E-book
9.69
drukowana A5
53.25
Opowieści z Kaalen

Bezpłatny fragment - Opowieści z Kaalen


Objętość:
439 str.
ISBN:
978-83-8189-728-0
E-book
za 9.69
drukowana A5
za 53.25

„Perspektywa patrzenia na świat zależy od tego, skąd człowiek się wywodzi”

Joele Naftali, królewski mapownik.

„Niezależnie od wszystkiego, Kaalen jest zawsze w samym środku”

Salomen Dapirai, gwałciciel i morderca.

„Gdyby spojrzeć na mapę, jako na wierny portret znanego nam świata, Kaalen znajdowałoby się rzeczywiście w samym jego środku. Kraina ta otoczona jest od północy i zachodu kolejno: pustynią, górami i morzem, za którymi znajdują się krainy północne Esitanii, od południa natomiast otaczają ją LLiiria oraz kraina Rozpelle, zwana przez zawistnych kozim zadkiem — głównie z uwagi na swój anachroniczny ustrój polityczny oraz znikomą ilość ośrodków cywilizacji w niej się znajdujących. Od strony wschodniej świat odgraniczają od Kaalen góry, przez które lepiej było w dawnych czasach nie chodzić — większość więc nie chodziła i stąd na mapach za wschodnimi górami Kaalen nie ma nic. Oczywiście wszystkie powyższe tezy można postawić tylko jeżeli zawierzy się mapom tworzonym przez ograniczone stworzenia: Nuite twierdzą bowiem, że środek świata jest w każdym siedliszczu Nuite i to od niego należy zaczynać rysowanie wszelkich map, gdyż w innym wypadku nie mają one sensu, Cedruny natomiast są zdania, że rysowanie map nie ma sensu, ponieważ i tak pląsamy po płomieniach.”

Nilf Nansen, „Historia mapownictwa”

Gdyby chodziło o wzrost czy budowę ciała, Saar Hagen nie wyróżniałby się zbytnio spośród przechodniów biegających jak oszalałe króliki po ulicach Randen. Tak jak oni był dość wysoki i dosyć smukły, tak jak oni nosił szeroki płaszcz i tak jak niektórzy z nich — starannie ukrywał pod nim miecz. Tym, co wyróżniało go spośród mieszkańców Randen i sprawiało, że niejeden z nich przystawał, oglądał go od stóp do głów, po czym dyskretnie chuchał na lub pocierał umocowany w wierzchnim okryciu amulet chroniący przed złymi mocami, były jego włosy i twarz. Saar Hagen zwykle nie reagował na owe, uchybiające jego godności, odruchy, przyzwyczajony do tego, że na ulicach innych miast niż Randen można było zetknąć się z o wiele gorszym zachowaniem: można było także spotkać na nich strażników porządku miejskiego równie niezadowolonych z jego włosów i rysów twarzy, co wspomniani przechodnie. Z tego właśnie powodu, Saar Hagen bardzo starał się nie rzucać nikomu w oczy: zgodnie z panującym obyczajem włosy przykrywał zazwyczaj kawałkiem burej, modnej już chyba wyłącznie na południu tkaniny, starał się wychodzić tylko po zmroku i zwykle trzymał się bocznych ulic. Randen ostatecznie, choć na wszystkich mapach oznaczane było jako miasto — metropolia, znajdowało się w samym środku głębokiej prowincji, a odmieńcy i w ogóle wszystko, co wyglądało jak gdyby mogło być uchodźcą z Kaalen nie było w tym miejscu zbyt dobrze tolerowane. Nie to, żeby w Randen miały rację bytu w ogóle jakiekolwiek zamieszki, niepokoje czy chociażby niewłaściwe i niesympatyczne postawy względem wspomnianych istot prezentowane przez jego mieszkańców. Istoty takie — Saar Hagen rozmyślając niezobowiązująco na ten temat przygarbił się lekko, po czym szczelniej przykrył włosy połyskujące granatem spod burej i modnej szmaty — były witane przez reprezentantów miasta z sympatią i życzliwością, obsługiwane na lokalnych straganach przez pyzate i uśmiechnięte dziewuszki, znajdowały miejsce, w którym mogły się osiedlić, po czym — po kilku tygodniach — rozpływały się w przestrzeni tak, jakby nigdy nie istniały. A najlepsze w tym wszystkim było to — myślał dalej Cień sunąc niemal bezszelestnie pod ścianami starych i złowieszczo zapadniętych budynków — że po ich zniknięciu nikt nawet o nie nie zapytał. Ani o to, co też mogło się z nimi stać… ani o to, kim były.

Saar Hagen pokonał kilkoma szybkimi krokami pozostałą odległość dzielącą go od wejścia do gmachu stanowiącego główny cel jego wędrówki, całym ciężarem ciała oparł się na klamce i popchnął olbrzymie, drewniane wrota: zgodnie z jego oczekiwaniami drzwi ustąpiły dopiero po chwili, upewniwszy się, że istota, która na nie napiera nie ma złych zamiarów. „Klamka z emocenu” — pomyślał — „Proszę, proszę. Północ biednieje, południe się bogaci, skoro stać ich na taki zbytek”. Wszedł powoli do sieni niepozornego budynku, w każdej chwili oczekując dalszych szykan i kontroli ze strony jego właścicieli, nic takiego jednak nie nastąpiło. „Widocznie uznali, że sam emocen wystarczy” — skonstatował w myślach — „I powinien, patrząc na jego cenę, bo kosztuje więcej za garść niż tresowane szczenię maruny”. Zatrzymał się na chwilę, niezdecydowany — przed nim bowiem sień rozwidlała się w korytarz o wielu ukośnych rozwidlenach. Jego wątpliwości, co do tego, w którą stronę należałoby się udać rozwiał głos nawołujący go z jednej z bocznych odnóg. Skręcił w nią i stanął przed olbrzymimi drzwiami, na których dziwne płaskorzeźby zdawały się poruszać i pulsować życiem. „Czarodzieje” — pomyślał z niesmakiem, patrząc na wibrujące energią drzwi — „zero gustu i dobrego smaku”. Wierzeje zaskrzypiały i same powoli otworzyły się przed nim na oścież — „Do tego jeszcze naiwni, jeśli myślą, że nie zauważyłem linki i mechanizmu” — pomyślał z rozbawieniem i wkroczył śmiałym krokiem do komnaty. Siedząca tyłem do niego w fotelu postać nie usłyszała ani nie zauważyła go jeszcze.

— Wnijdź Cieniu, nie obawiaj się — postać zachłysnęła się i nieumiejętnie rozkaszlała, starając się zamaskować przestrach wywołany nagłym pojawieniem się przed nią Saar Hagena — a, jesteś. To dobrze. Mam — zabytkowy czarodziej o trzęsących się dłoniach zawiesił na chwilę głos dla większego efektu, po czym kontynuował teatralnym głosem — mam dla ciebie misję. Zadanie.

Saar Hagen milczał, wpatrując się w starca swoimi błyszczącymi, granatowymi oczami i czekał, na to, co ów ma do powiedzenia, staruch jednak poczuł się chyba zażenowany ciszą i ponownie uderzył w pompatyczny ton.

— Nie znam cię Cieniu — wygiął pogardliwie wargi wypowiadając słowo Cień i Saar Hagen poczuł jak łuski na ukrytych pod płaszczem skrzydłach zaczynają mu sterczeć ze złości i uwierać w plecy — Nie wiem, czy jesteś równie dobry, co twój poprzednik, tuszę jednak, że nie przysłano by mi kogoś, kto nie wie wiele o ogniu walki, o …

— Do rzeczy — Saar Hagen przerwał mu spokojnym, monotonnym głosem, jaki zachowywał tylko dla ludzi — Co mam przynieść i ile mi za to zapłacisz?

Czarodziej, nieprzyzwyczajony widać do tego, że ktoś przerywa jego wypowiedź odął się tak, że niemal pękł zanim raczył odrzec cokolwiek. Gdy to uczynił, Saar Hagen chciał roześmiać mu się w twarz.

— Nie ma mowy — powiedział krótko — nie ma w ogóle o tym mowy. Jestem Cieniem, nie cielęciem i nie jestem głupi. Ale z czystej ciekawości powiedz mi jeszcze — powtórzył, kładąc silny nacisk na ostatnie zdanie — Ile byłbyś gotów za to zapłacić?

Dziesięć minut później, cięższy o trzy pokaźne sakiewki i dwa silne amulety Saar Hagen opuszczał niegościnny dla wszystkich poza czarodziejami, acz hojny nawet dla użytecznych przybłęd przybytek wiedzy tajemnej. „Jestem chciwy” — myślał, zły sam na siebie — „chciwy i głupi, a robią ze mną, co chcą. Ale, na wszystkie jagody wiecznego krzewu, taka masa pieniędzy, taka kupa sokołów i w połowie płatna z góry… Za coś takiego” — myślał dalej, maszerując pod górę głównego traktu Randen — „nie musiałbym robić nic, absolutnie nic przez trzy długie obroty wszystkich gwiazd. Zresztą zawsze” — rozumował dalej — „mogę zniknąć z tym, co wziąłem i nie wrócić”. Ale wtedy, nie byłoby już zleceniodawców, zadań ani stałego źródła zarobku, a — o czym Saar Hagen wiedział aż nadto dobrze — pieniądze potrafiły odlatywać w siną dal równie szybko, co ich skrzydlaci imiennicy.

***

Selene Ogare poruszała się szybko i pewnie, torując sobie drogę wśród przechodniów. Wielu z nich ustępowało jej miejsca; niektórzy znając jej stopień, a niektórzy — zauroczeni jej urodą. W niecałe dziesięć minut pokonała drogę pomiędzy domem cechowym, a drzwiami jej własnej sadyby: nie wytracając prędkości i sprężystości chodu nacisnęła klamkę i weszła do olbrzymiego hallu siedziby rodowej Ogare.

Złośliwi mówili, że ród Ogare zawdzięczał swoją nazwę i bogactwo umiejętności łaszenia się do każdego nowego łowczego, który trzymał napiętą kuszę, Selene opierając się na rodowych kalendarzach i pamiętnikach doszła jednak do wniosku, że stwierdzenie owo nie może być prawdą — a przynajmniej nie całą. Faktem było jednak, że dom, który Selene z niechęcią opisywała jako swój dom rodzinny, był najwspanialszym — i najlepiej wyposażonym — budynkiem w mieście, zaraz po domu cechowym czarodziei. Olbrzymie arrasy zwieszały się ze ścian hallu przyciągając wzrok gości świeżością barw i delikatnością splotu. Gdy podchodziło się do niektórych i wciągało powietrze w nozdrza, można było nawet jeszcze wyczuć zapach wyhaftowanych na nich kwiatów; co w kontekście tego, że arrasy miały po siedemset — osiemset lat, świadczyło dobitnie o kunszcie i pieczołowitości, z jakimi je wykonano. Na środku potężnej hali pysznił się olbrzymi, rzeźbiony, dębowy stół i to do niego w tamtej chwili Selene podeszła. Na jego blacie — błyszczącym jak najwspanialszy kryształ i odbijającym sufit niemal równie dobrze, co lustro, leżała para skórkowych rękawiczek i rzucona niedbale etola. Selene skrzywiła się. Porzucone w nieładzie rzeczy świadczyły o tym, że jej ciotka i opiekunka wróciła już do domu z dwudniowej wyprawy w sobie tylko wiadomych celach — i w sobie tylko wiadome miejsca.

— Witaj Selene — głos brzmiący echem srebrnego noża upadającego na podłogę dobiegł uszu czarodziejki — widzę, że wcześnie wracasz pod rodzinny dach z rady dorga. Nie omawiano żadnych ciekawych tematów?

— Witaj ciociu — Selene zdusiła w sobie irytację, jaką odczuwała za każdym razem, gdy słyszała krytyczny i wyniosły ton opiekunki — rada dzisiaj niestety nie odbyła się z powodu absencji mentora dorga. Jak minęła ci podróż?

— Jaka podróż Selene? — Ciotka roześmiała się dźwięcznie, szczęśliwa, że może przyłapać Selene na tym, że ta czegoś nie wie — Byłam w instytucie Bavenberga, przeprowadzaliśmy kilka istotnych eksperymentów z udziałem istot, które wymagały stałego nadzoru i kontroli. Zostawiłam ci informację u Hele.

A informacja ta dotarła do mnie jak zwykle z twoich ust, bowiem twoja wierna przyjaciółka Hele nie raczy swoich do mnie otworzyć po ostatnim incydencie… I przedostatnim też — cisnęło się na usta Selene, jednak zamiast tego powiedziała tylko:

— Najwyraźniej pani Hele była zbyt zajęta prowadzeniem nauki wśród najmłodszych adeptów, aby mnie o tym fakcie poinformować. Mam nadzieję, że eksperyment się powiódł?

Ciotka Selene roześmiała się perliście.

— Nie mógł się nie powieść — stwierdziła z dumą w głosie. Ciotka Selene, Baelinda Ogare była pewna w życiu wielu rzeczy. Jedną z nich, były jej własne umiejętności oraz wiedza — D’Zaj, wolontariusz pod koniec eksperymentu był w stanie przekazać pewną część swojej niespotykanej mocy biorcy — w tym wypadku mnie. Niestety, nadal nie udało się doprowadzić do przekazania całej energii, wiedzy i umiejętności i niezmiernie interesuje mnie, co by się wtedy stało. Cóż, nauka jest na takim poziomie zaawansowania, że być może już niedługo uda nam się tego dowiedzieć, Selene. Powiedz mi moja droga — ciotka przerwała na chwilę i przyjrzała się Selene uważnie, jak gdyby od odpowiedzi tej ostatniej zależeć miało, jeśli nie jej życie, to chociaż przyszła kariera — co robisz dziś wieczorem?

Selene ścierpła skóra na nadgarstkach jak zawsze, kiedy się denerwowała. Wiedziała jakie będą następne słowa ciotki, jako, że schemat jakim się porozumiewały implikował propozycję wzięcia udziału w jakimś śmiertelnie nudnym, towarzyskim przedsięwzięciu. Przez krótką chwilę Selene zastanawiała się, czy nie skłamać i nie powiedzieć, że ma już plany na ten (i przy okazji na wszystkie pozostałe) wieczory, wiedziała jednak, że ciotka doskonale wychwytuje wszelkie oznaki kłamstwa, i że jeśli ją, Selene na nim przyłapie, to nie da jej o tym zapomnieć przez najbliższe trzy miesiące. Dlatego też, starając się nadać swojemu głosowi pełne napięcia i oczekiwania brzmienie powiedziała:

— Nic szczególnego ciociu. Chciałam przeczytać kilka rozdziałów „Meandrów Sztuki”, Naftalego: chciałam też wybrać się na wieczorną przechadzkę, korzystając z tego, że właśnie jest pora kwitnienia bzu.

Ciotka uśmiechnęła się do niej promiennie. „Fałszywa baba” — pomyślała Selene z nagłą, nie wiadomo skąd biorącą się złością — „wiedziała, że nienawidzę tych bezsensownych spotkań”.

— Seleno, mam dla ciebie znakomitą propozycję alternatywną — ciotka mówiąc te słowa, przybrała pompatyczny ton — Dziś wieczorem, w domu Helitela Orneta będzie miała miejsce kolacja — doprawdy, w wyśmienitym towarzystwie. Otrzymałyśmy na nią oficjalne zaproszenie i chciałabym móc dać znać Helitelowi, że pojawimy się na niej we dwie.

Do mnie to zaproszenie nigdy nie dotarło — chciała powiedzieć Selene — jak wszystkie zaproszenia, które wyłapujesz i chowasz w przepastnych rękawach, wyciągając tylko te, które uznasz za potrzebne albo wystosowane przez właściwe osoby. Powiedziała jednak tylko:

— Ależ oczywiście, będzie to dla mnie najwyższa przyjemność. Jak sądzisz, czy suknia błękitno — granatowa jest właściwa na taką okazję?

***

Kolacja ciągnęła się tak, jak gdyby nigdy nie miała się skończyć. Zgodnie z oczekiwaniami i przewidywaniami Selene, jedzenie było okropne; za to każda, dosłownie każda nowa potrawa, musiała być okraszona soczystym przemówieniem i dedykacją — nierzadko złośliwą. Kiedy pan domu raczył zadedykować jej móżdżki w kokilkach, okraszając je niewybrednym komentarzem, iż ma nadzieję, że zawartość puszki mózgowej Selene jest po owych długich (zbyt długich — dobiegł jej uszu złośliwy szept z końca stołu) latach nauki większa objętościowo i mniej przypieczona — czemu towarzyszyły: gromki wybuch śmiechu z jakże celnego kawału oraz owacja wszystkich uczestników biesiady, czarodziejka poczuła, że nie wytrzyma w tym miejscu ani chwili dłużej. Odczekała grzecznie, aż zostanie podane ostatnie danie (malinowe puddingi w okrągłych, porcelanowych czaszach dedykowane pani Asten, która niebacznie założyła tego dnia mocno wydekoltowaną sukienkę), po czym, korzystając z zamieszania powstałego w związku z przejściem do hali gry, uchyliła potężne dębowe drzwi i wymknęła się na korytarz.

Selene planowała prześliznąć się poziom niżej, przejść korytarzem prowadzącym pod trotuarem na drugą stronę ulicy i wyjść w górnej bibliotece, w której — na co liczyła — nie będzie już o tej porze nikogo. „Posiedzę tam z pół godziny, poczytam, ochłonę, wrócę, pokażę się na dwadzieścia minut, znowu wrócę do biblioteki i tak ta nieszczęsna kolacja jakoś zleci” — rozumowała. Jak bardzo myliła się, co do przedziałów czasowych, które sobie wyznaczyła, miało się dopiero okazać.

Dom Helitela Orneta mógł nie być tak bogaty jak siedziba rodu Ogare, jeżeli chodziło o wystrój lub wyposażenie wnętrza, z pewnością jednak jego lokalizacja stanowiła coś, czego ciotka Selene mogła skrycie zazdrościć jego właścicielowi każdego dnia i każdej nocy — był to bowiem najlepiej położony, jeżeli chodzi o prestiż miejsca budynek w całym Randen. Stał on przy głównym trakcie komunikacyjnym miasta; od domu cechowego magów, wielkiej i mniejszej biblioteki oddzielony był jedynie ulicą i trotuarami, od wież laboratoriów alchemicznych zaś oraz — co nie mniej istotne — znakomitej restauracji specjalizującej się w podawaniu egzotycznych potraw — oddzielało go jedynie dwadzieścia metrów błękitnego i przezroczystego jak kryształ powietrza. Selene — oraz wszyscy pozostali mieszkańcy miasta — wiedzieli, że dom ów stanowił swego rodzaju nagrodę przyznaną któremuś z dawnych praprzodków Helitela Orneta za pewne usługi wyświadczone Wielkiej Radzie Niezawisłych — ugrupowaniu obecnie (według niektórych na szczęście) już nieistniejącemu. Ugrupowanie owo pragnęło dawnego Orneta jednocześnie nagrodzić prestiżową lokalizacją oraz mieć na oku i sprezentowało mu wspomnianą okazałą rezydencję, której korytarze Selene w tamtej chwili z taką prędkością przemierzała. Czy przodkowi Helitela odpowiadała lokalizacja i charakter nagrody, o tym kroniki nie wspominały, szybko zresztą po otrzymaniu owego wspaniałego podarunku zniknął on ze sceny politycznej i ekonomicznej (a także z oficjalnych kronik), a jego miejsce zajął jego syn — Randen, od którego imienia wzięło swoją nazwę całe miasto. On to nawiązał bardzo bliską współpracę z Wielką Radą Niezawisłych; jemu też niezliczone pokolenia adeptów, zdaniem przełożonych, winne były wdzięczność za powstanie wyższej biblioteki dostępnej dla początkujących. Przełożeni taktownie pomijali w swoich wypowiedziach oraz dziełach o nim traktujących niektóre mniej udane pomysły Randena, zganiając je na ciemnotę i ogólne zacofanie epoki; jednym z tych pomysłów była przykładowo eksterminacja wszystkich D’Zaj (pomysł w tamtym czasie dość karkołomny) jako zagrożenia dla „źródła wszechmocy”. Pomysł z biblioteką był dość prosty w swojej genezie — Randen bowiem, nie tyle chciał ułatwić początkującym dostęp do wiedzy, ile ograniczyć go w określonych kwestiach — pomysłowi temu zaś rada przyklasnęła gromko. Szczególnym problemem tamtego okresu przemawiającym zdecydowanie za wprowadzeniem idei Randena w życie był fakt, że w dolnej bibliotece nie przechowywano wyłącznie książek, ale także inne rozliczne artefakty najrozmaitszego pochodzenia, wciąż jeszcze nieoznaczone, niezbadane i często nieskategoryzowane, których tendencja do znikania — albo wręcz do wyrządzania krzywdy użytkownikom — była wprost proporcjonalna do wzrostu ilości odwiedzających dolną bibliotekę osób. Poza wspomnianymi, istniał jednakże jeszcze jeden, osobisty powód — o którym pamiętali dziś nieliczni — dla którego Randen podjął trud utworzenia małej biblioteki na górze. Dolna biblioteka, umiejscowiona była w olbrzymich jaskiniach wyrzeźbionych przez płynny, powietrzny sajenit (oraz prawdopodobnie D’Zaj) w skale, a zejścia do niej istniały dwa. Jedno znajdowało się od strony domu cechowego, przedłużeniem powstałym w późniejszym czasie łącząc go z małą biblioteką, drugie natomiast — o którym mało kto pamiętał współcześnie, i o którym w dawnych czasach nie wiedział nikt poza praszczurem Helitela oraz samą radą — znajdowało się pośrodku podziemnego korytarza wykutego w skale pod ulicą i łączącego bibliotekę z jego własnym domem. Szczególną cechą owego przejścia był fakt, że dawni rzemieślnicy wykonali je z mimikranu. Był to surowiec dziś już nieistniejący, który, odpowiednio wyrzeźbiony i przetworzony, potrafił naśladować każde inne podłoże, przy którym się znajdował. Osoba zatem, która stała naprzeciwko owych drzwi nie widziała ich, dopóki nie zostały otwarte. Tak więc Selene korzystająca z owego korytarza, po raz nie wiadomo który, stanęła zaskoczona i lekko zaniepokojona, kiedy okazało się, że w lewej ścianie, w której wykuta była jedna z licznych w skalnym korytarzu wnęk, zieją otworem wrota. Być może powinna była wtedy wysłuchać podszeptów rozsądku i minąć je tak, jak gdyby nic się nie stało i — tak jak powinien to uczynić każdy szanujący się czarodziej — poszukać informacji na ich temat w księdze lub kronice, prawdopodobnie trafiłaby wtedy na wzmiankę o drugim wejściu prowadzącym do biblioteki dolnej, jej ciekawość zostałaby zaspokojona i cała ta historia nie posiadałaby dalszego ciągu. Selene jednak — niestety lub na szczęście — rzadko słuchała podszeptów rozsądku kiedy zauważała coś, co ją zainteresowało. Przesuwając ręką po ścianie wymacała framugę drzwi wbitą w mur i szybko oszacowała jej wielkość oraz przypuszczalny wiek: zjawisko zainteresowało ją tym bardziej. Białe, marmurowe stopnie znajdujące się za drzwiami prowadziły w górę, po kilku krokach jednak Selene zorientowała się, że jest to iluzja, dodatkowo bardzo stara i miejscami zanikająca — spod prowadzących w górę schodów widziała bowiem skalisty, pokryty rozpadlinami chodnik biegnący krętym i wąskim szlakiem na wprost oraz nieco w dół. Selene wysiliła umysł i przebiła się przez resztki iluzji, po czym szła dalej, oświetlając sobie drogę mdłym światełkiem, które wparła tego samego dnia w wyjściowy diadem. Ponownie pogratulowała sobie tego pomysłu (ciotka określiła to mianem kiczu i bezguścia), po czym skoncentrowała się, iluzja bowiem stawała się znowu silniejsza (i jakby nowsza), zagłuszając coraz mocniej rzeczywistość i prezentując przed twarzą Selene nowe, wykonane ze zwykłego, okutego brązem drewna, drzwi. Selene widziała pod owymi drzwiami jakieś inne kształty, musiała jednak przystanąć i skupić się na kilka minut, zanim dostrzegła ich rzeczywistą naturę. Były to również drzwi, ale inne: stare, olbrzymie wrota, wykonane z drewna, na których nieznany i niepamiętany już przez nikogo artysta stworzył płaskorzeźby. Iluzja była bardzo realistycznie wykonana, a jej zniesienie wymagało tak olbrzymiej koncentracji, że Selene nie miała siły przyglądać się dokładniej owym małym dziełom sztuki snycerskiej, kiedy naciskała klamkę i otwierała je, widziała jednak, jak wyrzeźbiona na wysokości jej pasa głowa mruga oczami i lubieżnie wyciąga w jej stronę język. To tylko wzmogło jej ciekawość — żywe drzewo bowiem nie było wykorzystywane w budownictwie przez ponad dziewięćset lat z okładem, a dekretem konwencji z Lainen, z uwagi na fakt, że zostało ono jako gatunek zaliczone do istot świadomych i osób — wycofano je z listy surowców już ponad trzy tysiące lat temu. Fakt, że wierzeje, przed którymi stoi mają minimum dwa tysiące lat oznaczał zatem — jak Selene dobrze wiedziała — że to, co chronią musi być co najmniej równie stare. Selene z trudem popchnęła olbrzymie skrzydło prastarych drzwi — i znalazła się w ubikacji.

Iluzja była tutaj tak silna i tak nowa, że Selene miała poważny problem, żeby wogóle przekroczyć próg — ten bowiem, kto ją tworzył postarał się, aby stanowiła ona zaporę nie do przejścia. Toaleta zaprojektowana była na wzór tych, które budowano jakieś czterdzieści — pięćdziesiąt lat temu w domach uboższych mieszkańców Randen: wyłożone szkiełkami komórki bez żadnych okien, dodatkowych drzwi albo akwariów z rybami: w jej środku znajdował się sedes i to właściwie stanowiło całe jej wyposażenie. To nie ów widok jednak odrzucił Selene z powrotem za próg: ten kto stworzył ową iluzję postarał się bowiem, aby łazienka sprawiała wrażenie opuszczonej, zaniedbanej i nie wyczyszczonej od bardzo długiego czasu. I tak w powietrzu unosił się niesamowity fetor, po podłodze chodziły niewiadomej rasy stworzenia o sześciu nóżkach, a wszędzie — dosłownie wszędzie — leżały nieczystości. Każdy nie czarodziej, a także słaby lub początkujący czarodziej poddałby się na tym etapie swojej podróży, Selene jednak do słabych nie należała. Skoncentrowała się tak silnie, że poczuła osłabienie i tylko wspomnienie stopnia czystości podłogi, na której stała powstrzymało ją przed osunięciem się po framudze w dół. Koncentracja dała jednak efekty — pod wizją brudnej ściany znajdującej się naprzeciwko wejścia czarodziejka ujrzała kolejne drzwi — tym razem wykonane nie z żywego drzewa, ale z hebanu. Ruszyła w ich kierunku najszybciej jak tylko mogła, starając się utrzymać wizję rzeczywistości jak najbardziej realną, wiedziała bowiem, że jeżeli choć przez chwilę straci ją z oczu dotknie ręką brudnej, oblepionej dziwnymi substancjami ściany toalety — a tego nie chciała bardzo. Selene przekroczyła kolejny próg, pchnięte energicznie drzwi zamknęły się za nią bezszelestnie, po czym zniknęły, czarodziejka nie zwróciła jednak na to szczególnej uwagi: zaskoczona i nieco rozczarowana odkryciem stwierdziła bowiem, że znajduje się w dolnej bibliotece magicznej.

***

Saar Hagen płynął przez ciemność, która nie była ciemnością, ale powietrzem. Tak przynajmniej czuł, biegnąc najciszej i najszybciej jak potrafił przez labirynt korytarzy, z którego znana była mała biblioteka. Cień widział plany tego miejsca i domu cechowego, nie były one bowiem objęte żadną tajemnicą, wiedział jednak, że problemy pojawią się już w chwili, w której dostanie się do zejścia do biblioteki wielkiej — ta bowiem nie była uwzględniona w żadnych planach i przemierzając ją, mógł polegać jedynie na opisie drogi zapewnionym mu przez kaszlącego starucha, który owe zadanie mu zaproponował.

„Kiedy dostaniesz się już do wejścia, khe khe” — skrzeczał staruch — „pójdziesz nim w dół. Schody będą prowadziły cię w górę, ale tym się nie przejmuj, to zwykła iluzja, zresztą kiepska — raczej na potrzeby adeptów niż włamywaczy. Kiedy schody się skończą, trafisz do wielkiego hallu. Tam możesz spotkać kogoś spóźnionego, kto z biblioteki będzie korzystał albo strażnika — ludzkiego albo nie. Postaraj się, aby cię nie zauważył, a jeżeli już zauważy: ogłusz i zostaw w jakiejś wnęce. Z hallu prowadzi kilka korytarzy: ten, który cię interesuje, to jest ten za drzwiami, na których wyrzeźbiona jest głowa chimery: idź nim prosto, a trafisz do celu. Jak znaleźć to, co mnie interesuje, musisz dowiedzieć się sam”.

Saar Hagen nie powiedział ani słowa, skinął tylko głową, chociaż na usta cisnęło mu się wiele pytań: między innymi o to, jakie przeszkody, o których staruch nie wspomniał czekają go na tej drodze i dlaczego — jeżeli dotarcie do owej biblioteki miałoby być tak łatwe — staruch nie podprowadzi rzeczy, która go interesuje sam. Cień nie miał jednak w zwyczaju kwestionować warunków swojego źródła dochodu, a na tyle był pewny własnych umiejętności, aby wierzyć, że w razie gdyby sprawy potoczyły się źle, on sam dałby radę łatwo się wywinąć. Skręcił w jeden z korytarzy, o których pamiętał, że prowadzi on do zejścia na poziom dolnej biblioteki. Póki co, na swojej drodze nie spotkał nikogo ani niczego, co mogło mu przeszkodzić: aksamitna ciemność starych murów wydawała się niemal wymarła. Przed nim niewyraźnie zamajaczyły drzwi: dotarł do nich w ciągu kilku sekund, otworzył i ruszył iluzją schodów prowadzących pod górę, w dół, do biblioteki.

***

Selene rozejrzała się. Biblioteka oświetlona była dość słabo — zwaliste, stare regały wyglądały w półmroku jak uśpione olbrzymy. Czarodziejka ruszyła powoli do przodu, rozglądając się na boki. Lubiła dolną bibliotekę miedzy innymi dlatego, że można było tu znaleźć nie tylko książki, ale też magiczne przedmioty, do których nikt się nie przyznawał: czarodziejskie kryształy zmatowione ze starości, puzderka zrobione z materiałów, których do produkcji puzderek dawno się już nie używało, stare pergaminy zawierające przepisy na to jak zapobiec łysieniu albo rozliczenia między czarodziejami dotyczące ilości składników dekoktów, jakie jeden czarodziej był dłużny drugiemu. Wszystkie te przedmioty dawały złudzenie, że to, co działo się kilkaset lat temu, wciąż jeszcze toczy się gdzieś obok, w rzeczywistości: że wciąż ma znaczenie, bo znalazło miejsce pośród ksiąg. Wszystkie te artefakty w porządku próbowała utrzymać — jak wiedziała Selene — grupa odpowiedzialnych za to czarodziei wyższego stopnia, wydawało się jednak, że przedmioty owe żyją własnym życiem i przemieszczają się zgodnie z własną wolą. Czarodziejka zdecydowała, że skoro przypadek skierował ją w stronę tej, a nie wyższej biblioteki, skorzysta z okazji i poszpera po najdalszych regałach, do których dostęp zawsze był utrudniony — tak w kwestii przestrzennej jak i formalnej — dla wszystkich czarodziejów, z wyjątkiem tych najwyższych stopniem. Ruszyła w stronę owych regałów, po drodze przeglądając mijane półki, w poszukiwaniu ciekawych przedmiotów i interesujących ją tytułów książek.

***

Saar Hagen znalazł pierwszą nieścisłość w słowach kaszlącego starucha. Schody nie prowadziły do hallu — prowadziły do korytarza, który prowadził do hallu. A w owym korytarzu, w znudzonej pozycji siedział kwarcytowy gargulec zastygnięty podczas obgryzania paznokci.

***

Selene minęła ostatni regał przed środkiem sali, w którym znajdowały się miejsca do studiowania woluminów i stanęła zaskoczona. Przy jednym ze stołów ktoś siedział. Postać podniosła głowę i Selene poznała Aliele Sahareta: jednego z tych, którzy przez część czarodziei nazywani byli starymi wariatami, a przez inną określani byli jako mędrcy. „Co on tu robi o tej godzinie?” — zastanawiała się i do głowy natychmiast przyszła jej następna myśl — „Co ja mu powiem, że robię tu o tej godzinie?!”. Aliele Saharet zauważył ją i Selene widziała, że on również jest zaskoczony: skinął jednak głową i uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

— Jak widzę, nie tylko ja uznałem, że ta noc jest dobra na lekturę — zwrócił się do niej z miłym wyrazem twarzy — jakiej to wiedzy poszukujesz pani tak późną porą w tej piwnicy?

Selene lubiła Aliele Sahareta z kilku powodów. Po pierwsze nie był wyniosły, arogancki i dumny z własnych osiągnięć oraz jako jeden z nielicznych w czasie spotkań z adeptami nie opowiadał w kółko o technikach czarowania, ale ilustrował swoje opowieści wieloma przykładami z działań czarodziei oraz innych magicznych istot. Po drugie: był chyba jedyną znaną Selene osobą, która do wszystkich magów zwracała się w normalnej, zestandaryzowanej formie, nie dzieląc wypowiedzi na te skierowane do nad i do pod — rzędnych sobie osób — co Selene, która zawsze miała problemy z krasomówstwem, po prostu urzekało. Te dziwactwa nie przysparzały mu wielu przyjaciół — o to jednak Aliele Saharet zdawał się szczególnie nie dbać ani na to nie zauważać. Selene odwzajemniła uśmiech i zdecydowała się na szczerość.

— Wiedzy ogólnej — odrzekła — wymknęłam się z kolacji i postanowiłam poświęcić pół godziny, aby nie zmarnować wieczoru całkowicie — od razu, kiedy tylko te słowa wymknęły jej się z ust, przeklęła swój brak taktu i umiaru w ich dobieraniu, ale Aliele tylko się roześmiał.

— Bardzo słusznie — powiedział — zmarnowany wieczór to jedna z gorszych rzeczy jakie istnieją — poza zmarnowanym dniem. Jak ci się pani wogóle udało tutaj wejść? O ile wiem, biblioteka dziś właśnie zakupiła nowego nieszczęsnego gargulca, aby pilnował wejścia do tak niebezpiecznego miejsca, jakim jest ta jaskinia — zawiesił na chwilę głos i przyjrzał jej się uważnie — Ominęłaś go pani jakoś, czy przekonałaś, że musisz wejść?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.69
drukowana A5
za 53.25