenińsk, z jego ręki giną ludzie, w potwornych warunkach jest więziona młoda dziewczyna, której robią straszne rzeczy, nie będę opowiadał, sam kiedyś zobaczysz. No i ten profesor już po wszystkim, widząc, co go ominęło, ten profesor, przypomnijmy ateizmu… idzie na koniec do cerkwi żeby co zrobić...nie żeby się pomodlić… żeby się ochrzcić. Żeby zmyć z siebie ten materializm dialektyczny, który tyle lat zaćmiewał mu umysł. Posłuchaj, co i rusz słyszy się o ludziach, którzy pojednali się z Bogiem na łożu śmierci, a ja nie słyszałem żeby ktoś się poróżnił na pięć minut przed zgonem, przypadek? — powiedział Paweł.

— Tak kwestia przypadku to temat rzeka, jeden teista powie cud, a ateista powie przypadek. Dziecko wbiega na ruchliwą ulicę, samochody pędzą po 100 kilometrów na godzinę z obu stron, żaden nie zahamuje, a dziecko wpada pod jeden i drugi i nic mu się nie staje. Ty powiesz ręka boska go ustrzegła, ja użyję brzytwy Ockhama i jak Laplace zakrzyknę przed Napoleonem,,Hipoteza Boga nie była mi potrzebna”, tą kwestię mogła by wytłumaczyć fizyka, biomechanika, dlaczego jak ginie sto osób w autobusie który wali się z wiaduktu do rwącej rzeki nikt nie mówi:,,zdarzył się antycud”, tylko mówią no tak...przypadek...to już trąci relatywizmem, którym przecież obaj gardzimy… — zapalił się Piotr.

— To mi pachnie Richardem Dawkinsem. Czyli nawet postawa i przypadek doktora Ebena Alexandra na ciebie nie podziałał. Jego,,Dowód” nie jest dla ciebie dowodem boskiej siły sprawczej. Przecież on...sceptyczny naukowiec, odrzucający przywołaną już dziś hipotezę Boga, wybitny neurolog, doświadcza dziwnej choroby, zapada w śpiączkę, jego szanse na przeżycie są mniej niż znikome, trafia do cudownej krainy, w której spotyka Jego. On daje mu jeszcze jedną szansę. Czy to nie jest znak, dla tych którzy chcą patrzeć, a nie tylko siedzieć tyłem do wejścia jaskini platońskiej… — spytał Paweł.

— No i nieuchronnie dotarliśmy do zagadnienia śmierci klinicznej, ze słynnymi tunelami i niebem na końcu. Tak jak już wielokrotnie mówiłem, kto mi powie, że relacje osób które doświadczyły agonii, nie są majaczeniami niedotlenionego umysłu, badania neurologiczne owszem dowiodły wyzwalania się w tym momencie dużej ilości energii, ale to jest takie chwilowe i jednorazowe, ostatni krzyk rozpaczy mózgu, may day, may day, a nie przejście na stałe zasilanie turbo, a sam tunel to jak wykazują badania, efekt widzenia tunelowego, skutek niedotlenienia graniczącego z obumieraniem mięśni otaczających gałkę oczną, takie samo widzenie tunelowe pojawia się przy zbyt szybkiej jeździe autem lub motocyklem… — powiedział Piotr.

— Wieczny sceptyk… a znaki, znaki których doświadczamy na co dzień, ciebie to nie przekonuje, cały układ słoneczny, ba wiele innych układów, miliardowe odległości, ale życie występuje tylko na Ziemi, mała błękitna planeta w całym boskim planie, pośród pustyni wszechświata. Życie jest cudem, nie jest przypadkiem. Nawet całun turyński cię nie przekonuje, wiem wiem, zaraz powiesz o miażdżących wynikach badania metodą węgla C14, a prawda jest taka że badania źle przeprowadzono pobierając próbki z miejsc, w które wszyto materiał po wielkim pożarze w Turynie. Gdyby właściwie pobrano materiał, jestem pewien, że wskazałby ten właściwy wynik zbieżny z historią Kościoła. Nawet Leonado da Vinci nie mógłby go podrobić. Dla mnie fascynujące jest to, że pomimo, iż ciało Zbawiciela przebywało w nim przez około dwa dni, to nie ujawniono na nim żadnych śladów rozkładu, wczesnych oznak śmierci, autoliza nie dotyczy jak widać boskości. Kolejny przykład… zbiorowe widzenie Matki Boskiej w Fatimie, to już nie troje pastuszków, ale wielotysięczny tłum patrzy w niebo, to już nie może być obłęd indukowany znany tak doskonale przez psychiatrię w kontekście sekciarstwa, to cud, wiem, że zaraz powiesz tylko o zwykłym tańcu słońca. Idźmy dalej, postać Ojca Pio z San Giovanii Rotondo, w dniu 11 listopada 1918 roku pojawiają się u niego stygmaty, które nosi do śmierci do 11 listopada 1968 roku, pięćdziesiąt lat męczeństwa, jest badany, jego ręce są bandażowane, pieczętowane i co i dalej są na swoim miejscu, nie zabliźniają się, śladów ingerencji w materię pieczęci brak, mógłbym wymieniać jeszcze wiele… — emocjonująco wyrzucił z siebie Paweł.

— Dobrze, że wiesz braciszku co chcę powiedzieć. A jak wytłumaczysz mi wielkie ludobójstwo w ramach Inkwizycji, wielkie ludobójstwo w czasie holokaustu, gdzie był wtedy Bóg, gdzie… legendarny uciekinier z obozu w Treblince, Samuel Wallenberg sugeruje że może był na urlopie… — drążył temat Piotr.

— Bóg w czasie Inkwizycji nie mógł ingerować, bo wtedy jego koncepcja wolnej woli nie miałaby racji bytu, On jest wielkim, cierpliwym nauczycielem i lubi uczyć na przykładach, przecież przyszłość potępiła Inkwizycję, dostaliśmy lekcję historii, do czego prowadzi fanatyzm i źle pojęta wola boska. Przeczytaj sobie książkę Jerzego Andrzejewskiego,,Ciemności kryją ziemię”, w której wielki inkwizytor Torqemada stojąc u progu śmierci, wyznaje wychowanemu na swój obraz i podobieństwo,,Frai Diego”… on mu mówi,,myliliśmy się”. Nawet ten zaciekły prześladowca marynosów i nie tylko… zrozumiał swój błąd, ale na to nie jest nigdy za późno. Wiem, że nie możesz się zgodzić z założeniem, iż jedną miarą można traktować żyjącego całe życie bogobojnie człowieka, który nie nosi na swych ramionach brzemienia grzechu ciężkiego ze zbrodniarzem hitlerowskim Hansem Frankiem, który stojąc już na szubienicy krzyknął,,Chryste przebacz!”, ale taki jest Bóg...jest miłosierny, nikogo nie przekreśla, więc po jego prawicy może zasiąść święta Teresa, a po lewicy nawrócony Hans Frank, na tym to polega, umieć przyznać się do błędu… — przemawiał jak za dawnych czasów do studentów na katedrze profesor Paweł Król.

Zdawało się, że spożywany alkohol nie przyćmiewał, lecz rozjaśniał dwa dociekliwe umysły. Noc był bardzo gwiaździsta. Choć to nie był jeszcze sierpień, nieboskłon przecięło kilka leonidów. Gospodarz postawił na stole kolejną butelkę, znów zapalili.

— A moim zdaniem nasz spór już niedługo rozstrzygną neurolodzy, przecież profesor z Laurentian University — Michael Persinger, pobudził szybkozmiennym polem magnetycznym swoje płaty skroniowe do tego stopnia, że poczuł obecność bóstwa. Podczas badań w których wykorzystał ludzi różnych wyznań okazało się, że każdy to coś określał mianem ikony swojej religii: Budda, Mahomet, Eliasz… Z kolei inny profesor — Jose Delgado z University Jale, z wykorzystaniem sterowanego falami radiowymi stymulatora kreował dowolne stany emocjonalne jak za pstryknięcia palca. Ja nie dyskwalifikuję religii, uważam że ma wiele pozytywnych aspektów, choć zgadzam się z Leninem w tym jednym fragmencie o opium dla mas, spójrz jakie zniszczenia sieje islamski fundamentalizm. Religia na pewno była i jest najstarszym lekiem antydepresyjnym, ale żadna inna idea, nie była usprawiedliwieniem dla takiej masy ludzkich okrucieństw jak religia. Ty mówisz,,Bóg jest miłością”, a ja odwracam to równanie i mówię,,Miłość jest Bogiem”, to nie byt materialny lecz system wartości, opowiadam się za etyką… — nie dawał za wygraną Piotr.

— No tak całkowicie uległeś retoryce Richarda Dawkinsa. Jego sztandarowy,,Bóg urojony” jest dla ciebie zapewne nomen omen Biblią… — sarkastycznie zaznaczył Paweł.

— A żebyś wiedział. Bo czy dla ciebie nie jest kuriozalne na przykład istnienie kościoła potwora spagetti, czy to nie jest już upadek człowieka, w co jeszcze człowiek jest gotów uwierzyć. Dawkins słusznie powołuje się na teorię Bertranda Russela o srebrnym imbryku herbaty, który być może gdzieś tam sobie krąży wokół słońca, na orbicie, ani nie udowodnisz, że on jest, ani nie udowodnisz, że jego tam nie ma… wiem że to już nie brzmi ateistycznie, ale agnostycko, ale podpisuję się pod tym obiema rękami, prawda jest taka, że prawdę można poznać tylko w jeden sposób, przekraczając granicę życia i śmierci… Myślałem o tym od pewnego czasu, obaj mamy prawie po sześćdziesiąt lat, wkrótce dopadną nas choroby wieku starczego, rak, morfina, pieluchomajtki, i tak dalej, póki jesteśmy w kwiecie wieku odejdźmy z honorem, nie na kolanach, zdechnijmy jak ludzie i poznajmy nurtującą nas całe życie zagadkę, znam doskonały sposób na odejście ze sznytem, dawaj no te swoje procentowe frukta, zapijmy się raz a dobrze, zrobimy to??? — spytał Piotr.

— Jesteś szalony, ale chyba masz rację, ile będziemy się spierać, rok, dziesięć lat, a i tak będziemy w martwym punkcie, czy Bóg jest, czy go nie ma, sprawdźmy to...naukowo… empirycznie, tak braciszku zrobimy to… — szelmowsko zaśmiał się Paweł i przyniósł kilka nowych butelek.

Będąc już silnie pijany Piotr wyszedł jeszcze z chaty chwiejąc się i przewracając by tuż przy wejściu pozbyć się nadmiaru uryny. W pewnym momencie, tuż przed nim, na stos sosnowych gałęzi spadł jakiś błyszczący przedmiot. Podszedł do niego i podniósł. Zobaczył srebrny imbryk do herbaty. Zaczął przecierać oczy, czy to aby nie sen. Królowa Wiktoria jak na monarchinię przystało miała marsową minę. Dzierżąc zdobycz wrócił do chaty. Bełkocząc silnie chciał coś bratu powiedzieć, ale ten przytknął palec wskazujący do ust i podsunął mu z wysiłkiem szklankę bimbru. Piotr wypił i opadł na krzesło, głowa opadła mu na stół i stracił przytomność.


**********

Susan Woodman była niepocieszona. Zawiodła się na tanich liniach lotniczych. Podczas powrotu do Londynu z Emiratów Arabskich, w trakcie przelotu nad Polską doszło do jakiejś awarii w luku bagażowym i jej walizka wypadła na wysokości 8000 metrów, rzeczy rozsypały się. Nabyty za pokaźną kwotę zabytkowy srebrny imbryk do herbaty z królową Wiktorią przepadł. Teraz ktoś się pewnie cieszy z tego znaleziska. Pewnie wpadł w czyjeś prostackie łapy, które nawet nie docenią jego wartości, a jest przecież bezcenny…

Czarodziejski flet

Rodzinę Kuperschmitdów ostatni raz widziano w getcie zamojskim na jesieni 1941 roku. Jedni mówili, że Niemcy wywieźli ich do Sobiboru, inni byli przekonani, że udało się im uciec pewnej wrześniowej nocy i dotarli do neutralnej Szwajcarii, gdzie mieli rodzinę. Nikt z miejscowego Judenratu nie miał o nich wieści. Rodzina znikła z dnia na dzień, ale czas był taki, iż po niejednej rodzinie ślad już zaginął, a po wielu miał jeszcze zaginać. Ludzie żyli wówczas dniem codziennym, nie liczyli czasu na tygodnie i miesiące, tylko mierzyli go na minuty i godziny. Podczas ostatniej epidemii tyfusu zmarło kilkuset ludzi. Niemcy wywozili Żydów z getta do Bełżca. Czasami niemiecki żandarmi urządzali sobie dla zabawy polowania na ludzi, zawody w strzelaniu do celu. Nie widzieli nic złego w,,odstrzale” starszych kobiet, słaniających się z głodu, niedożywionych dzieci o spuchniętych brzuchach, mężczyzn w sile wieku, zataczających się z rozpaczy i szaleństwa tlącego się w gasnących oczach po brukach zamojskiego getta. Udanym, celnym strzałom towarzyszyła salwa śmiechu i gratulacje ze strony współuczestników zawodów. Prości bawarscy chłopi w cywilnym życiu — ojcowie rodzin, członkowie rad parafialnych, lokalne autorytety — nie widzieli nic złego w przetrzebianiu rasy podludzi. Nadludzie mieli przecież do tego święte prawo. Furher przecież pozwolił. Wartość ludzkiego życia znacznie spadła. W przypadku zgonu domownika, rodzina która chciała dokonać tradycyjnego pochówku musiała liczyć się z wysokim, wręcz niemożliwym do opłacenia niemieckim podatkiem przewidzianym dla tego typu przywileju, toteż ciała zmarłych pozbawione odzieży — także mającej swoją wartość — układano na trotuarach, czasami okrywając płachtami gazet, gdzie były sprzątane niczym śmierci na drewniane wózki ciągnięte przez ludzkie cienie na zlecenie Judenratu. Pan Kuperchmitd przed wojną był nauczycielem fizyki w słynnym zamojskim liceum imienia Stefana Batorego. Cieszył się wielkim poważaniem wśród grona pedagogicznego oraz młodzieży szkolnej, która wielokrotnie przyznawała mu tytuł Nauczyciela Roku. Pedagog ten posiadł niezwykłą umiejętność tłumaczenia kwestii naukowych o dużym stopniu zawiłości w sposób bardzo prosty i przystępny, a zarazem pasjonujący. Jego żona — Helena również była nauczycielką, wykładała język francuski w gimnazjum imienia Orląt Lwowskich. Mieli troje dzieci: Zofię, Lilianę oraz Szymona. Na co dzień operowali czystą polszczyzną literacką, byli na bieżąco z polskimi osiągnięciami kulturalnymi, czuli się Polakami całkowicie zasymilowanymi, a dopiero wojna obudziła w nich świadomość, iż należą do narodu wybranego. Przynależność do jednego z narodów semickich zdradzała oliwkowa cera, piwne oczy oraz nazwisko nadane im jeszcze w XV wieku na terenie Meklemburgii. Na przełomie grudnia 1939 roku oraz stycznia 1940 roku Niemcy utworzyli w kwadracie ulic Wiejskiej, Cmentarnej, Targowej i Wodnej,,obszar wydzielony” dla ludności pochodzenia żydowskiego, z terenu powiatu zamojskiego. Stłoczeni na niewielkim obszarze, głodni i zmarznięci ludzie, trapieni przez tyfus, wszy i pluskwy powoli umierali. Raz po raz spadały na nich nieszczęścia, niczym plagi egipskie. Himmlerstaadt miał być wolny od Żydów. Dr Wacław Kuperschmitd znał doskonale język niemiecki, posiadał zabronione pod groźbą kary śmierci radio na kryształki kwarcu, dysponował wyobraźnią i nie miał złudzeń co do niemieckich planów względem jego nacji. Udało mu się nawiązać kontakt z przyjaciółką rodziny — Anną Kaplicą, koleżanką z grona pedagogicznego, która wykładała język niemiecki w liceum Batorego. Jej mąż, walcząc w kampanii wrześniowej w wojnie obronnej w randze majora, zginął w słynnym boju pod Morką. Pośmiertnie odznaczono go za niewątpliwe zasługi bojowe orderem Virtutti Militarii pierwszej klasy. Anna mieszkała wraz z córką — Ewą, samotnie na obrzeżach miasta w pięknej willi otoczonej sadem wiśniowym. Niemcy zamknęli liceum Batorego i nie pozwolili go reaktywować. Naród polski miał być niewykształcony i winien był dostarczać w formie daniny wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Wdowa po polskim oficerze zawodowym począwszy od listopada 1939 roku, z uwagi na znajomość języka niemieckiego rozpoczęła pracę w miesiącowym Urzędzie Pracy. Ewa odziedziczyła po matce zamiłowanie do kultury germańskiej i jeszcze w czerwcu 1939 roku była studentką trzeciego roku germanistyki na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Po 17 września 1939 roku miasto to znalazło się w granicach innego mocarstwa, które formalnie nie wypowiedziało wojny II Rzeczypospolitej. Ewa podobnie jak jej matka znalazła pracę w administracji okupanta, zatrudniając się w zamojskim magistracie — referacie do spraw przesiedleń. Obie panie — jako żona i córka oficera wojska polskiego oraz zagorzałe patriotki — nawiązały współpracę z rodzącą się konspiracją w okręgu zamojskim. Stały się oczami i uszami dla konspiratorów. Dostarczały oficerom podziemia obowiązujące w niemieckiej administracji wzory formularzy oraz pieczątek, a także wiele bezcennych informacji pochodzących od niemieckich urzędników. Anna Kaplica nie odmówiła pomocy żydowskiemu koledze. Pewnej jesiennej nocy 1941 roku przyjęła ich pod swój dach i umieściła w kryjówce, którą pomogli zaaranżować ludzie z podziemia. Mieściła się ona w jednym z pokoi na poddaszu, gdzie za sztuczną ścianą przysłoniętą regałem z książkami, powstało pomieszczenie o wymiarach 3,5 na 2 metry. Do schronienia rodziny Kuperschmitdów prowadziły niewielkie drzwiczki zamaskowane w potężnym, stojącym zegarze ściennym. Największym problemem było wyżywienie uciekinierów. Pięcioosobowa rodzina żywiła się gotowanymi ziemniakami oraz czarnym chlebem o dużej zawartości trocin, podawanym z buraczaną marmoladą. Kuperschmitdowie byli wdzięczni nawet za tak skromny posiłek, w getcie jadali co drugi dzień wodnistą zupę z obierków ziemniaków oraz pili kawę z żołędzi. Tak udało się im przetrwać kilka miesięcy. Zawsze byli bardzo kochającą się rodziną, a ograniczona powierzchnia mieszkalna i strach przed otoczeniem jeszcze bardziej zacieśniły ich familijne więzy. Przez cały dzień nie opuszczali swojej kryjówki starając się zachowywać jak najciszej, w nocy bardziej swobodnie poruszali się po domu, nie opuszczając praktycznie jego murów. Wiosną 1942 roku — w kwietniu, kiedy zaczęły kwitnąć wiśnie — w przepięknym sadzie wiśniowym, otaczającym willę Kapliców, było tak wspaniale, niczym w jakiejś baśniowej krainie. Ośmioletnia Lilianna poprosiła ojca, żeby nocą udali się na zewnątrz i pospacerowali przy blasku księżyca pod śnieżnobiałą kołdrą utkaną z delikatnych płatków, otulającą sad. Ojciec i córka wyszli z domu dającego im bezcenne schronienie ten jeden raz. Ach jak cudownie było odetchnąć pełną piersią tym wiosennym, nocnym, przesyconym oszałamiającą paletą zapachów powietrzem. Niedaleko śpiewał słowik. Wtórowała mu wilga i para gruchających gołębi. Żydowski ojciec i żydowska córka ubrana w turkusowy płaszczyk na chwilę zapomnieli, że trwa wojna, że źli ludzie spod znaku swastyki polują na nich jak na dzikie zwierzęta, że śmierć czai się wszędzie. Podobno życiem ludzkim w połowie rządzi przypadek, zaś w połowie w sposób świadomy możemy kreować swoją przyszłość. Tej przepięknej kwietniowej nocy stało się wielkie nieszczęście. Niemiecki informator — w okolicy północy — wracał pijany z knajpy i skrócił sobie drogę, przecinając sad wiśniowy Kapliców. Leopold Siwek donosicielstwo miał wpisane w genach. Jego ojciec pozostawał na usługach carskiej Ochrany, później donosił do,,Defy”, Leopold był donosicielem Gestapo, po wojnie chodził z poufnymi informacjami do Urzędu Bezpieczeństwa, a później Służby Bezpieczeństwa, zaś syn Leopolda już w wolnej, odrodzonej Polsce, po Okrągłym Stole, informował UOP o sprawach wagi państwowej. Siwek zauważył Żydów, przyjrzał się im z ukrycia, pomimo znacznego stanu upojenia alkoholowego podsłuchał ich lakoniczną rozmowę nie pozostawiającą wątpliwości co do statusu rozmówców i już następnego dnia gestapo pojawiło się w willi u Kapliców. Pies wytresowany do poszukiwania zbiegów zaczął drapać w ścianki zegara. Niemcy wyprowadzili ukrywających się z kryjówki, umieścili na skrzyni ładunkowej ciężarówki i pod eskortą zawieźli na zamojski dworzec kolejowy, gdzie włączono ich do ostatniego transportu Żydów do obozu śmierci, do Bełżca. Tam skierowano ich już do grupy zakwalifikowanej do wyjazdu do innej fabryki śmierci, do Auschwitz. Wagony towarowe przeznaczone do przewozu czterdziestu żołnierzy, zostały wypełnione przez pulsująca, pojękującą masę ludzką w liczbie po sto dwadzieścia osób na każdy wagon. Podłogę w wagonie wysypano niegaszonym wapnem. Ludzie parzyli sobie stopy. Wytwarzało się duże ciepło, nieszczęśnicy mdleli na stojąco, dzieci umierały dusząc się w ramionach matek, które nie mogły nic zrobić. Mały, zaledwie pięcioletni Szymon Kuperschmitd, ssąc lewy kciuk, o wysokim czole rozpalonym gorączką, odszedł cicho i niezauważenie, usnął przytulony do ciepłego ciała mamy i nigdy już się nie obudził. Transport wyruszył w długą drogę do Oświęcimia…


**********

Po opróżnieniu kryjówki zajmowanej przez żydowską rodzinę, gestapowcy aresztowali Anną i Ewę Kaplica, po czym doprowadzili je do miejscowej siedziby gestapo. Rozdzielono je i umieszczono w oddzielnych celach. Obie spędziły bezsenną noc, pełną trwogi o siebie, o swój los, o to co się z nimi stanie. Niemcy stosowali wobec osób ukrywających Żydów karę śmierci. We Francji za to samo przewinienie groziła grzywna, w Generalnym Gubernatorstwie, kara była jedna, zasadnicza i nieodwracalna, kwestią otwartą pozostała forma jej wykonania. Matka z córką chciały żyć, ale nie za wszelką cenę, wiedziały że nie zostaną kolaborantkami. Major Kaplica nigdy by im tego nie wybaczył. Jego pamięć była wciąż żywa. Następnego dnia trafiły w ręce największego dewianta w zamojskim oddziale gestapo — dr Ludwiga Hermanna. Gestapowiec ten był synem sławnego na cale Niemcy wirtuoza skrzypiec — profesora monachijskiego konserwatorium — Ottona Hermanna. Ludwig w swoim życiu ukochał dwie rzeczy muzykę i… sadystyczne tortury. Mimo, iż był doktorem filozofii, potrafił zadawać ból o wiele bardziej dotkliwszy, niż zwykły hitlerowski siepacz. Polki zostały doprowadzone do jego gabinetu. Jeden ze strażników z pistoletem maszynowym stanął przy drzwiach. Gestapowiec powoli podniósł się zza biurka i nucąc jakąś wagnerowską melodię, podszedł do gramofonu obok którego leżała chaotycznie ułożona sterta płyt. Nie spiesząc się powoli przekładał je z jednej kupki na druga, aż wreszcie znalazł tą właściwą. Wyjął płytę z okładki, zdmuchnął z jej powierzchni niewidzialny pył i umieścił w gramofonie, którego igła zaczęła zataczać kręgi w jednostajnym tańcu. Do uszu więźniarek dotarły dobrze im znane dźwięki,,Czarodziejskiego fletu” Mozarta. Gestapowiec podszedł do pancernej szafy, z której wyjął gumową pałkę policyjną oraz żołnierski pas z ciężką klamrą z napisem:,,Gott mit uns”. Annie i Ewie serca zaczęły bić coraz mocniej. Na czoła wystąpił im perlisty pot. Ich zmysły odbierały wszystkie bodźce ze zwielokrotnioną mocą. Mozartowska melodia wdzierała się im do mózgu, dudniła w uszach, docierała do duszy i wbrew woli ją wypełniała… Niemiec wręczył matce pałkę, a córce żołnierski pas. Po niemiecku kazał im się wzajemnie okładać tymi przedmiotami. Być może to była jakaś szansa na ratunek, uczynienie zadość chorej żądzy sadyzmu oprawcy. Obie zastygły w bezruchu, w katatonicznej pozie. Z letargu wyrwał je ryk gestapowca zagrzewający do aktywności. W tle pobrzmiewały tony,,Czarodziejskiego fletu”. Matka i córka zaczęły się wzajemnie okładać po głowach, twarzach, dekoltach, rekach… Ciężka klamra furkotała w powietrzu. Pałka ze świtem opadała na dół. Twarze matki córki pokryły się siniakami, strugami krwi wypływającymi z uszkodzonych naczyń krwionośnych.,,Czarodziejski flet” w dalszym ciągu nie ustawał. W powietrzu wypełniającym gabinet Hermanna powstała jakaś diabelska mieszanina muzycznego geniuszu i doprowadzonego do granic artyzmu sadyzmu, którą Ludwig wdychał z półprzymkniętymi powiekami w ekstazie, a jego ciało całe drżało. Twarze matki i córki przypominały krwawe ochłapy. Pomimo bólu, upokorzenia i strachu żadna z nich nie wydała z siebie ani jednego słowa skargi, ani jednego okrzyku, jęku. Nie mogły mówić. W czasie odtwarzania,,Czarodziejskiego fletu” ich dusze umarły… Po raz kolejny dr Ludwikowi Hermanowi udało się zabić ludzką duszę. Melodia ustała, a płyta bezgłośnie obracała się wokół własnej osi. Hermann wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki śnieżnobiałą chusteczkę i wytarł nią spocone czoło. Jaka piękna melodia — pomyślał. Obie zmaltretowane kobiety przypominały upiory z jakiejś potwornej, sennej mary. Nawet stojący na straży uzbrojony gestapowiec, który niejedno już widział w katowniach tajnej niemieckiej policji państwowej; poczuł się jakoś nieswojo. Kobiety ze swoim szklanym wzrokiem przypominały mu martwe, szmaciane laleczki. Wykonywane przez nie ruchy także miały w sobie coś mechanicznego, coś nieludzkiego. Wieczorem umieszczono je na tyle ciężarówki i wywieziono na pobliskie moczary, gdzie popędzane krzykami, potykając się, skierowano je na bagna. Przy wtórze niemieckich przekleństw obie wybitne germanistki zmuszono do wejścia na tereny grząskie i bardzo zdradliwe. Obie utonęły w mokradłach. Kiedy po wojnie ekshumowano ich ciała, matka z córką były tak ze sobą złączone, tak mocno objęte i zespolone, że stanowiły jedno ciało, którego nie udało się pomimo usilnych starań rozdzielić. Pochowano je w jednej trumnie i jednym grobie, złączone już na zawsze…


**********

Po przybyciu do fabryki śmierci w Oświęcimiu, rodzina Kuperschmitdów została rozdzielona, pan poszedł na prawo, a pani z córkami i wciąż trzymanym na rękach małym Szymonkiem, na lewo. Ojciec widział w oddalającym się tłumie turkusowy płaszczyk Lilianny. O selekcji na rampie decydował wysoki mężczyzna, gładko ogolony i zaczesany do góry, w starannie wyprasowanym mundurze SS o zdawałoby się nienagannych manierach. Wacław Kuperschmitd jeszcze nie wiedział, że był to osławiony dr Josef Mengele, władający doktoratem z medycyny i filozofii, miłośnik muzyki, który w rytm tonów wykreowanych w genialnej ekstazie przez muzycznych klasyków wykonywał w powietrzu płynne ruchy ręką w prawo lub w lewo. Ci którzy stosowali się do tych wskazań co do kierunku podążania nie wiedzieli jeszcze, że ci idący w lewo trafią bardzo szybko do komór gazowych, zaś ci którzy skierują się w prawo na razie żyć będą, ale nie wiadomo jak długo, miesiąc, dwa miesiące, może maksymalnie sześć. Jeśli istnieje Bóg i jeśli ma moc decydowania o życiu lub śmierci, to w owym czasie Mengele był takim bogiem. Przed jego srogim obliczem przemaszerowały setki tysięcy. Idący na śmierć nie pozdrawiali go. W dniu, kiedy na teren obozu przybył pociąg z Zamościa, słynny doktor z nostalgią powrócił do utworów Mocarta, po długim okresie lubowania się w działach wagnerowskich. W szczególności upodobał sobie,,Czarodziejski flet”. Natchniony tym właśnie utworem dokonał podziału członków rodziny Kuperschmitd, wskazując gdzie każdy z nich ma podążać w tym Annus Mundi. Kuperschmitd trafił do pracy przy skręcaniu torów kolejowych na Harmenzach, zaś jego żona z dziećmi udała się do łaźni z natryskami… Po kilku miesiącach Wacława przeniesiono do pracy przy segregacji rzeczy należących do zmarłych. Pewnego dnia przygotowując wraz z innymi więźniami transport odzieży do Reichu natknął się na turkusowy płaszczyk dziecięcy, który na spodzie prawej klapy miał wyhaftowany monogram — L.K. Nie miał wątpliwości, że garderoba pochodzi od jego córki. W wewnętrznej kieszeni płaszczyka znalazł zasuszoną gałązkę wiśniową, pochodzącą z sadu Kapliców. Tego dnia powziął silne postanowienie ucieczki. Udało mu się wraz z innym więźniem — Polakiem, równie świetnie władającym językiem okupanta, zdobyć kompletny mundur SS-mana, po czym wcielając się w rolę strażnika prowadzącego więźnia do pracy poza obozem udało im się uciec z obozu. Kuperschmitd trafił do polskiego ruchu oporu, a po wyzwoleniu przedostał się do Palestyny, gdzie wziął udział w tworzeniu zrębów państwa izraelskiego. Współtworzył izraelski Mossad. Był jednym z jego pierwszych dyrektorów. Wchodził w skład komórki zajmującej się ściganiem niemieckich zbrodniarzy na terenie Ameryki Południowej. Został specjalistą od przesłuchań i tortur. Nie miał litości dla pochwyconych na neutralnym terenie nazistów, od których żądał informacji o innych ukrywających się nazistach. Każdemu z nich w chwilach męki puszczał,,Czarodziejski flet” Mozarta… Nierzadko była to ostatnia rzecz jaką słyszeli przed omdleniem i śmiercią…

Dzieci wdowy

Naczelnik X Wydziału Ochrany w mieście Lublinie — centralnym mieście guberni lubelskiej, zajmujący się rozpracowywaniem organizacji wolnomularskich, anarchistycznych i innych wywrotowych związków — Oleg Kulikow był na wskroś pragmatycznym funkcjonariuszem tajnych służb Imperium Rosyjskiego. Ten niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna doświadczył już tylu operacji i działań niejawnych skierowanych przeciwko wrogom caratu, iż jego przygodami można było wypełnieć kilka żywotów. Właśnie czekał na swojego najcenniejszego informatora w,,Piwnicy u Duchona”, w najciemniejszym jej kącie, skąd swymi przenikliwymi, niebieskimi, wyblakłymi oczyma mógł swobodnie obserwować całą salę. Natura obdarzyła go fizjonomią wprost stworzoną do roli, której podjął się w tajnych służbach Rosji. Nijakość i bezbarwność była jego najcenniejszym kamuflażem. Na ogół w kontaktach ze swoim agentem posługiwał się całą siecią martwych skrzynek rozmieszczonych w różnych, mało rzucających się w oczy miejscach Ogrodu Saskiego, aczkolwiek od czasu do czasu musiał stykać się ze swoim źródłem, by nie stracić nad nim kontroli. Rozmowa była w jego rękach orężem doskonałym, wiedział jak motywować, jakich argumentów używać, by obiekt czuł się wyróżniony i doceniony. Wiedział z perspektywy czasu, iż nie ma nic gorszego jak utrata wieloletniego agenta wskutek osłabienia zainteresowania jego pracą przez oficera prowadzącego. Jego kontakt nosił pseudonim operacyjny,,Profan” i był Polakiem, a nazywał się Tomasz Woynowski. Mężczyzna ten liczył sobie 33 lata i 15 lat wcześniej brał udział w jednej z najkrwawszych bitew Powstania Styczniowego na Podlasiu. Oleg Kulikow, jako agent carski działający pod przykryciem — dzięki doskonałej znajomości języka polskiego i odległych polskich korzeniach — przeniknął do oddziału partyzanckiego i długo, cierpliwie go rozpracowywał, przy okazji zaś zetknął się samym Woynowskim i przekonał się, że można tego człowieka — po odpowiedniej obróbce ideologicznej — wykorzystać do służby na rzecz Imperium. Już po bitwie, która przesądziła o unicestwieniu oddziału,,Dziryta” Marczewskiego, ujawnił się wobec Kozaków przeszukujących pole batalii, jako kapitan Szczerbakow (jedno z wielu nazwisk operacyjnych) z II Wydziału Ochrany, okazał glejt nakazujący okazywanie mu pomocy przez każdego rosyjskiego żołnierza oraz urzędnika — z generałem lejtnantem włącznie — i nie pozwolił dobijać ciężko rannego Woynowskiego. Później było leczenie, długa rehabilitacja oraz seria rozmów, które sprawiły że Wojnowski zrozumiał awanturnictwo przywódców zrywu, którzy nie wahali się posyłać na pewną śmierć towarzyszy do walki w bezsensowny bój. Ewolucja Woynowskiego była umiejętnie sterowana w pożądanym kierunku. Kulikow znalazł sobie agenta, stworzył go i wychował niczym syna na obraz i podobieństwo swoje. Posłał go na Wydział Prawa Uniwersytetu Petersburskiego, zaś po powrocie do Kraju Prywislańskiego Woynowski z łatwością uzyskał urząd Asesora Sądu Kryminalnego w Lublinie. Kariera prawnicza stała przed nim otworem. Wszystkie te działania miały służyć jednemu celowi, przeniknięciu do miejscowej organizacji wolnomularskiej, do,,Braci Horusa”. Do tej tajnej organizacji nie można było przystąpić od tak, zgłaszając akces. To bracia muszą dostrzec w jeszcze profanie zadatki na stanie się jednym z synów światła, cała jego dotychczasowa droga życiowa musi świadczyć, iż jako brat hołdować będzie taki ideałom jak: wolność, równość, braterstwo. To,,Bracia Horusa” składali zaproszenie i decydowali o przyjęciu. Takie zaproszenie Woynowski uzyskał poprzez swojego Prezesa Sądu w drugim roku pracy. Kulikow cierpliwie czekał na ten moment, który przerwie okres uśpienia, leżakowania jego wychowanka. Rozpoczął się czas tajnych spotkań, przygotowań do inicjacji, samego aktu przystąpienia do bractwa, przechodzenia prze kolejne stopnie wtajemniczenia: Ucznia, Czeladnika, Mistrza, aż do 13 stopnia Rytu Szkockiego. Woynowski był zafascynowany tym mistycznym, mrocznym światem rytuałów, symboliką, odtwarzaniem okoliczności śmierci Hirama Abifa, mistrza z czasów budowy świątyni Salomona; budowaniem nowego porządku świata przez dzieci wdowy, jak nazywają sami siebie wolnomularze. Zakon ten został zbudowany na lojalności, oddaniu jego braci. Woynowski był wierzący, przynajmniej wtedy jeszcze wierzył, tym bardziej większe odczuwał rozterki i wahania, gdyż wciąż aktualna była bulla papieża Klemensa XII z 28 kwietnia 1738 roku,,In emineti apostolatu speculo”, traktująca przynależność do organizacji wolnomularskich jako ciężki grzech. Z czasem dostrzegł też, iż organizacja ma drugie, a nawet trzecie dno, gdyż oprócz klubu szanowanych obywateli miasta Lublina i okolic, zajmujących się rozstrzyganiem problemów natury filozoficznej i etycznej, w kuluarach można było usłyszeć prowadzone przyciszonym głosem rozmowy na temat mniej lub bardziej legalnych interesów majątkowych braci, a samo kierownictwo pozostawało w kontakcie z organizacjami niepodległościowymi działającymi na terenie Francji, Anglii oraz Szwajcarii. Kulikow zadaniował swojego agenta do pracy na tym właśnie najbardziej interesującym carskie tajne służby, trzecim odcinku. Aby mieć dostęp do tych najcenniejszych informacji o: ludziach, kapitałach, kanałach przerzutowych, transportach broni, planach i zamierzeniach strategicznych, by w przyszłości stać się agentem wpływu, Woynowski musiał awansować, musiał być jak najbliżej szczytu tej spiskującej ludzkiej piramidy. Pilnie zatem nawiązywał nowe kontakty na łonie loży, spełniał prośby braci, wytrwale zgłębiał obrzędy pozwalające mu awansować. Konstytucja Andersona z 1723 roku stała się jego nieodłączną towarzyszką. Rozpracował — a przynajmniej tak mu się wydawało — organizację do 30 stopnia mistrzowskiego. Obradom bractwa przewodniczył Ludwik Boykowski- profesor filologii klasycznej, noszący właśnie ten znaczny stopień wtajemniczenia. Nikt z braci nie wiedział, że istnieje jeszcze drugi poziom kierownictwa. Ludwik Boykowski był narzędziem w rękach trzech mistrzów 33, najwyższego stopnia wtajemniczenia. O ich istnieniu wiedział tylko i wyłącznie Boykowski. Względy bezpieczeństwa nakazywały mu bezwzględnie milczeć. Boykowski miał córkę — Irenę, dziewczynę niezwykłej urody, która poznała Woynowskiego, gdy pewnego razu, późnym wieczorem, w dniu 24 czerwca 1879 roku, w noc Świętego Jana, po uroczystej agapie odprowadził jej ojca do domu. Od tej pory młodzi stali się nierozłączni, a ich uczucie rozkwitało w najlepsze. Pewnego razu zachęcony prośbą Ireny, Woynowski udał się do gabinetu jej ojca, który stanowił jednocześnie bibliotekę, po książkę,,Kandyda” Voltaire’a. Księgozbiór profesora był imponujący. Kiedy już znalazł poszukiwaną pozycję i miał opuścić gabinet papy, jak pieszczotliwie Irena nazywała ojca, na biurku obok zegara zauważył wyeksponowaną Biblię, z jak mu się zdawało zakładką. Zaciekawiony postanowił sprawdzić, jaki jest ulubiony fragment jego mistrza, zwanego przez braci stowarzyszenia Salomonem. O dziwo większe zainteresowanie niż fragment księgi, zwróciła jego uwagę zakładka o wymiarach 4 na 10 cm na której znajdował się następujący napis:

,,RX—XK-YS-UX-OX-AQ

SX-EX-RV-SX-AQ

TQ-AQ-RQ-YS-OQ-YS-MQ-AQ

QK-PX-RQ-MQ-EX

XT RQ-PY-TQ — RX

QU-MX RQ-YS-EQ-XT”

Woynowski zrozumiał, że znalazł jakiś cenny trop na temat eksplorowanego przez niego zagadnienia. Najszybciej, jak potrafił przepisał do podręcznego notesu ołówkiem kopiowym zaszyfrowaną wiadomość, a wychodząc sprawdził jeszcze odkładając na miejsce księgę, czy stary profesor nie zabezpieczył tej informacji umieszczając obok zakładki z tajną wiadomością, między stronami, jakiegoś małego przedmiotu, który mógł się wysunąć przy otwieraniu i tym samym stanowić sygnał ingerencji. Woynowski na dywanie znalazł niewielki, zasuszony liść akacji, który musiał wypaść z Biblii. Tomasz umieścił go na dawnym miejscu i pospiesznie opuścił gabinet profesora filologii klasycznej. Nie zauważył, że przy wyciąganiu zakładki na biurko upadł jeszcze maleńki czarny włos o długości nie większej niż centymetr. Niezwłocznie przekazał informację swojemu prowadzącemu, zaś Kulikow dostarczył zaszyfrowaną informację do tajemniczego Wydziału Q, zajmującego się kryptoanalizą i dekryptażem. Jej specjalistom, posługującym się żmudną, ale skuteczną metodą znaną już od czasów Al-Kindiego, opartą na analizie częstotliwości, udało się wydobyć na światło dzienne to, co tylko dla wybranych miało zostać odsłonięte. Autor wiadomości alarmował:,,TRÓJCA WZYWA SALOMONA PILNE 4 LIST 21 LOK 4”. Kulikow tropiący od 30 lat spiski w oparciu o dotychczas zgromadzone dane wiedział, że Boykowski jest najwyższym stopniem wolnomularzem wśród,,Braci Horusa”, znał jego pseudonim dla wtajemniczonych — Salomon, aczkolwiek zaczął podejrzewać, że nad nim może być jeszcze jakaś bliżej nieokreślona komórka i tą tajemniczą jednostką mogła być,,Trójca”, rodzaj zarządu. Bezwzględnie do,,Trójcy” należało dotrzeć. Salomonowi wyznaczono spotkanie na 4 listopada 1879 roku, godz. 21. Nieznane było tylko miejsce — lokal 4. Zlecenie obserwacji Boykowskiego w tej dacie powinno doprowadzić wywiadowców do miejsca spotkania z,,Trójcą”. Czy,,Trójca” był osobą, czy też grupą osób? Do spotkania zostało jeszcze 7 dni. Kulikow za 7 dni będzie znał odpowiedź na to pytanie. Jeszcze tylko, a może aż 7 dni. Tylko Salomon znał tożsamość braci określonych jako,,Trójca”. Kierownictwo organizacji ukryło się w jej niższych warstwach. Jędrzej Barcikowski oficjalnie zajmował 10 stopień wtajemniczenia, zaś nieoficjalnie 33; Tomasz Walczyński oficjalnie poprzestał na 11 stopniu wtajemniczenia, tak jak Władysław Kuplewski, choć obaj tak jak Barcikowski dostąpili najwyższego 33 stopnia wtajemniczenia. Głowa organizacji ukryła się w niższych partiach ciała, na wysokości trzewi. Kulikow i Woynowski, debatując przyciszonymi glosami w,,Piwnicy u Duchona” wspólnie doszli do wniosku, iż,,Trójcę” tworzy osoba lub osoby pomiędzy 31, a 33 stopniem wtajemniczenia. Osoba ta, lub grupa osób muszą posiadać wiedzę na tematy ich interesujące w zakresie łączności z emigracją niepodległościową, źródeł finansowania działalności wywrotowej oraz emisariuszy kursujących pomiędzy krajami Zachodu, a Prywislańskim Krajem. Ostatnimi czasy nasiliły się akty terroru wobec urzędników carskich z terenu guberni lubelskiej. Należało działać jak najszybciej, przeciwdziałać tej eskalacji uderzając w źródła finansowania i ludzi na kierowniczych stanowiskach.

***

Witold Baczyński był jednym z dowódców oddziałów powstańczych w 1864 roku, a kiedy walka straciła sens rozformował oddział, który głównie ukrywał się i nie podejmował walki w lasach otaczających Zamość. Schwytany przez Moskali, pod wpływem barwnych opowieści o torturach, nie zaś nich samych wydał wszystkich swoich towarzyszy niedoli, kilku powieszono, inni po konfiskacie majątków rodowych pomaszerowali w kajdanach etapami na Syberię, do krainy gdzie słońce, odbijające się we wszechogarniającym śniegu, wypala resztki woli życia. Sam zaś Witold Baczyński powrócił do zawodu adwokata przez nikogo nie trapiony. Zapomniał już zupełnie, iż miał pod swoimi rozkazami młodego chłopaka o śniadej cerze i piwnych oczach, który nazywał się Antoni Boykowski, zaś jego ojciec był profesorem filologii klasycznej w Lublinie. Młodzieniec ten z powodów konspiracyjnych podczas wstępowania do oddziału posłużył się nazwiskiem panieńskim matki — Jodłowska. Antoni Boykowski podczas próby ucieczki z więzienia w Siedlcach został przebity kozacką lancą i wykrwawił się na śniegu. Ostatnie jego myśli uleciały ku ojcu — Ludwikowi i siostrze — małej Irence, czuł jak zmarła dziesięć lat wcześnie na suchoty matka gładzi go po bujnej czuprynie jakby chciała go utulić do snu, jemu zaś robiło się coraz zimniej i zimniej… Salomon długo układał poszczególne elementy układanki, zbierał informacje o okolicznościach śmierci syna, dotarł do ludzi i dokumentów, czekał i misternie tkał pajęczynę zemsty. Zarówno Kulikow, jak też jego wychowanek Woynowski, nie widzieli, że Salomon nie uznaje przypadków, zaś,,Bracia Horusa” mają w swojej strukturze utajnioną równie mocno jak,,Trójca” komórkę zajmującą się kontrwywiadem, o nazwie,,Oko Horusa”, którą tworzyło pięciu braci o stopniach wtajemniczenia odpowiednio: 17,18,19,20 i 21. Przewodził im brat Winicjusz, który miał syna w oddziale,,Dziryta” Marczewskiego. Leopold zginał w tej samej bitwie, w której Woynowski wybroniony spod kozackich pałaszy, narodził się na nowo, by służyć nowym panom. Salomon wciągnął do swojego planu Winicjusza. O wszystkim wiedziała,,Trójca”, która plan zaakceptowała. Rozpracowujący stali się rozpracowywanymi.,,Oko Horusa” wykorzystało zaufanych ludzi, którzy wiedzieli tylko tyle, ile wiedzieć musieli, do inwigilacji Woynowskiego oraz Naczelnika X Wydziału Ochrany. Nie przypadkiem Woynowskiego zaproszono do,,Braci Horusa”. Nie przypadkiem Woynowski stał się częstym gościem w domu profesora Boykowskiego. Nie przypadkiem musiał szukać książki w gabinecie Salomona i znalazł tajną wiadomość. Nie przypadkiem też Irena Boykowska zapałała do niego miłością. Tak naprawdę ona nigdy nie utraciła ze swych wspomnień obrazu brata, który pewnej styczniowej nocy wyszedł ubrany w barani kożuch z sakwą przewieszoną przez ramię, w szalejącą zadymkę i nigdy już nie powrócił do domu rodzinnego. Nie przypadkiem też profesor filologii klasycznej — Ludwik Boykowski nawiązał kontakt z adwokatem z Zamościa — wielce szanowanym Witoldem Baczyńskim, któremu w obszernym liście roztoczył wizję sprawy spadkowej, dotyczącej majątku o wartości nie mniejszej jak 100.000 rubli. Salomon prosił znamienitego mecenasa o pomoc w uregulowaniu stanu prawnego kilku lubelskich kamienic, które miały przypaść profesorowi. Salomon wyrażał się w swoich listach w sposób wielce zatroskany na temat zagrożeń, jakie czyhają na niego i mecenasa, jeśli nie będą dyskretni. Profesor przesłał mu nawet list, w którym podał szyfr pozwalający na utrzymanie w tajemnicy szczegółów korespondencji. Boykowski poprosił też o tytułowanie się Salomonem. Tak długo jak Baczyński otrzymywał ruble w złocie z Lublina od profesora- dziwaka, przymykał oko na te fanaberie. Wreszcie umówili się na spotkanie w oberży pod,,Zieloną Wróżką” w Lublinie, na dzień 4 listopada 1879 roku, godz. 21, gdzie w spokoju — niepokojeni w jednej z lóż –omówią przy pieczonej gęsinie oraz wyśmienitym chardones; szczegóły sprawy spadkowej.

***

Baczyński jako pierwszy przybył pod,,Zieloną Wróżkę”. Na ulicy minął go jakiś chwiejący się żebrak, cuchnący jak nieboskie stworzenie, w bliżej nieokreślonym wieku. Biedaczysko widząc wielmożnego pana wyjęczał spod warstw brudu prośbę o datek, po czym złapał za połę płaszcza i niespostrzeżenie wsunął do kieszeni płaszcza dobrodzieja z gracją magika, pakiet kilku listów — odpowiednio sfabrykowanych i zawierających fałszywe dane, wymagających dużej ilości czasu i nakładu pracy na ich zweryfikowanie przez tajne służby — od braci z Francji do,,Braci Horusa”. Już za samo posiadanie czegoś takiego można było zawisnąć na szubienicy. Siarczysty kopniak ostudził zapał natrętnego żebraka, który kuśtykając zniknął za rogiem cicho pojękując i złorzecząc wielkiemu panu bez krzty miłosierdzia. Moment później pod lokal przybył Ludwik Boykowski, wlokąc za sobą obserwację, która przyznać to trzeba była profesjonalna. Wywiadowca idący bezpośrednio za obiektem zmieniał się co jakiś czas z idącym za nim szpiclem i wprowadzał zmiany w garderobie, niby nieznaczne, a utrudniające identyfikację. Spotkanie profesora i wyśmienitego mecenasa przebiegło w sielankowej atmosferze, panowie szybko znaleźli wspólny język. Humor Baczyńskiego jeszcze bardziej się poprawił, gdy otrzymał 1000 rubli na wydatki w sprawie. Salomon przez cały wieczór zachowywał się tak, by w umyślne postronnego obserwatora wytworzyć przekonanie, iż pomiędzy nim, a jego rozmówcą zachodzi relacja podwładny — przełożony, przy czym on zajmuje niższe ogniwo tego układu. Wywiadowca z Wydziału X Ochrany zapamiętał rozmówcę Salomona. Po zakończeniu spotkania Salomon udał się do domu, zaś Baczyński rozochocony winem i gęsiną, wesoło pogwizdując pomaszerował do gospody pod,,Czerwonym Kurem”, gdzie zatrzymał się na nocleg w Lublinie. Tam też go dyskretnie zdjęto i doprowadzono do tajnej siedziby Wydziału X. Na nic się zdały protesty, wyrazy oburzenia i zapewnienia o lojalności wobec cara i całej jego administracji. Pokaźna kwota, pakunek z interesującą wywrotową korespondencją w powiązaniu z treścią szyfrogramu z domu Salomona oraz zaszyfrowaną informacją od Salomona, iż będzie w,,Zielonej Wróżce” 4 listopada 1879 roku, o godzinie 21, w kontekście spotkania obu panów, nie pozostawiały jakichkolwiek złudzeń kim jest Baczyński. Baczyński był,,Trójcą”. Baczyński musiał być,,Trójcą”. Rodziło to też przekonanie, iż wszelkie próby zaprzeczania tej roli, mogą się źle skończyć dla Baczyńskiego. Instrument perswazji spotkał się z brakiem zrozumienia z jego strony. Trafił w ręce ludzi, którzy potrafili łamać ludzi fizycznie, a,,Trójca” musiał być złamany, bo tego zażyczył sobie — zakreślając czas do rana — Kulikow. Po raz pierwszy od wielu lat Kulikow złamał żelazne reguły konspiracji i udał się do domu Woynowskiego, aby uczcić ten sukces wywiadowczy. Było już bardzo późno i nikogo na ulicy nie spotkał. Woynowski — mieszkający samotnie kawaler, wpuścił go do swojego małego mieszkania. Zasiedli przy butelce Porto, rocznik 1853, które dwa dni wcześniej podarowała mu Irena. Żaden z nich nie wyczuł smaku barbituranów w składzie tego szlachetnego trunku, chyba nawet jednocześnie zapadli sen, bardzo ciężki sen, z którego nie dane było już im się obudzić. Żaden z ich też nie poczuł, że umiera. Winicjusz i jego towarzysze z,,Oka Horusa” wiedzieli, jak odpowiednio zaaranżować scenę tragicznego zajścia. Kulikow został przebrany w strój ulicznika, człowieka z marginesu, zaś Woynowskiemu nałożono koszulę nocną. Gospodarzowi wbito w samo serce majcher, jakim władali wówczas bandyci z ponurych pijaństwem zakątków miasta. Z kolei Winicjusz z przyjemnością roztrzaskał twardo śpiącemu Kulikowowi czaszkę pogrzebaczem do kominka. W drzwiach wejściowych uszkodzono zamek w sposób rzucający się w oczy. Bracia wychodząc z miejsca zbrodni — w ich mniemaniu doskonałej — zabrali ze sobą: niedopitą butelkę wyśmienitego Porto, rocznik 1853 oraz ubranie Kulikowa. Nie trzeba było być tuzem służby kryminalnej, by dokonać rekonstrukcji tego zdarzenia: gospodarz — pan Asesor Tomasz Woynowski zasypia w swoim łóżku, w pewnym momencie słyszy manipulowanie przy zamku drzwi wejściowych, dzierżąc pogrzebacz udaje się do wejścia, intruz wdziera się, zadaje w panice, wciąż jeszcze zaspanemu, aczkolwiek uzbrojonemu gospodarzowi cios prosto w serce, zaś Woynowski ostatkiem sił miażdży mu czaszkę trzymanym w reku pogrzebaczem. Inaczej nie dało się tego wytłumaczyć. Baczyński przeżył ich zaledwie o parę godzin. Ludzie Kulikowa aż nazbyt wzięli sobie do serca rozkaz Naczelnika, by do świtu wydobyć z więźnia całą wiedzę. Gorliwcy tak zmaltretowali znamienitego mecenasa i dawnego dowódcę oddziału powstańczego, aż ten o godzinie 4:31 zmarł na zawał. W ostatniej minucie życia przed oczami przeleciały mu nie ulubione zakątki rodzinnego Zamościa, nie obrazu sukcesów na niwie sądowej, tylko twarze wszystkich członków oddziału powstańczego, który wygubił, w tym twarz pewnego chłopca o piwnych oczach i śniadej cerze, którego imienia i nazwiska nie mógł sobie w tej ostatniej chwili życia przypomnieć. A to był przecież pierworodny syna wdowy…

Wydział X Ochrany nie poszukiwał swojego Naczelnika — Olega Kulikowa, bo taki człowiek nigdy nie istniał… i nie miał prawa istnieć….

Egzorcysta

Tomasz Znajomski był synem Romana Znajomskiego, znanego działacza związkowego w lubelskich zakładach monopolu spirytusowego w latach dwudziestych XX wieku. Kiedy na przełomie 1930 i 1931 roku także do Polski zza oceanu zaczęły docierać echa Wielkiego Kryzysu, który dotknął Stany Zjednoczone Ameryki; w Lublinie znacznie pogorszyły się warunki pracy. Tomasz pracował jako zecer w,,Dzienniku lubelskim” i gdyby nie wymierna pomoc ojca, który traktował jego pracę jako wolontariat, przymierałby głodem. W samych zakładach monopolowych także nie działo się zbyt ciekawie, pojawiły się masowe zwolnienia, obniżano pensje, co przy szalejącej inflacji znacznie obniżało standard życia robotników i ich rodzin. Wiosną 1931 roku Roman Znajomski stanął na czele wielkiego strajku okupacyjnego, do stłumienia którego władze wysłały kompanię Policji Państwowej uzbrojonej w długą broń palną. Jeden kamień rzucony przez prowokatora ulokowanego wśród robotników w stronę Policjantów, rozpętał kanonadę, która pochłonęła jedenaście ofiar śmiertelnych, a wśród nich i przywódcę strajku. Tego wiosennego dnia, w którym Tomasz Znajomski utracił ojca, poprzysiągł sobie, iż zrobi wszystko co w ludzkiej mocy, a doprowadzi winnych tej zbrodni w majestacie prawa przed oblicze sprawiedliwości. W ciągu najbliższego roku interweniował u Wojewody, Komendanta Policji Państwowej, Ministra Sprawiedliwości, Prezydenta, Premiera, Marszałka Sejmu, a nawet samego legendarnego… Komendanta. Na próżno, żadna z tych osób nie potrafiła, bądź nie chciała mu pomóc. Winni zbrodni wciąż byli bezkarni. Znajomski winą za zaistniałe zdarzenie obarczał najbardziej Komendanta Wojewódzkiego Policji Państwowej — inspektora Jakuba Popławskiego. Pewnego jesiennego wieczora 1932 roku Znajomski, po wypiciu dużej ilości wódki w towarzystwie kolegi zmarłego ojca; udał się do niewielkiego domu, właściwie rudery na Rurach Jezuickich, gdzie mieszkała obłąkana czarownica, którą wszyscy nazywali,,Marią od Uroków”. Tomasz poprosił ją by rzuciła urok na inspektora Jakuba Popławskiego. Wiedźma kazała mu usiąść przy stole na chybotliwym krześle, po czym przyniosła z komory trzy jajka, trzy gwoździe oraz trzy pawie pióra. Poprosiła o jakąś rzecz należącą do Policjanta. Jakub miał przy sobie tylko stare wydanie lokalnej gazety sprzed dwóch miesięcy, w którym na stronie trzeciej znajdowała się fotografia funkcjonariusza państwowego. Czarownica niestarannie wycięła podobiznę Popławskiego i ułożyła ją dnie kamionkowego garnka, na uprzednio zbitych trzech surowych jajach kurzych, a następnie przymocowała do każdego z gwoździ pawie pióro, gwoździe zaś wbiła końcówkami w wizerunek twarzy Policjanta. Następnie kazała Tomaszowi splunąć trzy razy do kamionkowego garnka. Po kwadransie poleciła Znajomskiemu udać się na rozstaje dróg, za miastem i zakopać naczynie. Tomasz wychodząc z domu czarownicy zostawił u niej na stole banknot dwudziestozłotowy. Zrobił wszystko tak jak nakazała mu wiedźma, po czym wrócił do domu i zasnął. Kiedy obudził się wczesnym rankiem z potwornym kacem, zdawało mu się, że przygoda z czarownicą, to był zły sen. Poszedł do sieni, napił się wody z cebrzyka i sprawdził płaszcz oraz buty, były nie zabłocone, a więc to był tylko sen. Musi mniej pić, a będzie miał mniej tego typu koszmarów. Jakież było jego zdziwienie, kiedy podczas rozmowy z kolegą z pracy dowiedział się tego, o czym huczał już cały Lublin. Komendant Wojewódzki Policji — okaz zdrowia — ciężko zachorował, całkowicie utracił władzę w kończynach dolnych i górnych, nie mógł mówić, a jego ciało pokryły wrzody i strupy, tak że mięso odchodziło od kości. Najwybitniejsi lekarze nie mogli zdiagnozować schorzenia, byli bezradni. Pacjent straszliwie cierpiał, jego błagalne spojrzenie zdawało się prosić o skrócenie mąk, a nikt z bliskich nie potrafił mu pomóc. Znajomski bardzo się ucieszył. Podśpiewując udał się na grób ojca i opowiedział mu wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin. Gdzieś w oddali widział na pustej nekropolii jakąś odzianą na czarno postać, która mu się przyglądała. Zaczął iść w jej kierunku, ale im bardziej szedł naprzód, tym bardziej stojąca postać się od niego oddalała. Nie potrafił wytłumaczyć tego zjawiska. Zawrócił i poszedł do domu. Jeszcze tego samego wieczoru miał pierwszy napad opętania. Jego ciałem zawładnęła jakaś tajemnicza siła, która zaczęła nim rzucać po wszystkich ścianach w kuchni. Pomimo bolesnych upadków na jego ciele próżno było szukać siniaków, tudzież zranień. Krzyczał przy tym jakieś dziwne zwroty w języku, którego żaden z jego znajomych nie znał. Matka wezwała lekarza, którzy nie potrafił mu pomóc. Następnego dnia stan nawiedzonego lekko się poprawił, by po południu znów się pogorszyć. Znajomski wrócił do rodzimego języka i zaczął strasznie bluźnić przeciwko Świętej Trójcy. Jego głos zmienił się i stał się chrapliwy, a przy tym metaliczny. Budził grozę wśród nielicznych słuchaczy. Weronika Znajomska ze łzami w oczach poszła na miejscową plebanię i poprosiła o pomoc proboszcza Cirzmowicza. Duchowny skontaktował się z najlepszym egzorcystą jakiego znał — księdzem Michałem Rolą, który z demonami walczył już od kilkudziesięciu lat.


**********

— Oddaj pokłon Panu Naszemu Jezusowi Chrystusowi — powiedział do Znajomskiego ksiądz Michał Rola.

— Pluję na niego, pluję na niego, pluję na niego… — trzykrotnie powtórzył straszliwym głosem opętany.

— Uklęknij przed krucyfiksem istoto grzeszna — polecił duchowny.

— Nigdy, nie mogę, nie chcę, nie ukorzę się — zaprotestował potępiony.

— Kim jesteś wysłanniku piekieł, zdradź swoje imię — zapytał cicho Rola.

— Naprawdę chcesz wiedzieć klecho jakie imię noszę tam, gdzie wszyscy są wolni… — indagował Zły.

— Powiedz mi kim jesteś, zdradź swoje imię — twardo powtórzył ksiądz i uczynił znak krzyża w powietrzu.

Znajomski opluł go i chciał to uczynić po raz kolejny, ale Rola zakrył mu usta ręką. Momentalnie w prawej dłoni duchownego pojawiły się trzy gwoździe. Zły zmaterializował swoje obelgi.

— Zaklinam się zły duchu opuść to niewinne ciało, nigdy ta dusza nie będzie twoja — rozkazał Rola.

— Nudzisz mnie czarny psie — warknął opętany.

— W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, zły duchu opuść ciało tego niewinnego — nakazał duchowny, po czym pokropił Znajomskiego wodą uświęconą w Wielki Piątek.

— Nie dręcz mnie — prosił Znajomski.

— O Panno przeczysta, Dziewico Maryjo pomóż mi oddalić tego Złego od tej niewinnej duszy — prosił Rola.

Znajomski padł na ziemię i zaczął się tarzać jak epileptyk, z jego ust toczyły się płaty białej piany, jak u zwierzęcia bolejącego na wściekliznę.

— De profundis clamavit te domine, de profundis clamavit te domine, de profundis… — powtarzał opętany.

Ksiądz Rola założył Znajomskiemu na szyję różaniec. Jego oczy wywrócił się do góry białkami, z uszu płynęły strużki krwi.

— Dobrze powiem ci moje imię, jestem …Walak, władam obszarem piekła, który zwą Walandią, zwyciężyłeś tym razem, ale jeszcze się spotkamy klecho, masz na to moje słowo…

— Ojcze Nasz któryś jest w niebie… — monotonnie wymawiał każde słowo ksiądz Rola, a po chwili wtórował mu już Znajomski.

Po raz kolejny udało się wypędzić demona. Tomasz Znajomski był bardzo zdziwiony wizytą księdza w domu, strachem i ulgą jaką zobaczył w oczach matki. Nie pamiętał niczego od czasu powrotu z cmentarza. Matka opowiedziała mu całą historię. Ksiądz Rola pozostawił mu na pamiątkę trzy gwoździe, które wyszły z jego ust podczas odprawiania egzorcyzmów. Znajomski zauważył zawieszony na szyi różaniec, obiecał matce że do końca swych dni nie zdejmie go i nie wyprze się relikwii. Znajowski w czasie rozgrywania się opisywanych wydarzeń liczył sobie trzydzieści dwa lata. Był przystojnym brunetem. Po odprawieniu rytuału przez księdza Rolę, jego włosy stały się białe jak mleko. Młody wygląd bardzo kontrastował z kolorem owłosienia, nadawał Znajomskiemu niesamowitego wyrazu. Jeszcze tego samego dnia Tomasz wraz z bańką nafty oraz szpadlem udał się na rozstaje dróg za miastem, gdzie był swego czasu nocą. Wykopał kamionkowy garnek, w jego wnętrzu znalazł wszystkie umieszczone przez czarownicę przedmioty, poza trzema gwoździami. Znajomski spalił zawartość naczynia, a później rozbił garnek na wiele kawałków o rosnącą nieopodal płaczącą wierzbę. Następnego dnia dowiedział się, iż całe miasto żyje wiadomością o cudownym ozdrowieniu komendanta Popławskiego. Wszystkie objawy, których doświadczył ustąpiły, wróciło czucie w członkach, powróciła mowa, a ciało oczyściło się z wrzodów i ran. Chory również nie pamiętał przebiegu kilku ostatnich dni…


**********

Wydarzenia, których doświadczył Tomasz Znajomski pozostawiły u niego pewną przypadłość, zaczął miewać wizje, począł przepowiadać ludziom przyszłość, a jego przepowiednie zawsze się sprawdzały. Wędrował od miasta do miasta, od wioski do wioski i zatrzymywał się u dobrych ludzi, którzy chcieli go ugościć. Odsłaniał przed ludźmi karty, jakie miał im podarować los. Wkrótce stał się sławnym człowiekiem, gdyby natura obdarzyła go zacięciem komercyjnym, stałby się bardzo zamożnym obywatelem, ale jego bogactwa i zaszczyty nie obchodziły. Postanowił służyć ludziom. Dar swój wykorzystywał w szczytnym celu. Pewnego razu w sierpniu 1938 roku trafił do małego miasteczka — Kurowa, gdzie zatrzymał się u właściciela sklepu kolonialnego, który był jego bardzo dalekim krewnym. Przez całe popołudnie rozmawiał z ludźmi pragnącymi już dzisiaj poznać swoją przyszłość. Na zakończenie dnia do drzwi pomieszczenia, w którym przebywał przyszedł młody chłopiec, bardzo szczupły, wręcz wiotki, o dużej głowie, na cienkiej szyi, o bladym licu i łagodnym, mądrym spojrzeniu.

— Dzień dobry, czy mogę wejść — nieśmiało zapytał przybysz.

— Proszę, słucham, w czym mogę pomóc — odpowiedział Znajomski.

— Nazywam się Wojciech Matuzalewski, ale to już pan pewnie wie, skoro jest pan jasnowidzem… i mam czternaście lat — powiedział syn miejscowego zarządcy.

— Jak się domyślam, chciałbyś poznać swoją przyszłość, a nie za młody jesteś na taką wiedzę, czy rodzice wiedzą, że do mnie przyszedłeś — spytał Znajomski.

— Nie boję się swojej przyszłości, mogę ją poznać, Bóg czuwa nade mną, nigdy się go nie wyrzeknę, on zawsze będzie nade mną czuwał, a rodzicom nic nie mówiłem, oni by tego nie zrozumieli. Dla Boga nie istnieje czas, ani przestrzeń, dla niego przyszłość jest teraźniejszością, a Pan ma do niej dostęp, proszę ją przede mną odsłonić, bardzo tego pragnę. Całą wiedzę zachowam dla siebie. Zdradzę panu coś o czym nikt nie wie, nawet matka którą kocham nad życie, otóż chciałbym zostać księdzem, ale chciałbym sprawdzić, czy mój wybór jest zgodny z zamiarem boskim, a pan mi w tym pomoże, pan musi mi w tym pomóc…

— Mówisz jak dorosły, więc może rzeczywiście dorosłeś do tej wiedzy, usiądź przede mną na tym krześle i zamknij oczy.

Chłopiec usiadł w taki sposób jak zalecił Znajomski, który prawą dłoń ułożył na jego czole u nasady nosa, pomiędzy oczami, a częściowo na czole. Przez umysł jasnowidza zaczęły przelatywać wolne fluidy przyszłych wydarzeń, mówił cichym, ale wyraźnym głosem: Wiedzę jak brunatna szarańcza zalewa nasz kraj od Zachodu, od Wschodu skrada się wielki biały niedźwiedź, z jego paszczy toczy się krew, na piersi ma gwiazdę… pięć ramion gwiazda ta nosi. Zimno, bardzo zimno, udasz się tam gdzie jest bardzo zimno i jasno, uważaj na oczy, widzę lasy gdzieś daleko na Wschodzie. Morze łez, stali, ognia i cierpienia… Nosisz mundur, taki ładny, zielony, masz orła bez korony, pędzisz na koniu, kule się ciebie nie imają, widzę złamany krzyż… będziesz sławnym oficerem, widzę nawet generalskie epolety...nie trafisz do seminarium, wiary się wyrzekniesz, matki godnie nie pożegnasz… zajdziesz wysoko, bardzo wysoko, Pan da ci długie życie, staniesz na czele narodu, widzę krew na hałdzie węgla, krew na piasku, widzę tonącego księdza z workiem kamieni przywiązanym do stóp… Kiedy będziesz umierał… ty wrócisz do Boga i On cię przyjmie...jestem już zmęczony… nic już nie widzę, idź już sobie i zapomnij co ci powiedziałem…

Mały Wojtek płakał, a łzy zalały mu całą twarz, nie takiej przyszłości się spodziewał. -Pan kłamie, to wszystko to jest nieprawda, ja w nią nie wierzę, pan mnie oszukał, nie chcę pana znać — wykrzyczał chłopiec i wybiegł bardzo wzburzony z pokoju zajmowanego przez Znajomskiego.


**********

Minęło kilkadziesiąt lat, a wszystkie słowa wypowiedziane przez Znajomskiego wobec małego Wojtka, znalazły przełożenie w jego dorosłym życiu. Został generałem, ministrem, na krótko prezydentem. Był postacią wielce kontrowersyjną. Zdeklarowany ateista i ideowy komunista. Schorowany trafił do rządowej kliniki, gdzie otoczono go troskliwą opieką. Zdiagnozowano u niego nowotwór, na pewnym etapie leczenia pojawił się udar mózgu, stan był bardzo ciężki. Jeszcze przed utratą świadomości we śnie nawiedził go święty Jan Paweł II i przytulił go do siebie. Rankiem następnego dnia generał dostąpił łaski nawrócenia, wyznał swoje grzechy niczego nie zatajając, przyjął komunię. Pewnego niedzielnego popołudnia, kiedy już jego droga dobiegła końca, we śnie poprzedzającym agonię zobaczył, że znajduje się na wielkiej, pustej plaży. Na piaszczystym brzegu dostrzegł ślady stóp idącego w dali rybaka...bez wahania zaczął po nich kroczyć…

Felek

Mało kto przypuszczał, że ten mały chłopiec urodzony w dniu 11 września 1877 roku w Oziembłowie, na terenie obecnej Białorusi, zostanie tak wielkim człowiekiem, któremu potomni wystawią tyle pomników, czyniąc z niego jedną z ikon XX wieku. Feliks Edmundowicz Dzierżyński był uroczym chłopcem, o takiej pogodnej twarzy, zawsze uśmiechnięty, serdeczny, rodzinny tak bardzo kochał zwierzęta. W wieku pięciu lat stracił połowę swojego świata — zmarł mu ojciec Edmund, który z takim wysiłkiem wybudował dwór w rodzinnych włościach, zwany Dzierżynowem. Od tego mementu mały Felek zaczął uciekać do świata swoich ukochanych zwierząt. Jego ulubieńcem był pies wabiący się,,Kruczek”, biało — czarny — kundelek, bez ogona. Zwierzę także kochało Felka, on go karmił najlepszymi smakołykami przemycanymi z dworskiego stołu, głaskał go po poczciwym grzbiecie, chronił przed większymi psami, które chciałyby zrobić mu krzywdę, a nawet wieczorami, po właściwej modlitwie, modlił się do jego psiego Anioła Stróża, by zawsze,,Kruczka” miał w swojej opiece. Chłopiec poszedłby w ogień za swoim ulubionym zwierzakiem, a psina również była oddana swemu panu i przyjacielowi w jednym. Mały Felek wczesnym rankiem, dzierżąc na prawym ramieniu flintę na groch udawał się na,,polowania” pod las, w kierunku Ostrzygłów. Po jego śladach wiernie biegł,,Kruczek”. Bardzo często wyprzedzał chłopca i dawał mu sygnał, że napotkał jakiś godny uwagi młodego myśliwego obiekt. Okoliczni chłopi mówili:,,O z polowania wraca Felek i Kruczek”, traktowano ich jak równoprawnych towarzyszy tych wypraw łowieckich, które zawsze kończyły się bezkrwawo. Felek nie lubił widoku krwi, mdlał gdy stykał się z jej szkarłatem. Pewnego razu,,Kruczek” skaleczył łapkę i nie mógł chodzić. Felek zrobił mu specjalne łubki na małą psią nóżkę i co jakiś czas zmieniał opatrunki, czuwał nad swym pupilem, popłakując w kułak od czasu do czasu.,,Kruczek” wprawdzie cierpiał, ale mając takiego przyjaciela wiedział, że zły czas wnet szybko przeminie i znów jak za dawnych czasów wyruszą na łowy. Kilka razy Felek spał obok posłania swojego pieska, w pomieszczeniu gospodarczym. Podczas jednego z,,polowań” wydarzyła się tragedia, której chłopiec nie zapomniał do końca życia. Wypłoszony z gęstwiny leśnej wielki jastrząb, który miał swoje gniazdo na szczycie wiekowego dębu, lotem nurkowym spadł jak kamień na ziemię i porwał małego pieska, chwytając go szponami za skórę na karku. Psiak żałośnie zaskowyczał i zaczął się miotać, ale nie mógł się odgryźć swemu prześladowcy. Felek próbował strzelać ze swej dziecięcej strzelby, ale grochowe pociski nie mogły dosięgnąć drapieżnika ulatującego ku przestworzom coraz wyżej i wyżej. Jastrząb przeleciał jeszcze wiorstę i z wysokości kilkuset metrów zrzucił biedne, struchlałe zwierzę na polanę.,,Kruczek” zginął od zderzenia z gruntem. Ptak znów porwał martwe truchło i zaniósł je do swojego gniazda, by posilić siebie i małe jastrzębie, kwilące o pożywienie. Dla Felka zawalił się cały świat. Płacz nie ustawał. Dziecko utraciło przyjaciela, oddanego druha dziecięcych wypraw w knieję. Felek pierwszej nocy po tym strasznym zajściu nie spał, tylko klęcząc na podłodze, wsparty głową o poręcz lóżka, łkał i modlił się, modlił się i łkał. Prosił Pana Boga, by oddał mu,,Kruczka” całego i zdrowego. Piesek już nigdy do niego nie powrócił, a oni przecież nawet się nie pożegnali. Po kliku tygodniach chłopi odnaleźli gniazdo leśnego drapieżnika, a na jego dnie kilka kosteczek z obróżką, którą Felek wykonał dla swojego ulubieńca. Nie było już wątpliwości,,,Kuczek” odszedł hen daleko, gdzieś ponad tęczę, tam gdzie idą wszystkie psy, godnie musieli go przyjąć w psim niebie. Felek ostrożnie, z należnym ukochanemu zwierzęciu szacunkiem umieścił doczesne szczątki,,Kruczka” w drewnianej skrzyneczce, wyściełanej atłasem i płytko zakopał je w niewielkiej mogile. Chciał na grobie umieścić krzyż, ale mama nie pozwoliła mu, wytłumaczyła, że,,Kruczek” przecież nie został ochrzczony i tak się nie godzi. Co by na to powiedział ksiądz proboszcz Klarnet. Felek codziennie odwiedzał mogiłę swojego przyjaciela, od czas do czasu zapalał świeczkę, kładł małe bukiety z bzów i piwonii. Długo jeszcze z nim rozmawiał, dzielił się z nim przeżyciami ze swojego chłopięcego żywota.,,Kruczek” zawsze mu towarzyszył w myślach. Na polowania już nie chodził, a jastrzębie znienawidził… Pani Dzierżyńska miała w stajni dworskiej kilka koni. Jeden z nich — kobyła o imieniu wywodzącym się od maści,,Siwa” była już stara. Wiele lat pracy na roli, przeciągania ciężarów, poważnie nadwyrężyły jej siły, a stawy znajdowały się w opłakanym stanie. Koński artretyzm bardzo jej dokuczał. Po tragicznej śmierci,,Kruczka” Felek przeniósł swoje uczucie miłości, którego zawsze miał w nadmiarze, na,,Siwą”. Karmił ją marchewkami i cukrem. Rozczesywał bujną końską grzywę. Mył konia, który cierpliwie znosił te ablucje. Po takiej kąpieli,,Siwa” stawała się biała. Zwierzę bardzo szybko pokochało swojego małego dobrodzieja. Kiedy,,Siwa” widziała Felka jej stawy mniej bolały, przestawała przestępować z nogi na nogę. Radośnie strzygła uszami i biła swym łbem pokłony. Pewnego jesiennego dnia panie Dzierżyńska kazała zaprząc,,Siwą” do bryczki i pojechała w ważnej sprawie do sąsiedniego dworu. O tyle o ile poczciwe konisko pokonało bez problemu trasę w jedną stronę, o tyle w drodze powrotnej nie miało już siły iść i co chwila ustawało. Uciekało z niej życie. Pani Dzierżyńska zeszła z bryczki, by zmniejszyć ciężar i cierpliwie szła obok pojazdu, pozwalając koniu na coraz częstsze i dłuższe postoje. Tak człapiąc dotarły do dworu grubo po zachodzie słońca. Tego dnia pani Dzierżyńska zrozumiała, iż czas,,Siwej” już przeminął. W owych czasach zwierzęta nie przechodziły w stan spoczynku, a ich właściciele nie fundowali im spokojnej starości w przytulnym zakątku stajni. Pani Dzierżyńska rozmówiła się z Jankielem, który zgodził się nabyć zwierzę na karmę dla lisów, które hodował na futra. Żyd pewnego ranka wypłacił dziedziczce należną sumę, wziął zwierzę za uzdę i poprowadził piaszczystym traktem. Felek nie mógł zrozumieć tego co się stało. Smętnie człapiącą kobyłę żegnały spazmy płaczu chłopca, który wyrywał się z objęć matki i chciał biec za,,Siwą”. Odprowadził ją wzrokiem zalanych łzami oczu, aż po horyzont. Kiedy koń chciał na chwilę przystanąć był szarpany za uzdę przez starozakonnego i okładany batem po pokaźnym zadzie.,,Siwa” trafiła do rzeźni, gdzie Izaak — żydowski rzezak, wprawnym, wyćwiczonym przez dziesiątki lat ruchem małego, ostrego jak brzytwa kozika, otworzył jej tętnicę szyjną i poczekał, aż zwierze opadnie najpierw na przednie kończyny, później na tylne, przewali się na bok i wykrwawi, a wielkie, ciemne mądre końskie oczy otoczy mgła śmierci. Felek znów utracił przyjaciela. Koń dopiero co wypełnił stratę po,,Kruczku”, a już nowa, obiecująca więź pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem została bezpowrotnie zerwana. Lisy zjadły,,Siwą”. Po kolejnym ciężkim przeżyciu chłopiec zwrócił ku się ku gołębiom. Mądre ptaki podchodziły bardzo blisko ludzi, dawały się karmić, prawie z ręki, a jak pięknie latały w stadzie, czyniły lazurowe niebo przy pięknej pogodzie jeszcze piękniejszym. Felek lubił jak biblijne stworzenia przepięknie gruchały. Zazdrościł im tej wolności, która jest przypisana ptakom. Upatrzył sobie jedną parę gołębi, która była charakterystyczna, obserwował je i nie szczędził im ziarna, co nie zawsze podobało się jego matce. Para gołębi uwiła sobie gniazdo na dachu spichlerza, zaś gołębica zniosła jaja. Samica wysiadywała je cierpliwie, aż wykluły się małe gołębie, dwie nieopierzone, bezradne istoty, którym matka przekazywała ciepło i pokarm do szeroko rozwartych dziobów, ufnie skierowanych ku górze. Pewnego razu Felek obserwował gniazdo gołębi. Rodzice maluchów gdzieś pofrunęły, a małe spały. Nagle do gniazda przyleciała sroka. Ptaszysko wyczuło łatwy żer, a rodziców piskląt nie było w pobliżu. Sroka posługując się dziobem wyrzuciła jedno z ptasząt z gniazda, zaś maleństwo żałośnie kwiląc potoczyło się po dachu i wpadło do poziomej, półotwartej rynny. Tata –gołąb i mama — gołąb były daleko. Sroka dopadła malucha w rynnie i zaczęła go zawzięcie dziobać. Nie zawsze trafiała w wijące się z bólu i trwogi ciałko. Felek słyszał coraz cichsze kwilenie i bębnienie dzioba o blachę. Chłopiec zerwał się z ławki i postanowił ratować pisklę. Podbiegł do ciężkiej drabiny i nadludzkim wysiłkiem dla chłopięcego ciała przystawił ją do ściany spichlerza. Zaczął się wspinać po szczeblach na ratunek ptaszęciu. Będąc już u szczytu drabiny, pośliznął się na wyrobionym szczeblu i upadł na ziemię. Uderzył głową o murawę i stracił przytomność…


**********

Nocą z 20 na 21 marca 1919 roku w jednym z gabinetów na Łubiance światło paliło się już tylko w gabinecie Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego.,,Krwawy Feliks”, lub,,Czerwony Feliks” — legendarny założyciel Nadzwyczajnej Wszechrosyjskiej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, potocznie zwanej CzeKą, lubił pracować do późna. Mógł wtedy wydać jeszcze wiele dodatkowych wyroków śmierci na wrogów rewolucji. Wzór do naśladowania przez wszystkich czekistów miał słabe zdrowie, wyniszczone latami spędzonymi na zsyłkach i w carskich więzieniach, jego czas mijał, a trzeba było jeszcze rozstrzelać tylu nieprzyjaciół bolszewików. Feliks spieszył się. Czasami miewał napadu duszności i zawroty głowy, to była pamiątka po upadku z drabiny, jakiego doświadczył w dzieciństwie. Właśnie podpisał rozkaz rozstrzelania pięciuset moskwian podejrzewanych o robotę kontrrewolucyjną i sprzyjanie białym. Jeden niepozorny podpis przedwcześnie postarzałego, wyniszczonego życiem bolszewickiego inkwizytora w jednym ułamku sekundy przekreślił los pięciuset istnień, spowodował nigdy niezabliźnioną ranę w pamięci tych, dla których tych pięciuset było ojcami, mężami, braćmi, synami….Feliks był ludojadem zza biurka, Torquemadą XX wieku, Robespierrem czerwonej rewolucji. Nierzadko lubił schodzić do podziemi wiezienia na Łubiance, gdzie więźniów badano i poddawano torturom. Patrzenie na wyrywanie paznokci, łamanie palców, przypiekanie palnikiem, miażdżenie jąder i inne okropieństwa sprawiało mu wielką satysfakcję. Nigdy nie miał koszmarów, zawsze spał spokojnie. Prawie w ogóle nie spożywał alkoholu, nie tłumił wyrzutów sumienia. Lubił patrzeć na egzekucję wrogów rewolucji. W takich momentach jego oczy trawiła gorączka rewolucyjna, biło z nich szaleństwo fanatyka przekonanego o słuszności swojej idei. Nierzadko w parze z tym pojawiał się ni to szyderczy, ni to żałosny uśmiech goszczący na bezzębnych ustach. Takiego Feliksa bali się jego podwładni, towarzysze nawykli do roboty rewolucyjnej, takiego Feliksa lękał się nawet sam wszechwładny Lenin, a Stalin zazdrościł mu złej sławy psa rewolucji. Jego praca była wymierna i napawała go dumą. Towarzysz Lenin wiedział komu powierzyć odpowiedzialne zadanie utworzenia tajnej policji politycznej na miarę nowych, wymagających poświęceń czasów. Feliks stworzył ją niemal od podstaw na podobieństwo swoich wyobrażeń. Tuż przed północą sekretarz Dzierżyńskiego przyniósł mu kolejną listę pięciuset więźniów przewidzianych do eliminacji. Feliks był już zmęczony i bez wczytywania się w nazwiska, odruchowo złożył podpis pod rozkazem nakazującym rozstrzelanie nieszczęśników, którzy pewnie i byli winni. W końcu towarzysz Dzierżyński wielokrotnie powtarzał swoim wychowankom — czekistom, iż nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani. Każdy, kto trafił w ręce towarzysza Feliksa prędzej, czy później wyznawał swoje grzechy, na nic zdawały się kajania, było już za późno. Młyny rewolucji mełły ludzkie losy i wypluwały tylko krwawe plewy. Towarzysz Feliks nie uznawał kary więzienia, nie wierzył w resocjalizację; był wielkim zwolennikiem profilaktyki w postaci rozstrzelania. Pewnego razu pewien konstruktor zaprezentował Dzierżyńskiemu swój wynalazek w postaci krzesła elektrycznego, które miało uśmiercać wrogów rewolucji w sposób humanitarny. Wynalazca spodziewał się nagrody ze strony arcyczekisty i w pewnym sensie jej dostąpił. Feliks Edmundowicz,,pozwolił” mu bowiem, a nawet,,zachęcił” do zaprezentowania tego śmiercionośnego urządzenia na sobie. Krzesło elektryczne zadziałało, lecz konstruktor nie mógł już zebrać laurów za swój wynalazek. Jego spalone częściowo zwłoki wrzucono do Newy. Około pierwszej w nocy Dzierżyński zamknął ostatnią sprawę i poprosił swojego sekretarza o pół szklanki ciepłego mleka przed snem, którą po kwadransie otrzymał. Po tym jak zamknęły się za nim drzwi gabinetu, Feliks podszedł do prostego żołnierskiego łóżka w koncie swojego gabinetu, sięgnął pod nie i wysunął ostrożnie mały kosz wyściełany sianem, na którym zwinięty w kłębek spał mały, stalowoszary kotek, który obudził się i wypił trochę ciepłego mleka. Feliks Edmundowicz położył się na wznak na łóżku, kotka ułożył na swej wątłej piersi, po czym przykrył ostrożnie wojskowym płaszczem, z którym nie rozstawał się od czasu opuszczenia więzienia w Butyrkach. Zwierzę ufnie przytuliło się do swego dobroczyńcy niczym do matki i oboje usnęli. Towarzysz Feliks Edmundowicz Dzierżyński zawsze bardzo kochał zwierzęta, ludzi już mniej… o wiele mniej…

Dawidek

Podchorąży Roman Czarnecki, jako syn przedwojennego działacza Komunistycznej Partii Polski, który udał się do Kraju Rad w 1937 roku i nigdy już nie powrócił; odnalazł się w powojennej Polsce Ludowej. W czasie wojny działał w niepopularnej na Zamojszczyźnie Armii Ludowej, był łącznikiem z oddziałami Batalionów Chłopskich. Po nastaniu Polski Lubelskiej wstąpił w szeregi Milicji Obywatelskiej, a jako młody człowiek o dużych ambicjach i zdolnościach wpadł w oko miejscowemu szefowi Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Hrubieszowie, który za,,zgodą” dotychczasowego przełożonego wcielił go do tej złowrogiej formacji. Praca była ciężka, brutalna, niebezpieczna i na wskroś niewdzięczna. Czasy były takie, że najpierw strzelano, a później zadawano pytania, trup ścielił się gęsto, funkcjonariuszy którzy polegli w walce z partyzantami podziemia zastępowali nowi, coraz młodsi i coraz bardziej brutalni. Wciąż groźni pozostawali także członkowie Ukraińskiej Powstańczej Armii, dobrze rozlokowani po okolicznych lasach i mający oparcie w miejscowej ludności ukraińskiej. W rzadkich, wolnych chwilach Romek z innymi UB-owcami spożywali litry wódki i rozpamiętywali krwawe epizody walk z reakcyjnym podziemiem. 10 kwietnia 1946 roku kapitan Muranow wezwał do siebie Czarneckiego oraz dwóch innych bezpieczniaków — kaprali: Jana Targonia i Zenona Matrasa. Podczas odprawy Komendant powierzył swoim podwładnym ciche,,zdjęcie” porucznika AK — Mariana Bykowskiego, który mieszkał we wsi Stefankowice. Partyzant miał być bez rozgłosu doprowadzony do siedziby UB w zabytkowym Dworku Du Chateu. Czarnecki jako dowódca grupy — człowiek ideologicznie poprawny, ukształtowany, syn starego komunisty -odpowiadał za powodzenie zadania. Mężczyźni dla niepoznaki ubrali się w mundury milicjantów. Grupa Romka wsiadła do Willisa i udała się trasą na Chełm do wsi Stefankowice. Chałupa zajmowana przez Bykowskiego znajdowała się na początku wsi, nie było potrzeby zagłębiania się w osadę, taki układ był bezpieczny dla Czarneckiego i jego ludzi. Bezpieczniacy nie spodziewali się, iż partyzant szkolony przez cicho — ciemnego instruktora z Anglii przygotuje im małą niespodziankę. Bykowski rankiem 11 kwietnia 1946 roku leżał jeszcze w łóżku, ale pod pierzyną trzymał niezawodnego Schmeisera. UB-owcy niefrasobliwie weszli wszyscy na raz do chaty zamieszkałej przez porucznika AK. W sieniach spotkali już krzątającą się jego matkę — Antoninę Bykowską, która zagadnięta o jedynaka wskazała na izbę na prawo od wejścia, po czym wyszła do obory, przebąkując coś, że syn niezdrów od dwóch dni i jeszcze leży, ale wkrótce może wstanie. Bykowski jak tylko zobaczył trzech milicjantów domyślił się celu wizyty oraz tego kim naprawdę są przybysze. Postanowił, że tanio skóry nie sprzeda. Trzymał Scheisera oburącz pod pierzyną. Bezpieczniacy niefrasobliwie zawiesili pepesze na ramionach, zaś nagany tkwiły w kaburach. UB-owcy nie raz brali udział w podobnych zatrzymaniach i nie zdarzyło im się, żeby ktoś stawiał wtedy opór, ludzi wówczas obezwładniała niemoc i cicha nadzieja, że wszystko skończy się dobrze, a nie kończyło się dobrze, bo ludzie ci po przejściu badania połączonego ze stosowaniem wzmocnionych metod przesłuchania trafiali z kulą w potylicy do bezimiennego grobu, gdzieś na odludziu. Bykowski był odważnym realistą, jego niemoc nie dopadła, nie miał też złudzeń co do celu wizyty. Jego jedyną nadzieją był szybki i zdecydowany atak. Wystrzelił serią do bezpieczniaków, kiedy wszyscy trzej znaleźli się na linii strzału. Najbardziej paskudnie oberwał Matras, który dostał aż cztery kule w brzuch i błyskawicznie się wykrwawił, Targoń także nie miał szczęścia, gdyż otrzymał postrzał, który rozerwał mu całkowicie lewe płuco i strzaskał kość udową. Obaj kaprale zginęli prawie jednocześnie. Romek miał najwięcej szczęścia, otrzymał tylko jeden postrzał, tuż pod lewym obojczykiem. Kula szczęśliwie ominęła serce i worek osierdziowy, przebiła tankę mięśniową, po czym wyszła przez plecy nad lewą łopatką. Żaden z bezpieczniaków nie zdążył zareagować i użyć broni. Czarnecki wypadł pospiesznie z tego strasznego domu i zaczął uciekać przed siebie, w pola, w kierunku lasu. Pomimo poważnej rany, zasilany adrenaliną, uciekał jakby gonił go sam diabeł, w którego zresztą, tak jak i w Boga nie wierzył. Bykowski także wypadł na zewnątrz i oddał jeszcze kilka strzałów za uciekającym, ale tego dnia żadna siła ziemska, czy też nieziemska nie była w stanie dogonić tej uciekającej w czystej postaci woli przeżycia jaką reprezentował Czarnecki. Romek dopadł ściany lasu i zagłębił się w niego jak dzieci wtulające się w ramiona dawno niewidzianych matek. Zmęczony, wykrwawiony, obolały, wciąż jeszcze w szoku, głodny i zziębnięty błąkał się po borze, aż pod wieczór udało mu się dotrzeć do stojącej samotnie pod lasem w okolicach wsi Moniatycze, niewielkiej chatki, z której komina wydobywał się aromatyczny, siwy dym.

*******

Dawidek Mendelstein w kwietniu 1946 roku nie powinien żyć. On nawet nie chciał żyć. Jego wychudzone ciałko 10 — latka trawiła powoli białaczka. Chłopiec straszliwie cierpiał. Był sierotą. Podczas likwidacji getta w Hrubieszowie w 1943, kiedy grupa Żydów, a w tym i jego rodzice: Szmul i Estera Mendelstein zostali przewiezieni na miejsce rozstrzelania pod Hrubieszowem, gdzie na polach znajdowały się rowy strzeleckie, które miały się stać grobem dla nich, chłopiec miał dużo szczęścia. Nie dosięgła go żadna kula wystrzelona przez Niemców. Matka przyjęła na siebie to ołowiane brzemię, osłoniła dziecko własnym ciałem i przykryła tak skutecznie, iż oprawcy nie dostrzegli malca. Gestapowcy udali się później do pracujących na pobliskich polach chłopów, ażeby wykorzystać ich do zasypywania dołów z zabitymi. Dawidek wykorzystał ten moment i wyczołgał się spod ciała jeszcze ciepłej matki, i uciekł w pobliskie krzaki. Po zasypaniu grobu i odjeździe Niemców dziecko błąkało się, aż dotarło do małej chaty stojącej samotnie pod lasem we wsi Moniatycze. Tam chłopiec spotkał czarownicę Lubę.

******

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 36.25