E-book
13.65
drukowana A5
72.7
Opowieści z Dawnych Dni

Bezpłatny fragment - Opowieści z Dawnych Dni

Baśnie ze świata Globu


Objętość:
507 str.
ISBN:
978-83-8104-149-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 72.7

Książkę dedykuję mojej

ukochanej córeczce:

Blance.

Kochanie,

wybierz swoją drogę i idź nią!

Poczuj, że jest Twoja i prowadzi Cię we właściwym kierunku.

Jest tak, bo sama ją wybrałaś.

Miłej podróży!

Przedmowa

Opowieści z Dawnych Dni to zbiór kilku baśni ze świata Globu, których bohaterami są stworzenia zamieszkujące kontynent o nazwie Lulhmarr, chociaż w jednym przypadku, za sprawą sławnego podróżnika, akcja przenosi się na całkiem inny ląd. W przeważającej liczbie opowieści tyczą się istot z Plemienia Gwiazd (nazywanych Elemdelalami od ich kraju, Elemdelalu), ale pojawiają się również khumdhuithlidzi, duanakulamtelowie, czy oślizgi. O wszystkich można się tu czegoś dowiedzieć. Opowiadania są ułożone w taki sposób, aby opisy niezwykłych istot nie wyprzedzały ich pojawienia się, dlatego na początku dochodzi do małego zachwiania chronologii historycznej, co w żaden sposób nie utrudnia orientacji w tekście, a z moich wielokrotnych już doświadczeń czytania na głos, mogę powiedzieć z całą pewnością, że stanowi nawet swojego rodzaju atrakcję. Jak to autor: nie mam zielonego pojęcia, czy spodobają się Wam Opowieści z Dawnych Dni? Moja córeczka jest nimi oczarowana i zbiór tych baśni stanowi jeden z jej ulubionych. Mam dość utrudniony osąd, co do wieku Czytelników, do których książka jest adresowana. Jak każdy opiekun, tak i ja, sądzę, że moja podopieczna jest szczególnie uzdolniona i nad wyraz na swój wiek inteligentna. Dlatego, dla bezpieczeństwa podam, że zbiór tychże baśni adresowany jest dla ośmiolatków, chociaż uważam, że nawet sześciolatki dałyby radę posłuchać o magii, mieczach, bogach i bohaterach, bo Opowieści z Dawnych Dni to epicka literatura fantasy dla dzieci! Rodzicom szczególnie wrażliwym na punkcie brutalności należy się niewielkie ostrzeżenie. W moich baśniach pojawia się również przemoc. Nie jest jednak bezmyślna, ani też szczególnie okrutna, stanowi raczej narzędzie sił sprzyjających przyjaźni i miłości w walce ze wszystkim, co jest złe i zagraża bezpieczeństwu wolnych istot. Jak przystało na solidną literaturę dziecięcą, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie: będzie walka na miecze z potworami, wychodzenie z tarapatów wspólnymi siłami, będzie miłość, przyjęcia urodzinowe i śluby, podstępy knujących czarnych charakterów i legendy z czasów, o których już zapomniano. Sądzę, że zarówno dziewczynki, jak i chłopcy otrzymają miły prezent zaznajamiając się z Opowieściami z Dawnych Dni. Życzę miłej lektury rodzicom i ich pociechom.

Z uszanowaniem,

Łukasz Gutowski.

Uwagi językowe

Kilka uwag należy się nazwom własnym stworzeń występujących w tekście. Jedynie Elemdelalów zapisuję wielką literą, ponieważ jest to nazwa ich narodowości, a nie rodzaju. Słowo Gwiazdy natomiast zapisuję tak, abyście mogli bez przeszkód odróżnić moją intencję: określenie tyczące się astronomicznych ciał niebieskich, czyli punkcików na niebie, zapisuję małą literą, zaś dotyczące stworzeń wywodzących się od Ehaliona Narraty, wielką (Gwiazda po lulhmarrsku to eila, można zatem o przedstawicielach Gwiezdnego Plemienia mówić eilowie). Tę samą zasadę zastosowałem do Aniołów Gromu Zływrogów — ponieważ tyczą się nazw nadanych, są swojego rodzaju przezwiskami. Dlaczego derthowie, agerunici, morry, czy khumdhuithlidowie piszemy małą literą? Bo pojęcia owe są tożsame z wyrazem człowiek (po lulhmarrsku: hodir). Sylurczycy, Elemdelalowie, Katorbianie, Mothavianie — to są nazwy narodowości i te piszę wielką literą.

Większość nazw odczytujemy dokładnie tak, jak zostały zapisane. W dwóch przypadkach — Ashtara Levartara oraz Sagoshavu — połączenie „sh” czytamy jak nasze, polskie „sz”. Podwójne „o” w wyrazie vooard czytamy jako wuard. Wiem, że może to być dość trudne na początku, ale kiedy już pozna się kilka nazw, treść płynie bez przeszkód (taką mam przynajmniej nadzieję).

Kolejnym wyzwaniem są nazwy zawierające nieme „h”. Transkrypcja lulhmarrskiego, czy bardziej elemdelalskiego, na język polski wcale nie jest prosta, a mimo wszystko zabierając taki zapis (z niemym „h”), czułem się troszkę niekomfortowo, jakbym odbierał jakąś część magii z egzotycznie brzmiących nazw. Dlatego takie słowa jak khumdhuithlid, Lulhmarr, Khanghaghakh, czy KhnoThen DeDirrmall oraz Diviah czytamy jako kumduitlid, Lulmarr, Kangagak, KnoTen De’Dirrmall oraz Divia (Diviah kończy się na nieme „h”, więc jej odmiana, np. Diviah’ii przebiega dokładnie tak, jakby tego „h” nie było, czyli czytamy Divii etc.). W wyrazie Illiohessth natomiast (to chyba jedyny wyjątek) nieme jest drugie „h”, więc nazwę tego Derra Sjem odczytujemy jako Illiohesst.

Co do wielokrotnego „r” muszę jedynie zaznaczyć, że nic się nie stanie, jeśli Wasze języki nie będą wymawiać dźwięczności języka lulhmarrskiego, chociaż w razie spotkania z jakimś osobnikiem ze świata Globu, może się okazać, że nie od razu Was zrozumie… (w końcu jednak, chyba jakoś się dogadacie). Sądzę również, że Dirmarnarirriar oraz KarrAb Niml są jedynymi przykładami obowiązkowego wymawiania słów zgodnie z zapisem.

Mam głęboką nadzieję, że transkrypcja nie wpłynie negatywnie na Wasz odbiór Opowieści z Dawnych Dni, a więcej nawet: spodoba się Wam tak samo, jak mi i mojej córeczce.

Miłej lektury!

Pozdrawiam,

Łukasz Gutowski.

Podziękowania

W przypadku każdej książki mam ogromny zaszczyt złożenia podziękowań moim szczególnym przyjaciołom oraz znajomym za pomoc, życzliwość i wsparcie. Często jest z ich strony nieświadoma, niemniej jednak, skwapliwie z niej korzystam. Najpierw muszę napisać o tych, które wspierały mnie aktywnie, a bez ich zachęt i otuchy nigdy nie zabrałbym się za spisywanie dziejów Elemdelalów. Mowa oczywiście o dwóch moich Miłościach:

Ewie i Blance.

Kocham Was z całego serca i ze wszystkich sił dziękuję Bogu za to, że obdarował mnie najwyższym szczęściem dzielenia z Wami życia. Jesteście, zarówno moją inspiracją, jak i motywacją. Bardzo, bardzo Was kocham!

Poza Moimi Dziewczynami podziękowania i ukłony należą się moim rodzicom: Annie i Zbigniewowi Gutowskim, mojej siostrze Sylwii, jej mężowi Mariuszowi Frankiewiczowi oraz mojemu chrześniakowi, a ich synowi: Mateuszowi. W równym stopniu jestem wdzięczny Wojtkowi i Michałowi Tukanom, Pawłowi Turkiewiczowi, Jakubowi Dzieży oraz Marcinowi Aleksandrowiczowi — moim kolegom z podstawówki, którym zawdzięczam rozwój wyobraźni i osobowości. Dodatkową zasługę w tym względzie ma niewątpliwie wielce szanowny pan magister Grzegorz Fabiszak. Dziękuję Wam koledzy za każde dobre słowo i wspieranie mnie w każdej formie.

Dziękuję również osobom, które na powstanie Opowieści z Dawnych Dni nie miały bezpośredniego wpływu, ale w całym moim życiu, wcześniej, lub później odegrały ważne i znaczące role. Są to Marta i Mariusz Chałubkowie, Monika Chwedczyk, Karolina Kędzierska oraz Arkadiusz Mielczarek, a także Paweł i Witold Jakubowscy.

Život je čudo,

jak mawiają Czesi.

Gwiazda Gwiazd

czyli opowieść o Elduanie i Diar Amie Tual.

W czasie Dawnych Dni, kiedy na świecie nie było jeszcze państw, cesarstw, ani królestw, na rozległej równinie leżała piękna kraina. Zamieszkiwało ją Gwiezdne Plemię. Swoje ziemie nazywali Elemdelalem, zaś o sobie mówili Elemdelalowie, a czasem również Gwiazdy.

Mieli piękne zamki, których broniła Gwiezdna Armia. W miastach wzniesionych z kryształów tętniły życiem bogate kupieckie kramy zaopatrzone w najprzeróżniejsze towary wszelkiej maści kolorów, kształtów, smaków i konsystencji. Gwiazdy ze wszystkich sztuk, do których talent miały niezmierzony, najbardziej ukochały magię. Czarodziejskie zaklęcia, popisy i występy rozsławiały ich plemię na calusieńkim świecie.

Opiekę nad Elemdelalem sprawował Amaral, czyli elemdelalski władca. Swoją siedzibę miał w Srebrnym Mieście, a jego domem był Księżycowy Pałac. Amaralem obecnie był sławny Elevael. Był to bohater, który tym się zasłużył, że pokonał złego potwora, Ashtara Levartara, przynosząc swej krainie wolność i pokój. Dokonał tego przy pomocy klejnotu o nazwie Eilaeilu, co znaczy Gwiazda Gwiazd. Ten niezwykły artefakt w rękach ukochanego najmłodszej dziewczyny z amaralskiego rodu, potrafił zamienić się w cudowny, magiczny miecz.

Wraz ze swoją żoną, Leą bardzo się kochali. Sprawowali rządy pełne miłości, sprawiedliwości oraz pokoju. Nie toczono żadnych wojen, ze wszystkimi utrzymywano przyjaźń i dobre, sąsiedzkie stosunki. Elemdelalowie byli bardzo zadowoleni z rządów swego Amarala i jego pięknej żony.

Niestety, wszystko, co dobre potrafi wywołać zazdrość i szybko się kończy. Tak też było z naszą amaralską parą. Zła siostra Lei o imieniu Keasar w tajemnicy przed amaralską parą zachowała oko Ashtara Levartara i w ukryciu uczyła się przy jego pomocy czarnej magii.

Kiedy Lea miała urodzić dziecko, rodzice zrozumieli, że nie pozostanie ono jedynie ich własną pociechą. Elemdelalowie, każdy z osobna i wszyscy razem, wyczekiwali narodzin dziecka amaralskiej pary, bo przepowiednia mówiła, iż narodzone dziecię będzie najsławniejszą ze wszystkich istot swojego rodzaju. W oczekiwaniu na potomka Elevaela i Lei wybudowano dla niego nawet Księżycowe Ogrody — cudowne i bardzo rozległe przestrzenie pokryte wieloma dziełami sztuki, rzeźbami, posągami oraz malowidłami, ale przede wszystkim wszelkimi pięknymi roślinami. Pełno tam było kwiatów, drzew owocowych, krzewów, najrozmaitszych wspaniałości natury.

Pierwszego dnia wiosny na świat przyszła śliczna Elemdelalka. Amaralównie nadano imię Diar Ama Tual, co znaczy Złota Matka Dziedzictwa, bo oczekiwano, że spełni związaną z jej nadejściem przepowiednię i zostanie najwspanialszą ze wszystkich Gwiazd. Odbyło się wtedy ogromne, huczne święto, zapanowała radość i niczym niezmącona wesołość. Dziewczyna była cudowna, przeurocza i niewiarygodnie piękna.

Elemdelalowie żyli w zgodzie, zachwyceni Diar Amą Tual, która pewnego dnia miała przejąć władzę po Elevaelu i zostać Amaralką. Dziewczynka rosła i rozwijała się niezwykle prędko. Miała talent do wszystkiego za co postanowiła się zabrać. Potrafiła pięknie śpiewać i recytować wiersze. Nauka przychodziła jej łatwo. Prędko opanowała umiejętności liczenia, czytania i pisania. Z zamiłowaniem grała na instrumentach. Odwiedzała ją nauczycielka Malawia i razem ćwiczyły na skrzypcach, gitarze, a także flecie. Diar Ama Tual kochała również taniec. Ku uciesze poddanych, występowała publicznie w każdym siódmym dniu tygodnia, przynosząc swoim poddanym niezwykłe, pasjonujące chwile wypełnione muzyką. Szybko pomiędzy Elemdelalami zasłużyła na uznanie.

Dlatego, gdy amaralska para z okazji siódmych urodzin córeczki wyprawiała dla niej przyjęcie, nikt nie przypuszczał, że może być nieudane. Wszakże wszystkie do tej pory były wspaniałe niczym z bajki!

Niestety właśnie wtedy postanowiła przypomnieć o sobie Keasar, która przy pomocy oka Ashtara Levartara stała się najprawdziwszą czarownicą. Pojawiła się na przyjęciu z okazji siódmych urodzin amaralskiej córki i zagroziła, że przy pomocy czarnej magii uśmierci ją na oczach rodziców, jeśli nie oddadzą jej Eilaeilu, magicznego klejnotu, który w rękach elemdelalskiego władcy zamieniał się w przepotężną broń. Elevael nie miał żadnych wątpliwości, co do tego, jak miałby postąpić. Oddał wiedźmie Gwiazdę Gwiazd, pod warunkiem, że opuści ona krainę Amarala i już nigdy nie powróci do Srebrnego Miasta. Tak też się stało. Czarownica uciekła z klejnotem, zadowolona, bo tylko na nim tak naprawdę jej zależało. Pragnęła, aby moc z oka Ashtara Levartara przeszła na nią, a wierzyła, że Eilaeilu może jej się do tego celu przydać.

Gdy tylko Keasar opuściła Srebrne Miasto, Elevael posłał za nią Ahanneia, złodzieja, który miał wykraść cenny klejnot z rąk czarownicy. Słuch jednak zaginął zarówno o wiedźmie, jak i o złodzieju. Dlatego Amaral uznał, że albo oboje nie żyją, albo Ahannei wykradł skarb czarownicy, a sam z nim uciekł.

Kiedy dziewczyna osiągnęła pełnoletniość i musiała wybrać dla siebie zawód, długo nie mogła się zdecydować. Wszakże miała talent do wszystkiego! To kim miałaby zostać nie było niczym ograniczone. Jedynie jej własna wola miała o tym zadecydować. Mogła zostać artystką, która budziłaby zachwyt pisząc, malując, śpiewając, lub tańcząc; wojowniczką, która broniłaby członków swego plemienia przed niebezpieczeństwami; czarodziejką, której zaklęcia fascynowałyby i wprawiały w podziw, lub nauczycielką, pracownicą, rybaczką, łowczynią, górniczką, rolniczką… papryczką! Nie, papryczką przecież nie, bo to nie jest żaden zawód…, to przez to pomyślałem „papryczką”, że mi się to zrymowało…, ależ ze mnie głuptasek i gapcio!

W końcu Diar Ama Tual wybrała zawód uzdrowicielki. Miała w ten sposób spełniać swoje marzenia o pomaganiu innym. Długa ją czekała nauka, bo musiała poznać nie tylko bardzo rozległą wiedzę o lekarstwach, cudownych ziołach, eliksirach i naparach, ale również o budowie ciała swoich przyszłych pacjentów, a nawet magii, zajmującej się uzdrawianiem i wpływaniem na samopoczucie. Uff! Ależ tego było! Od świtu do nocy spędzała czas na nauce, czytaniu starych, ciężkich ksiąg, słuchaniu wykładów wielkich uzdrowicieli, robieniu notatek, a jednocześnie musiała uczestniczyć w dyskusjach. Ponadto, nie wolno było zapomnieć o codziennym ćwiczeniu, bo tylko systematyczność prowadziła do mistrzostwa. Nie raz, ani nie dwa Diar Ama Tual miała już dosyć! Wolałaby przecież ganiać za piłką, biec ile sił po lesie, ścigając się z jeleniami, lub tańczyć na łące, słuchając śpiewu ptaków! Niestety, długie i nudne zajęcia w Szkole Dla Uzdrowicieli pochłaniały calusieńkie jej dni. Dlatego, kiedy nadeszły wakacje, była bardzo, ale to bardzo szczęśliwa! Mogła wreszcie zaciągnąć swojego tatę na ryby. Uwielbiała, kiedy Elevael zabierał ją na łódkę i razem wypływali na kolejną rybacką przygodę. Wielki Amaral miał zwykle jednak pełne ręce roboty, bo musiał decydować o losie swoich poddanych, o zabezpieczaniu ich życia przed wiatrem, deszczem i zimnem, o nowych budowlach, zapasach żywności oraz przeróżnych materiałów. Mama Diar Amy Tual za to, zajmowała się krawiectwem. Wśród Elemdelalów od zawsze panowała moda na piękne, długie suknie dla dam oraz spodnie, koszule i płaszcze dla mężczyzn. Nie wytwarzano ich jednak byle jak, ale w bardzo pieczołowity sposób, zgodnie z tajemnymi procedurami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Ubrania Plemienia Gwiazd pełniły rolę wyśmienitych kamuflaży, bo zgodnie z wolą swych posiadaczy potrafiły zmieniać kolory i dopasowywać się do otoczenia, jak kameleon. Lea wraz z córką chętnie wybierała się na długie spacery, w trakcie których opowiadała najpiękniejsze baśnie, jakie dziewczyna kiedykolwiek słyszała.

Diar Ama Tual przyszła do taty, ale Elevael miał pełne ręce roboty i powiedział:

— Jestem strasznie zajęty córeczko! Musimy wraz z Radą Gwiazd rozstrzygnąć, w którym miejscu wybudować nowe skrzydło Księżycowego Pałacu! Coraz więcej jest Elemdelalów i chciałbym, żeby zanim nadejdzie zima, wszyscy mieli wygodne i ciepłe mieszkanka. Idź do mamy, bo ja nie znajdę teraz czasu na wspólną wyprawę na ryby. — Dziewczyna nieco się zasmuciła, że Elevael nie miał dla niej czasu. Nie traciła jednak nadziei sądząc, że mama jej nie zawiedzie. Przykro by było stracić pierwszy dzień wakacji w zabawie bez rodziców! Wyszła z Księżycowego Pałacu, przeszła przez swoje ukochane Księżycowe Ogrody i udała się do miejsca pracy mamy. Był nim Niebiański Warsztat, gdzie każdego dnia tysiąc szwaczek przędło tkaniny, a kolejny tysiąc krawcowych wykrajało wspaniałe ubrania. Lea czuwała nad przebiegiem wszystkich prac. W chwili gdy Diar Ama Tual weszła do Warsztatu, od razu rozpoznała, że niełatwo będzie namówić mamę na wspólną wycieczkę.

— Niestety kochanie, ale wycieczka jest teraz wykluczona! — zawołała Lea. — Bardzo bym chciała ci potowarzyszyć i opowiedzieć piękną bajkę, ale nie mam teraz czasu. Niebawem do miasta przybędzie twój kuzyn z daleka. Musimy dla wszystkich naszych poddanych uszyć odświętne suknie i fraki! Idź do taty, on prędzej znajdzie dla ciebie czas. — Kiedy Diar Ama Tual chciała coś odpowiedzieć Lei, wyjaśnić, że już była u Elevaela, że on również nie ma dla niej czasu, pracownice dosłownie zalały mamę dziewczyny kolejnymi zapytaniami, sprawami i problemami. Chyba ze dwanaście pań, jedna po drugiej, przekrzykiwały się, żądając udzielenia im uwagi przez Wielką Amaralkę.

— Kucharka zachorowała i wzięła sobie wolne, mamy nie dostać dzisiaj drugiego śniadania? — pytała pierwsza z pracownic.

— Pająki nie nadążą tkać srebrnych nici! Musimy skądś wziąć więcej pająków! — mówiła druga.

— Czerwone róże kończą się, a nie mamy maków, bo zdążyły już przekwitnąć! — wołała trzecia. — Skąd weźmiemy czerwony barwnik do tkanin?

— Moje krawcowe nie rozumieją rysunków wykroju sukni z najnowszej kolekcji — powiedziała czwarta, wskazując na rozrysowane, najnowsze projekty Amaralki. — Czy to — wskazała na dekolt sukni — jest dekolt w serek?

— Skaleczyła się już szósta krawcowa! — zawołała wyniośle piąta, wyjątkowo gruba pracownica. — Te najnowsze nożyce nie sprawdzają się jak poprzednie!

— Mamy drugą kucharkę, śniadanie zostanie wydane jak zwykle — odpowiedziała pierwszej. — Pająki już zostały zamówione i są w drodze, niebawem przyjdzie cały transport — odparła drugiej. — To, że przekwitły nie znaczy, że nie nadają się na barwnik, w razie czego zamiast róż, użyjemy malin. Tak, to jest serek. Nic nie poradzę na to, że kowal nie oddał jeszcze naostrzonych starych nożyc, przekaż swoim krawcowym, że muszą dzisiaj pracować tymi, które mają. — Lea starała się odpowiedzieć wszystkim kobietom, a wciąż napływały kolejne informacje o problemach: każda równie pilna, co pozostałe. Diar Ama Tual miała nadzieję, że mama upora się szybko ze swoimi sprawami, ale nic na to nie wskazywało. W końcu Amaralówna uznała, że nie ma sensu czekać dłużej. Postanowiła sama wybrać się na wycieczkę. Było jej nieco przykro, bo Lea była tak zajęta, że nawet nie zauważyła, kiedy jej córka opuściła Niebiański Warsztat.

Wokoło Srebrnego Miasta znajdowały się lasy. Dziewczyna była już na północy w Lesie Zabaw, w którym mieszkały skrzaty, elfiki i krasnoludki, odwiedziła południowy Las Muzyki, gdzie podobne do aniołów zjawy grały na harfach, a z wszędobylskich jezior wyglądały zaciekawione syreny, akompaniując muzykantkom cudownym śpiewem. W Lesie Pyszności, na wschodzie roiło się od zwierząt, ponad wszystko jednak było tam mnóstwo łakoci: jagód, malin, najróżniejszych orzechów, buczyny, jadalnych grzybów i oczywiście owoców. Rosły tam największe i najmniejsze odmiany jabłek, śliwek, gruszek oraz nandali — słodkiego, przepysznego owocu, który z racji swych niezwykłych właściwości był ważnym składnikiem magicznych mikstur, naparów, eliksirów i maści. Każda uczennica ze Szkoły Uzdrowicielek musiała znać zastosowanie nandali, dlatego również Diar Ama Tual wiedziała niejedno na temat tych owoców. W zachodnim lesie jednak dziewczyna nigdy nie była. Miał on złą opinię. Mówiono, że jest nawiedzony przez niedobre stworzenia: agerunitów oraz horbugów. Ci pierwsi, nazywani też Zływrogami mieli brzydki zwyczaj bałaganienia i straszenia napotykanych Elemdelalów. Kiedy było ich dużo potrafili nawet napadać niczego niespodziewających się podróżnych. Wyglądali jak małpy, nie mieli jednak ogonów, ani nawet twarzy. Całe ich ciało pokrywała czarna szczecina. Kiedy któryś zamknął paszczę i żółte ślepia, nie było widać nic, prócz czarnej sylwetki. Ci drudzy, horbugowie, nazywani równie często oślizgami byli potworami, które zawdzięczały swoje niechlubne przezwisko tym, że ich zielona skóra wydzielała paskudny i brzydko pachnący śluz. Diar Ama Tual, tak samo jak wszyscy pozostali obywatele Srebrnego Miasta, miała zakaz samowolnego przekraczania granicy Lasu Grozy. Dzikość tego miejsca budziła jednocześnie ciekawość i strach. Najczęściej jednak przeważał ten drugi czynnik. Przed Lasem Grozy znajdował się posterunek Gwiezdnej Armii. Żołnierze czuwali nad bezpieczeństwem, a w razie konieczności bronili swojego terytorium przed najeźdźcami. Kiedyś rzeczywiście wielki oślizg, horbug większy od pozostałych, imieniem Bulibul skrzyknął swoich pobratymców i zaatakował z wielką bandą na jedno z elemdelalskich miast (na Kasztanowy Dwór). Nie przewidział jednak siły Gwiezdnego Plemienia, które nie zapomniało o wyszkoleniu swoich wojowników i wyposażeniu ich w najdoskonalsze miecze jakie można kiedykolwiek wykuć z połączonych sił metalurgii i czarodziejstwa. Bulibul został wtedy pokonany. Nikt od tamtego czasu nie ośmielił się ponownie podjąć próby napaści na siedzibę Elemdelalów. Niemniej jednak pamiętano o zagrożeniu i pilnowano, czy podstępne kreatury nie knują jakiegoś podstępu.

Teraz Diar Ama Tual przekradła się przed posterunkiem Gwiezdnej Armii. Była całkiem rozżalona, że wreszcie nadeszły wakacje, a rodzice, za którymi przecież tak tęskniła, nie mieli dla niej czasu. Postanowiła na własna rękę zbadać Las Grozy. Gdy dziewczyna przekradała się przez granicę miasta za plecami żołnierzy, jeden z nich ujrzał ją i postanowił zatrzymać.

— Zaczekaj! — krzyknął, ale Elemdelalka nie odwróciła się, ani nie zatrzymała, tylko puściła się pędem między gęste drzewa. Żołnierz postanowił, że ją złapie i przyprowadzi z powrotem, nie chciał przecież, żeby się jej stało coś złego!

W lesie było naprawdę pięknie. Rzadko ktokolwiek w nim bywał, dlatego o wiele bardziej fascynował! Drzewa stały tu blisko siebie, gęściej niż w innych lasach, nie było wydeptanych ścieżek. Żeby wejść głębiej i zbadać okolicę, Diar Ama Tual sama musiała wyznaczać sobie szlaki na przełaj przez ściółkę i bujne poszycie. W końcu zawędrowała na polanę z małym jeziorkiem, gdzie stado białych jeleni zażywało kąpieli i wodopoju. Kiedy zwierzęta zauważyły dziewczynę, ich przywódca o bardzo rozłożystym porożu, wyszedł jej na przywitanie. Amaralówna otworzyła szeroko oczy w zachwycie, bo nigdy wcześniej nie widziała zjawiska równie wspaniałego, jak biały Król Jeleni. Gdy byk (samiec jelenia nazywa się tak samo jak samiec krowy!) był już blisko Diar Amy Tual, nagle zza krzaków wyskoczył żołnierz z przygranicznego posterunku. Z obnażonym mieczem rzucił się w kierunku zwierzęcia.

— Stój! Nie widzisz, że to dobry jeleń? Nie chciał mnie skrzywdzić! — złapała mężczyznę za rękę z mieczem, spojrzała mu w oczy z uśmiechem, a on natychmiast zrozumiał swoją pomyłkę.

— Wybaczysz mi pani? — zapytał skruszony. Tym większej pokory nabrał, kiedy rozpoznał, że to nie jakaś tam byle dziewczyna, ale córka samego Elevaela. Ona się tylko uśmiechnęła. Król Jeleni podszedł bliżej do tych dwojga, wcale nie okazując strachu, bo wyczuwał w nich samą tylko dobroć.

— Szlachetni Elemdelalowie! Synek mój, Ravi skaleczył się w raciczkę. Nic nie możemy poradzić, a mały nie może biegać jak dawniej i cieszyć się radością młodości. Pomożecie?

— Oczywiście Królu Jeleni — odpowiedziała Diar Ama Tual bez zastanowienia.

— Zatem wejdźcie na mój grzbiet, bo Ravi jest daleko stąd, podróżuje ze swoją mamą, bo rana nie pozwala mu się szybko przemieszczać. — Tak też zrobili. Wskoczyli oboje na grzbiet Króla Jeleni, a był to byk tak wielki, że jeszcze miejsca zostało na co najmniej dwie osoby. Popędził wtedy biały jeleń przez gęstwinę, ścisłe korytarze pomiędzy drzewami i krzewami, sobie tylko znane drogi, a tętent jego kopyt wprawiał ziemię w drżenie, taki był silny i potężny. W końcu dotarli do samicy jelenia i jej małego synka imieniem Ravi. Diar Ama Tual od razu poznała, że w racicy znajduje się mały kolec, bez problemu go wyciągnęła, a wyuczonymi czarami uzdrawiania natychmiast też sprawiła, że rana się zagoiła i maluch natychmiast mógł biegać, hasać i skakać o własnych siłach. Król Jeleni bardzo się ucieszył i powiedział:

— Bardzo wam dziękujemy szlachetni Elemdelalowie! Gdy będziesz nas potrzebowała śliczna, amaralska córko, zawołaj trzy razy Diar Ama Tual jelenia, jelenia ma za przyjaciela, a my do ciebie przybędziemy z pomocą. — Z tymi słowy popędził wraz ze swoją żoną i synkiem z powrotem do stada.

— Teraz już musimy wracać — powiedział żołnierz. — W lesie z pewnością nie jest bezpiecznie. Jak to się stało, że amaralska córka w tajemnicy przed wszystkimi sama się znalazła w Lesie Grozy? — Diar Ama Tual opowiedziała mu jak doszło do jej wyprawy. Wiedziała, że nie powinna wchodzić do lasu bez pozwolenia, ale nudziła się i chciała przeżyć jakąś przygodę, a w dodatku bardzo ją złościło, że oboje rodzice nie mieli dla niej czasu! Elduan, bo tak miał na imię ów żołnierz, tylko pokręcił głową w geście dezaprobaty, ale nie powiedział nic prócz tych oto słów:

— Musimy wracać. Teraz w lesie nie jest jeszcze tak strasznie, ale w nocy z pewnością już będzie. Musimy wyjść spomiędzy drzew nim zapadną ciemności! — Tak też postanowili zrobić. Byli już dość głęboko, a nieznajomy teren wszędzie wydawał się być podobnym. Diar Ama Tual sama z pewnością nie odkryłaby drogi powrotnej, ale jej towarzysz sprawiał wrażenie takiego, który wie dokąd zmierza.

— Ty jesteś Elduanem, prawda? — zapytała troszkę zaczepnie, bo imię żołnierza było sławne i często mówiono o Elduanie jak o największym bohaterze Elemdelalów. — Dlaczego zatem służysz w przygranicznym posterunku, czy tak sławny wojownik nie powinien mieszkać w pałacu i cieszyć się dobrodziejstwami, bogactwem i rozrywkami?

— Owszem — odparł Elduan. — Tylko, że ja przede wszystkim jestem żołnierzem. Zawsze chciałem nim być, a mój zawód oznacza służbę. Spełnianie dobrych uczynków należy do moich obowiązków, z ich realizacji jestem dumny. Służenie innym to bronienie ich przed niebezpieczeństwami, lub ich własnym… — spojrzał bystro na Amaralównę — ...przed ich nieokrzesaniem — zaśmiał się, a później maszerowali dalej w milczeniu.

W końcu dotarli na kolejną polanę. Na środku stało stare drzewo, o korzeniach tak rozległych, że zajmowały całą powierzchnię wolnej przestrzeni. Był to Król Drzew. Pień jego był tak ogromny i szeroki, że trzeba by było kilkudziesięciu Elemdelalów trzymających się za ręce, żeby go w pełni objąć. Niestety był wysuszony i nie miał na sobie ani jednego listka.

— Coś to drzewo mi wygląda niezbyt okazale — powiedziała dziewczyna oceniając stan Króla Drzew.

— Jakby brakowało mu wody — zgodził się Elduan.

— Musimy mu pomóc! — z miejsca podjęła decyzję Diar Ama Tual. — Wezwę Króla Jeleni, on będzie potrafił przynieść ratunek temu nieborakowi.

— Czy naprawdę teraz chcesz go wezwać? Obdarował cię jedynie jedną taką możliwością — przypomniał Amaralównie Elduan.

— Król Drzew potrzebuje pomocy, nie zamierzam czekać na lepszy moment — po czym zawołała, co jej rzekł Król Jeleni trzykrotnie: Diar Ama Tual jelenia, jelenia ma za przyjaciela!

Wielki wezbrał się szum, jakby wiatr nagły popędził między konarami drzew, aż las cały zafalował. Stopniowo zbliżał się łoskot, im bliżej, tym jaśniej można było poznać, że to tętent kopyt, niezwyczajny jednak, lecz tak majestatyczny, że aż ziemię wprawiał w drżenie. Naraz stanął przed dziewczyną i jej towarzyszącym żołnierzem Król Jeleni, a wraz z nim całe jego stado.

— Wzywałaś nas piękna Amaralówno. Czego żądasz? W czym ci może pomóc moje stado? — Diar Ama Tual zachwycona tyloma cudownymi zwierzętami wyjaśniła im, po co je wezwała. Zaraz też jelenie, jeden po drugim ruszyły do jeziora. Tam napełniały pyski wodą i zaraz wracały. Przenosząc ją tym sposobem, wylewały wodę prosto na korzenie Króla Drzew. On z każdą kroplą odzyskiwał świeżość, nabierał koloru, a nawet czarownego zapachu żywicy. Kiedy skończyli, był już w pełni sił. Jego pień zbrązowiał, na gałęziach rozwinęło się mnóstwo jasnozielonych listków, prędko też rozkwitły kwiaty w rozmaitych kolorach. Na dodatek, najwyraźniej nie zakończył się na tym magiczny wzrost, lecz płatki kwiatów prędko opadały, niczym cudowny deszcz, z nich wychodziły wszelkiej maści owoce, szyszki, żołędzie, kasztany i orzechy… To było najbardziej magiczne drzewo, jakie kiedykolwiek odkryto! Diar Ama Tual oraz Elduan stali jak wryci, jakby czas się zatrzymał i podziwiali niezmierzone bogactwo obfitości życia. Spomiędzy gałęzi cudownego Króla Drzew wyskoczyła sowa, dzięcioł i wiewiórka. Malutkie zwierzątka mówiły jedno przez drugie:

— Bardzo wam dziękujemy za pomoc szlachetni Elemdelalowie! Król Drzew jest jednocześnie naszym domem, stolicą tego lasu. Straszna czarownica z dalekich krain zatruła go, nieboraka, żeby nie przeszkadzał jej złej armii w przemarszu ku Srebrnemu Miastu.

— Ku Srebrnemu Miastu? — zaniepokoił się Elduan. — Kiedy to nastąpiło?

— Dwa tygodnie temu — odpowiedziały zwierzątka.

— W takim razie tutaj jest bardzo niebezpiecznie. Skoro wiedźma zatruła Króla Drzew, to pewnie w lesie jest już wielu intruzów! Musimy ostrzec Srebrne Miasto i amaralski dwór!

— Czekajcie! — powiedziała wiewiórka. — Mamy dla was coś w podzięce — dodała sowa. — Kiedy będziecie potrzebowali pomocy, zaśpiewajcie:

Królu Drzew, coś jest władcą tego lasu,

Już doczekałeś odwdzięczenia czasu!

Myśmy ci pomogli, dla ciebie dobre zrobili,

Odwdzięcz się nam w tej właśnie chwili!

— Dobrze, nie zapomnimy — podziękowała jeszcze Diar Ama Tual, pożegnali się ze zwierzętami i ruszyli w drogę powrotną. Słońce osiągnęło szczyt swojej drogi po niebie, co znaczyło, że właśnie było punktualnie południe. Las był na tyle dziewiczy, że liście ciasno przylegających do siebie drzew ograniczały dopływ światła na sam dół. Oczywiście nie było całkiem ciemno, ale troszkę chłodno na pewno. Para Elemdelalów jednak nie czuła żadnego dyskomfortu, bo wciąż się przemieszczali.

Po dwóch godzinach marszu Diar Ama Tual zaczęła marudzić, że jest głodna. Elduan postanowił, że zrobią krótką przerwę. Zatrzymali się na kolejnej, już trzeciej polanie, żeby dziewczyna mogła nazbierać jagód i orzechów, bo w tej okolicy rosły krzewy owocowe oraz leszczyna (Gwiezdne Plemię nazywa ją burchą). Żołnierz usiadł pod pniem drzewa i zaczął czyścić swój piękny miecz. Klinga broni była wykonana z kryształowo-przezroczystego magicznego metalu, a na niej wyryto starożytnym pismem imię ostrza. Brzmiało ono Miriadir (Ostrze Wiatru), zgodnie z legendami miecz został podarowany właśnie Elduanowi przez samą Miriadnę, boginkę wiatrów, w nagrodę za męstwo i odwagę za spełnienie wyjątkowo trudnego zadania. Teraz wojownik z wielkim uznaniem wycierał piękną broń. Wspominał dawne czasy, gdy podróżował po caluśkim Elemdelalu i jeszcze nawet dalej, aż tu nagle, ni z tego ni z owego, usłyszał westchnięcie zaskoczonej Diar Amy Tual. Zerwał się na równe nogi spodziewając się najgorszego. Nie stało się jednak nic złego, dziewczyna niespodziewanie znalazła w krzakach poturbowanego Elemdelala. Był ranny, a do tego najwyraźniej też chory.

— To Ahannei — oznajmił Elduan, gdy zbliżył się do znalezionego mężczyzny. Był półżywy ze zmęczenia i od poniesionej rany. — To znany złodziej, którego wiele lat temu twój ojciec Elevael wynajął, aby wykradł czarownicy Gwiazdę Gwiazd. — Po tych słowach Bohater Elemdelalu i Srebrnego Miasta musiał wytłumaczyć Diar Amie Tual kim była zazdrosna siostra Lei, Keasar, która uczyła się w tajemnicy czarnej magii z oka Ashtara Levartara. Opowiedział dziewczynie też o tym, jak Amaral oddał klejnot złej czarownicy w zamian za święty spokój dla swojej rodziny, co sama Diar Ama Tual nieco pamiętała ze swoich siódmych urodzin oraz o Ahanneiu i o tym, że nigdy nie wrócił. O wiedźmie też nie było od bardzo dawna niczego słychać, więc Elemdelalowie ze Srebrnego Miasta uznali, iż złodziej spełnił swoje zadanie, ale zdradził amaralski dwór i czmychnął z łupem gdzie pieprz rośnie. Diar Ama Tual miała dobre serce i postanowiła uzdrowić rannego mężczyznę. Odmówiła kilka modlitw i rzuciła kilka zaklęć regeneracyjnych. Zaraz Ahannei obudził się i tak oto przemówił:

— Diar Amo Tual, wszystko to słyszałem, co powiedział Elduan i uwierz we wszystko, co ten Bohater powiada, ale nigdy nie wierz w oszczerstwa, w których jestem zdrajcą. Przed dziesięcioma laty poszedłem na misję nakazaną przez Elevaela, ale Keasar wykryła moje próby kradzieży i zamknęła mnie do lochu. Przez dziesięć lat czekałem na właściwy moment żeby się wydostać. Patrzyłem, jak czarownica stara się uwolnić moc z Eilaeilu, jak knuje kolejne podłości, jak posługuje się złymi stworami do swoich celów. Pamiętacie horbuga Bulibula?

— Osobiście skróciłem go o głowę tym oto Miriadirem! — odpowiedział dumnie Elduan, wskazując na swój wspaniały miecz.

— To była próba podłej Keasar do wykorzystania klejnotu Amarala.

— Tak czułem, że to jej sprawka! — W oczach żołnierza zabłysły iskry.

— Owszem, tak było. Niedawno udało się wiedźmie rozpracować tajemnicę Eilaeilu i wykorzystać moc klejnotu, aby połączyć swoje ciało z zachowanym okiem Ashtara Levartara. Poczuła się potężna i pewna swego. To dlatego wysłała małą grupę zwiadowców, która zatruła Króla Drzew. Ja wykorzystałem okazję, bo ostatnimi czasy czarownica była pochłonięta swoimi przygotowaniami do wojny ze Srebrnym Miastem. Pozostałem wierny mojemu Amaralowi! Gdy przydarzyła się okazja wykradłem wiedźmie klejnot, stąd też rana, którą mi wyleczyłaś Diar Amo Tual, bo jeden ze strażników Gwiazdy Gwiazd ustrzelił mnie z łuku.

— Gdzie jest klejnot, który wykradłeś złej Keasar? — zapytał Elduan.

— Mam pod pazuchą — powiedział i odsłonił rąbek płaszcza, a za nim w dużej szkatule przymocowanej do pasa, Ahannei niósł olśniewający rubin wielkości pięści, w którym znajdowała się dwudziestoramienna czarna gwiazda. — Keasar nazywała go Sagathev, co znaczy Litość wzrusza, nie wiem dlaczego, bo Elevael nigdy nie mówił o nim inaczej niż Eilaeilu.

— Tego i my nie wiemy Ahanneiu — odpowiedziała dziewczyna. Nagle zrozumiała coś straszliwego! Trójkę Elemdelalów otoczyli Zływrogowie! — Patrzcie! — zawołała. Mężczyźni również spostrzegli zagrożenie. Ahannei przeraził się bardzo, Diar Ama Tual jeszcze mocniej, ale Elduan zachował zimną krew. Wyciągnął z pochwy swego Miriadira i prędkim, płynnym ruchem powalił pierwszych pięciu agerunitów.

— Szybko! W nogi! — krzyknął szermierz, a dwójce pozostałych Elemdelalów nie trzeba było dwa razy powtarzać! Zerwali się do ucieczki, pędzili jak tylko mogli najprędzej, pierwsza Diar Ama Tual, drugi Ahannei, a za nimi Elduan. Goniła ich masa czarnych, dzikich, strasznych potworów, ze szczekliwym wrzaskiem oznajmiali, że wkrótce dopadną swojej zdobyczy. Las nie ułatwiał ucieczki, mimo że już kawał drogi przebyli po nim pieszo, to wciąż trudne do przemknięcia były ciasne odstępy między gęsto stojącymi drzewami. Wtedy Diar Ama Tual przypomniała sobie, co takiego przykazały jej zwierzaczki w imieniu Króla Drzew. Dziewczyna zaśpiewała:

Królu Drzew, coś jest władcą tego lasu,

Już doczekałeś odwdzięczenia czasu!

Myśmy ci pomogli, dla ciebie dobre zrobili,

Odwdzięcz się nam w tej właśnie chwili!

Król Drzew nie mógł nie wiedzieć, co działo się w jego krainie, bo widział wszystko oczami każdego ze swoich braci-drzew. Dlatego natychmiast po zakończonej przez dziewczynę piosence, drzewa wokoło zaszeleściły, zatrzęsły się, chyba nawet ożyły! Wszystkie naraz, jakby wiedzione jedną, wspólną wolą, zebrały się do kupy i niby-ściana nie pozwalały Zływrogom dalej podążać za Elemdelalami. Co któryś z agerunitów postawi krok przed siebie, to zaraz: bęc! Stuknął w drzewo. Co któryś w lewo stanie, żeby obejść zaporę: bęc! Znowu to samo! Na to każdy próbuje i w prawo: bęc! Drzewa jak zaklęte, ani myślą złe kreatury przepuścić w dalszą pogoń za uciekinierami. Za to przed Diar Amą Tual stają otworem, piękny korytarz wędrowcom przygotowały i zaraz wiewiórka oraz sowa z dzięciołem przyleciały i tak oto mówią:

— Macie szansę dotrzeć do domu przed zmrokiem. Król Drzew tak się zachwycił waszymi dobrymi serduszkami, że postanowił wam uczynić korytarz aż do bramy Srebrnego Miasta, żebyście nie musieli dłużej błądzić po leśnych dziedzinach!

Zachwycili się przyjaciele bardzo, bo oto droga przed nimi stała rozpostarta.

— Ale musicie się spieszyć! Ta droga pobędzie taka przez krótki czas jeszcze, później wszystko wróci do normy. Król Drzew jeszcze nie odzyskał pełnej władzy nad swoim królestwem po zatruciu przez Keasar. — Nie trzeba było Elemdelalom więcej już żadnej przestrogi! Z wielką ochotą i animuszem ruszyli biegiem ku wyjściu.

— Co robisz? — oburzył się Elduan, bo już przecież byli niemal u celu, już wieże posterunku Gwiezdnej Armii dostrzegał swym nieprzeciętnym wzrokiem, a tu dziewczyna znowu coś wymyśliła i zatrzymała się nic sobie nie czyniąc z zagrożenia. — Czyż nie pamiętasz, że ścigają nas Zływrogi, a może już i sama Keasar na czele z armią oślizgów?

— Pamiętam o tym Elduanie, ale usłyszałam stamtąd wołanie ratunku — wskazała ręką gdzieś na bok. — Nie mogę pozostać nieczuła i nie udzielić pomocy. Może niech Ahannei wraca, on już dziesięć lat był poza domem, a i to jemu powierzono misję odzyskania Gwiazdy Gwiazd.

— Pani, tyś mnie uratowała, teraz ja nie mogę ciebie pozostawić tutaj w potrzebie! — krzyknął złodziej.

— Tym razem się z tobą i ja nie zgodzę Ahanneiu — spojrzał na niego bystro Elduan. — Masz Eilaeilu, wielce wart klejnot, tym bardziej, że bez niego Keasar traci część swej podłej, czarnoksięskiej siły! W dodatku, w rękach Amarala jest to broń najwspanialsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widział cały świat. Prędko idź z klejnotem do Gwiezdnej Armii, a żołnierze niech cię prowadzą do Elevaela! Gdy mu zdasz relację z naszych działań więcej się przysłużysz mi i córce władców Srebrnego Miasta. — Tymi słowy przekonał Ahanneia. Elemdelal pożegnał się z towarzyszami, jeszcze raz podziękował i przypomniał, że wkrótce się spotkają, tymczasem on popędził do Srebrnego Miasta, a Elduan i Diar Ama Tual weszli pomiędzy krzewy, z których niedawno dobiegało wezwanie pomocy.

Oczom uzdrowicielki i wojownika ukazał się straszliwie cierpiący ptak. Był to Król Orłów o złamanym skrzydle. Dziewczyna jak zawsze, gdy ktoś potrzebował pomocy, nie zastanawiała się długo. Skoncentrowała się nad biedaczkiem i położyła na złamanym skrzydle swoje ręce. Rzuciła czar uzdrawiający i po chwili wspaniały ptak zatrzepotał obydwoma skrzydłami.

— Jak wam się odwdzięczę, kochani Elemdelalowie? — zapytał Król Orłów. W tym momencie na polanę wtargnęła Keasar we własnej osobie! Cały teren wokoło otoczyli horbugowie. Diar Ama Tual po raz pierwszy w życiu zobaczyła oślizgów na żywo. Mieli śliskie, podobne do świńskich twarze, dalece jednak bardziej szkaradne. Z pysków sączyła się im ślina, spojrzenia mieli złowieszcze, a ryje, jak całe z resztą ciała, calusieńkie zielone. Uszy wielkie, sterczały im na wszystkie strony, doszczętnie byli umorusani błotem i cuchnęli straszliwie, jakby się nigdy nie myli. Już sam ich widok wydawał się na tyle szkaradny, aby się ich bać. Król Orłów uciekł na drzewo i przyglądał się temu, co nastąpi. Elduan złapał za Miriadira i obnażając kryształowe ostrze z pochwy zamierzył się na czarownicę.

— Sądziliście, że możecie się ze mną mierzyć, prawda Elduanie? — powiedziała wiedźma wyraźnie rozbawiona. Pstryknęła palcami, a wojownik zamarł w paraliżu, zupełnie nie mogąc się ruszyć! Mężczyzna zauważył, że Keasar zbrzydła odkąd ją ostatnio widział, mimo że minęły przecież już długie lata! Kobieta nos miała złamany, oczy zapadnięte, włosy białe niemal jak mleko, całą twarz pooraną zmarszczkami, a cerę ściemniałą i niezdrową. To wszystko wydawało się naturalne, jedyne, co budziło niepokój Elduana to najprawdziwsze trzecie oko na czole czarownicy! To musiało być oko Ashtara Levartara, które w tajemnicy zachowała po pojedynku Elevaela z tym przerażającym potworem z przeszłości! — Mam teraz ogromną moc, przyznaję, że przeszkodził mi ten złodziejaszek Ahannei, lecz odzyskam moją zgubę, sądzę nawet, że pokonam Amarala, kiedy Eilaeilu zamieni się w jego rękach w miecz.

— Nie dasz rady mu sprostać! — krzyknęła Diar Ama Tual.

— To się jeszcze okaże. Z resztą ty córko Amarala będziesz moją kartą przetargową, kiedy staniemy naprzeciwko siebie! — zaśmiała się złowieszczo wiedźma, zaklaskała w ręce i na jej gest oboje Elemdelalowie, wojownik i uzdrowicielka calusieńcy zamienili się w posągi z lodu. Wtedy Keasar zwróciła się do ogromnego horbuga. — Zulukulu! Tobie nakazuję zabrać oboje tych tutaj zamienionych w lodowe bałwany. Weźmiesz ich na najwyższą górę, daleko stąd, aby musieli patrzeć jak moja armia oślizgów i Zływrogów atakuje Srebrne Miasto. Będziesz ich tam pilnował. — Zulukul zasalutował ogromną, tłustą łapą, po czym zabrał nieszczęśników, jedno pod jedną, a drugie pod drugą pachę i wielkimi susami pomaszerował ku najwyższej górze w okolicy.

Była taka jedna o nazwie Góra Róż. Stąd pochodziła jej nazwa, że caluśki wierzchołek pokrywały gęste, kolczaste krzewy, udekorowane bogato czerwonymi kwiatami. Oboje więźniowie znali tę okolicę, bo nie znajdowała się daleko od Srebrnego Miasta. Zimą z Góry można było podziwiać calusieńką osadę Elemdelalów. Widać z niej było i Księżycowy Pałac, i Ogrody, nawet podwórza każdego z domów różnych mieszkańców oraz ich miejsc pracy. Latem za to, nie było sposobu, aby się przedrzeć w tamto miejsce, bo gęstwina kolczastych krzewów była niemożliwa do przebycia. Zmartwiła się Diar Ama Tual, zasmucił też Elduan, bo jakim sposobem mieliby uciec z Góry Róż w środku lata, nawet jeśliby lodowa klątwa złej czarownicy przestała działać? Zulukul niczego sobie za to nie robił z krzewiastych kolców, jego skóra była twardsza chyba nawet od skóry słonia! Gałęzie uginały się przed cielskiem stwora, ale wracały na swoje miejsce, gdy już się przedarł. Wdrapał się na Górę Róż i tam zostawił piękną Amaralównę i jej przybocznego żołnierza, wiernego Elduana, sam zaś siadł w pobliżu wierzchołka i pilnował więźniów.

Wkrótce wielka armia potworów po stokroć większa od wojska Gwiazd stanęła pod murami Srebrnego Miasta. W awangardzie, pod złotym baldachimem, na grzbiecie paskudnego ślizgorożca siedziała Keasar. Zapewne nie wiecie cóż to takiego ten ślizgorożec? Ano, jest to stworzenie dziwaczne bardzo. Kształtem przypomina ślimaka. Rozmiarem jest wielkości konia. Nie ma nóg, a tylko stopę, na której się ślizga, a po jej dwóch stronach łapy zakończone hakami, żeby się nimi mógł podciągać do przodu i tym samym od ślimaka być dużo szybszym. Głowa jego przypomina arbuza z małą paszczą i rogiem w miejscu nosa. Ot, taki pokraka! Czarownica uśmiechnięta od ucha, do ucha, na wszystko patrzyła trojgiem swoich oczu i pewna swego była niezmiernie. Wysłała posłańca, aby przekazał Amaralowi, że wiedźma chce się z nim rozmówić. Władca Elemdelalu tymczasem z najwyższej wieży Księżycowego Pałacu patrzył na stacjonujące pod murami wojsko i bardzo się smucił, tym, co musiał tu oglądać. Wojna była nieunikniona, a przecież jego dobrotliwi poddani niczym sobie na coś tak strasznego nie zasłużyli. Była przy nim Lea oraz Ahannei, który dzień wcześniej przyniósł mu Eilaeilu i złą wieść o tym, co działo się z Diar Amą Tual. Dziewczyna nie powróciła jeszcze ze swojej pieszej wędrówki i rodzice martwili się bardzo, spodziewając się najgorszego.

— Nie ma rady — orzekła smutno Lea. — Musimy stoczyć bitwę.

— Jest jeszcze sposób na to, żeby nie doszło do walki całych armii — powiedział Elevael z powagą. — Mam Gwiazdę Gwiazd. Klejnot w moich rękach zamieni się w potężny miecz. Tym orężem pokonam wiedźmę w pojedynku, kto wygra dostanie nagrodę i jego życzenie będzie musiało zostać spełnione. Ja zażądam, aby potwory i ich przywódczyni wróciły do swoich krain i nigdy już tu nie wracały.

— Co jeśli jednak Keasar zwycięży? — pytała Lea, całkiem pozbawiona nadziei, bo zupełnie nie spodziewała się tych wszystkich niebezpieczeństw, które nagle nadeszły nad Srebrne Miasto, niczym burzowe chmury.

— Nikt mnie nie zdoła pokonać kiedy dobędę Eilaeilu. W niego uzbrojony pokonałem Ashtara Levartara i z nim w rękach uporam się z Keasar, która ma oko tegoż potwora — oznajmił Elevael z powagą, chwytając za klejnot wykradziony przez złodzieja. Jakże wielkie było zdziwienie Amarala Elemdelalu, kiedy okazało się, że Gwiazda Gwiazd w jego dłoni nie zamieniła się w piękną i potężną broń! Zamarł na chwilę całkiem, zaskoczony i zrozpaczony jednocześnie! — Cóż to? — zawołał zupełnie nie rozumiejąc, co takiego mogło się stać, że klejnot nie spełniał swojej magicznej roli? Lea i Ahannei również spojrzeli po sobie. W oczy zaglądała im rozpacz.

— Może… — po chwili odezwała się żona Amarala drżącym głosem — …nie działa, bo Diar Ama Tual osiągnęła pełnoletniość…

— Nie rozumiem — odparł Elevael całkiem szczerze.

— Eilaeilu zmienia się w broń w rękach wojownika, którego pokocha najmłodsza Elemdelalka z amaralskiego rodu. Jest to jednocześnie znak, aby dotychczasowi władcy przekazali tron swoim następcom — wyjaśniła kobieta.

— Chcesz powiedzieć, że Diar Ama Tual zakochała się w Elduanie? — ojciec dziewczyny nie dowierzał słowom jej matki.

— To prawdopodobne — odpowiedziała Lea. — Nasza córka po raz pierwszy w życiu wybrała się samotnie na przechadzkę, a towarzyszy jej młody wojownik, o którym wielu mówi, iż jest największym bohaterem od czasów Elevaela.

— Słyszałem, co mówią o Elduanie, ale nie spodziewałem się, że nasza Diar Ama Tual tak prędko pokocha jakiegoś mężczyznę. Pamiętam jak jeszcze niedawno była taka maleńka! — Wtedy w oknie wieży pokazał się Król Orłów.

— Wasza córka wraz z Elduanem została zamieniona w lodowy posąg. Kaesar oboje nakazała umieścić na Górze Róż. Tam ich strzeże Zulukul, wielki oślizg, syn sławnego Bulibula — rodzice wystraszyli się bardzo słów szlachetnego ptaka.

— Co zrobimy? Co zrobimy? — wołał Elevael bardzo zrozpaczony.

— Spróbujmy pozbierać myśli — uspokajała go roztropna Lea. — Trzeba zrobić to, co zamierzałeś na samym początku.

— Przecież bez broni, która powstaje z Gwiazdy Gwiazd nie sprostam czarownicy z trzecim okiem potwora!

— Ty nie, ale Elduan tak — odparła mu mądra żona.

— Przecież jest uwięziony na Górze Róż i zamieniony w lodowego bałwana, zapomniałaś? — nic, a nic wielki Amaral nie odzyskiwał wiary w zwycięstwo.

— Nie zapomniałam, ale ty chyba już nie pamiętasz, że w Srebrnym Mieście mamy wielkich czarodziejów i wspaniałych uzdrowicieli? — Na te słowa Lei, Elevael odzyskał nadzieję i zaczął słuchać tego, co mieli mu do powiedzenia inni. Posłano też po Mistrza Uzdrowicieli i największego czarodzieja ze Srebrnego Miasta. Wkrótce podjęto decyzję co zrobić, żeby pokonać złą czarownicę i nie dopuścić do wojny.

Mistrz Uzdrowicieli i czarodziej orzekli, że czar rzucony na Amaralównę i wojownika jest bardzo potężny, bo wiedźma wykorzystując oko potwora z przeszłości, posiadła ogromną moc magiczną. Mimo wszystko uznali, że zbierając troszkę magii od każdego mieszkańca miasta do zaczarowanego słoiczka, uda się jej nagromadzić tyle, że podana zaklętej osobie uzdrowi ją z działania lodowej klątwy. Niestety wystarczy tylko dla jednej istoty i trzeba podjąć decyzję: kogo uratować?

Sporym problemem była sprawa podania tej zebranej magicznej energii ze słoika temu, kogo chciano uwolnić od czaru. Jak tego dokonać? Ktoś, kto by się tego podjął, musiałby przekraść się pod nosem czarownicy, jej wielkiej armii, a na końcu również wielkiego Zulukula. Musiałby to być zuch nad zuchy, nie tylko bardzo sprytny i zwinny, ale nade wszystko odważny.

Na koniec pojawił się problem przeprawy z powrotem do Srebrnego Miasta. Jak to zrobić? Coś, co chyba tylko cudem mogłoby się udać jednemu arcymistrzowi skradania i to przy ogromnej dawce szczęścia, niekoniecznie uda się dwóm w drodze powrotnej.

Do przeprawy zgłosił się Ahannei. Nikt inny nie miał tak wielkiego doświadczenia w podobnych przygodach. Jedynie on sprostałby temu wyzwaniu. Za to do przeniesienia z Góry Róż osoby uwolnionej od lodowego zaklęcia, zgłosił się Król Orłów. Bardzo mu było przykro, że nie miał okazji, żeby się odwdzięczyć po tym, jak dobra dziewczyna uleczyła jego złamane skrzydło. Mógł wezwać ptaki ze wszystkich stron świata i przenieść kogokolwiek, tyle, że nie pod postacią lodowego bałwana.

— Taki zamrożony ktoś — mówił Król Orłów — jest bardzo zimny i śliski. Żaden ptak nie zechce podjąć się przeniesienia kogokolwiek pod taką postacią. Kiedy jednak Ahannei uwolni od czaru jedną osobę, zapewnię wraz z moimi poddanymi transport powrotny dla niej i jego. Pytanie tylko, kogo wybraliście do uwolnienia?

Rodzice długo nie mogli się zdecydować. Tęsknili za swoją córeczką, bo przecież bardzo ją kochali i serce podpowiadało, żeby to właśnie Diar Amę Tual uwolnić od zamarzniętej postaci. Mimo wszystko jednak zwyciężył zdrowy rozsądek. Postanowili o uwolnieniu Elduana, bo skoro Amaralówna go pokochała, to w jego rękach Eilaeilu zamieni się w broń, którą wojownik zdoła pokonać czarownicę, a tym samym uwolnić Srebrne Miasto od wojny.

Pojawił się nowy problem, tym razem czasu. Przecież wiedźma Keasar już stała pod bramami oczekując reakcji Amarala.

— To pozostaw dla mnie — powiedziała Lea do swojego męża. — Wyjdę do mojej złej siostry i porozmawiam z nią.

Tak też zrobiła. Brama Srebrnego Miasta otworzyła się i do wciąż oczekującej wiedźmy wyszła Amaralka.

— Witaj potężna Keasar — pierwsza odezwała się do czarownicy, nie dając po sobie poznać, że bardzo przerażał ją widok armii potworów, ślizgorożca i siostry z okiem Ashtara Levartara na czole.

— Witaj Leo — odpowiedziała czarownica. — Przybywam wam oznajmić, że posiadłam wielką moc i ogromną potęgę w czarnej magii. Poddajcie się, a oszczędzę was wszystkich. W zamian otrzymam Srebrne Miasto w wieczne władanie, a Elemdelalowie zostaną moimi niewolnikami!

— Kusząca propozycja siostrzyczko, lecz Elevael wysłał mnie, bym ci przekazała, że Amaral ze Srebrnego Miasta nie lęka się ciebie, bo posiadł Gwiazdę Gwiazd, która jest w jego rękach potężną bronią. Nie podda ci miasta, lecz liczy na pewien układ, rozwiązanie, które nie dopuści do wojny i śmierci żołnierzy żadnej z armii.

— Jaki to układ? — zaciekawiła się Keasar, była bowiem pewna zwycięstwa, a w żadnym wypadku nie chciała tracić wojowników, których mogłaby później wykorzystać do innych zadań.

— Władca Elemdelalu tylko z tobą, stoczy pojedynek sam na sam. Zwycięzca weźmie wszystko. Wygrana Amarala oznaczać będzie, że wrócisz do swojej krainy, a jego przegrana, że dostaniesz Srebrne Miasto.- Czarownica zgodziła się. Termin pojedynku ustalono na południe następnego dnia. Lea zdawała sobie sprawę z tego, że Ahannei, który dopiero wyruszał na Górę Róż, potrzebował dwóch dni na ocalenie Elduana. Dlatego powiedziała tak:

— Dzisiaj zapraszam cię na obiad droga Keasar. — Czarownicy bardzo spodobał się pomysł na elegancki posiłek. Od wielu już lat żyła pomiędzy horbugami i agerunitami, a te stworzenia nie miały wielkiego pojęcia, ani o smacznej kuchni, ani tym bardziej o higienie, kulturze i etykiecie. Dlatego propozycję Lei przyjęła natychmiast. Elevael i jego poddani bardzo się zdziwili, kiedy zobaczyli Amaralkę prowadzącą złą siostrę do miasta, a następnie do pałacu. Nikt jednak nie śmiał żadnej z kobiet zwrócić uwagi. Z jednej strony bali się czarownicy, z drugiej nie wypadało żonie władcy czynić wyrzutów.

Kiedy obie panie weszły na amaralskie salony Księżycowego Pałacu, Lea rozkazała:

— Dajcie nam jeść i pić, każcie grać orkiestrze i śpiewać najwspanialszym pieśniarkom. — Tak uczyniono. Stoły pokryły się najlepszym jadłem, najbardziej wykwintnymi trunkami, najwspanialszymi smakołykami, niezmierzoną ilością owoców, warzyw i słodyczy. Keasar rzuciła się na jedzenie, napoje i przekąski. Przez pierwszą godzinę odwiedzin, nic innego nie robiła, tylko wciskała sobie w usta kolejne rarytasy. Jadła tak zachłannie, że aż dziwiły się Gwiazdy, gdzie też ona może aż tyle zmieścić? Wiedźmę pochłonęła bez reszty atmosfera pałacu. Kiedy wreszcie miała dość jedzenia, wsłuchiwała się w pieśni i muzykę, ale i tak wciąż jadła, niczym największy żarłok i piła wszystkiego w nadmiarze, jak największy pijak. Pałacowe pieśniarki śpiewały taką oto, smutną piosenkę:

Zamarznięte serca,

Zamarzniętej krwi.

Zamarznięty pejzaż

Najgorętszych dni.


Kryształowy lód wznosi na wyżyny,

Zniekształcony ogień przepięknej dziewczyny.


Zamarznięty blask,

Zamarzniętej czci.

Wyostrzony strach

W duszy się tli.


Nastroszone płatki martwych róż,

Zasrebrzone piękno, brak nadziei już.


Zamarznięte twarze,

Zamarzniętych drzew.

Opróżnionych marzeń

Wiatr niesie pieśń.


Tylko ile jeszcze potrwać ma ta zima,

Dziewczynę ma więzić ta śnieżna mogiła?


Zamarznięty sen,

Zamarznięty wzrok.

Oddalony ten

Wyjścia z chłodu krok.

Aż nadejdzie jeden, który nas obroni,

A znudzoną zimę wreszcie precz przegoni.


Aż nadejdzie jeden, który nas wyzwoli,

Gorącym promieniem mrozom pójść pozwoli.

W końcu, znużona kołysanką, usnęła. Wielu wówczas Elemdelalów podchodziło do amaralskiej pary i prosili:

— Oto straszna, trójoka Keasar śpi na pałacowej sali! Szlachetny Amaralu, uwolnij nas od wiedźmy! Trzeba ją teraz zabić we śnie, kiedy jest bezbronna. Wówczas jej armia opuści Elemdelal i zaniecha oblężenia Srebrnego Miasta!

— Nie będzie nieprawości na mojej dziedzinie! — odpowiedział Elevael całkowicie oburzony podobną propozycją swoich poddanych. — Dałem słowo Keasar, że w pojedynku stoczymy walkę. Tylko on rozsądzi nasz konflikt. Nie złamię danego słowa. Gdybym zachował się niegodziwie, nie różniłbym się od złej czarownicy. — Tymi słowy nie pozwolił, żeby siostrze Lei spadł z głowy choćby jeden włos. Nakazał służbie ułożenie kobiety w sypialni, w luksusowej części pałacu, na najlepszych łóżkach, w najlepszej pościeli, a do tego przykazał, by traktowano ją godnie i grzecznie, bądź co bądź była przecież siostrą żony Amarala.

W tym dniu Ahanneiowi udało się, korzystając z zamieszania wokół spotkania dwóch dam, przekraść się pod nosem złej armii potworów. Miał na sobie wspaniały płaszcz z Niebiańskiego Warsztatu, dlatego przyszło mu to z większą łatwością, niż się spodziewał. Co prawda, musiał co parę metrów się zatrzymywać. Przywierał wtedy do drzew, głazów, albo wozów, czy nawet pakunków żołnierzy, a jego ubranie sprawiało, że pozostawał niezauważony. Przed samym opuszczeniem zajętego przez złe wojska terenu, musiał przejść blisko ogniska, gdzie paskudni zielonoskórzy horbugowie piekli na ruszcie jaszczurkę. Narzucił wtedy kaptur na głowę i postanowił udawać jednego z nich. Któryś zawołał w stronę Ahanneia:

— Ktoś ty? Z którego jesteś plemienia? — Ahannei dziesięć lat spędził w więzieniu Keasar, znał więc obyczaje jej poddanych wyśmienicie.

— Ze Ślepych Kłów — odpowiedział głosem, który starał się jak mógł, zabrzmiał chropowato, gardłowo i bezdźwięcznie.

— Podaj hasło! — zażądał wartownik.

— Kupa, gluty, smarki, plucha, a na wierzchu goła pupa — zarecytował ulubione porzekadło wszystkich oślizgów. Wartownik na tę odpowiedź machnął tylko ręką i pozwolił Ahanneiowi iść dalej. Elemdelal odetchnął z ulgą. Udało się! Mógł teraz bez problemu udać się w kierunku Lasu Pyszności. To za nim, na wschodzie stała Góra Róż.

Złodziej gnał czym prędzej w kierunku miejsca, w którym zostali uwięzieni Elduan i Diar Ama Tual. Wreszcie, po wielu godzinach biegu, bardzo się zmęczył. Był też głodny i postanowił się posilić. W Lesie Pyszności wszelkiego jadła było w bród, wystarczyło się dobrze rozejrzeć. Zaraz nazrywał owoców, jagód, malin, nazbierał orzechów, siadł pod drzewem i pałaszował taki leśny obiad. Nagle wyszedł do niego Król Jeleni. Ahannei nie widział nigdy tak pięknego zwierzęcia.

— Co tutaj robisz Królu Jeleni? — zapytał złodziej. — Myślałem, że mieszkasz w Lesie Grozy?

— Tak było — odpowiedziało mu zwierzę, — ale przez nasze terytorium przeszła armia Keasar i spłoszyła całe moje stado. Teraz chwilowo zamieszkaliśmy tutaj, bo boimy się czarownicy. A dokąd ty zmierzasz wędrowcze? — zapytał Król Jeleni.

— Na Górę Róż. Idę tam, żeby uwolnić Elduana, ukochanego Diar Amy Tual. — Po czym wyjaśnił Królowi Jeleni wszystko, co wiedział i plan amaralskiej pary na pokonanie wiedźmy. Król Jeleni przyrzekł Ahanneiowi, że gdyby zaszła taka potrzeba, to jego podwładni chętnie rozprawią się z wojskiem potworów, pod warunkiem jednak, że nie będą musieli walczyć przeciwko czarownicy i jej czarnoksięskim zaklęciom, których bardzo się boją. Ahannei dostał magiczny róg, który wzywał Króla Jeleni na pomoc. Grzecznie podziękował za rozmowę i ruszył w dalszą drogę. Wędrował tak do wieczora. Wreszcie, zmęczony włóczęgą, ułożył się na spoczynek pod dziką gruszą i zasnął.

Drugiego dnia Keasar była bardzo nieszczęśliwa. Płakała, narzekała, biadoliła, oskarżała Amarala i jego żonę, że chcieli ją otruć. Brzuch ją bolał, bo się przeżarła, głowa ją bolała, bo się przepiła, a w głębi serca nienawiść ją zżerała do wszystkich Elemdelalów, bo ich pałac był przepiękny, jedzenie i napoje przepyszne, a występy wokalne olśniewające. W duchu bardzo zazdrościła im całego tego bogactwa! Gdy nadeszło południe czarownica mimo wszystko zaczęła szykować się do pojedynku z Elevaelem. Amaral przestraszył się bardzo, bo Ahannei nie powrócił jeszcze z Elduanem i nie miał kto zamienić Eilaeilu w magiczny miecz. Z pomocą znów przyszła Lea.

— Doszły mnie słuchy droga siostro, że nie czujesz się dobrze po wczorajszej uczcie. Wynik pojedynku przesądzi o całym rozstrzygnięciu konfliktu, jest zatem bardzo ważny. Jeśli przegrasz nie w pełni sił, będziesz miała do nas pretensję, że oszustwem próbowaliśmy się ciebie pozbyć. Przełóżmy zatem sprawdzian sił, Twój i Elevaela aż na jutro. — Keasar była zadowolona ze słów Lei, sama bowiem chciała już dawno prosić o przeniesienie tego arcyważnego starcia, ale była zbyt dumna, by samej przyznać, że nie jest w pełni sił.

— Niech tak będzie — odpowiedziała zadowolona. — Nie myśl jednak, że odwlekając pojedynek, spowodujesz inne jego rozstrzygnięcie, niż moje zwycięstwo. Moja wygrana jest pewna! — obwieściła, rozsmakowując się w swojej pysze. Lea dobrze znała próżność swojej złej siostry, dlatego poinformowała ją, że dzisiejszego wieczoru odbędą się tańce, na które najserdeczniej zaprasza czarownicę.

Tymczasem Ahannei obudził się pod gruszą w Lesie Pyszności, zjadł szybkie śniadanie z tamtejszych owoców i ruszył czym prędzej ku Górze Róż. Już miał się zabierać w drogę, kiedy nagle zauważył wilka. Najpierw był tylko jeden, ale w mgnieniu oka z różnych stron powychodziły kolejne. Cała wataha groźnie wyszczerzyła kły i rzuciła się w stronę amaralskiego wysłannika. Ahannei nie zamierzał czekać! Czym prędzej wskoczył na drzewo. Wilki jednak nawet na chwilę nie odstępowały gruszy, na której siedział, bo były głodne i zamierzały zjeść smakowitego Elemdelala.

Siedział na najgrubszej gałęzi drzewa i płakał, tak bardzo, że aż pod gruszą powstała dość głęboka kałuża. Było mu strasznie żal, że przez niedobre zwierzęta nie zdąży na czas z ratunkiem dla Elduana, a tym samym i całe Srebrne Miasto zostanie zniszczone przez złą czarownicę. Wtedy pojawiła się koło niego wiewiórka, sowa i dzięcioł. Zwierzaczki przedstawiły się jako poddani Króla Lasu i zapytały, dlaczego mężczyzna tak płacze? Kiedy Ahannei otarł łzy i opowiedział o swojej misji oraz przeszkodzie, która go napotkała, zwierzątka wezwały swego pana do pomocy. Wszystkie drapieżne zwierzęta zostały w trymiga oplątane bluszczem i tak mocno skrępowane, że w żaden sposób nie mogły się z niego wydostać. Wówczas już radosny Elemdelal czym prędzej pobiegł ku spełnieniu swego zadania.

W drugim dniu pobytu Keasar na salonach Księżycowego Pałacu, wieczorem wyprawiono bal. Zaproszono najbardziej wybornych tancerzy, aby swoimi występami zachwycili amaralską parę oraz jej świetnych gości. Pokaz zrobił ogromne wrażenie nie tylko na czarownicy, ale również i na wszystkich dworzanach. Później ogłoszono zabawę taneczną. Na sali bankietowej pojawiła się orkiestra. Zaczęła żywiołowo grać wesołe piosenki. Keasar nie umiała tańczyć i, mimo że bardzo jej się idea zabawy podobała, to nie chciała się przyznać do słabości, nie pozwalając się wyciągnąć na parkiet. Lea i tym razem przejrzała złą siostrę: w tajemnicy przykazała najpiękniejszym młodzieńcom, aby adorowali wiedźmę. Wszyscy byli tacy wspaniali, że w końcu udało się ją porwać w wir tańca! Kręciła piruety i nie żałowała nóg, chadzając do rytmu i taktu orkiestry, prędko przyuczona przez największych mistrzów najśmielszych pląsów. Tak dobrze się bawiła, że nawet nie spostrzegła, iż bal przeciągnął się do późnej nocy.

Ahannei dotarł do Góry Róż. Tutaj musiał rozprawić się z potężnym Zulukulem. Elemdelal nie był wojownikiem, nie miał przy sobie nawet broni. Postanowił zrobić użytek ze swojego rozumu. Narzucił na głowę płaszcz, tak, jak wcześniej, przy ognisku horbugów. Wdrapał się niemal na sam szczyt omijając utrudniające wspinaczkę kolczaste krzewy. Ahannei chyba jako jedyny na świecie potrafił przekraść się nawet pomiędzy tymi różanymi gałęziami. Gdy był już niemal na czubku Góry, zauważył Zulukula. Oślizg siedział wpatrzony w dal i dłubał patykiem w ziemi.

— Zulukulu! Blum, bum, bulu! — zawołał Ahannei, naśladując głos w horbużej mowie.

— Glum bul gulu? — odpowiedział horbug.

— Tak. Gulu gulu! — odparł Elemdelal udający oślizga. — Keasar przysłała mnie, żebym cię zmienił w tym twoim pilnowaniu jeńców. Masz iść do niej, bo cię do czegoś potrzebuje!

— Skoro tak, to idę! — powiedział Zulukul. Coś mu nie pasowało w posłańcu czarownicy, ale sprzykrzyło mu się samotne siedzenie wśród pachnących róż, kiedy wszyscy jego pobratymcy poszli na wojnę. Horbugowie uwielbiają wszelkiej maści bijatyki i bardzo nie lubią kwiatów. Oślizg pomału zaczął schodzić z Góry Róż, a Ahannei zadowolony ze swojej przebiegłości, bez trudu odnalazł zamrożone ciała przyjaciół. Czym prędzej wyciągnął słoik ze swojej szkatułki, odkręcił go i podał zawartość do ust Elduana. W tej chwili czar wiedźmy stracił moc i bohater Elemdelalu odzyskał świadomość. Zakrętka od słoika stoczyła się tymczasem pod nogi Zulukula! Potwór natychmiast poznał, że wieczko pochodzi z elemdelalskiego rzemiosła, bo wszystko z rąk Gwiazd wychodziło ładne i zgrabne. Jednak jego pierwsze wrażenie go nie zawiodło! Coś było nie tak w posłańcu wiedźmy, teraz wiedział, że to był podstęp! Nie zastanawiając się długo, ruszył z wrzaskiem na górę. Tam Ahannei akurat kończył zaznajamiać Elduana z planem amaralskiej pary. Gdy Zulukul wpadł między Elemdelalów, wojownik dobył Miriadira i z miejsca uciął głowę paskudnemu słudze czarownicy. Tym samym, ten sam szermierz pokonał Bulibula i Zulukula, ojca i syna z horbużego plemienia.

Ahannei wezwał Króla Orłów. Dzięki jego poddanym, a zleciało się zewsząd pełno ptactwa wszelkiego rodzaju, obaj mężczyźni zostali przetransportowani drogą powietrzną do Srebrnego Miasta. Pomimo, że przefrunęli nad armią złej wiedźmy, to żaden z wrogów ich nie zauważył. Gdy dotarli do Księżycowego Pałacu, panowała tam wielka zabawa. Ahannei i Elduan postanowili odpocząć.

Nazajutrz w samo południe miał się odbyć pojedynek Amarala z czarownicą. Keasar wyspała się, lecz po wczorajszych tańcach bardzo bolały ją nogi. Tym razem jednak Lea nie zaproponowała przeniesienia pojedynku na kolejny dzień, miała już bowiem wszystkich wykonawców swojego planu.

Czarownica bardzo się zdziwiła, kiedy zamiast Elevaela, stanął przed nią młody Elemdelal ubrany w amaralską zbroję, całą ze złota, z kolcami na rękach i rzeźbionymi, smoczymi łbami na ramionach.

— Cóż to? — zadrwiła. — Czyżby Elevael postanowił zrobić sobie wolne? Czyżby się bał starcia ze mną? — szydziła wiedźma.

— Nic podobnego straszna Keasar — odpowiedział znajdujący się wśród gapiów Elevael. — Uzgodniliśmy, że twoim przeciwnikiem w pojedynku będzie Amaral. Oto on, nowy Amaral Elemdelalu: Elduan! — Na słowa dawnego władcy, jego spadkobierca ruszył do boju. Walczył Miriadirem. Starcie było wyrównane, a kiedy wiedźma rozochociła się w boju na dobre, nie czując obawy przed Ostrzem Wiatru, Elduan nagle wydobył z dużej kieszeni spodni Eilaeilu. Klejnot w jego ręce zmienił się w najprawdziwszy, piękny, wielki i lśniący miecz. Przeraziło się oko Ashtara Levartara rozpoznając ostrze, które go pokonało w przeszłości. Gwiazda Gwiazd zmieniła się w Ostrze-Ukryte-Oznajmiające-Przeznaczenie, czyli w mowie Elemdelalów Dirmarnarirriar. Zalśnił piękny amaralski miecz i Elduan sprawnie nim władając rozprawił się z podłą Keasar. Czarownica została pokonana. W tym samym momencie jej lodowa klątwa wygasła i Diar Ama Tual odzyskała świadomość.

Dziewczyna poczuła się bardzo nieswojo. Była niemal samiuteńka na pięknej Górze Róż. Pomimo, że świeciło Słońce i jego promyki miło przygrzewały, to jej było całkiem chłodno. Zaraz pojawił się przy niej Król Orłów i opowiedział o wszystkim co zdarzyło się, gdy stała na szczycie ukwieconej góry zamieniona w lodowego bałwana.

Armia horbugów i czarnych zływrogów strasznie wściekła za śmierć swej przywódczyni, postanowiła wbrew przyrzeczeniom czarownicy, zaatakować Srebrne Miasto. Wtedy Ahannei przy pomocy rogu, który otrzymał od Króla Jeleni, wezwał pomocy. Armia leśnych zwierząt wyskoczyła ze wszystkich czterech lasów i przepędziła wrogie, potworne wojska tam, gdzie pieprz rośnie!

Diar Ama Tual, podziwiała z góry te wszystkie wyczyny i śmiała się radośnie niesiona na skrzydłach kilkudziesięciu ptaków zjednoczonych wolą Króla Orłów.

Tak zakończyła się przygoda, rozpoczęta całkiem niepozornie. Diar Ama Tual z uczennicy w kilka dni stała się nową Amaralką Elemdelalu. Z ochotą poślubiła Elduana, bo bardzo go pokochała podczas ich wspólnych przygód po Lesie Grozy, któremu teraz zmieniono nazwę na Las Miłości.

Wyprawiono wielkie wesele, które trwało cztery tygodnie. Odtąd zawsze się wspominało Diar Amę Tual i Elduana, jako największych bohaterów Elemdelalu. Wiele jeszcze mieli przygód, siedmioro potomków, a żyli długo i szczęśliwie w zdrowiu, bogactwie, i co najważniejsze w miłości.

KONIEC

O Elduanie i Miriadirze

czyli opowieść o tym, jak chłopiec stał się Bohaterem.

W czasie kiedy Elevael i Lea władali Elemdelalem, daleko od Srebrnego Miasta i na kilka lat nim amaralskiej parze narodziła się córka, na świat przyszedł Elduan. Urodził się w wiosce Paciorek (w języku Elemdelalów nazwa ta brzmiała Farrvin) niedaleko Kasztanowego Dworu, innego elemdelalskiego miasta wzniesionego na zgliszczach Eiluthijum zniszczonego przez Ashtara Levartara. Ojciec chłopca był szewcem, a mama dość znaną rzeźbiarką. Synek chodził do szkoły, dobrze się uczył i był bardzo grzeczny, choć zdarzały mu się i wybryki. Jego tata wtedy bardzo smutniał i mówił: Umyj buzię łobuzie! Mały Elduanek wiedział wówczas, że przeskrobał coś wyjątkowo paskudnego. Nie było przecież taką łatwą sztuką odróżnienie powagi jednej psoty od drugiej, bo niby, co miałoby być większym przewinieniem? Oblanie wodą dla śmiechu pani Kociarskiej, co karmiła wszystkie koty w okolicy, czy poudawanie ducha, żeby nastraszyć małą Lililulkę, która wszystkiego zawsze się bała? Nie sposób było podjąć decyzję o sądzie… czasami Elduanowi wydawało się, że to jest najbardziej niewłaściwe, co go śmieszy najmocniej. Tak też psocił, ale nie: zawsze i wszędzie, tylko raczej: od czasu do czasu. Tyle, że jak mawiała mama:

— Ty to jesteś najgrzeczniejsze dzieciątko pod słońcem, aż nie przyjdzie moment, kiedy się nie możesz oprzeć i zaczynasz działać, a że wyobraźnię masz nieograniczoną, to i pomysły ci się rodzą wręcz niesamowite. — No i tak chyba właśnie było.

Poza tymi maleńkimi problemami Elduan jeszcze, jak wszystkie dzieciaki w wiosce, a pewnie i w całym Elemdelalu, za wzór miał swojego dzielnego Amarala. Każdy chłopiec chciał być jak Elevael, który zjednoczył wszystkie miasta w jedną, wielką krainę, pokonał strasznego Ashtara Levartara, uratował piękną Leę i został władcą w Srebrnym Mieście. Do stolicy z okolic Kasztanowego Dworu było jednak bardzo daleko i jedynym sposobem, żeby tam się dostać były skrzydła wyobraźni. W głowie, w myślach i marzeniach nie było granic. Elduan uwielbiał opowieści starego Hijaka, swojego dziadka, który w młodości służył w Gwiezdnej Armii. W każdym słowie staruszka chłopiec widział siebie niesionego na wspaniałym rumaku, dokonującego heroicznych wyczynów, ratującego piękne niewiasty, okrywającego się sławą. Tego właśnie pragnęło jego serce najmocniej — budzenia podziwu wśród innych członków swego plemienia.

Gdy Elduan był już dość duży zdarzyło się nieszczęście i nagle cały świat stanął do góry nogami. Na Paciorek napadła banda zbójców. Chłopiec nie mógł pojąć jakim sposobem udało im się wejść do praworządnego Elemdelalu i obejść straże Gwiezdnej Armii? Widocznie była to grupa bardzo silna, nie tylko zwykłych chuliganów, ale również i czarodzieja. Wraz z innymi dziećmi schronił się w szopie, a spomiędzy desek obserwował, jak bandyci walczą z wiejskimi obrońcami, wśród których był również Hijak, elduanowy dziadek. Chociaż opór stawiali zaciekle, to nie mieli szans przeciwko wprawionym w boje złoczyńcom. Kogo pokonywała grupa najeźdźców, tego zaraz zakuwano w kajdany i brano do niewoli. Nie było ratunku, trzeba było uciekać! W szopie znajdowało się drugie wyjście, na pola, stamtąd szybko można dobiec do drzew, a spomiędzy nich, które dawały niezłą zasłonę, łatwo już było przemieścić się do lasu. Jedynym rozsądnym kierunkiem ucieczki był Kasztanowy Dwór. W mieście można było szukać pomocy u żołnierzy. Elduan znał drogę, dlatego, co mu do głowy wpadło, czym prędzej chciał wprowadzić w czyn. Otworzył drzwi tylne od szopy i ku zaskoczeniu spostrzegł swoją mamę. Dobrotliwie się uśmiechała i przyciszonym głosem wyrzekła:

— Elduanie kochany, to po ciebie przychodzą ci bandyci. Dobra wróżka przy twoich narodzinach przepowiedziała, że będziesz kimś bardzo wyjątkowym. Weź ten oto paciorek na rzemieniu — włożyła mu do ręki czerwony koralik. — Ten, kto odczyta z niego wiadomość, ten cię wszystkiego nauczy, a teraz uciekaj! Uciekaj czym prędzej!

— Mamo! Nie zostawię cię tutaj! — krzyknął chłopak ze łzami w oczach.

— Uciekaj kochany! Jeśli ci się powiedzie, będziesz jedyną naszą szansą ratunku! — Wtedy ktoś złapał mamę Elduana za włosy, a ona jeszcze krzyknęła — uciekaj! — i niewiele się zastanawiając młody Elemdelal puścił się w już wcześniej obmyśloną drogę ratunku. Inne dzieci za nim również się zerwały przez pole do drzew, a dalej w stronę lasu, ale ze wszystkich, jedynie Elduan uszedł pogoni. Pozostałych mieszkańców Paciorka wyłapała ta wroga zgraja hultajów! Kiedy chłopak był już w bezpiecznym miejscu, odetchnął wreszcie, ale i gorycz zalała jego serce, a z oczu pociekły mu łzy. Był zły, przerażony i miał mętlik w głowie. Nie miał pojęcia, co począć? Wreszcie troszkę się uspokoił, zebrał myśli do kupy i ruszył w drogę do miasta. Dotarł do skraju drzew i znowu jego serce zadrżało! Pod Kasztanowym Dworem Gwiezdna Armia toczyła regularną bitwę z tymi samymi bandziorami, którzy napadli na Paciorek. Teraz miał okazję by się im przyjrzeć, a że wzrok miał sokoli, toteż nie robiła większej różnicy spora odległość od murów miasta.

Z resztą, tu się kilka słów należy o Elemdelalach w ogóle. Nie są to może najbardziej niezwykłe stworzenia świata, ale mają kilka cech, które wyróżniają ich na tle pozostałych plemion. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to fakt, że są przepiękni: wprost zapiera dech w piersi na widok najbrzydszego z przedstawicieli Gwiazd, zaś ci najurodziwsi, piękni jak dziewczęta z Księżycowego Pałacu, czy już najbardziej z amaralskiego rodu, swoją urodą powodują oniemienie. Może ono mieć nawet i zgubne skutki, bo kiedy ktoś się nie spodziewa zjawiska nie z tej ziemi, może zostać nim zaskoczony, a w konsekwencji niemal osłupiały! Poza aparycją, zmysły Elemdelalów to zagadnienie szczególne. Wzrokiem sięgają jak lornetką, słuch mają wyborny, niczym zając; jedynie węch szczególnie się u nich nie wyróżnia. Do tego gracja niezrównana: ruchy Gwiazd emanują jakby kocim sprytem. Czyni to z nich stworzenia niepowtarzalne. Wspominałem o lekko szpiczastych uszach, nieco ukośnych, wielkich oczach i odcieniach włosów oraz skóry, zdawałoby się niemożliwych do występowania w naturze? No to chyba już jest pełen obraz… a co znaczy „niemożliwych”? Pewnie to, że mogą mieć odcień każdego koloru, albo tylko poblask na przykład złoty, nie ma w tym względzie żadnej granicy.

Dobra, ale co zobaczył nasz Elduan obserwując starcie pod Kasztanowym Dworem? Przede wszystkim, że wśród zbójców są Zływrogi, oślizgi i jeszcze nawet derthowie, voo’ardowie i morry. Oj, panie opowiadający! Cóż to za nazwy?

Derthowie mają skórę szarą i chwytliwy ogon, jak jaszczurka. Lubią jeździć okrakiem na wierzchowcach, takich co przypominają konie, ale są to gady, a nazywa się je egidarami. Morry to stworzenia bardzo magiczne, calusieńkie z grubo splecionego cienia, żywią się światłem księżyca i gwiazdek, a zamiast krwi, w ich żyłach płynie ogień. Może dlatego magia tego żywiołu nie sprawiała im nigdy trudności, więc kiedy trzeba strzelają kulami ognia z rąk na prawo i lewo… Voo’ardowie na koniec, mistrzowie iluzji, długie pazury na chudych palcach wcale nie wyglądają aż tak strasznie, bo mimo wszystko zabawnego wyglądu dostarcza im Czerep. Wyglądają, jakby mieli okrągły hełm na głowie, spod którego wystają świńskie uszy. To naturalne nakrycie głowy jest duże i twardsze niż kamień. Nie ma mocy na całym świecie, która by roztrzaskała voo’ardzki Czerep.

Znowu troszkę naopowiadałem o szczegółach, ale musieliście je poznać, żeby wiedzieć dokładnie, o czym my tutaj mówimy.

Elduan ujrzał ich wszystkich w bojowym ferworze zmagań. Łotrów była cała mała armia. Przewodził im olbrzymi horbug, większy od każdego innego oślizga. Krzyczał świńskim ryjem, rozkazując podkomendnym, ale jego głos był tak szpetny, że Elemdelalom chyba właśnie dźwięki wydawane przez wrogów najwięcej sprawiały trudności i kłopotu. Chłopak ukryty wciąż między drzewami przyglądał się manewrom oddziałów i mimo, że na strategii nie znał się więcej niż mu Hijak nie wyjaśnił, to bystrym okiem dostrzegł, że nie jest chyba celem tej zbieraniny złych istot szturm na miasto, a jedynie zagrodzenie drogi do Kasztanowego Dworu. Czyżby rzeczywiście chodziło o to, o czym powiedziała mu matka, nim nie uciekł z Paciorka? Przypomniał sobie ostatnie chwile, jak ktoś chwycił rzeźbiarkę za włosy i wezbrał w nim gniew wielki. Zacisnął pięści i już zapragnął całym sobą dołączyć do walki, by zemścić się za zło, którego doświadczyła jego rodzina, ale wtedy coś zachrzęściło w pobliżu. Elduan obejrzał się i spostrzegł czterech horbugów podążających jego śladem! Czym prędzej zerwał się do ucieczki. Tylko dokąd biec, gdzie szukać ratunku? Droga do miasta była zagrodzona!

Nie było rady, Elduan skręcił w lewo, w głąb lasu. Tylko pomiędzy drzewami mógł mieć nadzieję, że odnajdzie jakiś sposób na ocalenie skóry. Tropiące go oślizgi zachowywały się głośno. Co chwila się na siebie gniewnie wydzierały, kłóciły, a i ich sposób poruszania miał się daleko od płynnych ruchów Gwiazd. Sprytny chłopak szybko zdał sobie sprawę z niedoskonałości swych prześladowców i postanowił ją wykorzystać. W głównej mierze przewagę dawała mu znajomość terenu. Przecież to był las nazywany Kasztanowym Borem. Nieraz już razem z innymi dziećmi z Paciorka, przemierzył leśne ostępy wzdłuż i wszerz. Znał tu każdy kąt. Mógłby wodzić za nos czwórkę horbużych tropicieli, ale nie było czasu na zabawy w kotka i myszkę. Dół! Przypomniał sobie, jak któregoś razu natknął się na dół trolla, który zamieszkiwał niegdyś w Kasztanowym Borze. Grupa Gwiazd z wioski, przy pomocy kilku amaralskich żołnierzy, przepędziła trolla-śmierdziuszka, który się zagnieździł w okolicy. Po jego mieszkaniu pozostała wykopana nora, sięgająca w dół na miarę wzrostu dwóch dorosłych Elemdelalów. Elduan postanowił ją wykorzystać, żeby pozbyć się kłopotliwego pościgu. Najpierw znalezioną szyszką przymierzył w głowę jednego z horbugów, zamierzył się i trafił prosto między oczy. Zrobił to tak precyzyjnie, że oślizg zupełnie nie mógł zrozumieć co się stało. Następnie przeprowadził tę samą operację na pozostałych potworkach. Wszyscy dostali szyszką w głowę, ale za każdym razem z innego kierunku. Oślizgi nie są bardzo inteligentne, dlatego szybko pokłóciły się nie na żarty o to, w którą stronę iść za uciekinierem? Elduan ugrał w ten sposób dość czasu, aby popędzić do trollowego dołu. Wpadł jak burza, uzbierał grubych badyli, gałązek, liści i mchu. Przy użyciu tego wszystkiego zamaskował otwór w ziemi. Sam ustawił się naprzeciwko strony, z której mieli nadejść tropiący go zwiadowcy. Troszkę się przestraszył, gdy zobaczył czwórkę zielonoskórych horbugów. Byli o wiele bardziej brzydcy, kiedy chłopak miał okazję im się przyjrzeć.

— He, he! Poddaj się chłopcze! — zaśmiał się oślizg o zepsutych zębach.

— Nie masz szans na ucieczkę przed nami — zarechotał drugi, który miał nos długi, jak marchewka.

— Zmęczyłem się — udawał Elduan, żeby horbugowie niczego nie podejrzewali. Stał oparty jedną ręką o drzewo. Robił wszystko, żeby bandyci uwierzyli, że naprawdę zabrakło mu sił. Zagrał jak najlepszy aktor. Opłaciło się! Czwórka horbugów, wściekłych za ciosy wymierzone latającymi szyszkami, rzuciła się na chłopca. Jakże się zdziwili oślizgowie, gdy grunt pod stopami zarwał im się z trzaskiem i zwalili się w głębinę dawnej nory trolla!

Dumny z siebie Elduan śmiał się do rozpuku, pokazał wrogom język i ruszył w swoją stronę. Gdy tylko się obrócił za siebie, teraz to on miał okazję do zdziwienia! Stał przed nim mężczyzna, Elemdelal, z wyglądu jakiś bardzo szlachetnie urodzony pan, pełen bogactwa i godności. Odziany był w długi, sięgający ziemi, czarny płaszcz. Na wierzchu nosił złoty łańcuch z symbolem przedstawiającym miecz i czterolistną koniczynę. Elduan widział już taki znak, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć, cóż takiego przedstawiał?

Chłopak zatrzymał się i nieco wystraszył.

— Kim jesteś? — zapytał nieufnie.

— Nazywam się Edufan — odpowiedział mężczyzna łagodnie i grzecznie.

— Co robisz w takim miejscu? I to w dodatku w chwili mojego największego triumfu?

— Tak… — zamyślił się tajemniczy Edufan. — … triumfu. Rzeczywiście — przyznał mu rację, czym Elduan bardzo się ucieszył. — Tylko powiedz mi proszę, co zrobisz, kiedy ta czwórka wygramoli się z trollowego dołu i ruszy za tobą w pościg po raz kolejny? — mina chłopaka zrzedła, a mężczyzna wskazał Elduanowi, aby się obejrzał za siebie. Oślizgi powoli starały się wyjść z pułapki i było jasnym, że w końcu im się uda. Słowa nieznajomego wydawały się tymi, na które chłopak oczekiwał. — Chodź za mną. — Bez zastanowienia ruszył. Coś go intrygowało w Edufanie, coś, czego nie był w stanie zrozumieć. Przewodnik pokierował ich do wąwozu, który był dość głęboki. Na drugą stronę prowadził jedynie prosty most złożony z kilku desek zawieszonych na dwóch linach. Gdy przeszli przez niego, Edufan wydobył spod płaszcza miecz i śmiałym, pewnym cięciem odciął most, uniemożliwiając tym samym jego przekroczenie.

— To już z pewnością zatrzyma ścigających cię zwiadowców — uśmiechnął się Edufan. — Teraz pójdziemy do mojej świątyni.

— Jesteś kapłanem? — zapytał młodszy z Elemdelalów.

— Nie — odparł tajemniczy mężczyzna. — Służę Świątyni Khno’Then De’Dirrmalla. To rai (bóg) wszystkich wojowników. On nauczył pierwszych Elemdelalów posługiwania się orężem.

— Dlaczego tam pójdziemy? — zapytał zaciekawiony Elduan.

— Czyżbyś nie wiedział, że nie jesteś zwyczajnym Elemdelalem? — Edufan spojrzał na niego bystro. — To co nosisz na szyi — wskazał na paciorek, który chłopak otrzymał od matki — to w moich oczach dostateczny dowód na fakt, iż oceniając ciebie, nie pomyliłem się.

— Co to znaczy? Co widzisz w tym moim paciorku?

— Widzę twoją duszę Elduanie. Niektóre Gwiazdy są naznaczone, tobie pisana jest wielkość i chwała, o ile oczywiście sprostasz temu, co dla ciebie przewidziano, hmm?

— Sprostam! — odparł natychmiast, a Edufan się zaśmiał.

— To się dopiero okaże. — Więcej już nie rozmawiali. Elduan chciał zadać wiele jeszcze pytań, ale czuł się trochę nieswojo, troszkę się wstydził, a odrobinkę też bał, że odpowiedzi mogłyby mu w ogóle się nie spodobać. Dlatego wybrał milczenie. Maszerowali niestrudzenie, żywiołowo i energicznie. Przekroczyli ogromną łąkę, krainę dzikich sadów zajmującą rozległe przestrzenie, gdzie wszelkich owoców, rosnących swobodnie było aż nadto dla wszędobylskiej zwierzyny. Następnie pokonali calusieńki las o wiele większy od Kasztanowego Boru, a ostatecznie wdrapali się na wielką górę o nazwie Kaermur (Seledynowa Góra). Był już późny wieczór, kiedy zdobyli jej wierzchołek. Stamtąd Elduan mógł podziwiać urokliwą dolinkę. Spod Kaermuru wybijało źródełko. Woda gromadziła się w skalnej wannie, tworząc niewielkie jeziorko, a dalej płynęła wąską rynną wprost do małej osady. Chat w niej było może pięć, a w tle majaczyła monumentalna świątynia. Nawet z tej odległości Elduan dostrzegł mnichów niosących kosze z jedzeniem i dzbany pełne wody.

— Ty jesteś jednym z tych mnichów? Po co mnie tu w ogóle przyprowadziłeś?

— Jestem jednym z nich, trafnie to odgadłeś. Przyprowadziłem cię do świątyni Khno’Then De’Dirrmalla, by przedstawić cię kilku ważnym osobom. Wszystkiego dowiesz się, gdy będziemy już na miejscu. — Wtedy zeszli. Po całodniowej wędrówce, dniu pełnym wrażeń i rozbudzonych emocji, ostatni odcinek był najprzyjemniejszym. Chłopaka niosło podniecenie, ciekawość rozbudzona do czerwoności. Po wąskich schodach skalnych udało się opuścić Kaermur i zbliżyć do chat. Przy jednej z nich widniała tablica, a na niej, pięknymi literami napisano „Pod Górą, gospoda Wojtuka”. Tam właśnie prowadził Edufan.

Kiedy przekroczyli próg drewnianego domostwa, Słońce zaszło za horyzont. Jacyś pasterze zapędzali owce do zagrody, gospodynie zamykały kurniki i bramki do wejść na ładne podwórka. Każdy spoglądał z ukosa, spod byka, spod nosa, na to, kto też tu jeszcze przybył? Elduan od razu poznał, że nie był jedynym sprowadzonym w gościnę do gospody Wojtuka. Pod szynkwasem stał wielki stół, a przy nim zasiadał kapłan, ubrany jak Edufan, ale na niebiesko, wskazywało to chyba, że jest kimś bardziej znacznym, bo podobni Elduanowi i jego przewodnikowi siedzieli wokoło. Rozsadzeni po bokach byli w czterech parach: kapłan i jakiś ktoś. Nasi bohaterowie byli piątą dwójką. Syn rzeźbiarki i szewca przyjrzał się tym ktosiom, a przy tym Edufan go wszystkim przedstawił:

— Oto jest Elduan ze wsi Paciorek, wybrany przez rai Khno’Then De’Dirrmalla! — Chłopak skłonił się przed wszystkimi dość niepewnie, bo czuł się nieswojo i był już też zmęczony całodniowym marszem. Zasiedli przy ostatnim wolnym stole. Podszedł do nich najpewniej Wojtuk, bo wszyscy karczmarze i oberżyści w baśniach zawsze wyglądają podobnie: tłusty jegomość w fartuchu z sympatycznym uśmiechem i tacą, na której przyniósł ładnie pachnącą zupę oraz dzban wina, a także dwa drewniane kubki. Porozstawiał, ponalewał, ukłonił się i zniknął. Kapłan, ten zamożny, w niebieskim habicie zrobił jakiś gest ręką i zaraz z kąta rozbrzmiała muzyka. Elduan ucieszył się bardzo, bo tym samym miał czas by się najeść do syta, a gulaszowa zupa pachniała smakowicie! Zabrał się za pałaszowanie. Kiedy jadł, Edufan przedstawiał mu gości z pozostałych stołów.

— Elizja z Lokowiska — wskazał na wiśniowowłosą Elemdelalkę. — Podobno świetna czarodziejka, wybrana przez rai magii Noel.

— Galatalamatakaka z Gór Wiatru na pograniczu z Ergwadą — wskazał na duanakulamtela. No i znowu, co to?!? Ano Anioł Gromu. Ha, ha! To ci wyjaśnienie, co nie? Mają duanakulamtelowie ręce i nogi, jedną głowę i parę skrzydeł. Ci najstarsi mają nawet i po cztery ręce, ale ten tutaj miał tylko dwie, to u nich znak, że jest młody. Co więcej? Żadnych włosów, ani nosów (tak, tak, nie mają nosa!), tylko dwoje oczu i usta bez warg. Dziwne trochę, ale umieją latać i są dobrymi stworzeniami. — To jest wybraniec rai wiatru Miriadny.

— Fezu z Khanghaghakhu — pokazał teraz na khumdhuithlida. Taki niski ktoś z długą brodą, wielkim nochalem i bardzo, bardzo tęgi oraz krępy. — Wybraniec rai ziemi i metalu Gabroka. Tylko nie powiedz do niego czegoś głupiutkiego, bo zawsze strasznie się wścieka, kiedy ktoś mu wypomni jego krótki wzrost.

— Na koniec tamten: to reptilion z Medr. — Już wyjaśniam: dwie ręce, dwie nogi, głowa, pazury, ogon, płetwy… tak, tak, urodziwe to „to” na pewno nie jest, aha! No i gadzi język, bo właśnie do tego zmierzałem, żeby Ci powiedzieć, że to jest najprawdziwszy gad! Zielony, z łuskami, zębiskami i… tylko się nie bój!… z pionowymi źrenicami w oczach. No przyznaję, trochę straszny, jak mały smok, albo raczej Smoczydło. — Na imię ma Hissiviss. Jest wybrańcem rai życia Azepha. — Gdy Edufan przestał przedstawiać dziwacznych przybyszów, Elduan skończył zupę. Był najedzony, a na dodatek kapłan w niebieskiej szacie zaklaskał i muzyka przestała grać.

— Zebraliśmy się tu dzisiaj dlatego, że rai pragną wyznaczyć Obrońcę dla magicznych krain naszego lądu, Lulhmarru — młody Elemdelal z Paciorka nadstawił uszy z zaciekawieniem. — Jest was pięcioro i przejdziecie jedną próbę. Po niej okaże się, kto się do tego nie nadaje, a kto zostanie jedynym Bohaterem. — Uczestnicy spojrzeli po sobie. — Wyłoniony próbą wybraniec otrzyma nagrodę odpowiednią dla jego talentu. Zostanie też poproszony o przegnanie straszydeł, które ostatnimi czasy rozpanoszyły się po całym Globie (świecie). Ten, kto je wszystkie pokona, zostanie tym, o którym będą śpiewać pieśni, a jego sława nie przeminie nigdy. Gotowi na wasze zadanie? — Wszyscy zerwali się do góry podekscytowani takim wspaniałym wyzwaniem. Elduan pomyślał o swojej mamie i tacie, o dziadku oraz wszystkich złapanych do niewoli Elemdelalach. Zatęsknił za rodziną i postanowił ją uratować. — Jutro z samego rana — mówił kapłan w niebieskiej szacie — będziecie musieli wspiąć się na najwyższy szczyt świata i przynieść mi Złote Jajo Złotego Smoka. To będzie wasza próba. Teraz idźcie już spać. — Tak też zrobili. Każdy dostał inny pokój, a w nim wspaniałe łóżeczko wyścielone wygodną pościelą. Po całym dniu marszu, Elduan nie potrzebował niczego ponad właśnie to.

Drugiego dnia, skoro tylko świt, Edufan zaprowadził swojego podopiecznego na śniadanie. Wojtuk nagotował przepysznej kaszy na mleku, dał każdemu kubek kakao i kanapkę z marmoladą. Porcje były tak wielkie, że jedynie khumdhuithlid dał radę zjeść wszystko naraz i jeszcze poprosił o dokładkę. Po śniadaniu kapłan w niebieskiej szacie wyprowadził wybrańców przed karczmę, machnął czarodziejską różdżką i znaleźli się, ku radości Fezu, w Khanghaghakhu. Jest to kraina największych szczytów skalnych, gdzie khumdhuithlidowie w podziemiach drążą swoje kopalnie i tunele.

— Oto Latarnik — powiedział kapłan. — Najwyższa góra świata. Na jej szczycie mieszka Złoty Smok. Kto przyniesie mi jego jajo, ten zda próbę. — Na słowa zakonnika, wszyscy czym prędzej ruszyli do góry. Tylko Fezu z cwanym uśmieszkiem powolutku skręcił w bok, aby udać się do jedynie sobie znanego khumdhuithlidzkiego korytarza, klatki schodowej wydrążonej w skalnym wnętrzu, gdzie wędrowiec nie musiał zważać na śnieg, ani wiatr, tylko spokojnie bez ustanku mógł piąć się do góry. Tymczasem reszta, nic nie wiedząca o jakichś innych drogach prowadzących na szczyt, wdrapywała się w tradycyjny sposób. Elduan miał zdecydowanie najtrudniejsze zadanie, bo pozostali uczestnicy tych zawodów radzili sobie zdecydowanie bardzo dobrze. Galatalamatakaka rozpostarł swe skrzydła, zatrzepotał nimi jak najprawdziwszy ptak i poleciał, nic sobie nie robiąc z utrudnień atmosferycznych. Elizja rzuciła na siebie czar i pokonywała kolejne wysokie ściany, w taki sposób, jakby były jej podłogą. Magia pozwalała jej nie robić sobie zbyt wiele z utrudniającej wspinaczkę grawitacji. Hissiviss za to, wykorzystywał swoje pazury, a nawet ogon, aby chwytać się kamieni i tym samym, szybciej, a także efektywniej pokonywać wyzwanie wysokości.

Wspina się Elduan powolutku, a tu nagle słyszy Galatalamatakakę, jak zlatuje już w dół ze Złotym Jajkiem, zadowolony, że sprostał wyzwaniu i okryje się chwałą. Wtedy, na widok dzielnego duanakulamtela, reptilion zaklął pod nosem szpetnie i zrezygnował z dalszego wyścigu.

— I tak już nie wygram! — krzyknął wściekły i zaczął wracać na dół. Tymczasem czarodziejka też dostała się na górę, złapała za kolejne Złote Jajko i zeskoczyła ze szczytu na wyczarowanym spadochronie. Zaraz też Elduanowi z odległego wierzchołka Złotym Jajkiem zamachał Fezu, po czym czmychnął z powrotem do wydrążonej w skale klatki schodowej. Jeszcze Elemdelal nie dotarł do połowy góry, a już widzi wszystkich, którzy nie zrezygnowali na dole ze Złotymi Jajkami Złotego Smoka. Myśli sobie Elduan tak: „Nic to, trudno, ale zadanie dokończę”. Wtedy w jego sercu wyryła się wytrwałość. Nabrał tej cnoty jeszcze więcej i już nic nie mogło wybić mu z głowy wypełnienia zadania.

Na dole wszyscy kapłani ucieszyli się z powrotu swoich podopiecznych, no może poza tym, który przyprowadził reptiliona, bo on zrezygnował i nie przyniósł Złotego Jajka.

— To bez sensu, wszyscy mają te jaja, a ja nie umiem latać — mówił nadąsany Hissiviss i w złości kopał w kamienie, udając, że go od tego nie bolą pazury u nóg.

Kapłan w niebieskiej szacie spojrzał po wszystkich i zapytał Edufana:

— A gdzie twój podopieczny, ten, którego wybrał Khno’Then De’Dirrmall?

— Jeszcze nie wrócił Apollonie. — Po raz pierwszy uczestnicy próby usłyszeli imię najwyższego z kapłanów, który im towarzyszył.

— Trzeba sprawdzić czy nic złego mu się nie stało. Kto się zgłasza na ochotnika? — zapytał nazwany Apollonem mężczyzna. Zgłosił się Galatalamatakaka oraz Elizja. Oboje pofrunęli do góry, Anioł Gromu naturalnie, a czarodziejka magicznie. Po jakimś czasie powrócili.

— Będziemy musieli poczekać — oznajmili po powrocie. — Elduan nie poddaje się i idzie dalej. — Trudno to było im zrozumieć, zwłaszcza Hissiviss nie mógł pojąć, jak można kontynuować zawody, na których wygranie już nie było szans. Tylko Edufan, zdradzając aprobatę dla takiego zachowania, pokiwał w zamyśleniu głową i tajemniczo się uśmiechnął.

Chłopak z Paciorka spędził na Latarniku niemal calusieńki tydzień. Uczestnicy zadania, oczekujący jego zejścia na dole, wraz z opiekunami nie mogli zrozumieć, jakim sposobem jest w nim tyle determinacji? U podnóża góry musieli sobie radzić polując, żeby było co jeść, odnajdując źródło, żeby mieć co pić i rozpalając ognisko oraz do niego donosząc chrustu, żeby nie zamarznąć i mieć się czym ogrzać. Jak radził sobie Elemdelal na Latarniku? Nie mogli wiedzieć, że po dwóch dniach, kiedy naprawdę zaczynał przymierać głodem, odnalazł korzenie, które niwelowały zmęczenie i zaspokajały głód. Oczywiście było ich niewiele, ale na bezrybiu i rak ryba! Dlatego Elduan nie pogardził niczym, co nadawało się do konsumpcji. Popijał wodę ze skroplonych w rękach sopli lodu… a zimno jakoś przemógł, wciąż się zagrzewając do dalszego wysiłku, bez odpoczynku. Momentami tracił przytomność, był tak zmęczony ciągłym nadwyrężeniem, a nie było czasu, ani też miejsca na zwyczajny sen. W połowie drugiego tygodnia, gdy już przywykł do trudnego zadania żmudnej wspinaczki, dotarł wreszcie na sam szczyt. Zobaczył tam rozległy taras, a w środku Złotego Smoka. Potwór był tak wielki, że zajmował całą wolną powierzchnię, zawinięty w kłąb, zagradzał długim ogonem dojście do gniazda, w którym spoczywało ostatnie smocze jajo. Trzeba by rzeczywiście potrafić latać, albo znać sekretne, podziemne przejście, żeby ominąć ze wszech stron zagradzającego drogę gada. Nasz Elemdelal jednak nie miał, ani skrzydeł, ani nie znał magicznych zaklęć, ani nawet nie był khumdhuithlidem z Khanghaghaku, który znałby sekrety Latarnika. W dodatku był wycieńczony, przemęczony, każda inna osoba na jego miejscu miałaby po prostu wszystkiego dosyć. On mimo wszystko pragnął wypełnić swoje zadanie. Wziął spory rozbieg, wybił się ile sił i skoczył! Hop! Z tak wielkim impetem wyleciał do skoku, że aż salto zrobił w powietrzu i opadł zgrabnie na obie nogi. Zdziwiło go to nieco, bo nigdy dotąd nie posiadał aż tyle mocy. Widocznie wspinaczka okazała się wybornym treningiem. Dodatkowo wytrwałość, której się nabawił, teraz jeszcze doprowadziła jego serce do wypełnienia wiarą. Nic nie mogło powstrzymać w tej chwili elemdelalskiego chłopca, który podczas długiej, trudnej, nużącej i bardzo ciężkiej wspinaczki stał się prawdziwym mężczyzną!

Elduan spojrzał na ostatnie Złote Jajko. Było olśniewająco piękne! Jakże się zachwycił tym zjawiskiem niecodziennym!, lecz jednocześnie dotarła do niego refleksja, że oto ostatnie z tych, które tu były, a przecież smoki są jajorodne! Kto wie, czy jeśli on teraz zabierze to, które pozostało, to kiedykolwiek będzie można jeszcze usłyszeć o Złotych Smokach? Przecież musi zabrać to jajo! Jeśli tego nie zrobi nie dokona tego, po co aż tyle wycierpiał, pokonując ból, głód, pragnienie, znużenie, a nawet rozpacz… i chyba jednak ich wszystkich nie pokonał, bo padł na kolana, spoglądając na śpiącego smoka i zaczął płakać. Wył, zawodził, jęczał, stękał, smarkał, chlipał, a echo niosło ten akompaniament żalu aż do podnóża Latarnika, gdzie Edufan przeraził się, że może się spełnić jakiś nieprzewidziany, czarny scenariusz. Trwoga zamieszkała we wszystkich sercach, kiedy uszu istot w całym pewnie Khanghaghakhu doszedł ryk potworny, głośniejszy od erupcji największego z wulkanów. Oto rozległ się wrzask potwora, zbudził się Harawataradeuxyllufantasmargahililion! (Wiem, wiem, smoki mają strasznie długie imiona!)

— Dlaczego płaczesz? — zapytał Złoty Smok.

— Bo muszę ci zabrać Złote Jajko, żeby wypełnić zadanie, a nie mogę tego zrobić, bo zostało już tylko jedno! Buuuuuuuu! — odpowiedział Elemdelal przez gęsto spadające mu z oczu łzy. Smok przyglądał się Elduanowi. Nieproszony gość był obdarty, brudny, bardzo zmęczony, strasznie zmizerniały.

— Widzę, że w twoim sercu swoje miejsce znalazło miłosierdzie — orzekł po chwili namysłu Harawataradeuxyllufantasmargahililion.

— Najwyraźniej tak — odpowiedział mężczyzna. — Nie zabiorę ci twojego ostatniego jajka Złoty Smoku! Możesz mnie nawet pożreć — rozpostarł koszulę na piersi i zamknął oczy, jakby oczekując, że wielka smocza paszcza za chwilę zatrzaśnie się na jego wynędzniałym ciałku. Dragon widząc to, zaczął się śmiać tak głośno i donośnie, że w górzystej krainie khumdhuithlidów niejedna zerwała się lawina, a plemię niziołów musiało kryć się do swych podziemnych tuneli.

— Elduanie! — powiedział smok, ocierając łzy. — Za to, że nie jesteś podstępnym złodziejaszkiem, jak twoi znajomkowie, dam ci Złote Jajko, ale nie takie, jakie zabrali ci, którzy byli przed tobą.

— To ty wiedziałeś o wszystkim, tak? — zapytał Elduan robiąc wielkie oczy i porzucając swój płacz niczym stary płaszcz, jak ręką odjął.

— Oczywiście. Apollon jest moim dobrym znajomym. Kapłan na pewno już poznał, że tamci — tu wskazał potworną łapą na dół — zabrali jajka takie, jakie znaleźli. Ty powrócisz z tym! — powiedział wręczając Elemdelalowi Złote Jajko mniejsze od tych, które zabrali Galatalamatakaka, Elizja oraz Fezu. W dodatku było zrobione w całości ze szczerego złota, Elduan poczuł to natychmiast.

— Dziękuję ci wielki Harawataradeuxyllufantasmargahililionie! — wykrzyknął obdarowany z Plemienia Gwiazd, po czym obrócił się i zaczął schodzić na dół. Droga powrotna okazała się o wiele łatwiejsza i już do końca dnia zszedł do wciąż oczekujących na niego kapłanów oraz uczestników próby.

Kiedy stopy Elduana dotknęły ziemi, on sam runął jak długi ze zmęczenia. Edufan nie zdążył ze złapaniem swojego niezwykłego podopiecznego. Apollon podniósł Jajo, które Elemdelal zniósł ze szczytu Latarnika i powiedział:

— Oto jest zwycięzca naszej konkurencji! Jedyny, który przyniósł prawdziwe Smocze Złote Jajo!

Elduan spał cztery tygodnie. W tym czasie miał przedziwny sen, który powtarzał się na okrągło. Nic nie pomagało budzenie, organizm młodzieńca musiał zregenerować siły. Śnił o pani w zwiewnej, wspaniałej sukni z chmur i w diamentowej koronie na srebrnych włosach. Kobieta prowadziła go za rękę z powrotem na Kearmur, gdzie przybył z Edufanem nim nie weszli do gospody Wojtuka. Tam wskazywała mu na cztery kamienie ułożone nieprzypadkowo, ich rozłożenie tworzyło trójkąt, każdy był punktem jednego z wierzchołków, zaś ostatni znajdował się akurat w samym środku geometrycznej figury. To pod tym umieszczonym w epicentrum nieznajoma nakazywała młodzieńcowi kopać.

Wkrótce Elduan się przebudził. Jakże wielkie było zdziwienie Edufana, kiedy pierwsze o czym Elemdelal postanowił było udanie się na Seledynową Górę.

— Wygrałeś Elduanie! — tłumaczył mu tajemniczy mnich Khno’Then De’Dirrmalla, ale to w żaden sposób nie sprawiało, żeby chłopak z Paciorka zwolnił. Było wręcz przeciwnie. Teraz przewodnik gonił za swym niedawnym podopiecznym i ze zdziwieniem zauważył, że chłopiec nie tylko stał się już dorosłym, ale zmężniał, stał się mocniejszy, silniejszy, bardziej sprawny, a nawet z wyglądu łatwo było poznać jego umięśnioną, atletyczną sylwetkę. Gdy obaj mężczyźni wdrapali się na Kaermur, ten młodszy zaczął kopać. Posługiwał się znalezionym, płaskim kamieniem, a pomagał sobie gołymi rękami.

— Co robisz? — pytał Edufan z niepokojem obserwując działania Elduana.

— Sprawdzam, czy nie oszalałem… — odparł mu zwycięzca próby ze Złotym Jajkiem. Chwilę trwało nim nie natknął się na jakiś rodzaj szkatułki, lub skrzyni. Teraz ze zdwojonym zacięciem wygrzebywał już samymi dłońmi długi, cienki kształt. Okazało się, że był to drewniany, okuty metalem futerał. Chwilę zabrało jego otwarcie. W środku znajdował się skarb. Nie było tam jednak złota, czy klejnotów, ale najpiękniejszy miecz, jaki obaj Elemdelalowie kiedykolwiek mogli ujrzeć. Na kryształowej klindze (elemdelalski metal wyglądający jak kryształ, twardszy niż cokolwiek innego na Globie, nazywa się futel) wyryto w języku Tajnakhalu imię tego oręża. Tajnakhal jest rodziną dobrych bogów (rai) i Edufan, jako mnich, znał ten język.

— To jest Miriadir — powiedział z powagą i namaszczeniem, z pełnią szacunku dla boskiego znaku, jakiego miał zaszczyt być świadkiem.

— Co oznacza to imię i kim była ta, która przybyła do mnie we śnie, aby mi pokazać miejsce spoczynku tego miecza?

— To musiała być Miriadna, bogini wiatru, powietrza, przestrzeni niewidzialnej. Ten miecz — wskazał Edufan na znalezisko — to Miriadir, co znaczy Ostrze Wiatru, albo Wiatr Światła. To najwspanialszy z mieczy, jakie kiedykolwiek widziałem.

Później, gdy zachwyt nad wspaniałą bronią już nieco opadł, przynajmniej na tyle, aby powrócić do codzienności, Elduan zapragnął wracać do Paciorka, by jak najprędzej uwolnić swych rodziców, dziadka i wszystkich mieszkańców wsi. Edufan przekonał go jednak, że niczego nie zmieni jeszcze jeden dzień i zaprosił go do świątyni Khno’Then De’Dirrmalla. Tam na niego czekał Apollon. Byli również zgromadzeni Galatalamatakaka, Elizja, Fezu oraz Hissiviss.

— Ciebie wybrał Strażnik Latarnika Elduanie!

— Mówisz o Harawataradeuxyllufanta-smargahililionie? — zaśmiał się nasz bohater, bo dobrze wiedział, że żadna inna istota ze zgromadzonych obecnie w świątyni, nie jest w stanie bez przekręcenia wymówić imienia Złotego Smoka.

— Tak — odparł Apollon. — Tylko tyś miał w sercu dość czystości, aby spełnić trudne zadanie otrzymania celu zadania bez uciekania się do przemocy. W dodatku twoje serce dowiodło niebywałego hartu ducha, bo nie miałeś żadnej z mocy swych konkurentów, a i tak nie pokonała cię Góra. Zbliż się zatem Wielki Elduanie! — poprosił arcykapłan. Elemdelal podszedł, a wtedy Apollon wręczył mu złoty puchar wypełniony eliksirem. — To jest napar z jagód Benethu, tych, które sam Khno’Then De’Dirrmall nakazał mi dla ciebie przyrządzić. Gdy go wypijesz, łaska naszego rai spłynie na ciebie. — Elduan nie zastanawiał się ani chwili! Złapał za kunsztownie wykonany kielich, przechylił go do ust i jednym łykiem wypił całą zawartość. Na moment poczuł się niebywale dziwnie. W każdej komórce jego ciała przebudziły się zdolności oraz umiejętności, których jako młody chłopak nigdy nie posiadał. Wszyscy wojownicy świata, jacy kiedykolwiek go zamieszkiwali, przekazali z woli rai (boga) walki swoje umiejętności, doświadczenie oraz mądrość. — Jesteś teraz Elduanie Wielkim Bohaterem. Będziesz obrońcą krain Globu, a kiedy pokonasz największe potwory, dręczące świat, będziesz mógł powrócić do domu. Taka jest wola Khno’Then De’Dirrmalla, taka jest i moja wola, bo muszę się zgodzić z naszym rai. Idź teraz i zwyciężaj.

Elduan bardzo się zatroskał tym, że nie mógł od razu powrócić pod Kasztanowy Dwór, do Farrvin, aby pomóc swoim bliskim. Poszedł do gospody Wojtuka, zaszył się w ciemnym kącie i spędził cały dzień pijąc w żalu. Wreszcie przybył do niego Edufan. Towarzyszyli mu Elizja, Galatalamatakaka, Fezu i Hissiviss.

— Pokonałeś nas — powiedział Anioł Gromu, — ale i dałeś cenną nauczkę.

— Wiemy już, że nie zawsze spryt popłaca — dodał khumdhuithlid.

— Dowiodłeś, że uczciwość jest najistotniejszą cnotą — rzuciła czarodziejka.

— Poza tym, pokazałeś, że konsekwencja, upór i wytrwałość w zamierzeniach są kluczami do sukcesu — przyznał reptilion.

— Twoi niedawni konkurenci — wyjaśnił Edufan — przygotowali dla ciebie specjalny pierścień teleportacji. Pomysł na jego wykonanie należał do Hissivissa, zrobił go Fezu, zaczarowała Elizja, a Galatalamatakaka naładował go szczególną mocą duanakulamtelów. Teraz wystarczy, że pomyślisz, gdzie chciałbyś się znaleźć, a zaraz się tam przeniesiesz: ty i wszystko, co masz na sobie i w rękach. Pamiętaj jednak, że zadziała tylko pięciokrotnie!

— Dziękuję wam przyjaciele. Teraz to wy dajecie mi nauczkę. Nie ważne jak jesteś potężny, bez przyjaciół niczego nie dokonasz! — śmiali się teraz wszyscy radośnie. Elduan otrzymał cztery zadania pozbycia się wyjątkowo okropnych potworów. Pierwszym był Duch Paskudnego Arystokraty, który nawiedzał okolicę Gór Wiatru, a konkretnie wielkie miasto Ergwada, gdzie mieszkali już wam znani duanakulamtelowie oraz gargulce (wbrew obiegowej opinii są to dobre stworzenia). Elemdelal miał okazję podziwiać miasto ogromnych kolumn. Na każdej swój dom miały skrzydlate istoty. Szybko znalazł Ducha Paskudnego Arystokraty i się z nim rozprawił bez najmniejszego problemu. Nikt wcześniej nie miał szans w walce z kimś niematerialnym, ale Miriadir radził sobie z niewidzialnymi stworami tak samo skutecznie, jak z każdymi innymi. Okrył się sławą w Górach Wiatru i teleportował się do śnieżnej krainy o nazwie Syluria.

Mieszka tam plemię dwunożnych psów. Mieli tam problem z Lodowym Wężowijem. Potwór był drążącym podziemne korytarze, szkaradnym, opancerzonym robalem, którego powłoki nie potrafił zmóc żaden oręż. Elduan stanął pomiędzy białymi, ośnieżonymi górami, które wieńczyły rozległą dolinę. Słusznie przewidywał, że Zmora Północy nie zechce przedzierać się przez skalne fundamenty gór, a zamiast tego wybierze drogę pomiędzy nimi. Dzielny Elemdelal nasłuchiwał i obserwował. Spostrzegł nadciągający, spiętrzony śnieg już na długo nim droga Wężowija skrzyżowała się z Bohaterem. Kiedy był dokładnie nad przedzierającym się w podziemiach gigantycznym robalem, Elduan wbił Miriadira ze wszystkich sił jak najgłębiej. Dosięgnął celu. Ni z tego, ni z owego zerwał się z podłoża Wężowij! Ależ to był wstrętny potwór! Miał kilka par szczęk, a wokoło nich wstrętne macki. Dzielny Elemdelal posiadał jednak tak doskonały instynkt walki, że nie sprawił mu problemu nienaturalny tułów stworzenia. Nie minęły dwa mrugnięcia oczu zaciekawionych Sylurczyków, przyglądających się herosowi, który odważył się stanąć naprzeciw Zmory Północy, a wojownik stał już nad ściętym łbem szkodnika. Po pokonaniu drugiego potwora teleportował się natychmiast dalej. Chciał jak najprędzej wracać do domu!

Znalazł się wówczas w Katorbie. To kraina wielkich jezior, bo jej mieszkańcy kochają wodę. Nie ma lepszych czarodziejów nad Katorbian, istoty te wyglądają jak z galaretki, rzadko chodzą w jakichkolwiek ubraniach, bo nie czują chłodu. Tylko maski są ich strojem, nieznudzoną modą noszą je pasjami, im dziwniejsze, tym lepiej! Któż trapił te czarodziejskie istoty? Ano, dziwaczny zwierz, caluśki pancerny, odporny na magię, jak to zwykle bywa o niebywale nieprzyjemnej aparycji. Trochę to był tur, a trochę pancernik, mordę miał paskudną jak rekin, no i uwielbiał pożerać księżniczki. Podróżował po całej krainie, od miasta do miasta i gdzie tylko nie był, kazał sobie składać na obiadowe danie dziewicę. Katorbianie nic z nim zrobić nie mogli, bo magia się go nie imała, a walczyć nie potrafili. Elduan nie miał z nim żadnego kłopotu. Rozciął go Miriadirem wpół i popędził czym prędzej na ostatnią już przygodę przed od dawna wyczekiwanym powrotem do domu.

To ostatnie zadanie również nie sprawiło większych trudności Wybrańcowi Miriadny i Khno’Then De’Dirrmalla.

Musiał pokonać Liszka Bazylka w krainie Othv. Mieszkały tam śliczne Gwiazdy, których uroda przyćmiewała nawet tych z rdzennego Elemdelalu. Nie potrafili poradzić sobie z potworem, który swoim ogonem psuł smak wszystkich potraw. Zawsze pchał się tam, gdzie warzono zupę, lub inny rodzaj jedzenia. Nic nie pomagało, nie było mocnych, żeby go złapać, ani sposobu, aby go do jedzenia nie dopuścić. Zawsze był na czas, wszędobylski Liszek. Tylko obok garnka, czy patelni przejdzie, wszystko zmienia smak na bazylię. Nic niby, wielkiej szkody to nie sprawia, ale jak tak żyć? Lody bazyliowe, frytki bazyliowe, rosół bazyliowy, wszystko bazyliowe i bazyliowe, i to od dwudziestu pięciu lat! Elduan spostrzegł Liszka Bazylka uciął mu ogon i wszystkie potrawy odzyskały swój smak. Ot, i mi wielkie czwarte zadanie!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 72.7