E-book
13.65
drukowana A5
15.96
drukowana A5
kolorowa
36.75
Opowieści z Krain Tunawalu

Bezpłatny fragment - Opowieści z Krain Tunawalu


5
Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8155-030-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 15.96
drukowana A5
kolorowa
za 36.75

Kochani Natalio, Sebastianie i Macieju!

Tę książkę dedykuję właśnie Wam.
Dziękuję za Wasze wsparcie.

Rozdział 1: Grota

Antek stał przed jaskinią. Wejście do niej zasłaniał duży głaz. Wystawało spod niego kilka ździebełek trawy, a za nim rozłożyła się wysoka pokrzywa. Mógł dostrzec gołym okiem, jak cień wokół głazu się przemieszcza. Po swojej prawej miał wysokie narzuty skalne, a pod nimi schowane było to kuszące wejście do jaskini. Słyszał od dziadków, że musi uważać. W pobliskich kniejach i pod rozgrzanymi kamieniami lubią chronić się żmije. A właśnie było bardzo gorąco. Antek miał sandały na nogach. Był szczuplutki, nie za wysoki i miał gęste, jasne, kręcone włosy.

Rozejrzał się dokładnie we wszystkie strony. Obok głazu leżał patyk. Pozostałość po jakimś uschniętym drzewku. Widział, jak rozgrzane powietrze drga w dali. W jaskini będzie chłodno. To przesądziło w ostateczności o tym, czy tam wejść. Gdzieś za nim rozległo się nawoływanie. „Antek! Antek! Gdzie jesteś?” To Krzysiek. Wraz z Michałem i Jackiem bawili się w chowanego. Jaskinia będzie też dobrym miejscem na skrytkę. Wszedł i zanurzył się w ciemną, chłodną pieczarę.

Antek stał przed jaskinią.

***

Krzysiek szukał swoich kolegów już od dłuższego czasu. Zniechęcił się, bo nie mógł znaleźć żadnego z nich. Ani Antka, ani Michała, ani Jacka! Nie chciał już dłużej szukać. — Antek! — wołał — Michał! Jacek! — żadnej odpowiedzi. Było mu gorąco. Miał ze sobą plecak, a w plecaku wodę. Postanowił się napić. Przysiadł na kamieniu. Po lewej rosły coraz rzadsze drzewa iglaste. Czuł zapach sosny. Brzozy wytyczały granicę chłodnego lasu, zza którego wyłaniały się jakieś skały. Podobno są tu jaskinie. Wujek mówił mu, żeby tam nie chodził. Ostrzegał go, że może się zgubić w labiryncie i że „nie wiadomo, co tam na człowieka czyha!” Podobno widuje się nad tymi skałami nocą jakieś dziwne światła. Tu też musi uważać, bo żmije chowają się przed tą gorączką i są strasznie rozdrażnione. Całe szczęście miał na sobie dobre buty trekkingowe. Napił się wody. Wyjął kanapkę. Wokół skakały wysoko świerszcze. Tuż obok żółtego kwiatka ciężko pracował bąk. Cała okolica była wypełniona żółtym światłem popołudniowego słońca. Tylko gdzie są Michał, Jacek i Antek? Krzysiek miał się właśnie podnieść z ciepłego kamienia, żeby dalej ich szukać, kiedy ktoś klepnął go w plecy. To był Michał.

— Hej! Jak długo tu siedzisz?

— Dość długo! Gdzie się podziewaliście?

— Właśnie chciałem zapytać cię o to samo — odpowiedział Michał i usiadł obok Krzyśka. Miał ok. 10 lat. Gęstą czarną czuprynę i ciemne oczy. Był też dość wysoki.

— Masz jeszcze kanapkę?

— Mam kilka batonów. Chcesz?

— Jasne! — powiedział Michał, po czym dostał od Krzyśka roztopionego czekoladowego batona.

— Tego nie da się jeść! — zbulwersował się Michał.

— Jak nie chcesz, to nie jedz!

— Cicho! — Michał podniósł do góry rękę. — Słyszysz?

— Co?

Krzysiek i Michał przez chwilę nasłuchiwali. Rzeczywiście. Krzysiek teraz też usłyszał. Nawoływanie sowy? Teraz? W gorące popołudnie?

Zza drzew wybiegł nieco niższy od Michała Jacek. Miał jasne włosy, spiczasty nos i krótką koszulkę z napisem „I dream about you!”.

— Siema!

— Nie wygłupiaj się! Wiedzieliśmy, że to ty! — powiedział od razu Michał.

— Akurat! Obserwowałem was trochę i wiem, że mieliście pietra!

— Nie wkręcaj sobie! — rzucił Krzysiek.

— To jak? Wracamy?

— No jeszcze musimy poszukać Antka.

— Może zawołamy go? W końcu wyjdzie gdzieś z krzaków albo z lasu.

„Antek! Antek! — wołali chłopcy, biegając drogą przy lesie, jednak bez rezultatu.

— Myślicie, że coś mu się stało? — zapytał zaniepokojony Krzysiek, który był zawsze bardzo odpowiedzialny, do wszystkiego przygotowany i pierwszy wyczuwał niebezpieczeństwo. Ten średniego wzrostu, rudy dziesięciolatek, spajał grupę.

— Ale co? — spytał niepewnie Jacek.

— Może ukąsiła go żmija? — dodał już nie na żarty wystraszony Michał.

— Spokojnie! — zaproponował Krzysiek. — Rozdzielimy się i poszukamy go. Dajmy sobie pół godziny. Jest już późne popołudnie. Jak ktoś znajdzie Antka, to będzie głośno wołał, a my przybiegniemy. Najwyżej po godzinie spotkamy się tu przy kamieniu. Wrócimy do domów i sprawdzimy, czy Antka już tam nie ma. Jak nie, to zgłosimy naszym rodzicom, że gdzieś się zgubił. Jasne?

— Jasne! — Chłopcy przybili sobie piątki.

***


Antek potrzebował trochę czasu, żeby jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności. W jaskini było chłodno. Odczuł ulgę, ale zaniepokoił go zapach. Trudno go określić, bo nic mu nie przypominał. Może jakaś wilgoć? Może to zapach jakiegoś zwierzęcia. Na tę myśl wzdrygnął się. Jeśli tu mieszkają niedźwiedzie albo wilki? Szedł wąskim korytarzem. Potykał się o wystające kamienie. Szedł, bo wydawało mu się, że w oddali widzi jakieś światełko. Było mdłe, ale widział je! Co to może być? Ciekawość pchała go przed siebie. Szedł w stronę światełka, które było coraz wyraźniejsze. Miał wrażenie, że schodzi coraz głębiej w dół. Nie wiedział, ile drogi już przeszedł, ale zdawało mu się, że niewiele. Jest tu może najwyżej piętnaście minut. Nie miał ze sobą zegarka, poza tym i tak w tej ciemności nie zobaczyłby godziny. Postanowił zaufać swojemu wewnętrznemu poczuciu czasu. Zrobiło się już dość chłodno. Jego krótki rękawek powoli przestał wystarczać. Przydałaby się jakaś bluza. Żałował, że nie miał ze sobą komórki. Mógłby sobie poświecić. Nie brał jej, bo tu i tak nie było w okolicy zasięgu, a poza tym wszyscy ostrzegali go, że może ją zgubić! Nikt jednak nie wpadł na pomysł, że mogłaby mu się przydać latarka z komórki! Niech to! — pomyślał. Szedł dalej.

***

Po około trzydziestu minutach chłopcy zaczęli schodzić się przy umówionym kamieniu. Krzysiek przyszedł zrezygnowany.

— I co? Macie coś?

— Nic a nic! — powiedział zmartwiony Michał.

— A może on poszedł tam? — Jacek wskazał palcem na skały wystające zza lasu.

— Tylko nie to! — powiedział Krzysiek. — Mój wujek ostrzegał mnie przed tymi jaskiniami. Podobno są tam labirynty nie do przejścia. Do tych jaskiń mogą wchodzić tylko profesjonalni grotołazi! Bez specjalnego sprzętu lepiej tam nie wchodźmy.

— Może nie wszedł głęboko? — zapytał Jacek.

— Może po prostu gdzieś tam jest przy tych skałach. Chodźmy i poszukajmy go bez wchodzenia do środka! — zaproponował Michał.

— Zgoda! — potwierdzili chłopcy i pobiegli w stronę grot.

***

Antek widział coraz jaśniejsze światło, ale nie mógł odkryć jego źródła. Szedł już długo i miał wrażenie, że oddala się od niego, miast się przybliżać. Korytarz był tutaj dość szeroki. Prąc naprzód, jedną ręką dotykał ściany. Musiał podnosić dość wysoko nogi w niektórych miejscach i omijać gęsto osadzone stalagmity. Urzeczony myślą o znalezieniu źródła światełka, a jednocześnie być może niezwykłych skarbów, którymi mógłby się pochwalić kolegom, nie zorientował się, że minęło już sporo czasu. Tak! — pomyślał. Chyba jednak zawróci i przyjdzie tu innym razem z Krzyśkiem, Michałem i Jackiem. Odwrócił się i poczuł gwałtowny podmuch wiatru. Zrobiło mu się zimno. Coś zawyło! To pewnie powietrze gwiżdże przez jakieś wąskie szczeliny. Tak przynajmniej chciał myśleć Antek. Zaczął iść z powrotem coraz szybciej. Trochę się potykał. Uderzył o coś głową! Kurczę blade! — głośno fuknął i miał wrażenie, że ktoś lub coś gdzieś za nim powiedziało to samo! — Blade! Blade! Blade!

***

Chłopcy przybiegli przed duży kamień, właściwie głaz zasłaniający wejście do pieczary. Jacek oparzył się pokrzywą i zaklął.

— Po coś tam właził!? — zapytał Michał.

— Chciałem zobaczyć, czy gdzieś tu nie leży Antek!

— Chłopaki! Spokój! Musimy sprawdzić na początku wejścia do jaskini. Poświecę sobie komórką i spróbuję go zawołać. Jeśli tam jest, to powinien usłyszeć — zakomenderował Krzysiek.

***


Antek przedzierał się, jak mu się wydawało, w stronę wyjścia. Nie był jednak do końca tego pewien. Nie pamiętał aż tak wysoko wystających stożkowatych słupów. Wnet poczuł, jak coś dotyka mu czupryny. Chwycił to instynktownie ręką. Na szczęście był to tylko jakiś skalny nawis. Uff! Pamiętał jednak, że sklepienie nie było aż tak nisko. Coś jest nie tak — pomyślał. Jest w tym miejscu po raz pierwszy. To nie było już ani przez chwilę śmieszne. Zgubił się! Antek zaczął się bać. Było ciemno, a on nie wiedział, gdzie jest. Od czasu do czasu coś błyszczało w różnych zakamarkach groty. Trwało to mikrosekundy. Może to diamenty? Jednak swojego światełka, które go tu przywiodło, już nie widział. Zniknęło. Nie miał wcale ochoty go już szukać. Chciał znaleźć drogę powrotną. Znów poczuł podmuch wiatru. Obok usłyszał coś jakby kapanie. Dotknął ręką zimnej, kamiennej ściany. Była wilgotna. To pewnie woda gdzieś kapie. Antek zatęsknił za mamą i tatą. Gdyby byli tu teraz z nim, nie musiałby się bać.

Znów coś usłyszał. To było jak… jak jakiś świst. Świst pochodzący od, jakby to nazwać, machających skrzydeł. Wielu skrzydeł! O nie! To chyba nietoperze. Skulił się szybko, uderzając kolanem o jakiś twardy kamień. Zabolało. Nad nim przelatywały, jak przypuszczał, miliony nietoperzy. To trwało całą wieczność. Nakrył się rękoma. Przykucnął bardziej. Kolano mocno bolało. Dotknął ręką. Zranił się dotkliwie, a z kolana ciekła krew. O nie! — pomyślał — chyba gdzieś słyszał, że nietoperze wampiry żywią się krwią. Jak ją wyczują, to się na niego rzucą. Łzy pociekły mu po policzkach. Siedział tak w bezruchu, aż ostatni nietoperz odleciał. Obok kapała z takim samym, monotonnym rytmem woda. Choć na chwilę zrobiło mu się ze strachu ciepło, to teraz na nowo odczuł chłód. Było mu już bardzo zimno. Przez chwilę pomyślał o lekcji polskiego. „Czy pani Kasia byłaby w stanie sobie wyobrazić kiedyś tę scenę?” Żałował, że wszedł do tej jaskini. Nie przewidział, że się zgubi. Musi coś zrobić. Nie może tu tak po prostu siedzieć i czekać. Co zrobiłby Ulryk?

***

— To nietoperze! W nogi! — Chłopcy wybiegli z pieczary, a za nimi wyleciała czarna chmara jaskiniowych ssaków.

Krzysiek wszedł do środka pieczary. Zrobiło mu się przyjemnie chłodno. Nie chciał iść dalej. Pamiętał, co mówił mu jego wujek.

— Antek! Antek! Jesteś tam? — zawołał. Odpowiedziało mu jedynie echo. „Tam! Am! Am!”. Poczuł podmuch wiatru z wewnątrz. Wzdrygnął się. Nagle wpadli do jaskini Jacek i Michał.

— I co?

— I co?

— Nic. Cisza.

— Może wcale go tam nie ma!

— Antek! Odezwij się, jeśli tam jesteś! — krzyknął Jacek, formując z dłoni tubę. Znowu odpowiedziało mu jedynie echo.

— Głupi jesteś! — odparował mu Michał. — A jeśli cię tam nie ma, to się nie odzywaj! — zawołał, parodiując Jacka. „Waj! Waj! Waj!” — pobrzmiewało jeszcze, kiedy…

— Cicho! Chłopaki! — podniósł rękę Krzysiek. — Słyszycie?

— Co?

— Co?

Zamilkli. Z oddali dochodził dziwny dźwięk. Coś jakby trzepot miliona skrzydeł. O nie! — krzyknął Krzysiek. — To nietoperze! W nogi! — Chłopcy wybiegli z pieczary, a za nimi wyleciała czarna chmara jaskiniowych ssaków.

***

Rozdział 2: Lekcja polskiego

Antek wraz z kolegami czekał na lekcję. To już czwarta godzina. Akurat miał polski, którego wręcz nie znosił. Pani Kasia, polonistka, miała przestarzałe poglądy i starodawne metody nauczania. Po polaku ma jeszcze angielski i najbardziej ulubioną lekcję — informatykę. Najgorszy jest czwartek. Ma wtedy aż dwa wf-y. Szczerze ich nie znosił. Pan Bartek wymagał, żeby biegali, skakali i dokładnie podawali piłkę. Ani jemu, ani kolegom nie szło to za dobrze. Sam nie rozumiał, dlaczego w grach komputerowych jest szybszy, zwinniejszy i ma niezły refleks. Niestety nie robiło to wrażenia na panu Bartku. W niektórych grach Antek był najlepszy i to w międzynarodowej społeczności! Dziś miał rozegrać bitwę z kosmitami. Będzie bronił fabryki amunicji, którą zbudował poprzednim razem. Zarobił, bo pomógł niejakiemu Denisowi z Irlandii obronić jego plantację naturalnych granatów. Teraz musi się obronić przed inwazją obcych i wyprodukować tyle broni, ile się da. Potem, jak już zarobi, rozbuduje swoją flotę wojenną i ruszy na podbój pobliskich księżyców.

Pod ścianą siedziały dziewczyny. Krysia i Tosia. Czytały książki. No tak! Przypomniał sobie. Pani Kasia zadała na dzisiaj fragment książki. To chyba były „Opowieści z Krain Tunawalu”. Niech to! Nic nie przeczytał. Wciąż nie rozumiał, dlaczego ma czytać książkę, skoro może obejrzeć film. Antek nie lubił czytać, zresztą tak samo, jak jego koledzy.

Filip i Tomek, obok których siedział na pufach, grali właśnie w Allien Wars. Antek poszukał w telefonie filmu „Opowieści z Krain Tunawalu”. Znalazł go w Internecie. Dziś wszystko można znaleźć w Internecie. Wypożyczanie książek jest przeżytkiem. Nie jest zgodne z duchem czasu. Spojrzał jeszcze raz na dziewczyny. Po co marnować przerwę na czytanie książek!

Dzwonek zasygnalizował koniec przerwy. Pani Kasia z dużą torbą, wypchaną zeszytami i książkami, schodziła ze schodów. Ona nigdy się nie spóźnia. Weszli do klasy. Każdy usiadł na swoim miejscu. Koledzy schowali tablety do plecaków. Pani Kasia zajęła miejsce przy biurku, przywitała się bardzo szerokim i serdecznym uśmiechem. Miała przyduże, czarne i okrągłe okulary, śmieszną grzywkę, opadającą jej aż na oczy, całkowicie zasłaniając czoło. Sam ubiór był jakiś taki niewspółczesny. Brązowa spódniczka po kostki i brązowa bluzeczka z białym kołnierzykiem. A ten jej prostoduszny uśmiech! O rany! — pomyślał Antek. „Ona w ogóle nie kuma, że nikt jej nie lubi!”. Pani Kasia wyjęła ze swojej wielkiej brązowej torby książkę w twardej oprawie. Tak! To były te nieszczęsne „Opowieści z Krain Tunawalu”.

— Przeczytaliście? — spytała, unosząc do góry książkę. Uśmiechała się przy tym „tak naiwnie” — pomyślał Antek.

— Tak! Świetna książka, proszę pani — powiedziała Krysia. (Lizuska — pomyślał o niej Antek).

Ktoś jeszcze dodał, że to dobra powieść. Antek i koledzy spuścili wzrok. Pani Kasia nie przestała się uśmiechać. Otworzyła książkę. Na kolorowej okładce widniało wznoszące się na wzgórzu miasto, otoczone murami.

— Wiem, że nie wszyscy z was lubią książki… — próbowała dokończyć zdanie nauczycielka.

— Nikt! Nikt nie lubi czytać książek! — przerwał jej Kuba.

— Ja lubię! — zaprotestowała Krysia.

— Ja też lubię! — dodała Marcysia, przychodząc jej w sukurs.

— Nie chcę was zmuszać do czytania.

— Ale zmusza pani, zadając nam fragmenty do przeczytania — odrzekł szybko Antek.

— Właśnie! — wtórował mu Andrzej.

— Nie przesadzaj! Jak nie chcesz czytać, to nikt nie może cię zmusić! — skomentował Hubert.

— Co wy na to, żebym sama przeczytała wam zadany fragment? — zaproponowała pani Kasia.

— Nudy!

— Nudy! — zawołali chłopcy.

— Wcale nie! — zaprotestowały dziewczyny.

— Lepsze to niż czytanie samemu! — dodał Hubert.

— Zamknijcie oczy i odprężcie się. Postarajcie wyobrazić sobie sceny, o których będę wam czytała.

— Przecież to niemożliwe! — nie dawał za wygraną Antek.

— Jest możliwe! — przyszła z pomocą pani Kasi Marcysia. — Kiedy czytam, widzę postaci, miejsca, czuję, jak wieje wiatr, a nawet jak coś pachnie.

— Nie żartuj! Pewnie też widzisz w nocy duchy! — zaśmiał się Kacper, a za nim pozostali chłopcy.

— A ty Kacper? Jak jest z twoją wyobraźnią? — zapytała pani Kasia.

— Szkoda czasu! On nie ma żadnej wyobraźni! — skwitował Krzysiek, który jednocześnie rzucił ze swojego miejsca zmiętą kartkę papieru do kosza na śmieci. Po klasie znów rozprzestrzenił się śmiech.

— Nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego podczas czytania książki. Dla mnie to nudne. Ślizgam się jedynie wzrokiem po literach. Potrafię je złożyć. Coś tam rozumiem, ale nie widzę tych wszystkich scen i rzeczy, o których mówiła Marcysia — polemizował dalej Kacper.

— Chcesz przez to powiedzieć, że nigdy niczego sobie nie wyobrażałeś?

— Wolę konkrety. Jak coś widzę, to widzę. Kropka. Uważam, że filmy i gry komputerowe są najlepsze. Można się tam wszystkiego dowiedzieć o najważniejszych bohaterach i niczego nie trzeba sobie wyobrażać. Dzisiejsze grafiki są w dechę!

— Pewnie! — potwierdził któryś z chłopców.

— No jasne! Tak jak w Alien Invasion 3 — dodał jeszcze inny.

— E tam! Alien Contact jedynka jest według mnie najlepsza! — odezwał się Filip.

— A czy miewacie sny? — zapytała pani Kasia.

— Sny? A co to ma do rzeczy? — spytał zdziwiony Kacper.

— No właśnie! — rozbudziła się Monika. — Sny! Właśnie miałam ciekawy sen — klasa zaniosła się znów śmiechem.

Krzysiek nie trafił do kosza tym razem. Pani Kasia szybko zgniotła jakąś zapisaną kartkę papieru i rzuciła ze swojego miejsca. Trafiła za pierwszym razem. Krzysiek się zawstydził. Klasa biła brawo.

— Ja tego nie ogarniam — kontynuował dyskusję Kacper. Co ma sen do wyobrażania sobie czegoś podczas czytania?

— Sen nie jest prawdziwy. Wszystko, co w nim widzisz i słyszysz, dzieje się tylko w twojej głowie. Kumasz? — wyjaśnił Hubert.

— I to ma znaczyć, że tak samo jest z książkami podczas czytania?

— Tak! Zdecydowanie to chciała powiedzieć pani Kasia — skwitowała Krysia.


Polonistka usiadła na biurku i wyszukała zadany fragment.

„… Ulryk mknął przez rozłogi i lasy. Zostawiał za sobą ukwiecone łąki i pola pokryte złocistym korakanem. Mijał bory i rozległe błonia. Jego kary rumak niósł go na wyżyny i przecinał doliny. Przemykał obok skrzących się w świetle popołudniowego słońca modrych jezior. Ulryk cieszył się, że nie musi gnać w pełnej zbroi, a jedynie w lnianej koszuli przewiązanej skórzanym pasem i w spodniach. Jedynie z tego się cieszył, bowiem wieści, które ze sobą wiózł do zamku Tunawal, były zatrważające.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 15.96
drukowana A5
kolorowa
za 36.75