E-book
13.65
drukowana A5
68.47
Opowieści z Dawnych Dni

Bezpłatny fragment - Opowieści z Dawnych Dni

Baśnie ze świata Globu


Objętość:
507 str.
ISBN:
978-83-8104-149-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 68.47

Książkę dedykuję mojej

ukochanej córeczce:

Blance.

Kochanie,

wybierz swoją drogę i idź nią!

Poczuj, że jest Twoja i prowadzi Cię we właściwym kierunku.

Jest tak, bo sama ją wybrałaś.

Miłej podróży!

Przedmowa

Opowieści z Dawnych Dni to zbiór kilku baśni ze świata Globu, których bohaterami są stworzenia zamieszkujące kontynent o nazwie Lulhmarr, chociaż w jednym przypadku, za sprawą sławnego podróżnika, akcja przenosi się na całkiem inny ląd. W przeważającej liczbie opowieści tyczą się istot z Plemienia Gwiazd (nazywanych Elemdelalami od ich kraju, Elemdelalu), ale pojawiają się również khumdhuithlidzi, duanakulamtelowie, czy oślizgi. O wszystkich można się tu czegoś dowiedzieć. Opowiadania są ułożone w taki sposób, aby opisy niezwykłych istot nie wyprzedzały ich pojawienia się, dlatego na początku dochodzi do małego zachwiania chronologii historycznej, co w żaden sposób nie utrudnia orientacji w tekście, a z moich wielokrotnych już doświadczeń czytania na głos, mogę powiedzieć z całą pewnością, że stanowi nawet swojego rodzaju atrakcję. Jak to autor: nie mam zielonego pojęcia, czy spodobają się Wam Opowieści z Dawnych Dni? Moja córeczka jest nimi oczarowana i zbiór tych baśni stanowi jeden z jej ulubionych. Mam dość utrudniony osąd, co do wieku Czytelników, do których książka jest adresowana. Jak każdy opiekun, tak i ja, sądzę, że moja podopieczna jest szczególnie uzdolniona i nad wyraz na swój wiek inteligentna. Dlatego, dla bezpieczeństwa podam, że zbiór tychże baśni adresowany jest dla ośmiolatków, chociaż uważam, że nawet sześciolatki dałyby radę posłuchać o magii, mieczach, bogach i bohaterach, bo Opowieści z Dawnych Dni to epicka literatura fantasy dla dzieci! Rodzicom szczególnie wrażliwym na punkcie brutalności należy się niewielkie ostrzeżenie. W moich baśniach pojawia się również przemoc. Nie jest jednak bezmyślna, ani też szczególnie okrutna, stanowi raczej narzędzie sił sprzyjających przyjaźni i miłości w walce ze wszystkim, co jest złe i zagraża bezpieczeństwu wolnych istot. Jak przystało na solidną literaturę dziecięcą, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie: będzie walka na miecze z potworami, wychodzenie z tarapatów wspólnymi siłami, będzie miłość, przyjęcia urodzinowe i śluby, podstępy knujących czarnych charakterów i legendy z czasów, o których już zapomniano. Sądzę, że zarówno dziewczynki, jak i chłopcy otrzymają miły prezent zaznajamiając się z Opowieściami z Dawnych Dni. Życzę miłej lektury rodzicom i ich pociechom.

Z uszanowaniem,

Łukasz Gutowski.

Uwagi językowe

Kilka uwag należy się nazwom własnym stworzeń występujących w tekście. Jedynie Elemdelalów zapisuję wielką literą, ponieważ jest to nazwa ich narodowości, a nie rodzaju. Słowo Gwiazdy natomiast zapisuję tak, abyście mogli bez przeszkód odróżnić moją intencję: określenie tyczące się astronomicznych ciał niebieskich, czyli punkcików na niebie, zapisuję małą literą, zaś dotyczące stworzeń wywodzących się od Ehaliona Narraty, wielką (Gwiazda po lulhmarrsku to eila, można zatem o przedstawicielach Gwiezdnego Plemienia mówić eilowie). Tę samą zasadę zastosowałem do Aniołów Gromu Zływrogów — ponieważ tyczą się nazw nadanych, są swojego rodzaju przezwiskami. Dlaczego derthowie, agerunici, morry, czy khumdhuithlidowie piszemy małą literą? Bo pojęcia owe są tożsame z wyrazem człowiek (po lulhmarrsku: hodir). Sylurczycy, Elemdelalowie, Katorbianie, Mothavianie — to są nazwy narodowości i te piszę wielką literą.

Większość nazw odczytujemy dokładnie tak, jak zostały zapisane. W dwóch przypadkach — Ashtara Levartara oraz Sagoshavu — połączenie „sh” czytamy jak nasze, polskie „sz”. Podwójne „o” w wyrazie vooard czytamy jako wuard. Wiem, że może to być dość trudne na początku, ale kiedy już pozna się kilka nazw, treść płynie bez przeszkód (taką mam przynajmniej nadzieję).

Kolejnym wyzwaniem są nazwy zawierające nieme „h”. Transkrypcja lulhmarrskiego, czy bardziej elemdelalskiego, na język polski wcale nie jest prosta, a mimo wszystko zabierając taki zapis (z niemym „h”), czułem się troszkę niekomfortowo, jakbym odbierał jakąś część magii z egzotycznie brzmiących nazw. Dlatego takie słowa jak khumdhuithlid, Lulhmarr, Khanghaghakh, czy KhnoThen DeDirrmall oraz Diviah czytamy jako kumduitlid, Lulmarr, Kangagak, KnoTen De’Dirrmall oraz Divia (Diviah kończy się na nieme „h”, więc jej odmiana, np. Diviah’ii przebiega dokładnie tak, jakby tego „h” nie było, czyli czytamy Divii etc.). W wyrazie Illiohessth natomiast (to chyba jedyny wyjątek) nieme jest drugie „h”, więc nazwę tego Derra Sjem odczytujemy jako Illiohesst.

Co do wielokrotnego „r” muszę jedynie zaznaczyć, że nic się nie stanie, jeśli Wasze języki nie będą wymawiać dźwięczności języka lulhmarrskiego, chociaż w razie spotkania z jakimś osobnikiem ze świata Globu, może się okazać, że nie od razu Was zrozumie… (w końcu jednak, chyba jakoś się dogadacie). Sądzę również, że Dirmarnarirriar oraz KarrAb Niml są jedynymi przykładami obowiązkowego wymawiania słów zgodnie z zapisem.

Mam głęboką nadzieję, że transkrypcja nie wpłynie negatywnie na Wasz odbiór Opowieści z Dawnych Dni, a więcej nawet: spodoba się Wam tak samo, jak mi i mojej córeczce.

Miłej lektury!

Pozdrawiam,

Łukasz Gutowski.

Podziękowania

W przypadku każdej książki mam ogromny zaszczyt złożenia podziękowań moim szczególnym przyjaciołom oraz znajomym za pomoc, życzliwość i wsparcie. Często jest z ich strony nieświadoma, niemniej jednak, skwapliwie z niej korzystam. Najpierw muszę napisać o tych, które wspierały mnie aktywnie, a bez ich zachęt i otuchy nigdy nie zabrałbym się za spisywanie dziejów Elemdelalów. Mowa oczywiście o dwóch moich Miłościach:

Ewie i Blance.

Kocham Was z całego serca i ze wszystkich sił dziękuję Bogu za to, że obdarował mnie najwyższym szczęściem dzielenia z Wami życia. Jesteście, zarówno moją inspiracją, jak i motywacją. Bardzo, bardzo Was kocham!

Poza Moimi Dziewczynami podziękowania i ukłony należą się moim rodzicom: Annie i Zbigniewowi Gutowskim, mojej siostrze Sylwii, jej mężowi Mariuszowi Frankiewiczowi oraz mojemu chrześniakowi, a ich synowi: Mateuszowi. W równym stopniu jestem wdzięczny Wojtkowi i Michałowi Tukanom, Pawłowi Turkiewiczowi, Jakubowi Dzieży oraz Marcinowi Aleksandrowiczowi — moim kolegom z podstawówki, którym zawdzięczam rozwój wyobraźni i osobowości. Dodatkową zasługę w tym względzie ma niewątpliwie wielce szanowny pan magister Grzegorz Fabiszak. Dziękuję Wam koledzy za każde dobre słowo i wspieranie mnie w każdej formie.

Dziękuję również osobom, które na powstanie Opowieści z Dawnych Dni nie miały bezpośredniego wpływu, ale w całym moim życiu, wcześniej, lub później odegrały ważne i znaczące role. Są to Marta i Mariusz Chałubkowie, Monika Chwedczyk, Karolina Kędzierska oraz Arkadiusz Mielczarek, a także Paweł i Witold Jakubowscy.

Život je čudo,

jak mawiają Czesi.

Gwiazda Gwiazd

czyli opowieść o Elduanie i Diar Amie Tual.

W czasie Dawnych Dni, kiedy na świecie nie było jeszcze państw, cesarstw, ani królestw, na rozległej równinie leżała piękna kraina. Zamieszkiwało ją Gwiezdne Plemię. Swoje ziemie nazywali Elemdelalem, zaś o sobie mówili Elemdelalowie, a czasem również Gwiazdy.

Mieli piękne zamki, których broniła Gwiezdna Armia. W miastach wzniesionych z kryształów tętniły życiem bogate kupieckie kramy zaopatrzone w najprzeróżniejsze towary wszelkiej maści kolorów, kształtów, smaków i konsystencji. Gwiazdy ze wszystkich sztuk, do których talent miały niezmierzony, najbardziej ukochały magię. Czarodziejskie zaklęcia, popisy i występy rozsławiały ich plemię na calusieńkim świecie.

Opiekę nad Elemdelalem sprawował Amaral, czyli elemdelalski władca. Swoją siedzibę miał w Srebrnym Mieście, a jego domem był Księżycowy Pałac. Amaralem obecnie był sławny Elevael. Był to bohater, który tym się zasłużył, że pokonał złego potwora, Ashtara Levartara, przynosząc swej krainie wolność i pokój. Dokonał tego przy pomocy klejnotu o nazwie Eilaeilu, co znaczy Gwiazda Gwiazd. Ten niezwykły artefakt w rękach ukochanego najmłodszej dziewczyny z amaralskiego rodu, potrafił zamienić się w cudowny, magiczny miecz.

Wraz ze swoją żoną, Leą bardzo się kochali. Sprawowali rządy pełne miłości, sprawiedliwości oraz pokoju. Nie toczono żadnych wojen, ze wszystkimi utrzymywano przyjaźń i dobre, sąsiedzkie stosunki. Elemdelalowie byli bardzo zadowoleni z rządów swego Amarala i jego pięknej żony.

Niestety, wszystko, co dobre potrafi wywołać zazdrość i szybko się kończy. Tak też było z naszą amaralską parą. Zła siostra Lei o imieniu Keasar w tajemnicy przed amaralską parą zachowała oko Ashtara Levartara i w ukryciu uczyła się przy jego pomocy czarnej magii.

Kiedy Lea miała urodzić dziecko, rodzice zrozumieli, że nie pozostanie ono jedynie ich własną pociechą. Elemdelalowie, każdy z osobna i wszyscy razem, wyczekiwali narodzin dziecka amaralskiej pary, bo przepowiednia mówiła, iż narodzone dziecię będzie najsławniejszą ze wszystkich istot swojego rodzaju. W oczekiwaniu na potomka Elevaela i Lei wybudowano dla niego nawet Księżycowe Ogrody — cudowne i bardzo rozległe przestrzenie pokryte wieloma dziełami sztuki, rzeźbami, posągami oraz malowidłami, ale przede wszystkim wszelkimi pięknymi roślinami. Pełno tam było kwiatów, drzew owocowych, krzewów, najrozmaitszych wspaniałości natury.

Pierwszego dnia wiosny na świat przyszła śliczna Elemdelalka. Amaralównie nadano imię Diar Ama Tual, co znaczy Złota Matka Dziedzictwa, bo oczekiwano, że spełni związaną z jej nadejściem przepowiednię i zostanie najwspanialszą ze wszystkich Gwiazd. Odbyło się wtedy ogromne, huczne święto, zapanowała radość i niczym niezmącona wesołość. Dziewczyna była cudowna, przeurocza i niewiarygodnie piękna.

Elemdelalowie żyli w zgodzie, zachwyceni Diar Amą Tual, która pewnego dnia miała przejąć władzę po Elevaelu i zostać Amaralką. Dziewczynka rosła i rozwijała się niezwykle prędko. Miała talent do wszystkiego za co postanowiła się zabrać. Potrafiła pięknie śpiewać i recytować wiersze. Nauka przychodziła jej łatwo. Prędko opanowała umiejętności liczenia, czytania i pisania. Z zamiłowaniem grała na instrumentach. Odwiedzała ją nauczycielka Malawia i razem ćwiczyły na skrzypcach, gitarze, a także flecie. Diar Ama Tual kochała również taniec. Ku uciesze poddanych, występowała publicznie w każdym siódmym dniu tygodnia, przynosząc swoim poddanym niezwykłe, pasjonujące chwile wypełnione muzyką. Szybko pomiędzy Elemdelalami zasłużyła na uznanie.

Dlatego, gdy amaralska para z okazji siódmych urodzin córeczki wyprawiała dla niej przyjęcie, nikt nie przypuszczał, że może być nieudane. Wszakże wszystkie do tej pory były wspaniałe niczym z bajki!

Niestety właśnie wtedy postanowiła przypomnieć o sobie Keasar, która przy pomocy oka Ashtara Levartara stała się najprawdziwszą czarownicą. Pojawiła się na przyjęciu z okazji siódmych urodzin amaralskiej córki i zagroziła, że przy pomocy czarnej magii uśmierci ją na oczach rodziców, jeśli nie oddadzą jej Eilaeilu, magicznego klejnotu, który w rękach elemdelalskiego władcy zamieniał się w przepotężną broń. Elevael nie miał żadnych wątpliwości, co do tego, jak miałby postąpić. Oddał wiedźmie Gwiazdę Gwiazd, pod warunkiem, że opuści ona krainę Amarala i już nigdy nie powróci do Srebrnego Miasta. Tak też się stało. Czarownica uciekła z klejnotem, zadowolona, bo tylko na nim tak naprawdę jej zależało. Pragnęła, aby moc z oka Ashtara Levartara przeszła na nią, a wierzyła, że Eilaeilu może jej się do tego celu przydać.

Gdy tylko Keasar opuściła Srebrne Miasto, Elevael posłał za nią Ahanneia, złodzieja, który miał wykraść cenny klejnot z rąk czarownicy. Słuch jednak zaginął zarówno o wiedźmie, jak i o złodzieju. Dlatego Amaral uznał, że albo oboje nie żyją, albo Ahannei wykradł skarb czarownicy, a sam z nim uciekł.

Kiedy dziewczyna osiągnęła pełnoletniość i musiała wybrać dla siebie zawód, długo nie mogła się zdecydować. Wszakże miała talent do wszystkiego! To kim miałaby zostać nie było niczym ograniczone. Jedynie jej własna wola miała o tym zadecydować. Mogła zostać artystką, która budziłaby zachwyt pisząc, malując, śpiewając, lub tańcząc; wojowniczką, która broniłaby członków swego plemienia przed niebezpieczeństwami; czarodziejką, której zaklęcia fascynowałyby i wprawiały w podziw, lub nauczycielką, pracownicą, rybaczką, łowczynią, górniczką, rolniczką… papryczką! Nie, papryczką przecież nie, bo to nie jest żaden zawód…, to przez to pomyślałem „papryczką”, że mi się to zrymowało…, ależ ze mnie głuptasek i gapcio!

W końcu Diar Ama Tual wybrała zawód uzdrowicielki. Miała w ten sposób spełniać swoje marzenia o pomaganiu innym. Długa ją czekała nauka, bo musiała poznać nie tylko bardzo rozległą wiedzę o lekarstwach, cudownych ziołach, eliksirach i naparach, ale również o budowie ciała swoich przyszłych pacjentów, a nawet magii, zajmującej się uzdrawianiem i wpływaniem na samopoczucie. Uff! Ależ tego było! Od świtu do nocy spędzała czas na nauce, czytaniu starych, ciężkich ksiąg, słuchaniu wykładów wielkich uzdrowicieli, robieniu notatek, a jednocześnie musiała uczestniczyć w dyskusjach. Ponadto, nie wolno było zapomnieć o codziennym ćwiczeniu, bo tylko systematyczność prowadziła do mistrzostwa. Nie raz, ani nie dwa Diar Ama Tual miała już dosyć! Wolałaby przecież ganiać za piłką, biec ile sił po lesie, ścigając się z jeleniami, lub tańczyć na łące, słuchając śpiewu ptaków! Niestety, długie i nudne zajęcia w Szkole Dla Uzdrowicieli pochłaniały calusieńkie jej dni. Dlatego, kiedy nadeszły wakacje, była bardzo, ale to bardzo szczęśliwa! Mogła wreszcie zaciągnąć swojego tatę na ryby. Uwielbiała, kiedy Elevael zabierał ją na łódkę i razem wypływali na kolejną rybacką przygodę. Wielki Amaral miał zwykle jednak pełne ręce roboty, bo musiał decydować o losie swoich poddanych, o zabezpieczaniu ich życia przed wiatrem, deszczem i zimnem, o nowych budowlach, zapasach żywności oraz przeróżnych materiałów. Mama Diar Amy Tual za to, zajmowała się krawiectwem. Wśród Elemdelalów od zawsze panowała moda na piękne, długie suknie dla dam oraz spodnie, koszule i płaszcze dla mężczyzn. Nie wytwarzano ich jednak byle jak, ale w bardzo pieczołowity sposób, zgodnie z tajemnymi procedurami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Ubrania Plemienia Gwiazd pełniły rolę wyśmienitych kamuflaży, bo zgodnie z wolą swych posiadaczy potrafiły zmieniać kolory i dopasowywać się do otoczenia, jak kameleon. Lea wraz z córką chętnie wybierała się na długie spacery, w trakcie których opowiadała najpiękniejsze baśnie, jakie dziewczyna kiedykolwiek słyszała.

Diar Ama Tual przyszła do taty, ale Elevael miał pełne ręce roboty i powiedział:

— Jestem strasznie zajęty córeczko! Musimy wraz z Radą Gwiazd rozstrzygnąć, w którym miejscu wybudować nowe skrzydło Księżycowego Pałacu! Coraz więcej jest Elemdelalów i chciałbym, żeby zanim nadejdzie zima, wszyscy mieli wygodne i ciepłe mieszkanka. Idź do mamy, bo ja nie znajdę teraz czasu na wspólną wyprawę na ryby. — Dziewczyna nieco się zasmuciła, że Elevael nie miał dla niej czasu. Nie traciła jednak nadziei sądząc, że mama jej nie zawiedzie. Przykro by było stracić pierwszy dzień wakacji w zabawie bez rodziców! Wyszła z Księżycowego Pałacu, przeszła przez swoje ukochane Księżycowe Ogrody i udała się do miejsca pracy mamy. Był nim Niebiański Warsztat, gdzie każdego dnia tysiąc szwaczek przędło tkaniny, a kolejny tysiąc krawcowych wykrajało wspaniałe ubrania. Lea czuwała nad przebiegiem wszystkich prac. W chwili gdy Diar Ama Tual weszła do Warsztatu, od razu rozpoznała, że niełatwo będzie namówić mamę na wspólną wycieczkę.

— Niestety kochanie, ale wycieczka jest teraz wykluczona! — zawołała Lea. — Bardzo bym chciała ci potowarzyszyć i opowiedzieć piękną bajkę, ale nie mam teraz czasu. Niebawem do miasta przybędzie twój kuzyn z daleka. Musimy dla wszystkich naszych poddanych uszyć odświętne suknie i fraki! Idź do taty, on prędzej znajdzie dla ciebie czas. — Kiedy Diar Ama Tual chciała coś odpowiedzieć Lei, wyjaśnić, że już była u Elevaela, że on również nie ma dla niej czasu, pracownice dosłownie zalały mamę dziewczyny kolejnymi zapytaniami, sprawami i problemami. Chyba ze dwanaście pań, jedna po drugiej, przekrzykiwały się, żądając udzielenia im uwagi przez Wielką Amaralkę.

— Kucharka zachorowała i wzięła sobie wolne, mamy nie dostać dzisiaj drugiego śniadania? — pytała pierwsza z pracownic.

— Pająki nie nadążą tkać srebrnych nici! Musimy skądś wziąć więcej pająków! — mówiła druga.

— Czerwone róże kończą się, a nie mamy maków, bo zdążyły już przekwitnąć! — wołała trzecia. — Skąd weźmiemy czerwony barwnik do tkanin?

— Moje krawcowe nie rozumieją rysunków wykroju sukni z najnowszej kolekcji — powiedziała czwarta, wskazując na rozrysowane, najnowsze projekty Amaralki. — Czy to — wskazała na dekolt sukni — jest dekolt w serek?

— Skaleczyła się już szósta krawcowa! — zawołała wyniośle piąta, wyjątkowo gruba pracownica. — Te najnowsze nożyce nie sprawdzają się jak poprzednie!

— Mamy drugą kucharkę, śniadanie zostanie wydane jak zwykle — odpowiedziała pierwszej. — Pająki już zostały zamówione i są w drodze, niebawem przyjdzie cały transport — odparła drugiej. — To, że przekwitły nie znaczy, że nie nadają się na barwnik, w razie czego zamiast róż, użyjemy malin. Tak, to jest serek. Nic nie poradzę na to, że kowal nie oddał jeszcze naostrzonych starych nożyc, przekaż swoim krawcowym, że muszą dzisiaj pracować tymi, które mają. — Lea starała się odpowiedzieć wszystkim kobietom, a wciąż napływały kolejne informacje o problemach: każda równie pilna, co pozostałe. Diar Ama Tual miała nadzieję, że mama upora się szybko ze swoimi sprawami, ale nic na to nie wskazywało. W końcu Amaralówna uznała, że nie ma sensu czekać dłużej. Postanowiła sama wybrać się na wycieczkę. Było jej nieco przykro, bo Lea była tak zajęta, że nawet nie zauważyła, kiedy jej córka opuściła Niebiański Warsztat.

Wokoło Srebrnego Miasta znajdowały się lasy. Dziewczyna była już na północy w Lesie Zabaw, w którym mieszkały skrzaty, elfiki i krasnoludki, odwiedziła południowy Las Muzyki, gdzie podobne do aniołów zjawy grały na harfach, a z wszędobylskich jezior wyglądały zaciekawione syreny, akompaniując muzykantkom cudownym śpiewem. W Lesie Pyszności, na wschodzie roiło się od zwierząt, ponad wszystko jednak było tam mnóstwo łakoci: jagód, malin, najróżniejszych orzechów, buczyny, jadalnych grzybów i oczywiście owoców. Rosły tam największe i najmniejsze odmiany jabłek, śliwek, gruszek oraz nandali — słodkiego, przepysznego owocu, który z racji swych niezwykłych właściwości był ważnym składnikiem magicznych mikstur, naparów, eliksirów i maści. Każda uczennica ze Szkoły Uzdrowicielek musiała znać zastosowanie nandali, dlatego również Diar Ama Tual wiedziała niejedno na temat tych owoców. W zachodnim lesie jednak dziewczyna nigdy nie była. Miał on złą opinię. Mówiono, że jest nawiedzony przez niedobre stworzenia: agerunitów oraz horbugów. Ci pierwsi, nazywani też Zływrogami mieli brzydki zwyczaj bałaganienia i straszenia napotykanych Elemdelalów. Kiedy było ich dużo potrafili nawet napadać niczego niespodziewających się podróżnych. Wyglądali jak małpy, nie mieli jednak ogonów, ani nawet twarzy. Całe ich ciało pokrywała czarna szczecina. Kiedy któryś zamknął paszczę i żółte ślepia, nie było widać nic, prócz czarnej sylwetki. Ci drudzy, horbugowie, nazywani równie często oślizgami byli potworami, które zawdzięczały swoje niechlubne przezwisko tym, że ich zielona skóra wydzielała paskudny i brzydko pachnący śluz. Diar Ama Tual, tak samo jak wszyscy pozostali obywatele Srebrnego Miasta, miała zakaz samowolnego przekraczania granicy Lasu Grozy. Dzikość tego miejsca budziła jednocześnie ciekawość i strach. Najczęściej jednak przeważał ten drugi czynnik. Przed Lasem Grozy znajdował się posterunek Gwiezdnej Armii. Żołnierze czuwali nad bezpieczeństwem, a w razie konieczności bronili swojego terytorium przed najeźdźcami. Kiedyś rzeczywiście wielki oślizg, horbug większy od pozostałych, imieniem Bulibul skrzyknął swoich pobratymców i zaatakował z wielką bandą na jedno z elemdelalskich miast (na Kasztanowy Dwór). Nie przewidział jednak siły Gwiezdnego Plemienia, które nie zapomniało o wyszkoleniu swoich wojowników i wyposażeniu ich w najdoskonalsze miecze jakie można kiedykolwiek wykuć z połączonych sił metalurgii i czarodziejstwa. Bulibul został wtedy pokonany. Nikt od tamtego czasu nie ośmielił się ponownie podjąć próby napaści na siedzibę Elemdelalów. Niemniej jednak pamiętano o zagrożeniu i pilnowano, czy podstępne kreatury nie knują jakiegoś podstępu.

Teraz Diar Ama Tual przekradła się przed posterunkiem Gwiezdnej Armii. Była całkiem rozżalona, że wreszcie nadeszły wakacje, a rodzice, za którymi przecież tak tęskniła, nie mieli dla niej czasu. Postanowiła na własna rękę zbadać Las Grozy. Gdy dziewczyna przekradała się przez granicę miasta za plecami żołnierzy, jeden z nich ujrzał ją i postanowił zatrzymać.

— Zaczekaj! — krzyknął, ale Elemdelalka nie odwróciła się, ani nie zatrzymała, tylko puściła się pędem między gęste drzewa. Żołnierz postanowił, że ją złapie i przyprowadzi z powrotem, nie chciał przecież, żeby się jej stało coś złego!

W lesie było naprawdę pięknie. Rzadko ktokolwiek w nim bywał, dlatego o wiele bardziej fascynował! Drzewa stały tu blisko siebie, gęściej niż w innych lasach, nie było wydeptanych ścieżek. Żeby wejść głębiej i zbadać okolicę, Diar Ama Tual sama musiała wyznaczać sobie szlaki na przełaj przez ściółkę i bujne poszycie. W końcu zawędrowała na polanę z małym jeziorkiem, gdzie stado białych jeleni zażywało kąpieli i wodopoju. Kiedy zwierzęta zauważyły dziewczynę, ich przywódca o bardzo rozłożystym porożu, wyszedł jej na przywitanie. Amaralówna otworzyła szeroko oczy w zachwycie, bo nigdy wcześniej nie widziała zjawiska równie wspaniałego, jak biały Król Jeleni. Gdy byk (samiec jelenia nazywa się tak samo jak samiec krowy!) był już blisko Diar Amy Tual, nagle zza krzaków wyskoczył żołnierz z przygranicznego posterunku. Z obnażonym mieczem rzucił się w kierunku zwierzęcia.

— Stój! Nie widzisz, że to dobry jeleń? Nie chciał mnie skrzywdzić! — złapała mężczyznę za rękę z mieczem, spojrzała mu w oczy z uśmiechem, a on natychmiast zrozumiał swoją pomyłkę.

— Wybaczysz mi pani? — zapytał skruszony. Tym większej pokory nabrał, kiedy rozpoznał, że to nie jakaś tam byle dziewczyna, ale córka samego Elevaela. Ona się tylko uśmiechnęła. Król Jeleni podszedł bliżej do tych dwojga, wcale nie okazując strachu, bo wyczuwał w nich samą tylko dobroć.

— Szlachetni Elemdelalowie! Synek mój, Ravi skaleczył się w raciczkę. Nic nie możemy poradzić, a mały nie może biegać jak dawniej i cieszyć się radością młodości. Pomożecie?

— Oczywiście Królu Jeleni — odpowiedziała Diar Ama Tual bez zastanowienia.

— Zatem wejdźcie na mój grzbiet, bo Ravi jest daleko stąd, podróżuje ze swoją mamą, bo rana nie pozwala mu się szybko przemieszczać. — Tak też zrobili. Wskoczyli oboje na grzbiet Króla Jeleni, a był to byk tak wielki, że jeszcze miejsca zostało na co najmniej dwie osoby. Popędził wtedy biały jeleń przez gęstwinę, ścisłe korytarze pomiędzy drzewami i krzewami, sobie tylko znane drogi, a tętent jego kopyt wprawiał ziemię w drżenie, taki był silny i potężny. W końcu dotarli do samicy jelenia i jej małego synka imieniem Ravi. Diar Ama Tual od razu poznała, że w racicy znajduje się mały kolec, bez problemu go wyciągnęła, a wyuczonymi czarami uzdrawiania natychmiast też sprawiła, że rana się zagoiła i maluch natychmiast mógł biegać, hasać i skakać o własnych siłach. Król Jeleni bardzo się ucieszył i powiedział:

— Bardzo wam dziękujemy szlachetni Elemdelalowie! Gdy będziesz nas potrzebowała śliczna, amaralska córko, zawołaj trzy razy Diar Ama Tual jelenia, jelenia ma za przyjaciela, a my do ciebie przybędziemy z pomocą. — Z tymi słowy popędził wraz ze swoją żoną i synkiem z powrotem do stada.

— Teraz już musimy wracać — powiedział żołnierz. — W lesie z pewnością nie jest bezpiecznie. Jak to się stało, że amaralska córka w tajemnicy przed wszystkimi sama się znalazła w Lesie Grozy? — Diar Ama Tual opowiedziała mu jak doszło do jej wyprawy. Wiedziała, że nie powinna wchodzić do lasu bez pozwolenia, ale nudziła się i chciała przeżyć jakąś przygodę, a w dodatku bardzo ją złościło, że oboje rodzice nie mieli dla niej czasu! Elduan, bo tak miał na imię ów żołnierz, tylko pokręcił głową w geście dezaprobaty, ale nie powiedział nic prócz tych oto słów:

— Musimy wracać. Teraz w lesie nie jest jeszcze tak strasznie, ale w nocy z pewnością już będzie. Musimy wyjść spomiędzy drzew nim zapadną ciemności! — Tak też postanowili zrobić. Byli już dość głęboko, a nieznajomy teren wszędzie wydawał się być podobnym. Diar Ama Tual sama z pewnością nie odkryłaby drogi powrotnej, ale jej towarzysz sprawiał wrażenie takiego, który wie dokąd zmierza.

— Ty jesteś Elduanem, prawda? — zapytała troszkę zaczepnie, bo imię żołnierza było sławne i często mówiono o Elduanie jak o największym bohaterze Elemdelalów. — Dlaczego zatem służysz w przygranicznym posterunku, czy tak sławny wojownik nie powinien mieszkać w pałacu i cieszyć się dobrodziejstwami, bogactwem i rozrywkami?

— Owszem — odparł Elduan. — Tylko, że ja przede wszystkim jestem żołnierzem. Zawsze chciałem nim być, a mój zawód oznacza służbę. Spełnianie dobrych uczynków należy do moich obowiązków, z ich realizacji jestem dumny. Służenie innym to bronienie ich przed niebezpieczeństwami, lub ich własnym… — spojrzał bystro na Amaralównę — ...przed ich nieokrzesaniem — zaśmiał się, a później maszerowali dalej w milczeniu.

W końcu dotarli na kolejną polanę. Na środku stało stare drzewo, o korzeniach tak rozległych, że zajmowały całą powierzchnię wolnej przestrzeni. Był to Król Drzew. Pień jego był tak ogromny i szeroki, że trzeba by było kilkudziesięciu Elemdelalów trzymających się za ręce, żeby go w pełni objąć. Niestety był wysuszony i nie miał na sobie ani jednego listka.

— Coś to drzewo mi wygląda niezbyt okazale — powiedziała dziewczyna oceniając stan Króla Drzew.

— Jakby brakowało mu wody — zgodził się Elduan.

— Musimy mu pomóc! — z miejsca podjęła decyzję Diar Ama Tual. — Wezwę Króla Jeleni, on będzie potrafił przynieść ratunek temu nieborakowi.

— Czy naprawdę teraz chcesz go wezwać? Obdarował cię jedynie jedną taką możliwością — przypomniał Amaralównie Elduan.

— Król Drzew potrzebuje pomocy, nie zamierzam czekać na lepszy moment — po czym zawołała, co jej rzekł Król Jeleni trzykrotnie: Diar Ama Tual jelenia, jelenia ma za przyjaciela!

Wielki wezbrał się szum, jakby wiatr nagły popędził między konarami drzew, aż las cały zafalował. Stopniowo zbliżał się łoskot, im bliżej, tym jaśniej można było poznać, że to tętent kopyt, niezwyczajny jednak, lecz tak majestatyczny, że aż ziemię wprawiał w drżenie. Naraz stanął przed dziewczyną i jej towarzyszącym żołnierzem Król Jeleni, a wraz z nim całe jego stado.

— Wzywałaś nas piękna Amaralówno. Czego żądasz? W czym ci może pomóc moje stado? — Diar Ama Tual zachwycona tyloma cudownymi zwierzętami wyjaśniła im, po co je wezwała. Zaraz też jelenie, jeden po drugim ruszyły do jeziora. Tam napełniały pyski wodą i zaraz wracały. Przenosząc ją tym sposobem, wylewały wodę prosto na korzenie Króla Drzew. On z każdą kroplą odzyskiwał świeżość, nabierał koloru, a nawet czarownego zapachu żywicy. Kiedy skończyli, był już w pełni sił. Jego pień zbrązowiał, na gałęziach rozwinęło się mnóstwo jasnozielonych listków, prędko też rozkwitły kwiaty w rozmaitych kolorach. Na dodatek, najwyraźniej nie zakończył się na tym magiczny wzrost, lecz płatki kwiatów prędko opadały, niczym cudowny deszcz, z nich wychodziły wszelkiej maści owoce, szyszki, żołędzie, kasztany i orzechy… To było najbardziej magiczne drzewo, jakie kiedykolwiek odkryto! Diar Ama Tual oraz Elduan stali jak wryci, jakby czas się zatrzymał i podziwiali niezmierzone bogactwo obfitości życia. Spomiędzy gałęzi cudownego Króla Drzew wyskoczyła sowa, dzięcioł i wiewiórka. Malutkie zwierzątka mówiły jedno przez drugie:

— Bardzo wam dziękujemy za pomoc szlachetni Elemdelalowie! Król Drzew jest jednocześnie naszym domem, stolicą tego lasu. Straszna czarownica z dalekich krain zatruła go, nieboraka, żeby nie przeszkadzał jej złej armii w przemarszu ku Srebrnemu Miastu.

— Ku Srebrnemu Miastu? — zaniepokoił się Elduan. — Kiedy to nastąpiło?

— Dwa tygodnie temu — odpowiedziały zwierzątka.

— W takim razie tutaj jest bardzo niebezpiecznie. Skoro wiedźma zatruła Króla Drzew, to pewnie w lesie jest już wielu intruzów! Musimy ostrzec Srebrne Miasto i amaralski dwór!

— Czekajcie! — powiedziała wiewiórka. — Mamy dla was coś w podzięce — dodała sowa. — Kiedy będziecie potrzebowali pomocy, zaśpiewajcie:

Królu Drzew, coś jest władcą tego lasu,

Już doczekałeś odwdzięczenia czasu!

Myśmy ci pomogli, dla ciebie dobre zrobili,

Odwdzięcz się nam w tej właśnie chwili!

— Dobrze, nie zapomnimy — podziękowała jeszcze Diar Ama Tual, pożegnali się ze zwierzętami i ruszyli w drogę powrotną. Słońce osiągnęło szczyt swojej drogi po niebie, co znaczyło, że właśnie było punktualnie południe. Las był na tyle dziewiczy, że liście ciasno przylegających do siebie drzew ograniczały dopływ światła na sam dół. Oczywiście nie było całkiem ciemno, ale troszkę chłodno na pewno. Para Elemdelalów jednak nie czuła żadnego dyskomfortu, bo wciąż się przemieszczali.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 68.47