E-book
6.95
drukowana A5
35.72
Opowieści z innych światów

Bezpłatny fragment - Opowieści z innych światów


Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8126-250-7
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 35.72

Mojej żonie Monice

Od autora

Drogi czytelniku,

oddaję w Twoje ręce zbiór czterech opowiadań, które, mam nadzieję, spowolnią Cię na chwilę w gonitwie dnia codziennego. Rodziły się one etapami, podczas których nawiedzała mnie wena spisywania moich własnych fantazji. Tworzyłem niespiesznie, w swoim tempie, na luzie rzekłbym. Lubiłem to i traktowałem czysto hobbystyczne, a swoją twórczość kierowałem głównie do szuflady. Dopiero po jakimś czasie, za namową moich najbliższych, podjąłem decyzję o publikacji.

Wszystko zaczęło się w liceum. Miałem osiemnaście lat, a od matury dzielił mnie niespełna miesiąc. Zawalony stertą opracowań i nieustannie straszony przez nauczycieli, jak to matura zadecyduje o całym moim przyszłym życiu, stwierdziłem, że dość tych wygłupów. Uznałem, że czego miałem się nauczyć już się nauczyłem i nadszedł moment, by zrobić coś ambitniejszego. Pamiętam, jak podczas lekcji chemii siedziałem rozmarzony w ławce i obmyślałem scenariusz mojej pierwszej powieści, Superego. Po sali krążył głos nauczyciela, który nudził o węglowodorach, molach i kluczach odpowiedzi do testów, a ja byłem nieobecny. W wyobraźni toczyłem walki ze smokami i wędrowałem po stworzonym przeze mnie świecie. Analizowałem wszystkie jego szczegóły i spodobało mi się to. No dobrze, ale jaki właściwie był ten świat…?

Otóż jeśli szukasz powieści obyczajowych, przedstawiających zwykłe miejsca i zwykłych ludzi, to muszę Cię odesłać do innych tytułów. W moich historiach czerpię z gatunku fantasy, który od zawsze najbardziej mnie pociągał. Stworzone przeze mnie opowiadania są pełne nadnaturalnych zjawisk i chociaż należy je traktować odrębnie, to mają wiele powtarzających się motywów, co na pewno zauważysz. Pisząc, chciałem dać Ci poczucie poruszania się po jednym uniwersum ukazanym z różnej perspektywy. Mam nadzieję, że mi się udało. Jeśli nie, trudno! Owe powiązania są na tyle luźne i niezobowiązujące, że każda z tych historii powinna obronić się sama. Dla mnie najważniejsze było jednak to, aby światy, które przedstawiłem, były żywe i spersonifikowane. To właśnie one są głównymi bohaterami moich utworów.

Z kolei ich mieszkańców nakreśliłem w taki sposób, abyśmy i Ty, i ja mogli się z nimi utożsamić i odnaleźć w nich cząstkę nas samych. Przeżywają silne emocje, odkrywają własne wnętrza i poznają bolączki ludzkiej natury. Pytają także o rolę boga w ich własnym życiu. Czytając, prawdopodobnie zadasz sobie pytanie, czy jest to książka o mnie i czy przeżycia, które w niej opisuję są moimi własnymi, dlatego odpowiem Ci już teraz — absolutnie nie i oczywiście, że tak! Jest to książka o człowieku i jego miejscu w świecie, to książka o nas wszystkich, lecz o nikim konkretnie. Rycerskie walki, fantastyczne istoty i magia są tylko fasadą, za którą ukryłem to, co moim zdaniem najciekawsze — nas samych.

Tak więc, nie przeciągając, zapraszam Cię, czytelniku, do lektury i mam nadzieję, że choć trochę Ci się spodoba. Sobie natomiast, życzę, abyś sięgał po tę książkę z przyjemnością. Byłby to dla mnie chyba największy komplement, jaki mogę sobie wyobrazić.

Fałszywy bóg

I


Gdzie ja jestem…?

Moje ciało leży skulone pośrodku nieprzebytej ciemności. Jeszcze nigdy nie znajdowałem się w taki miejscu. Co ja tutaj robię? Mam wrażenie jakbym znajdował się w łonie i czekał na dzień swoich narodzin. Czuję ciepło. Tylko to jedno potrafię jak na razie jasno zdefiniować. Obrazy zawieszone przede mną nie dają mi spokoju, męczą mnie i torturują, a ja nie mogę się od nich uwolnić. Nie mogę zamknąć moich oczu. Staram się ze wszystkich sił, ale po prostu nie mogę. A może są zamknięte? Może mam przezroczyste powieki… Moje życie miga przede mną jak błyskawica. Setki… nie, tysiące scen i zdarzeń wbijają się w mój mózg w ułamku sekundy. Przypominam sobie wszystko w jednej chwili, całe życie w pojedynczym blasku światła. Dziwne… Wiem, że jeszcze się nie narodziłem, a widzę swoje życie w taki sposób, jakbym miał je już za sobą. A może widzę sceny z przyszłości? Czyżbym miał dar prorokowania? Znać swoje życie jeszcze przed narodzeniem… Ile to daje możliwości! Ile błędów można naprawić i ilu nieszczęściom zapobiec! Tylko, czy to aby na pewno takie łatwe? Mam wrażanie jakby i tak nie dano mi wyboru, a w każdym razie jeszcze nie teraz.

Nic z tego nie rozumiem, nic nie ma sensu. Widzę siebie górującego na tronach, a za chwilę zepchniętego w odmęty nicości. Otacza mnie wszechświat i marność zarazem.

I gdy tak leżę w tym łonie i jestem skrępowany jego ciasnymi ścianami, wnet mój umysł ulatuje nad tą formę i leci w przestworza, odkrywając niezbadane meandry kosmosu… Krążę po rozległym nieboskłonie, przemierzam nieskończony eter pozbawiony granic, przeszkód i barier. Otacza mnie chaos, a zarazem harmonia. Chwile są ulotne, a każde istnienie nie ma znaczenia, pojawia się jedynie jako przebłysk tlący się niewyraźnym żarem tylko po to, by zgasnąć równie szybko jak się pojawił. Każde zdarzenie toczy się echem w wieczności i nie wraca z powrotem, a nawet gdyby, to jego znaczenie i sens są kompletnie nieprzydatne. Bo jaką ma wartość jedno ziarnko piasku w obliczu pustyni, na której się znalazło? Jak ważna jest jedna, jedyna kropla wody w spienionych masach morza? Nic ona nie znaczy, bo nawet gdyby tej jednej kropli zabrakło, to czy morze wyschnie bez niej? Czy bez jednego ziarnka piasku pustynia stanie się mniej piaszczysta? Wszystko jest bytem i nicością zarazem…

Mknę nieustannie przed siebie, zostawiam wszystko za sobą, a jeszcze więcej na mnie czeka. I nigdy nie mam więcej za plecami od tego, co jawi się przede mną. I nigdy nie kręcę się w kółko. Płacz myli się z krzykiem, euforia z przygnębieniem i nic już nie jest takie jak było, niczego się nie da określić, ujarzmić, zrozumieć.

Rozmawiam z cudnym Księżycem i zazdroszczę mu jego wspaniałej, srebrzystej poświaty. Jest taki majestatyczny, taki kuszący! Chcę być równie cudny, lecz czy to możliwe? Księżyc chyba zna odpowiedź:

— Nie świecę moim własnym światłem, lecz odbitym. Miliony migoczących światełek przesuwają się po mnie. Mimo, że jestem tak jasny i błyszczący, to moje piękno przemija i jest niestałe. Nie skupiaj się na tym co pozorne, lecz patrz w głąb. Moje wnętrze jest martwe i zimne, nie pozwól żeby i ciebie spotkało coś podobnego.

Następnie widzę przed sobą wspaniałą gwiazdę, a jej blask przewyższa swą jasnością wszystko co kiedykolwiek jaśniało na świecie. Jest oślepiający, a jednak tak namiętnie działa na zmysły, że nie można oderwać od niego wzroku, nie można go zignorować… I słyszę jak gwiazda do mnie przemawia:

— Mój blask jest wspaniały, może dać życie lub przynieść śmierć. Nie ma nic potężniejszego od mocy mego światła, lecz moje dni są policzone. Ta jasność jest krótkotrwała, tak jak moje życie. Któregoś dnia ten żar wypali się, a ja zamienię się w popiół i już nigdy nie zaświecę na nowo. Żyjąc w wielkiej chwale i uwielbieniu szybko się skończysz. Świeć słabym, ale równym płomieniem i żyj długo, to jedyne wyjście, by się nie zatracić.

I gdy tak krążę w bezmiarze tego rozświetlonego eteru, coraz więcej z tych cudnych ciał niebieskich zaczyna gasnąć. Gwiazda za gwiazdą, księżyc za księżycem i planeta za planetą. Tak wiele rozmów odbyłem z nimi wszystkimi, że Wszechświat z kuli pełnej roztańczonych światełek zamienił się w opustoszałą, ciemną pustkę. Całe to światło zwiędło. To samo światło, które dawniej tak wesoło mrugało do mnie z oddali. Gdzie się ono podziało? Czy teraz jest ono we mnie…? I gdy w całej tej pustej i czarnej przestrzeni nie ostaje się ani jeden pojedynczy świetlik, w końcu i ja znikam. Zostawiam wszystko za sobą i wracam powtórnie do mojego ciepłego łona. I znowu czuję moje skulone ciało, skrępowane członki i miarowe, delikatne bicie mojego nienarodzonego serca.

Bez względu na to, co oznaczały te wszystkie sceny, jedno jest krystalicznie jasne i pewne — nic nie było przed tym, czego teraz doświadczam. To jest początek. Nie wiem czy z mojej podróży płynie jakaś nauka czy wiedza. Nie wiem czy będę ją pamiętał, czy też raczej zapomnę o niej z chwilą przyjścia na świat. Nie chcę teraz o tym myśleć. Podświadomie czuję, że i tak wcześniej czy później czeka mnie… katharsis.


II


Cisza na morzu. Łagodny wiatr szumi nerwowo pośród ciemnej nocy jakby nie wiedział skąd lub dokąd wieje, jakby zabłądził, a jego jedynym punktem odniesienia był jaśniejący Księżyc, którego odbicie mieni się w gładkiej tafli wody. Okręt buja się w rytmie spokojnych fal, rozmywających się delikatnie przy drewnianych burtach. Żagle są zwinięte, stoimy na zarzuconej kotwicy. Pod pokładem cała załoga śni dziesiątki snów, których rankiem z pewnością nie będzie pamiętać, a ja stoję na dziobie, upajając się ciszą uśpionego oceanu… Zapomniałem jak wygląda ląd odkąd wypłynęliśmy w tę wyprawę w nieznane, odkąd wydałem rozkaz odbicia od brzegu tyle miesięcy temu. Dziwne, ale na razie w ogóle za nim nie tęsknię, czuję się wspaniale na morzu, które mnie uspokaja i uczy pokory. Spoglądam w niebo, a blask milionów gwiazd wypełnia moje oczy i tkwi w nich jakby na stałe, jakby już nigdy nie miał z nich ulecieć. Tu jest tak pięknie!

Na morzu nie ma problemów ani zmartwień, nie ma jutra ani dnia wczorajszego, jest tylko tu i teraz. Tylko ja i mój okręt, który płynie przed siebie, przecinając jak nóż masy spienionych wód. Pchany siłą wiatru, którego podmuchy raz za razem łapie w wielkie żagle, zupełnie jak ptak w swoje szeroko rozpostarte skrzydła. Nie ma chyba większej wolności, której może człowiek zaznać niż ta, jakiej doświadcza dryfując przez bezkres cudownego morza. Zawsze uważałem, że morze jest drugim niebem rozłożonym pod naszymi stopami. Tego zawieszonego nad nami nigdy nie posmakujemy, nie dotkniemy, nie zanurzymy się w jego pięknie. Wszystko to można jednak zrobić w niebie, które rozpościera się teraz pode mną, a jest równie niezwykłe i majestatyczne, jak to przeznaczone jedynie ptakom.

I gdy tak upajam się błogim spokojem, nagle wiatr wzmaga się, a woda staje się niespokojna. Spoglądam w niebo. Czarne chmury jakby robiły mi na złość, zasłaniając piękny księżyc i rój migoczących gwiazd. Czy i ze mną jest podobnie? Cisza na morzu na przemian ze zbliżającym się sztormem… I tak w kółko, bez końca? Czuję się dziwnie. Mam wrażenie jakbym całe życie czegoś szukał, jakbym był wiecznie nieszczęśliwy lub raczej był szczęśliwy, ale nie w pełni. Poszukuję sensu życia, a gdy wreszcie zaczynam się do niego zbliżać, ten wymyka mi się. Mam wszystko, a często czuję się jak nędzarz. Uciekam na morze, by odnaleźć odpowiedzi na pytania, których nawet nie potrafię jasno sprecyzować. Także i tym razem moja pogoń za pełnym szczęściem spełzła na niczym. A więc jak zwykle czas zakończyć tułaczkę w nieznane, odłożyć na później metafizyczne dywagacje i wrócić do domu…

O, tak! Kraina pełna życia i sił witalnych, tryskająca harmonią i dostatkiem — oto jest przystań, do której dobijam zawsze i bez względu na okoliczności! Oto mój dom, który budowałem od samego początku. Moje królestwo już wkrótce przywita mnie po mojej długiej nieobecności… Ach, jak cudownie będzie tam wrócić! Wspaniały port pełen zacumowanych statków zaprosi mnie do siebie i ucieszy się z mojego powrotu. Za nim otworzą się bezkresne polany, lasy i strumienie, mieniąc się tęczą radosnych barw. Miasto pełne ludzi podniesie radosny krzyk na widok swego władcy. Ulice staną się ruchliwe, dwory zatętnią życiem, ogrody zazielenią się. Świątynie podziękują opatrzności i wzniosą ofiary. Moja rodzina i przyjaciele przywitają mnie z entuzjazmem i wydadzą przyjęcia na moją cześć. Mój przybytek i całe moje życie już na mnie czeka.

Tak więc nie ma czasu do stracenia! Wciągam kotwicę na pokład, mocno uderzam w dzwon i budzę załogę ze snu. W końcu rozwijam wielkie żagle, łapiąc w nie ten niespokojny i złowieszczy wiatr. I nagle, w tej wichurze, słyszę jakby szum nerwowych głosów. Jakby sam wiatr przemawiał do mnie, chcąc złamać moją duszę. Jest on jak odległy skowyt płynący znad lądu… Pełen złośliwych i przykrych podszeptów. Dzieje się coś złego…

— Do domu! — wołam do załogi. — Szybko, do domu!

I gdy tak płyniemy, wabieni tym gadającym, dzikim wiatrem, ja wciąż słyszę wyraźnie tylko jedno zdanie, które sączy on w moje uszy. Jedno, straszne zdanie, które nie ginie w tym potwornym huku huraganu: „domu już nie ma”.


III


W końcu dopływam do spalonego portu i dostrzegam, że cały mój świat legł w gruzach. Wszystko, co kochałem i na czym mi zależało przestało istnieć! Całą krainę ogarnęła ciemność… Ciężkie chmury zebrały się nad moim życiem, chmury tak gęste, że nie przepuszczają nawet małego promienia światła. Ogień strawił miasto, a z wielkich i majestatycznych budowli pozostały zgliszcza i opuszczone mury. Natura, niegdyś tętniąca życiem, obumarła. Nic z tego nie rozumiem, mam wrażenie jakbym został wyrwany z mojej cudownej rzeczywistości i brutalnie wrzucony w tą namiastkę życia.

Ten świat wydaje się o wiele starszy od tego, który pamiętam i o wiele bardziej naznaczony przez biegnący czas. Wszystko jest stare, zużyte… Czy ja przeniosłem się w czasie? Ileż lat musiało upłynąć, aby do tego wszystkiego doszło? Wiek? Milenium? Jeśli świat, z którego przybyłem był energicznym młodzieńcem, to ten, w którym się teraz znalazłem, jest zgrzybiałym starcem, który w swej ostatniej sekundzie wita się ze śmiercią. Tkwię pośrodku marazmu i beznadziei, i zadaję sobie pytanie dlaczego do tego doszło?

Ciężkie krople deszczu spadają z nocnego nieba. Zupełnie jakby sam Bóg zaniósł się szlochem i swymi łzami pragnął obmyć kataklizm, który spotkał tą ziemię. Moją ziemię.

— Czy jest tu ktoś?! — nawołuję, idąc przed siebie, ale znikąd nie uzyskuję odpowiedzi.

Miasto wygląda przerażająco. Cienie budynków i domostw przykrywają brukowane ulice, po których jako dziecko biegałem z przyjaciółmi. Gdzie się wszyscy podziali? Tak bardzo chciałbym, aby moje dawne życie powróciło, abym mógł znów cieszyć się spokojem i szczęściem. Zbliżam się do katedry, która niegdyś była cudem architektury. Teraz jest zniszczona przez czas, a jej posępny widok budzi we mnie wstręt. Kiedy do niej wchodzę, moją uwagę przykuwają ścienne malowidła, których nie było, kiedy panowałem nad tą krainą. To dziwne, skąd się tu wzięły? Przyglądam się im i próbuję zrozumieć ich sens, jednak bezskutecznie…

Ukazują one skrzydlatą postać, stojącą na szczycie wzniesienia. W ręku dzierży miecz, który jest tak wielki, że wydaje się niemożliwe, by ktokolwiek mógł go udźwignąć, a jednak… Poniżej wzniesienia leży morze martwych ciał ubranych w zbroje i hełmy. Przyjmują koszmarne, powykrzywiane pozycje, a ich blada i zniszczona skóra wzbudza we mnie odrazę. Ich liczebność jest wręcz przytłaczająca. Wyglądają jak poległa armia, sam nie wiem… Wydaje się jakby skrzydlata postać pokonała ich w bitwie. Wytężam swój umysł, lecz nie potrafię znaleźć żadnego wytłumaczenia na to, co dokładnie przedstawia owe malowidło. Jest w nim też coś, co nie pozwala mi odwrócić od niego oczu — jego piękno… Artyzm tego dzieła zapiera dech w piersiach, uderzając we mnie proporcją kształtów, paletą barw i niesłychaną nastrojowością, która mimo, że mroczna, to oddziałuje na zmysły i przejmująco trafia w serce.

Odchodzę od ściany i zbliżam się do ołtarza, a na nim, ku mojemu zdziwieniu, spoczywa grobowiec. Jego też tu nigdy nie było… Czytam napis na betonowej pokrywie, a jego treść zwala mnie z nóg: ”tu pogrzebano przyjaźń”. Nie wierzę! Padam na kolana i uderzam pięścią w pokrywę, jestem zrozpaczony.

Nagle wstaję wstrząśnięty. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem głos. Ktoś tu jest… Odwracam się i widzę widmo mojego najdroższego przyjaciela, mojego wiernego kompana na dobre i na złe. Oto stoi przede mną powiernik moich tajemnic i spowiednik mych grzechów. Najlepsza część mnie, jaka kiedykolwiek ujrzała światło dnia. Ten, który zawsze był wyrozumiały i zawsze stał u mego boku. Strach mnie paraliżuje, nie mogę się ruszyć.

— Czy ja straciłem zmysły, czy może rzeczywiście cię widzę? Ale jak to możliwe?! — podnoszę głos w narastającej panice i niedowierzaniu, nie mogę się powstrzymać.

— Przestań krzyczeć — mówi duch. — Na to jest już o wiele za późno. Teraz nastał czas płaczu. Uroń łzę i skrop nią tą popękaną ziemię, bo gorycz cierpienia i żalu stały się jej jedynym nawozem. Tylko lament unosi się teraz nad tym światem, lament i zgrzytanie zębów.

Jego słowa są tak niezrozumiałe, że mam wrażenie jakby mówił szyfrem. Wydaje mi się jakbym śnił i tylko czekam na moment, w którym rzeczywistość przeszyje mnie swoją lodowatą namacalnością, jednak nic takiego nie następuje. To się dzieje naprawdę!

— Nic z tego nie rozumiem… — zaczynam, ale zjawa przerywa mi.

— Więc otwórz swe oczy i rozejrzyj się, nadstaw swych uszu i słuchaj. Świat, który oglądasz spotkał kataklizm, Armagedon, który pewnego dnia spadł z nieba jak kometa i zmienił wszystko. To on uczynił całe królestwo tym pogorzeliskiem i siedliskiem śmierci. Było to wiele lat temu. W ciągu jednego, słonecznego dnia świat, jaki znasz odszedł w zapomnienie. Teraz wszystko wygląda tak, jak to miejsce. Jest cieniem swojej dawnej świetności.

Duch omiata przezroczystą ręką wnętrze zdewastowanej katedry, po czym spogląda na mnie swymi pustymi oczami, a ja dostrzegam w nich maleńką nutkę zatroskania. Uczucie dezorientacji sprawia, że nie jestem zdolny pochwycić ani tym bardziej zrozumieć choćby jednej myśli. Wir tych strasznych informacji żłobi bezdenną dziurę w moim umyśle. Będąc w takim stanie, jestem w stanie formułować pytania jedynie z pogranicza banału i śmiesznego kolokwializmu.

— Jak ja się tu znalazłem? — bełkoczę zakłopotany.

— Tego nie wiem, ale twoja obecność tutaj może być kluczem dla naszej umierającej krainy. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Ktoś musiał mieć jakiś powód w umieszczeniu cię w tym czasie. Nie staraj się więc zrozumieć w jaki sposób się tu znalazłeś, lecz raczej zastanów się jaki cel ma twoja obecność tutaj. Wszyscy jesteśmy skazani na wyroki naszego własnego losu, którego często nie rozumiemy, i od którego nie ma ucieczki. Zajrzyj w głąb tej krainy, a znajdziesz odpowiedzi. One wszystkie są tu dla ciebie wyłożone. Jedyne co musisz zrobić, to je odnaleźć.

Cóż to za absurd, w którego centrum się właśnie znalazłem?! Mam tak wiele pytań… Duch spogląda na moją zatroskaną twarz, i widząc na niej cierpienie głupca postanawia kontynuować.

— Jesteś tu, aby wypełnić swoje przeznaczenie i dać jemu świadectwo. To właśnie ono cię tu sprowadziło. Ono jest napędem życia i fundamentem wszelkiej egzystencji. Nie ma od niego ucieczki.

I nagle znika w ułamku sekundy, po prostu rozpływa się w powietrzu, a ja zostaję sam całkowicie otępiały. To, co mówił rezonuje mi w głowie jak echo i sprawia, że zaczynam tracić zdrowy rozsądek. Skoro ktoś celowo zafundował mi ową podróż w czasie, to na pewno uczynił to ku przestrodze… Być może chciał mnie ostrzec przed nadchodzącym nieszczęściem. Nic już nie rozumiem, władają mną zagubienie i niemoc.

Wychodząc z katedry i spoglądając na tą groteskową panoramę piekła, zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście cały mój świat jest skazany na tak koszmarny los? Uderza mnie też myśl, że ja sam jestem tylko pionkiem w jakiejś większej grze, pionkiem, który musi podążać ciągle w jednym kierunku, gdyż nie ma innego wyboru… Czy cokolwiek, czego doświadczam choć w małym stopniu zależy ode mnie? I gdy po raz kolejny nie znajduję żadnego rozwiązania, tajemniczy głos w mojej głowie mówi mi: „wolna wola to iluzja”.


IV


Błyskawice raz za razem przecinają granatowe niebo, kiedy kroczę przez to wszechobecne pogorzelisko, nie mogąc poskładać myśli w całość. Nie odróżniam dnia od nocy, czerń i szaruga wiszą nad ziemią, torturując ją swoim wypłowiałym szkaradztwem. Moje oczy powoli zapominają jak wygląda promień światła. Nachodzą mnie uczucia skrajnego przygnębienia i depresji, mam wrażenie jakbym zaraz miał polec w samym środku tego rozległego marazmu. Co mogło stać się instrumentem destrukcji świata, który pielęgnowałem z taką gorliwością i samozaparciem? A może całe to zło od samego początku drzemało gdzieś pod ziemią mojej krainy, czekając jedynie na odpowiedni moment, aby uderzyć z tak potężną i niszczycielską siłą? Jestem załamany… Tak wiele pytań chciałbym zadać, lecz nie mam do kogo. Tak wiele odpowiedzi chciałbym usłyszeć, lecz nie wiem, czy podołałbym brzemieniu, które by ze sobą niosły…

Wchodzę na prostokątny dziedziniec dworu królewskiego, a na jego środku dostrzegam wielki, kamienny posąg. Postać stoi w kontrapoście, przybierając wyniosłą pozę godną pana i władcy. Przecież to ja! Moje oblicze wyrzeźbione z jakże wielką precyzją i dokładnością! Władca zaklęty w jednej chwili, pełen patosu i niemalże poetyckiej harmonii. Jest czysty i nieskalany. Bije od niego mądrość i piękno młodego królewicza. Właśnie taki byłem… Lecz kto postawił ten pomnik…?

Moją uwagę przykuwa coś jeszcze — tajemniczy napis wyryty na cokole, na którym umieszczono rzeźbę. Jest on ułożony z nieznanych mi liter i symboli. Kolejna zagadka… I gdy nie jestem w stanie jej odczytać, wnet, jak na zawołanie, słyszę w głowie cichy głos, który tłumaczy mi ów osobliwy tekst: „największa ofiara ze wszystkich”. Co to znaczy? Te słowa zaciekawiają mnie i wpędzają w męczącą gonitwę domniemań i przypuszczeń…

Gdy przekraczam bramę mojego zamku, jego wnętrze godzi we mnie brzydotą trudną do zniesienia. Jest mi tym bardziej ciężko, gdyż pamiętam owe zamczysko jako wzór porządku i wyrafinowania, pełne kolorowych witraży w długich okiennicach, zadbanych salonów i rozjaśnionych korytarzy. Metamorfozy, które obserwuję, raz za razem rujnują moje serce, spychając je z każdą chwilą coraz bliżej emocjonalnej przepaści…

Wspinam się po wybrakowanych schodach, coraz wyżej i wyżej aż w końcu jestem… Otwieram drzwi do sali tronowej, a to, co jawi się moim oczom mrozi mi krew żyłach. W samym centrum pomieszczenia stoi tron zrobiony z ludzkich kości! Gołe piszczele i czaszki lśnią przerażająco, raniąc me oczy okrucieństwem i makabrą… To musi być tron jakiegoś nowego władcy tego świata, bezdusznego tyrana! Potwora! Być może była nim owa kreatura, którą widziałem na złowieszczym muralu… I wnet, po raz kolejny, trapi mnie to straszne uczucie kołatające gdzieś wewnątrz mnie, i nie dające mi spokoju — marzycielska i nierealna chęć cofnięcia tego wszystkiego, zmienienia biegu zdarzeń, które są tak okrutne. Jestem pewny, że właśnie po to się tu znalazłem — aby w jakiś sposób zapobiec temu szaleństwu, aby naprawić wszystkie te wyrządzone potworności. Przecież musi być jakaś ucieczka od tego, na co, jak widać, jest skazany mój wspaniały dom. Lecz jak to uczynić? Jak znaleźć sposób? Moja niewiedza mnie przygniata…


V


Postanawiam opuścić zamek i zapuścić się głębiej w odmęty tego mrocznego świata, który teraz stoi przede mną otworem i czeka aż spenetruję go swoją obecnością. Przemierzam zrujnowane miasto w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek, punktów zaczepienia, które pomogłyby mi odnaleźć się w tej nietypowej sytuacji. Wszystko na nic. Wokół mnie rozpościerają się jedynie zgliszcza niegdyś cudownego imperium. Nic nie jest takie jakie być powinno, wszystko jest zniekształcone, zdeformowane, inne. Strach mnie ogarnia, gdy patrzę na ten koszmar na jawie, a zwątpienie wkrada się w moje serce… Uczucia zagubienia i obcości przytłaczają mnie, nie umiem sobie poradzić z tym wszystkim. Nie wiem czy przeznaczenie, o którym mówiło widmo rzeczywiście istnieje i czy każdy jest na nie skazany już od momentu swego przyjścia na świat… A może jest to twór ludzkiej wyobraźni i fantazji, który przysłania nam dosadną prawdę o tym, że jesteśmy zdani tylko na siebie… Za każdym razem, gdy zaczynam dywagować na ten temat, mój mózg blokuje się niczym rozregulowany i zardzewiały mechanizm, dla którego zadanie, którego się podjął jest zbyt trudne i znacznie przekracza jego możliwości. W ostatecznym rozrachunku mogę mieć tylko nadzieję, że niektóre odpowiedzi znajdę w tej oazie śmierci i melancholii, że są głęboko schowane pod okryciem jej potworności i czekają bym w końcu je odnalazł.

Gdy porzucam mury królestwa i kieruję się w stronę gór, widok, który jawi się moim oczom przykuwa moją uwagę i niezmiernie mnie smuci… Dopiero teraz mogę w pełni dostrzec dramat, jakiego doświadczyła przyroda mojej krainy, mojego domu. Łąki, które dawniej były ubrane w tysiące kolorowych kwiatów, stały się jałowymi pustyniami odzianymi w przygnębiającą brzydotę. Lasy, niegdyś pełne zieleniących się drzew, teraz są drapieżnym buszem i norą ciemności, w którą bałbym się zapuszczać. Wody jezior wezbrały na skutek nigdy nie ustających opadów i pożarły okoliczne domostwa. Górskie strumyki przeobraziły się w dzikie rzeki, które pędząc na oślep wypadły ze swych koryt i wymyły tereny wokół siebie, kształtując je w sposób chaotyczny i niekontrolowany. Zwierzęta pochowały się do swoich nor lub wyginęły. Cała natura stanęła na krawędzi zagłady. Ciemność i rozpacz zakryła tę krainę, nie dając jej żadnych szans na przetrwanie.

Przybity i roztrzęsiony przemierzam owe tereny i z każdą chwilą coraz bardziej podupadam na duchu, w każdym miejscu pozostawiam cześć swojej zrozpaczonej duszy, cześć swego krwawiącego serca. Ziemia, którą ukochałem stała się bezwartościowym ścierwem. Jestem załamany…

I gdy tak kroczę przez drogi i ścieżki, których kształt i kierunek znacznie zmienił się od mi znanego w przeszłości, nagle pośród górskich masywów w odległej depresji porośniętej jałową roślinnością dostrzegam dziwną budowlę, którą widzę po raz pierwszy w życiu. Jest ledwo dostrzegalna. Drzewa i skały zasłaniają ją niemal z każdej strony. Zdawałoby się, jakby owa budowla łączyła się ze skałą, jakby w nią wchodziła albo częściowo z niej wystawała. Schodzę więc ze ścieżki i zmierzam szybkim krokiem w kierunku mojego odkrycia. Jest bardzo stromo i ślisko, więc dojście do stóp znaleziska zajmuje mi sporo czasu, ale w końcu jestem…

Widok budowli jest zachwycający, lecz jednocześnie napawa mnie jakimś niesprecyzowanym lękiem. Jest ona ukuta z litej skały… Jest wyrzeźbiona w skale! Czyje ręce byłyby w stanie stworzyć coś tak monumentalnego? Gdy tylko zbliżam się do olbrzymich kamiennych drzwi, te same otwierają się, jakby wyczuły moją obecność… A za nimi — ciemność… Nieprzeniknione i niezbadane wnętrze góry, do którego prowadzą. Przez chwilę waham się, lecz ciekawość bierze górę i po sekundzie stawiam pierwsze kroki we wnętrzu budowli. Gdy tylko przekraczam jej próg, drzwi nagle zamykają się za mną, grzebiąc mnie w nieskończonym mroku. Podekscytowany idę przed siebie, a pochodnie zawieszone na ścianach korytarza zapalają się jedna za drugą, wyznaczając mi kierunek. Tunel jest niezwykle obszerny, a jego długość wydaje się nieskończona… Co jakiś czas dochodzę do skrzyżowania i zastanawiam się, w którą skręcić stronę, lecz za każdym razem słyszę w głowie cichy głos: „tędy”, który każe mi podążać w określonym kierunku… Dziwnie się czuję, lecz ryzykuję i idę dalej przed siebie. Jakby zdany na intuicję, na instynkt… I ciągle nie mogę ogarnąć myślą tego miejsca. Kim są architekci czegoś tak niezwykłego? Moje oniemienie jest ogromne.

Czas mija, a ja wciąż pokonuje nieskończoną długość owego labiryntu, i gdy już zaczynam być znużony tą eskapadą w nieznane, nagle korytarz kończy się, stawiając mnie pośrodku ogromnej, podziemnej komnaty w kształcie koła. Jej cudowność wprawia mnie w oniemienie i porusza mnie do tego stopnia, że wpadam w rodzaj niekontrolowanej euforii i podniecenia. Momentalnie uderza mnie niewypowiedziany kontrast istnienia takiego piękna pośrodku zgorzkniałego świata zarażonego skrajną dekadencją. Komnata jest idealna, jest słodkim lekiem na to, czego musiałem wcześniej doświadczać. Wszystko, co się na nią składa jest takie piękne — wspaniała podłoga wykładana płytami z lśniącego marmuru, w której odbija się cudownie wyrzeźbiony sufit pełen migoczących żyrandoli i lampionów, ściany wykładane szlachetnymi kamieniami i zdobione freskami podobnymi do tych, które oglądałem w zrujnowanej katedrze… Te freski są namacalnym cudem…


Pierwszy fresk:


Jasność i blask zalewają całą scenę. Potężny wojownik składa pokłon jakiejś majestatycznej i tajemniczej sile, która góruje nad nim bez konkretnego kształtu ani wyrazu. Wojownik klęczy z nisko pochyloną głową i szeroko rozpostartymi ramionami. Scena przedstawia hołd, całkowite poddanie się metafizycznej sile, która obmywa łaską swojego wiernego sługę.


Drugi fresk:


Drugi fresk jest inny, pełen niepokoju i grozy. Mieni się krwistą czerwienią i złotem, a w jego centrum stoi ten sam wojownik. Tym razem jest skąpany w czarnej poświacie, stoi w triumfalnej pozycji pełen chwały i wyniosłości. Jest niesamowicie uzbrojony. Odziany w czarną zbroję ze straszliwym smokiem na piersi. W prawej ręce dzierży ogromny miecz… Ten sam, który trzymała skrzydlata postać na malowidle w katedrze! Tak niedorzecznie wielki, że niemożliwym jest, aby mógł nim władać! W drugiej ręce wojownik trzyma potężną włócznię, której koniec zakończony jest drapieżnym ostrzem z licznymi haczykami i kolcami. Cóż za potworna broń! I jest coś jeszcze… Za pasem… Schowany długi sztylet, prawie niezauważalny.


Trzeci fresk:


Straszliwa, uskrzydlona postać zasiada na tronie z ludzkich kości, którego oparcie przykryte jest ludzkimi skórami. Wyciągnięte, szponiaste stopy spoczywają na oszpeconych zwłokach, służących za podnóżek, a wokoło rozpościera się rozległa kałuża krwi.


A więc te freski opisują historię owego władcy, którego tron widziałem w zamku. Jego straszliwą przemianę… Od pięknego i młodego wojownika do demona — bezlitosnego i pozbawionego uczuć. Czy to on skazał całą tą krainę na owe unicestwienie? Czy to on był tym Armagedonem i kataklizmem, o którym mówił mój zmarły przyjaciel? Czy właśnie tym się stał? Sprawcą całego nieszczęścia, niszczycielem i pogromcą dobra? Mordercą?

Odchodząc zamyślony od fresków, nagle dostrzegam nowe znalezisko, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi. Oto przy jednej ze ścian stoi kolejny grobowiec, podobny do tego, który widziałem w katedrze. Zbliżam się do niego powoli, a napis na wieku staje się coraz wyraźniejszy: „tu pogrzebano braterstwo”.

Nie może być! Mój jedyny brat, a raczej jego resztki, spoczywa tu przede mną. Nie mogę w to uwierzyć!

Smutek krąży w moich żyłach pompowany przez konające serce, które zdaje się oddawać jedne ze swych ostatnich uderzeń. Tak bardzo chciałbym znów poczuć radość, tak bardzo chciałbym znów się zaśmiać… Oddałbym wszystko, aby temu wszystkiemu zapobiec, bo teraz, kiedy cały ten horror stanął przede mną, jestem bogatszy o ogromną wiedzę. O świadomość, która będzie mnie prześladować do końca moich dni i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Znać przyszłość! Ile to daje możliwości, ilu nieszczęściom można zaradzić! Gdyby tylko ktoś dał mi szansę…


VI


Nie wiem dokąd podążać, nie wiem jaki obrać kierunek. Wszystko wydaje się być zlane w jeden, bezkształtny obraz wciąż tej samej nędzy i rozpaczy. Cienie przesuwają się po mnie, ścigają mnie bez względu na to, jak szybko staram się im uciec. Nie ma od nich wytchnienia… I za każdym razem, gdy oglądam się za siebie, widzę jak na mnie polują, widzę uschnięte i zwiędłe wspomnienia, których widok, zapach i smak prześladuje mnie i nęka bez końca.

Opuściłem góry, by zapuścić się w zdziczałe lasy, przeszedłem wzdłuż i wszerz wszystkie niziny, nawiedziłem każde opuszczone domostwo, wszystkie mokradła pokonałem i wszelką wodę przepłynąłem. Gdzie mam dalej iść? Zagubienie i samotność torturują mnie. I gdy tak włóczę się nieustannie po drogach mego świata, nagle, gdzieś w oddali, majaczy mi budowla postawiona jakby na wzór świątyni. Triumfuje na szczycie niewielkiego wzniesienia, które wyrasta pośrodku rozległego stepu. Jak samotna wyspa wśród bezmiaru suchych wód, które ją chronią i zniewalają zarazem…

Kiedy przekraczam wrota owego monumentu, nagle lodowaty dreszcz przeszywa moje ciało. Kolejna katorga nadchodzi i nęka moją duszę, po raz kolejny igrając z nią bezlitośnie. Ciemność oplata mnie swymi lodowatymi mackami i wdziera się we mnie, powietrze jest ciężkie i odurza moje nozdrza, wypełniając je zapachem śmierci. A w głębi tego martwego eteru, daleko przede mną, dostrzegam jeden, pojedynczy promień światła, który niczym smukły i długi miecz przecina tą przerażającą, czarną jamę. Wypełza z dziury w poddaszu i po długiej drodze, jaką musi pokonać, pada na kamiennego, skrzydlatego demona — jedyny jaśniejący punkt, który nie pozwala mi zabłądzić. Więc zmierzam ku niemu po omacku, krok za krokiem, cal za calem, wspomnienie za wspomnieniem, a bruk pełen białych piszczeli i pustych czaszek trzeszczy przerażająco pod moimi stopami. Idę, miażdżąc istnienia, krusząc byt, który pod moimi stopami zamienia się w pył. Droga nie ma końca, a ja z każdą chwilą czuję potworną chorobę, która coraz bardziej zaczyna mną władać — zniewala mój umysł i mrozi moje serce. Zimny pot zalewa moje rozdygotane ciało, gdy wreszcie padam z wycieńczenia przed straszliwym posągiem skąpanym w tym jednym, wyjątkowym promieniu światła.

Koszmarna kreatura z chłodnymi ślepiami wywyższa się w wieczności, a w wielkiej, wyciągniętej ręce trzyma ogromny miecz. Na piedestale, tuż pod szponiastymi stopami, spoczywa kolejny grobowiec. Wyryto na nim jakiś napis, litery, których boję się czytać, boję się, że tego nie udźwignę: „tu pogrzebano miłość”.

Poddaję się… Łzy rozpaczy cisną się do mych oczu, raniąc je niczym wściekły kwas i wyżerając z nich resztki jakiejkolwiek nadziei. Strumienie palącego ognia spływają po mych zmizerniałych policzkach, dziurawiąc je swoją brutalną oczywistością. Nic już nie wskrzesi mojej ukochanej, której trup śpi w kamiennym łożu przed mną. Nic mi jej nie zwróci…

W końcu resztki sił opuszczają mnie, tracę przytomność. Padam na ziemię, jak martwe ciało pada, osuwam się na zbielały trupi dywan. A dziwny, bezosobowy głos, który wydaje mi się dziwnie znajomy, nagle wbija się w moje zaskoczone uszy i ujawnia mi tajemnicę poznania nowego świata.


VII


Rozpacz rozerwała na strzępy moją duszę. Cierpienie, któremu opierałem się od samego początku w końcu zawładnęło mną bez reszty. Uleciało ze mnie wszystko, co kiedykolwiek mogło utrzymać mnie przy zdrowych zmysłach. Smutek i żal złamały mnie. Czara przelała się, a moje serce zamarzło…

Wokół mnie mieni się bezlitosna, rażąca jasność, a pośród niej słyszę tajemniczy głos, który tylko czekał na ten moment… Głos, który był ze mną od samego początku, i widząc jak ta kraina mnie doświadcza nie zrobił nic, aby mnie pokrzepić. Ten głos wyczekiwał mojej ostatecznej przegranej.

— Resztko człowieka — przemawia. — Byłeś wielki, a stałeś się samotnikiem w krainie cienia, który w końcu tobą zawładnął. Co tutaj robisz? Ten świat nie jest dla żywych, nie pasujesz tutaj.

— Nie wiem jak się tu znalazłem — odpowiadam udręczony. — Nie wiem też jak się stąd wydostać ani jak to wszystko naprawić…

— Tego świata nie można naprawić — odpowiada. — On umarł, a tego co umarło nie można wskrzesić. Poza tym, ten świat jest skazany na ten koniec. Jest on mu pisany.

— To niemożliwe! — mówię przejęty. — Na pewno można odmienić jego los! Udowodniłbym to, gdyby tylko dano mi szansę! Zrobiłbym wszystko, aby zapobiec temu monumentalnemu nieszczęściu. Odwróciłbym przeznaczenie mojej cudownej krainy!

— Czy właśnie tego pragniesz, człowieku? — pyta mnie głos, a w tym pytaniu wyczuwam wielką wagę i nadchodzącą ostateczność mojej decyzji.

— Tak… Tego pragnę. Jeżeli tego cmentarzyska nie można już wskrzesić, to zrobiłbym wszystko, aby zapobiec jego powstaniu.

— A więc dobrze — mówi głos. — Obdaruję cię tą szansą. Obłaskawię cię mocą władania czasem. Jeżeli tak bardzo wierzysz w to, że ta kraina może mieć inną przyszłość, to nastał dla ciebie moment, abyś odbył podróż wstecz. Wróć do jej złotego wieku i uratuj ją. Lecz oczekuję od ciebie czegoś w zamian. Masz mi złożyć pokłon, oddać mi się bez reszty i stać się moim sługą. Pragniesz odkupić swoje królestwo i wrócić mu oddech życia? To będzie wymagało zapłaty. Poświęć mi samego siebie i bądź posłuszny. Dopiero jako mój sługa otrzymasz nowe ciało i moc uratowania swojego świata…

— A więc to niewielka cena… — odpowiadam.

Moje życie i tak się wypaliło. Zagasło tutaj, w tej pustelni i dolinie śmierci. Muszę za wszelką cenę uratować mój świat przed tym rozkładem. Tylko to się liczy i tylko to ma sens! Poza tym, któż bardziej miałby się mu przysłużyć niż ja sam?

Padam na kolana przed głosem, padam tak nisko, że zamiatam swoją twarzą brudną i zbolałą ziemię. Moje królestwo mnie inspiruje i torturuje mnie. Oddycham dla niego i umieram dla niego. Jest ono dla mnie wszystkim.

— Poświęcam się…

Nagle wszystko gaśnie i rozpływa się jak dym… Moje ciało leży skulone pośrodku nieprzebytej ciemności, a czas wokół mnie pędzi wstecz jak oszalały. Mam wrażenie jakbym znajdował się w łonie i oczekiwał na chwilę, aby w końcu zaistnieć. I kiedy tak leżę skulony i chłonę łaskę mego stwórcy, wnet dostrzegam wielki słup światła. Oto dary czekają na mnie… Wspaniałości, o których trudno marzyć. Kuszą mnie swoim kształtem, zdobieniem i teksturą. Piękna czarna zbroja z budzącym lęk smokiem na jej piersiach… Smukły, pozłacany sztylet, który mogę nosić zawsze przy sobie i wyciągać znienacka. Długa włócznia z przerażającym, agresywnym szpicem, który swą wściekłością zdaje się ranić niebo. I ogromny miecz, którego widok wprawia mnie w niekontrolowaną euforię i podniecenie.

Och, jakże jest piękny! Mój cudny miecz! Jest tak wielki, że wydawałoby się, iż nigdy nie zdołam go podnieść, lecz teraz jestem już pewny, że gdy pochwycę jego rękojeść stanie się lekki jak piórko!


VIII


Chłodne, wczesnowiosenne powietrze muska moją twarz, gdy szybuję na mych skórzastych skrzydłach wysoko ponad chmurami. Każdy oddech, jaki biorę wypełnia moje płuca rześką falą świeżości, której nie mogę znieść. Robi mi się niedobrze, zaczynam się dusić, chociaż na razie udaje mi się z tym walczyć… Moje nowo narodzone serce tłucze z bólu jak oszalałe wewnątrz moich piersi. Jakby chciało z nich wyskoczyć na ten piękny, nieskalany jeszcze cierpieniem świat. Skąd ten ból starca, skoro dopiero co się narodziłem?

Rozwścieczone słońce razi moje oczy, jego promienie chlastają moją twarz niczym rój dzikich os. Smagają mnie, bezlitośnie linczują… Moje skrzydła i skóra pokrywają się bąblami, palą mnie żywym ogniem. Jak to możliwe? Zniżam lot, przedzieram się przez gęste pokłady chmur, chcąc uniknąć bólu. Tu jest za jasno!

Idylla rozpościera się pode mną, cudowna utopia bez najmniejszej rysy, którą obserwuję z lotu ptaka. Mój kraj taki, jakim go pozostawiłem i zapamiętałem — czysty, uświęcony, pełen witalności. Mieni się pode mną niczym płótno upstrzone kaskadą barw i wesołych odcieni. Zapach kwitnącego jaśminu wysyca powietrze, ostatnie płatki śniegu leniwie spadają na zieleniącą się już trawę. Potok dźwięków atakuje mnie z każdej strony, odgłosy życia zdają się dawać koncert, który nie ma końca. Młode mury błyszczą w świetle poranka, świeżo wydeptane ścieżki dają początek szerokim drogom, które powstaną z nich na długo przed z wolna zbliżającym się zmrokiem… Kwiaty prostują swe płatki, drzewa rodzą owoce, wszelki byt wychodzi z matczynego łona. Życie śpiewa wokół mnie, zajmuje każdą oktawę, wyraża każdą nutę… Za głośno jak dla mnie. Muszę to wszystko uciszyć, bo oszaleję!

Nie widzę początku, dostrzegam jedynie koniec. Świat dopiero co się narodził, dopiero co bierze swój dziewiczy haust powietrza, a ja już słyszę jego ostatnie tchnienie. Nie doświadczam życia, przeszywa mnie nadchodząca śmierć tego, co się teraz wykluwa. Nic z tego nie rozumiem…

I kiedy tak lecę w przestworzach, a błony mych skrzydeł łopocą boleśnie na tym chłodnym wietrze, wnet dochodzi do mnie porażająca prawda. Jest ona ukryta w mym odbiciu, które dostrzegam w tafli jeziora pod sobą. To potworne odkrycie gromadzi się nade mną niczym burza…

To ja jestem demonem z tajemniczych malowideł! Przeklętą bestią o koszmarnych, bezlitosnych ślepiach! Przebrzydłą kreaturą zasiadającą na tronie z ludzkich kości, mordercą moich najbliższych! I nagle, w chwili mego olśnienia, pogoda zmienia się — deszczowe chmury zbierają się nade mną, przykrywając słońce, a ja sam odczuwam rozkosz… Niepowstrzymaną przyjemność i nieopisaną ulgę ciała i zmysłów. Serce wyrównuje rytm, oddech uspokaja się, skóra zaczyna się goić. Świat jakby dopasowywał się do mnie, a moje oblicze zdaje się naginać go do swych wymagań… A więc wyjaśniło się.

To ja jestem Armagedonem i kataklizmem tego świata! To ja go zatruję i okaleczę swoim własnym wypaczonym ja! A najgorsze jest to, że nie mam na to żadnego wpływu! Nie zatrzymam tego! To moje ciało decyduje. To ta złowieszcza i przykra powłoka. Zrozumiała ona, że w tym świecie nie może funkcjonować… Jego jasność parzy moją skórę, jego radosny hałas osłabia mnie i rozsadza moją głowę, a jego czystość zatruwa moje płuca. Aby tu przeżyć, muszę zaczerpnąć powietrza pełnego śmierci, muszę zregenerować się w wiecznych ciemnościach. Dokładnie tych, z których właśnie przybyłem! Cóż za ironia… I dopiero teraz rozumiem jak bardzo pograł ze mną tajemniczy głos, jak bardzo mnie oszukał.

Oto jest cena, jaką kazał mi zapłacić za powrót do domu. Zamknięcie mojej duszy w tej nikczemnej skorupie, która mnie zniewoli i każe mi patrzeć, jak sama niszczy wszystko, co ją otacza. A więc rzeczywiście nie mogę uratować tego świata. Jest on na mnie skazany jak na nieuleczalną chorobę, którą musi się zarazić… Głos miał rację — moja kraina może mieć tylko jedną przyszłość.

Jestem zdruzgotany. Rozpaczam zamknięty w klatce mego ciała i zastanawiam się co mam zrobić, żeby jednak temu zaradzić… Co począć? Czy to w ogóle możliwe?

Czy mam teraz odnaleźć swoje obecne ja i wysłać w pogorzelisko, z którego się właśnie wyrwałem? Czy właśnie to powinienem zrobić? Ostrzec moje obecne, nieskalane ego przed demonem, który tylko czeka, by rozprostować skrzydła? Nie, nie tędy droga… Jeśli to zrobię, to cały cykl będzie powtarzać się bez końca. Pojawię się ponownie bezbronny w krainie pełnej mroku, która znowu mnie złamie i raz jeszcze uczyni tym, kim jestem teraz. Głos po raz kolejny skusi mnie podróżą w czasie i tak w wieczności, bez końca… Należy przerwać cykl! Lecz jak to uczynić? Jak mam odmienić swój nieszczęsny los, by nie powtarzać wciąż tych samych błędów? Już wiem!

Nie będę się wysyłał w przyszłość, lecz zabiję samego siebie tu i teraz! To straszny scenariusz, lecz jedyny słuszny… I choć nie chcę tego robić, to ta jedna, jedyna śmierć jest konieczna, aby mój plan się powiódł. Zgładzę króla zamiast wysyłać go w tą bezsensowną podróż. To jedyne wyjście! W ten sposób przerwę błędne koło. Ja sam pozostanę tutaj, a moje nowe, groteskowe ciało przeobrazi ten świat w taki sposób, aby służył mojej potwornej naturze i na tym cykl się zakończy. Oto jest jedyne rozwiązanie, aby wystąpić przeciw mojemu przeznaczeniu. Oto jest myśl!


IX


Ląduję twardo na rozległej równinie wyścielonej kwiatami i rozmaitą roślinnością. Wszystko więdnie i obumiera, gdy kroczę przed siebie, wzniecając wokół tumany kurzu i popiołu. Nagle, tuż obok mojej stopy, dostrzegam pięknego, żółtego narcyza. Nachylam się ku niemu i zrywam cudny kwiat, a ten kruszy się niczym próchno i rozpada w mojej szponiastej dłoni…

Ziemia zaczyna dudnić, marsz setek i tysięcy trzęsie całą równiną. Ogromne wojsko zmierza w moim kierunku, żołnierz przy żołnierzu, bark przy barku, miecz przy mieczu. Piechurzy wznoszą równe okrzyki, jeźdźcy ponaglają rozjuszone konie, płócienne chorągwie tańczą na wietrze… Oto jest największa armia świata, najwspanialsi wojownicy, jakich uchowała ta ziemia. Zalewają ową pustynię niczym fala przypływu, która bezlitośnie wdziera się na ląd, by nad rankiem cofnąć się w spienione morze, z którego wypełzła. Jednak ta fala się nie cofnie. Czuję, że ta fala rozbije się o najeżone klify… Roztrzaska się o mnie! Jak temu zapobiec?! Chyba i tak jest już za późno…

W końcu wszyscy stają w bezruchu, zastygają jak głazy w jednym momencie. Wnet miecze opuszczają swe pochwy, maczugi gotują się do ciosu, cięciwy luków napinają się, halabardy budzą się ze snu. Piękny król dosiadający cudownego wierzchowca majaczy w oddali na niewielkim wzgórzu. Odziany jest w srebrną zbroję, mieniącą się w blasku zachodzącego słońca. Długa, błękitna peleryna przykrywa jego plecy. Gdy zdejmuje hełm, jego jasne, delikatne włosy łagodnie opadają na szerokie ramiona. I ta twarz… Twarz arystokraty, pełna patosu i dobroci. Oblicze idealne. Wnet na skinienie tego żywego cudu jakiś jeździec występuje przed szereg. Generał wypełnia rozkaz swego zwierzchnika.

— Demonie! — krzyczy w moim kierunku, wskazując na mnie mieczem. — Odejdź tam, skąd przyszedłeś albo zginiesz! Wracaj do piekła!

Spoglądam na niego moim trupim wzrokiem i rozpoznaję w nim mojego brata. Mojego ukochanego i jedynego brata! Tak bardzo chciałbym się z nim przywitać… Zażegnać to wszystko…

Wnet moja włócznia przemawia do mnie, a ja patrzę na nią osłupiały. Mówi jego głosem… Głosem tego, który dał mi to nowe, obrzydliwe życie.

— Pochwyć mnie — rozkazuje — i wypuść na niego. Spełnij wolę swego stwórcy. Spełnij swój obowiązek wobec niego. Pamiętasz? Przecież obiecałeś…

Nagle moja ręka wędruje w jej stronę. Wytężam wszystkie mięśnie, by odwieźć ją od tego, lecz nie mogę nić zrobić. Łzy cisną się do mych oczu, gdy dobywam mojej włóczni i biorę obszerny zamach. Wyrzucam ją z siebie jak pocisk, który mknie szybciej niż promień światła. Nic nie jest w stanie jej zatrzymać… Jest ślepa i głucha, lecz czuje swój cel i zmierza ku niemu. Dosięgłaby go nawet na końcu świata. I w końcu dopada mojego brata niczym wygłodniały drapieżnik dopada swoją zwierzynę, dziurawi go okrutnie, rozrywając na strzępy jego klatkę. Przeszywa go na wylot. Gejzer jasnej krwi tryska z generalskiego ciała, struga wymiocin strzela z jego wykrzywionych ust. Jego ścierwo spada ze spłoszonego konia, lądując bezwładnie na ziemi. Wzdryga się w koszmarnych konwulsjach, trzęsie się w agonalnych drgawkach — generał żegna się z życiem.

A ja płaczę i trzęsę się z rozpaczy… Nie chciałem tego zrobić! Tak bardzo próbowałem to powstrzymać, lecz po prostu nie mogłem… Mój boże, braciszku! To straszne!

Wstrząśnięty król daje znak do bitwy, tłumy zrywają się jak dzikie stado, biegną w moją stronę, biegną po śmierć…

Wnet przemawia do mnie mój miecz.

— Pochwyć mnie i nakarm. Jestem głodny ich krwi. Pamiętasz swój hołd i to, co przyrzekłeś? Pamiętasz ten głos? Jesteś teraz jego marionetką. Jego narzędziem zagłady, jego prawą ręką.

Ujmuję mój miecz i trzymam go mocno w mych silnych dłoniach. I choć walczę z tym ze wszystkich sił, to nie mogę go puścić, nie mogę poluzować uchwytu. Rękojeść miecza i moja dłoń stały się jednym. Stałem się niewolnikiem mojego stwórcy. Moje serce kona, a ręka i miecz zdają się robić swoje… Kompletne bez mojego udziału, wbrew mojej woli… Jakby były dla siebie stworzone.

Wale mym mieczem jak młotem, miażdżąc każdego, kto stanie na mojej drodze. Ostrze przechodzi przez ich zbroje jak nóż przechodzi przez masło, rozrywam ich ciała jak hieny rozrywają upatrzoną padlinę. Członki latają w powietrzu i ścielą pole bitwy. Wypruwam organy, patroszę ich wszystkich, rozgniatam jak robactwo. Konie wierzgają, lecz i tych nie oszczędzam. Przepoławiam je na pól jednym ciosem z góry w dół, łamią się pod moim wielkim mieczem jak puste gałęzie. Biję wszystkich z impetem. Rozdmuchuję wszystkich jak liście, walę w nich z taką siłą, że rozpadają się jak papierowe ludziki… Kaleczę ich kruche ciała, gniotę ich wnętrzności. Gruchoczę ich czaszki. Stąpam po ich twarzach, niweczę ich myśli, skazuję ich na potępienie. Jednoczę ich wszystkich z moim mieczem…

A ja sam nie mogę nic zrobić… Jestem zamknięty w skorupie swego nowego ciała… Jak niewolnik, jak skazany! I wołam do swego stwórcy, aby to przewał, krzyczę „pomocy!”, lecz nikt mnie nie słyszy… Nikt nie odpowiada… Noc staje się ciemniejsza, a jęk milionów nie pozwala jej zasnąć. Pierwsza bezsenna noc, która spotkała tą krainę.


X


W końcu nadchodzi rozdygotany i umęczony świt, a ja stoję sam pośrodku równiny śmierci, dysząc ciężko w rozpaczy. Spoglądam na oddalone wzgórze — król uciekł. A miałem zabić tylko jego… Tylko tą jedną śmierć miałem przynieść na ten świat. Muszę go jak najszybciej odnaleźć, aby zapobiec dalszemu rozlewowi krwi…

Wnet dostrzegam jakiegoś nieszczęśnika, leżącego na wskroś pośród całej tej szpetnej zgnilizny. Z jego przebitego boku leniwie leje się krew. Ten jeden postawił opór, ten jeden ocalał! Trzęsie się w konwulsjach i ledwo bierze każdy kolejny oddech. Mój największy przyjaciel!

— Błagam…! Oszczędź mnie! — jęczy rozpaczliwie, widząc jak się nad nim pochylam i uśmiecham z nieukrywaną uciechą. Ale ja się nie chcę uśmiechać! Ja płaczę… Ja cierpię z rozpaczy! Lecz te okropne usta żyją jakby swoim życiem… Cała moja diaboliczna twarz jest tylko maską, której nie mogę zdjąć. Jestem pod nią schowany już na zawsze.

— Błagam! Ja nie chce umierać! — zaczyna szlochać mój przyjaciel, płacze i histeryzuje jak bezbronne dziecko, które w swoim ciemiężycielu znajduje fałszywą iskierkę nadziei. W końcu rozkleja się kompletnie, a łzy agonii sączą się z jego przekrwionych oczu. — Proszę cię, oszczędź mnie!

Zanoszę się wariackim śmiechem. Nie mogę się powstrzymać od tego szaleńczego chichotu, który słyszę po raz pierwszy w życiu. Jest on przerażający, a ja nie mogę go uciszyć. Wewnątrz lament, a na zewnątrz śmiech… Jestem na to skazany do końca swoich dni. I teraz widzę, że moje nowe życie, którym zostałem obdarowany, nie jest wcale moim własnym… Jestem tylko marionetką. W końcu prostuję się.

— Proszę, nie…! — stęka mój wierny druh, przeczuwając, że jego koniec jest bliski.

Dobywam mojego miecza i unoszę go nad głowę.

— Nie… — jęczy. — Zrobię cokolwiek zechcesz! Tylko błagam! Nie zabijaj mnie!

Nagle urywa wpół swego rozdygotanego słowa i spogląda w moje czarne, bezlitosne ślepia. Chyba coś w nich znalazł, rozpoznał w nich kogoś… Jeszcze jest nadzieja! Jeszcze nie wszystko stracone! Więc krzyczę do niego jak oszalały z wnętrza tego potwornego cielska, z wnętrza mojego więzienia! Wrzeszczę jak wariat, że nie jestem sobą, że potrzebuję pomocy, aby się stąd wydostać!

— Ty… Czy ja cię znam? — pyta mój przyjaciel…

I nagle wbijam w niego mój miecz, dobijam go jednym, potężnym ciosem. Łzy zastygają w jego oczach, szkląc je swoim martwym blaskiem, a ja po raz kolejny nie mogę się opędzić od głośnego śmiechu, który niesie się jak grzmot przez martwe pole bitwy.


XI


Muszę jak najszybciej odnaleźć króla. Muszę jak najszybciej przerwać to szaleństwo…

Zbliżam się do zamku, który z każdą chwilą coraz szybciej rośnie w moich oczach… Przemierzam cudowne, rozłożyste tarasy, szklarnie wypełnione słodką wonią nektaru, balkony i schody zawieszone jakby w powietrzu. A wszystko to jest zwieńczone fantazyjnym kształtem oraz wyborną mozaiką. Wąskie mościki przechodzą zgrabnym łukiem nad energicznie płynącymi kanałami, które kończą swój bieg w zdobionych liliami stawach. Wymyślne fontanny chwalą się bajecznymi pióropuszami krystalicznej wody. Wszystko to wytwór człowieka. Ogrody Semiramidy nie są równie wspaniałe jak to. Gałęzie drzew uginają się od ptactwa, dworzanie oddają się uciechom dnia. Wszędzie zieleń, wszędzie życie…

I kiedy tak kroczę przez ten wspaniały majestat, nagle woń nektaru słabnie, mozaiki kruszeją i odpadają od ścian, stawy wypełniają się szlamem… To ja to powoduję, to moja sprawka…

Nagle jakaś młoda kobieta wychodzi z niewielkiej łaźni, wyłania się zza marmurowej ściany niczym cud. Przechodzi kilka kroków, powoli podnosi głowę i wnet staje jak rażona piorunem. Patrzy prosto na mnie… Boże, jaka piękność! Odziana jest w zwiewną, jedwabną halkę, która, delikatnie prześwitując, nieznacznie zdradza pełnię jej kształtów i harmonię jej ciała… Widać, że dopiero co brała kąpiel. Odziana tylko w tą skąpą tkaninę, stoi na bosych stópkach i suszy zmoczone, ciemne jak smoła włosy… Twarz ma anielską. Usta pełne, oczy jasne jak błękit nieba, nos zadarty. Ludzie nie mają takich twarzy. To musi być anioł albo bogini…

Nagle rzuca się na mnie, pada w moje ramiona i zaczyna szlochać. Jest cała rozdygotana.

— Mój najdroższy! Proszę cię, bądź ze mną i już nigdy mnie nie opuszczaj! Tak długo na ciebie czekałam! Tyle łez wypłakałam za tobą! Niemalże uschłam z tęsknoty! Lecz w końcu jesteś, nareszcie wymodliłam ciebie. Teraz już wszystko będzie dobrze, prawda?

Nie posiadam się z radości… Jestem taki szczęśliwy! Ona, podobnie jak mój przyjaciel, też widzi we mnie moje ukryte, zniewolone ja. Nie brzydzi jej potwór, który właśnie przed nią stanął. Patrzy w głąb. A więc próbuję do niej krzyczeć z głębi tej skorupy, jednak bezskutecznie. Wydobywa się z niej tylko zimny śmiech…

— Mój miły! — reaguje moja ukochana. — Ja wszystko zrobię, abyśmy znowu byli razem. Poświecę się dla ciebie bezgranicznie! Tylko mnie pokochaj!

Nagle uderzam ją w twarz otwartą, szponiastą dłonią. Nie chciałem tego! Zaczynam ją przepraszać, błagać o wybaczenie, lecz z moich ust wciąż wydobywa się tylko śmiech. Nagle dziewczyna łka jeszcze głośniej, dostaje spazmów. Po chwili jednak znowu obejmuje mnie, tym razem jeszcze mocniej.

Uderzam ją ponownie, uderzam ją z całej siły. Chwytam ją za gardło i unoszę w powietrze, a ta nawet nie próbuje się oswobodzić. Jej zgrabne nogi swobodnie zwisają nad ziemią. Wrzeszczę z odmętów mojego więzienia, aby to przerwać! Wydzieram się zza krat mojego szatańskiego oblicza… Wszystko na nic! W końcu zwalniam uścisk, a dziewczyna spada na ziemię, po czym masuje swoje posiniaczone, śliczne gardełko… Kaszle i sapie. Zwija się jak pobity szczeniak i stara się coś powiedzieć.

— Słucham, najdroższa? — odzywam się przerażającym, pustym głosem pełnym udawanego miłosierdzia i współczucia. Podnoszę ją z kolan.

— Tak bardzo Cię kocham — mówi największa miłość mojego życia. — Błagam, bądźmy razem! Wszystko na pewno się ułoży! Jesteś całym moim światem, na pewno z czasem i ty mnie pokochasz tak jak ja kocham ciebie! — układa swoją główkę na mojej nieruchomej piersi.

Wnet słyszę cichy, słodki głosik dobiegający do mnie zza mojego pasa. Spoglądam na swoje biodro i dostrzegam, że oto przemawia do mnie mój sztylet.

— Chcę się kąpać w jej krwi — szepcze subtelnie w moją stronę. — Chcę ją wybebeszyć, rozumiesz? Złożyłeś przysięgę, pamiętasz? Masz być posłuszny temu, który dał ci to wspaniałe, nowe życie. A więc zrób to!

Wyjmuję go zatem jednym raptownym ruchem i wbijam go w jej plecy. Obracam ostrze, gdy siedzi w niej głęboko. Ona i metal stali się jednym.

Zwłoki osuwają się po mnie i zalegają pod moimi stopami. Jestem zdruzgotany. Koszmar trwa nadal, a ja wbrew wszystkim moim staraniom, aby odwrócić swoje przeznaczenie coraz bardziej zaczynam je wypełniać…


XII


Zamek jest niemalże baśniowy. Przechodzę przez ufortyfikowane wejście i wnikam coraz to głębiej w ten zjawiskowy monument. Mijam mury i warownie pełne czuwających strażników, zostawiam za sobą pełne przepychu kaplice, z których wydobywa się mdły zapach kadzideł. Penetruję wszystko wzdłuż i wszerz. Od podziemnych lochów nasiąkniętych smrodem stęchlizny po wytworne komnaty mieszkalne wabiące zapachem przyrządzanych obiadów. I pośród całego tego żywego organizmu, po którego żyłach wędruję niczym letalny wirus, wreszcie otwiera się przede mną jego serce — oto jest komnata tronowa.

— A więc jesteś, demonie — odzywa się do mnie wyborny król, który w tym właśnie miejscu oczekiwał mojego przybycia. — Zniszczyłeś moich bliskich, a teraz przyszedłeś po mnie? Wiedz, że to jest twój koniec i gwarantuję ci, że nie będziesz tym, który opuści tą komnatę.

Nagle mój przeciwnik rzuca się na mnie. Leci w moim kierunku jak szaleniec, a w swej dłoni dzierży miecz. Ależ jest szybki! Nie zdążyłem unieść włóczni, a ten już przebił mój bark. Ale boli! Wyciąga ostrze ze mnie i uderza kolanem w mój brzuch. Pluję na niego czarną krwią, dostaję furiackich spazmów. Jego łokieć łamie mi żuchwę, a kolejny atak miecza rozbija moje kolano. Chwieję się i padam na zdrową nogę. Król wykorzystuje to i wbija metal w mój kark… Po chwili leżę bezwładnie na ziemi. Jestem na wpół sparaliżowany.

Nie! To nie tak miało być… Przecież jestem taki potężny, a teraz przegrywam ze zwykłym człowiekiem! Miałem go bez trudu zabić i przerwać raz na zawsze błędne koło mojego przeznaczenia!

Widząc strach na mej twarzy, król po raz kolejny rusza na mnie, gotując się do ostatecznego rozwiązania. W przypływie ostatków sił zapieram się swym mieczem niczym taranem, lecz jestem zbyt wolny… Oręż wojownika przeszywa moje ciało na wskroś. To koniec. Wnet król odchodzi ode mnie na odległość kroku i poprawia swoje długie, piękne włosy.

— Proszę nie zabijaj mnie! — błagam go w skrajnej rozpaczy moim obrzydliwym głosem. — Jesteś lepszy! Wygrałeś! Nie zabijaj mnie!

— Czy ty uczyniłbyś to samo, gdybym ja o to poprosił? Jesteś taki bezradny, taki żałosny — bierze zamach. — Wracaj do piekła! Tam jest twoje miejsce, bestio!

— Żegnaj, królu… — mówię pokonany i wyciągam ku niemu moją sprawną rękę, a strumień błękitnego światła, który z niej tryska, wymazuje mu pamięć i wysyła w nowy, przerażający świat. Świat mroku, deszczu i chmur. Pełen zgliszczy i błąkających się widm. Stało się. Młody, dostojny królewicz budzi się właśnie ze snu na pokładzie okrętu gdzieś na środku morza, a ja nie mogę już nic zrobić.


XIII


Koniec stał się początkiem, a początek końcem, moja przygoda zatoczyła pełne koło. Stało się to, co tak bardzo chciałem przerwać i czemu tak bardzo pragnąłem zapobiec. Jestem zrozpaczony. Jak to się mogło tak skończyć i zacząć zarazem…?

A więc nie wysłałem się w przyszłość, aby zapobiec zrujnowaniu obecnego raju — to i tak się stanie. Nie uczyniłem też tego, aby się ostrzec przed potworem, w którego się zmienię. Zrobiłem to tylko po to, aby przeżyło moje pokonane, demoniczne oblicze, aby uciec od pewnej śmierci. Taki od samego początku był cel mojej obecności w owym spustoszonym i zniszczonym świecie — żaden. Nie miałem niczego odkryć, niczemu zaradzić ani spełnić żadnej specjalnej roli. Nie miałem być żadnym zbawicielem ani siebie, ani mej krainy. Jakie to żałosne…

Byłem tam zupełnie niepotrzebny i znalazłem się tam całkiem przypadkowo. Byłem nikim. Zwyczajnym pionkiem na szachownicy, który nic nie znaczy w całej tej wielkiej grze przeznaczenia. Ziarenkiem piasku na pustyni i kroplą wody w spienionych masach morza. Zaledwie ułamkiem, promilem lub nawet jedną milionową większej całości. Moje istnienie, czy też jego brak, nie znaczyło nic i nie decydowało o niczym.

A więc rzeczywiście takie jest przeznaczenie moje i mojego świata… Przechodzić bez końca ten cykl podróży w czasie. Nieprzerwany cykl zmiany mojego ciała w potwora oraz cykl zmiany mojego królestwa w pogorzelisko. To się nigdy nie skończy.

Spoglądam na mój gigantyczny miecz, który wciąż trzymam w zdruzgotanej dłoni i chce mi się płakać. I choć cierpię egzystencjalne katusze, to powłoka, która mnie więzi wyraża jedynie fizyczny ból i wycieńczenie. Jestem taki słaby… Pojedynek mnie wykończył.

I gdy tak leżę przebity i wykrzywiony bólem, nagle potężne trzęsienie ziemi atakuje mój piękny i bezbronny świat. Słońce gaśnie bezpowrotnie, barwy blakną, rzeki wysychają, wszelkie życie odchodzi w zapomnienie. Wszystko, co mnie otacza akomoduje do mojej potwornej natury. Wnet demon, który mnie zniewala podnosi rękę i wydaje rozkaz. Wtedy wszystko się dopełnia, samoistnie i bez niczyjej pomocy… Nowe świątynie rodzą się na świecie, tajemnicze pomniki wyrastają z posadzek, złowieszcze malowidła pojawiają się na ścianach, martwe ciała kładą się w kamiennych grobach. I kiedy ten spektakl nareszcie się kończy, potwór oddaje swe ostatnie tchnienie.

Umieram… Mój duch nareszcie opuszcza tą okropną, demoniczną skorupę, wypada z niej jak z łupiny. Wyrywa się z jej martwego kokonu i ześlizguje w zupełnie nowy, obcy świat. Sala tronowa rozmywa się, oddala ode mnie, a ja żegnam ją na zawsze. Zupełnie jak topielec żegna się z powierzchnią, kiedy opada pod zamazaną taflę wody. Jak uwięziony pod lodem nieszczęśnik, który skazany jest na zamarznięcie.

Tonę jak rozbitek, a niezbadana, mroczna otchłań otula mnie swoimi lodowatymi mackami. I nagle w jej wirujących odmętach słyszę głos… Ten sam głos, który zwodził mnie od samego początku i wszystko zaplanował. Który okłamywał mnie, dręczył i upokarzał podszeptami. Ten sam głos, który dał mi złudną nadzieję na zmianę mojego losu. Dobiega on z samego dna tej tajemniczej kipieli zapomnienia. Woła swojego sługę i nie uznaje sprzeciwu.

A ja nareszcie mogę poznać właściciela tego głosu i ujrzeć jego prawdziwe oblicze. Oblicze fałszywego bożka, który jest zły i złośliwy, który jest upośledzonym uzurpatorem i tylko podszywał się pod prawdziwego stwórcę… I teraz rozumiem, że moja walka z nim o wolną wolę jest walką bezsensowną. Będę ją bowiem przegrywał raz za razem w wieczności.

Wojna o Voragon

I


Otchłań wyłoniła się z myśli całej ludzkości, a o jej istnieniu każdy człowiek dowiadywał się dopiero w chwili swojej śmierci. To właśnie człowiek jako istota krucha i ulotna nieświadomie stworzył ją z przestrachu i trwogi przed nicością. Począł ją z obawy przed pustką, która zaglądała mu w oczy w ostatniej sekundzie jego żywota. I tak każdy z ludzi, będąc otulanym lodowatym ramieniem śmierci, zanurzał się w przestworze Otchłani niczym w oceanie i dryfował ku temu nowemu, przerażającemu światu.

Tak właśnie kształtowała się Otchłań przez wieki i tysiąclecia. I każdy człowiek oddawał jej swoje myśli, których doświadczał i nauczył się za życia na górze, w krainie żywych, do której już nigdy nie miał powrócić. W ten oto sposób rodziła się Otchłań i stawała się coraz bardziej wyrazista, pełna i osobliwa. Wciąż była jednak światem błąkających się widm, bo nie było w niej życia. Gdy ludzie opadali w końcu na jej dno, byli pozbawieni swych wad i zalet, atutów i niedoskonałości, wszystkiego czym cechowali się za życia. Wszystko to oddawali Otchłani, a sami podnosili się czyści i nieskalani, i musieli się wszystkiego uczyć na nowo. Teraz to od niej musieli dowiedzieć się czym jest miłość, zazdrość, cierpienie, szczęście czy współczucie, bo od tej chwili tylko ona znała to wszystko. Miliony i miliardy ludzi opadały na dno Otchłani, by móc zacząć wszystko od nowa, by stać się nieumarłymi. Nie mieli oni odtąd ciała, lecz stawali się ulotnym jestestwem, niematerialnym bytem, który od tej chwili stawał się nieśmiertelny i wieczny. Nie znaczy to jednak, że nieumarli chodzili po Otchłani bez końca. Gdy nastawał koniec ich dni, oddawali swoje tchnienia górom, rzekom i równinom — wszystkiemu na co się składał ich dom, by tak dołączyć do wiecznego kręgu życia, śmierci i odrodzenia. W ten sposób stawali się nieumarli na nowo Otchłanią, ożywiali ją, dawali jej kolejne oddechy egzystencji. A na każdego, który swój pobyt w niej zakończył, przypadało stu lub nawet tysiąc nowych ludzi, którzy opadali codziennie na jej dno. Tak oto trwała Otchłań ze wszystkim co się na nią składało i z każdym kto po niej chodził, a dzięki wszechobecnej myśli przestawała być jałową i martwą pustynią, a stawała się kolorowym i pełnym kontrastów światem, na wzór tego, który wspominali i za którym tęsknili nieumarli.

Z myśli dobrych, które wirowały po Otchłani, wyłaniały się niezliczone zastępy opiekuńczych bytów, które nieumarli nazwali Vigilarami, czyli Strażnikami. Do najważniejszych zaliczały się na przykład Miłość, która strzegła ścieżek zachodnich lasów czy Nadzieja, o której nieumarli przez wieki pisali wspaniałe poematy i śpiewali psalmy pochwalne. Były także wśród tych bytów potwory zrodzone ze złych myśli. Demony — Abominale, czyli Ohydni, takie jak Gniew, Cierpienie i Strach, którego lękał się każdy nieumarły, i o którym z przestrachu starano się głośno nie mówić w licznych królestwach i wioskach Otchłani.

W ten sposób rodziła Otchłań owoce myśli ludzkiej i nauczała nieumarłych, co jest dobre, a co złe. Dzięki tej mnogości myśli z czasem powstać mogły dwa nadrzędne byty, które sprawowały rządy nad Otchłanią. Ze wszystkich myśli nikczemnych i brudnych narodziło się Zło, które nieraz przykrywało świat zasłoną mroku i zgryzoty. W ten sposób nękało nieumarłych i nie dawało o sobie zapomnieć. Nieumarli przezwali je Vulner, czyli Wyrządzający Krzywdę. Z myśli szlachetnych powstało w końcu Dobro. Rozświetlało ono nieraz mroki Otchłani i krzewiło radość w duszach nieumarłych. Ci nadali mu imię Affabell, czyli Łaskawy i w podziękowaniu stawiali mu świątynie, składali mu ofiary i kierowali ku niemu dziękczynne modły.

Nieumarli przez cały czas świadomi byli swych poprzednich wcieleń i nie zapomnieli o swych cielesnych powłokach, które zabrała Otchłań. Jednak nade wszystko zdawali sobie sprawę, że wszystkie tereny Otchłani, jak i roślinność i zwierzyna, która miała w niej swój dom, wywodziła się ze wspomnień i ich własnych myśli. Była więc cała Otchłań obrazem ich samych sprzed poprzednich wcieleń. Nieumarli korzystali także ze wspomnień krążących po Otchłani, by tworzyć liczne dobra, kuć broń czy stawiać domostwa. I choć wydawać się może to niemożliwe, bo przecież nie mieli oni materialnego ciała, to należy wiedzieć, że dobra te, które wytwarzali nieumarli, były im tylko przeznaczone i podobne do nich samych. Nic bowiem materialnego ludzie nie przynieśli ze sobą do Otchłani i nigdy w niej niczego materialnego nie doświadczyli aż do końca jej istnienia.

Tak nieumarli rozwijali się, uczyli nowych rzemiosł oraz wytworzyli wspólny język. Po jakimś czasie zaczęli dobierać się w społeczności i osiedlać na coraz to nowych terenach Otchłani. Z początku tworzyli osady, potem większe miasta, a z czasem nowe kraje oraz zakładali ich stolice. Cieszyła się tym wszystkim Otchłań, bo przywitała nieumarłych naga i pusta, a teraz dzięki nim rozkwitała i nabierała znaczeń. Często się radowała działaniami jej mieszkańców, ale zdarzało się i tak, że płakała z ich powodu. Wszystko to przyjmowała, bo taka była natura jej i nieumarłych, którzy mieli ją za swój dom.


II


W początkach istnienia Otchłani Affabell zamieszkał w Lumenorze, czyli Mieście Światła w Górach Stalowych i przyglądał się uważnie wszystkiemu, co dzieje się na świecie aż któregoś dnia rzekł:

— To myśl człowiecza spłodziła Otchłań i nadaje jej różne kształty, to dzięki człowiekowi istnieje ten świat, a razem z nim ja i podobne mi byty. Jest to naprawdę osobliwe, że tutaj na dole to człowiek dał początek istotom potężniejszym od siebie, a nie stało się odwrotnie, jak to było na górze za dni ich cielesnych. Widać taka jest natura człowieka, że nawet gdy to on sam tworzy absoluty, to czyni to bezwiednie i z rozpaczy przed samotnością. Należy się więc zaopiekować nieumarłymi i czuwać nad nimi, gdyż nie są w stanie sami decydować o swoich losach.

Vulner usłyszał ten monolog i zdziwił się niezmiernie, gdyż do tej pory uważał się za byt przedwieczny i istniejący od początku zrodzenia Otchłani. Był on przekonany, że nieumarli, którzy chodzą po Otchłani są istotami, które pojawiły się na niej przypadkowo, bez celu i niczego do niej nie wniosły. Teraz, gdy usłyszał prawdę wydobywającą się z ust Affabella, zapałał gniewem i furią. Wyszedł z cienia i objawił się Affabellowi, a wzrok jego był pełen czerwieni pragnącej krwi i pożogi zniszczenia. Affabell, widząc to spojrzenie, zwrócił się do niego:

— Tak też myślałem, że skoro ja istnieję, to i ty musiałeś się pojawić gdzieś tam w dole. Czemu jesteś taki rozzłoszczony? Czy słyszałeś jak mówię do siebie?

— Dlaczego uważasz, że to my istniejemy dzięki ludziom, a nie oni dzięki nam? Przecież jesteśmy potężniejsi od tego robactwa — powiedział Vulner, ale w głębi swego czarnego serca czuł jaka będzie odpowiedź.

— Narodziliśmy się na świecie kiedy już istniał i miał swoją formę, a nieumarli chodzili po nim w dniach naszego przybycia. Czy to nie wystarczający dowód na to, że to my pochodzimy od nich?

Vulner nic nie odpowiedział tylko pogroził Affabellowi pięścią i przeklął nieumarłych, oraz poprzysiągł uprzykrzać im życie i wykorzystywać do swoich celów. Osiadł później w najciemniejszej części Otchłani, którą nieumarli nazwali Ateronem, czyli Czarnym Królestwem oraz gromadził wokół siebie Abominalów, z których uczynił swe sługi, a były pośród nich szkaradztwa takie jak Chciwość czy Furia i całe zastępy innych okropności tego świata.

Affabell, widząc to, przykazał wszystkim Vigilarom, by nigdy nie odstępowali nieumarłych na krok w obliczu niebezpieczeństw, jakie groziły im ze strony Abominalów. Tak oto zaczęła się odwieczna walka między siłami Affabella i Vulnera, a była ona sensem i istotą Otchłani.


III


Voragon, bo tak nieumarli nazwali całą Otchłań, dzielił się na cztery główne krainy. Największą z nich był Kraj Północny, czyli Septentrion, którego władcą był Former, czyli Ten, który tworzy. Odczuwał on większą niż pozostali nieumarli więź z wszechobecną myślą, głębiej jej doświadczał i więcej z niej rozumiał. Dzięki temu Otchłań nagradzała go pięknymi wizjami jak kształtować poddaną mu ziemię i przeobrażać ją wedle własnego upodobania. Już w pierwszym dniu swojego przybycia do Otchłani Former został obłaskawiony przez Affabella. Wysłał on do Formera jednego z Vigilarów — Satorusa, czyli Twórczość. Satorus przybrał postać pięknego władcy obleczonego w złotą szatę i noszącego koronę zdobioną rubinami. Gdy Former podnosił się z dna nagi i nieskalany, Satorus rzekł do niego:

— Formerze, spłynęła na ciebie łaska Vigilarów. Załóż tu kraj i uczyń go pięknym i chwalącym całą Otchłań. Będziesz władcą tak dostojnym jak ten, który stoi teraz nad Tobą. I chociaż ja tylko przyoblekłem tą postać, by ciebie zainspirować, to ty będziesz władcą, za którym pójdą miliony i te miliony będą ciebie kochać.

I widząc Satorus, że Former oddaje mu hołd, padając do jego stóp, ten obdarzył jego dłonie talentami i chęcią do pracy, a błogosławiąc je uczynił to w taki sposób, że każdy wytwór tych rąk miał stać się wyjątkowy i piękny.

Zaczął więc Former gromadzić wokół siebie nieumarłych i przedstawiać im swoje wizje wspaniałego królestwa. Takie były początki Septentrionu, najwspanialszego kraju, jaki kiedykolwiek widziała Otchłań. Powstawały w nim cudowne miasta, a największym z nich był Kamienny Gród wybudowany w sercu Gór Północnych, któremu Former nadał nazwę Stametor — Miasto z Kamienia i uczynił z niego stolicę całego Septentrionu. Budowniczy otoczyli go zbrojnym murem, którego żadna siła nie była w stanie ruszyć.

Z czasem wieści o tym cudzie rozniosły się po całej Otchłani aż doszły uszu Vulnera. Rozkazał on dwóm Amobinalom, aby wyruszyli do Stametoru i wtłaczali w serca nieumarłych lenistwo i nieudolność, by spowolnić pracę w mieście i utrudnić jego rozkwit. Wyruszyli więc w drogę Acediaus i Irytus, a gdy dotarli na miejsce, wielu nieumarłych poszło za ich głosem i rezygnowało z pracy i obowiązków. Lata jednak mijały, a Stametor mimo wszystko prężnie się rozwijał. Działoby się to znacznie szybciej, gdyby nie działania Lenistwa i Nieudolności lecz Former i tak był dumny z pracy swego ludu, który dzięki temu nadał sobie nazwę Adillowie, a więc Lud Budowniczych. Szczep ten tak zagospodarował cały Septentrion, że kraina ta w całej Otchłani nie miała sobie równych pod względem zabudowy i fortyfikacji. Adillowie byli najbardziej rozwiniętym ludem Otchłani, szczycili się pracą, uwielbiali zdobywać wiedzę i wykorzystywać ją w praktyczny sposób. Gardzili marazmem i jakimkolwiek przestojem, cechował ich postęp. I choć nie byli bardzo rozwinięci fizycznie, to rozumieli potrzebę wzmacniania siebie, a czynili to poprzez wynajdowanie nowych broni i metod do walki z wrogiem, który czaił się na południu Otchłani.


IV


Drugą co do wielkości krainą Otchłani był Oraton — Kraj na Brzegu, mieszczący się na zachodzie świata w miejscu, gdzie dotykać zaczynały go fale Morza Przedwiecznego. Nieumarli, którzy w nim mieszkali nazwali siebie Saluminami, czyli Lud z nad morza. W swych sercach rozmiłowali się do widoku fal, a twarze ich, choć ogorzałe były od wiatru wiejącego w stronę lądu, wciąż pozostawały piękne i dostojne. Byli oni biegli w budowaniu łodzi i statków, w których często przeprawiali się przez liczne rzeki Otchłani. Największą z nich była Flumen — Rzeka, która początek swój miała w Górach Północnych. Oraton był prawdziwym cudem Otchłani. Rozpościerały się w nim piaszczyste plaże, łąki pełne kolorowego kwiecia oraz rosły w nim rozległe lasy, będące schronieniem nie tylko dla licznych nieumarłych, ale i dla zwierząt i ptactwa.

Ze wszystkich Vigilarów krainę tę szczególnie przypodobał sobie Laeter, czyli Zachwyt, gdyż w ludności Oratonu było tego właśnie uczucia najwięcej. Żadna inna kraina nie wychwalała świata tak głośno i nie podziwiała go tak głęboko jak Oraton i mieszkający w nim Saluminowie.

Władcą Oratonu był Decor, czyli Piękny, a początek jego panowania związany był silnie z Vigilarem o imieniu Agaper, czyli Miłość. Długo błąkał się Decor po rozstajach Otchłani zanim znalazł swoje miejsce na jej zachodnim brzegu. Miał to nieszczęście, że opadł na jej dno na południu, niedaleko Mrocznego Królestwa, siedziby Vulnera. Ten w swej złośliwości wysłał do niego Żądzę i Euforię. Powiedział im tak:

— Widzicie tego pięknego nieumarłego? Idźcie i nauczcie go was samych, aby był jakiś pożytek z jego urody.

Abominale te przybrały więc różne formy i zaczęły nękać Decora. Pierwsza była Orexis, czyli Żądza. Zstąpiła przed nim pod postacią pięknej dziewczyny, którą kiedyś znał za życia na powierzchni. Rozebrała się przed nim do naga i zaczęła go kusić:

— Pamiętasz mnie? Czy nie chciałbyś teraz spróbować tego, na co nigdy nie starczyło nam czasu tam na górze? Piękno powinno iść w parze z pięknem. Czy nie podobam ci się? Decor splunął na ziemię i odrzekł:

— Skoro nie spróbowałem tego z tobą tam na górze, to widać tak miało być i tu w dole też nie jest mi pisane tego próbować. Zostaw mnie.

Druga była Gaudier — Euforia. Ta nie popełniła błędu siostry, tylko przybrała postać bogactwa i dóbr materialnych, które zaczęły pojawiać się nagle przed Decorem.

— Ty, który jesteś tak urodziwy, weź to wszystko, a jeszcze bardziej upiększysz swoją twarz wyrazem nieopisanego szczęścia i szaleńczej radości. Czy nie jest tak, że pięknu do pełni szczęścia brakuje tylko bogactwa?

— I cóż miałbym począć z tą euforią z posiadania? Miałby śmiać się sam do siebie i cieszyć się, że zostałem bogaczem pośród pustkowia? — odrzekł Decor i ruszył dalej.

Obserwował to wszystko Vulner i postanowił wysłać swojego najgroźniejszego sługę, Angora, czyli Strach. Pouczył go tymi słowami:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 35.72