E-book
6.83
drukowana A5
35.72
Opowieści z innych światów

Bezpłatny fragment - Opowieści z innych światów


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8126-250-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.72

Mojej żonie Monice

Od autora

Drogi czytelniku,

oddaję w Twoje ręce zbiór czterech opowiadań, które, mam nadzieję, spowolnią Cię na chwilę w gonitwie dnia codziennego. Rodziły się one etapami, podczas których nawiedzała mnie wena spisywania moich własnych fantazji. Tworzyłem niespiesznie, w swoim tempie, na luzie rzekłbym. Lubiłem to i traktowałem czysto hobbystyczne, a swoją twórczość kierowałem głównie do szuflady. Dopiero po jakimś czasie, za namową moich najbliższych, podjąłem decyzję o publikacji.

Wszystko zaczęło się w liceum. Miałem osiemnaście lat, a od matury dzielił mnie niespełna miesiąc. Zawalony stertą opracowań i nieustannie straszony przez nauczycieli, jak to matura zadecyduje o całym moim przyszłym życiu, stwierdziłem, że dość tych wygłupów. Uznałem, że czego miałem się nauczyć już się nauczyłem i nadszedł moment, by zrobić coś ambitniejszego. Pamiętam, jak podczas lekcji chemii siedziałem rozmarzony w ławce i obmyślałem scenariusz mojej pierwszej powieści, Superego. Po sali krążył głos nauczyciela, który nudził o węglowodorach, molach i kluczach odpowiedzi do testów, a ja byłem nieobecny. W wyobraźni toczyłem walki ze smokami i wędrowałem po stworzonym przeze mnie świecie. Analizowałem wszystkie jego szczegóły i spodobało mi się to. No dobrze, ale jaki właściwie był ten świat…?

Otóż jeśli szukasz powieści obyczajowych, przedstawiających zwykłe miejsca i zwykłych ludzi, to muszę Cię odesłać do innych tytułów. W moich historiach czerpię z gatunku fantasy, który od zawsze najbardziej mnie pociągał. Stworzone przeze mnie opowiadania są pełne nadnaturalnych zjawisk i chociaż należy je traktować odrębnie, to mają wiele powtarzających się motywów, co na pewno zauważysz. Pisząc, chciałem dać Ci poczucie poruszania się po jednym uniwersum ukazanym z różnej perspektywy. Mam nadzieję, że mi się udało. Jeśli nie, trudno! Owe powiązania są na tyle luźne i niezobowiązujące, że każda z tych historii powinna obronić się sama. Dla mnie najważniejsze było jednak to, aby światy, które przedstawiłem, były żywe i spersonifikowane. To właśnie one są głównymi bohaterami moich utworów.

Z kolei ich mieszkańców nakreśliłem w taki sposób, abyśmy i Ty, i ja mogli się z nimi utożsamić i odnaleźć w nich cząstkę nas samych. Przeżywają silne emocje, odkrywają własne wnętrza i poznają bolączki ludzkiej natury. Pytają także o rolę boga w ich własnym życiu. Czytając, prawdopodobnie zadasz sobie pytanie, czy jest to książka o mnie i czy przeżycia, które w niej opisuję są moimi własnymi, dlatego odpowiem Ci już teraz — absolutnie nie i oczywiście, że tak! Jest to książka o człowieku i jego miejscu w świecie, to książka o nas wszystkich, lecz o nikim konkretnie. Rycerskie walki, fantastyczne istoty i magia są tylko fasadą, za którą ukryłem to, co moim zdaniem najciekawsze — nas samych.

Tak więc, nie przeciągając, zapraszam Cię, czytelniku, do lektury i mam nadzieję, że choć trochę Ci się spodoba. Sobie natomiast, życzę, abyś sięgał po tę książkę z przyjemnością. Byłby to dla mnie chyba największy komplement, jaki mogę sobie wyobrazić.

Fałszywy bóg

I


Gdzie ja jestem…?

Moje ciało leży skulone pośrodku nieprzebytej ciemności. Jeszcze nigdy nie znajdowałem się w taki miejscu. Co ja tutaj robię? Mam wrażenie jakbym znajdował się w łonie i czekał na dzień swoich narodzin. Czuję ciepło. Tylko to jedno potrafię jak na razie jasno zdefiniować. Obrazy zawieszone przede mną nie dają mi spokoju, męczą mnie i torturują, a ja nie mogę się od nich uwolnić. Nie mogę zamknąć moich oczu. Staram się ze wszystkich sił, ale po prostu nie mogę. A może są zamknięte? Może mam przezroczyste powieki… Moje życie miga przede mną jak błyskawica. Setki… nie, tysiące scen i zdarzeń wbijają się w mój mózg w ułamku sekundy. Przypominam sobie wszystko w jednej chwili, całe życie w pojedynczym blasku światła. Dziwne… Wiem, że jeszcze się nie narodziłem, a widzę swoje życie w taki sposób, jakbym miał je już za sobą. A może widzę sceny z przyszłości? Czyżbym miał dar prorokowania? Znać swoje życie jeszcze przed narodzeniem… Ile to daje możliwości! Ile błędów można naprawić i ilu nieszczęściom zapobiec! Tylko, czy to aby na pewno takie łatwe? Mam wrażanie jakby i tak nie dano mi wyboru, a w każdym razie jeszcze nie teraz.

Nic z tego nie rozumiem, nic nie ma sensu. Widzę siebie górującego na tronach, a za chwilę zepchniętego w odmęty nicości. Otacza mnie wszechświat i marność zarazem.

I gdy tak leżę w tym łonie i jestem skrępowany jego ciasnymi ścianami, wnet mój umysł ulatuje nad tą formę i leci w przestworza, odkrywając niezbadane meandry kosmosu… Krążę po rozległym nieboskłonie, przemierzam nieskończony eter pozbawiony granic, przeszkód i barier. Otacza mnie chaos, a zarazem harmonia. Chwile są ulotne, a każde istnienie nie ma znaczenia, pojawia się jedynie jako przebłysk tlący się niewyraźnym żarem tylko po to, by zgasnąć równie szybko jak się pojawił. Każde zdarzenie toczy się echem w wieczności i nie wraca z powrotem, a nawet gdyby, to jego znaczenie i sens są kompletnie nieprzydatne. Bo jaką ma wartość jedno ziarnko piasku w obliczu pustyni, na której się znalazło? Jak ważna jest jedna, jedyna kropla wody w spienionych masach morza? Nic ona nie znaczy, bo nawet gdyby tej jednej kropli zabrakło, to czy morze wyschnie bez niej? Czy bez jednego ziarnka piasku pustynia stanie się mniej piaszczysta? Wszystko jest bytem i nicością zarazem…

Mknę nieustannie przed siebie, zostawiam wszystko za sobą, a jeszcze więcej na mnie czeka. I nigdy nie mam więcej za plecami od tego, co jawi się przede mną. I nigdy nie kręcę się w kółko. Płacz myli się z krzykiem, euforia z przygnębieniem i nic już nie jest takie jak było, niczego się nie da określić, ujarzmić, zrozumieć.

Rozmawiam z cudnym Księżycem i zazdroszczę mu jego wspaniałej, srebrzystej poświaty. Jest taki majestatyczny, taki kuszący! Chcę być równie cudny, lecz czy to możliwe? Księżyc chyba zna odpowiedź:

— Nie świecę moim własnym światłem, lecz odbitym. Miliony migoczących światełek przesuwają się po mnie. Mimo, że jestem tak jasny i błyszczący, to moje piękno przemija i jest niestałe. Nie skupiaj się na tym co pozorne, lecz patrz w głąb. Moje wnętrze jest martwe i zimne, nie pozwól żeby i ciebie spotkało coś podobnego.

Następnie widzę przed sobą wspaniałą gwiazdę, a jej blask przewyższa swą jasnością wszystko co kiedykolwiek jaśniało na świecie. Jest oślepiający, a jednak tak namiętnie działa na zmysły, że nie można oderwać od niego wzroku, nie można go zignorować… I słyszę jak gwiazda do mnie przemawia:

— Mój blask jest wspaniały, może dać życie lub przynieść śmierć. Nie ma nic potężniejszego od mocy mego światła, lecz moje dni są policzone. Ta jasność jest krótkotrwała, tak jak moje życie. Któregoś dnia ten żar wypali się, a ja zamienię się w popiół i już nigdy nie zaświecę na nowo. Żyjąc w wielkiej chwale i uwielbieniu szybko się skończysz. Świeć słabym, ale równym płomieniem i żyj długo, to jedyne wyjście, by się nie zatracić.

I gdy tak krążę w bezmiarze tego rozświetlonego eteru, coraz więcej z tych cudnych ciał niebieskich zaczyna gasnąć. Gwiazda za gwiazdą, księżyc za księżycem i planeta za planetą. Tak wiele rozmów odbyłem z nimi wszystkimi, że Wszechświat z kuli pełnej roztańczonych światełek zamienił się w opustoszałą, ciemną pustkę. Całe to światło zwiędło. To samo światło, które dawniej tak wesoło mrugało do mnie z oddali. Gdzie się ono podziało? Czy teraz jest ono we mnie…? I gdy w całej tej pustej i czarnej przestrzeni nie ostaje się ani jeden pojedynczy świetlik, w końcu i ja znikam. Zostawiam wszystko za sobą i wracam powtórnie do mojego ciepłego łona. I znowu czuję moje skulone ciało, skrępowane członki i miarowe, delikatne bicie mojego nienarodzonego serca.

Bez względu na to, co oznaczały te wszystkie sceny, jedno jest krystalicznie jasne i pewne — nic nie było przed tym, czego teraz doświadczam. To jest początek. Nie wiem czy z mojej podróży płynie jakaś nauka czy wiedza. Nie wiem czy będę ją pamiętał, czy też raczej zapomnę o niej z chwilą przyjścia na świat. Nie chcę teraz o tym myśleć. Podświadomie czuję, że i tak wcześniej czy później czeka mnie… katharsis.


II


Cisza na morzu. Łagodny wiatr szumi nerwowo pośród ciemnej nocy jakby nie wiedział skąd lub dokąd wieje, jakby zabłądził, a jego jedynym punktem odniesienia był jaśniejący Księżyc, którego odbicie mieni się w gładkiej tafli wody. Okręt buja się w rytmie spokojnych fal, rozmywających się delikatnie przy drewnianych burtach. Żagle są zwinięte, stoimy na zarzuconej kotwicy. Pod pokładem cała załoga śni dziesiątki snów, których rankiem z pewnością nie będzie pamiętać, a ja stoję na dziobie, upajając się ciszą uśpionego oceanu… Zapomniałem jak wygląda ląd odkąd wypłynęliśmy w tę wyprawę w nieznane, odkąd wydałem rozkaz odbicia od brzegu tyle miesięcy temu. Dziwne, ale na razie w ogóle za nim nie tęsknię, czuję się wspaniale na morzu, które mnie uspokaja i uczy pokory. Spoglądam w niebo, a blask milionów gwiazd wypełnia moje oczy i tkwi w nich jakby na stałe, jakby już nigdy nie miał z nich ulecieć. Tu jest tak pięknie!

Na morzu nie ma problemów ani zmartwień, nie ma jutra ani dnia wczorajszego, jest tylko tu i teraz. Tylko ja i mój okręt, który płynie przed siebie, przecinając jak nóż masy spienionych wód. Pchany siłą wiatru, którego podmuchy raz za razem łapie w wielkie żagle, zupełnie jak ptak w swoje szeroko rozpostarte skrzydła. Nie ma chyba większej wolności, której może człowiek zaznać niż ta, jakiej doświadcza dryfując przez bezkres cudownego morza. Zawsze uważałem, że morze jest drugim niebem rozłożonym pod naszymi stopami. Tego zawieszonego nad nami nigdy nie posmakujemy, nie dotkniemy, nie zanurzymy się w jego pięknie. Wszystko to można jednak zrobić w niebie, które rozpościera się teraz pode mną, a jest równie niezwykłe i majestatyczne, jak to przeznaczone jedynie ptakom.

I gdy tak upajam się błogim spokojem, nagle wiatr wzmaga się, a woda staje się niespokojna. Spoglądam w niebo. Czarne chmury jakby robiły mi na złość, zasłaniając piękny księżyc i rój migoczących gwiazd. Czy i ze mną jest podobnie? Cisza na morzu na przemian ze zbliżającym się sztormem… I tak w kółko, bez końca? Czuję się dziwnie. Mam wrażenie jakbym całe życie czegoś szukał, jakbym był wiecznie nieszczęśliwy lub raczej był szczęśliwy, ale nie w pełni. Poszukuję sensu życia, a gdy wreszcie zaczynam się do niego zbliżać, ten wymyka mi się. Mam wszystko, a często czuję się jak nędzarz. Uciekam na morze, by odnaleźć odpowiedzi na pytania, których nawet nie potrafię jasno sprecyzować. Także i tym razem moja pogoń za pełnym szczęściem spełzła na niczym. A więc jak zwykle czas zakończyć tułaczkę w nieznane, odłożyć na później metafizyczne dywagacje i wrócić do domu…

O, tak! Kraina pełna życia i sił witalnych, tryskająca harmonią i dostatkiem — oto jest przystań, do której dobijam zawsze i bez względu na okoliczności! Oto mój dom, który budowałem od samego początku. Moje królestwo już wkrótce przywita mnie po mojej długiej nieobecności… Ach, jak cudownie będzie tam wrócić! Wspaniały port pełen zacumowanych statków zaprosi mnie do siebie i ucieszy się z mojego powrotu. Za nim otworzą się bezkresne polany, lasy i strumienie, mieniąc się tęczą radosnych barw. Miasto pełne ludzi podniesie radosny krzyk na widok swego władcy. Ulice staną się ruchliwe, dwory zatętnią życiem, ogrody zazielenią się. Świątynie podziękują opatrzności i wzniosą ofiary. Moja rodzina i przyjaciele przywitają mnie z entuzjazmem i wydadzą przyjęcia na moją cześć. Mój przybytek i całe moje życie już na mnie czeka.

Tak więc nie ma czasu do stracenia! Wciągam kotwicę na pokład, mocno uderzam w dzwon i budzę załogę ze snu. W końcu rozwijam wielkie żagle, łapiąc w nie ten niespokojny i złowieszczy wiatr. I nagle, w tej wichurze, słyszę jakby szum nerwowych głosów. Jakby sam wiatr przemawiał do mnie, chcąc złamać moją duszę. Jest on jak odległy skowyt płynący znad lądu… Pełen złośliwych i przykrych podszeptów. Dzieje się coś złego…

— Do domu! — wołam do załogi. — Szybko, do domu!

I gdy tak płyniemy, wabieni tym gadającym, dzikim wiatrem, ja wciąż słyszę wyraźnie tylko jedno zdanie, które sączy on w moje uszy. Jedno, straszne zdanie, które nie ginie w tym potwornym huku huraganu: „domu już nie ma”.


III


W końcu dopływam do spalonego portu i dostrzegam, że cały mój świat legł w gruzach. Wszystko, co kochałem i na czym mi zależało przestało istnieć! Całą krainę ogarnęła ciemność… Ciężkie chmury zebrały się nad moim życiem, chmury tak gęste, że nie przepuszczają nawet małego promienia światła. Ogień strawił miasto, a z wielkich i majestatycznych budowli pozostały zgliszcza i opuszczone mury. Natura, niegdyś tętniąca życiem, obumarła. Nic z tego nie rozumiem, mam wrażenie jakbym został wyrwany z mojej cudownej rzeczywistości i brutalnie wrzucony w tą namiastkę życia.

Ten świat wydaje się o wiele starszy od tego, który pamiętam i o wiele bardziej naznaczony przez biegnący czas. Wszystko jest stare, zużyte… Czy ja przeniosłem się w czasie? Ileż lat musiało upłynąć, aby do tego wszystkiego doszło? Wiek? Milenium? Jeśli świat, z którego przybyłem był energicznym młodzieńcem, to ten, w którym się teraz znalazłem, jest zgrzybiałym starcem, który w swej ostatniej sekundzie wita się ze śmiercią. Tkwię pośrodku marazmu i beznadziei, i zadaję sobie pytanie dlaczego do tego doszło?

Ciężkie krople deszczu spadają z nocnego nieba. Zupełnie jakby sam Bóg zaniósł się szlochem i swymi łzami pragnął obmyć kataklizm, który spotkał tą ziemię. Moją ziemię.

— Czy jest tu ktoś?! — nawołuję, idąc przed siebie, ale znikąd nie uzyskuję odpowiedzi.

Miasto wygląda przerażająco. Cienie budynków i domostw przykrywają brukowane ulice, po których jako dziecko biegałem z przyjaciółmi. Gdzie się wszyscy podziali? Tak bardzo chciałbym, aby moje dawne życie powróciło, abym mógł znów cieszyć się spokojem i szczęściem. Zbliżam się do katedry, która niegdyś była cudem architektury. Teraz jest zniszczona przez czas, a jej posępny widok budzi we mnie wstręt. Kiedy do niej wchodzę, moją uwagę przykuwają ścienne malowidła, których nie było, kiedy panowałem nad tą krainą. To dziwne, skąd się tu wzięły? Przyglądam się im i próbuję zrozumieć ich sens, jednak bezskutecznie…

Ukazują one skrzydlatą postać, stojącą na szczycie wzniesienia. W ręku dzierży miecz, który jest tak wielki, że wydaje się niemożliwe, by ktokolwiek mógł go udźwignąć, a jednak… Poniżej wzniesienia leży morze martwych ciał ubranych w zbroje i hełmy. Przyjmują koszmarne, powykrzywiane pozycje, a ich blada i zniszczona skóra wzbudza we mnie odrazę. Ich liczebność jest wręcz przytłaczająca. Wyglądają jak poległa armia, sam nie wiem… Wydaje się jakby skrzydlata postać pokonała ich w bitwie. Wytężam swój umysł, lecz nie potrafię znaleźć żadnego wytłumaczenia na to, co dokładnie przedstawia owe malowidło. Jest w nim też coś, co nie pozwala mi odwrócić od niego oczu — jego piękno… Artyzm tego dzieła zapiera dech w piersiach, uderzając we mnie proporcją kształtów, paletą barw i niesłychaną nastrojowością, która mimo, że mroczna, to oddziałuje na zmysły i przejmująco trafia w serce.

Odchodzę od ściany i zbliżam się do ołtarza, a na nim, ku mojemu zdziwieniu, spoczywa grobowiec. Jego też tu nigdy nie było… Czytam napis na betonowej pokrywie, a jego treść zwala mnie z nóg: ”tu pogrzebano przyjaźń”. Nie wierzę! Padam na kolana i uderzam pięścią w pokrywę, jestem zrozpaczony.

Nagle wstaję wstrząśnięty. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem głos. Ktoś tu jest… Odwracam się i widzę widmo mojego najdroższego przyjaciela, mojego wiernego kompana na dobre i na złe. Oto stoi przede mną powiernik moich tajemnic i spowiednik mych grzechów. Najlepsza część mnie, jaka kiedykolwiek ujrzała światło dnia. Ten, który zawsze był wyrozumiały i zawsze stał u mego boku. Strach mnie paraliżuje, nie mogę się ruszyć.

— Czy ja straciłem zmysły, czy może rzeczywiście cię widzę? Ale jak to możliwe?! — podnoszę głos w narastającej panice i niedowierzaniu, nie mogę się powstrzymać.

— Przestań krzyczeć — mówi duch. — Na to jest już o wiele za późno. Teraz nastał czas płaczu. Uroń łzę i skrop nią tą popękaną ziemię, bo gorycz cierpienia i żalu stały się jej jedynym nawozem. Tylko lament unosi się teraz nad tym światem, lament i zgrzytanie zębów.

Jego słowa są tak niezrozumiałe, że mam wrażenie jakby mówił szyfrem. Wydaje mi się jakbym śnił i tylko czekam na moment, w którym rzeczywistość przeszyje mnie swoją lodowatą namacalnością, jednak nic takiego nie następuje. To się dzieje naprawdę!

— Nic z tego nie rozumiem… — zaczynam, ale zjawa przerywa mi.

— Więc otwórz swe oczy i rozejrzyj się, nadstaw swych uszu i słuchaj. Świat, który oglądasz spotkał kataklizm, Armagedon, który pewnego dnia spadł z nieba jak kometa i zmienił wszystko. To on uczynił całe królestwo tym pogorzeliskiem i siedliskiem śmierci. Było to wiele lat temu. W ciągu jednego, słonecznego dnia świat, jaki znasz odszedł w zapomnienie. Teraz wszystko wygląda tak, jak to miejsce. Jest cieniem swojej dawnej świetności.

Duch omiata przezroczystą ręką wnętrze zdewastowanej katedry, po czym spogląda na mnie swymi pustymi oczami, a ja dostrzegam w nich maleńką nutkę zatroskania. Uczucie dezorientacji sprawia, że nie jestem zdolny pochwycić ani tym bardziej zrozumieć choćby jednej myśli. Wir tych strasznych informacji żłobi bezdenną dziurę w moim umyśle. Będąc w takim stanie, jestem w stanie formułować pytania jedynie z pogranicza banału i śmiesznego kolokwializmu.

— Jak ja się tu znalazłem? — bełkoczę zakłopotany.

— Tego nie wiem, ale twoja obecność tutaj może być kluczem dla naszej umierającej krainy. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Ktoś musiał mieć jakiś powód w umieszczeniu cię w tym czasie. Nie staraj się więc zrozumieć w jaki sposób się tu znalazłeś, lecz raczej zastanów się jaki cel ma twoja obecność tutaj. Wszyscy jesteśmy skazani na wyroki naszego własnego losu, którego często nie rozumiemy, i od którego nie ma ucieczki. Zajrzyj w głąb tej krainy, a znajdziesz odpowiedzi. One wszystkie są tu dla ciebie wyłożone. Jedyne co musisz zrobić, to je odnaleźć.

Cóż to za absurd, w którego centrum się właśnie znalazłem?! Mam tak wiele pytań… Duch spogląda na moją zatroskaną twarz, i widząc na niej cierpienie głupca postanawia kontynuować.

— Jesteś tu, aby wypełnić swoje przeznaczenie i dać jemu świadectwo. To właśnie ono cię tu sprowadziło. Ono jest napędem życia i fundamentem wszelkiej egzystencji. Nie ma od niego ucieczki.

I nagle znika w ułamku sekundy, po prostu rozpływa się w powietrzu, a ja zostaję sam całkowicie otępiały. To, co mówił rezonuje mi w głowie jak echo i sprawia, że zaczynam tracić zdrowy rozsądek. Skoro ktoś celowo zafundował mi ową podróż w czasie, to na pewno uczynił to ku przestrodze… Być może chciał mnie ostrzec przed nadchodzącym nieszczęściem. Nic już nie rozumiem, władają mną zagubienie i niemoc.

Wychodząc z katedry i spoglądając na tą groteskową panoramę piekła, zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście cały mój świat jest skazany na tak koszmarny los? Uderza mnie też myśl, że ja sam jestem tylko pionkiem w jakiejś większej grze, pionkiem, który musi podążać ciągle w jednym kierunku, gdyż nie ma innego wyboru… Czy cokolwiek, czego doświadczam choć w małym stopniu zależy ode mnie? I gdy po raz kolejny nie znajduję żadnego rozwiązania, tajemniczy głos w mojej głowie mówi mi: „wolna wola to iluzja”.


IV


Błyskawice raz za razem przecinają granatowe niebo, kiedy kroczę przez to wszechobecne pogorzelisko, nie mogąc poskładać myśli w całość. Nie odróżniam dnia od nocy, czerń i szaruga wiszą nad ziemią, torturując ją swoim wypłowiałym szkaradztwem. Moje oczy powoli zapominają jak wygląda promień światła. Nachodzą mnie uczucia skrajnego przygnębienia i depresji, mam wrażenie jakbym zaraz miał polec w samym środku tego rozległego marazmu. Co mogło stać się instrumentem destrukcji świata, który pielęgnowałem z taką gorliwością i samozaparciem? A może całe to zło od samego początku drzemało gdzieś pod ziemią mojej krainy, czekając jedynie na odpowiedni moment, aby uderzyć z tak potężną i niszczycielską siłą? Jestem załamany… Tak wiele pytań chciałbym zadać, lecz nie mam do kogo. Tak wiele odpowiedzi chciałbym usłyszeć, lecz nie wiem, czy podołałbym brzemieniu, które by ze sobą niosły…

Wchodzę na prostokątny dziedziniec dworu królewskiego, a na jego środku dostrzegam wielki, kamienny posąg. Postać stoi w kontrapoście, przybierając wyniosłą pozę godną pana i władcy. Przecież to ja! Moje oblicze wyrzeźbione z jakże wielką precyzją i dokładnością! Władca zaklęty w jednej chwili, pełen patosu i niemalże poetyckiej harmonii. Jest czysty i nieskalany. Bije od niego mądrość i piękno młodego królewicza. Właśnie taki byłem… Lecz kto postawił ten pomnik…?

Moją uwagę przykuwa coś jeszcze — tajemniczy napis wyryty na cokole, na którym umieszczono rzeźbę. Jest on ułożony z nieznanych mi liter i symboli. Kolejna zagadka… I gdy nie jestem w stanie jej odczytać, wnet, jak na zawołanie, słyszę w głowie cichy głos, który tłumaczy mi ów osobliwy tekst: „największa ofiara ze wszystkich”. Co to znaczy? Te słowa zaciekawiają mnie i wpędzają w męczącą gonitwę domniemań i przypuszczeń…

Gdy przekraczam bramę mojego zamku, jego wnętrze godzi we mnie brzydotą trudną do zniesienia. Jest mi tym bardziej ciężko, gdyż pamiętam owe zamczysko jako wzór porządku i wyrafinowania, pełne kolorowych witraży w długich okiennicach, zadbanych salonów i rozjaśnionych korytarzy. Metamorfozy, które obserwuję, raz za razem rujnują moje serce, spychając je z każdą chwilą coraz bliżej emocjonalnej przepaści…

Wspinam się po wybrakowanych schodach, coraz wyżej i wyżej aż w końcu jestem… Otwieram drzwi do sali tronowej, a to, co jawi się moim oczom mrozi mi krew żyłach. W samym centrum pomieszczenia stoi tron zrobiony z ludzkich kości! Gołe piszczele i czaszki lśnią przerażająco, raniąc me oczy okrucieństwem i makabrą… To musi być tron jakiegoś nowego władcy tego świata, bezdusznego tyrana! Potwora! Być może była nim owa kreatura, którą widziałem na złowieszczym muralu… I wnet, po raz kolejny, trapi mnie to straszne uczucie kołatające gdzieś wewnątrz mnie, i nie dające mi spokoju — marzycielska i nierealna chęć cofnięcia tego wszystkiego, zmienienia biegu zdarzeń, które są tak okrutne. Jestem pewny, że właśnie po to się tu znalazłem — aby w jakiś sposób zapobiec temu szaleństwu, aby naprawić wszystkie te wyrządzone potworności. Przecież musi być jakaś ucieczka od tego, na co, jak widać, jest skazany mój wspaniały dom. Lecz jak to uczynić? Jak znaleźć sposób? Moja niewiedza mnie przygniata…


V


Postanawiam opuścić zamek i zapuścić się głębiej w odmęty tego mrocznego świata, który teraz stoi przede mną otworem i czeka aż spenetruję go swoją obecnością. Przemierzam zrujnowane miasto w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek, punktów zaczepienia, które pomogłyby mi odnaleźć się w tej nietypowej sytuacji. Wszystko na nic. Wokół mnie rozpościerają się jedynie zgliszcza niegdyś cudownego imperium. Nic nie jest takie jakie być powinno, wszystko jest zniekształcone, zdeformowane, inne. Strach mnie ogarnia, gdy patrzę na ten koszmar na jawie, a zwątpienie wkrada się w moje serce… Uczucia zagubienia i obcości przytłaczają mnie, nie umiem sobie poradzić z tym wszystkim. Nie wiem czy przeznaczenie, o którym mówiło widmo rzeczywiście istnieje i czy każdy jest na nie skazany już od momentu swego przyjścia na świat… A może jest to twór ludzkiej wyobraźni i fantazji, który przysłania nam dosadną prawdę o tym, że jesteśmy zdani tylko na siebie… Za każdym razem, gdy zaczynam dywagować na ten temat, mój mózg blokuje się niczym rozregulowany i zardzewiały mechanizm, dla którego zadanie, którego się podjął jest zbyt trudne i znacznie przekracza jego możliwości. W ostatecznym rozrachunku mogę mieć tylko nadzieję, że niektóre odpowiedzi znajdę w tej oazie śmierci i melancholii, że są głęboko schowane pod okryciem jej potworności i czekają bym w końcu je odnalazł.

Gdy porzucam mury królestwa i kieruję się w stronę gór, widok, który jawi się moim oczom przykuwa moją uwagę i niezmiernie mnie smuci… Dopiero teraz mogę w pełni dostrzec dramat, jakiego doświadczyła przyroda mojej krainy, mojego domu. Łąki, które dawniej były ubrane w tysiące kolorowych kwiatów, stały się jałowymi pustyniami odzianymi w przygnębiającą brzydotę. Lasy, niegdyś pełne zieleniących się drzew, teraz są drapieżnym buszem i norą ciemności, w którą bałbym się zapuszczać. Wody jezior wezbrały na skutek nigdy nie ustających opadów i pożarły okoliczne domostwa. Górskie strumyki przeobraziły się w dzikie rzeki, które pędząc na oślep wypadły ze swych koryt i wymyły tereny wokół siebie, kształtując je w sposób chaotyczny i niekontrolowany. Zwierzęta pochowały się do swoich nor lub wyginęły. Cała natura stanęła na krawędzi zagłady. Ciemność i rozpacz zakryła tę krainę, nie dając jej żadnych szans na przetrwanie.

Przybity i roztrzęsiony przemierzam owe tereny i z każdą chwilą coraz bardziej podupadam na duchu, w każdym miejscu pozostawiam cześć swojej zrozpaczonej duszy, cześć swego krwawiącego serca. Ziemia, którą ukochałem stała się bezwartościowym ścierwem. Jestem załamany…

I gdy tak kroczę przez drogi i ścieżki, których kształt i kierunek znacznie zmienił się od mi znanego w przeszłości, nagle pośród górskich masywów w odległej depresji porośniętej jałową roślinnością dostrzegam dziwną budowlę, którą widzę po raz pierwszy w życiu. Jest ledwo dostrzegalna. Drzewa i skały zasłaniają ją niemal z każdej strony. Zdawałoby się, jakby owa budowla łączyła się ze skałą, jakby w nią wchodziła albo częściowo z niej wystawała. Schodzę więc ze ścieżki i zmierzam szybkim krokiem w kierunku mojego odkrycia. Jest bardzo stromo i ślisko, więc dojście do stóp znaleziska zajmuje mi sporo czasu, ale w końcu jestem…

Widok budowli jest zachwycający, lecz jednocześnie napawa mnie jakimś niesprecyzowanym lękiem. Jest ona ukuta z litej skały… Jest wyrzeźbiona w skale! Czyje ręce byłyby w stanie stworzyć coś tak monumentalnego? Gdy tylko zbliżam się do olbrzymich kamiennych drzwi, te same otwierają się, jakby wyczuły moją obecność… A za nimi — ciemność… Nieprzeniknione i niezbadane wnętrze góry, do którego prowadzą. Przez chwilę waham się, lecz ciekawość bierze górę i po sekundzie stawiam pierwsze kroki we wnętrzu budowli. Gdy tylko przekraczam jej próg, drzwi nagle zamykają się za mną, grzebiąc mnie w nieskończonym mroku. Podekscytowany idę przed siebie, a pochodnie zawieszone na ścianach korytarza zapalają się jedna za drugą, wyznaczając mi kierunek. Tunel jest niezwykle obszerny, a jego długość wydaje się nieskończona… Co jakiś czas dochodzę do skrzyżowania i zastanawiam się, w którą skręcić stronę, lecz za każdym razem słyszę w głowie cichy głos: „tędy”, który każe mi podążać w określonym kierunku… Dziwnie się czuję, lecz ryzykuję i idę dalej przed siebie. Jakby zdany na intuicję, na instynkt… I ciągle nie mogę ogarnąć myślą tego miejsca. Kim są architekci czegoś tak niezwykłego? Moje oniemienie jest ogromne.

Czas mija, a ja wciąż pokonuje nieskończoną długość owego labiryntu, i gdy już zaczynam być znużony tą eskapadą w nieznane, nagle korytarz kończy się, stawiając mnie pośrodku ogromnej, podziemnej komnaty w kształcie koła. Jej cudowność wprawia mnie w oniemienie i porusza mnie do tego stopnia, że wpadam w rodzaj niekontrolowanej euforii i podniecenia. Momentalnie uderza mnie niewypowiedziany kontrast istnienia takiego piękna pośrodku zgorzkniałego świata zarażonego skrajną dekadencją. Komnata jest idealna, jest słodkim lekiem na to, czego musiałem wcześniej doświadczać. Wszystko, co się na nią składa jest takie piękne — wspaniała podłoga wykładana płytami z lśniącego marmuru, w której odbija się cudownie wyrzeźbiony sufit pełen migoczących żyrandoli i lampionów, ściany wykładane szlachetnymi kamieniami i zdobione freskami podobnymi do tych, które oglądałem w zrujnowanej katedrze… Te freski są namacalnym cudem…


Pierwszy fresk:


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.72